Wakajki Majki: Słupsk i okolice

Tak strasznie byłam już spragniona jakiegoś wyjazdu a nasz mały długoweekendowy wypad cieszył mnie tak bardzo, że aż nabrałam ochoty, by zabawić się w blogerkę podróżniczą. Witajcie więc w nowym cyklu pt. „Wakajki Majki”. Będzie dzieciowo (jak już sama nazwa wskazuje), nieregularnie i raczej sezonowo (bo i nie podróżujemy jakoś szczególnie często) oraz ze sporym udziałem książek, bo ja książki wetknę wszędzie. Zapraszam na wpis pierwszy:

Wyprawa pierwsza: Słupsk i okolice

ZAMEK RYCERSKI W KRĄGU

Docelową destynacją naszego pierwszego od prawi dwóch lat wyjazdu był przemianowany na hotel zamek rycerski w Krągu. Albo w Kręgu, bo i z taką odmianą się po drodze spotkałam. W każdym razie miejscowość nazywa się Krąg i jest w niej malowniczy zamek nad niewielkim jeziorkiem.

Historia samego pomysłu na wyjazd jest dość banalna, „wyskoczyła mi” reklama oferty z portalu pośredniczącego w rezerwacji hoteli i pomyślałam, że w sumie nie mamy daleko to fajny pomysł na atrakcję z okazji dnia dziecka dla mojej małej księżniczki. Skusiliśmy się więc na 3 noce w renesansowym zamku. I prezent się udał, przedszkolaczka była zachwycona tym miejscem.

Warto wspomnieć, że poza samym spaniem w zamku i atrakcjami takimi jak gra w bilard, wędkowanie, czy rowery wodne, które oczywiście również przyciągają dziecięcą uwagę, hotel jest wyposażony również w komnatę zabaw z basenem z kulkami, zabawkami i grami planszowymi oraz niewielki zewnętrzny plac zabaw. Na obiady był kurczak i spaghetti, na desery lody, truskawki i naleśniki, czego chcieć więcej.

Nie byłabym oczywiście sobą, gdybym nawet na krótki wyjazd nie spakowała książek. Oczywiście tematycznie! Do majkowej torby trafił więc nasz nowiutki nabytek – „Rok na zamku” Nikoli Kucharskiej.

W przeciwieństwie do na przykład „Roku w lesie”, wyszukiwanka o zamku nie przekazuje wiedzy, a skupia się na baśniowości. Nie znajdziecie w niej realiów życia w średniowiecznej warowni ani prawdziwych historii, zamek został tu przedstawiony bardziej jako teatralna scenografia pozwalająca zaszaleć dziecięcej wyobraźni. Nie brak tu smoków, złotożernych skrzatów, czarownic, magicznych napojów, duchów i żab do całowania.

Tak, jak wszystkie części serii „Rok w…” książka składa się z 12 rozkładówek przedstawiających tą samą scenerię – przekrój zamku – każdego miesiąca roku. Zabiegiem, który bardzo mi się podoba, jest pokazywanie różnych pomieszczeń, dzięki czemu w kwietniu możemy zajrzeć do kuchni, a w marcu ten widok jest zasłonięty przez przejeżdżający wóz kupca. W styczniu widzimy dobrze co się dzieje w Sali tronowej i jadalni, a w lutym te pomieszczenia zakryte są fasada budowli z dekoracyjnymi witrażami, bo jedno z głównych wydarzeń sceny z tego miesiąca – podjęcie delegacji innego królestwa – dzieje się na dziedzińcu. Poza rozkładówkami poświęconymi miesiącom, książkę otwierają strony z krótkim przedstawieniem wszystkich bohaterów, a zakończona jest bonusem w postaci zadania na spostrzegawczość – poszukiwań przekąsek w zamkowej kuchni.

Mały czytelnik może śledzić losy bardzo równoważnych bohaterów – zarówno romantyczne, polegające na spełnianiu marzeń, uskrzydlające i zabawne, jak i bardziej ponure, złośliwe, prowadzące do sporów i waśni, a nawet wojny i zniszczenia.

Wspaniała pomoc do snucia historii dziecku i nauki samodzielnego wymyślania, przypuszczania i opowiadania. A przy okazji niezła gimnastyka dla cierpliwości i spostrzegawczości i spora dawka świetnych ilustracji.

Nikola Kucharska, Rok na zamku, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2021, 28 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Niemniej jednak nie jesteśmy typem podróżnika spędzającego wyjazd na relaksie na słonku, a raczej takim, którego „nosi”. Objechaliśmy więc okoliczne atrakcje.

