Czas na czytanie: seria „Pokusa” Ella Frank

Ocena pierwszej części serii „Pokusa” niewątpliwie zależy od oczekiwań, z jakimi się do niej podchodzi. Zanim po nią sięgnęłam, wiedziałam mniej więcej czego się spodziewać – zostałam ostrzeżona, że „Try” nie ma fabuły, więc jej brak nie był dla mnie zaskoczeniem i, co za tym idzie, rozczarowaniem.

Dlatego ostrzegam również Was – nie spodziewajcie się fabuły, nie znajdziecie jej tutaj. To książka o dwóch facetach spotykających się pewnego dnia w barze – przystojnego prawnika-lowelasa biorącego z życia pełnymi garściami i nie szczędzącego sobie uroków obcowania z rozmaitymi przedstawicielami płci obojga tak często, jak to tylko fizycznie możliwe (Logan) oraz heteroseksualnego barmana w trakcie brzydkiego rozwodu z jędzowatą żoną (Tate). Jeden chce, drugi niby nie chce, więc pierwszy będzie go intensywnie przekonywał. Z jakim skutkiem, możecie się zapewne domyślić.

Czy stworzenie związku z osobą skaczącą z kwiatka na kwiatek jest w ogóle możliwe?

Nie spodziewajcie się jakichkolwiek opisów miejsc akcji, pogłębienia psychologicznego bohaterów, bardziej zaawansowanych dylematów moralnych, zaskakujących (albo jakichkolwiek innych) zwrotów akcji, czy wydarzeń nie związanych z czynnościami okołoseksualnymi. Nie ma ich tu. Relacja między dość schematycznie i stereotypowo zarysowanymi postaciami – garniturowiec vs. barman na motorze. Mają swoje charakterki ale jednak to ogień ich pożądania jest jedynym tematem powieści.

Nie brak tu za to oczywiście szczegółowych opisów seksów w rozmaitych miejscach i konfiguracjach.

Czy w związku z tym to kiepska książka? Moim zdaniem nie, jeśli tylko nie będziemy oczekiwać od niej, by była czymkolwiek poza erotykiem. Była za to całkiem dobrą towarzyszką piątkowego wieczoru z kieliszkiem wina.

Jak na książkę tego typu jest całkiem dobrze napisana, bez gloryfikacji gwałtów bez nadnaturalnych właściwości ludzkiego organizmu, z rzetelnie wykonaną korektą. Co prawda nazywanie męskiego członka we wzwodzie „masztem” niezmiennie mnie bawiło, a natrętne nazywania całowania „opadaniem na usta” drugiej osoby trochę mnie męczyło, ale mimo to czytało się bardzo ok. Tate trochę rozczarował mnie pod koniec płytkim zakończeniem kłótni, która miała znamiona poważnej, ale to przecież nie pierwszy książkowy bohater, z którego wyborami nie do końca się zgadzam.

Nie wiem, czy gdybym nie miała już przygotowanych pod ręką kolejnych części serii, zdecydowałabym się na ich zakup, ale skoro już mam, to chętnie poznam ciąg dalszy historii.

Tym razem będę już jednak miała pewne oczekiwania, bo tego rodzaju formuła powieści jest dobra na odstresowanie, ale nie może występować w nadmiarze. Liczę więc, że w kolejnych tomach fabuła jednak się pojawi i po tym całkiem długim wstępie opisującym początki związku bohaterów coś jeszcze zacznie się dziać w ich wspólnym życiu.

Ella Frank, Pokusa T.1: Try, Białystok: Wydawnictwo Kobiece, 2020, 488 s.

Uwaga, poniższe opisy dotyczą kolejnych części serii. Mogą zawierać (zapewne szokująco zaskakujące, w końcu tyle tam było fabuły…) spoilery. You have been warned.

Ok, jeśli chodzi o poziom fabuły, w „Take” zdecydowanie widać poprawsę. Oczywiście wciąż dominują seksy w miejscach wszelakich (żeby nie było nudno, pojawiają się takie urozmaicenia, jak samochód, czy domek letniskowy), ale zostają również określone dwa główne problemy, z którymi bohaterowie będą musieli zmierzyć się w tej części. I to problemy tylko pośrednio z seksem związane! Oba zostały już wcześniej zarysowane w „Try”, nie będzie więc wielkim nietaktem, jeśli Wam je zdradzę. Pierwsza duża burza czeka bohaterów w związku z ultrakatolicką rodziną Tate’a i jej średnio entuzjastycznym podejściem do objawionego nagle homoseksualizmu syna. Czy związek z niedawno poznanym mężczyzną jest wart przekreślenia relacji rodzinnych i zerwania kontaktów z najbliższymi?

