Czas na czytanie: „Władca cieni” Cassanda Clare

Powiedzieć, że podczas niemalże 900 stron „dużo się dzieje”, to trochę zrobić z siebie głupka, ale cóż począć? W drugim tomie „Mrocznych intryg” naprawdę dużo się dzieje, szczególnie podczas ostatnich 200 stron i finałowej potyczki, która podobnie jak w przypadku „Harry’ego Pottera”, u Clare występuje chyba w każdej książce.

Będzie wyprawa ratunkowa do sennej krainy Faerie (szkoda tylko, że ten sen to koszmar…), będzie sporo bardziej lub mniej zaskakujących romansów, walka z nieodpowiednimi uczuciami, niebezpieczny układ z Królową Jasnego Dworu, intrygi, pościgi i potyczki i poszukiwanie pewnej wyjątkowo niebezpiecznej nieumarłej. Będzie sporo Magnusa i Aleca, których tak uwielbiam, poleje się też sporo krwi i to nie tylko Blackthornów.

Jedną z głównych problemów poruszanych przez Cassandrę Clare w jej cyklach jest brak tolerancji wobec Podziemnych, czyli mówiąc wprost – rasizm. W poprzednich częściach pojawiał się również brak akceptacji dla homoseksualizmu, choć raczej marginalnie i zostało to dość szybko i bezproblemowo zaakceptowane. Tym razem zyskujemy szerszy ogląd na konserwatywność Nocnych Łowców – już w pierwszej części poznaliśmy ich zatrważający sposób traktowania osób z problemami psychicznymi, teraz dowiemy się, że właściwie wszystkie jednostki odstające od normy traktowane są jako „uszkodzone” i zyskują status „odpadów”. Szczególnie, że Clave nie tylko nie zezwala na stosowanie ludzkiej medycyny, ale nawet nie jest świadome osiągnięć Przyziemnych w takich dziedzinach jak psychologia czy psychiatria, bo i jest to wiedza, której nie wolno zgłębiać. Poza dramatem Juliana zmuszonego do ukrywania złej kondycji psychicznej wuja i chroniącego autystycznego Ty’a przed ostracyzmem społecznym, poznamy równie poruszającą historię transseksualnego Nocnego Łowcy zmuszonego ukrywać swoją tożsamość przed właściwie każdym i przez całe życie.

„Dała mi słowa, których nigdy nie znałam. To był dar. Po raz pierwszy usłyszałam słowo transgenderyzm. Wybuchnęłam płaczem. Nigdy nie zdawałam sobie sprawy, ile można komuś odebrać, nie pozwalając mu używać słów, których potrzebuje, żeby siebie opisać. Skąd masz wiedzieć, że są inni tacy jak ty, kiedy nie wiesz, jak samego siebie nazwać?”

W czasach Zimnego Pokoju, w już i tak zaściankowym, choć pomału dążącym ku zmianom świecie Nocnych Łowców wykształca się Kohorta – grupa ekstremistów, których faszystowskie poglądy przewyższają chyba nawet Krąg Valentina. Domagają się zerwania Porozumień i podporządkowania sobie wszystkich Podziemnych – między innymi rejestracji, ograniczenia i oznakowania czarowników, których moc uważają za zbyt potężną czy zamknięcia wilkołaków w rezerwatach. Ich pierwszym krokiem do ustanowienia nowego porządku jest przejęcie władzy nad instytutem w Los Angeles…

„- Kochałeś je i utrzymałeś przy życiu (…) Czasem to wszystko, co człowiek może zrobić”.

Czy i tym razem Julianowi, mistrzowi kłamstw i planowania uda się ochronić rodzinę?

P.S. Skoro już pochwaliłam pierwszy tom za całkiem staranna korektę, to drugi oczywiście przywitał mnie błędami. Tym razem przede wszystkim mylono imiona – Magnusa z Malcolmem, czy Julesa z Jamiem… :(

Cassandra Clare, Mroczne intrygi. T.2: Władca cieni, Warszawa: Wydawnictwo M.A.G, 2017, 864 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Żelazna kraina” Holly Black

Poprzedni tom – „Serce Trolla” – nieszczególnie przypadł mi do gustu i czułam się trochę zniechęcona, szczególnie, że pierwsza elfia trylogia Holly Black to jednak jeszcze nie ta jakość, którą osiągnęła lata później w serii o Okrutnym Księciu. Dałam jednak szansę „Żelaznej Krainie” i bardzo dobrze, bo zdecydowanie było warto.

