Bajki Majki: „Przygody z nauką. Cytryna” Cécile Jugla, Jack Guichard

Po tą książeczkę sięgnęłam na próbę, z ciekawości i nie miałam wobec niej żadnych szczególnie wygórowanych oczekiwań. A okazała się świetna!

To nauka w najprostszej, a jednak wciąż fascynującej formie – podążając za wskazówkami, dziecko samo odkrywa tajemnice fizyki i chemii. W książce zebrano 10 eksperymentów dla przedszkolaków do wykonania w warunkach domowych, wszystkie z nich poświęcone są poznawaniu właściwości jednego owocu – cytryny.

Pierwsze rozdziały skłonią dziecko do włączenia naukowej ciekawości i poświęcone zostały badaniu cytryny wszystkimi zmysłami – jej kształtu, koloru, zapachu, ciężaru czy smaku. Mały naukowiec dowie się jak rosną cytryny (a nawet spróbuje zasadzić drzewko cytrynowe), odnajdzie w cytrynie pęcherzyki soku i powietrza oraz dowie się jak działa wyciskarka do soku i czym różni się wyciskanie cytryny dłonią, od korzystania z wyciskarki.

Fantastycznie, że składniki do przeprowadzenia wszystkich doświadczeń możemy znaleźć w domu, a jak akurat czegoś nam brakuje, wystarczy wycieczka do pobliskiego warzywniaka. Mały naukowiec będzie potrzebował takich komponentów, jak kilka cytryn, limonka, czerwona kapusta, jabłko, mleko, kreda, moneta czy muszelka. To dzięki nim odkryje prawo Archimedesa oraz pozna między innymi właściwości utleniające i „odtleniające” cytryny. Przy pomocy czerwonej kapusty (a jak akurat nie mamy do niej dostępu, dobrze sprawi się również mocna herbata) rozpozna w cytrynie substancje kwasowe, a pisząc list atramentem sympatycznym i wystawiając go na działanie ciepła odkryje w soku z cytryny zawartość cukru. Sok z cytryny pomoże również wykryć obecność wapnia na muszli, a zmieszany z sodą oczyszczoną wyprodukuje sporo bąbelków dwutlenku węgla, dzięki czemu ostatni eksperyment będzie prawdziwie wybuchowy.

Chociaż na pierwszy rzut oka książka jest raczej niepozorna, zawarte w niej treści są wartościowe, ciekawe, czytelne i przejrzyste, a humorystyczne ilustracje uprzyjemniają lekturę i wprowadzają elementy narracyjne.

Z tej serii pojawiły się również inne tytuły – poświęcone eksperymentom z wykorzystaniem jajka, papieru, balona, wody i cukru. Na pewno sięgniemy po niektóre z nich, szczególnie Jajko bardzo mnie kusi, to może być idealny pomysł na urozmaicenie świątecznych przygotowań.

Cécile Jugla, Jack Guichard, Akademia mądrego dziecka. Przygody z nauką. Cytryna, Warszawa: Wydawnictwo Harper Kids, 2021, 25 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Harper Kids.

Czas na czytanie: „Zodiaki” Magdalena Kucenty

Łał, że tak powiem.

Sięgnęłam po tą książkę zaintrygowana opisem całkowicie innym od tego, co zwykle czytam. Nie przepadam za sci-fi, ale tym razem biopunkowa antyutopia wyrosła na cywilizacji zmiecionej z powierzchni ziemi przez podejrzaną pandemię zadziałała na mnie jak płomień na ćmę. I przy tym aż do ostatniej chwili byłam przekonana, że to będzie dziobak – ciekawa powieść „mająca coś w sobie”, wymykająca się wszelkim standardom i klasyfikacjom, trochę dziwadło. I przede wszystkim książka dla młodzieży. Ale czegoś takiego to się nie spodziewałam.

