Czas na czytanie: „Rozmowy z przyjaciółmi” Sally Rooney

Dwudziestojednoletnia Frances jest studentką, wrażliwą debiutującą poetką i dość zamkniętą w sobie wnikliwą obserwatorką. Pozostając w cieniu przebojowej przyjaciółki, którą podziwia tak jawnie, jak i skrycie, przygnieciona ciężarem licznych kompleksów, większość emocji zamyka głęboko w sobie nie dając ich po sobie poznać.

Kiedy wdaje się w romans z jedenaście lat starszym atrakcyjnym aktorem, mężem znanej pisarki pracującej nad artykułem o wspólnej twórczości Frances i jej przyjaciółki Bobbi, emocje zaczynają brać górę nad studentką i próbują wyrwać się spod jej żelaznej kontroli. Czy tego rodzaju związek ma szanse na przetrwanie? Szczególnie, kiedy w strachu przed byciem zranionym wolimy otoczyć się murem obojętności albo zaatakować jako pierwsi?

To opowieść o młodości, pierwszych krokach w dorosłe życie, poszukiwaniu pomysłu na siebie, trudnym dzieciństwie, braku wsparcia i dojrzewaniu emocjonalnym, ale również o ogromnej samotności, poczuciu wyobcowania nawet w gronie najbliższych, trudnościach w nawiązywaniu relacji, bezbronności wobec bólu i choroby oraz braku umiejętności poproszenia o pomoc.

„Chciałam jej wyjaśnić, że nie wiem, co mi było wolno czuć ani co z tego, co wtedy czułam wolno mi czuć, gdy teraz spoglądam wstecz”.

Znajdziemy tu obraz młodzieńczego buntu przeciwko normom społecznym i tak pociągającego pseudointelektualizmu, gdzie pod górnolotnymi i filozoficznymi deklaracjami odrzucenia opresyjnych konstruktów kulturowych – jak monogamia, czy związek – młodzi dorośli za wszelką cenę starają się uniknąć odpowiedzialności za swoje życie i ponoszenia konsekwencji podejmowanych decyzji. Wraz z trudnościami w komunikowaniu swoich potrzeb i uzewnętrznianiu uczuć otrzymamy emocjonalny mętlik będący nie tylko cechą charakterystyczną głównej bohaterki, ale również ponurą diagnozą sporej części społeczeństwa.

„Bałam się, że moja osobowość, gdyby się okazało, że ją mam, będzie z gatunku tych niedobrych. Czy martwiłam się tym jedynie dlatego, że byłam kobietą i czułam presję, by przedkładać cudze potrzeby nad własne? Czy ‚dobroć‚ była tylko innym słowem na określenie uległości w sytuacji konfliktu? Podobne rzeczy pisałam jako nastolatka w swoim pamiętniku: jestem feministką i mam prawo nie kochać nikogo”.

Niby nic nowego ani odkrywczego, jednak bez wątpienia dylematy i problemy Frances niejednemu czytelnikowi wydadzą się znajome – w końcu zarówno strach, jak i poszukiwanie to nieodłączne części młodości. Chociaż w moim przypadku ten etap miał miejsce dużo wcześniej (ale też ja urodziłam się stara duchem), raczej w wieku licealnym, niż studenckim i może dlatego chroniczne niezdecydowanie i niedojrzałość Frances mocno działało mi na nerwy. Nie sposób jej jednak nie współczuć. I nie kibicować jej poszukiwaniom szczęścia.

Nie mogę powiedzieć, że to książka, która porwała mnie od pierwszej strony, całkiem długo się do niej przekonywałam. Ale mniej więcej w połowie, kiedy już udało mi się wkręcić w całą historię, mocno mnie wciągnęła i resztę pochłonęłam jednym tchem.

Warto wspomnieć, że jest naprawdę dobrze napisana – czytałam egzemplarz recenzencki, jeszcze przed ostateczną korektą i bez choćby wyodrębnienia dialogów, a mimo to czytało się lekko, płynnie i interesująco. Pod względem literackim to była przyjemność.

No i uwielbiam tą okładkę!

Polecam, z pewnością sięgnę również po drugą pozycję tej autorki, bo nie miałam dotąd jeszcze okazji czytać „Normalnych ludzi”, a słyszałam, że robią wrażenie.

Sally Rooney, Rozmowy z przyjaciółmi, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B, 2021, 336 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.

