Bajki Majki: „Jak to działa? Książki” Nikola Kucharska

Chociaż teoretycznie sugerowany wiek odbiorcy tej książki to 6-10 lat, to bez wątpienia prawdziwa gratka dla wszystkich moli książkowychniezależnie od wieku.

Ciekawska Klara chce w przyszłości zostać pisarką, redaktorką albo może bibliotekarką – najważniejsze, żeby mogła łączyć pracę z miłością do książek. Jej mądry dziadziuś Ignacy z przyjemnością wprowadzi ją w fascynujące aspekty historii i procesu powstawania książek.

Ta pełna fascynujących szczegółów książka obrazkowa to niezwykle udane połączenie encyklopedii z komiksem. Wraz z Klarą poznamy sposoby zapisywania informacji jeszcze sprzed wynalezienia książek – od nacinania kości i wiązania supełków na sznurkach aż po wypełnione hieroglifami papirusy – zajrzymy do średniowiecznego skryptorium, poznamy historię papieru i wynalezienia druku, a także pierwszych bibliotek. Przyjrzymy się jak działa wydawnictwo i kto w nim pracuje, dokładnie prześledzimy proces powstawania książki – od rękopisu aż po drukarnię i dowiemy się co nieco o najniezwyklejszych książkach na świecie – będą nawet te zmyślone!  

Dowiemy się kim był Gutenberg, czym zajmował się zecer i kim jest introligator, czym jest kipu, w jaki sposób kataloguje się książki, czym jest numer ISBN i co oznaczają wszystkie te tajemnicze cyferki. Poznamy rodzaje książek, dowiemy się czym jest cenzura i zrobimy przegląd wymarzonych zawodów dla bibliofili (nie, bookstagramer tam nie występuje, bloger książkowy też nie).

Każda strona to nowa podróż – pełna tajemniczych pojęć, trudnych słówek, ciekawostek i fantastycznych, bardzo szczegółowych ilustracji. Strasznie podoba mi się ten sposób przekazywania wiedzy, zdecydowanie nie mieszczę się w widełkach wiekowych, a czytałam z największą przyjemnością i kilku ciekawostkom udało się mnie zaskoczyć. Moja Majka jeszcze jest na nią trochę za mała i trudno jej się skupić na niektórych zagadnieniach, ale myślę, że za rok będzie idealna. Do tego czasu zdążę zapewne skompletować całą serię, bo to już czwarty tom „Jak to działa”. Szczególnie kusi mnie część poświęcona ciału człowieka.

Nikola Kucharska, Jak to działa? Książki, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2021, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „Przewodnik kotki po nocnym niebie” Stuart Atkinson, Brendan Kearney

Ta książka to skrzyżowanie wszystkich najlepszych rzeczy, jakie tylko mały ciekawski grzdyl (i ja!) może sobie tylko wyobrazić. Są kotki, tajemnice wszechświata, cudowne ilustracje, humor, szczypta mitologii, trudne słówka, zorza polarna i zachęta, by spędzić świetny wspólny czas z najbliższymi w odlotowy sposób. Nawet czekolada się znajdzie! I ciepłe skarpetki.

Uwielbiam pięknie ilustrowane encyklopedie dla dzieci. Szczególnie takie napisane z poczuciem humoru, w sposób jak najbardziej przystępny, a jednocześnie daleki od nadmiernego upraszczania. Fantastycznie rozwijające i na tyle fascynujące, że nie sposób się od nich oderwać. I „Przewodnik Kotki po nocnym niebie” jest najlepszym przedstawicielem tego gatunku.

Tym, co już na samym początku wyróżnia tą książkę od innych, jest osoba wyjątkowej narratorki. Jak już możemy wnioskować po samym tytule, naszą przewodniczką po nocnym niebie będzie kotka Felicity, która przygotowała dla małych amatorów kosmosu nie tylko mnóstwo ciekawostek na temat nocnego nieba, ale również sporo informacji praktycznych na temat przygotowania się do przeprowadzenia obserwacji – od wyboru miejsca i pory roku, aż po ekwipunek i towarzystwo – a także o historii i samym celu patrzenia w niebo.

Dowiemy się więc miedzy innymi co niecona temat zanieczyszczenia świetlnego, poznamy imiona gwiazd i konstelacji (czasami dziwaczne i bardzo zabawne!), odkryjemy jakie gwiazdy mają kolory i dlaczego. Poznamy też mnóstwo nowych pojęć (do ich usystematyzowania przyda się słowniczek umieszczony na końcu książki), dowiemy się w jaki sposób niebo tańczy i czym różni się niebo zimowe od wiosennego i letniego. Poznamy gwiazdozbiory i fazy księżyca, dowiemy się jak powstają zaćmienia i zorze polarne.

„Czy to nie cudowne uczucie? Teraz możesz spojrzeć w niebo i zamiast błyszczących kropek zobaczyć przyjaciół. I to takich, którzy nigdy cię nie opuszczą”.

Kotka jest urocza, ilustracje hipnotyzujące, a przekazywana za ich pomocą wiedza intrygująca. Nigdy nie jest za wcześnie na przygodę w kosmosie!

