Czas na czytanie: „Piorun. Czy można mu się oprzeć?” Angel Payne

To się nazywa mieć pecha – jeszcze w styczniu zaliczyć gniota roku. I to nie tak, że sięgając po tą książkę, nie wiedziałam na co się piszę, wręcz przeciwnie! Ja naprawdę lubię od czasu do czasu zgrzeszyć nieszczególnie ambitnym erotykiem – nieco naiwny romans nie wymagający szczególnego skupienia ani dobrej kondycji umysłowej, ale za to gwarantujący lekką rozrywkę i trochę czerwone uszy. Najlepiej, jeśli jest w dodatku potraktowany nieco niepoważnie i „z jajem”. Świetną książką z tego gatunku był na przykład „Pucked” i miałam nadzieję, że „Piorun” będzie do niej nieco podobny, bo (sądząc po opisie) taka fabuła musi być potraktowana ze sporym poczuciem humoru i dystansem.

Niestety.

Pomysł jest tragicznie absurdalny – łączy w sobie eksperymenty genetyczne i tworzenie superbohaterów o świecącej spermie (Edward, czy to ty?) oraz romansowanie z przystojnym szefem. I wszystkie te elementy potraktowane są zupełnie poważnie.

Do tego językowo jest gorzej, niż w Greyu. Serio, nie sądziłam, że to możliwe. A to już kompletny gwóźdź do trumny, po zamiast rumieńców na policzkach czułam głównie zażenowanie. Jeśli dodamy do tego płytkich, nie reprezentujących sobą niczego poza popędem bohaterów, akcję jak z sensacyjnego filmu klasy Z i puentę w stylu Paolo Coelho o tym, że każdy ma prawo do szczęścia wygłoszoną patetycznym tonem na środku imprezy (oczywiście wszyscy klaszczą), to zyskamy kompletne dno. I pięć metrów mułu.

Bardzo się starałam, ale niestety nie znalazłam tu nic, co zasługuje na komplement. Chyba jeszcze mi się to nie zdarzyło. A jedynym plusem tej książki jest objętość mniejsza niż 300 stron.

Dla potwierdzenia swojej smutnej tezy zabawię Was kilkoma cytatami, trzymajcie się mocno:

„Jego pięści wyglądają jak brutalne węzły na końcach umięśnionych lin”.

„Jego piękno – naprawdę nie da się tego inaczej nazwać – to zaledwie niewielki odprysk tego, co czuję. Doświadczam go. Czy powietrze buzuje? Czy każdy oddech próbuje rozerwać mi płuca? Czy moje zakończenia nerwowe nastawiły się na wyższą częstotliwość?
Obecność. Aura. Tajemnica”.

I tak przez prawie 300 stron…

„Musze walczyć z wizjami, jakby to było: skoczyć na niego, otoczyć udami jego umięśnione biodra i wpasować się każdym minimetrem złaknionej szczeliny na jego nabrzmiałe….”.

„Obserwując ją czuję się jakbym po raz pierwszy widział wieżę Eiffla albo Tadż Mahal. Nigdy już nie spotka mnie podobny moment, pełen zdumienia, pozbawiający tchu…
Ściskający mnie centralnie za jaja.
Ściskający. Chwytający. Łomoczący.”

„Doprowadzona do doskonałości sztuka walenia konia również nauczyła mnie paru rzeczy, na przykład tego, że moja sperma świeci teraz jak odpad nuklearny, kiedy wiruje w odpływie prysznica”.

Nie, to nie wirowanie tak na nią wpływa.

„Mój mózg protestuje przy każdej sylabie [MÓJ TEŻ!], ale każda komórka mojego ciała i ducha pędzi ku temu. By pochwycić klejnot pożądania stworzony w jaskiniach przeznaczenia w chwili, gdy po raz pierwszy spojrzeliśmy sobie w oczy”.

„Jego warkot to moja tratwa w tej powodzi, moja ucieczka przed potępieniem. Jesteśmy parą upadłych aniołów, które torują sobie ścieżkę pomiędzy gwiazdami ogniem pieprzenia”.

Co tu się właściwie stało? Jak to możliwe, że nie tylko ktoś to wydał, ale w dodatku uznał za dobre na tyle, by przetłumaczyć i wydać za granicą?

Pannie Emmalinie i jej złaknionej szczelinie lepiej już podziękujmy.

Angel Payne, Piorun. Czy można mu się oprzeć?, Warszawa: Wydawnictwo Edipresse, 2019, 296 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Edipresse.

Czas na czytanie: PREMIERA „Runa” Vera Buck

„Ludzie umierają cały czas, również bez pomocy lekarza, pomyślał i po raz pierwszy zaczął się zastanawiać, czyje sumienie miałoby to uspokoić”.

