Czas na czytanie: „PAN. Tom 3. Ukryte insygnia króla elfów”, Sandra Regnier

Na pewno znacie to uczucie, kiedy kończycie przygodę z jakąś serią i przez jakiś czas nie możecie znaleźć dla siebie miejsca. Szczególnie, kiedy Wasz ulubiony bohater ginie. Nie raz już miałam większego lub mniejszego książkowego kaca, ale nigdy nie sądziłam, że złapię go po sympatycznej i humorystycznej młodzieżówce. A tu okazuje się, ze mimo lekkości lektury i tak będę musiała odczekać kilka dni, zanim wybiorę się na podbój kolejnego książkowego świata. Strasznie mi żal, że już się skończyło.

Bo też to jedna z fajniejszych serii dla „młodszej młodzieży”. Pełna magii, elfów, smoków (a jak tak kocham smoki!) i starożytnych przepowiedni. I mimo tej całej baśniowości i ciężaru przeznaczenia tryskająca humorem, najeżona nawiązaniami do popkultury, z pełną dystansu do siebie bohaterką „z krwi i kości”, którą naprawdę da się lubić. Bardzo podobał mi się motyw podróży w czasie (a przecież zazwyczaj za tym nie przepadam!) w celu „poprawiania historii” i poszukiwania zaginionych insygniów nie tylko w przestrzeni fizycznej, ale również na przestrzeni dziejów. Tym razem odwiedzimy las Sherwood, dwór Eleonory Akwitańskiej i Czechy czasów Krwawej Hrabiny z Krummau.

Jak zwykle ostatnie tomy są najbardziej rozwlekłe, tak pod względem ilości stron „Ukryte insygnia króla elfów” są „najszczuplejszą” z części. I przy tym chyba najbogatszą w treść, bo też wreszcie wszystkie tajemnice zostają rozwiązane, a intrygi obnażone. Okaże się wreszcie kim tak naprawdę jest Felicity i dlaczego to akurat jej przeznaczono los wybranki. Dowiemy się ile naprawdę jest insygniów, do kogo należały i jaką mają moc. Spotkamy więcej smoków i mnóstwo innych mniej lub bardziej przyjaźnie nastawionych stworzeń. Zazwyczaj jednak mniej.

Przed bohaterką nie lada zadanie – odnalezienie insygniów okaże się tym mniejszym z problemów, kiedy stanie przed decyzją co z nimi uczynić. Opowiedzenie się po którejkolwiek ze stron przedwiecznego konfliktu przyczyni się do zagłady tej drugiej. Zarówno wśród smoków, jak i elfów są jej przyjaciele, szpiedzy i wrogowie, a nadciągająca wojna jest nieunikniona.

Znajdziemy tu tak naprawdę wszystko, czego można oczekiwać od dobrej młodzieżówki – jest humor, szkolny romans, przystojni młodzieńcy, wojna, trudne wybory, magia i wielka przygoda. A do tego autorka przemyca nieco wiedzy historycznej i całkiem sporo brytyjskiego folkloru. Super sprawa, polecam z całego serca. Za kilka lat na pewno podsunę córce!

Recenzje poprzednich części możecie przeczytać TU i TU.

Sandra Regnier, PAN. Tom 3. Ukryte insygnia króla elfów, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2019, 360 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2020 ~

Czas na czytanie: „Las na granicy światów” Holly Black

„Las na granicy światów” to w sumie prequel trylogii o złym księciu, jednak jej znajomość nie jest niezbędna. To odrębna historia Severtina i Króla Olch, a także miecza, który stanie się później orężęm w ostatecznym rozwiązaniu problemów Jude – wytęskniony powrót do dzikiego i okrutnego świata elfów dla fanów serii, ale równie dobrze sprawdzi się jako pierwszy kontakt z tym uniwersum.

Pewnie trudno będzie w to uwierzyć, ale ta książka jest jeszcze bardziej baśniowa. Opowieść o rycerzach przestrzegających kodeksu honorowego, o śpiącym księciu w szklanej trumnie, magicznych darach, sile muzyki, samotnych dzieciach stających do walki ze złem, legendarnych orężach i miłości jak z kart baśni. Właściwie ta przygoda równie dobrze mogłaby być opowieścią na dobranoc dla mieszkańców świata elfów. Bo oba te światy w żadnym innym miejscu nie łączą się ze sobą tak ściśle, jak w Fairfold.