Stuart Atkinson, Brendan Kearney, Przewodnik Kotki po nocnym niebie, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Ksiegarnia, 2021, 66 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „Wirus w koronie, bakteria w kapsule, czyli wyprawa do mikroświata” Marta Maruszczak, Artur Gulewicz

Wychodzimy powoli z trzeciej fala pandemii, a każda kolejna jest gorsza i bardziej opłakana w skutkach. Maseczki stały się standardowym elementem ubioru. Zajęcia z baletu zamknięte od listopada, basen od stycznia, znów pozamykano przedszkola i szkoły. Strach odwiedzić dziadków na święta, kontakty z najbliższymi ograniczone do minimum. Jak wytłumaczyć to wszystko dzieciom? Szczególnie takim przedszkolnym i wczesnoszkolnym – nie mającym jeszcze dość wiedzy, by rozumieć i akceptować naukowe wyjaśnienia, a jednak wciąż pamiętających czasy „normalności” sprzed epidemii i mającymi mnóstwo pytań?

Kilka książek o koronawirusie zajmuje już stałe miejsce w naszym domu „Wirus i inne drobne ustrojstwa” jest świetny, ale to dla mojej przedszkolaczki jeszcze trochę za ciężki kaliber, mimo wszystkich moich wysiłków w tłumaczeniu poszczególnych zagadnień. „Dlaczego nosimy maseczki” to natomiast pozycja (też bardzo dobra!) dla maluszków i choć trochę nam pomogła, nie wyczerpuje ciekawości mojego dziecka. Brakowało nam czegoś pośredniego. I oto jest! W dodatku z mojej ulubionej serii encyklopedii dla dzieci Marty Maruszczak z dużą dawką humoru.

Nie oszukujmy się, obecna sytuacja może przerażać i małych i dużych. Kluczem do okiełznania tego lęku jest zrozumienie problemu i humor właśnie. I te dwie rzeczy „Wirus w koronie” nam gwarantuje.

Dowiemy się między innymi czym różnią się wirusy od bakterii i innych organizmów, w jaki sposób działają, jakie mamy rodzaje wirusów, jak się przed nimi chronić i jak wzmocnić nasza odporność i dlaczego akurat ten nowy koronawirus wzbudził tak wielkie zamieszanie na całym świecie. Wyjaśniono też tajemnicze słowa, towarzyszące nam od dwóch lat niemalże na każdym kroku, jak epidemia, pandemia czy kwarantanna. A wszystko to za pomocą dowcipnych ilustracji i dostępnego języka.

Fenomenalna oprawa graficzna (zachwycałam się nią już przy poprzedniej części „Wzrok, słuch, smak dają znak”), genialne poczucie humoru i duża porcja rzetelnej wiedzy podana w przyjazny dla malucha sposób. A raczej przedszkolaka właśnie – sugerowany wiek czytelnika to 6-10 lat, ja czytam z dość oczytaną 5-latką i jest idealnie.

Na poziom zrozumienia zagadnienia (szczególnie dotyczącego czegoś, czego nie widać gołym okiem!) ogromny wpływ ma sposób podania wiedzy – tak, by zaciekawić, wyjaśnić jak najprostszymi słowami, ale bez nadmiernego uogólniania i przy pomocy łatwych do zrozumienia porównań. Na przykład odporność człowieka została tu porównana do obrony twierdzy podczas oblężenia (kojarzycie mem o Filipie, który gorąco pragnął zbierać kalarepę podczas najazdu Mongołów, tak popularny podczas pierwszego lockdownu? Niektóre analogie po prostu pasują idealnie, a humorystyczna narracja pomaga nam je zapamiętać).

Cała kompozycja książki przypomina mi trochę bardzo dobrze sporządzone notatki „z lekcji” – małe partie tekstu, przystępny język, szybko skreślone ilustracje z podpisami, wypunktowania i metafory. Wszystko, co może nam pomóc skutecznie zgłębić temat i zapamiętać jak najwięcej.

Must have na dzisiejsze czasy, jestem wielką fanką i polecam bardzo mocno!

Marta Maruszczak, Artur Gulewicz, Wirus w koronie, bakteria w kapsule, czyli wyprawa do mikroświata, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2021, 48 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Grajki Majki: Kącik małego miłośnika fok

Dzieci mają swoje ulubione zwierzątka i ukochane pluszaki – to oczywista oczywistość. I zazwyczaj kiedy już jakiś gatunek zostanie tym wybranym, pojawia się potrzeba posiadania wszystkiego z uroczym pyszczkiem właśnie tego konkretnego stworzenia. I nie ma problemu, jeśli dziecko zdecyduje się kochać kotki i pragnie mieć wszystko z kotami. Albo świnkami, czy konikami. Wyzwanie pojawia się w momencie, kiedy wybór pada na mniej popularne zwierzę. Przekonałam się o tym, kiedy Maja postanowiła kochać foki (co w pełnie rozumiem, bo ja również na foki wymiękam). Co więcej – kiedy postanowiła foki kolekcjonować!

Zapraszamy na przegląd naszych foczych zbiorów.

