Czas na czytanie: „Siła złego na jednego” Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa

Już na samym wstępie muszę zaznaczyć, że znając już ten świat – jego absurdy, groteski i pokręcone charaktery bohaterów, drugi tom czyta się zdecydowanie łatwiej. Po prostu nie trzeba już zastanawiać się o co w tym wszystkim chodzi, całą energię poświęcając na cieszenie się tą niebanalną lekturą.

Drużyna ulega rozpadowi – większość Jasnych musi jechać do Dąbrowy, zdać władcy relację z podstępnej zdrady Wlariela. Świta Dirana kurczy się znacznie, ale chyba jedna elfka, jeden zmienny i jedna mroczna wystarczą, by doprowadzić nowego Władcę do szkoły? Oczywiście nudno nie będzie, bo, choć zmniejszona, wyprawa nie traci ani odrobiny ze swojej pechowej aury. Sytuacje, które w pierwszym tomie skutkowały sprzedaniem w niewolę, tym razem kończą się nieplanowanymi małżeństwami (a może to bez różnicy?). Di odkrywa w sobie pierwiastek, jakiego odkryć nigdy się nie spodziewał, a do tego przyrzeka uwolnić duszę swojego miecza od wiecznej niedoli. Ponadto spotyka kuzyna, który ewidentnie jest jego jasną bratnią duszą i mają szansę zostać bff. Cesarzowa Ciemności kontratakuje, ojcowie czuwają, a podstępny imperator Dobroziemi knuje kolejną intrygę.

Podobnie, jak w przypadku pierwszej części, fabuła wypełniona jest nie mającymi większego znaczenia zdarzeniami – ot tak, żeby podróż się nie dłużyła warto porobić poboczne questy dla rozprostowania skrzydeł, wyczerpania mocy i efektownego omdlenia. Jestem strasznie ciekawa, czy wszystkie te niepozorne zdarzenia prowadzą do jakiejś wielkiej puenty w ostatnim tomie, czy to po prostu przygody wzbogacające doświadczenie młodego bohatera.

Pojawią się akcenty, których dotychczas mogło czytelnikom zabraknąć – blond książęta jeżdżący na jednorożcach, zaginione boskie korony, karawany przez przeklęte pustkowia, olbrzymie robale, wyklęci rycerze przedwiecznych zakonów i porzucone demoniczne dzieci.

Czy najmłodszemu synowi Ciemnego Władcy uda się wreszcie dotrzeć do szkoły? Czy zawiązane przyjaźnie przetrwają? Czy uda się zapobiec wojnie? Czy Jaśni i Ciemni mogą się przyjaźnić? Nie niszcząc przy tym świata?

Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa, Siła złego na jednego, Słupsk: Wydawnictwo Papierowy Księżyc, 2019, 346 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papierowy Księżyc.

Bajki Majki: „Lodowy smok” George R.R. Martin

Długo zastanawiałam się do jakiej kategorii zaliczyć tą baśń – nie mogłam zdecydować, czy to książka dziecięca, czy raczej już dla dojrzałego czytelnika. Już samo nazwisko autora zwiastuje sporą dozę brutalności – znajdziemy tu palenie żywcem, okrucieństwa wojny i mówienie dzieciom, że nie potrafią kochać. Tym bardziej są to aspekty przejmujące, bo dokładnie ukazane na ilustracjach. Zawsze jednak w takich mementach staram się sobie przypominać rzeczy, które ja czytałam będąc dzieckiem i zawsze na nowo odkrywam, jak bardzo granica wrażliwości przesunęła mi się, odkąd jestem mamą.

„Lodowy smok” wylądował więc jednak wśród książek dziecięcych, ale mocno na wyrost. No, może dla tzw. młodszej młodzieży.