W ostatnim tomie „Elfów Ziemi i Powietrza” wracamy do historii Roibena i Kaye. I chociaż, jak już sam tytuł nam to sugeruje, spora część akcji dzieje się w świecie ludzi, to jednak groza i czar elfowych dworów pojawia się tu w całkiem sporej dawce. Wraz z nie do końca świadomą praw rządzących elfowym ludkiem Kaye odwiedzimy cny Dwór Kwiatów i niecny Dwór Termitów, będziemy świadkami pojedynków na śmierć i życie, zostaniemy wpleceni w intrygę mającą na celu przejęcie korony i będziemy sobie łamać głowę elfowymi zagadkami. Czeka nas spora dawka złamanego serca, rola przynęty i porywacza, karkołomne pościgi, beznadziejne układy i bezradność wobec nieludzkiego okrucieństwa.

Akcja okazała się zdecydowanie bardziej wciągająca (znów wróciłam do czasów pożerania książek Holly Black jednego wieczora), a bohaterowie mniej męczący, niż w poprzednim tomie.

Nie znaczy to jednak, że można odpuścić sobie bardziej ludzkie w swych słabościach i nie tak porywające „Serce Trolla” i przeskoczyć od razu do „Żelaznej Krainy”, bo będziemy mieli wyrwę w całej historii. Szczególnie, że choć Ravus, Val i David dostają tutaj bardzo marginalne role, to Louis staje się całkiem znaczącą postacią. A i sytuacja zamieszkujących Nowy York elfów na wygnaniu nie jest bez znaczenia dla całej fabuły, warto więc wcześniej się z nią zapoznać.

Hitoria zostaje zakończona krótkim opowiadaniem z perspektywy Lutie-loo będącym zapowiedzią „Okrutnego Księcia”. Zawitamy więc na moment na Najwyższy Dwór i spotkamy tam Cardana, Nerissę, Balekina i Daina.

Holly Black, Zła królowa, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2020, 352 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Czas na czytanie: „Serce trolla” Holly Black

Kiedy nastoletnia Val zostaje zdradzona przez najbliższych w wyjątkowo paskudy sposób, obraca się na pięcie, wychodzi z domu, wsiada do pociągu i pozwala pożreć się demonom wielkiego miasta. Już drugiego dnia na gigancie przyłącza się do grupki młodych bezdomnych koczujących na zamkniętej stacji metra. Szybko orientuje się, że towar, którym dilują nowi znajomi jest nie do końca z tego świata, jednak by w to uwierzyć, musi zobaczyć dowód na własne oczy. Czy istnieje łatwiejsza droga by wpakować się w kłopoty? Nadnaturalne kłopoty, o tym warto wspomnieć.

Chociaż sama książka nie jest długa, i jak zwykle czytało mi się błyskawicznie, ze wszystkich książek Holly Black, które dotychczas czytałam, ta podobała mi się najmniej. Z dwóch powodów.

Przede wszystkim u tej autorki najbardziej ze wszystkiego uwielbiam magiczną niesamowitość krainy elfów, z otumaniającą i niepokojącą siłą przyrody na czele. A tu kicha – cała akcja powieści toczy się w pełnym żelaza Nowym Jorku i tylko na kilka chwil przyjdzie nam zawitać na Dwór Termitów pod cmentarnym pagórkiem. Więc pod tym względem rozczarowanko.

Drugim zgrzytem jest moja nieco absurdalna obrzydliwość względem żył i igieł. Jest mi słabo na sam dźwięk tych słów, a kiedy występują w parze to już w ogóle mogiła. A to jest książka o narkomanii. Z pięknymi, plastycznymi opisami. Musiałam wyglądać bardzo zabawnie podczas lektury.