Ben i Hazel, niedopilnowane dzieci wyzwolonych artystów, od małego kręcą się po przydomowym lesie. I od małego są świadomi czających się w nim niebezpieczeństw –ciągłej obecności śmiertelnie groźnych, bezlitosnych elfów, zarówno tych czarownie pięknych wysokiego rodu, jak i szkaradne potwory żywcem wyjęte z najbardziej mrocznych ludowych podań. Jedne bardziej niebezpieczne od drugich. Las ma jednak jeszcze jedną, znacznie bardziej romantyczną tajemnicę i atrakcję turystyczną w jednym – szklaną trumnę z zatopionym w wiecznym śnie rogatym młodzieńcem. Księciem z baśni i głównym bohaterem zabaw i fantazji rodzeństwa. Hazel marzy o byciu rycerzem, Ben kocha muzykę, obydwoje tęsknią do baśniowej miłości. Tylko czy gdyby książę został uwolniony ze swojej pułapki, spełniłby ich oczekiwania?

Jestem jak najbardziej usatysfakcjonowana, bo dostałam bardzo dużą dawkę tego, za co pokochałam Holly Black – nieokiełznaną, piękną i przerażającą siłę natury pełznącą po ścianach miękkość mchu i jego słodki, duszący, nieco gnilny zapach (mam wrażenie, że ten wręcz wychodzi z jej książek). Szczególnie, że inwazyjny rozkwit roślinności został potraktowany jako broń i zwiastun najstraszniejszej potwory z samego serca lasu. Potwory, która wypełzła z jego czeluści i, pogrążona we własnej rozpaczy, terroryzuje miasto.

Holly Black, Las na granicy światów, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar 2020, 328 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Czas na czytanie: „Królestwo popiołów” Sarah J. Maas

Nie mogę uwierzyć, że jednak się skończyło. Niekończąca się seria jednak dobiegła końca. I mimo, że nie byłam do niej do końca przekonana i nie raz miewałam chwile zwątpienia, to jednak trochę będzie mi jej brakować.

Ciężar poświęcenia, ból utraty najbliższych, krew pot i łzy, nieskończona sinusoida nadziei i beznadziei gdy bezduszne, złośliwie okrutne hordy Erawana miażdżą jedną armię po drugiej zmuszając najdzielniejszych nawet wojowników do panicznego odwrotu. Czy jest jakakolwiek szansa przeciwstawić się nieprzeniknionej ciemności Valgów?

 

Najdłuższy z tomów, kulminacja budowanego przez setki stron napięcia, połączenie wszystkich wątków, karkołomny wyścig z czasem i spotkanie wszystkich bohaterów od murami Orynthu i wielka bitwa o wszystko. Czy armia południowego cesarstwa zdąży dotrzeć na czas? Czy uda się odnaleźć trzeci klucz i wykuć zamek? Czy bogowie dotrzymają swojej części umowy? Czy tym razem ktokolwiek odpowie na wezwanie Terrasenu? Kim tak naprawdę jest Maeve i czy uda jej się złamać ducha swojego wieźnia? Czy zadufana w sobie Aelin faktycznie ma plan na wypadek każdej sytuacji?

Na całe szczęście złośliwa, męcząca i niedojrzała Celeana z pierwszego tomu nie ma już zbyt wiele wspólnego z bohaterką ostatnich części. Rosnąca odpowiedzialność, już nie tylko za życie przyjaciół, sojuszników a nawet wysyłanych do walki armii, ale również ciężar przeznaczenia, niewola i tortury, kolejne porażki oraz niezachwiana potęga przeciwników, z którymi przyszło jej się mierzyć odcisnęły trwałe piętno na charakterze zaginionej księżniczki. I moim zdaniem wyszło jej to na dobre.

Osobiście jednak zdecydowanie bardziej przypadła mi do gustu przemiana Doriana i to jemu kibicowałam najbardziej. Przynajmniej odkąd minęła mi sympatia do Rowana, która malała wprost proporcjonalnie do jego fascynacji królową Terrasenu.

Bywało zaskakująco i bywało przewidywalnie. Były momenty, które niemożebnie mi się dłużyły, były i takie, przez które nie mogłam odłożyć książki do późnej nocy. Były wybuchy radości, bgorycz porażki. Siedmiotomowy cykl (ponad 5000 stron!) dobiegł wreszcie końca, wszystkie wątki zostały wyjaśnione, przeznaczenie się dokonało, każdy z bohaterów dostał swoje własne zakończenie. A i tak o większości z nich chętnie bym jeszcze co nieco przeczytała.