I oczywiście dla dorosłych, którzy lubią czasem sięgnąć po ten rodzaj literatury. Na przykład dla mnie, bo nie dość, że mam wyjątkową słabość do literatury dziecięcej (nawet bez udziału dziecka), to przede wszystkim KOCHAM SMOKI! Mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem, że dostałam takiego smoka, jakiego lubię – groźną, legendarną, niezależną jaszczurę nie dającą się udomowić, a samo jej wspomnienie budzi postrach. I dla odmiany – przynoszącą zimę.

Choć pod względem objętości, jest to niedługa opowieść – weźcie pod uwagę, że przynajmniej połowę ze 100 stron książki w większej, lub mniejszej części zajmują ilustracje – na godzinkę czytania przed snem, kreuje przed czytelnikiem wyjątkowo plastyczny świat. I wzbudza mnóstwo emocji.

Adara urodziła się w najmroźniejszy dzień, jaki tylko pamiętają mieszkańcy jej wioski. Zimno naznaczyło ją od pierwszych chwil życia, dlatego zawsze była nieco inna, niż jej rodzeństwo i rówieśnicy. Jako zimowe dziecko nigdy nie cieszyło jej upalne lato, odżywała za to z nadejściem zimy, kiedy to całymi dniami poświęcała się budowaniu śnieżnych zamków, a lodowe jaszczurki chętnie wchodziły na jej dłonie. Dłonie, które, w przeciwieństwie do innych ludzi, nie raniły drobnych ciał jaszczurek swym ciepłem. Chłodna w dotyku i oszczędna w uczuciach, rzadko uśmiechająca się dziwna dziewczynka. I to właśnie jej trafiła się najniezwyklejsza przyjaźń na świecie.

Poruszająca opowieść o niedopasowaniu, poszukiwaniu swojego miejsca, miłości, okropnościach wojny i sile poświęcenia. Rozmalowana zarówno słowem, jak i zapierającymi dech w piersiach ilustracjami – tak pięknymi, jak przerażającymi. Ta pięknie wydana książka zmrozi Wasze serca, by roztopić je, gdy tylko nadejdzie odpowiedni moment. Jeśli tęsknie za bielą śnieżnego puchu za oknem – sięgnijcie po nią koniecznie!

George R.R. Martin, Lodowy smok, Poznań: Wydawnictwo Zysk i s-ka, 2019, 114 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zysk i s-ka.

Czas na czytanie: „Ciężko być najmłodszym” Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa

Pierwsza książka w 2020 roku okazała się być wypasionym okazem Dziobaka*, czy można sobie wymarzyć lepszą wróżbę?

Nie wiem, czy da się być przygotowanym na tą serię – ja nie byłam, ale podejrzewam, że po prostu nie jestem „w temacie”, bo to moja pierwsza… no właśnie… parodia? Komedia fantastyczna? Chyba jednak to drugie.

Jasna drużyna zniewolona przez Ciemnego Władcę zostaje uwolniona z okowów przez jego najmłodszego syna, który pragnie poczuć zew wolności i wydostać się spod skrzydeł nadopiekuńczej rodziny. Tak też zaczyna się epicka wyprawa ze zrabowanym niecnie artefaktem w kierunku Zagubionej Świątyni, przez magiczne portale, statki przemytników, zapomniane kopalnie pełne kultystów i inne radosne przygodny. Mroczny książę szybko orientuje się jednak, że drużyna, którą tak niefrasobliwie ocalił należy raczej do tych pechowych. Bardzo pechowych. A on tylko chciał dostać się do szkoły!

Przez pierwsze 100 stron czytało mi się bardzo specyficznie – nie było mi łatwo przywyknąć do konwencji, która wydawała mi się bardziej infantylna, niż zabawna. Ale kiedy już nieco się z nią oswoiłam, rozejrzałam po świecie, zapamiętałam kto jest kim i jakie panują tu zasady, zaczęłam się coraz lepiej bawić. A emocji nie brakuje, bo ta specyficzna wyprawa to prawdziwy lep na kłopoty.