Pierwszą foką w kolekcji mojej córki była Weddelka Antarktyczna (znana jako Wallie Snow) z kolekcji pluszaków National Geographic o której już wcześniej nieco Wam pisałam. To była miłość od pierwszego wejrzenia i błyskawicznie awansowała na najukochańszą maskotkę mojej córki. Jakiś czas później dołączyła do niej „córeczka” – nieco mniejszy egzemplarz z krótszym, choć równie miłym w dotyku futerkiem (z kolekcji Basic). Po ponad roku intensywnej miłości i częstego użytkowania mogę ocenić, że maskotki NG nie tylko realistycznie oddają wygląd zwierzątka i są wykonane z bardzo przyjemnych materiałów, ale są również naprawdę wytrzymałe i odporne na tulenie i spanie w uściskach. Chociaż trzeba też zaznaczyć, że Majka o swoje ukochane foczki bardzo dba.

Następnie do naszego pluszowego stada dołączyła maskotka zakupiona na Helu, po pokazie karmienia fok. Chociaż Hel to miejsce zabawkowymi foczkami płynące i można tam znaleźć foki najróżniejszych kształtów, kolorów i rozmiarów, zdecydowaliśmy się na zakupy w oficjalnym sklepiku fokarium. Dzięki temu, robiąc zakupy, mieliśmy szansę wesprzeć działalność stacji badawczej. Tam również był spory wybór maskotek bardzo dobrej jakości. Wybór Mai padł na niewielki egzemplarz przedstawiający młodziutką fokę szarą, jeszcze w puchatym szczenięcym futerku. A przynajmniej tak nam się wydaje. Jest bardzo fajnej jakości i była stosunkowo niedroga.

Najnowszymi pupilami Majki są foczki maskotki firmy Trudi. Mam wrażenie, że ta firma jest zdecydowanie mniej znana (a przynajmniej ja wcześniej o niej nie słyszałam) i uważam, że to powinno się zmienić. Bo foczki mają cudowne, a jak przeglądałam ich ofertę innych zwierząt, to najchętniej adoptowałabym przynajmniej połowę.

Ze względu na mięciutkie i długie futerko, byłam przekonana, że większa z nich (ma ok. 20 cm i uroczą pozycję rogalika) jest odwzorowaniem szczeniaka Weddelki Arktycznej. Doczytałam jednak, że młode tego gatunku po urodzeniu mają jasnoszare futerko, które jaśnieje wraz z linieniem i dorastaniem. Czyli jest to po prostu bardzo puchata foczka i faktycznie znalazłam zdjęcia równie puchatych pierwowzorów – ale z gatunku foki grenlandzkiej i teraz już wszystko jasne, bo młode tego gatunku są właśnie bielusie i puchate. Przyglądałam się całkiem długo i odwzorowanie umaszczenia pyszczka jest naprawdę dokładne, to duży plus. Nie mam już wątpliwości.

Natomiast mniejsza z maskotek, z serii miniaturek Sweet Collection może być szczeniaczkiem Weddelki, bo kolor już jak najbardziej się zgadza. Jest leciutka, bo w przeciwieństwie do reszty naszych pluszowych foczek nie ma „groszkowego” wypełnienia, jest całkowicie materiałowa i również bardzo miła w dotyku, chociaż jej futerko jest krótsze i gładsze, niż grenlandzkiej koleżanki. Sznurkowe uszko na grzbiecie pozwala na doczepienie maskotki do kluczy lub plecaka. Bardzo podoba mi się pomysł, by nie doczepiać do maskotki kółka do kluczy – można to bez problemu zrobić samodzielnie, jeśli chcemy wykorzystać ją w taki sposób albo przytwierdzić ją za pomocą sznurka, czy kawałka gumki. A jednocześnie zbędny metal nie przeszkadza w tuleniu i zabawie.

Miłość do fok skłoniła mnie do dokładniejszego przyjrzenia się figurkom kolekcjonerskim Collecty. W przebogatej ofercie tej marki wyszperałam dwie foki – dorosłą fokę pstrą (to figurka wielkości L) oraz długowłosą młodą fokę pstrą (rozmiar S). Czyli dla mojego dziecka idealnie – mamusia i córeczka. Jeszcze nie wiem, jak się przyjmą, bo Maja znajdzie je dopiero w jednym z jajek porzuconych w ogrodzie przez Zajączka, ale mi osobiście bardzo się podobają – są ładnie wykonane, wydają się wytrzymałe i zostały oddane z dużą szczegółowością, na ile mogę to ocenić porównując foczki ze zdjęciami znalezionymi w internecie. Przeczuwam, ze to będą idealne foczki do kieszonki – towarzyszące mojej przedszkolaczce zawsze i wszędzie. Kto by nie chciał mieć swojej foki zawsze przy sobie?