Logan będzie musiał natomiast zmierzyć się z demonami przeszłości – czy raz zraniony będzie potrafił ponownie zaufać i otworzyć swoje serce dla nowego partnera? I czy Tate będzie chciał mieć cokolwiek do czynienia z facetem po takich przejściach?

Nie są to wciąż emocjonalne wyżyny a głębia relacji bohaterów wciąż przypomina brodzenie po mokrym chodniku, ale jakieś bardziej skomplikowane emocje i uczucia wreszcie się pojawiają. Poza pożądaniem i zaborczością znaczy. Będą pierwsze wyznania, zranienia i rozczarowania. Będzie też nadzieja, wsparcie i nareszcie odrobina nie łóżkowej akcji. Zostaną również wprowadzeni bohaterowie poboczni, którzy otrzymają nieco większą rolę, niż dotychczasowe cześć-cześć, a Tate z Loganem zaczną wchodzić z nimi w relacje.

Jak na mój gust „Take” okazało się bardziej zachęcające do kontynuowania serii niż „Try”. Okazuje się, że fabuła, nawet w erotykach, jednak bardziej pomaga, niż szkodzi.

Ella Frank, Pokusa T.2: Take, Białystok: Wydawnictwo Kobiece, 2020, 390 s.

Z każdym kolejnym tomem współczynnik zawartości fabuły do seksów jest coraz bardziej wyrównany. W „Trust” naprawdę już coś zaczyna się dziać. Wciąż jest to akcja dość sztampowa, typowa dla tego rodzaju historii – jest ocieranie się o śmierć, pojawiają się konflikty z rodziną, wspólne przedsięwzięcia i potencjalni konkurenci dla wzbudzenia zazdrości – ale to naprawdę robi różnicę, w porównaniu do pierwszego tomu jest zdecydowanie ciekawiej i mniej monotonnie. Po jak przy pierwszych kilku zbliżeniach bohaterów czerwienieją policzki i nie można się oderwać od czytania, tak przy kolejnych kilkunastu czytelnik zaczyna się nudzić. Szczególnie kiedy są pod rząd. W trzeciej części jesteśmy już raczej nasyceni łóżkowymi ekscesami Tate’a i Logana, więc coraz dłuższe chwile odpoczynku są bardziej niż mile widziane, to zdecydowanie duży plus.

A im więcej wyzwań dla związku, tym bardziej cementuje się związek i pojawia się więcej dojrzałych uczuć, jak tytułowe zaufanie, zaangażowanie, strach o ukochaną osobę czy poszukiwania złotego środka między samodzielnością, a zależnością. Coraz większą rolę zaczynają też pełnić w ich życiu przyjaciele i relacje z innymi ludźmi.

W ten sposób mamy też szansę lepiej poznać, a co za tym idzie, polubić bohaterów i przywiązać się do nich. I jak po pierwszym tomie nie byłam do końca przekonana względem kontynuowania tej przygody, tak teraz z przyjemnością sięgnęłabym po kolejne tomy. Seria „Pokusa” składa się z sześciu (!) części, jak na razie w języku polskim mamy trzy. Mam nadzieję, że już niedługo kolejne trzy pojawią się nakładem Wydawnictwa Kobiecego.

Ella Frank, Pokusa T.3: Trust, Białystok: Wydawnictwo Kobiece, 2020, 390 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Kobiecego.

Czas na czytanie: „Pokaż mi” Marcel Moss

Całkiem lubię thrillery medyczne i psychologiczne, ale z thrillerem erotycznym spotkałam się po raz pierwszy i w sumie wciąż nie jestem pewna, czy ten podgatunek zdołał mnie do siebie przekonać.

„Pokaż mi” swego czasu po prostu wyskakiwało mi z lodówki. Gdzie się nie obróciłam, tam spotykałam się z opiniami i recenzjami o tej książce, co ciekawe głównie pozytywnymi. I ten rodzaj sposób promocji okazał się skuteczny, bo zapragnęłam sprawdzić na własnej skórze o co tyle zamieszania. A kiedy udało mi się wygrać ten tytuł u Matka Puchatka, trafił prosto na regał wstydu na kilka miesięcy.

Niemniej jednak w końcu się za nią zabrałam i… okazał się zupełnie bez szału.

„Internet to największe zło tego świata. Ludzie z natury są kłamcami, ale ekran oddzielający ich od prawdziwego życia sprawia, że puszczają im wszystkie hamulce. Nabierają odwagi i stopniowo toną w bagnie własnych iluzji”.