Jest dziwnie, nietypowo, ale fajnie. Sporo przyjaźni, dorastania, potrzeby sprawdzenia się w samodzielnym życiu i patrzenia ponad stereotypami. I są smoki!

Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa, Ciężko być najmłodszym, Słupsk: Wydawnictwo Papierowy Księżyc, 2017, 406 s.

Książka wyczytana z Regału Wstydu.

*Dziobaki Roku to niekończące się zestawienie najniezwyklejszych pozycji, na jakie trafiłam. Nietypowych, niestandardowych, wymykających się jakiejkolwiek klasyfikacji. Unikatowych. Dziwnych, ale mających mnóstwo uroku. Zaiste dumny to tytuł.

Czas na czytanie: „Jezioro Ciszy” Anne Bishop

Nigdy szczególnie nie ciągnęło mnie do najsłynniejszej chyba serii Anne Bishop o Innych, ale jakiś czas temu skusiłam się na pierwszy tom innej serii tej samej autorki – „Filary Świata” i to była całkiem przyjemna, magiczna przygoda. Kiedy więc pojawiła się okazja rozejrzenia się po innym uniwersum autorki bez konieczności rozpoczynana wielotomowego cyklu, chętnie z niej skorzystałam.

DSC_0352

Jak tylko udało mi się już w miarę zrozumieć zasady funkcjonowania tego świata i poczułam się w nim całkiem pewnie – na tyle, na ile pewnie może poczuć się człowiek, który w dość brutalny sposób dowiaduje się, że jego miejsce jest niemalże na samym na końcu łańcucha pokarmowego – okazało się, że Anne Bishop idealnie wpasowała się w moje poczucie humoru. Bo humoru jest tu mnóstwo – makabrycznego, z dużą dawką autoironii i przejawiającego się gdzie tylko się da. Od kreacji postaci (i w opisie wizualnym i w cechach charakteru), przez przedziwne stworzenia, specyficzne nazwy, ciętą ironię aż po humor sytuacyjny. A przy tym porusza sporo całkiem poważnych tematów, jak brak pewności siebie, przemoc psychiczna, czy napady lękowe. I robi to z klasą! To wyjątkowe połączenie komedii z horrorem można porównać do „Najgłupszego Anioła”, ale to raczej dalecy krewni. Bo w świecie innych jest zdecydowanie bardziej… niezwykle.

Trzydziestoletnia Vicki, w ramach ugody rozwodowej, otrzymuje zrujnowany ośrodek wypoczynkowy nad malowniczym jeziorem, który planuje przekształcić w dobrze prosperujący biznes. Szybko okazuje się jednak, że to nie ludzie będą jej pierwszymi interesantami, otaczają ją bardzo specyficzni sąsiedzi, a rozwód wcale nie oznacza końca kłopotów z byłym mężem. Jak żyć, gdy wszystko wokół (z powietrzem włącznie!) obserwuje każdy twój krok, ciemność roi się od zmiennokształtnych (od wron, przez kucyki aż po niedźwiedzie i dzikie koty), twoim prawnikiem jest wyjątkowo wyględny krwiopijca, można nawet nie zauważyć, kiedy zostanie się czyimś obiadem, a śmiesznie podskakujące cosie codziennie przychodzą po haracz w postaci marchewki?

Życie w małej społeczności nie jest łatwe. Szczególnie, kiedy przychodzi się do niej z zewnątrz, a większość jej członków nie ma pojęcia o ludzkich zwyczajach.

„Nie wiedziałabym o martwym człowieku, gdybym nie weszła do kuchni w chwili, gdy moja jedyna lokatorka właśnie zamierzała podgrzać gałkę oczną w kuchence mikrofalowej”.

– kiedy książka zaczyna się od takiego zdania, to znak, że będzie dobrze. A potem jest tylko lepiej!

No i klops, bo teraz czeka mnie 8 tomów serii do wyczytania. Z jednej strony ekstra, witaj przygodo! Z drugiej mój regał wstydu zanosi się żałosnym łkaniem. Życie jest zdecydowanie za krótkie, jak na liczbę książek, które chcę przeczytać!