Czas na czytanie: „Serce trolla” Holly Black

Kiedy nastoletnia Val zostaje zdradzona przez najbliższych w wyjątkowo paskudy sposób, obraca się na pięcie, wychodzi z domu, wsiada do pociągu i pozwala pożreć się demonom wielkiego miasta. Już drugiego dnia na gigancie przyłącza się do grupki młodych bezdomnych koczujących na zamkniętej stacji metra. Szybko orientuje się, że towar, którym dilują nowi znajomi jest nie do końca z tego świata, jednak by w to uwierzyć, musi zobaczyć dowód na własne oczy. Czy istnieje łatwiejsza droga by wpakować się w kłopoty? Nadnaturalne kłopoty, o tym warto wspomnieć.

Chociaż sama książka nie jest długa, i jak zwykle czytało mi się błyskawicznie, ze wszystkich książek Holly Black, które dotychczas czytałam, ta podobała mi się najmniej. Z dwóch powodów.

Przede wszystkim u tej autorki najbardziej ze wszystkiego uwielbiam magiczną niesamowitość krainy elfów, z otumaniającą i niepokojącą siłą przyrody na czele. A tu kicha – cała akcja powieści toczy się w pełnym żelaza Nowym Jorku i tylko na kilka chwil przyjdzie nam zawitać na Dwór Termitów pod cmentarnym pagórkiem. Więc pod tym względem rozczarowanko.

Drugim zgrzytem jest moja nieco absurdalna obrzydliwość względem żył i igieł. Jest mi słabo na sam dźwięk tych słów, a kiedy występują w parze to już w ogóle mogiła. A to jest książka o narkomanii. Z pięknymi, plastycznymi opisami. Musiałam wyglądać bardzo zabawnie podczas lektury.

Czuć też trochę, że to jedna z pierwszych książek Holly Black – już orbitująca wokół tematyki, która niemal dekadę później znajdzie rozwinięcie w „Okrutnym księciu” i zdobędzie serca fanów, ale jeszcze sprzed ukształtowania charakterystycznego dla niej stylu. Niemniej jednak jest to historia warta uwagi – z jednej strony bardzo lekka do czytania, „na jeden wieczór” (chyba, że ktoś jest równie obrzydliwy jak ja), z drugiej porusza poważną tematykę zagubienia, bezsilności, utraty kontroli nad swoim życiem, opierania się uzależnieniu, odpowiedzialności i podejmowaniu walki o siebie i o to, co dla nas ważne. Z trzeciej zaś ciekawa wersja świata przedstawionego, gdzie elfowa potworna niesamowitość przenika do świata rzeczywistego, a zwykły człowiek nie zdaje sobie sprawy z niebezpieczeństwa czyhającego na niego właściwie na każdym kroku.

Czy brak odpowiedzialności faktycznie jest tożsamy z wolnością?

Podobnie, jak reszta elfowej serii wydawanej przez Wydawnictwo Jaguar, doczekała się świetnej szaty graficznej, szczególnie w zestawieniu z pierwszym polskim wydaniem z 2007 roku („Waleczna”, wydawnictwo Dolnośląskie).

Holly Black, Serce Trolla, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2021, 288 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Czas na czytanie: „Hurt comfort” Weronika Łodyga

Tytułowe hurt/comfort to w fanfiction określenie konwencji, w której relacja bohaterów opiera się na pocieszaniu w cierpieniu.

Adam nie jest kimś, kogo łatwo da się wpisać w kalkę osoby „normalnej”. Zamknięty w sobie, cierpiący na fobię społeczną, od dzieciństwa zmagający się z mutyzmem wybiórczym i skomplikowaną sytuacja rodzinną. I chociaż życie z takimi atrakcjami nie jest łatwe, całkiem nieźle radzi sobie w swojej skorupie, ma niewielkie grono dobrych przyjaciół, pasję i ściśle określone plany na przyszłość. I z pewnością nie ma ochoty wpuszczać nikogo do swojego skrzętnie uporządkowanego wszechświata.

Janek jest za to chodzącą tęczową kulką optymizmu i wiary w siebie (chyba, że akurat chodzi o pisanie matury z matematyki). Kiedy w autobusie wpada mu w oko mało przyjazny chłopak, który woli udawać głuchoniemego, niż porozmawiać z nieznajomym, ani myśli się poddać.

Jakiś czas temu moje serce kompletnie skradła książka „Twój Simon”. Dziś mogę powiedzieć, że ma bardzo silną konkurencję. Jestem zachwycona, że tak sympatyczna i przy tym naprawdę dobra książka wyszła spad pióra polskiej autorki.