Łukasz Sierp jest ambitnym marketingowcem w bezpiecznym, pozornie idealnym związku, który uzależnia się od aplikacji randkowej. Im dalej w las, tym bardziej dowiadujemy się, jak dużo ma za uszami i jak daleko jest w stanie się posunąć dla spełnienia swoich samolubnych fantazji. I kiedy tajemnicza Królowa, z którą czatuje tygodniami i której polecenia wykonuje nie okazuje się ani spełnieniem marzeń o skoku w bok, ani tym bardziej botem odpowiadającym przygotowanymi wcześniej kwestiami, za to zaczyna go prześladować i szantażować, czytelnikowi wydaje się, że nasz bohater dostał dokładnie na co zasłużył. Autor podrzuca nam sporo poszlak, a mimo to nie udało mi się odgadnąć kto jest odpowiedzialny za pogłębiający się koszmar niewiernego narzeczonego i jego pogłębiającą się paranoję.

Mimo to thriller erotyczny to chyba nie jest koncepcja dla mnie. Ten thriller rzeczywiście tam jest, bywa strasznie, zdecydowanie jest okrutnie i nie ma wątpliwości, że mamy w nim do czynienia z psychopatą. Jest też dobrze zarysowany kontekst psychologiczny sprawcy. A i sama intryga została całkiem dobrze skonstruowana – zarówno jeśli chodzi o planowane przestępstwo, jak i niefortunne zbiegi okoliczności.

Męczyły mnie jednak ciągłe przeskoki w czasie bełtające fabułę i irytujący bohaterowie. Jestem usatysfakcjonowana zarówno rozwiązaniem zagadki, jak i samym zakończeniem, ale niczym mnie ta książka nie porwała i nie czytałam jej z zapartym tchem, co tak bardzo cenię w thrillerach. W końcu maja trzymać w napięciu. A filozoficzno-intelektualne wywody Łukasza z ostatnich stron przyprawiły mnie raczej o suchy śmiech, niż refleksję nad życiem.

Marcel Moss, Pokaż mi, Poznań: Wydawnictwo Filia, 2020, 382 s.

Czas na czytanie: „Franco” Kim Holden

Wesoły i beztroski Franco, był dotychczas dla bohaterów duchowym wsparciem i przyjacielem, na którym zawsze można polegać. Tym razem to on stanie przed możliwością napisania własnej historii. I to jemu przyda się wsparcie przyjaciół.

Jeśli miałabym podsumować książki Kim najkrócej, jak tylko się da, to „Promyczek” był o radości życia, „Gus” o życiu po stracie, „Franco” o nadawaniu swojemu życiu sensu. Czy można to zrobić w piękniejszy sposób, niż będąc sobą dla innych?

Czysty przypadek i jeden palant sprawiają, że na drodze naszego bohatera staje jego bratnia dusza – idealnie dopasowana przyjaciółka. Przyjaciółka mieszkająca na drugim końcu świata. Która potrzebuje pomocy w wyjątkowo specyficznej sprawie. Wspólne zmagania z losem bardzo ich do siebie zbliżą, ale jednocześnie całkowicie zmienią ich relację. Czy przyjaźń, która zaznała intymności, ma prawo przetrwać? Do czego człowiek jest w stanie się posunąć, by spełnić swoje marzenia? I czy jest jakaś wartość większa, niż rodzina?

I tak, jak w poprzednich częściach, tutaj również pojawia się groźba nowotworu kładąca się cieniem na marzeniach bohaterów.

Franco jest bohaterem, którego nie sposób było nie polubić już jako postać poboczną, a jako główny bohater tylko zyskuje. Pozytywny, wytrwały i przyjacielski, bywa też w swoich rozważaniach najbardziej filozoficzny, czasami aż do granicy patetycznej wzniosłości. Jest w tym jednak jakaś taka prostoduszność, wiara w ludzi i sympatyczna misiowatość. A kiedy dodamy do tego świetne poczucie humoru, sporą dawkę luzu i uwielbienie do taco, a na dodatek posadzimy go na perkusją rockowego zespołu, Franco okazuje się naprawdę fajnym facetem. Nie, żebym spodziewała się czegoś innego.

To najmniej zarażająca emocjami (co wcale nie znaczy, że ich pozbawiona!), najspokojniejsza, najbardziej przegadana i przewidywalna z książek Kim Holden. I jednocześnie stanowi najwłaściwsze zakończenie promyczkowej trylogii, jakie tylko można sobie wymarzyć. Ciepłe, rodzinne i pełne muzyki, przyjaźni i dobrych wspomnień.

Kim Holden, Franco, Poznań: Wydawnictwo Filia, 2017, 313s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2019 ~

Czas na czytanie: „Pucked UP” Helena Hunting

Pamiętam, że po pierwszej części absurdalne poczucie humoru „Pucked” przysporzyło tej książce równie wielu zwolenników, co przeciwników. Ja osobiście bardzo lubię ten rodzaj żartów – trochę prostackie, ale w gruncie rzeczy sympatyczne i nieszkodliwe. A pomysł na erotyk nie do końca na serio, w przyjemnie komicznym klimacie to dla mnie strzał w dziesiątkę – jednocześnie bawi i przyprawia o rumieńce.