Jeśli ktoś ma ochotę niezobowiązująco sprawdzić, czy specyficzna kreacja świata Innych jest dla niego, „Jezioro Ciszy” jest bardzo dobrym wyborem. To niezależna historia, która nie wymaga znajomości pozostałych tomów serii, a daje spore pojęcie o jej klimacie.

Anne Bishop, Jezioro Ciszy, Kraków: Wydawnictwo Initium, 2019, 480 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Initium.

Czas na czytanie: „Bramy Światłości: Tom 2” Maja Lidia Kossakowska

„Gdzie była podniosła, surowa chwała Niebios? Gdzie majestat, bojaźń boża i wszechpotęga? Co się stało z okrutną, lecz sprawiedliwą grozą Piekieł? Nie było ich. Nie istniały. Zamiast tego znalazł tylko wyolbrzymione, zwielokrotnione odbicie dworskich i feudalnych stosunków, które doskonale znał z życia doczesnego. Znów pojawili się wysoko i nisko urodzeni, panowie i plebs, biedacy i bogacze.”

[ Kilka słów o pierwszym tomie TUTAJ]

To typowy przykład tomu przejściowego – tak naprawdę nie dzieje się nic wyjątkowo istotnego dla rozwoju wydarzeń, ekspedycja nie posuwa się jakoś energicznie do przodu, w Królestwie żyją na krawędzi ale jeszcze żadne dramy się nie zadziały. Wszystko jest jakby ciszą przed burzą (całkiem makabryczną ciszą swoją drogą), zbiorem narastających, nieszczególnie ważnych sytuacji będących zapowiedzią nieuniknionego.

DSC_1007

Ale bynajmniej nie jest nudno. Jest wszystko to, za co Kossakowską lubimy – krew, obdzieranie ze skóry, obcinanie głów, malownicze opisy wnętrzności i jątrzących się ran, słodki zapach rozkładu, tragiczne sytuacje i krwawe ofiary składane martwym bóstwom. Tylko aniołów jakoś mało.

W drugim tomie Bram Światłości przede wszystkim wciąż towarzyszymy ekspedycji w jej karkołomnej podróży przez Sfery Poza Czasem. A właściwie samemu Daimonowi, który przypadkowo odłączywszy się od towarzyszy błądzi w piękniej i śmiertelnie niebezpiecznej dżungli niczym dziecko we mgle. Tym razem autorka szykuje nam wykład na temat przeraźliwie krwawych bóstw Inków i Azteków, których imiona nie zawsze byłam w stanie przeczytać, nie mówiąc już o zapamiętaniu pozostających w kontraście do oszałamiającej dzikością, bujnej roślinności. W miejscu, gdzie wszyscy odrzucili zwierzchność Jasności nawet Anioł Zagłady może poczuć się samotny.

Co mnie zaskoczyło, w tej części jest wyjątkowo dużo użalania się nad sobą, chwil zwątpienia i wyrzutów sumienia – i to nie tylko ze strony malkontenta Lucyfera, ale również samego Daimona, czym niesamowicie mnie wkurzał. Niby Abaddon, a momentami marudził jak baba. Między innymi z tego powodu spadł w rankingu mojego ulubionego bohatera na rzecz swego nowego jaguarokształtnego przyjaciela i rozpieszczonego Asmodeusza w jego archeologicznym szale.

Jednak, podobnie jak Daimon, przez całą lekturę tęskniłam za Królestwem. Bo czytelnik ma szansę odwiedzić je jedynie na dwa mgnienia oka i to wyłącznie komnatę sfrustrowanego Gabriela. Kilka rozdziałów z przetrwania w Głębi zaspokaja nieco apetyt na dworskie intrygi i życie wielkiego miasta, ale mimo wszystko nie mogę się doczekać, aż wreszcie wydostaną się z tych toksycznie barwnych lasów i bohaterowie na nowo poczują pod butami bruk ulicy.