Czuć też trochę, że to jedna z pierwszych książek Holly Black – już orbitująca wokół tematyki, która niemal dekadę później znajdzie rozwinięcie w „Okrutnym księciu” i zdobędzie serca fanów, ale jeszcze sprzed ukształtowania charakterystycznego dla niej stylu. Niemniej jednak jest to historia warta uwagi – z jednej strony bardzo lekka do czytania, „na jeden wieczór” (chyba, że ktoś jest równie obrzydliwy jak ja), z drugiej porusza poważną tematykę zagubienia, bezsilności, utraty kontroli nad swoim życiem, opierania się uzależnieniu, odpowiedzialności i podejmowaniu walki o siebie i o to, co dla nas ważne. Z trzeciej zaś ciekawa wersja świata przedstawionego, gdzie elfowa potworna niesamowitość przenika do świata rzeczywistego, a zwykły człowiek nie zdaje sobie sprawy z niebezpieczeństwa czyhającego na niego właściwie na każdym kroku.

Czy brak odpowiedzialności faktycznie jest tożsamy z wolnością?

Podobnie, jak reszta elfowej serii wydawanej przez Wydawnictwo Jaguar, doczekała się świetnej szaty graficznej, szczególnie w zestawieniu z pierwszym polskim wydaniem z 2007 roku („Waleczna”, wydawnictwo Dolnośląskie).

Holly Black, Serce Trolla, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2021, 288 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Czas na czytanie: „Dlaczego król elfów nie znosił baśni”, Holly Black

Ta niedługa historia poboczna dzieje się po wydarzeniach z „Królowej niczego”. Cardan towarzyszy Jude podczas wycieczki do świata śmiertelników. Dawny zleceniodawca obecnej Najwyższej Królowej prosić Dwór o pomoc – na jego ziemie sprowadził się potwór, który beztrosko przerabia kości swych ofiar na mąkę chlebową. Okazuje się, że rzeczona trollowa wiedźma to ktoś, kogo książę zna od wczesnego dzieciństwa. A to budzi wspomnienia. I popycha do podejmowania nierozsądnych kroków.

„Jednak zanim złu zostanie wymierzona przykładna kara, powiedzcie przecie, czyż nie zło jest najpiękniejsze na świecie?”

Otrzymujemy więc garść opowieści w opowieści w opowieści. Czyli w sumie opowieść do sześcianu. Będziemy mieli szansę przyjrzeć się dzieciństwu Cardana z jego własnej perspektywy i dowiedzieć się jakie wydarzenia ukształtowały jego uroczą osobowość. Wraz z nim usłyszymy też baśń, która dojrzewa i zmienia się wraz ze słuchającym. I z intencjami opowiadającego.

„Chłopcy się zmieniają. (…) Baśnie również”.

Chociaż to książka do pochłonięcia w jeden wieczór, piękna oprawa graficzna i bogactwo klimatycznych ilustracji Roviny Cai czyni z niej prawdziwą gratkę dla fana Holly Black. Jeśli macie takiego w swoim otoczeniu, to już nie musicie martwić się o pomysł na prezent. W końcu trudno o lepszy czas na zagłębienie się w świat baśni, niż długie i ponure jesienno-zimowe wieczory. Ponura i jednocześnie piękna baśń prosto z czarownie mrocznego świata elfów będzie pasować idealnie.

Jedyny drobny zgrzyt to format wydania. Nie przepadam, kiedy jedna część serii odstaje wielkością od pozostałych tomów, psuje mi to koncepcję ustawiania na półce.

„- Nie wolno zjadać kawałka pieroga i potem go odkładać – poucza go Dąb. – To obrzydliwe.

Cardan z satysfakcją stwierdza, że zło ma wiele imion, a on zna je wszystkie”.

Holly Black, Dlaczego król elfów nie znosił baśni, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2020, 192 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Bajki Majki: „Artemis Fowl” Eoin Colfer

Artemis Fowl jest bohaterem jednej z ulubionych serii mojego dzieciństwa (młodszej młodzieży?). Strasznie się cieszę, że pojawiło się kolejne (zdaje się, że już trzecie?) wydanie przygód tego młodego geniusza. Tym razem w filmowej okładce.

