Bajki Majki: „Mechanica. Przewodnik dla początkujących” Lance Balchin

Ta książka zrobiła mi psikusa! Nie mam pojęcia jak to się stało, ale byłam przekonana, że to książka dla dzieci w steampunkowych klimatach łącząca w sobie fascynację życiem i skomplikowaną budową organizmów z zachłyśnięciem się nowymi osiągnięciami człowieka, mechanizmami i maszyną parową.

A tu niespodzianka, zamiast wiktoriańskiego Londynu mamy ponurą, choć fascynującą wizję przyszłości. To chyba pierwsza antyutopia dla dzieci, jaka trafiła w moje ręce!

Mamy rok 2250. Nadmierne wykorzystanie energii węglowej oraz nieustanna produkcja chemicznych i radioaktywnych odpadów sprawiła, że nasza planeta uległa nieodwracalnym zniszczeniom. Ze względu na zanieczyszczenia większość gatunków owadów i zwierząt wyginęła, a ludzkość zaczęła zamieszkiwać nieliczne zdatne do życia tereny tworząc zamknięte osady i enklawy. By wypełnić utratę rodzimych organizmów stworzono mechanusy – sztuczne, mechaniczne formy życia powstałe na wzór wymarłych gatunków – częściowo dla rozrywki, a częściowo do celów gospodarczych i militarnych. Szybko jednak maszyny wymknęły się spod kontroli mnożąc się i ewoluując, co doprowadziło do nieuniknionej wojny między ludźmi i mechanusami.

Liberty Crisp, osierocona córka pary naukowców, zafascynowana rzadkimi okazami mechanusów, które spotkała podczas swojej podróży przez kraje Orientu, sporządziła katalog tych mechanicznych stworzeń przybliżający ich historię i niezwykłe cechy. Oto i mamy go przed sobą.

Po krótkim wstępie, w którym zarysowano czytelnikowi sytuację świata przedstawionego, książka składa się z rozkładówek poświęconych kolejnym fikcyjnym mechanicznym owadom i zwierzętom przypominających dziennik XVIII-wiecznego badacza. Lewa strona wypełniona jest przedstawieniem mechanicznego stworzenia wraz z „ręcznym” podpisem po łacinie. Prawą zajmują informacje dotyczące owego gatunku – historię, cechy charakterystyczne, kraj pochodzenia i budowę. W ten sposób przybliżono 13 różnych gatunków – od ważek i motyli, przez mechaniczne pszczoły, pająki i ptaki aż po węże i nietoperze.

Ten imponująco wydany album futurystycznych zwierząt przyszłości przyciąga uwagę nie tylko misternymi ilustracjami i wyjątkową formą dziennika badacza, ale również ponurą przestrogą i katastroficzną wizją przyszłości. Bo wszystkie te – tak fascynujące, jak przerażające – istoty, mimo ich zdumiewających właściwości, są zaledwie cieniem i pokłosiem piękna natury, które ludzkość w swej chciwości i głupocie nieodwracalnie utraciła.

Taka puenta w książce dla siedmiolatków zrobiła na mnie spore wrażenie. Nigdy nie jest za wcześnie na refleksję o przyszłości Ziemi, myślę, że taka lekcja przydałaby się i wielu dorosłym.

Lance Balchin, Mechanica. Przewodnik dla początkujących, Lublin: Wydawnictwo Tekturka, 2017, 40 s.

Recenzja powstałą dzięki uprzejmości Wydawnictwa Tekturka.

Czas na czytanie: „Zodiaki” Magdalena Kucenty

Łał, że tak powiem.

Sięgnęłam po tą książkę zaintrygowana opisem całkowicie innym od tego, co zwykle czytam. Nie przepadam za sci-fi, ale tym razem biopunkowa antyutopia wyrosła na cywilizacji zmiecionej z powierzchni ziemi przez podejrzaną pandemię zadziałała na mnie jak płomień na ćmę. I przy tym aż do ostatniej chwili byłam przekonana, że to będzie dziobak – ciekawa powieść „mająca coś w sobie”, wymykająca się wszelkim standardom i klasyfikacjom, trochę dziwadło. I przede wszystkim książka dla młodzieży. Ale czegoś takiego to się nie spodziewałam.

2771 rok. Bardzo dobrze dopracowany, przerażająco zimny, bezwzględny i brutalny świat z elitarystycznym społeczeństwem pozbawionym wyższych (żeby nie powiedzieć „jakichkolwiek”) zasad moralnych. Odizolowane od skarżonego świata zewnętrznego miasta-państwa skupione pod kopułami, gdzie wszystko co ludzkie jest też sztuczne. Ze ścisłym systemem klasowym, groteskowymi inspiracjami światem antyku i wysoce ambiwalentnymi zasadami postępowania. Z jednej strony panująca wszechobecnie pochwała czystości genetycznej, która po zagładzie związanej z rozmaitymi mutacjami, rasą nadczłowieka uczyniła po prostu człowieka. Choć prawdę mówiąc „człowiek” u Magdaleny Kucenty nie ma już zbyt wiele wspólnego z człowieczeństwem. Można dojść do wniosku, że im bardziej jest ludzki, tym mniej. Z drugiej strony natomiast bardzo szeroko zakrojone eksperymenty na ludziach w celu utworzenia rasy nadludzi. Poprzez mutacje.