Dlatego na drugą część tej niezrównoważonej trylogii czekałam z wielką niecierpliwością. I oto jest!

Dobra wiadomość dla fanów: boberki pojawiają się już na 8 stronie! A niedługo później, dołącza do nich ciasteczko…

Muszę przyznać, że nie ubawiłam się aż tak bardzo, jak przy pierwszym tomie (choć i tutaj były epickie momenty). Może dlatego, że to jednak druga część i już znam te żarty, ale myślę, że duży wpływ miała na to postać głównej bohaterki. Nie ukrywajmy – drugiej tak zakręconej i charyzmatycznej jednostki, jak Violet stworzyć po prostu nie sposób. To mogłoby grozić końcem wszechświata. Z przykrością stwierdzam więc, że weganka-joginka Sunny kompletnie nie wpisała się w moje gusta i jest chyba najbardziej bezbarwną postacią tej serii. Stłamszoną przez brata i najlepszą przyjaciółkę, pozbawioną własnego zdania nudziarę.

Na całe szczęście wszystkie te braki w osobowości nadrabia Buck – nieokrzesany hokeista z kompletnym brakiem zdolności ortograficznych i niepokojącą skłonnością do nadawania ludziom dziwacznych przezwisk, prowadzący dotąd beztroskie życie sportowej gwiazdki. Kiedy poznaje Sunny postanawia się ustatkować i chyba pierwszy raz w życiu spróbować mieć jedną dziewczynę. To znaczy dłużej, niż przez dwa dni. Okazuje się jednak, że nie jest łatwo zerwać z reputacją niezmordowanego playboya, szczególnie kiedy w grę wchodzą hordy napalonych hokejowych króliczków uzbrojonych w aparaty w telefonach i media społecznościowe. A twojej delikatnej, zazdrosnej dziewczyny broni nadopiekuńczy starszy brat. Któremu kiedyś złamałeś nos w obronie własnej siostry.

Mimo podobnej siostrze zdolności do przyciągania kłopotów i żenujących sytuacji (najczęściej pełnych niemal zupełnie rozebranych przedstawicielek płci przeciwnej), Buck Butterson ma serducho we właściwym miejscu i bynajmniej nie zamierza się tym chwalić. Kto by pomyślał, że ten zatwardziały podrywacz jest w środku puchatą kuleczką? Kobiety kochają takich samców, jeszcze bardziej nie mógłby się od nich opędzić!

Momentami było mi trochę żal, że trafiła mu się taka nijaka dziewczyna, ale najwyraźniej tego właśnie potrzebował. Szczerze liczę na to, że jej najlepsza przyjaciółka Lily na nowo podniesie poprzeczkę wybitnych kobiecych charakterów w trzeciej części!

Jak zwykle jest mnóstwo mniej i bardziej poważnych dramatów, trochę dzikich imprez, przepychanki kogucików podczas awansów do nadobnej białogłowy, seksy na stole, szaleństwa letnich obozów i pająki gryzące zdecydowanie nie tam, gdzie trzeba.

To po prostu kolejny erotyk z jajem. Z dużą ilością jaj.

Helena Hunting, Pucked UP, Słupsk: Wydawnictwo Szósty Zmysł, 2019, 454 s.

Recenzja powstała dzięki urzejmości wydawnictwa Szósty Zmysł.

Czas na czytanie: „Piorun. Czy można mu się oprzeć?” Angel Payne

To się nazywa mieć pecha – jeszcze w styczniu zaliczyć gniota roku. I to nie tak, że sięgając po tą książkę, nie wiedziałam na co się piszę, wręcz przeciwnie! Ja naprawdę lubię od czasu do czasu zgrzeszyć nieszczególnie ambitnym erotykiem – nieco naiwny romans nie wymagający szczególnego skupienia ani dobrej kondycji umysłowej, ale za to gwarantujący lekką rozrywkę i trochę czerwone uszy. Najlepiej, jeśli jest w dodatku potraktowany nieco niepoważnie i „z jajem”. Świetną książką z tego gatunku był na przykład „Pucked” i miałam nadzieję, że „Piorun” będzie do niej nieco podobny, bo (sądząc po opisie) taka fabuła musi być potraktowana ze sporym poczuciem humoru i dystansem.

Niestety.

Pomysł jest tragicznie absurdalny – łączy w sobie eksperymenty genetyczne i tworzenie superbohaterów o świecącej spermie (Edward, czy to ty?) oraz romansowanie z przystojnym szefem. I wszystkie te elementy potraktowane są zupełnie poważnie.