Maja Lidia Kossakowska, Bramy Światłości: Tom 2, Lublin-Warszawa: Fabryka Słów, 2018, 560 s.

Czas na czytanie: „Smocza straż” Brandon Mull + „Księga wyobraźni”

Raz na jakiś czas lubię sobie zrobić przerwę od tej potwornie stresującej dorosłości. Czasami udaje mi się wygospodarować dwie godzinki podczas wyjątkowo długiej majkowej drzemki, kiedy po prostu niczym się nie przejmuję i nic nie muszę. Robię sobie wtedy kakao ze zdecydowanie zbyt słodkimi, piankami rozpuszczającymi się sukcesywnie od gorąca napoju, rozszczelniam okno, by w kontrolowany sposób wpuścić do mieszkania nieco zimowo-jesiennego chłodu, moszczę się wygodnie w puchatym kocyku i sięgam po jakąś magiczną lekturę.

Pierwsze chwile takiego odprężenia w 2018 roku spędziłam czytając „Smoczą Straż” i od razu mogę Wam zaspoilerować, że sprawdziła się świetnie.

DSC_0447

Nie ma co ukrywać – smoki zawsze były moją straszną słabością. Uwielbiam książki młodzieżowe czerpiące pełnymi garściami z powieści fantasy (bo na przykład za sci-fi do dziś nie przepadam – chyba Pan Lem zrobił mi traumę w dzieciństwie). Lasy pełne niesamowitych stworzeń, wróżek, jednorożców, czarodziei, centaurów i innych hybryd, przy których tworzeniu autora ograniczała wyłącznie wyobraźnia to krajobraz, w którym czuję się jak w domu. No i smoki. Pamiętam, jak ponad 10 lat temu, z wypiekami na twarzy czytałam Eragona (pamiętam również, że z jakiegoś powodu robiłam to z latarką pod kołdrą – zapewne odbywałam akurat jeden z moich słynnych szlabanów na czytanie – to jakby ktoś jeszcze nie wiedział z jakiego powodu noszę okulary) – najnowszy cykl Mulla sprawił, że jeszcze raz poczułam się jak książkożerna małolata odkrywająca kolejny zaczarowany świat. I przypomniał mi jakie to fajne uczucie!

„Smocza Straż” otwiera nową, pięciotomową serię, której akcja toczy się w świecie „Baśnioboru”. Martwiłam się z początku, że będą to trochę odgrzewane kotlety, bo jednak tasiemce mają to do siebie, że w pewnym momencie formuła i pomysł się wyczerpują i autor stara się wszystko ciągnąć trochę na siłę. Zapewniam jednak, że ten moment jeszcze nie nadszedł – choć trzymam w dłoniach pierwszy tom serii będącej kontynuacją innej serii, to wciąż jest to porywająca przygoda przypominająca nieco grę w podchody, gdzie każda wskazówka kieruje nas do kolejnej, a do ich znalezienia wykorzystać trzeba sporo sprytu i umiejętności. Smoki przyciągają, to fakt, ale kto raz odwiedził Baśniobór, nie będzie chciał go opuścić – jest niezwykle malowniczy, baśniowy, bardzo rozbudowany i bogaty w przeróżne stworzenia, a jednocześnie rządzi się jasno określonymi, choć momentami naprawdę skomplikowanymi zasadami.

To kolejny cykl skierowany do młodszej młodzieży, który za kilka lat bez wahania podsunę mojej córce – emanujący poczuciem zagrożenia, niepewności i licznych niebezpieczeństw, ale jednoczenie pozbawiony elementów poważnej grozy i masakry, charakterystycznej na przykład dla serii „Pax”. Choć śmierć i żałoba są obecne, oszczędzono młodemu czytelnikowi plastycznych opisów drastycznych scen i widoków. Występują zombie, widma, ożywieńcy i demony, ale nie przyprawią małych moli książkowych o przewlekłą bezsenność. Jedną z niewątpliwych zalet tego autora jest umiejętność znalezienia złotego środka. Podobnie jest z wątkiem romansowym, który występuje w niewinnej, mocno emocjonalnej, ale nie zbyt naiwnej i wyidealizowanej formie (chociaż mnie osobiście zawsze trochę wkurzało, kiedy nadnaturalne, kilkusetletnie istoty zakochują się w nastolatkach, jakoś jest w tym dla mnie coś niewłaściwego).