Pisany przez 10 lat „Szklany Tron” jest doskonałym przykładem rozwoju nie tylko warsztatu pisarskiego autorki, ale także jej koncepcji świata przedstawionego, pomysłu na fabułę i podejścia do bohaterów. Tak naprawdę prawdziwą przyjemność z lektury zaczęłam czerpać w okolicach czwartego tomu, kiedy cała dziejowa intryga zaczęła się choć odrobinę rozjaśniać, a historia stała się bardziej spójna, mimo, ze z każdym tomem była bardziej i bardziej rozbudowywana. To był moment, w którym już wiedziałam, że nie będę potrafiła się wycofać, nie ważne ile tomów pojawi się jeszcze przede mną – zżyłam się z bohaterami i naprawdę zaczęłam być ciekawa, jak to wszystko się skończy.

Według mnie skończyło się odpowiednio i „Królestwo Popiołów” okazało się jednym (jednymi?) z najlepszych tomów tego cyklu, choć śmierć dwóch postaci sprawiła mi nielichą przykrość, a zabicia jednej z nich chyba nigdy autorce nie wybaczę. Chociaż rozumiem, dlaczego postąpiła tak a nie inaczej. Ale i tak, nie wybaczę! I nic więcej nie powiem, żeby nie zepsuć zabawy niepotrzebnymi spoilerami.

Sarah J. Maas, Królestwo popiołów. Część 1, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2019, 735s.

Sarah J. Maas, Królestwo popiołów. Część 2, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2019, 512s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Wieża świtu” Sarah J. Maas

Bardzo pozytywne zaskoczenie!

Nie byłam entuzjastycznie nastawiona do tego przerywnikowego tomu Szklanego Tronu. Przede wszystkim, jak można przerwać akcję w takim momencie i na prawie 850 stron przenieść ją w zupełnie inny czas i miejsce? Poza tym obawiałam się, że tom poświęcony tylko i wyłącznie Chaolowi zanudzi mnie na śmierć, bo też nigdy nie przepadałam za bardzo za tym bohaterem wraz z jego dąsami, specyficznym podejściem do honoru i oddania oraz tendencją do obwiniania o wszystko każdego wokół siebie z mentalnym samobiczowaniem włącznie.

DSC_0275

I to nie tak, że były kapitan gwardii królewskiej Adarlanu zyskał moją sympatię, chociaż czekająca go walka nie tylko z kalectwem, ale przede wszystkim z demonami przeszłości i wyniszczającym poczuciem winy będzie go sporym wyzwaniem. Odświerzająca okazała się zmiana otoczenia. Kaganat z brutalnym sposobem dziedziczenia władzy, miasto pokoju, dobrobytu i uzdrowicieli, jeźdźcy ruków rodem z opowiadanych w Adarlanie baśni i tak lubiane przeze mnie dworskie intrygi. A do tego oczywiście egzotyczne romanse. I rola dyplomaty, tak bardzo niepasująca do głównego bohatera.

Cieszący się dobrobytem południowy kontynent, bezpiecznie oddalony do wojny, wcale się do niej nie spieszy. Szczególnie, że członkowie rodziny królewskiej zmagają się w z własną, osobistą tragedią i codzienną rywalizacją. Tymczasem nie ma kontynentu, na którym na naszych bohaterów nie czyhałoby pradawne zło. Czyżby sama ich obecność ściągnęła szpiegów Erawana, czy może jego macki sięgają aż tak daleko już od dawna, a pogrążona w wojnie północ to dopiero początek?

Kraina za Wąskim Morzem kryje w sobie znacznie więcej, niż tylko potęgę militarną. Czy to tutaj narodzi się szansa na ostateczne pokonanie Valgów?