To zdecydowanie jedna z najbardziej klimatycznych książek, jakie czytałam.

Olbrzymi zakład dla umysłowo chorych w samym centrum XIX wiecznego Paryża.

Wątpliwe logicznie i moralnie sposoby leczenia histeryczek i rozwianie nauki metodą prób i błędów.

Charyzmatyczny lekarz przemieniający swoje pacjentki w bohaterki ocierających się o spektakle wykładów, gdzie gwoździem programu jest wywoływanie ataku.

Młody student poszukujący sposobu na wyleczenie ukochanej. Za wszelką cenę.

Doświadczony policjant, pod wpływem fatalistycznej teorii determinującej los człowieka jego wyglądem, postanawiający zostać przestępcą. Nie jest jednak łatwo pozbyć się starych nawyków. I czy Lecoq… istnieje naprawdę?

Zafascynowany tajemnymi sztukami sprzątacz uważający się za spadkobiercę wizjonera o kontrowersyjnych poglądach.

Naukowy wyścig szczurów goniący za sławą, nie za dobrem pacjentów.

Bezwzględne szpitalne strażniczki, seria tajemniczych śmierci, ciemne i wilgotne katakumby, hipnoza, nielegalne sale operacyjne ukryte w podziemiach kościoła, dźwięki katarynki odbijające się po paryskich ulicach, prasa do ugniatania jajników, symulacja jako diagnoza uniwersalna, sabaty mrocznych kultystów, karty tarota, usuwanie części mózgu jako sposób na uspokojenie pacjentki, niezrozumiałe znaki wypisane w różnych częściach miasta, wściekły tłum z pochodniami w noc Bożego Narodzenia i niepodważalna siła plotki – cały ten bałagan dzieje się wokół dziwnie niepokojącej, dzikiej dziewczynki i jej upartej odporności wobec wszelkich sposobów leczenia.

A wszystko to, choć fikcja literacka, wśród bohaterów przodują nazwiska faktycznych postaci historii medycyny i ich jak najbardziej realne teorie. Bo choć opisane sytuacje nie wydarzyły się naprawdę, to przecież mogły, prawda?

„- A ty? Nigdy nie bywasz smutny? – spytała w końcu Pauline.
– Bywam. Oczywiście.
– To dlaczego ciebie nie wsadzą do kliniki?”

DSC_0800

Jednym z najciekawszych zabiegów okazało się wprowadzenie nieoczywistego narratora pozostającego przez większość czasu poza ciągiem wydarzeń i występującego tak naprawdę jako postać drugoplanowa, żeby nie powiedzieć wręcz „marginalna”. Niespełniony poeta, którego wrażliwość i młodzieńczy entuzjazm walczy z ograniczeniami czasów, w których przyszło mu żyć. Nie sposób nie lubić tej postaci i nie sposób nie polubić sposobu, w jaki prowadzona jest narracja.

Bo nie ukrywajmy – jest to jednak ponad 600 stron tekstu o średnio przyjemnej tematyce, który, choć bardzo nastrojowy, wymaga wielu długich wprowadzeń. A mimo to autorka nie daje się czytelnikowi nudzić – za każdym razem, kiedy zaczynałam odczuwać znużenie lekturą, akcja niespodziewanie zostawała przerzucona w inne miejsce i ukazana z perspektywy nowego bohatera. Co niejednokrotnie zostawia czytelnika z jednym wielkim znakiem zapytania, bo te dawkowane pomału puzzle, otrzymywane gdzieś obok głównej osi fabuły zaczynają układać się w logiczną całość dopiero pod koniec lektury.

Jeśli coś mnie irytowało, to fakt, że zagadkowe ciągi liter, nad którymi tak długo głowili się kolejni bohaterowie dla współczesnego człowieka nie stanowią wielkiego wyzwania. I jak brałam pod uwagę różnicę w poziomie wiedzy bohaterów (niektórzy z nich w ogóle nie potrafili czytać) i czytelnika prosto z XXI wieku, tak spodziewałam się, że emerytowany śledczy odczyta je szybciej. Ale i ta postać zdążyła mnie na końcu nieźle zadziwić.

Obok tej książki nie można przejść obojętnie. Niesamowicie pobudza wyobraźnię i zaskakuje na każdym kroku. A na głodnych dalszych wrażeń, na ostatnich stronach czeka rozbudowana i bardzo realna bibliografia. Spodziewam się, że tam czai się jeszcze więcej medycznej grozy.

„Strach zaczyna się tam, gdzie jesteśmy nieświadomi i bezradni – i dopiero w tym punkcie jesteśmy gotowi w całości oddać się w ręce innej osoby, która zdaje nam się mądrzejsza, potężniejsza.”

Vera Buck, Runa, Kraków: Wydawnictwo INITIUM, 2018, 608 s.