Kolejnym aspektem, który przypadł mi do gustu jest fakt, że opisywane dzieci cały czas są dziećmi – rozumują i zachowują się jak dzieci. Popełniają błędy, bywają impulsywne, zazdrosne, czy nierozważne. Przejmują się głupstwami i miewają szalone pomysły. A jednocześnie wciąż uczą się, dojrzewają, pokonują własne słabości. To sztuka napisać całkiem niegłupią książkę dla kilkunastoletniego odbiorcy, przekazać określone wartości i wykreować swoich bohaterów jako wzór dla czytelników nie wciskając im jednocześnie dorosłych w dziecięcych przebraniach.

Czego nie lubię? Czekania na kolejny tom. Jednak najprzyjemniejsze na świecie uczucie to to, kiedy przeczytasz naprawdę wciągającą książkę ze świadomością, że na półce czekają kolejne części. Niestety w tym przypadku trzeba będzie poczekać na ich napisanie, chociaż autor obiecał utrzymać tempo jednej książki rocznie. Ale dla mnie to wciąż strasznie dużo czekania!

Na innych równie zniecierpliwionych czeka niespodzianka – „Baśniobór. Księga Wyobraźni” osłodzi czas oczekiwania wciągając fana serii w proces tworzenia tego niezwykłego świata. To zbiór kreatywnych zadań dla młodszych fanów serii. Przed otwarciem warto zaopatrzyć się w dobrze wyposażony piórnik!

Znajdziemy w nim zarówno proste i powszechnie znane aktywności, jak labirynty, kolorowanki, rebusy, czy modele do wycinania i sklejania, jak i bardziej zaskakujące pomysły, jak na przykład instrukcja wiązania węzła ratowniczego, tkania pajęczej sieci, a nawet przepisy kulinarne (i to nie tylko na niepokojąco składem eliksiry i czarodziejski szlam). Są zadania, które rozbawią, nad którymi trzeba będzie się pogłowić i takie, które wystawią na próbę zdolności manualne książkowych moli.

A wszystko to uzupełniono inspirującymi cytatami i klimatycznymi ilustracjami. Szczególnie spodobały mi się kolorowanki – są niebanalne szczegółowe oraz możliwość umieszczenia swojego imienia na okładce – tuż pod nazwiskiem autora (a to jest już COŚ!). Pozytywnie zaskoczył mnie również pomysł wyzwania książki na pojedynek spojrzeń jako trening cierpliwości.

Brandon Mull, Smocza straż, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B., 2017, 385 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.

Książkę przeczytałam biorąc udział w Olimpiadzie Czytelniczej.

Czas na czytanie: „Cień i kość” Leigh Bardugo

Tęsknotę za Ketterdamem i pustkę po zamknięciu „Królestwa kanciarzy” postanowiłam zapełnić nadrabiając Trylogię Grisza, która już zdecydowane zbyt długo leży wyrzutem sumienia na mojej komodzie (niedługo w zaczną się niecierpliwić w bibliotece…).

Od samego początku wiedziałam dobrze, że to nie będzie to samo i że narobiłam sobie strasznych spoilerów ale to zawsze jakaś namiastka. Jeśli jest możliwość pozostania w świecie Bardugo o trzy książki dłużej, to nie zamierzam zmarnować ani jednej strony.
Spoilery faktycznie są i to całkiem spore. Mi osobiście ten fakt zupełnie nie przeszkadza, bo nastawiałam się na traktowanie Trylogii Grisza jako prequel do „Szóstki wron”. Jednak jeśli ktoś nie lubi znać (a przynajmniej się domyślać) zakończenia, zdecydowanie odradzam czytanie „Królestwa kanciarzy” przed zabraniem się za tą trylogię.