Sarah J. Maas, Wieża świtu, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2018, 843 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Imperium burz” Sarah J. Maas

Już wiem, dlaczego Aelin tak bardzo działała mi na nerwy w „Królowej cieni”! Po prostu wszystko szło jej tam zbyt łatwo! I chociaż wciąż nie dzieli się z nikim swoimi planami, a przyjaciół traktuje raczej przedmiotowo, niż jest wobec nich fair, to jednak zdecydowanie łatwiej mi ją lubić, kiedy nie wszystko idzie po jej myśli. A ta część to prawdziwe pasmo niepowodzeń. Może mam trochę duszę sadystki, ale czytanie, jak to zabójczyni idealnej nie wypala jeden plan, po drugim, było całkiem odświeżające. I dzięki temu znowu zaczęłam jej kibicować.

To już piąty tom serii i nareszcie co nieco zaczęło się wyjaśniać. Dowiemy się kto uknuł całą tą dziejową intrygę, skąd wypełzł Erawan, i dlaczego bogowie wtrącają się w życie bohaterów, a każdy z nich jest czyimś wybrańcem. Wyjaśni się też, dlaczego Aelin od już od małego ma tak bardzo pod górkę, komu została obiecana i jaką cenę przyjdzie jej zapłacić. Oraz za czyje błędy.

Im dalej w las, tym więcej mam sympatii dla pozostałych bohaterów. I jak Rowan, lądując pod pantoflem, sporo stracił w moich oczach, tak pod koniec książki ma szansę się wykazać. Obecnie jestem zdecydowanie #teamDorian, który znacznie zyskał na atrakcyjności, odkąd zaczął więcej myśleć i rzadziej się odzywać. No i zabijać przeciwników dusząc ich widmowymi dłońmi. Przywiązałam się też do Leandry, mam nadzieję, że nie zginie.

Ten tom jest zdecydowanie bardziej różnorodny od poprzedniego – zarówno, jeśli chodzi o działania wojenne, jak i o landszafty. Dlatego też jeśli „Królowa cieni” trochę was znużyła, to „Imperium burz” będzie dobre na rozruszanie.

Sarah J. Maas, Imperium burz, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2017, 862 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Królowa cieni” Sarah J. Maas

Ostatnie tomy „Szklanego tronu” to prawdziwe cegły, nie trudno więc o lepszą lekturę na czas kwarantanny.

Już trzeci tom czytało mi się już naprawdę dobrze, akcja wreszcie się rozkręciła, więc  do tego usiadłam pełna entuzjazmu. I mogę Wam powiedzieć, że autorce udało się utrzymać moje zainteresowanie, bo przez ponad 800 stron ani razu nie poczułam zniechęcenia, czy nudy, chociaż tym razem akcja ponownie dzieje się na nowo tylko w dwóch miejscach – w Adarlanie, który widzimy oczami Aelin i w Morath, w którym przebywa Manon ze swoją Trzynastką. Oczywiście i jedną i drugą czeka na jej drodze mnóstwo problemów. Włącznie ze spotkaniem, które, jak można się spodziewać, nie przebiegnie w specjalnie pokojowej atmosferze.

Plany płomiennej królowej są dość określone: ocalić kuzyna przed egzekucją, obalić tyranię, zabić króla. Oczywiście wszystko tylko brzmi prosto, szczególnie kiedy najbardziej zaufana osoba w Ritfhold  nie pała do niej szczególnym entuzjazmem i obwinia o całe zło, które wydarzyło się pod jej nieobecność, najlepszy przyjaciel nosi w sobie demona, intrygi byłego mistrza oplatają ją niczym kokon, a jeden z legendarnych zabójców Maeve depcze jej po piętach.

Manon też nie ma lekko. Zmuszona do bezwzględnego posłuszeństwa babce ma coraz większe wątpliwości odnośnie jej poleceń. Wiedźmy nie są stworzone do wypełniania rozkazów kogokolwiek, a służenie królowi i życzenia księcia Perringtona budzą sprzeciw jej sabatu. Niepokonana Trzynastka jest o krok od wypowiedzenia dziedziczce władzy.

Kto okaże się przyjacielem, a kto prawdziwym wrogiem? Jakie okropieństwa kryją się w czeluściach twierdzy Morath? Do czego dąży król Adarlanu, a czego chcą Valgowie? Bo działania „czarnych charakterów” coraz mniej przypominają przygotowania do wojny, a coraz bardziej do eksterminacji

Niestety w tym tomie główna bohaterka znowu zaczęła mnie irytować. Nie aż tak, jak na samym początku (to właśnie ze względu na jej dziecinny i rozkapryszony charakterek porzuciłam tą serię), ale przebłyski dawnej Zabójczyni dały mi się we znaki. Mam szczerą nadzieję, że nie będzie szła w tym kierunku.