SŁUPSK

Pierwszym i zarazem ostatnim naszym przystankiem był Słupsk, który odwiedziliśmy zarówno jadąc do Krągu, jak wracając do domu do Gdańska. Pierwszego dnia odwiedziliśmy to niewielkie miasto w poniedziałek, czyli w dzień zamknięcia muzeów. Skupiliśmy się zatem na zwiedzaniu atrakcyjnym dla Majki. Słupsk ma fantastyczną trasę zwiedzania dla dzieci Szlakiem Słupskiego Niedźwiadka. Wyprawę zaczynamy w centrum informacji turystycznej, tuż obok ratusza miejskiego, gdzie odbieramy książeczkę – przewodnik, który poprowadzi nas przez całe miasto od jednego misia do drugiego. A niedźwiadkowe rzeźby umiejscowione zostały przed najważniejszymi punktami miasta (także najważniejszymi z punktu widzenia dziecka, jak rozległy park pełen placów zabaw) i udekorowane w sposób podkreślający cechy, z których Słupsk jest dumny i z których słynie  – m.in. znajdziemy misia witkacowskiego, misia podkreślającego ideę wielowyznaniowości, czy nawiązującego do… najstarszej pizzerii w Polsce! Mój ulubiony znajduje się pod miejską biblioteką, znajdującą się w odbudowanym i zaadaptowanym do tej funkcji gotyckim kościele. Po znalezieniu każdego z misiów naklejamy w książeczce odpowiednie przedstawienie niedźwiadka na mapę. A po znalezieniu wszystkich należy wrócić do informacji turystycznej by odebrać Dyplom Zdobywcy Słupskiego Niedźwiedzia. W samej książeczce są również kolorowanki, labirynty, szukanie różnic i inne czasoumilacze dla malucha w podróży, czy podczas oczekiwania na jedzonko przy restauracyjnym stoliku. Warto mieć w torebce małe kredki.

Misiowy przewodnik pozwolił nam poznać miasto na tyle dobrze, że kiedy wróciliśmy do niego w drodze powrotnej, nie mieliśmy najmniejszego problemu z poruszaniem się. A wrócić musieliśmy koniecznie, żeby obejrzeć kolekcję dzieł Witkacego.

Czwartek, tuż przed wieczornym powrotem do domu, był więc mamowym dniem muzealnym. I chociaż martwiłam się, czy Maja wytrzyma małe tournée po oddziałach Muzeum Pomorza  Środkowego w Słupsku, ale dała radę i zgodnie z planem odwiedziliśmy wszystkie trzy. Nie bez znaczenia były w tym przypadku atrakcje dla dzieci. Na każdym z pięciu pięter Białego Spichlerza, gdzie eksponowane są obrazy Witkacego i dzieła inspirowane jego twórczością, znajdowało się „coś dla dzieci”. Puzzle (standardowe i olbrzymie), szukanie na wystawie dzieła sztuki przedstawionego przed wejściem w sposób dotykowy (nie do końca była to tyflografika, ale podobne), czy kącik rysunkowy w którym można przygotować swój własny portret w witkacowskim stylu i umieścić go na specjalnie przygotowanej wystawie. Majce bardzo podobały się również krótkie, teatralne filmiki przed każdą z galerii, w których aktorzy wcielali się w przewodników zachęcających do obejrzenia wystawy. M.in. jedną z takich „odegranych” postaci był duch Neny Stachurskiej.

Do pięknej czasowej wystawy XIX-wiecznej mody damskiej „Na balu i z wizytą” w budynku Zamku Książąt Pomorskich przygotowano magnetyczną układankę pozwalającą maluchowi „ubrać” modelkę w dowolną kreację, podczas gdy rodzice czytali o historii oraz wydawnictwo edukacyjne w formie ubieranki-wycinanki do zabawy w domu. Natomiast kolekcja zabytkowych sztućców, która była dla mnie ogromnym zaskoczeniem – jest świetna, polecam bardzo mocno! – była atrakcyjna dla dziecka ze względu na samą formę ekspozycji. Część eksponatów umieszczono w szufladach kredensów, dzięki czemu Majka mogła samodzielnie je otwierać i dokonywać małych „odkryć”, co bardzo ją wciągnęło i zaciekawiło. Co chwila pytała do czego służą poukrywane w szufladach (i tym samym na idealnej dla dziecka wysokości) łyżeczki, widelczyki, nożyczki, siteczka… był tam nawet sierp do cytryny!

Wystawa „Na balu i z wizytą. Moda damska w XIX wieku” będzie otwarta do 31 sierpnia 2021.
Wystawa sztućców jest nową wystawą stałą w Zamku Książąt Pomorskich.

Jeśli chodzi o jedzenie, to trafiliśmy do dwóch bardzo klimatycznych i strasznie pysznych miejsc, które mogę Wam polecić – wege bistro „Czajka” i restauracji libańskiej Byblos Mezzo House. Niestety nie jestem najlepszym blogerem jedzenowym, bo jak widzę pyszności, to je pożeram, a dopiero potem mi się przypomina, że może mogłam wcześniej zrobić zdjęcie. Kto wie, może w końcu się tego nauczę. Niemniej jednak oba miejsca gorąco polecamy –  również z dzieckiem, bo i z obu nasza przedszkolaczka wyszła najedzona i zadowolona, choć nie miały typowo dziecięcych propozycji w menu.

I jeszcze ciekawostka – w Słupskim Teatrze Lalki „Tęcza” wystawiają spektakl „Niesamowite przygody niesamowitych skarpetek” na podstawie książek Justyny Bednarek, które uwielbiamy. Niestety zorientowałam się za późno i nie było już biletów, nad czym strasznie ubolewaliśmy. Wygląda na to, ze będziemy musieli jeszcze kiedyś do Słupska wrócić.

