Czas na czytanie: „Dwór Srebrnych Płomieni T.1 i 2” Sarah J. Maas

Niestety to pierwszy tom Dworów, który mocno mnie rozczarował i mimo całkiem miłego zakończenia, właściwie od początku do końca się przy nim męczyłam.

Mimo czekadełka w postaci „Dworu Szronu i Blasku Gwiazd” na kontynuację przygód Feyry przyszło nam długo czekać, co też nieźle wzmogło apetyt. Entuzjazm był więc spory, ale z przykrością stwierdzam, że 4 tom ani trochę nie spełnił moich oczekiwań.

Pierwszą dużą zmianą jest zmiana narratora – głównymi bohaterami tej części są Nesta z Kasjanem i to oni prowadzą nas przez historię, choć to mnie jeszcze nie zniechęciło, bo i zmiana spojrzenia może czasem wyjść serii na dobre. Nie wyszła.

Moim pierwszym zarzutem jest przesyt scen erotycznych, który całkowicie dominuje zmieniając fantastyczną przygodę w erotyk. I to kiepski erotyk, bo to, co choćby w „Dworze Mgieł i Furii” było ekscytujące i zmysłowe, tu jest płytkie i wulgarne. Kompletnie brakuje pobudzającego napięcia między bohaterami i wzajemnego przyciągania, które udziela się czytelnikowi, a dokładnie opisane sceny seksu sprowadzają się do ulegania pożądaniu w wydaniu raczej zwierzęcym. I jak dwie pierwsze sceny w jakimś stopniu przykuły moją uwagę, choć nie spowodowały piekących rumieńców, to niezliczone kolejne raczej już przerzucałam w poszukiwaniu fabuły. I w sumie nie wiem, czy ta nijakość miała oddawać charakter bohaterów, czy to może na przykład kwestia tłumaczenia.

Drugim minusem jest spore spłycenie świata przedstawionego. Uwielbiałam czytać o pełnym cudów, barwnym Velaris i innych zakątkach świata fae, czego tutaj właściwie w ogóle nie ma. Podobnie wszystkie pozostałe postacie, poza głównymi bohaterami i Domem zostały potraktowane sztampowo i po macoszemu – zarówno Ci nowi, jak i dobrze już nam znani. Właściwie jedynym fajnym akcentem jest relacja Nesty z Domem, bo wszystkie inne Bardzo Trudne Misje i wycieczki do miejsc przesiąkniętych Pierwotnym Złem przychodzą jej nadspodziewanie łatwo.

Co prawda mamy tu duży nacisk na siłę kobiet, siostrzeństwo i babską przyjaźń, a główną tematyką jest radzenie sobie z traumą, bezsilnością i składanie siebie na nowo po potwornych przeżyciach, ale w tym wszystkim strasznie brakowało mi autentycznych emocji. A bez nich wszystko wydaje się pompatycznie sztuczne i papierowe. O tym, że bohaterka płacze ze wzruszenia wiemy, bo tak jest napisane, ale zupełnie nie odczuwamy tych emocji – jako czytelnik zupełnie nie czułam się częścią tej historii.

I na koniec, żeby symfonia narzekania była kompletna, mam również zastrzeżenia do strony wizualnej. Przede wszystkim zupełnie nie widzę potrzeby dzielenia na dwa tomy historii liczącej ledwie 900 stron, nawet wydawanej w miękkiej oprawie – poza podwajaniem ceny książki. No i okładka stylem zupełnie odstająca od poprzednich tomów – w malowniczym kolorze betonu z tendencyjnymi maskami nawiązującymi formą do masek weneckich, gdzie w powieści opisywano coś na wzór pośmiertnej maski Agamemnona. Nieładne i chybione znaczeniowo. Za to projekt wygląda na niedrogi.

No nie wiem, pewnie marudzę, ale to zupełnie nie był ten sam klimat, co w poprzednich częściach, momentami normalnie aż byłam zażenowana. Smuteczek.

Sarah J. Maas, Dwór Srebrnych Płomieni T.1 i 2, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2021, 640 + 304 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2022 ~

Czas na czytanie: „Dwór cierni i róż” Sarah J. Maas

Moje drugie podejście do prozy Pani Maas i zapewne by go nie było (jako że „Szklany Tron” zupełnie nie zachęcił mnie do kontynuowania przygody z tą autorką), gdybym nie miała zawczasu wypożyczonego z biblioteki jej drugiego bestsellera.

I od razu mogę przyznać, że jest dużo lepiej.

Tak jak wspomniany„Szklany Tron” odrzucił mnie kompletnym brakiem opisów, płytkim, dwuwymiarowym światem i kompletnym brakiem klimatu, tak w przypadku „Dworu cierni i róż” autorka naprawdę się przyłożyła. Mamy zatem dopracowany, magiczny, barwnie opisany świat dający pole do popisu wyobraźni. Wraz z główną bohaterką stopniowo poznajemy jego historię, ustrój społeczny i zamieszkujące go stworzenia. Bardzo duży plus.

Drugą zaletą są ciekawi, pełnokrwiści bohaterowie. I mimo, że jak zwykle nie przepadam za główną postacią (to u mnie nic niezwykłego, bo naprawdę rzadko identyfikuję się z kobiecym podmiotem lirycznym), to jestem w stanie ją akceptować i nie budzi we mnie niesmaku, a to już duży sukces. Nie ma też sytuacji, w której hołdujemy wyłącznie jednej postaci – zarówno narratorka, postacie pierwszoplanowe, ich antagoniści, bohaterowie drugiego planu, a także po prostu postaci-tła są wykreowani z należytą dbałością. Jest zła królowa, dobry i prawy książę, zły książę-nicpoń, pyskaty poseł i próżne siostry, czego chcieć więcej?

Zdecydowaną siłą tej powieści jest jej baśniowość. Trochę Kopciuszka, dużo Pięknej i Bestii, trochę Tolkiena, a nawet odrobina hinduskiej mitologii – prawdziwy tygiel (a może Kocioł?). Inspiracja czerpana ze znanych i ciągle żywych baśni to nie jest łatwa sprawa – nie trudno popaść w oklepane schematy – tu jednak została wykorzystana bardzo dobrze. Nie ma tendencyjności, jest nowe życie. I co najważniejsze – nie ma zlęknionej księżniczki czekającej na ratunek swego księcia. Super sprawa.

_20170303_093931

Minusy? W pewnym momencie, jakoś po połowie książki był spory fragment, który sprawił, że przerzucałam strony w poszukiwaniu jakiejś akcji. Trochę przerywnik, streszczenie, nudnawy łącznik dwóch części przygody. Pewnie konieczny dla fabuły, ale mimo wszystko nie do końca dobrze rozwiązany – przywodzi na myśl streszczenie pt. „Co Feyra robiła, kiedy została sama i jak gładko jej to wszystko poszło”. Trochę przerwa na oddech, ale głównie nuda.
No i narracja pierwszoosobowa, za którą osobiście nie przepadam.

Jest miłość zdolna pokonać wszystkie przeciwności, jest magia, są tajemnice, przygody i krwiste masakry – fajna, lekka młodzieżówka, kiedy trzeba trzyma w napięciu i pozwala powzdychać do księcia ;)

Sarah J. Maas, Dwór cierni i róż, Warszawa: Uroboros, 2016, 524 s.