Z nieco dziwniejszych pomysłów, mamy też w swoich zbiorach lalkę Enchantimals Sashay Seal przypominającą fokę wraz z foką w roli pupila o imieniu Blubber (i w czapeczce!). Nie mam pojęcia o co chodzi w tym bziku, nie widziałam bajki, ale całkiem niedawno wszystkie koleżanki Mai przeżywały prawdziwy szał na „Enszantimalsy”. Te lalki były wszędzie i moje dziecię również zapragnęło takowe posiadać. Fokę i kotka. I jak kotka udało się znaleźć jako pojedynczą lalkę (łatwo, niedrogo, w Biedronce), tak foki musiałam się sporo naszukać. To znaczy Święty Mikołaj szukał. Oczywiście tu już nie było tak bezproblemowo, bo foka występowała wyłącznie w całym zestawie z lodową krą, przeręblem, igloo i zestawem wędkarskim. Ale czego się nie robi dla foczej pasji dziecka? Najważniejsze, że jest radość.

Jakiś czas temu, chcąc połączyć dwie pasje mojej córki – foki i puzzle – oraz zdobyć chwilę dla siebie, rozpoczęłam poszukiwania foczych puzzli. Znalazłam uroczą układankę ze szczeniaczkiem foki szarej na olx. 100 elementów, więc nie za łatwe, ale do ułożenia dla pięciolatki. Okazało się, że wydawcą puzzli jest Stacja Morska Instytutu Ocenaografii UG na Helu, a na pudełku znalazło się również miejsce na focze ciekawostki. Podczas wizyty na Helu w przyszłym roku zdecydowanie poświecimy więcej uwagi foczym gadżetom.

Jakaż była radość, kiedy okazało się, że w najnowszej grze „Basia w ZOO” na podstawie jednej z najulubieńszych majkowych serii literackiej, wśród zwierzątek, które się zbiera występują też foki. I to na trzech kolorach kafelków! W naszej wersji zasad nie wygrywa ten, kto zrobi najwięcej zdjęć, czyli zbierze najwięcej płytek ze zwierzętami, jak to piszą w instrukcji. U nas wygrywa ten, kto zdobędzie najwięcej płytek z fokami. A że są tylko trzy to i walka jest zacięta!

To by było na tyle, jeśli chodzi o focze gadżety. Ale skąd brać wiedzę o foczkach? Zwłaszcza, ze z gradem pytań przedszkolaka nie ma przecież mocnych. W książeczkach dziecięcych poświęconych zwierzętom a przynajmniej w tych z naszych zbiorów, foki pojawiają się sporadycznie – jako ilustracja, albo jedna/dwie ogólnikowe ciekawostki.

Zaczęłyśmy więc od wypożyczenia encyklopedii „Tundra i morza polarne”, w której foki miały cały rozdział tylko dla siebie. To był duży zastrzyk wiedzy – niestety nie tylko tej pozytywnej, bo musiałam się nieźle natłumaczyć ludzkość z polowania na foki dla tłuszczu i futra. Dodatkowym atutem było całkiem sporo przeuroczych zdjęć małych i dużych foczek. Mimo brutalnych fragmentów i dość ciężkiego języka (to jednak z założenia nie jest pozycja dla przedszkolaków) uważam, że to był całkiem udany początek, pozwolił zbudować solidne podstawy.

Encyklopedia dzikich zwierząt. Tundra i morza polarne, Warszawa: Wydawnictwo Delta w-Z, 1992, 168s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Następnie trafiłam na świetną książeczkę fabularną Renaty Kijowskiej „Hela Foka. Historie na fali”, w której fikcyjne przygody dzielnej foczki dzieją się w jak najbardziej realnej przestrzeni, z wykorzystaniem faktów i ciekawostek z historii helskiego fokarium i samego Bałtyku. Choć przygody fok pochodzą z wyobraźni autorki, sami bohaterowie istnieją naprawdę, a część z nich można odwiedzić przy okazji letniej wycieczki na półwysep. Książka składa się z 14 rozdziałów, z których każdy jest osobną przygodą foki Heli po wypuszczeniu na wolność. Rozdziały kończą się przytoczeniem ciekawostek i faktów, które zostały wykorzystane do budowania opowieści. Dowiemy się między innymi o śpiewających wielorybach, które czasami zawędrują do Bałtyku, o foczych drzemkach pod wodą, podmorskich tatusiach na medal, czy nieodpowiedzialnych zachowanych turystów. To całkiem obszerna pozycja, którą można czytać samodzielnie ciągiem, albo z młodszym dzieckiem rozdziałami – na pewno starczy nam na dłużej i czeka ją jeszcze niejedno czytanie. Sympatyczna treść uzupełniają śliczne ilustracje Anny Łazowskiej pojawiające się co kilka stron.

Renata Kijowska, Hela Foka. Historie na fali, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2019, 160 s.

Nowa seria „Pomóż mi przetrwać” ukazująca się w ramach „Akademii Mądrego Dziecka” uczy przedszkolaki świadomości ekologicznej, wrażliwości na los stworzeń z którymi dzielimy planetę i właściwego zachowania podczas kontaktu z dzikimi zwierzętami.

Bohaterem części pt. „Miron w pułapce” jest młodziutka foka szara, która urodziła się na jednej z bałtyckich plaż. Przez kilka chwil czytelnikowi dane jest obserwować świat z punktu widzenia foczego szczeniaka. Pierwszy, nieszczególnie przyjemny, kontakt z ludźmi, wyczerpująca podróż w kierunku fal, pierwsza złowiona ryba i… pierwszy bardzo groźny wypadek. Miron zaplątuje się w rybackie sieci i cudem uchodzi z życiem. Niezbędna będzie pomoc weterynarzy z ośrodka na Helu!