ZOO CHARLOTTA

Sam dzień dziecka, który akurat wypadał we wtorek, postanowiliśmy spędzić w ZOO w Dolinie Charlotty. Samo ZOO nie należy do szczególnie dużych, ale na uwagę zasługuje sposób jego zwiedzania. Spora część zwierząt, zamiast w klatkach, rozlokowana została na wysepkach na sztucznym jeziorze, gdzie każda wyspa została poświęcona zwierzętom z innej strefy klimatycznej, a oglądać je można z niewielkich stateczków wycieczkowych wraz z komentarzem przewodnika w ramach „Wodnego Safari”. Dodatkową atrakcją rejsu jest przystanek na wyspie lemurów, które można pogłaskać, jeśli akurat zechcą podejść do zwiedzających i okazać im nieco atencji. W naszym przypadku nie zechciały, ale i tak można było obejrzeć je z odległości kilku kroków. Alternatywą dla podróży statkiem między wyspami jest obejście jeziorka naokoło. Nam jednak nie starczyło na drugie kółka czasu, gdyż uwagę Majki przyciągnął bardzo fajny plac zabaw (na terenie ZOO są dwa, naprawdę spore i fajnie wyposażone). Ponadto ogród oferuje możliwość wejścia do woliery z egzotycznymi ptakami, które dla odmiany bardzo chętnie wchodziły z nami w interakcje. Maja nieźle wsiąknęła też w „Krainę Bajek”, czyli część ogrodu zoologicznego, gdzie w chatkach z rzeźbionymi przedstawieniami bohaterów klasycznych opowieści można było posłuchać audiobooków (a te Majka uwielbia) obserwując małe zwierzątka. Przy cokole poświęconym Calineczce odkryłam i pokochałam nutrie.

W innej części doliny znajduje się fokarium, czyli główną atrakcję dnia dla mojej małej miłośniczki foczek. Załapaliśmy się na bardzo fajny trening medyczny i karmienie mieszkających tam fok szarych zupełnie bez tłumów, a Maja uzupełniła swoją kolekcję fok o nowy pluszowy egzemplarz.

LABIRYNTY W PAPROTACH, LEONARDIA

W środę postanowiliśmy objechać okoliczne dziecięce atrakcje. Zaczęliśmy od znalezionego nieco przypadkiem gospodarstwa edukacyjnego „W labiryntach” w miejscowości Paproty. Pojechaliśmy tam dość spontanicznie i „na dziko”, jak się bowiem okazało jest to atrakcja dla grup zorganizowanych (mogą być również grupy rodzinne!) i konieczna jest wcześniejsza rezerwacja. Mimo to powitano nas z otwartymi ramionami, zaopiekowano się nami i podczas zwiedzania największego z labiryntów mogliśmy podłączyć się na trochę do grupki przedszkolaków i wraz z nimi szukać ukrytych w labiryncie flag. Najpierw trzeba było jednak ten labirynt znaleźć! Otrzymaliśmy pierwszą wskazówkę i kierując się niebieskimi strzałkami na kamieniach ruszyliśmy ścieżką przez lasy i bagna zapisując po drodze tajemnicze symbole, z których na koniec odszyfrowaliśmy hasło. W Paprotach labiryntów jest mnóstwo  niektóre mają tylko jedno wyjście, w innych pełno ślepych zaułków, jeszcze inne trzeba zbudować samemu. A ponadto znajdzie się i miejsce na ognisko z kiełbaskami i katapulty do bitwy na balony z wodą. Bardzo fajne miejsce do odwiedzenia większą grupą i wymarzone na jednodniową wycieczkę szkolną czy przedszkolną, jeśli akurat jesteście w okolicy.

Drugim wartym uwagi parkiem edukacyjnym, jaki odwiedziliśmy, była Leonardia – przestrzeń na świeżym powietrzu wypełniona wykonanymi z drewna grami, łamigłówkami i atrakcjami o różnym stopniu trudności, zarówno jedno, jak i kilkuosobowych. Są tam gry zręcznościowe, wymagające logicznego myślenia, oparte na rywalizacji i kooperacyjne. Jedyne, co jest potrzebne, to dobra pogoda, a ta trafiła nam się idealnie. Kręciliśmy się w kółku jak chomiczki, ostrzeliwaliśmy przeciwnika z różnej wielkości katapult i kusz, budowaliśmy most bez użycia narzędzi, po raz kolejny przechodziliśmy labirynty – tym razem niewielkie, ale wymagające wielkiej zręczności. Można też spróbować swoich sił w odtwarzaniu wynalazków Leonarda da Vinci.

Leonardia jest czynna od 1.05 do 30.09 i nie wymaga wcześniejszej rezerwacji. Za to zarezerwujcie sobie na nią przynajmniej 3 godzinki, bo gier jest prawie 100.

Przy okazji tematyki gier i łamigłówek chciałabym jeszcze polecić Wam jeden gadżet, który bardzo ułatwił nam wyjazd. A przynajmniej znacznie zmniejszył poziom dzieciowego jęczenia. Nieco mniejszy niż układanki z Leonardii, ale wymagający takiej samej ilości główkowania.