Porównując z poprzednią częścią, w tym tomie rzuciło mi się w oczy zdecydowanie mniej błędów. Zdarzały się literówki i powtarzające się wyrażenia, nie było to jednak na tyle nagminne, by przeszkadzać w lekturze.

Sarah J. Maas, Królowa cieni, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2016, 843 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: PATRONAT „Zimna krew” Inga

Tytuł mojego najnowszego patronatu jest bardzo adekwatny, bo jest to książka, która zmrozi Wam krew w żyłach. I to nie tylko ze względu na bardzo plastyczne opisy nieprzyjaznego północnego krajobrazu , ale przede wszystkim ze względu na moralność zamieszkujących go plemion. Albo jej brak.

Siedemnastoletni Tepu jest synem wodza plemienia Lisska, ma żonę, córeczkę, wielu braci i całkiem stabilną pozycję w swoim niewielkim społeczeństwie. Wszystko to ulegnie zmianie, gdy ojciec wyśle go na samobójczą misję zgładzenia zdrajcy.

Charyzmatyczny przywódca z głową pełną wizjonerskich planów, który nie cofnie się przed niczym, by osiągnąć swoje cele oraz młodzieniec obdarzony zbyt dużą dawką empatii i przyzwoitości, jak na otaczającą go rzeczywistość. Razem łatwiej przetrwać, ale czy zdołają wcześniej nie pozabijać się nawzajem? Szczególnie, że między nimi stoi wszystko – od demonów przeszłości, przez przekonania, wybory i tradycję, aż po życiowe doświadczenie.

Jak daleko jest w stanie posunąć się człowiek, by przetrwać? I co byłby w stanie zrobić, by móc ocalić swoich bliskich? Złamać tabu, zbratać się z wrogiem, przymknąć oko na barbarzyńskie zwyczaje, zabić z zimna krwią? Gdzie jest granica, po przekroczeniu której człowiek przestaje być sobą?

Mroczna historia rozgrywająca się wśród wszechobecnej bieli. Bezwzględni wojownicy, zemsta, krwawe rytuały, okrutna gra losu, pierwotne wierzenia, fantastyczne stwory, surowa siła natury i tajemnica, której trzeba strzec za wszelką cenę.

Uwaga! Książka dla dorosłego czytelnika.

Inga, Zimna Krew, 2020, 196 s.
(premiera 16.03.2020)

Książkę możecie kupić w przedsprzedaży TUTAJ. Kupując przed premierą otrzymujecie wersję elektroniczną gratis!

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.

Czas na czytanie: „Siła złego na jednego” Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa

Już na samym wstępie muszę zaznaczyć, że znając już ten świat – jego absurdy, groteski i pokręcone charaktery bohaterów, drugi tom czyta się zdecydowanie łatwiej. Po prostu nie trzeba już zastanawiać się o co w tym wszystkim chodzi, całą energię poświęcając na cieszenie się tą niebanalną lekturą.

Drużyna ulega rozpadowi – większość Jasnych musi jechać do Dąbrowy, zdać władcy relację z podstępnej zdrady Wlariela. Świta Dirana kurczy się znacznie, ale chyba jedna elfka, jeden zmienny i jedna mroczna wystarczą, by doprowadzić nowego Władcę do szkoły? Oczywiście nudno nie będzie, bo, choć zmniejszona, wyprawa nie traci ani odrobiny ze swojej pechowej aury. Sytuacje, które w pierwszym tomie skutkowały sprzedaniem w niewolę, tym razem kończą się nieplanowanymi małżeństwami (a może to bez różnicy?). Di odkrywa w sobie pierwiastek, jakiego odkryć nigdy się nie spodziewał, a do tego przyrzeka uwolnić duszę swojego miecza od wiecznej niedoli. Ponadto spotyka kuzyna, który ewidentnie jest jego jasną bratnią duszą i mają szansę zostać bff. Cesarzowa Ciemności kontratakuje, ojcowie czuwają, a podstępny imperator Dobroziemi knuje kolejną intrygę.