Bogato ilustrowana książeczka podzielona jest na króciutki rozdziały – każda rozkładówka opatrzona została osobnym tytułem i dotyczy jednego z ważnych etapów życia foczki. Tekst przekazuje mnóstwo informacji o fokach (wiedzieliście, że foki szczekają? A ich szczenięce futerko nazywane jest lanugo?) oraz o destrukcyjnej działalności człowieka na środowisko naturalne i co za tym idzie – życie tych morskich drapieżników.

Po lekturze na maluchy czeka tablica z foczymi ciekawostkami oraz, jak to zwykle bywa w przypadku Akademii Mądrego Dziecka, krótki quiz z pytaniami dotyczącymi tekstu. Sympatyczna (choć nie brak w niej chwil grozy!), pouczająca i rozbudzająca ciekawość.

Ewa Nowak, Miron w pułapce, Warszawa: Wydawnictwo HarperCollins, 2021, 32 s.

„Dobra robota” Elżbiety Pałasz, ilustrowana przez Joannę Czaplewską, to zbiór interesujących i nie do końca typowych zawodów przedstawionych w formie krótkich wywiadów. Wśród ceramików, projektantów mebli, nurków, biologów morza i budowniczych statków znalazła się również rozmowa z opiekunkami fok – Pauliną Bednarek i Wioletą Miętkiewicz. Młodzi czytelnicy dowiedzą się z niej miedzy innymi po co robi się fokom treningi, ile fok mieszka w helskim fokarium (i co to właściwie jest to całe „fokarium”) oraz jak się zachować, kiedy zobaczy się fokę na wolności. Poznają także przepis na… śledziowe lody!

Elżbieta Pałasz, Joanna Czaplewska, Opiekunki fok [w:] Dobra robota. Ceramik, opiekunka fok i inne ciekawe zawody, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2019, s. 25-27.

Fokom jest również poświęcona jedna z książeczek z serii „Czytam sobie” – „Figle w fokarium”. Maja powoli zaczyna łączyć literki, więc myślę, że ten tytuł przyda nam się całkiem niedługo, szczególnie, że to pierwszy poziom wtajemniczenia. Historia jest bardzo prosta – krótkie zdania opisują codzienność w fokarium i pomoc fokom, jaką zajmują się jej pracownicy. Atrakcyjne ilustracje wypełniają całe strony, na dole każdej z nich znajduje się zdanie duża czcionką, opisujące co widzimy na obrazku. Trudniejsze wyrazy zostały wzięte w dymek i podzielone do literowania. Co prawda wydaje mi się, że nie wszystkie wyrazy są adekwatne do tego poziomu odbiorcy, wolałabym chyba, żeby dziecko rozumiało słowa, które czyta, w końcu już samo połączenie ich w wyraz to wyzwanie, lepiej żeby był to wyraz znany. A takie słowa jak „nadobna”, czy „kuruje” mogą stanowić problem. Wolałabym chyba bardziej popularne zamienniki, np. „Medyk leczy” zamiast „Medyk kuruje”. Ale może tak jest bardziej edukacyjnie. Po przeczytaniu tekstu, na dziecko czekają trzy pytania sprawdzające poziom jego zrozumienia. I to, co najważniejsze, czyli naklejki w nagrodę. A te są wybitnie sympatyczne i urocze – dla fana fok po prostu wymarzone.  

Marcin Sendecki, Figle w fokarum. O fokach z Helu, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 32 s.

Ustęp o fokach znajdziemy również w przesympatycznej pozycji „Bałtyckie zwierzaki”, którą również przywieźliśmy kiedyś z Helu w ramach pamiątki. Na książkę składa się 30 niedługich rymowanek – każda poświęcona innemu bałtyckiemu stworzeniu. Czy w naszym morzu mieszkają… pchły? A diabły? Zające? Mitologiczne nereidy? I czy spodziewaliście się, że odpowiedź na wszystkie te pytania będzie twierdząca? Dowiedziałam się również, że przez 28 lat życia (nad morzem!) myliłam sercówkę z rogowcem bałtyckim. I nie miałam pojęcia, że mamy swoje własne krewetki.

Poza ogromnym potencjałem poznawczym w wyjątkowo przystępnej formie, ta pozycja to jednocześnie piękny picturebook. W formacie nieco większym niż A4, wypełniona po brzegi całkiem wiernymi, a jednocześnie budzącymi sympatię przedstawieniami morskich stworów spod ręki Olgi Demidovy. I cudownymi odcieniami błękitów, zieleni i turkusów, od samego patrzenia czuć słony posmak na czubku języka.

Patrycja Wojtkowiak-Skóra, Bałtyckie zwierzaki, Warszawa: Wydawnictwo Dwukropek, 2019, 32 s.

Znacie jeszcze jakieś książki z fokami w roli głównej? Albo focze gadżety do naszej kolekcji? Koniecznie dajcie znać, bo ten szał chyba szybko nie minie ;)

Wpis powstał we współpracy z dystrybutorem zabawek Dante.