2771 rok. Bardzo dobrze dopracowany, przerażająco zimny, bezwzględny i brutalny świat z elitarystycznym społeczeństwem pozbawionym wyższych (żeby nie powiedzieć „jakichkolwiek”) zasad moralnych. Odizolowane od skarżonego świata zewnętrznego miasta-państwa skupione pod kopułami, gdzie wszystko co ludzkie jest też sztuczne. Ze ścisłym systemem klasowym, groteskowymi inspiracjami światem antyku i wysoce ambiwalentnymi zasadami postępowania. Z jednej strony panująca wszechobecnie pochwała czystości genetycznej, która po zagładzie związanej z rozmaitymi mutacjami, rasą nadczłowieka uczyniła po prostu człowieka. Choć prawdę mówiąc „człowiek” u Magdaleny Kucenty nie ma już zbyt wiele wspólnego z człowieczeństwem. Można dojść do wniosku, że im bardziej jest ludzki, tym mniej. Z drugiej strony natomiast bardzo szeroko zakrojone eksperymenty na ludziach w celu utworzenia rasy nadludzi. Poprzez mutacje.

„Po epidemii mutacyjnej cały świat jest tylko karykaturalnym zlepkiem dawnych kultur”.

Tytułowe Zodiaki są właśnie takimi eksperymentami. Ludźmi pozbawionymi pełnego człowieczeństwa i związanych z nim praw już na etapie planowania, udoskonalonych, wyposażonych w rozmaite nadludzkie umiejętności szczurami laboratoryjnymi składanymi i rozkładanymi na części. A przy tym posiadającymi ludzkie uczucia i emocje, szukającymi sensu swojej egzystencji i nie zawsze potrafiącymi pogodzić się z narzuconymi im ograniczeniami. A świat, który przychodzi czytelnikowi poznawać ich oczami i często okaleczonymi, zdeformowanymi umysłami ze strony na stronę robi się coraz bardziej przerażający, jak koszmar, z którego nie sposób się obudzić.

„- Jestem i chcę być tylko człowiekiem (…). Zresztą nie ja jedyny. Cały kult czystości genetycznej wyrósł wokół tęsknoty za człowieczeństwem”.

Postapokaliptyczna wizja przyszłości mająca w sobie coś z sennego koszmaru Matrixa, nieuchronności Terminatora i rozpaczliwej bezradności jednostki wobec systemu, którą tak dobrze znamy Roku 1984.

Dawno mnie tak książka nie przeczołgała, a zupełnie się przecież tego po niej nie spodziewałam. Co tam się działo… I oczywiście to dopiero pierwsza część, więc jak na razie nie ma co sobie robić nadziei na katharsis.

Smutna. Straszna. Hipnotyzująca.

Serio liczę na to katharsis w kolejnej części. Bo bez tego będzie słabo.

Magdalena Kucenty, Zodiaki, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2021, 464 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Grajki Majki: Crazy Science. Fabryka potworów. Embriony

Już sama nazwa tej zabawki wzbudza we mnie niepokój – nie dość, że w opakowaniu mam znaleźć embrion, to jeszcze embrion potwora… Czy dodatkowa zachęta jest tu jeszcze potrzebna?

W niewielkim kartoniku znajdziemy kolorową kulę (jajo!) i odpowiadający jej kolorowi barwnik w płynie zamknięte w plastikowym słoiczku z podziałką oraz spis potworków.

Wszystko, co należy zrobić, to nalać wody do słoika (my wykorzystałyśmy nieco większą miseczkę, żeby było łatwiej w niej grzebać), odpakować kulkę z folii zabezpieczającej i wrzucić ją do wody. A potem można obserwować musujący spektakl nabierającej coraz intensywniejszego koloru wody, bąbelków i pianki, wśród których pojawi się jedna z 24 szkaradek. Moje dziecię uwielbia musujące kule i była trochę rozczarowana, że tym razem bawimy się nimi w słoiku, zamiast w wannie, ale dała się przekonać i do tego sposobu. Szczególnie, kiedy zaczęłyśmy robić eksperymenty z kolorami i do niebieskiej wody po pierwszym z potworków włożyłyśmy żółtą kulkę w celu uzyskania pięknie toksycznej zieleni (to musi być magia! :D ).