_20170420_182557

Akcja „Cienia i kości”, pierwszej części trylogii, toczy się we wzorowanej na carską Rosję Ravce, gdzie poznajemy niepozorną sierotkę Alinę i jej przyjaciela Mala – Łamacza Niewieścich Serc służących w szeregach Pierwszej Armii. Chwila śmiertelnego zagrożenia diametralnie zmienia ich przecietne życie – Alina odkrywa w sobie moc, której nikt się nie spodziewał, uzyskuje protektorat najpotężniejszego człowieka w kraju i w mgnieniu oka ląduje w samym środku pałacowych intryg i walk o władzę. Oderwana od kompana z dzieciństwa, zagubiona w środowisku, którego nie zna próbuje odnaleźć swoje miejsce w świecie. Jej potęga zdaje się być zbawieniem dla ojczyzny, jednak wykorzystana w niecnym celu może przynieść zgubę całemu światu. Komu ufać, a kogo się obawiać? Kto jest prawdziwym przyjacielem, a kto pragnącym jej mocy wrogiem?

Podziwiam Bardugo za jej wyjątkową umiejętność kreacji fantastycznych światów, które (być może dzięki inspiracjom czerpanym z rzeczywistości) wydają się być najzupełniej realne. Zwyczaje i obyczaje, potrawy, klimat, języki, style ubierania się, legendy i wierzenia– wszystko zostało dopracowane w jak najmniejszym szczególe. I chociaż całe swoje serce oddałam Ketterdamowi, Ravkę zwiedziłam z prawdziwą przyjemnością.

Uwielbiam też pomysł autorki na magię, która potraktowana została niezwykle pragmatycznie. Grisza – osoba, która urodziła się z wyjątkowymi talentami – to tak naprawdę naukowiec dostrzegający więcej niż przeciętny, nieobdarzony człowiek. Spowalnianie rytmu serca, łączenie cząsteczek, manipulowanie żywiołami poprzez subtelne zmiany ciśnienia – magowie zaprzęgani są do zupełnie codziennych czynności, zatrudniani na okrętach, w wojsku i warsztatach rzemieślniczych.

Ta powieść to również cała paleta świetnie skrojonych postaci – zagubiona Alina, która jednak da się lubić, pociągający, pełen zwierzęcego magnetyzmu, mroczny Darkling, piękna i frywolna Genia, oddany i zazdrosny Mal oraz okrutny, świadomy swojej potęgi Ivan – jest w czym wybierać.

A mimo tych wszystkich zalet, po lekturze pierwszego tomu jestem nieco sceptyczna – zupełnie zaskoczył mnie rytm fabuły – z początku wszystko powoli się rozkręca aż do momentu, w którym po prostu nie mogłam się oderwać od lektury mimo późnej pory i świadomości nieuchronnej pobudki bladym świtem (magnetyczna aura Darklinga działa najwidoczniej nie tylko na griszów), a potem nagle wszystko jakby traci cały swój potencjał. I mimo pościgów, dramatycznych ucieczek i karkołomnych poszukiwań akcja wydaje się ciągle zwalniać, brakuje tego specyficznego napięcia, które osiągnęło kulminacyjny moment gdzieś pośrodku powieści i teraz już tylko się wytraca.

No i suma summarum jestem trochę skonfundowana, choć z pewnością nie powstrzyma mnie to przed kontynuacją cyklu. Nie przepadam za porzucaniem historii w połowie, jestem na to po prostu zbyt ciekawska. No i końcówka pozwala mi mieć nadzieję na powrót do Ketterdamu (albo chociaż do Kerchu) za co mocno trzymam kciuki sięgając po drugi tom.