Czas na czytanie: „Quidditch przez wieki – wydanie ilustrowane” J. K. Rowling, Emily Gravett

To już trzecie wydanie „Quidditcha przez wieki” w mojej kolekcji i nie da się ukryć, że z każdym kolejnym gabaryty książki rosną, a estetyka wydania i atrakcyjność wizualna się podnoszą (porównanie dwóch pierwszych wydań znajdziecie TUTAJ). I tym razem chyba nie uda się już tego przebić, bo wersja ilustrowana to kosmos.

Jeśli chodzi o tekst, nie ma go wcale więcej, niż w broszurce z 2002 roku, rozrosła się za to forma. I to konkretnie, teraz przyjemność z poznawania tajników najlepszej gry drużynowej na świecie jest nieporównywalnie większa.

Bo też ilustrowana wersja „Quidditcha przez wieki” to już nie tylko cienki podręcznik, a pełnowymiarowe kompendium wiedzy o tej dyscyplinie – pełne artykułów prasowych, listów, fragmentów z dziennika, archiwalnych zdjęć, rycin, maskotek drużyn, reprodukcji dzieł sztuki z czarodziejami na miotłach w roli głównej i w tle (już widać od kogo ściągali słynni mugolscy artyści!) i innych eksponatów prosto z muzeum Quidditcha w Londynie, a nawet rysunki piłek do gry w ich rzeczywistej wielkości. Piękne wydanie.

Książka ma tylko 114 stron, ale dzięki wydaniu na eleganckim, sztywnym papierze, bardzo licznym ilustracjom i rozkładówkom, wyszedł z tego naprawdę urozmaicony i widowiskowy album. I wciąż mam magiczną moc niesienia pomocy, bo środki ze sprzedaży również tego wydania zostaną przekazane organizacjom charytatywnym Comic Relief i Lumos.

Właśnie tak wyobrażałam sobie „Quidditcha przez wieki”, kiedy Harry z Ronem czytali go wspólnie przed kominkiem w pokoju wspólnym.

Nie ważne, czy kibicujesz Armatom z Chudley, Nietoperzom z Ballycastle czy Harpiom z Holyhead, jeśli jesteś prawdziwym fanem Quidditcha, koniecznie musisz mieć tą książkę!

J. K. Rowling, Emily Gravett, Quidditch przez wieki – wydanie ilustrowane, Poznań: Wydawnictwo Media Rodzina, 2020, 144 s.

Bajki Majki: „Opowieści o kotach, które rządziły światem”, „Opowieści o psach, które ratowały świat”, Kimberline Hamilton

Na pewno znacie „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek”, prawda? Pokazywałam je wam w zbiorze książek o wybitnych babeczkach. To była pierwsza z książek będących zbiorem biografii inspirujących postaci kierowanych do dzieci i utrzymanych według określonego schematu – jedna strona tekstu na osobę + towarzysząca jej całostronicowa ilustracja, a same portrety zostały przygotowane przez różnych ilustratorów. Ten tytuł stał się wzorem i za czasem powstały kolejne książki tematyką i formą przypominające „buntowniczki” – o kosmonautkach, imigrantkach, wyjątkowych chłopcach itp. A teraz swoje pięć minut zyskały nawet psy i koty!

„Opowieści o kotach, które rządziły światem” to 30 sylwetek mruczących futrzaków, które zasłynęły na całym świecie. Znalazł się tu między innymi słynny Dewey – koci bibliotekarz, kot Bob – gwiazdor filmowy i Stubbs – koci burmistrz. Jednak większość to kociaki, o których, w przeciwieństwie do innych mieszkańców Ziemi, albo przynajmniej kochających takie historie Amerykanów, nigdy dotąd nie słyszałam (cóż za niedopatrzenie!) – kocia szefowa recepcji w hotelu, koci astronauta, kocia naczelniczka japońskiej stacji kolejowej, kot teatralny, pierwszy kot z bionicznymi łapkami, a nawet kot baletmistrz!

Czytanie kocich biografii urozmaicają przerywniki – zbiory ciekawostek. Dowiemy się z nich między innymi o kocich przedsiębiorcach, podróżnikach, bohaterach wojennych, zatrudnianiu kotów w nieprawdopodobnych miejscach czy co nieco o zdumiewającej budowie kociego ciała. Jest też quiz wyjaśniający… dlaczego koty są takie dziwne!

Kimberline Hamilton, Opowieści o kotach, które rządziły światem. 30 kocich bohaterów, którzy dokonali niezwykłych rzeczy, Kraków: wydawnictwo Znak Emotikon, 2020, 160 s.

Znacie pewnie powiedzenie, że psy mają właścicieli, a koty służących? W pewien sposób zostało ono wykorzystane przy dobieraniu tytułów, bo koty światem rządziły, psy go ratowały. I faktycznie coś w tym jest. Analogicznie do opisanej powyżej pozycji, „Opowieści o psach, które ratowały świat” to zbiór 30 wybitnych psich osobistości przetykanych tematycznymi ciekawostkami. Przypomnimy więc sobie słynne historie słynnych psów – Łajki, która poleciała w kosmos, wiernego Hachiko, czy sierżanta Stubby’ego. Poznamy też psy walczące na frontach, psie gwiazdy, psiego zbieracza datków, poszukiwacza skarbów, rajdowca, geniusza, ratownika, odkrywców, a nawet psią opiekunkę pingwinów! Dowiemy się też na przykład czym jest dogspotting i jakie pieski towarzyszyły prezydentom.