Po wyłowieniu potworka przyszedł czas na szukanie jego nazwy na ulotce. Każda z figurek ma zabawne, zakręcone imię, groźną moc i neutralizującą ją słabość. Każdej z nich poświęcono akapit opisu, do stworzenia którego inspiracją były realnie istniejące zwierzęta. Trafił nam się na przykład Mimetyczny Spryciarz – kuzyn pustynnego fenka, czy Uzbrojony Irokezik – potomek stegozaurów. Chociaż na pierwszy rzut oka opisy wydają się głupiutkie, dla nas stały się punktem wyjścia nie tylko do poszukiwań zwierzęcych pierwowzorów potwornych stworków, jak i do rozmowy o takich zjawiskach jak mimetyzm, czy daltonizm.

Teoretycznie wyklute potwory powinno przechowywać się w dołączonych słoiczkach – w „formalinie” z wody zabarwionej pigmentem. My jednak przechowujemy je na sucho – takie figurki służą nam czasami jako pionki do gry, albo w pracach plastycznych. Jak zrobi się cieplej, mam w planie zamrozić je w foremce do lodu z wykorzystaniem odrobiny barwnika albo farbki i wykorzystać do lodowego malowania w ogródku.

Fajna alternatywa dla czekoladowego jajka z niespodzianką, jeśli nie chcemy futrować dziecka olejem palmowym. Niestety, od słodycza jest też sporo droższa, podobnie, jak od ulubionych biedronkowych kulek do kąpieli Majki z dinozaurami i jednorożcami. Wielkim atutem jest natomiast oznaczenie każdej kulki i kartonika numerem – dzięki temu możemy uniknąć kupienia dwóch kulek z takim samym potworkiem i kompletowanie kolekcji będzie sporo łatwiejsze. A element niespodzianki i tak zostaje zachowany, bo nie wiemy, który ze stworków kryje się pod daną cyfrą, dopóki sami tego nie sprawdzimy!

Z niecierpliwością czekamy na jednorożcowo-księżniczkową wersję!

„Crazy science. Fabryka potworów. Embriony”
Firma: Lisciani
Sugerowany wiek: 3+.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości dystrybutora zabawek Dante.

Czas na czytanie: „Piorun. Czy można mu się oprzeć?” Angel Payne

To się nazywa mieć pecha – jeszcze w styczniu zaliczyć gniota roku. I to nie tak, że sięgając po tą książkę, nie wiedziałam na co się piszę, wręcz przeciwnie! Ja naprawdę lubię od czasu do czasu zgrzeszyć nieszczególnie ambitnym erotykiem – nieco naiwny romans nie wymagający szczególnego skupienia ani dobrej kondycji umysłowej, ale za to gwarantujący lekką rozrywkę i trochę czerwone uszy. Najlepiej, jeśli jest w dodatku potraktowany nieco niepoważnie i „z jajem”. Świetną książką z tego gatunku był na przykład „Pucked” i miałam nadzieję, że „Piorun” będzie do niej nieco podobny, bo (sądząc po opisie) taka fabuła musi być potraktowana ze sporym poczuciem humoru i dystansem.

Niestety.

Pomysł jest tragicznie absurdalny – łączy w sobie eksperymenty genetyczne i tworzenie superbohaterów o świecącej spermie (Edward, czy to ty?) oraz romansowanie z przystojnym szefem. I wszystkie te elementy potraktowane są zupełnie poważnie.

Do tego językowo jest gorzej, niż w Greyu. Serio, nie sądziłam, że to możliwe. A to już kompletny gwóźdź do trumny, po zamiast rumieńców na policzkach czułam głównie zażenowanie. Jeśli dodamy do tego płytkich, nie reprezentujących sobą niczego poza popędem bohaterów, akcję jak z sensacyjnego filmu klasy Z i puentę w stylu Paolo Coelho o tym, że każdy ma prawo do szczęścia wygłoszoną patetycznym tonem na środku imprezy (oczywiście wszyscy klaszczą), to zyskamy kompletne dno. I pięć metrów mułu.