„Po epidemii mutacyjnej cały świat jest tylko karykaturalnym zlepkiem dawnych kultur”.

Tytułowe Zodiaki są właśnie takimi eksperymentami. Ludźmi pozbawionymi pełnego człowieczeństwa i związanych z nim praw już na etapie planowania, udoskonalonych, wyposażonych w rozmaite nadludzkie umiejętności szczurami laboratoryjnymi składanymi i rozkładanymi na części. A przy tym posiadającymi ludzkie uczucia i emocje, szukającymi sensu swojej egzystencji i nie zawsze potrafiącymi pogodzić się z narzuconymi im ograniczeniami. A świat, który przychodzi czytelnikowi poznawać ich oczami i często okaleczonymi, zdeformowanymi umysłami ze strony na stronę robi się coraz bardziej przerażający, jak koszmar, z którego nie sposób się obudzić.

„- Jestem i chcę być tylko człowiekiem (…). Zresztą nie ja jedyny. Cały kult czystości genetycznej wyrósł wokół tęsknoty za człowieczeństwem”.

Postapokaliptyczna wizja przyszłości mająca w sobie coś z sennego koszmaru Matrixa, nieuchronności Terminatora i rozpaczliwej bezradności jednostki wobec systemu, którą tak dobrze znamy Roku 1984.

Dawno mnie tak książka nie przeczołgała, a zupełnie się przecież tego po niej nie spodziewałam. Co tam się działo… I oczywiście to dopiero pierwsza część, więc jak na razie nie ma co sobie robić nadziei na katharsis.

Smutna. Straszna. Hipnotyzująca.

Serio liczę na to katharsis w kolejnej części. Bo bez tego będzie słabo.

Magdalena Kucenty, Zodiaki, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2021, 464 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Rok 1984. Powieść graficzna” George Orwell, Fido Nesti

„(…) co, jeśli celem nie jest pozostanie przy życiu, a pozostanie człowiekiem?”

Już w przypadku poprzednich książek z nurtu klasyki wydanych w formie powieści graficznych (polecam recenzje „Zabić drozda” i „Folwarku Zwierzęcego”) pisałam o dużym wpływie warstwy graficznej na percepcję utworu – to dodatkowy środek wyrazu, który wspomaga wyobraźnię, wzmaga emocje i uczucia czytelnika.

W przypadku „Roku 1984” wrażenie jest piorunujące. Samej książki nie trzeba chyba nikomu przedstawiać – już sama wizja całkowitej kontroli społeczeństwa, inwigilacji, pozbawienia umiejętności myślenia i podporządkowania każdej sfery życia jest wystarczająco przerażająca. I grafika tylko to wszystko pogłębia, bo ilustracje są ciemne, surowe i niepokojące – bezwzględna potęga systemu, poczucie porażki, bezradności i beznadziei zdają się jeszcze bardziej dotkliwe i  namacalne. Szczególnie puste oczy i beznamiętne twarze bohaterów są idealnym dopełnieniem treści antyutopii.

Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że ta wersja jest lepsza. Jakoś bardziej do mnie przemówiła, mocniej mnie dotknęła, wzbudziła więcej emocji, a tą zdolność w książkach bardzo cenię.

Ale żeby nie było tak kolorowo, mam też parę zastrzeżeń. Czarne napisy na bardzo ciemnym tle, choć klimatyczne, są też mało czytelne – zdarzały się takie „okienka”, gdzie miałam spory problem z odczytaniem tekstu, a nawet w kilku zdarzyło mi się tekst zupełnie przeoczyć. Po raz kolejny też nie pasuje mi zróżnicowanie wymiarów książek będących niejako z jednej serii. Każda z powieści graficznych tego wydawnictwa ma inny format. Jest on pewnie uwarunkowany wnętrzem komiksu, ale jest to mało wygodne.  

Dystopijny świat podporządkowany terrorowi totalitaryzmu spotęgowany o sferę wizualną.

George Orwell, Fido Nesti, Rok 1984. Powieść graficzna, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2020, 216 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Czas na czytanie: „Hello world” Michał R. Wiśniewski

Bywają książki, które potrafią zaciekawić tak bardzo, że nie sposób się od nich uwolnić. Tak właśnie miałam z „Hello world”, które rzuciło mi się w oczy podczas Warszawskich Targów Książki swoją niebanalną reklamą. Uczciwie przyznaję, że prawie staranowałam stoisko autora potrącając dziwacznego manekina, który śmiertelnie mnie wystraszył. Jednak mając już tą pozycję w ręku doskonale wiedziałam, że to będzie książka nie do końca w moim typie – nie ukrywam, że po okładce, blurbie i notatce o autorze spodziewałam się raczej gniota. A po wydawnictwie pozycji przeintelektualizowanej i przefeminizowanej. A mimo to nie mogłam się od tej książki uwolnić i prześladowała mnie niemalże na każdym kroku. Wiedząc, że istnieje tylko jeden sposób na pozbycie się tej niespodziewanej obsesji zamówiłam jej przedmiot do recenzji.