Leigh Bardugo, Cień i kość, Słupsk: Wydawnictwo Papierowy Księżyc, 2013, 380 s.

P.S. Okładka to prawdziwy koszmarek. Szczególnie w porównaniu z angielską wersją. Grafik chyba płakał jak projektował. A już na pewno ja płaczę na widok oprawy graficznej tej serii :(

Czas na czytanie: „Bramy Światłości” Maja Lidia Kossakowska

14 dni. Tyle dokładnie zajęło mi wytrawianie w noworocznym postanowieniu o nie kupowaniu nowych książek dopóki nie wyczytam wszystkich zachomikowanych na regale (i w szafkach, koło łóżka, na komodzie i w kartonie). A potem nieopatrznie weszłam do empiku „tylko popatrzeć” i zgrzeszyłam. Bardzo dziękuję Pani Kossakowska za czynienie zwykłemu szaremu człowiekowi takich pokus i pisanie kolejnych części „Zastępów Anielskich”, żeby zwykły szary człowiek im ulegał i bankrutował. Bo po „Bramy Światłości” sięgnęłam w ciemno i bez wahania udałam się świńskim truchtem w stronę kasy. Nie darowałabym sobie zostawienia nowych przygód moich aniołków samotnych na sklepowym regale.

_20170130_090238

I tutaj trochę się zwiodłam, bo, poza Daimonem, moich ukochanych aniołków było w „Bramach Światłości” jak na lekarstwo. Pierwszym rozczarowaniem, już na pierwszych stronach, okazało się wprowadzenie nowego bohatera – podróżniczki, byłej uczennicy Razjela, w której Książę Magów był zakochany, a która w swej zarozumiałości odrzuciła jego zaloty. Sorry, ale zawsze uważałam, że Razjel kręci z Gabrielem – tak, jestem z tych skrzywionych – a tu niespodziewanie wtrynia mi się jakiś babsztyl. I to w dodatku zupełnie nieciekawy i pretensjonalny. Bardzo mi to nie w smak, ale trudno. Prawdę mówiąc nawet nie zapamiętałam jej imienia.

Owa podróżniczka przynosi swojemu byłemu mistrzowi wieść, iż gdzieś daleko daleko w Sferach Poza Czasem natknęła się na obecność Jasności. By to potwierdzić Gabriel wysyła straceńczą ekspedycję z Daimonem na czele. Akcja powieści toczy się w niegościnnych rejonach, do których wpływy królestwa niemalże nie docierają. Podczas ich kreacji autorka sięgnęła po mitologię indyjską, zatem przemierzane krainy zamieszkane są przez poddanych Brahmy, Waju, Rudry, Jamy i innych bogów hinduistycznych. Z jednej strony były to dla mnie niemal zupełnie nowe tematy, bo jednak zdecydowanie bardziej jesteśm obcykana w mitologii greckiej i rzymskiej, zatem dowiedziałam się wielu nowych rzeczy (słowniczek z tyłu książki okazał się bardzo pomocny). Z drugiej jednak jestem mocno przywiązana do klimatu początków cyklu – po prostu uwielbiałam te wszystkie przekręty wśród anielskiej elity Hajot Hakados, niebiasko-głębiańskie spiski i pałacowe knowania. Całą lekturę tęskniłam za archaniołami, bo sceny z ich udziałem można było policzyć na palcach jednej ręki – podobne uczucie do lizania cukierka przez papierek. A kolejne śmiertelnie niebezpieczne przygody prowadzonej przez Daimona wycieczki i kolejne cudowne ocalenia pod koniec stały się już nieco nużące.

I mimo, iż moje oczekiwania chyba trochę przerosły tą pozycję, to pochłonęłam ją w mgnieniu oka i z niecierpliwością czekam na tom drugi. To już chyba nieuleczalny nałóg.

Maja Lidia Kossakowska, Bramy Światłości. Tom 1, Lublin: Fabryka Słów, 2017, 512 s.