Bardzo się starałam, ale niestety nie znalazłam tu nic, co zasługuje na komplement. Chyba jeszcze mi się to nie zdarzyło. A jedynym plusem tej książki jest objętość mniejsza niż 300 stron.

Dla potwierdzenia swojej smutnej tezy zabawię Was kilkoma cytatami, trzymajcie się mocno:

„Jego pięści wyglądają jak brutalne węzły na końcach umięśnionych lin”.

„Jego piękno – naprawdę nie da się tego inaczej nazwać – to zaledwie niewielki odprysk tego, co czuję. Doświadczam go. Czy powietrze buzuje? Czy każdy oddech próbuje rozerwać mi płuca? Czy moje zakończenia nerwowe nastawiły się na wyższą częstotliwość?
Obecność. Aura. Tajemnica”.

I tak przez prawie 300 stron…

„Musze walczyć z wizjami, jakby to było: skoczyć na niego, otoczyć udami jego umięśnione biodra i wpasować się każdym minimetrem złaknionej szczeliny na jego nabrzmiałe….”.

„Obserwując ją czuję się jakbym po raz pierwszy widział wieżę Eiffla albo Tadż Mahal. Nigdy już nie spotka mnie podobny moment, pełen zdumienia, pozbawiający tchu…
Ściskający mnie centralnie za jaja.
Ściskający. Chwytający. Łomoczący.”

„Doprowadzona do doskonałości sztuka walenia konia również nauczyła mnie paru rzeczy, na przykład tego, że moja sperma świeci teraz jak odpad nuklearny, kiedy wiruje w odpływie prysznica”.

Nie, to nie wirowanie tak na nią wpływa.

„Mój mózg protestuje przy każdej sylabie [MÓJ TEŻ!], ale każda komórka mojego ciała i ducha pędzi ku temu. By pochwycić klejnot pożądania stworzony w jaskiniach przeznaczenia w chwili, gdy po raz pierwszy spojrzeliśmy sobie w oczy”.

„Jego warkot to moja tratwa w tej powodzi, moja ucieczka przed potępieniem. Jesteśmy parą upadłych aniołów, które torują sobie ścieżkę pomiędzy gwiazdami ogniem pieprzenia”.

Co tu się właściwie stało? Jak to możliwe, że nie tylko ktoś to wydał, ale w dodatku uznał za dobre na tyle, by przetłumaczyć i wydać za granicą?

Pannie Emmalinie i jej złaknionej szczelinie lepiej już podziękujmy.

Angel Payne, Piorun. Czy można mu się oprzeć?, Warszawa: Wydawnictwo Edipresse, 2019, 296 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Edipresse.

Czas na czytanie: PREMIERA „Runa” Vera Buck

„Ludzie umierają cały czas, również bez pomocy lekarza, pomyślał i po raz pierwszy zaczął się zastanawiać, czyje sumienie miałoby to uspokoić”.

To zdecydowanie jedna z najbardziej klimatycznych książek, jakie czytałam.

Olbrzymi zakład dla umysłowo chorych w samym centrum XIX wiecznego Paryża.

Wątpliwe logicznie i moralnie sposoby leczenia histeryczek i rozwianie nauki metodą prób i błędów.

Charyzmatyczny lekarz przemieniający swoje pacjentki w bohaterki ocierających się o spektakle wykładów, gdzie gwoździem programu jest wywoływanie ataku.

Młody student poszukujący sposobu na wyleczenie ukochanej. Za wszelką cenę.

Doświadczony policjant, pod wpływem fatalistycznej teorii determinującej los człowieka jego wyglądem, postanawiający zostać przestępcą. Nie jest jednak łatwo pozbyć się starych nawyków. I czy Lecoq… istnieje naprawdę?