Torebkowa wersja łamigłówki SmartGames. Tytułów tych podróżnych układanek magnetycznych jest całkiem sporo i długo nie mogłam się zdecydować, który chcę najbardziej. W końcu wybór padł na „Arkę Noego”, bo akurat była dostępna stacjonarnie (a kupowałam właściwie tuż przed wyjazdem. I przed dniem dziecka…) i dla dzieci od 5 roku życia  – tym razem bardzo zależało mi na grze, która poza zadaniami stanowiącymi wyzwanie będzie też miała opcje łatwe dla zmęczonego podróżowaniem móżdżku. I nieskromnie przyznam, że to był świetny zakup, bo dobrze bawiła się cała rodzina.

Docelowo myślałam o niej jako o rozrywce do auta w czasie podróży. Szybko okazało się jednak, że mimo braku liter Maja źle się czuje skupiając na niej uwagę w jadącym aucie. Została więc rozrywką na wieczory i poranki w hotelu oraz nieocenionym ratunkiem podczas oczekiwania na posiłek w restauracji.

Gra składa się z plastikowych 10 elementów o różnych kształtach i koloru z przedstawieniami zwierząt. Każde zwierzę ma swoją parę tego samego gatunku (i na płytce w tym samym kolorze), a naszym zadaniem jest upchnąć wszystkie te (czasem wielkogabarytowe) zwierzaczki na ograniczonej powierzchni Arki Noego. Każde zadanie rozpoczynamy od ułożenia w Arce zwierzęta lub zwierząt (ich liczba zależy od poziomu trudności zadania), które zostały podane, a następnie musimy dopasować resztę kierując się trzema zasadami:
1. pary zwierząt na płytkach tego samego koloru muszą się stykać;
2. wszystkie zwierzęta muszą być ustawione w prawidłowej pozycji – łapami na dół;
3. żadne zwierzę nie może wystawać z arki, a każde z zadań ma tylko jedno prawidłowe rozwiązanie.

I chociaż jest to układanka dla dzieci od 5 roku życia i Maja bez większej frustracji i pomocy z naszej strony (choć czasem trzeba było nieco się nagłówkować) ułożyła pierwsze 13 zadań, to były i takie, które i mnie sprawiły trudność.

Zasania podzielone są na 4 poziomy zaawansowania, po 11-12 łamigłówek w każdym: Starter (1-12), Junior (13-24), Expert (25-36), Master (37-48). I te końcowe są naprawdę ciekawe, jedno zajęło nam dobre pół godziny! To była rozrywka dla całej naszej rodziny (chociaż przecież z założenia jednoosobowa) a z pewnością nie rozwiązaliśmy dotychczas więcej, niż połowy zadań.

Z pewnością za jakiś czas skuszę się  na kolejny tytuł z tej serii. Szczególnie korcą mnie „Rafa koralowa” i „Dziura w serze”.

Noah’s Ark. Magnetic puzzle game
Autor: Raf Peeters
Ilustracje: Hans Bloemmen

Ilość elementów: 10 (5 par zwierząt)
Sugerowany wiek: 5+
Liczba graczy: 1
Poziomy trudności: 4
Wydawnictwo: SmartGames

Dokąd wybieracie się na wakacje? Macie na liście swoich ulubionych miejsc takie mniej popularne, troszkę ukryte skarby?

Grajki Majki: Kącik małego miłośnika fok

Dzieci mają swoje ulubione zwierzątka i ukochane pluszaki – to oczywista oczywistość. I zazwyczaj kiedy już jakiś gatunek zostanie tym wybranym, pojawia się potrzeba posiadania wszystkiego z uroczym pyszczkiem właśnie tego konkretnego stworzenia. I nie ma problemu, jeśli dziecko zdecyduje się kochać kotki i pragnie mieć wszystko z kotami. Albo świnkami, czy konikami. Wyzwanie pojawia się w momencie, kiedy wybór pada na mniej popularne zwierzę. Przekonałam się o tym, kiedy Maja postanowiła kochać foki (co w pełnie rozumiem, bo ja również na foki wymiękam). Co więcej – kiedy postanowiła foki kolekcjonować!

Zapraszamy na przegląd naszych foczych zbiorów.

Pierwszą foką w kolekcji mojej córki była Weddelka Antarktyczna (znana jako Wallie Snow) z kolekcji pluszaków National Geographic o której już wcześniej nieco Wam pisałam. To była miłość od pierwszego wejrzenia i błyskawicznie awansowała na najukochańszą maskotkę mojej córki. Jakiś czas później dołączyła do niej „córeczka” – nieco mniejszy egzemplarz z krótszym, choć równie miłym w dotyku futerkiem (z kolekcji Basic). Po ponad roku intensywnej miłości i częstego użytkowania mogę ocenić, że maskotki NG nie tylko realistycznie oddają wygląd zwierzątka i są wykonane z bardzo przyjemnych materiałów, ale są również naprawdę wytrzymałe i odporne na tulenie i spanie w uściskach. Chociaż trzeba też zaznaczyć, że Majka o swoje ukochane foczki bardzo dba.