Kimbarline Hamilton, Opowieści o psach, które ratowały świat. 31 wiernych zwierzaków, które odcisnęły ślady swoich łap w historii, Kraków: wydawnictwo Znak Emotikon, 2020, 160 s.

To obowiązkowe pozycje na półkach młodych psiarzy i kociarzy, a i dorosły na pewno dowie się coś nowego. Mnogość ilustracji spod różnych dłoni i w rozmaitych stylach cieszy oko, a krótkie teksty i przerywniki w formie intrygujących faktów nie pozwolą nudzić się wiercipiętom i pomogą w czytaniu książek „na raty”.

Nie ma wątpliwości, że i mruczący i szczekający bohaterowie w pełni zasłużyli na powstanie takich encyklopedii. Nareszcie mają gdzie figurować. Czekam na kolejne tomy, bo wybitnych futrzaków nie brakuje!

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak Emotikon.

Bajki Majki: „Świat starożytny w 100 słowach” Clive Gifford, Gosia Herba

Wszystko to, co lubię najbardziej w jednej książce – encyklopedia, starożytność, trudne słówka i megagenialne ilustracje Gosi Herby. A jak wczytamy się głębiej, to i koty się znajdą. I jedzenie też, choć nie zawsze są to smakołyki. Przynajmniej w naszych czasach.

Ten bardzo widowiskowy album to historia świata starożytnego od Egiptu po upadek Rzymu wyłożona przy pomocy stu encyklopedycznych haseł.

Jak każdy wybór, i ten jest subiektywny. I chociaż pewnych pojęć mi osobiście brakowało (na przykład jest bitwa pod Salaminą, ale już nie ma pod Termopilami, a zamiast nilometru dałabym pewnie systemy irygacyjne), to wybór jest bardzo zróżnicowany, a wśród zaprezentowanych haseł kryją się kolejne – na przykład w haśle „oliwki” znajdziemy również „amforę”.

Z bardzo zwięzłym hasłem koresponduje duża ilustracja, często subtelnie go uzupełniając – choćby w przypadku piramid, gdzie na ilustracji przedstawiono również piramidy schodkowe, choć nie ma o nich słowa w tekście.

Młody czytelnik pozna w ten sposób pięć wielkich cywilizacji – Egipską, Fenicką, Minojską (potraktowaną tu jako reprezentacja całej kultury egejskiej), Grecką i Rzymską. Choć hasła są bardzo skondensowane, a ich liczbę rozpaczliwie ograniczono, dają plastyczny i ciekawy obraz Starożytności, zupełnie wystarczający odbiorcy średnich klas szkoły podstawowej (tak się teraz nazywa klasy IV-VI?). I przy tym zdecydowanie ciekawszy od standardowego podręcznika, bo zmieniający właściwie każde pojęcie w ciekawostkę. W książce znalazły się podstawowe informacje i postacie, jak choćby najbardziej znaczący bogowie, faraonowie i filozofowie, mumie, Juliusz Cezar, legioniści, igrzyska olimpijskie, Ateny czy Sparta, ale można też dowiedzieć się ile piwa pito podczas wznoszenia piramid, czym był nilometr, do czego używano pucolany, kto mieszkał w insuli, gdzie można znaleźć jedno z pierwszych grafitti i z czego wykonywano garum. To fascynująca podróż przez początki rozwoju cywilizacyjnego Europy, która wciągnie bez reszty zanim człowiek się obejrzy. A przy okazji kształtuje gust i dojrzałość estetyczną estetyczny młodego odbiorcy bardzo efektownymi i całkiem wymagającymi ilustracjami.

Warto zwrócić uwagę na przejrzyste oznaczenia pomagające poruszać się po książce – odpowiednie ikony przypisują dane pojęcie do jednej (lub kilku) cywilizacji. Książkę kończą kalendarium, indeks haseł, dodatkowy słowniczek i coś, co niesamowicie mi się podoba – wykaz źródeł dopasowany do możliwości poznawczych młodego czytelnika, odsyłający ciekawskich i wygłodniałych dalszych informacji między innymi do serii „Strrrasznych historii”.

Cudo. To jedna z tych książek, na które Maja jest jeszcze za mała, ale na bank będę chomikować ją przez te wszystkie lata. I sama będę się nią cieszyć od czasu do czasu, zanim użyję tej podstępnie do budzenia w córce fascynacji moją ulubioną epoką historyczną. Bo z pracami jednej z  moich ulubionych ilustratorek jest już zaznajomiona od maleńkości.

Imponująco wydana. Nic nie sugeruję, ale nadchodzą święta, książka to zawsze dobry prezent. Szczególnie edukacyjna. I wartościowa i piękna i efektowna. Polecam przez duże P.