Podobnie, jak w przypadku pierwszej części, fabuła wypełniona jest nie mającymi większego znaczenia zdarzeniami – ot tak, żeby podróż się nie dłużyła warto porobić poboczne questy dla rozprostowania skrzydeł, wyczerpania mocy i efektownego omdlenia. Jestem strasznie ciekawa, czy wszystkie te niepozorne zdarzenia prowadzą do jakiejś wielkiej puenty w ostatnim tomie, czy to po prostu przygody wzbogacające doświadczenie młodego bohatera.

Pojawią się akcenty, których dotychczas mogło czytelnikom zabraknąć – blond książęta jeżdżący na jednorożcach, zaginione boskie korony, karawany przez przeklęte pustkowia, olbrzymie robale, wyklęci rycerze przedwiecznych zakonów i porzucone demoniczne dzieci.

Czy najmłodszemu synowi Ciemnego Władcy uda się wreszcie dotrzeć do szkoły? Czy zawiązane przyjaźnie przetrwają? Czy uda się zapobiec wojnie? Czy Jaśni i Ciemni mogą się przyjaźnić? Nie niszcząc przy tym świata?

Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa, Siła złego na jednego, Słupsk: Wydawnictwo Papierowy Księżyc, 2019, 346 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papierowy Księżyc.

Bajki Majki: „Lodowy smok” George R.R. Martin

Długo zastanawiałam się do jakiej kategorii zaliczyć tą baśń – nie mogłam zdecydować, czy to książka dziecięca, czy raczej już dla dojrzałego czytelnika. Już samo nazwisko autora zwiastuje sporą dozę brutalności – znajdziemy tu palenie żywcem, okrucieństwa wojny i mówienie dzieciom, że nie potrafią kochać. Tym bardziej są to aspekty przejmujące, bo dokładnie ukazane na ilustracjach. Zawsze jednak w takich mementach staram się sobie przypominać rzeczy, które ja czytałam będąc dzieckiem i zawsze na nowo odkrywam, jak bardzo granica wrażliwości przesunęła mi się, odkąd jestem mamą.

„Lodowy smok” wylądował więc jednak wśród książek dziecięcych, ale mocno na wyrost. No, może dla tzw. młodszej młodzieży.

I oczywiście dla dorosłych, którzy lubią czasem sięgnąć po ten rodzaj literatury. Na przykład dla mnie, bo nie dość, że mam wyjątkową słabość do literatury dziecięcej (nawet bez udziału dziecka), to przede wszystkim KOCHAM SMOKI! Mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem, że dostałam takiego smoka, jakiego lubię – groźną, legendarną, niezależną jaszczurę nie dającą się udomowić, a samo jej wspomnienie budzi postrach. I dla odmiany – przynoszącą zimę.

Choć pod względem objętości, jest to niedługa opowieść – weźcie pod uwagę, że przynajmniej połowę ze 100 stron książki w większej, lub mniejszej części zajmują ilustracje – na godzinkę czytania przed snem, kreuje przed czytelnikiem wyjątkowo plastyczny świat. I wzbudza mnóstwo emocji.

Adara urodziła się w najmroźniejszy dzień, jaki tylko pamiętają mieszkańcy jej wioski. Zimno naznaczyło ją od pierwszych chwil życia, dlatego zawsze była nieco inna, niż jej rodzeństwo i rówieśnicy. Jako zimowe dziecko nigdy nie cieszyło jej upalne lato, odżywała za to z nadejściem zimy, kiedy to całymi dniami poświęcała się budowaniu śnieżnych zamków, a lodowe jaszczurki chętnie wchodziły na jej dłonie. Dłonie, które, w przeciwieństwie do innych ludzi, nie raniły drobnych ciał jaszczurek swym ciepłem. Chłodna w dotyku i oszczędna w uczuciach, rzadko uśmiechająca się dziwna dziewczynka. I to właśnie jej trafiła się najniezwyklejsza przyjaźń na świecie.

Poruszająca opowieść o niedopasowaniu, poszukiwaniu swojego miejsca, miłości, okropnościach wojny i sile poświęcenia. Rozmalowana zarówno słowem, jak i zapierającymi dech w piersiach ilustracjami – tak pięknymi, jak przerażającymi. Ta pięknie wydana książka zmrozi Wasze serca, by roztopić je, gdy tylko nadejdzie odpowiedni moment. Jeśli tęsknie za bielą śnieżnego puchu za oknem – sięgnijcie po nią koniecznie!

George R.R. Martin, Lodowy smok, Poznań: Wydawnictwo Zysk i s-ka, 2019, 114 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zysk i s-ka.