Następnie do naszego pluszowego stada dołączyła maskotka zakupiona na Helu, po pokazie karmienia fok. Chociaż Hel to miejsce zabawkowymi foczkami płynące i można tam znaleźć foki najróżniejszych kształtów, kolorów i rozmiarów, zdecydowaliśmy się na zakupy w oficjalnym sklepiku fokarium. Dzięki temu, robiąc zakupy, mieliśmy szansę wesprzeć działalność stacji badawczej. Tam również był spory wybór maskotek bardzo dobrej jakości. Wybór Mai padł na niewielki egzemplarz przedstawiający młodziutką fokę szarą, jeszcze w puchatym szczenięcym futerku. A przynajmniej tak nam się wydaje. Jest bardzo fajnej jakości i była stosunkowo niedroga.

Najnowszymi pupilami Majki są foczki maskotki firmy Trudi. Mam wrażenie, że ta firma jest zdecydowanie mniej znana (a przynajmniej ja wcześniej o niej nie słyszałam) i uważam, że to powinno się zmienić. Bo foczki mają cudowne, a jak przeglądałam ich ofertę innych zwierząt, to najchętniej adoptowałabym przynajmniej połowę.

Ze względu na mięciutkie i długie futerko, byłam przekonana, że większa z nich (ma ok. 20 cm i uroczą pozycję rogalika) jest odwzorowaniem szczeniaka Weddelki Arktycznej. Doczytałam jednak, że młode tego gatunku po urodzeniu mają jasnoszare futerko, które jaśnieje wraz z linieniem i dorastaniem. Czyli jest to po prostu bardzo puchata foczka i faktycznie znalazłam zdjęcia równie puchatych pierwowzorów – ale z gatunku foki grenlandzkiej i teraz już wszystko jasne, bo młode tego gatunku są właśnie bielusie i puchate. Przyglądałam się całkiem długo i odwzorowanie umaszczenia pyszczka jest naprawdę dokładne, to duży plus. Nie mam już wątpliwości.

Natomiast mniejsza z maskotek, z serii miniaturek Sweet Collection może być szczeniaczkiem Weddelki, bo kolor już jak najbardziej się zgadza. Jest leciutka, bo w przeciwieństwie do reszty naszych pluszowych foczek nie ma „groszkowego” wypełnienia, jest całkowicie materiałowa i również bardzo miła w dotyku, chociaż jej futerko jest krótsze i gładsze, niż grenlandzkiej koleżanki. Sznurkowe uszko na grzbiecie pozwala na doczepienie maskotki do kluczy lub plecaka. Bardzo podoba mi się pomysł, by nie doczepiać do maskotki kółka do kluczy – można to bez problemu zrobić samodzielnie, jeśli chcemy wykorzystać ją w taki sposób albo przytwierdzić ją za pomocą sznurka, czy kawałka gumki. A jednocześnie zbędny metal nie przeszkadza w tuleniu i zabawie.

Miłość do fok skłoniła mnie do dokładniejszego przyjrzenia się figurkom kolekcjonerskim Collecty. W przebogatej ofercie tej marki wyszperałam dwie foki – dorosłą fokę pstrą (to figurka wielkości L) oraz długowłosą młodą fokę pstrą (rozmiar S). Czyli dla mojego dziecka idealnie – mamusia i córeczka. Jeszcze nie wiem, jak się przyjmą, bo Maja znajdzie je dopiero w jednym z jajek porzuconych w ogrodzie przez Zajączka, ale mi osobiście bardzo się podobają – są ładnie wykonane, wydają się wytrzymałe i zostały oddane z dużą szczegółowością, na ile mogę to ocenić porównując foczki ze zdjęciami znalezionymi w internecie. Przeczuwam, ze to będą idealne foczki do kieszonki – towarzyszące mojej przedszkolaczce zawsze i wszędzie. Kto by nie chciał mieć swojej foki zawsze przy sobie?

Z nieco dziwniejszych pomysłów, mamy też w swoich zbiorach lalkę Enchantimals Sashay Seal przypominającą fokę wraz z foką w roli pupila o imieniu Blubber (i w czapeczce!). Nie mam pojęcia o co chodzi w tym bziku, nie widziałam bajki, ale całkiem niedawno wszystkie koleżanki Mai przeżywały prawdziwy szał na „Enszantimalsy”. Te lalki były wszędzie i moje dziecię również zapragnęło takowe posiadać. Fokę i kotka. I jak kotka udało się znaleźć jako pojedynczą lalkę (łatwo, niedrogo, w Biedronce), tak foki musiałam się sporo naszukać. To znaczy Święty Mikołaj szukał. Oczywiście tu już nie było tak bezproblemowo, bo foka występowała wyłącznie w całym zestawie z lodową krą, przeręblem, igloo i zestawem wędkarskim. Ale czego się nie robi dla foczej pasji dziecka? Najważniejsze, że jest radość.