Do tego językowo jest gorzej, niż w Greyu. Serio, nie sądziłam, że to możliwe. A to już kompletny gwóźdź do trumny, po zamiast rumieńców na policzkach czułam głównie zażenowanie. Jeśli dodamy do tego płytkich, nie reprezentujących sobą niczego poza popędem bohaterów, akcję jak z sensacyjnego filmu klasy Z i puentę w stylu Paolo Coelho o tym, że każdy ma prawo do szczęścia wygłoszoną patetycznym tonem na środku imprezy (oczywiście wszyscy klaszczą), to zyskamy kompletne dno. I pięć metrów mułu.

Bardzo się starałam, ale niestety nie znalazłam tu nic, co zasługuje na komplement. Chyba jeszcze mi się to nie zdarzyło. A jedynym plusem tej książki jest objętość mniejsza niż 300 stron.

Dla potwierdzenia swojej smutnej tezy zabawię Was kilkoma cytatami, trzymajcie się mocno:

„Jego pięści wyglądają jak brutalne węzły na końcach umięśnionych lin”.

„Jego piękno – naprawdę nie da się tego inaczej nazwać – to zaledwie niewielki odprysk tego, co czuję. Doświadczam go. Czy powietrze buzuje? Czy każdy oddech próbuje rozerwać mi płuca? Czy moje zakończenia nerwowe nastawiły się na wyższą częstotliwość?
Obecność. Aura. Tajemnica”.

I tak przez prawie 300 stron…

„Musze walczyć z wizjami, jakby to było: skoczyć na niego, otoczyć udami jego umięśnione biodra i wpasować się każdym minimetrem złaknionej szczeliny na jego nabrzmiałe….”.

„Obserwując ją czuję się jakbym po raz pierwszy widział wieżę Eiffla albo Tadż Mahal. Nigdy już nie spotka mnie podobny moment, pełen zdumienia, pozbawiający tchu…
Ściskający mnie centralnie za jaja.
Ściskający. Chwytający. Łomoczący.”

„Doprowadzona do doskonałości sztuka walenia konia również nauczyła mnie paru rzeczy, na przykład tego, że moja sperma świeci teraz jak odpad nuklearny, kiedy wiruje w odpływie prysznica”.

Nie, to nie wirowanie tak na nią wpływa.

„Mój mózg protestuje przy każdej sylabie [MÓJ TEŻ!], ale każda komórka mojego ciała i ducha pędzi ku temu. By pochwycić klejnot pożądania stworzony w jaskiniach przeznaczenia w chwili, gdy po raz pierwszy spojrzeliśmy sobie w oczy”.

„Jego warkot to moja tratwa w tej powodzi, moja ucieczka przed potępieniem. Jesteśmy parą upadłych aniołów, które torują sobie ścieżkę pomiędzy gwiazdami ogniem pieprzenia”.

Co tu się właściwie stało? Jak to możliwe, że nie tylko ktoś to wydał, ale w dodatku uznał za dobre na tyle, by przetłumaczyć i wydać za granicą?

Pannie Emmalinie i jej złaknionej szczelinie lepiej już podziękujmy.

Angel Payne, Piorun. Czy można mu się oprzeć?, Warszawa: Wydawnictwo Edipresse, 2019, 296 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Edipresse.

Czas na czytanie: „Twarzą w twarz” Agata Suchocka

Na drugą część cyklu „Daję Ci wieczność” czekałam potwornie długo (tak naprawdę tylko rok, ale i tak zdecydowanie zbyt długo!). I pierwszą moją reakcją było „dlaczego ta książka jest taka cienka?!”. Okazje się jednak, że rozmiar faktycznie nie zawsze ma znaczenie, a i cienka książka potrafi usatysfakcjonować. Przynajmniej w pewnym stopniu.

Po tragicznym zakończeniu „Woła mnie wieczność” nie ma innej opcji – potrzebna była zmiana narratora. Lothar Mintze – dziki, nieokiełznany hedonista, tak różny od swojego refleksyjnego ukochanego, zmuszony będzie przewartościować swoje dotychczasowe zachowanie. Niedojrzały kilkusetletni młokos zakochany w postępie i technicznych nowinkach zaniedbania i zainteresowanie wyłącznie czubkiem własnego nosa wyrzuca sobie dopiero po tragedii.

Porzucony, samotny, targany wyrzutami sumienia i pogrążony w żałobie Lothar nie jest już tak imponującym widokiem. Aż chce się powiedzieć, że dostał dokładnie to, na co zasłużył, a jednak nie sposób mu nie współczuć. W końcu wszyscy wiemy, że dorastanie to nic przyjemnego.

Co oczywiście nie znaczy, że się zmieni, będzie po prostu gotowy po raz kolejny popełniać te same błędy. I chyba właśnie za to go kochamy.