Tak naprawdę homoseksualizm jest chyba ostatnim z problemów głównego bohatera. Bo czymże jest wizja zakochania się w innym chłopaku, kiedy wisi nad tobą widmo matury (szczególnie z polskiego), ojciec bywa w domu tylko na weekendy a ty wciąż nie potrafisz z nim rozmawiać (dosłownie), wciąż jeszcze przeżywasz zdradę najlepszego przyjaciela i codziennie musisz wychodzić z domu by obcować z innymi ludźmi. Co gorsza wchodzić z nimi w relacje i interakcje. W liceum.

I to jest super, bo orientacja seksualna jest zwykle w tego rodzaju literaturze cechą definiującą bohatera i głównym problemem książki. Tutaj jest raczej tłem, jedną z wielu cech i to raczej ta mniej ważną. Warto sobie czasem przypomnieć, że brak akceptacji i rozumienia ze strony otoczenia może porządnie dokuczyć na długo wcześniej, niż zaczniemy w ogóle myśleć o swojej seksualności. Wystarczy być choć odrobinę innym od pozostałych.

Fantastycznie humorystyczna książka podejmująca naprawdę trudne i przygnębiające tematy. Cała lektura to był jeden wielki comfort, jak gorące kakao z piankami w zimny dzień, a podczas czytania nie sposób się nie szczerzyć. Bohaterowie są świetni (kocham ich wszystkich!), licealna rzeczywistość została wykreowana w sposób do bólu autentyczny (jeszcze nie jestem taka stara, prawie nic się nie zmieniło. Tylko nie wiem co to jest Tumblr, ale chyba jednak ta wiedza nie jest mi potrzebna do szczęścia) i przy tym uszczypliwie ironiczny, a problemy nastolatków są bardzo realne.

Lekka, przyjemna, urocza komedia romantyczna z maturą w tle. Skrada serce niezależnie od wieku czytelnika.

Weronika Łodyga, Hurt comfort, Białystok: Wydawnictwo Kobiece Young, 2020, 420 s.

Czas na czytanie: „Inne zasady lata”, Benjamin Alire Saenz

To właśnie cała ja – bożonarodzeniowe książki w kwietniu, a na powieści o wakacjach nachodzi mnie w środku zimy.

Angel Arystoteles Mendoza ma 15 lat i nie jest najbardziej towarzyskim typem w El Paso. Z natury raczej samotnik, raczej zamknięty w sobie, tłumiący emocje, nie najlepiej radzi sobie z dbaniem o relacje i nawiązywaniem przyjaźni głębszych niż powierzchowne koleżeństwo. Na co dzień milcząco zmaga się z problemami rodzinnymi – brakiem płaszczyzny porozumienia z ojcem milcząco przeżywającym traumę wojny w Wietnamie oraz tęsknotą za ukochanym bratem, który został całkowicie wykreślony z historii rodziny.

„Problem z moim życiem polegał na tym, że było ono pomysłem kogoś innego”.

Pewnego lata przez jego mur przebija się Dante – ciekawy świata, uśmiechnięty artysta z awersją do noszenia butów. Szybko okazuje się, że prawdziwa przyjaźń to nie tylko przywiązanie i związane z drugą osobą uczucia i emocje, ale również zyskanie zupełnie nowego spojrzenia na świat. A ten może okazać się naprawdę zdumiewający i faktycznie tylko czekać na odkrycie. W końcu zdecydowanie łatwiej rozwiązywać tajemnice wszechświata z przyjacielem.

To opowieść o poczuciu osamotnienia, różnych rodzajach odmienności, o poszukiwaniu tożsamości, potrzebie wolności i akceptacji, o młodości, głodzie świata i wcale nie tak przyjemnym dorastaniu, o strachu i stawianiu mu czoła, o poznawaniu i definiowaniu siebie – od swoich uczuć i emocji, przez relacje z innymi, aż po cielesność.

Świetnie napisana, jednocześnie lekka i skłaniająca do refleksji, przyjemna w odbiorze i poruszająca poważne problemy. Raz przyziemna, raz poetycka, pełna uczuć i dominującego poczucia zagubienia, o naprawdę mądrym przekazie. Nie jest łatwo być nastolatkiem, dobrze sobie o tym czasem przypomnieć. A jeśli akurat jest się w tym wieku, pocieszająca będzie świadomość, że nie jest się w tym wszystkim samym.

Benjamin Alire Saenz, Inne zasady lata, Bielsko-Biała: Wydawnictwo Rodzinne, 2013, 339 s.