Jakiś czas temu, chcąc połączyć dwie pasje mojej córki – foki i puzzle – oraz zdobyć chwilę dla siebie, rozpoczęłam poszukiwania foczych puzzli. Znalazłam uroczą układankę ze szczeniaczkiem foki szarej na olx. 100 elementów, więc nie za łatwe, ale do ułożenia dla pięciolatki. Okazało się, że wydawcą puzzli jest Stacja Morska Instytutu Ocenaografii UG na Helu, a na pudełku znalazło się również miejsce na focze ciekawostki. Podczas wizyty na Helu w przyszłym roku zdecydowanie poświecimy więcej uwagi foczym gadżetom.

Jakaż była radość, kiedy okazało się, że w najnowszej grze „Basia w ZOO” na podstawie jednej z najulubieńszych majkowych serii literackiej, wśród zwierzątek, które się zbiera występują też foki. I to na trzech kolorach kafelków! W naszej wersji zasad nie wygrywa ten, kto zrobi najwięcej zdjęć, czyli zbierze najwięcej płytek ze zwierzętami, jak to piszą w instrukcji. U nas wygrywa ten, kto zdobędzie najwięcej płytek z fokami. A że są tylko trzy to i walka jest zacięta!

To by było na tyle, jeśli chodzi o focze gadżety. Ale skąd brać wiedzę o foczkach? Zwłaszcza, ze z gradem pytań przedszkolaka nie ma przecież mocnych. W książeczkach dziecięcych poświęconych zwierzętom a przynajmniej w tych z naszych zbiorów, foki pojawiają się sporadycznie – jako ilustracja, albo jedna/dwie ogólnikowe ciekawostki.

Zaczęłyśmy więc od wypożyczenia encyklopedii „Tundra i morza polarne”, w której foki miały cały rozdział tylko dla siebie. To był duży zastrzyk wiedzy – niestety nie tylko tej pozytywnej, bo musiałam się nieźle natłumaczyć ludzkość z polowania na foki dla tłuszczu i futra. Dodatkowym atutem było całkiem sporo przeuroczych zdjęć małych i dużych foczek. Mimo brutalnych fragmentów i dość ciężkiego języka (to jednak z założenia nie jest pozycja dla przedszkolaków) uważam, że to był całkiem udany początek, pozwolił zbudować solidne podstawy.

Encyklopedia dzikich zwierząt. Tundra i morza polarne, Warszawa: Wydawnictwo Delta w-Z, 1992, 168s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Następnie trafiłam na świetną książeczkę fabularną Renaty Kijowskiej „Hela Foka. Historie na fali”, w której fikcyjne przygody dzielnej foczki dzieją się w jak najbardziej realnej przestrzeni, z wykorzystaniem faktów i ciekawostek z historii helskiego fokarium i samego Bałtyku. Choć przygody fok pochodzą z wyobraźni autorki, sami bohaterowie istnieją naprawdę, a część z nich można odwiedzić przy okazji letniej wycieczki na półwysep. Książka składa się z 14 rozdziałów, z których każdy jest osobną przygodą foki Heli po wypuszczeniu na wolność. Rozdziały kończą się przytoczeniem ciekawostek i faktów, które zostały wykorzystane do budowania opowieści. Dowiemy się między innymi o śpiewających wielorybach, które czasami zawędrują do Bałtyku, o foczych drzemkach pod wodą, podmorskich tatusiach na medal, czy nieodpowiedzialnych zachowanych turystów. To całkiem obszerna pozycja, którą można czytać samodzielnie ciągiem, albo z młodszym dzieckiem rozdziałami – na pewno starczy nam na dłużej i czeka ją jeszcze niejedno czytanie. Sympatyczna treść uzupełniają śliczne ilustracje Anny Łazowskiej pojawiające się co kilka stron.

Renata Kijowska, Hela Foka. Historie na fali, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2019, 160 s.

Nowa seria „Pomóż mi przetrwać” ukazująca się w ramach „Akademii Mądrego Dziecka” uczy przedszkolaki świadomości ekologicznej, wrażliwości na los stworzeń z którymi dzielimy planetę i właściwego zachowania podczas kontaktu z dzikimi zwierzętami.

Bohaterem części pt. „Miron w pułapce” jest młodziutka foka szara, która urodziła się na jednej z bałtyckich plaż. Przez kilka chwil czytelnikowi dane jest obserwować świat z punktu widzenia foczego szczeniaka. Pierwszy, nieszczególnie przyjemny, kontakt z ludźmi, wyczerpująca podróż w kierunku fal, pierwsza złowiona ryba i… pierwszy bardzo groźny wypadek. Miron zaplątuje się w rybackie sieci i cudem uchodzi z życiem. Niezbędna będzie pomoc weterynarzy z ośrodka na Helu!

Bogato ilustrowana książeczka podzielona jest na króciutki rozdziały – każda rozkładówka opatrzona została osobnym tytułem i dotyczy jednego z ważnych etapów życia foczki. Tekst przekazuje mnóstwo informacji o fokach (wiedzieliście, że foki szczekają? A ich szczenięce futerko nazywane jest lanugo?) oraz o destrukcyjnej działalności człowieka na środowisko naturalne i co za tym idzie – życie tych morskich drapieżników.