Artemis ma 12 lat, błyskotliwy umysł, wiernych ochroniarzy i niecny plan. Żeby uratować ojca z rąk porywaczy i odbudować fortunę rodziny decyduje się wkroczyć na drogę przestępstwa z przytupem – postanawia szantażować cywilizację, o której istnieniu większość ludzi nie ma zielonego pojęcia. Mało tego, przekazy o elfach wkłada się między bajki! Warto dodać, że ta cywilizacja jest na zdecydowanie wyższym poziomie rozwoju technologicznego, niż moglibyśmy sądzić kierując się opowiastkami dla dzieci. Ale kiedy w grę wchodzi legendarny skarb, zarozumiały dziedzic rodu Fowlów nie zamierza się wahać. W końcu złoto to władza!

Fantastyczna mieszanka science fiction z powieścią przygodową, sensacją i kropelką kryminalnej zagadki inspirowana irlandzkim folklorem. To już propozycja dla bardziej zaawansowanych i zupełnie samodzielnych czytaczy – rekomenduję tak od 10 roku życia.

Pyskaty dzieciak o babskim imieniu, wróżkowa agentka, poszukiwany złoczyńca, mafia, fantastyczne stwory, wyprawa do wnętrza ziemi i latające pojazdy – gdyby ktoś mi o tym opowiadał, nie uwierzyłabym, że można to wszystko sprawnie połączyć w pasującą do siebie całość. A jednak! Bardzo dobrze wspominam ta lekturę z „młodszej młodości”, a powrót po latach był równie przyjemny. Zapnijcie pasy i bądźcie gotowi na jazdę bez trzymanki. I pamiętajcie, ze to dopiero pierwsza część siedmiotomowej serii!

Który pomysł na okładki najbardziej Wam się podoba? Ja mam wielki sentyment do pierwszej wersji (to ta, gdzie pierwsza część jest żółta) i chyba już zawsze będzie moją ulubioną. Przyznaję, że filmu nie obejrzałam – widziałam zwiastun i doszłam do wniosku, że to nie na moje nerwy. Nie powinno się krzywdzić dobrych książek kiepskimi filmami, wolałam sobie tego nie robić. Jeśli chcecie poznać Artemisa, koniecznie sięgnijcie po książkę. Od niedawna nie trzeba już szukać jej po bibliotekach!

Eoin Colfer, Artemis Fowl, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2020, 304 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak Emotikon.

Czas na czytanie: „Zła królowa” Holly Black

Dopiero po przeczytaniu książki odkryłam, że to właśnie ten tytuł jest debiutem Holly Black i to od niej właściwie zaczyna się opowieść o niesamowitych elfach. Sama zaczynałam ta przygodę od trylogii „Okrutnego księcia” i może dlatego wyszłam z założenia, że kolejna seria jest poboczną, poświęconą historii jednego z mniej istotnych bohaterów. A to właśnie od tej historii wszystko się zaczęło.

Okazuje się, że trylogia „Elfy Ziemi i Powietrza” powstała na początku lat 2000 i była już wydana w Polsce przez wydawnictwo Dolnośląskie jako „Nowoczesna baśń” („Modern Faerie Tales”), której pierwsza część to „Danina”, co jest może nieco bardziej dosłownym tłumaczeniem tytułu.

W przeciwieństwie do serii „Okrutnego księcia”, w „Złej królowej” niewiele było niesamowitości natury, która tak mnie urzekła. Nic w tym jednak dziwnego, bo i akcja toczy się przede wszystkim po Żelaznej Stronie Świata, gdzie żyją ludzie. I albo zdążyłam się trochę odzwyczaić od tego klimatu, albo akurat jest sprzyjająca aura, ale mam wrażenie, że w tej części było całkiem sporo horroru.

Nastoletnia Kaye nie ma swojego miejsca w świecie – razem goniącą za muzyczną karierą matką tuła się po barach i knajpach wielkiego miasta szykując i sprzątając po kolejnych koncertach, co łączy z pracą w fastfoodowej smażalni kurczaków. Kiedy w wyniku dziwnego splotu wypadków muszą wrócić do mieściny, w której bohaterka spędziła dzieciństwo, wracają do niej maleńcy przyjaciele z dzieciństwa, o dziwo ani trochę nie zmyśleni. Pomoc rannemu nieznajomemu o spiczastych uszach w deszczowym lesie przyciągnie do Kaye sporo kłopotów, wciągnie w intrygę na samym szczycie i pomoże odkryć niespodziewaną prawdę o sobie samej. Ale któż oparłby się czarownemu światu elfów, szczególnie, jeśli jest świadom jego istnienia od wczesnego dzieciństwa?