Czas na czytanie: PATRONAT „Krąg. Nieproszeni goście”, Silencio

Lata 60. ubiegłego wieku, chłopięcy sierociniec w środku lasu i sześciu bohaterów o różnych charakterach, przeżyciach i traumach.

Czeka ich nawiązywanie przyjaźni, budowanie relacji i gruntowanie swojej pozycji w grupie, radzenie sobie z sympatiami i antypatiami. Zmierzą się z niejednym problemem wieku nastoletniego – od niezadowolenia ze swojego wyglądu, przez pakowanie się w kłopoty i bójki ze „starszymi chłopakami”, próby ucieczki od nauki i obowiązków, brak empatii ze strony dorosłych, aż po dylematy związane z odkrywaniem własnej seksualności i tożsamości płciowej. I choć wszystko to byłoby wyzwaniem dla każdej osoby na progu dorosłości, w tamtych czasach i bez wsparcia najbliższych wydaje się być szczególnie dotkliwe.

Jakby tego całego dorastania w nieszczególnie przyjaznych warunkach było mało, wokół zaczynają dziać się dziwne rzeczy – czy to możliwe, że korytarzami sierocińca przechadzają się potwory, czy po prostu chorowity i nieszczególnie lubiany nastolatek ma urojenia albo próbuje zwrócić na siebie uwagę otoczenia?

Ciemny las, niepokojące zdarzenia, owiana legendami okolica, ludowe przesądy i przekazy o magicznych paktach i rytuałach oraz brak dostępu do jakichkolwiek rzetelnych informacji potrafią rozbudzić wyobraźnię. Może się jednak okazać, że rzeczywistość jest znacznie bardziej przerażająca, niż wszystkie straszne historie opowiadane wieczorami.

Jaka tragedia wydarzyła się wcześniej w budynku sierocińca i czy aby na pewno był to wypadek? Co się stało z Whitewood – niegdyś tętniącym życiem miasteczkiem, dziś zarośniętym ośrodkiem dla niechcianej młodzieży? I co tak naprawdę czai się w lesie?

Choć po pierwszych rozdziałach miałam wrażenie, że ta książka Silencio będzie skierowana do nieco młodszych czytelników, końcówka wyprowadziła mnie z błędu. Bo i kiedy potworności – czy to ze strony dorosłych, czy sił nadprzyrodzonych – dotyczą dzieci, mające często jeszcze niewielkie pojęcie o świecie, są jeszcze bardziej poruszające. A jak już zapewne wiecie, ta autorka nie oszczędza ani swoich bohaterów, ani czytelników.

Podobno cała ta książka, jest tylko rozbudowanym wstępem do całej historii chłopców z ośrodka Whitewood. I oczywiście kończy się w taki sposób, że nie sposób powstrzymać się od wyrzutów, bo „jak można przerywać w TAKIM momencie?!”. Aż strach pomyśleć co będzie dalej, nie mogę się już doczekać!

Silencio, Krąg. Nieproszeni goście, 2020, 558 s.
(premiera: 20.08.2020)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.
Tą i poprzednie ksiązki Silencio możecie znaleźć na bucketbook.pl

Czas na czytanie: „Zabić drozda” Harper Lee, Fred Fordham

Nowe podejście do klasycznego kanonu zawsze niesie ze sobą pewne ryzyko. Czy adaptacja stanie na wysokości zadania? Czy ponownie opowiadając znaną historię i poszukując nowych środków wyrazu nie przegapimy (świadomie lub nie) jakiejś istotnej treści? Szczególnie w przypadku tekstu poruszającego tak wiele ważnych i trudnych tematów?

Tym razem naprawdę się udało. Sięgając po komiks nie spodziewałam się, że zarówno narracja z punktu widzenia kilkulatki stykającej się z rasizmem, podziałami klasowymi, wykluczeniem społecznym i ludzkim okrucieństwem, jak i sam przekaz będą równie przejmujące, co w książce Harper Lee.

Przedstawione w formie graficznej sytuacje nie straciły nic ze swojej dynamiki i dramatyzmu. Z powodzeniem udało się również pogłębienie psychologiczne postaci, zarysowanie sytuacji społeczno-politycznej Alabamy lat 30. XX wieku i skomplikowanie ludzkiej natury. Jest inaczej, ale w moim odczuciu równie dobrze.