W przeciwieństwie do poprzedniej części, „Twarzą w twarz” nie emanuje już tym hipnotyzującym magnetyzmem, co pierwszy tom. Jest mniej brutalności, fascynacji nowym i seksu. Więcej natomiast autorefleksji i ludzkich emocji, jak strach, czy tęsknota. Jak pierwszy tom był uleganiem namiętnościom, tak drugi jest radzeniem sobie z konsekwencjami wcześniejszych decyzji.

Pojawiają się nowe miejsca i nowi bohaterowie, a każdy z nich ma swoją historię.

Miłosne intrygi, sojusze, bezwzględne morderstwa, zauroczenia, pożądanie, muzyka, miłostki i sprowadzanie śmiertelników na manowce – tego oczywiście nie mogło zabraknąć.

Warto było czekać. Ale niestety „Twarzą w twarz” tylko zaostrza apetyt na kolejne części cyklu.

Anna Suchocka, Twarzą w twarz, Kraków: Wydawnictwo Initium, 2019, 255 s.

Książka na weekend: „Poświęcenie” Adriana Locke

„To, co w życiu najlepsze, nie przychodzi łatwo, ale właśnie te rzeczy są warte poświęcenia”.

Czy może być coś lepszego do czytania na plaży, niż historia nietypowej miłości? Miłości odłożonej na lata, doświadczonej przez żałobę i nieźle zakręconej. Mamy tu do czynienia z wątpliwie moralną sytuacją typu „czuję miętę do żony brata”. Nie dajcie się jednak zwieść, to wszystko nie jest wcale takie oczywiste, jakby się mogło wydawać!

Crew i Julia, delikatnie mówiąc, nie przepadają za sobą. Łączy ich wspólna przeszłość, wspomnienie o mężu i bracie oraz pełna życia mała dziewczynka. Ale kiedy na ich głowy spada tragedia, okazuje się, że prawdziwego wsparcia mogą szukać jedynie u siebie nawzajem.

„Dostałem drugą szansę w tak wielu sprawach. Mogę naprawić swoje błędy, zrobić coś dobrego dla świata… kochać cię we właściwy sposób”.

Strasznie bałam się tej książki, bo zostałam ostrzeżona, że złamie mi serce. Jako naczelna książkowa beksa przez dłuższy czas trzymałam się daleko od „Poświęcenia”. Ale pokusa okazała się być silniejsza, niż zdrowy rozsądek. I całe szczęście, bo było warto! Fakt, ta książka jest smutna. Ale jest też pełna nadziei, a ostatecznie działa jak katharsis.

„Oddałbym wszystko, żeby cofnąć czas i wszystko zrobić inaczej, żeby wiedzieć wtedy to, co wiem teraz. Że ludzie są ważniejsi od rzeczy. Że czasami te nudne rzeczy są najlepsze. Że nic, nic, nie jest lepsze od dzielenia się z kimś swoim życiem”.

To książka o heroicznej walce z losem – dosłownie i w przenośni. O silnej kobiecie i o trudnej umiejętności przyjmowania pomocy. O określaniu priorytetów. O wsparciu, przyjaźni i miłości, która nie rdzewieje. O odpowiedzialności i poświęceniu.

Tym, co spodobało mi się wyjątkowo bardzo, jest autentyczność bohaterów. Często spotykam się w książkach z sytuacją, że osoba, która nagle styka się z chorobą albo innym życiowym nieszczęściem staje się nagle nadczłowiekiem – zyskuje życiową mądrość, powagę i opanowanie, a do swojej sytuacji podchodzi z chłodem i dystansem. Tutaj na szczęście nic takiego nie występuje. Wręcz przeciwnie, książka jest pełna emocjibezradności, rozpaczy, gniewu, poczucia niesprawiedliwości. I nawet kiedy Crew nareszcie „dorasta” do odpowiedzialności, wciąż jest tym samym porywczym, zazdrosnym i niecierpliwym „bad boyem”. Podobnie Julia – nawet jeśli wyciąga naukę z trudnej sytuacji, nie staje się nagle uszlachetnioną przez cierpienie drugą Matką Boską. Bohaterowie uczą się, rozwijają, ale wciąż pozostają sobą. I to jest super, bo są wyraziści i dobrze wykreowani.

Para głównych bohaterów ma to szczęście, że mimo braku bliskiej rodziny, czuwa nad nimi cała chmara dobrych duchów – pełne babcinego ciepła Olivia i Pani Ficht, opanowany Sal i pozytywnie zakręceni Will i Macie. Przyjaciele na dobre i na złe podnoszą czytelnika na duchu i są głównymi twórcami niepowtarzalnego klimatu „Poświęcenia”.

Trochę wyciskacz łez, trochę romans i trochę erotyk – w proporcjach idealnych. W dodatku czyta się wyjątkowo płynnie, można nie zauważyć, kiedy minęło 400 stron. Świetnie nadaje się jako towarzyszka podróży albo leniwego odpoczynku na kocyku.