Jako, że to uniwersum i rządzące nim prawa były mi już znane (trochę od niechronologicznej strony, ale to w sumie nic nie szkodzi), książkę czytało mi się świetnie, a wykreowany świat wciągnął mnie od pierwszych stron. Idealnie sprawdziła się na jeden z pierwszych prawdziwie zimnych i nieprzyjemnych jesiennych wieczorów.

No i bardzo się cieszę, że utrzymano tą samą szatę graficzną. Zawsze bardzo mi się podobała, ale w porównaniu z okładkami sprzed 15 lat robi piorunujące wrażenie.  

Holly Black, Zła królowa, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2020, 304 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Czas na czytanie: „PAN. Tom 3. Ukryte insygnia króla elfów”, Sandra Regnier

Na pewno znacie to uczucie, kiedy kończycie przygodę z jakąś serią i przez jakiś czas nie możecie znaleźć dla siebie miejsca. Szczególnie, kiedy Wasz ulubiony bohater ginie. Nie raz już miałam większego lub mniejszego książkowego kaca, ale nigdy nie sądziłam, że złapię go po sympatycznej i humorystycznej młodzieżówce. A tu okazuje się, ze mimo lekkości lektury i tak będę musiała odczekać kilka dni, zanim wybiorę się na podbój kolejnego książkowego świata. Strasznie mi żal, że już się skończyło.

Bo też to jedna z fajniejszych serii dla „młodszej młodzieży”. Pełna magii, elfów, smoków (a jak tak kocham smoki!) i starożytnych przepowiedni. I mimo tej całej baśniowości i ciężaru przeznaczenia tryskająca humorem, najeżona nawiązaniami do popkultury, z pełną dystansu do siebie bohaterką „z krwi i kości”, którą naprawdę da się lubić. Bardzo podobał mi się motyw podróży w czasie (a przecież zazwyczaj za tym nie przepadam!) w celu „poprawiania historii” i poszukiwania zaginionych insygniów nie tylko w przestrzeni fizycznej, ale również na przestrzeni dziejów. Tym razem odwiedzimy las Sherwood, dwór Eleonory Akwitańskiej i Czechy czasów Krwawej Hrabiny z Krummau.

Jak zwykle ostatnie tomy są najbardziej rozwlekłe, tak pod względem ilości stron „Ukryte insygnia króla elfów” są „najszczuplejszą” z części. I przy tym chyba najbogatszą w treść, bo też wreszcie wszystkie tajemnice zostają rozwiązane, a intrygi obnażone. Okaże się wreszcie kim tak naprawdę jest Felicity i dlaczego to akurat jej przeznaczono los wybranki. Dowiemy się ile naprawdę jest insygniów, do kogo należały i jaką mają moc. Spotkamy więcej smoków i mnóstwo innych mniej lub bardziej przyjaźnie nastawionych stworzeń. Zazwyczaj jednak mniej.

Przed bohaterką nie lada zadanie – odnalezienie insygniów okaże się tym mniejszym z problemów, kiedy stanie przed decyzją co z nimi uczynić. Opowiedzenie się po którejkolwiek ze stron przedwiecznego konfliktu przyczyni się do zagłady tej drugiej. Zarówno wśród smoków, jak i elfów są jej przyjaciele, szpiedzy i wrogowie, a nadciągająca wojna jest nieunikniona.

Znajdziemy tu tak naprawdę wszystko, czego można oczekiwać od dobrej młodzieżówki – jest humor, szkolny romans, przystojni młodzieńcy, wojna, trudne wybory, magia i wielka przygoda. A do tego autorka przemyca nieco wiedzy historycznej i całkiem sporo brytyjskiego folkloru. Super sprawa, polecam z całego serca. Za kilka lat na pewno podsunę córce!

Recenzje poprzednich części możecie przeczytać TU i TU.

Sandra Regnier, PAN. Tom 3. Ukryte insygnia króla elfów, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2019, 360 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2020 ~

Czas na czytanie: „Las na granicy światów” Holly Black

„Las na granicy światów” to w sumie prequel trylogii o złym księciu, jednak jej znajomość nie jest niezbędna. To odrębna historia Severtina i Króla Olch, a także miecza, który stanie się później orężęm w ostatecznym rozwiązaniu problemów Jude – wytęskniony powrót do dzikiego i okrutnego świata elfów dla fanów serii, ale równie dobrze sprawdzi się jako pierwszy kontakt z tym uniwersum.