I powiem tak – to jest naprawdę dziwna książka. Jedno wielkie pomieszanie z poplątaniem, które dopiero pod koniec lektury zaczyna układać się we w miarę logiczną całość. W krótkich rozdziałach poznajemy naprzemiennie historie piątki głównych bohaterów, żyjących w różnych czasach i różnych rzeczywistościach – od szarego PRL’u, przez współczesność, aż do przejaskrawionej dystopijnej przyszłości. Ich losy łączy jeden problem – macierzyństwo. Mamy zatem zagubioną nastolatkę popełniającą głupi błąd, współczesną kobietę, która decydując się na dziecko nie spodziewała się fali oceniania i niechcianych rad, samotną matkę – internetową wojowniczkę, poszukującego w sobie uczuć przyszłego ojca przepracowującego traumę po utracie rodziców poprzez próby naprawienia świata i kobietę przyszłości, dla której to wirtualna rzeczywistość jest „realem”, komunikującą się za pomocą emoji i czerpiącą emocje z łykanych tabletek. I wszystko to byłoby nawet całkiem ciekawe, gdyby nie fakt, że każdy z bohaterów ma psychozę. Naprawdę, jedna z przyszłych mam cierpi na permanentne urojenia, druga natomiast żyje w urojeniu – zdrowo pogrzanym futurystycznym świecie będącym mieszanką słodziutkiej gry obyczajowej dla japońskich nastolatek z cyberpunkową wizją szaleńca, gdzie pokemon jest zdecydowanie bardziej naturalny niż dziecko. Pozostali bohaterowie na szczęście popadają w obłęd tylko raz na jakiś czas.

I choć przesłanie książki naprawdę mi się podoba, antropomorficzne baśniowe metafory, pewna chaotyczność budowy utworu i wizja przyszłości rodem z koszmarów sprawiły, że naprawdę ciężko było mi przebrnąć przez tą pozycję. Choć zarówno pomysł, jak i forma są bardzo oryginalne.

Pod koniec książki sam autor pisze, iż jest to książka o nadziei. I w pewnym sensie rzeczywiście tak jest. A już na pewno o byciu przy nadziei. To opowieść z gruntu feministyczna, gdzie prawdziwa siła kobiecości tkwi we wspólnocie, a największa słabość w ocenianiu siebie i innych. Wiadomo przecież nie od dziś, że kobieta stroi się nie po to, by zaimponować mężczyźnie, a po to, by ściągać zazdrosne spojrzenia innych kobiet. A dowartościowywanie siebie poprzez krytykę pozostałej części babskiej populacji (a już mam w szczególności!) jest raczej na porządku dziennym. No bo przecież „Mój Brajanek w tym wieku już sikał na nocnik/przesypiał noce/deklamował poezję/gotował trzydaniowe obiady…, wobec czego jestem genialną matką. A już na pewno lepszą niż ty.” I choć z przyjemnością dołączyłabym do walki z tym ciągłym ocenianiem (również u siebie), tak wizualizacja takiego sposobu myślenia jako złej królowej elfów kompletnie mi nie leży. Podoba mi się koncepcja książki, w której losy pozornie nie związanych ze sobą bohaterów wzajemnie się przeplatają i dopełniają tworząc ciąg historii macierzyństwa. Nie przypadła mi jednak do gustu cała fantastyczno-wirtualna otoczka.

„- Gdzie ja jestem?
– To holodeck projektu GOOD ENDING. Twoja rzeczywistość została zapauzowana.
– Co to znaczy?
– Rzeczywistość, w której spędziłaś – spędzisz – życie, dopiero ma nadejść. To jedna z wielu możliwych przyszłości, które badamy. Coś w rodzaju wszechświata kieszonkowego, tylko dużo większego niż te znane do tej pory. Serwery kwantowe przestrzeni nieeuklidesowych, hackowanie podświadomości, nie pytaj mnie, nie znam się na informatyce jungowskiej.
– Moje życie było hologramem?
– Będzie, nie było – odpowiada postać – Każde życie jest hologramem. Nasze mózgi to tylko puste pudełka zbierające światło.”

– no nie, naprawdę sie starałam, ale to jednak nie są moje klimaty…

Autor natomiast całkowicie skradł moje serce zawoalowanymi złośliwościami w pod adresem „Kici Koci” i jej wątpliwej jakości artystycznej oraz przekonaniem, że to sztuka i wartościowa literatura dziecięca są w stanie uratować świat.

I w ten sposób wracam do początku – ta książka jest naprawdę dziwna. I jak na pewno nie mogę powiedzieć, że była zła, czy bezwartościowa, tak z pewnością męcząca i nie w moim guście –  raczej odpuszczę sobie pozostałe pozycje autora. Ale jednocześnie była to lektura nie podobna do niczego, co czytałam wcześniej i czuję się bogatsza o nowe doświadczenia.

Michał R. Wiśniewski, Hello world, Warszawa: Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2017, 320 s.

Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości portalu sztukater.pl