„Zabić drozda” nie znajduje się obecnie na liście lektur, choć powinna, bo przecież większość opisywanych w niej problemów jest wciąż aktualnych, mimo że współcześnie hipokryzja nienawiść do drugiego człowieka wyrażana jest w odmienny sposób. Myślę, że forma komiksu jest dla młodego czytelnika nie tylko bardziej atrakcyjna, ale przede wszystkim łatwiejsza do przyswojenia – zarówno ze względu na krótszy czas, który trzeba spędzić by poznać treść, jak i na dodatkowy środek przekazu, jakim jest obraz. Ta wersja mogłaby się sprawdzić jako przedmiot szkolnej dyskusji równie dobrze, co oryginał. Bo i jest przecież o czym dyskutować.

Harper Lee, Fred Fordham, Zabić drozda, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2020, 278 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Bajki Majki: „Lukrecja” Anne Goscinny

Nigdy nie sądziłam, że takie słowa kiedykolwiek przejdą mi przez usta (czy przez klawiaturę), ale stało się, nie sposób już dłużej wypierać tego faktu: polubiłam Lukrecję! Całe szczęście, że tą przez duże „L”.

Kiedy dziecko znanego pisarza decyduje się iść w ślady ojca, nie sposób nie podejść do książki zarówno z wielkimi nadziejami, jak i z równie dużymi obawami. Wychowałam się na wszystkich przygodach Mikołajka (po dziś dzień uważam się za damskie wcielenie Alcesta) i chociaż, wiem, że obecnie uznaje się je za nie do końca edukacyjne, to na pewno podsunę je niedługo Majce, a i sama przeczytałabym więcej. Na szczęście Anne Goscinny spisała się świetnie – nie próbuje naśladować stylu ojca, a świat jej bohaterki zdecydowanie bardziej przystaje do współczesności. Bez obaw – nikt tu już nie rozwiązuje problemów „dawaniem fangi w nos”.

Lukrecja ma 12 lat, chodzi do szóstej klasy, więc nareszcie jest dorosła i ma fantastycznie zakręconą patchworkową rodzinę. Jej mama jest adwokatem, więc bywa w więzieniu tak często, że czasami można się zastanowić kto tak naprawdę ma tu kłopoty. Tata jest artystą i chyba nigdy nie nauczy się porządnie w dorosłość. Ojczym uwielbia odrabiać jej prace domową z matematyki, ale niestety nie wychodzi mu to tak dobrze, jak gotowanie obiadów. Młodszy brat ma obsesję na punkcie gier wideo, szkieletorów i zombie, a babcia imprezowiczka uczy ją ważnych życiowych umiejętności, jak na przykład gra w karty. Zamiast wymarzonego psa nasza bohaterka dostała żółwia o wdzięcznym imieniu Madonna. Poza zółwiczką przyjaźni się też z trzema Linami, w przyszłości chce zostać pisarką, jej nowy wychowawca jest lumberseksualny i wygrała wybory do szkolnego samorządu będąc jedną z dwóch nie kandydujących osób. A to tylko niektóre z jej przygód!

Anne Gosciny, Lukrecja, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2019, 216 s.

Pełne humoru książki o życiu Lukrecji są tak francuskie, że to aż urocze, spodziewajcie się w nich sporo wina i otwartego spojrzenia na świat. W drugiej części nasza bohaterka wybierze się między innymi na homoseksualny ślub wujków, przyjęcie zaręczynowe swojej szalonej babci, koncert przyjaciółki-akordeonistki i z wizytą do drugiej babci, która cierpi na Alzheimera. Wejdzie też w „trudny wiek”, w tajemnicy przed mamą przekłuje uszy i będzie świętować swój pierwszy pisarski sukces.

Tylko wbrew temu, co napisano na okładce, nie jest wcale siostrą Mikołajka, a jego kuzynką. A właściwie kuzynką pierwowzoru tego słynnego łobuziaka.

Anne Gosciny, Lukrecja stawia na swoim, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2020,
216 s.

Scarlett, najbardziej zakręcona babcia Lukrecji uwielbia przysłowia (oczywiście poza pokerem, winem i imprezami). W trzecim tomie dowiemy się bardzo dobrze, czym jest słomiany zapał i co to znaczy „podłożyć komuś królika” (francuskie „poser un lapin à qn” jest w tym przypadku nieprzetłumaczalne – u nas to „wystawić kogoś do wiatru” i niestety nie pasowałoby do elementu fabuły, jakim jest ukochany królik Wiktora, Rondel). Bohaterka wyruszy na swoją pierwszą klasową wycieczkę do gospodarstwa agroturystycznego, przekona się na własnej skórze jak bardzo wymagający jest zawód adwokata oraz czy chciałaby w przyszłości pełnić tak odpowiedzialną funkcję, jak prezydent.  I czy chciałaby grać w piłkę, czy być żoną piłkarza.  Jeden z bohaterów będzie miał szansę zagrać w najprawdziwszym filmie, a spisane w ramach urodzinowego prezentu dla taty wspomnienia mają szansę stać się pewnego dnia pierwszą książką Lukrecji.