„Kiedy wydaje się wam, że nie pokonacie stojącej na waszej drodze przeszkody, idźcie przed siebie. Bo nieważne jak źle to wygląda, zawsze możecie wygrać. Zawsze wystarczy wam sił. Musicie tylko w to uwierzyć”.

Adriana Locke, Poświęcenie, Słupsk: Wydawnictwo Szósty Zmysł, 2018, 448 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Szósty Zmysł.

Czas na czytanie: „Pucked” Helena Hunting

Chłopak spotyka dziewczynę. Chłopak zakochuje się w dziewczynie. Skutkiem złej decyzji chłopak traci dziewczynę. Chłopak tęskni i robi wszystko, żeby dziewczynę odzyskać – to kolejne powtórzenie schematu starego jak świat. A mimo to książka (a właściwie jej bohaterka) jest tak odjechana, że mimo przewidywalności fabuły, nie można się nudzić ani przez sekundę.

„Przez chwilę myślę, że mam atak serca, ale potem uświadamiam sobie, że po prostu jestem zakochana w tym facecie.”

Naprawdę nieczęsto udaje mi się polubić kobiecą postać (za sukces uznaję już samą możliwość tolerowania wszystkich tych zazwyczaj rozmemłanych i egzaltowanych bohaterek), a Violet pokochałam już od pierwszych stron. Za jej absurdalne poczucie humoru, kolekcję wibratorów, dystans do siebie i świata, unikalną zdolność przyciągania publicznych blamażów i upodobanie do chłopięcej bielizny. Kurcze, gdybym trafiła na majty z Hulkiem, to też bym je sobie kupiła, nie ważne, że nie są dostosowane do mojej anatomii!

A i jej wybranek jest niczego sobie – wysportowany przystojniak odnoszący sukcesy w sporcie, romantyk i po prostu fajny facet. Mimo głupawych męskich zachowań.

„Wzrusza ramionami i posyła mi uśmiech, który mógłby zniszczyć mi majtki, gdybym była wystarczająco głupia, aby pozwolić, by ktokolwiek miał na mnie taki wpływ. Ale nie jestem. Przeważnie.”

Każda postać w tej książce jest świetnie dopracowana. Gdyby wcześniej nie urzekła mnie Violet, autorka zdobyłaby moje serce samą trzecioplanową osobą pani Bullock – walecznej sąsiadki.

Tak naprawdę każdy element tej pozycji jest bardzo dobry – sylwetki głównych bohaterów i ich zwariowane rodziny, gorące momenty, romantyczne zaloty, kryzysy w związku i małe dramaty złamanych serc, problemy związane z brakiem prywatności celebrytów i humor, humor i humor. Nie da się ukryć, że to właśnie ten ostatni składnik czyni tą książkę wyjątkową. Jest komiczny do granic absurdu, słodki, momentami odrobinę żenujący, choć wciąż w granicach dobrego smaku.

To wspaniały przykład przełamania schematu literatury erotycznej jako pełnej westchnień, egzaltacji i delikatnych mimoz niecnie wykorzystywanych przez przystojnych zbójców. Chyba nawet częściej wywołuje na twarzy uśmiech, niż rumieńce. A i zdarza się, że jest to uśmiech przebujający się przez wypieki. Helena Hunting napisała chyba najfajniejszy erotyk, na jaki do tej pory trafiłam.

Gorąca, zmysłowa, seksowna książka. I przy tym prezentuje sobą zupełnie inny poziom literacki, niż na przykład słynna trylogia o Greyu.

Na początku drażniły mnie pewne błędy wynikające najprawdopodobniej z tłumaczenia, ale nie trwało to krótko, więc albo było ich dosłownie kilka, albo wciągnęłam się tak bardzo, ze przestałam je zauważać. Czyli w sumie dobrze.

Zakręcona, przezabawna, lekka i wciągająca jednocześnie. Dużo umięśnionych, spoconych facetów, kurierów z kwiatami i seksów na stołach. Fantastyczna lektura na chłodniejszy wakacyjny dzień – rozbawi, rozgrzeje i poprawi humor. Niecierpliwie czekam na kolejne tomy.

„- Zrobiłaś dla mojego kutasa pelerynę? – Spodziewałem się w zachowaniu Violet dziwaczności, bo szczerze mówiąc, czasami jest trochę dziwna. Albo często.
– Myślałam, ze to będzie zabawne”.

Było.

Helena Hunting, Pucked, Słupsk: Wydawnictwo Szósty Zmysł, 2018, 456 s.

Recenzja powstała dzięki urzejmości wydawnictwa Szósty Zmysł.

