Bajki Majki: „Ilustrowany inwentarz kwiatów” Virginie Aladjidi, Emmanuelle Tchoukriel

To już czwarty „Ilustrowany Inwentarz”, jaki został wydany w Polsce i drugi na naszej domowej półce, ale pierwszy, który tak dobrze wpisał się w nasze aktualne potrzeby.

Co prawda zaniżamy nieco skalę wieku – Maja ma dopiero (aż!) 3,5 roku, a sugerowany wiek odbiorcy, to 6+, ale wchodzimy właśnie pomalutku w etap pytań o wszystko. A co najskuteczniej przyciąga wzrok małego człowieka na przełomie wiosny i lata? Kolorowe, pachnące kwiaty znajdujące się akurat na wysokości przedszkolaka. Generujące 1000 pytań na sekundę. Z jakiegoś powodu, kiedy nie wiem jak dany kwiatek się nazywa, Maja każe mi go powąchać, żebym się dowiedziała. Ten sposób niestety nie działa tak dobrze, jak wspólne poszukiwania danej roślinki w przepięknie ilustrowanej encyklopedii, w której kwiaty zostały posegregowane… kolorami!

Co prawda inwentarz zawiera ryciny i opisy zaledwie 65 z około 230 000 gatunków roślin kwiatowych (nie, nie jestem taka mądra – wyczytałam to we wstępie), ale przynajmniej sześć z nich udało nam się już wspólnie odszukać w przydomowym ogródku. Bo większość z wybranych okazów to rośliny występujące w naszym klimacie i możliwe do odnalezienia poza kwiaciarnią, czy palmiarnią, a to ogromny plus.

Każda plansza przyciąga widza misterną ryciną wyrysowaną tuszem i pokolorowaną akwarelą. Towarzyszy jej krótki opis rośliny wraz z jej polską i łacińską nazwą, klasyfikacją, informacjami na temat miejsca występowania, czasu kwitnienia i zapadającymi w pamięć ciekawostkami. Bo czy wiedzieliście, że cebulka hiacynta jest trująca?! Albo, że listki nasturcji nie tylko można jeść, ale są w dodatku prawdziwą bombą witaminową? Znacie rozbudowaną symbolikę lilii i mityczną historię jej powstania? Jeśli nie, to zachęcam do zgłębiania tajemnic, które zainteresują nie tylko dziecko. Szczególnie, że opisywanym kwiatom towarzyszą różnorodne okazy owadów, a nawet niewielkie ptaki i ssaki, dzięki czemu robi się jeszcze ciekawiej.

Zbiór ukwieconych plansz poprzedza niedługi wstęp wprowadzający czytelnika w temat. Dowiemy się dzięki niemu co nieco na temat budowy, rozmnażania i wzrostu roślin kwitnących, a także poznamy podstawową terminologię.

Ta książka wyjątkowo satysfakcjonuje pod względem wizualnym nie tylko ze względu na ilustracje, ale również na sposób wydania. Elegancki papier, twarda oprawa i rozplanowanie stron pozwalają popuścić wodzy wyobraźni i dojrzeć w Inwentarzu nie książkę, a notes botanika sprzed stulecia. Piękny pomysł na przekazywanie wiedzy i zaspokajanie dziecięcej ciekawości.

Virginie Aladjidi, Emmanuelle Tchoukriel, Ilustrowany inwentarz kwiatów, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2019, 68 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zakamarki.

Grajki Majki: I’m a genius „EDUROBOT”

Kolejne marzenie z dzieciństwa odhaczone – w końcu kto by nie chciał mieć swojego robota?

DSC_1495

Zestaw składa się z dziewięciu wielkich, dwustronnych puzzli pozwalających ułożyć dwie tekturowe plansze – jedną z mapą świata i drugą ze zwierzętami; 32 dwustronne karty z instrukcjami programowania trasy robota (z jednej strony zwierzę, z drugiej miejsce na mapie), sześć przeszkód z plastikowymi podstawkami, instrukcję obsługi i robota oczywiście.