Jak zawsze pełna humoru, szalenie pozytywna i chwytająca za serce. Lukrecja ma chyba najfajniejszą rodzinę na świecie. Za raz po mojej własnej!

Anne Gosciny, Lukrecja na pierwszym planie, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2020, 204 s.

To bardzo podstępne kończyć każdy tom jednym lub dwoma rozdziałami kolejnego, żeby zaostrzyć czytelnikowi apetyt. Bardzo skutecznie, bo już nie mogę się doczekać. Na pewno w swoim czasie podsunę ta serię Majce, bo jest świetna do samodzielnego czytania – z dużą czcionką, przetykana ilustracjami i podzielona na niedługie rozdziały, z których każdy stanowi odrębną przygodę. Bardzo aktualna i sympatyczna porusza tematy ważne i ważkie, ale jak najbardziej istotne dla babskiej części „młodszej młodzieży”.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak Emotikon. 

Bajki Majki: „Pomelo rośnie” Ramona Bădescu, Benjamin Chaud

Chociaż ilustracje Benjamina Chauda znamy dobrze z rewelacyjnej serii dźwiękonaśladowczej o Lalo, Babo i Bincie oraz kompletnie zakręconej książki „Feralne urodziny ze skarpetką”, z „Pomelo” jest to nasze najpierwsiejsze spotkanie. I nie mam najmniejszych wątpliwości, że już niedługo będziemy nadrabiać wcześniejsze przygody różowego słonia z nadzwyczaj długą trąbą.

Jeśli dobrze kojarzę, to poprzednie książeczki o Pomelo (a raczej o Pomelku, bo Majka wnioskuje wieczorami: „Dzisiaj czytamy o Pomelku, dobrze mamusiu?”) były zdecydowanie mniejsze – a przynajmniej te, które przeglądałam w księgarni – dlatego już na pierwszy rzut oka widać, że dorasta nie tylko sam bohater, ale również format książki. I bardzo mi się taka zależność podoba.

Pewnego dnia Pomelo odkrywa, że jego dmuchawiec podejrzanie się skurczył. A wraz z nim inne elementy codzienności. Po bardzo fachowych pomiarach z użyciem trąby okazuje się, że to nie wszyscy wokół się zmniejszyli, a różowy słonik urósł.

Dorastanie to wielka radość, ale również mnóstwo obaw – czy rośnie w odpowiednim tempie? I czy aby równomiernie? Czy na pewno będzie wiedział, kiedy przestać rosnąć? I czy wraz z rośnięciem nastąpią inne zmieni? Może zrobi się mądry? Albo szary?

Sympatyczny bohater metodą prób i błędów dowiaduje się co można robić kiedy jest się trochę większym, niż było się wcześniej i z czym wiąże się to całe dorastanie. I powiem Wam w sekrecie, że dochodzi do bardzo mądrych wniosków.

Bo rosnąć, to zacząć lubić rzeczy, których się wcześniej nie lubiło, odkrywać nowe smaki – „inne niż (…) słodki, cukierkowy i czekoladowy (u mnie chyba jeszcze ten etap nie nadszedł, a mam już ponad ćwierć wieku!), zdobywać nowe doświadczenia i umiejętności. Dorastanie to wielka przygoda. Dobrze zrobić pierwszy krok w jej kierunku razem z Pomelo. Wygląda na to, że wie, co robi.

Mądra, zabawna i świetnie zilustrowana książka dla ciekawych siebie i świata przedszkolaków. Bardzo rozważnie wydana – na grubszym papierze, który ma szanse oprzeć się nie do końca jeszcze wprawionym łapkom, w twardej oprawie gotowej naprostować ewentualne zagniecenia. I chociaż to książka przede wszystkim obrazkowa, to niewielka ilość tekstu niesie zaskakująco dużo treści. Bawi, uczy i elegancko się prezentuje – Pomelo ma sporą szansę na stałe zagościć w naszym repertuarze.

Ramona Bădescu, Benjamin Chaud, Pomelo rośnie, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2018, 44 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zakamarki.