Clive Gifford, Gosia Herba, Świat starożytny w 100 słowach. Najważniejsze wydarzenia, najsłynniejsze postaci, najciekawsze wynalazki, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2020, 112 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa HarperKids.

Bajki Majki: „Wzrok, słuch, smak dają znak, czyli podróż do świata zmysłów” Marta Maruszczak, Artur Gulewicz

Ale to jest fajne! Strasznie lubię encyklopedie dla najmłodszych, które w dowcipny sposób, za pomocą prostych skojarzeń i dobrych ilustracji przybliżają dzieciakom tematy, które nie są wcale takie proste. I to jest jedna z nich. Autorzy zapraszają nas do fascynującej podróży w świat zmysłów. I to nie tylko tych należących do człowieka!

W jaki sposób informacje docierają do mózgu? W czym podobne są nasze zmysły do… kamerki, skanera, czy głośników? Za co odpowiedzialne są szare komórki, a jaką rolę pełnią białe? Jakie zwierzę ma najbardziej czuły nos (wbrew pozorom nie jest to pies!), a jakie wącha… językiem? Po co narwalowi róg i dlaczego ryby pływają w ławicach? W jaki sposób rozmawiają ze sobą ryby i czym smakuje umami? Czym jest fatamorgana, a czym echolokacja? Jakie zjawisko wykorzystują zarówno ogromne statki, jak i niewielkie aparaty do badań diagnostycznych? Do czego nam błędnik i jakie zmysły są nam niezbędne do utrzymania równowagi? Ile przytulasów dziennie potrzebujemy do szczęścia i dlaczego nie można połaskotać samego siebie?

Dla utrwalenia poszczególnych wiadomości przygotowano zadania i doświadczenia do samodzielnego wykonania – między innymi stworzymy mózg ze ściereczki upchniętej w salaterce, stworzymy iluzję optyczną, zbadamy reakcje swoich źrenic na światło, a nawet… spróbujemy odpocząć.

Przekazywaniu wiedzy jako zbiorowi intrygujących ciekawostek popartych aktywnym czytaniem jestem jak najbardziej na tak! Prosto, zwięźle i na temat, a przy tym ciekawie, zabawnie i tak, by zapamiętać. Świat pełen jest tajemnic, a książki takie, jak ta to fantastyczny sposób na ich odkrywanie. I do tego jaki atrakcyjny wizualnie!

Marta Maruszczak, Artur Gulewicz, Wzrok, słuch, smak dają znak, czyli podróż do świata zmysłów, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2020, 48 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „Wirus i inne drobne ustrojstwa”, Boguś Janiszewski, Max Skorwider

Piotrek jest wirusem i marzy o spektakularnej międzynarodowej karierze. Nie jest jednak łatwo zdobyć sławę będąc wirusem atakującym wyłącznie zwierzęta. Dlatego też Piotrek zrobi wszystko, by się sprytnie przebranżowić i spełnić swoje wielkie marzenie. A czy mu się udało, to już przecież wiemy. Wirusy, prosimy, nie bądźcie jak Piotrek!

Zanim jednak młody czytelnik dokładnie prześledzi wyboistą drogę Piotrka do sławy, dowie się czym właściwie są wirusy i bakterie, dlaczego w naszym życiu tak ważne są… jelita, w jaki sposób drobnoustroje mogą dostać się do naszego ciała i jak organizm się przed nimi broni. A także czym są skąd się właściwie biorą, jak się rozmnażają i o co w ogóle tyle hałasu. Pozna też całą masę antropomorficznych drobnych ustrojstw i dowie się, jakie choróbska wywołują.

Ta pozycja nie tylko tłumaczy najmłodszym, o co właściwie chodzi z tą całą pandemią i kwarantanną, co się stało i dlaczego, ale również wprowadza go w świat niewidzialny nieuzbrojonym okiem. W dowcipny i błyskotliwy sposób, ale wciąż językiem adekwatnym do możliwości poznawczych odbiorcy (i ze znaczną pomocą ilustracji!) przybliża takie zagadnienia jak odporność i jej brak, podpowiada w jaki sposób wspierać swój organizm w obronie przed wirusami i podkreśla wagę higienicznego trybu życia.

To już całkiem poważna pozycja dla samodzielnego czytacza (na moje oko jakoś 8-9 latka). Ale chociaż moja Majka jest na nią stanowczo za mała, kiedy tylko wypatrzyła książeczkę o wirusie, stanowczo poprosiła o przeczytanie. A potem słuchała dzielnie i z uwagą (4,5 letnia przedszkolaczka!). To tylko potwierdza potrzebę rozmawiania,  nawet z maluchami!, o obecnej sytuacji, bo już kilkulatki mają dużo większą świadomość tego, co je otacza, niż zazwyczaj nam się wydaje. Wytłumaczmy im powody zmian, które niedawno zatrząsały naszą codziennością. W końcu nawet najtrudniejszą sytuacja – poznając i tłumacząc – można oswoić.

Boguś Janiszewski, Max Skorwider, Wirus i inne drobne ustrojstwa, Poznań: Wydawnictwo Publicat, 66 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Publicat.