EDUROBOT to tak naprawdę ilustrowana encyklopedia dla dzieci podana w wyjątkowo oryginalnej formie (jako osoba, która w dzieciństwie uwielbiała encyklopedie, jestem zdecydowanie na tak!). Po ułożeniu jednej z dwóch plansz, ustawieniu robota w odpowiednim miejscu i włączeniu go, dostajemy prośbę o odszukanie karty z miejscem docelowym – punktem na mapie, lub zwierzęciem. Na karcie, poza nazwą i ilustracją umieszczono wskazówki do odpowiedniego zaprogramowania robota w formie strzałek do wciśnięcia. Po odpowiednim wpisaniu sekwencji robot wędruje po planszy zgodnie poruszając się zgodnie ze wskazówkami użytkownika, a po dotarciu na miejsce udziela informacji o danym miejscu lub zwierzęciu.

Opisując dany obiekt EDUROBOT skupia się na ciekawostkach – nie przynudza, a jego komunikat jest zwarty i konkretny, dostosowany do możliwości poznawczych kilkulatka. Podczas poruszania się oczy robota świecą się na niebiesko. Robot ma trzy tryby pracy – zależne od wybranej planszy i formy zabawy.

W pierwszym odruchu skrzywiłam się na dźwięk głosu EDUROBOTA – to taka chłopięca wersja IVONY. Ale całkiem szybko doszłam do wniosku, że kurczę, to przecież robot i musi mówić robotowym głosem syntezatora mowy. A w porównaniu do R2D2, czy BB8 i tak idzie mu naprawdę nieźle!

Trochę drażniło mnie, że po wydaniu polecenia robot za szybko wywiera na użytkownika presję. Dopiero zaczęliśmy rozglądać się za kartą z Tygrysem Bengalskim, którego sobie zażyczył, a już usłyszeliśmy „Nudzę się”, a chwilę później „Wyłączam się, do zobaczenia!”. Dla dziecka, które przecież dopiero uczy się czytać i z pewnością szuka odpowiednich kart z instrukcją znacznie wolniej, niż dorosły, takie popędzanie to nie tylko niepotrzebny stres, ale również czynnik zniechęcający.

Całe szczęście to jedyny minus, jakiego się dopatrzyliśmy.

Natomiast wielkim plusem jest bardzo dobrze skonstruowana, przejrzysta instrukcja obsługi zawierająca nie tylko niezbędne informacje, ale również wskazówki i rady pomagające zapoznać się z funkcjonowaniem zabawki. A wszystko to w dużym formacie, czytelną czcionką, bogato ilustrowane zdjęciami, w polskiej wersji językowej. Dzięki temu poradzi sobie z nią nie tylko rodzic, ale również nieszczególnie zorientowana w robotyce babcia, czy w miarę sprawnie czytające dziecko. Brawo!

Jak to zazwyczaj bywa w przypadku firmy Lisciani, opakowanie jest nieco przeskalowane w stosunku do zawartości, dzięki czemu świetnie nadaje się na reprezentacyjny prezent, ale nieszczególnie sprawdza się podczas przechowywania.  Niemiej jednak nie karton czyni zabawkę, a robot będzie się świetnie prezentował na półce wśród innych zabawek, niekoniecznie musi być schowany w wielkim pudle.

Bardzo fajny pomysł połączenia wiedzy encyklopedycznej z podstawami kodowania zaserwowane dziecku w oryginalny i niezwykle atrakcyjny sposób. Osobiście zabawka bardzo przypadła mi do gustu, bardzo lubię tego rodzaju świeże podejście do sprawdzonych koncepcji.

UWAGA! Zestaw nie zawiera baterii! Warto pomyśleć o trzech „paluszkach” podczas szykowania prezentu. Szczególnie, jeśli podarunek ma trafić do dziecka w dzień wolny od handlu, bo jednak objazd po okolicznych stacjach benzynowych to kiepski sposób na świętowanie.

I’m a genius.(Mały geniusz) EDUROBOT
Firma: Lisciani
Sugerowany wiek: 5+.

Grę znajdziecie TUTAJ.