Czas na czytanie: „Pan Wyposażony” Lauren Blakely

Powody, z jakich zazwyczaj sięgamy po taką, a nie inną lekturę bywają najróżniejsze: ciekawość, opinie znajomych, intrygująca okładka, ulubiony autor albo wydawnictwo. Jakiś czas temu przeczytałam moją pierwszą „arabską” książkę – „Sułtana”, tylko dlatego, że główny bohater nazywał się Dżem, co z jakiegoś powodu niesamowicie mnie bawiło. Z książką Lauren Blakely było na swój sposób podobnie, bo przyciągnęła mnie tytułem – już od pierwszego spojrzenia byłam absolutnie pewna, że „Pan Wyposażony” to lektura obok której nie będę w stanie przejść obojętnie.

DSC_1276

Gorący playboy, jakim jest główny bohater, nieszczególnie pasuje do wizerunku idealnej rodziny, jaki kultywuje konserwatywny inwestor planujący zakup firmy jego ojca. Dlatego dla dobra transakcji, nasz Casanova musi szybko znaleźć sobie narzeczoną na niby i przez tydzień skutecznie udawać przykładnego obywatela. A jednak nie wszystko układa się tak sprawnie, jak to sobie zaplanował…
I zapewniam Was, że wcale nie przeczytaliście właśnie żadnego spojlera! Wszystkie te informacje czytelnik dostaje na tacy już na dwóch pierwszych stronach powieści. A potem stopniowo dowiadujemy się w jaki sposób bohater wplątał się w tą całą sytuację i jak zamierza z niej wybrnąć.

I powiem szczerze, że ta książka była dla mnie WIELKIM zaskoczeniem. Bo spodziewałam się napuszonego erotyku, a „Pan Wyposażony” jest tak naprawdę… całkiem sympatyczny.

Przede wszystkim dlatego, że bohaterowie dadzą się lubić. Tak, to prawda, że Spencer Holiday jest trochę bubkiem z ogromnym przerostem ego – oszałamiająco przystojny, świetnie wykształcony, młody, bajecznie bogaty i niesamowicie dumny ze swojego przyrodzenia lowelas skaczący z kwiatka na kwiatek. I mimo, że przez pierwszych kilka stron wydaje się przede wszystkim zakochanym w sobie palantem, już po kilku kolejnych rozdziałach okazuje się być pełen autoironicznego poczucia humoru i dystansu do siebie i świata. Dobrze wychowany i traktujący innych z szacunkiem, a w sposób, w jaki zdobył swoją fortunę w tak młodym wieku jestem skłonna uwierzyć. W gruncie rzeczy to całkiem fajny facet.

„Gdyby artyści epoki renesansu zajmowali się rzeźbieniem penisów, mój byłby dla nich modelem.”

Prawdę mówiąc właśnie tym się zajmowali. Widziałeś kiedyś Davida, chłopcze? Obawiam się, że nie byłbyś zadowolony…

Podobnie jego ukochana-przyjaciółka. Piękna, zgrabna i powabna, a mimo to miła, bystra i nie zadzierająca nosa.

I nie mówię, że ta książka nie jest monotematyczna. Monotematyczność jest przecież jedną z cech tego gatunku. Ale fabuła rodem z komedii romantycznej doprawiona sporą dawką pikantnych szczegółów sprawia, że naprawdę da się to czytać. Przede wszystkim dlatego, że autorka zna umiar (książka liczy niewiele ponad 200 stron) i udało jej się znaleźć złoty środek między akcją, scenami erotycznymi, romansem i poczuciem humoru.

„- Wspaniale – odpowiedział biorąc od kelnera talerz z jajkami Benedykta (…)”

Bo jajka po benedyktyńsku brzmią za mało sprośnie w tego typu powieści? :D Tak, zdarzają się niedociągnięcia ale nie mają wielkiego wpływu odbiór tekstu.

A poza samą intrygą i stopniowym odkrywaniem uczuć jest tu również mowa o fajnej przyjaźni, pełniej uszczypliwej lojalności relacji między rodzeństwem, rodzinnej miłości, odpowiedzialności, szowinizmie i traktowaniu kobiet. Dlatego też przyznaję z ręką na sercu, że to jeden z lepszych erotyków, jakie zdarzyło mi się czytać.

Wbrew pozorom największą wartością w tej książce jest rodzina, a gwarancją dobrego życia jest szczęśliwa żona.

Lekka rozrywka na miły wieczór. Rozśmieszy, przyrumieni uszy i rozczuli ciepłym zakończeniem.

PS. Ten inwestor, czarny charakter całej powieści nazywa się Pan Offerman. Serio. Płakałam ze śmiechu za każdym razem, kiedy to nazwisko pojawiało się w treści. Ja chyba już nigdy nie dorosnę.

Lauren Blakely, Pan Wyposażony, Gliwice: Wydawnictwo HELION, 2018, 255 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.