Po lekturze na maluchy czeka tablica z foczymi ciekawostkami oraz, jak to zwykle bywa w przypadku Akademii Mądrego Dziecka, krótki quiz z pytaniami dotyczącymi tekstu. Sympatyczna (choć nie brak w niej chwil grozy!), pouczająca i rozbudzająca ciekawość.

Ewa Nowak, Miron w pułapce, Warszawa: Wydawnictwo HarperCollins, 2021, 32 s.

„Dobra robota” Elżbiety Pałasz, ilustrowana przez Joannę Czaplewską, to zbiór interesujących i nie do końca typowych zawodów przedstawionych w formie krótkich wywiadów. Wśród ceramików, projektantów mebli, nurków, biologów morza i budowniczych statków znalazła się również rozmowa z opiekunkami fok – Pauliną Bednarek i Wioletą Miętkiewicz. Młodzi czytelnicy dowiedzą się z niej miedzy innymi po co robi się fokom treningi, ile fok mieszka w helskim fokarium (i co to właściwie jest to całe „fokarium”) oraz jak się zachować, kiedy zobaczy się fokę na wolności. Poznają także przepis na… śledziowe lody!

Elżbieta Pałasz, Joanna Czaplewska, Opiekunki fok [w:] Dobra robota. Ceramik, opiekunka fok i inne ciekawe zawody, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2019, s. 25-27.

Fokom jest również poświęcona jedna z książeczek z serii „Czytam sobie” – „Figle w fokarium”. Maja powoli zaczyna łączyć literki, więc myślę, że ten tytuł przyda nam się całkiem niedługo, szczególnie, że to pierwszy poziom wtajemniczenia. Historia jest bardzo prosta – krótkie zdania opisują codzienność w fokarium i pomoc fokom, jaką zajmują się jej pracownicy. Atrakcyjne ilustracje wypełniają całe strony, na dole każdej z nich znajduje się zdanie duża czcionką, opisujące co widzimy na obrazku. Trudniejsze wyrazy zostały wzięte w dymek i podzielone do literowania. Co prawda wydaje mi się, że nie wszystkie wyrazy są adekwatne do tego poziomu odbiorcy, wolałabym chyba, żeby dziecko rozumiało słowa, które czyta, w końcu już samo połączenie ich w wyraz to wyzwanie, lepiej żeby był to wyraz znany. A takie słowa jak „nadobna”, czy „kuruje” mogą stanowić problem. Wolałabym chyba bardziej popularne zamienniki, np. „Medyk leczy” zamiast „Medyk kuruje”. Ale może tak jest bardziej edukacyjnie. Po przeczytaniu tekstu, na dziecko czekają trzy pytania sprawdzające poziom jego zrozumienia. I to, co najważniejsze, czyli naklejki w nagrodę. A te są wybitnie sympatyczne i urocze – dla fana fok po prostu wymarzone.  

Marcin Sendecki, Figle w fokarum. O fokach z Helu, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 32 s.

Ustęp o fokach znajdziemy również w przesympatycznej pozycji „Bałtyckie zwierzaki”, którą również przywieźliśmy kiedyś z Helu w ramach pamiątki. Na książkę składa się 30 niedługich rymowanek – każda poświęcona innemu bałtyckiemu stworzeniu. Czy w naszym morzu mieszkają… pchły? A diabły? Zające? Mitologiczne nereidy? I czy spodziewaliście się, że odpowiedź na wszystkie te pytania będzie twierdząca? Dowiedziałam się również, że przez 28 lat życia (nad morzem!) myliłam sercówkę z rogowcem bałtyckim. I nie miałam pojęcia, że mamy swoje własne krewetki.

Poza ogromnym potencjałem poznawczym w wyjątkowo przystępnej formie, ta pozycja to jednocześnie piękny picturebook. W formacie nieco większym niż A4, wypełniona po brzegi całkiem wiernymi, a jednocześnie budzącymi sympatię przedstawieniami morskich stworów spod ręki Olgi Demidovy. I cudownymi odcieniami błękitów, zieleni i turkusów, od samego patrzenia czuć słony posmak na czubku języka.

Patrycja Wojtkowiak-Skóra, Bałtyckie zwierzaki, Warszawa: Wydawnictwo Dwukropek, 2019, 32 s.

Znacie jeszcze jakieś książki z fokami w roli głównej? Albo focze gadżety do naszej kolekcji? Koniecznie dajcie znać, bo ten szał chyba szybko nie minie ;)

Wpis powstał we współpracy z dystrybutorem zabawek Dante.

Bajki Majki: „Bałtyckie zwierzaki”, Patrycja Wojtkowiak-Skóra

Jakie pamiątki przywozicie z wakacji? Ja mam wielką słabość do pocztówek i kiedy podczas naszej małej wyprawy w odwiedziny do helskich fok weszliśmy do mieszczącego się w fokarium sklepiku z pamiątkami nastawiałam się na pocztówki właśnie, choć spodziewałam się również pluszowej foczki, bo nie dość, że Hel jest foczym królestwem, to jeszcze majkowa miłość do fok nie ustaje. I Maja oczywiście foczkę wybrała, swoją drogą przeuroczą. Ale poprosiła również o „książkę z foczką za okładce”, dzięki czemu nabyliśmy drogą kupna „Bałtyckie zwierzaki” (i pluszowego łososia też, w końcu raz się żyje!), a moje matczyne serce zadrżało ze wzruszenia, bo jednak coś mi w tym macierzyństwie wyszło.