Pewnie trudno będzie w to uwierzyć, ale ta książka jest jeszcze bardziej baśniowa. Opowieść o rycerzach przestrzegających kodeksu honorowego, o śpiącym księciu w szklanej trumnie, magicznych darach, sile muzyki, samotnych dzieciach stających do walki ze złem, legendarnych orężach i miłości jak z kart baśni. Właściwie ta przygoda równie dobrze mogłaby być opowieścią na dobranoc dla mieszkańców świata elfów. Bo oba te światy w żadnym innym miejscu nie łączą się ze sobą tak ściśle, jak w Fairfold.

Ben i Hazel, niedopilnowane dzieci wyzwolonych artystów, od małego kręcą się po przydomowym lesie. I od małego są świadomi czających się w nim niebezpieczeństw –ciągłej obecności śmiertelnie groźnych, bezlitosnych elfów, zarówno tych czarownie pięknych wysokiego rodu, jak i szkaradne potwory żywcem wyjęte z najbardziej mrocznych ludowych podań. Jedne bardziej niebezpieczne od drugich. Las ma jednak jeszcze jedną, znacznie bardziej romantyczną tajemnicę i atrakcję turystyczną w jednym – szklaną trumnę z zatopionym w wiecznym śnie rogatym młodzieńcem. Księciem z baśni i głównym bohaterem zabaw i fantazji rodzeństwa. Hazel marzy o byciu rycerzem, Ben kocha muzykę, obydwoje tęsknią do baśniowej miłości. Tylko czy gdyby książę został uwolniony ze swojej pułapki, spełniłby ich oczekiwania?

Jestem jak najbardziej usatysfakcjonowana, bo dostałam bardzo dużą dawkę tego, za co pokochałam Holly Black – nieokiełznaną, piękną i przerażającą siłę natury pełznącą po ścianach miękkość mchu i jego słodki, duszący, nieco gnilny zapach (mam wrażenie, że ten wręcz wychodzi z jej książek). Szczególnie, że inwazyjny rozkwit roślinności został potraktowany jako broń i zwiastun najstraszniejszej potwory z samego serca lasu. Potwory, która wypełzła z jego czeluści i, pogrążona we własnej rozpaczy, terroryzuje miasto.

Holly Black, Las na granicy światów, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar 2020, 328 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Czas na czytanie: „Zagubione siostry” Holly Black

„Zagubione siostry” to niewielki objętościowo dodatek do trylogii „Okrutnego księcia”. Ma formę zbliżoną do listu z przeprosinami i ofiaruje czytelnikom nową perspektywę, bo jego autorką jest Taryn. Bohaterka opisuje w niej historię swojego zakochania i romansu z Lokim dając się trochę lepiej poznać i tłumacząc motywy swojego postępowania. Rzuca też odrobinę światła na wredne zachowanie „bandy Cardana” wobec Jude w pierwszym tomie.

Ze względu na krótką formę i skupienie na uczuciach, zabrakło mi trochę tego, co w tej serii uwiodło mnie najbardziej – rozbuchanego świata elfów pełnego odurzającego piękna i szokującej bezwzględności. Świetnie ma się za to baśniowość, dodatkowo tu podkreślona i okrucieństwo – zarówno fizyczne, jak i psychiczne – a tego w tym świecie zabraknąć przecież nie może.

Świetnie sprawdzi się jako szybkie przypomnienie pierwszego tomu, kiedy po dłuższej przerwie zapragniemy sięgnąć po kolejne części cyklu. Warto poświęcić godzinkę na tego rodzaju streszczenie jednego z ważniejszych wątków.

Książka została wydana wyłącznie jako e-book i niestety nie jest dostępna (a przynajmniej nie była na stronie Empiku) jako pdf – możemy wybierać między formatami MOBI i EPUB. Dużym plusem jest cena, bo można ją kupić za mniej, niż 5 zł.

Holly Black, Zagubione siostry, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2020, 98 s.