Zafascynowany tajemnymi sztukami sprzątacz uważający się za spadkobiercę wizjonera o kontrowersyjnych poglądach.

Naukowy wyścig szczurów goniący za sławą, nie za dobrem pacjentów.

Bezwzględne szpitalne strażniczki, seria tajemniczych śmierci, ciemne i wilgotne katakumby, hipnoza, nielegalne sale operacyjne ukryte w podziemiach kościoła, dźwięki katarynki odbijające się po paryskich ulicach, prasa do ugniatania jajników, symulacja jako diagnoza uniwersalna, sabaty mrocznych kultystów, karty tarota, usuwanie części mózgu jako sposób na uspokojenie pacjentki, niezrozumiałe znaki wypisane w różnych częściach miasta, wściekły tłum z pochodniami w noc Bożego Narodzenia i niepodważalna siła plotki – cały ten bałagan dzieje się wokół dziwnie niepokojącej, dzikiej dziewczynki i jej upartej odporności wobec wszelkich sposobów leczenia.

A wszystko to, choć fikcja literacka, wśród bohaterów przodują nazwiska faktycznych postaci historii medycyny i ich jak najbardziej realne teorie. Bo choć opisane sytuacje nie wydarzyły się naprawdę, to przecież mogły, prawda?

„- A ty? Nigdy nie bywasz smutny? – spytała w końcu Pauline.
– Bywam. Oczywiście.
– To dlaczego ciebie nie wsadzą do kliniki?”

DSC_0800

Jednym z najciekawszych zabiegów okazało się wprowadzenie nieoczywistego narratora pozostającego przez większość czasu poza ciągiem wydarzeń i występującego tak naprawdę jako postać drugoplanowa, żeby nie powiedzieć wręcz „marginalna”. Niespełniony poeta, którego wrażliwość i młodzieńczy entuzjazm walczy z ograniczeniami czasów, w których przyszło mu żyć. Nie sposób nie lubić tej postaci i nie sposób nie polubić sposobu, w jaki prowadzona jest narracja.

Bo nie ukrywajmy – jest to jednak ponad 600 stron tekstu o średnio przyjemnej tematyce, który, choć bardzo nastrojowy, wymaga wielu długich wprowadzeń. A mimo to autorka nie daje się czytelnikowi nudzić – za każdym razem, kiedy zaczynałam odczuwać znużenie lekturą, akcja niespodziewanie zostawała przerzucona w inne miejsce i ukazana z perspektywy nowego bohatera. Co niejednokrotnie zostawia czytelnika z jednym wielkim znakiem zapytania, bo te dawkowane pomału puzzle, otrzymywane gdzieś obok głównej osi fabuły zaczynają układać się w logiczną całość dopiero pod koniec lektury.

Jeśli coś mnie irytowało, to fakt, że zagadkowe ciągi liter, nad którymi tak długo głowili się kolejni bohaterowie dla współczesnego człowieka nie stanowią wielkiego wyzwania. I jak brałam pod uwagę różnicę w poziomie wiedzy bohaterów (niektórzy z nich w ogóle nie potrafili czytać) i czytelnika prosto z XXI wieku, tak spodziewałam się, że emerytowany śledczy odczyta je szybciej. Ale i ta postać zdążyła mnie na końcu nieźle zadziwić.

Obok tej książki nie można przejść obojętnie. Niesamowicie pobudza wyobraźnię i zaskakuje na każdym kroku. A na głodnych dalszych wrażeń, na ostatnich stronach czeka rozbudowana i bardzo realna bibliografia. Spodziewam się, że tam czai się jeszcze więcej medycznej grozy.

„Strach zaczyna się tam, gdzie jesteśmy nieświadomi i bezradni – i dopiero w tym punkcie jesteśmy gotowi w całości oddać się w ręce innej osoby, która zdaje nam się mądrzejsza, potężniejsza.”

Vera Buck, Runa, Kraków: Wydawnictwo INITIUM, 2018, 608 s.