A sama książka okazała się świetna! To 30 niedługich rymowanek – każda poświęcona innemu bałtyckiemu stworzeniu. Czy w naszym morzu mieszkają… pchły? A diabły? Zające? Mitologiczne nereidy? I czy spodziewaliście się, że odpowiedź na wszystkie te pytania będzie twierdząca? Dowiedziałam się również, że przez 28 lat życia (nad morzem!) myliłam sercówkę z rogowcem bałtyckim. I nie miałam pojęcia, że mamy swoje własne krewetki.

Poza ogromnym potencjałem poznawczym w wyjątkowo przystępnej formie, ta pozycja to jednocześnie piękny picturebook. W formacie nieco większym niż A4, wypełniona po brzegi całkiem wiernymi, a jednocześnie budzącymi sympatię przedstawieniami morskich stworów spod ręki Olgi Demidovy. I cudownymi odcieniami błękitów, zieleni i turkusów, od samego patrzenia czuć słony posmak na czubku jezyka.

Jeśli jesteście jeszcze na wczasach z przedszkolakiem nad naszym polskim morzem, sprawcie sobie taką pamiątkę, polecamy z całego serca. I oczywiście pełne kieszenie muszelek sercówek, rogowców bałtyckich i małgiew płaskołazów. Ale jeśli na którejś z plaż zdarzy Wam się spotkać fokę, zróbcie jej zdjęcie z daleka i nie podchodźcie, te urocze, ale groźne stworzenia potrzebują odpoczynku na lądzie. A na bliższe spotkania trzeciego stopnia koniecznie wybierzcie się do fokarum na Hel albo do gdańskiego ZOO.

Patrycja Wojtkowiak-Skóra, Bałtyckie zwierzaki, Warszawa: Wydawnictwo Dwukropek, 2019, 32 s.

Grajki Majki: Pluszowe zwierzaki, National Geographic

Jakiś czas temu pokazywałam Wam mojego pluszowego leniwca (tak tak, mojego, nie oddałam go dziecku!), który kradnie serca beznamiętnym wyrazem pyszczka i niebiańską puchatością futerka. I tak jak wtedy przewidziałam, jedno pluszowe zwierzątko to już zaczątek stada. Ani się obejrzałam, a rozmnożył się do aż czterech sztuk. I to różnych gatunków!

Ulubienica Majki – foka (a właściwie Weddelka Antarktyczna) – sypia pod wodą i potrafi wynurzać się, by zaczerpnąć oddech, przez sen. Nasz egzemplarz nazywa się Wallie Snow i śpi w łóżku. Na poduszce z Elsą, więc na pewno ma wystarczająco zimno!

Nie potrafiłam odmówić sobie lwa, chociaż Figiel nie jest z tego faktu ani trochę zadowolony (dotychczas tylko on miał grzywę w tym domu!). Myślę jednak, że w końcu się dogadają. W końcu lwy afrykańskie to jedyne dzikie koty, które żyją w stadach.

Dziobak na zdjęciach wychodzi dość groźnie, a ma niesamowicie gładką i miła w dotyku sierść, więc nie sposób go nie miętosić. I spójrzcie tylko na te łapki! Dotychczas myślałam, że dziobaki są całkiem spore, a tu okazuje się, że mierzą mniej więcej 40 cm i ważą około 1,4 kg, czyli właściwie maskotka oddaje realne wymiary zwierzęcia. To w porównaniu z moim prawie pięciokilogramowym Vincentym prawdziwe maleństwo!

Starannie wykonane, szczegółowe, mięciutkie zabawki są naprawdę realistyczne i całkiem podobne do swoich pierwowzorów na fotografiach. Wszystkie mają głęboko w środku jakiś rodzaj ziarna (właściwie trzeba być trochę księżniczką Pirlipatką, żeby odnotować ten fakt), dzięki czemu stabilnie siedzą i nie przewracają się na boki. Leniwiec na przykład na dobre już zadomowił się na oparciu mojego fotela i ani razu jeszcze nie spadł mi na głowę. Do każdego z nich dołączono ulotkę z kilkoma ciekawostkami na temat zwierzęcia, zdjęciami i informacjami na temat innych zwierząt mieszkających w danym klimacie (a w przypadku lwa – innych dużych kociaków). To trochę podstęp, bo jak już tulisz się do swojego dziobaka i czytasz o innych mieszkańcach Australii, to nagle masz ochotę drugą ręką poprzytulać koalę, trzecią kangura, a do tego owinąć się pytonem, a Majka coś przebąkuje o niedźwiedziu i zającu do swojej strefy polarnej. I tak właśnie powstaje pluszowe stado! I gniazdo Pluszakowej Matki…

Foka, Lew, Dziobak
National Geographic

Te i inne pluszaki od National Geographic możecie znaleźć TUTAJ.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości dystrybutora zabawek Dante.