41934083_296243427841566_3088378774870294528_n

Bajki Majki: „Zwierzokracja” Ola Woldańska-Płocińska

Uwielbiam, kiedy w moje ręce wpadają takie książki. Książki-monumenty, które z dumą i przyjemnością mogę pokazywać dziecku. Ta poświęcona została naszym największym przyjaciołom – zwierzętom.

To jednocześnie pełna ciekawostek encyklopedia, wykład dotyczący empatii, wrażliwości i odpowiedzialności oraz hedonistyczna uczta dla oczu. W solidnej, twardej oprawie kryje się 38 bogato ilustrowanych plansz poruszających najróżniejsze tematy. Łączy je jedno – zwierzęcy bohaterowie. Mały czytelnik przeniesie się zatem do starożytnego Egiptu, gdzie dowie się co nieco o kulcie i mumifikacji kotów, pozna poglądy starożytnych myślicieli na temat jedzenia mięsa, a także dowie się co nieco o pewnej epidemii królików i ludziach, którzy skazywali ślimaki na karę pozbawienia wolności. Poza historią książka stara się wytłumaczyć jak najwięcej z otaczającej nas rzeczywistości i pokazać dziecku, jak duży wpływ mamy na los naszych zwierzęcych przyjaciół – co oznaczają pieczątki na jajkach, dlaczego nie powinno się dawać pupila jako prezent i jak ciężki bywa los mieszkańców cyrku. Przedstawia też niektóre sławne, a nawet święte zwierzęta i ich badaczy. A to tylko niektóre przykłady! Poza tym, książka jest przede wszystkim zbiorem praw zwierząt i obowiązków człowieka wobec naszych mniejszych braci (przyznam, że w części historycznej zaskoczył mnie nieco brak św. Franciszka).

Autorka opowiada swoją historię przede wszystkim obrazem – duże rozkładówki pozwalają cieszyć się wyjątkowymi ilustracjami z zapartym tchem. Sam tekst pełni niejako rolę dopełniającą – tłumaczy i rozwija chwytliwy nagłówek każdego z zagadnień. Bo wielkim atutem tej pozycji jest jej humorystyczny wydźwięk. Kto powiedział, że o poważnych sprawach musimy rozmawiać tylko i wyłącznie na poważnie?

Nie ze wszystkimi tezami się zgadzam – na przykład zupełnie nie przekonuje mnie pomysł z produkowaniem budów ze zużytych butelek. Wręcz przeciwnie, jestem wielką entuzjastką galanterii skurzanej. Uważam, że skoro już hodujemy okreslone zwierzęta na mięso, to powinniśmy wykorzystać wszystko, co mogą nam dać w sposób jak najbardziej sumienny – również skórę i futro.

Z pewnością nie zostanę też wegetarianką, a tym bardziej weganką, chociaż zależy mi, żeby zwierzęta traktowane były w jak najlepszy sposób. Uważam jednak, że przedstawienie dziecku innych sposobów na życie jest bardzo istotne i cieszę się, że kilka z nich pokazuje tak piękna książka.

Fantastycznie, że wszystko wytłumaczone zostało prostym i stosunkowo łagodnym językiem bez uciekania się do brutalnych przykładów i nadmiernej indoktrynacji. Ilustracje są przepiękne tekst mądry i ciekawy, a przesłanie niezwykle istotne. To książka, która uczy, bawi i wychowuje. A jej lektura to niesamowita przyjemność niezależnie od wieku czytającego.

Jeśli szukacie książki pięknej – oto ona. Jeśli szukacie książki mądrej – oto ona. Jeśli szukacie książki wypełnionej zwierzakami po same brzegi… dodatkowa zachęta chyba nie będzie potrzebna.

Ponadto kupując własny egzemplarz książki, wspieracie finansowo zwierzaki będące pod opieką Fundacji Międzynarodowy Ruch na rzecz Zwierząt Viva! oraz Stowarzyszenie Otwarte Klatki. Nie dość, że kupujecie genialną książkę, to jeszcze pomagacie futrzakom.

Polecamy całą rodziną, z Bobasą i Figlem na czele.

Niech moc zwierzkaów będzie z Wami!

Ola Woldańska-Płocińska, Zwierzokracja, Poznań: Wydawnictwo Pailon, 2018, 80 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.