Czas na czytanie: PATRONAT „Gaming house” Dominika Smoleń

O twórczości Dominiki Smoleń pisałam już tutaj nie raz i, jak wiecie, mam do niej pewną słabość i sporo sentymentu. Do tego stopnia, że „Gaming House” ukazała się pod moim patronatem. Zdecydowałam się na ten krok nie dlatego, że jest najlepszą książką autorki (za taką wciąż zdecydowanie uważam „Bieg do gwiazd”), ale dlatego, że jest najtrudniejsza do zrozumienia. Jeśli spodziewacie się po niej lekkiej komedii pełnej błyskotliwego humoru, na pewno będziecie rozczarowani. Jeśli nastawicie się na przyjemną, niezobowiązującą lekturę, na pewno będziecie rozczarowani. Bo w czytelniku, który ma już w miarę poukładane w głowie (nigdy nawet nie sądziłam, że kiedykolwiek pomyślę o sobie w taki sposób…) „Gaming House” budzi irytację, niechęć i zażenowanie. Częściej, niż uśmiech wzbudza chęć mocnego potrząśnięcia bohaterami i wysłania ich na trochę do roboty w kopalni. Albo do wojska. Ot tak, wychowawczo.

Tytułowy Gaming House to coś w stylu współczesnej hipisowskiej komuny – ośmioro jego mieszkańców spędza młodość na wałkonieniu się, alkoholizowaniu i uprawianiu stosunków seksualnych z przypadkowymi partnerami i sobą nawzajem. Tym, co różni ich od prawilnych dzieci-kwiatów, jest silne uzależnienie od gier komputerowych i wyjątkowo emocjonalne podejście do spraw błahych i, przynajmniej z punktu widzenia kosmosu, zupełnie nieznaczących – jak na przykład ranking w LOLu i stały dostęp do internetu. Sprawy te mają dla nich oczywiście znaczenie elementarne.

To wyjątkowo smutny obraz części pokolenia kompletnie nieprzystosowanego do prawdziwego życia, niezaradnego, rozchwianego emocjonalnie, pozbawionego wyższych zasad i wartości, nie robiącego planów, nie mającego ambicji, hedonistycznie skupionego na sobie i chwilowych przyjemnościach. Jeśli mieszkańcy GH mieliby sporządzić swój manifest, brzmiałby on zapewne „Seksu i internetu!”. A przy sporządzaniu go zdążyliby się pięć razy pokłócić, dwa razy urządzić orgię, poobrażać się na siebie i zrobić błąd ortograficzny. I trwałoby to dobry tydzień.

Nasuwa się zatem pytanie – po co męczyć się z tymi zakałami społeczeństwa jeszcze w książce, skoro jest tyle innych, mniej frustrujących pozycji? Odpowiem na to prosto – ta pozycja jest potrzebna. Bo tego rodzaju hikikomori (posługując się tak lubianymi przez bohaterów domu gier słówkami pochodzenia japońskiego) mnożą się coraz bardziej rosnąc pomału do rangi poważnego problemu społecznego. I do takiej młodzieży (i w sumie każdej innej też) nie ma się co zbliżać z umoralniającymi monologami. Co innego podsunąć im pozycję o klawym życiu fikcyjnych (mam taką nadzieję!) bohaterów, którzy „mają niezłe przypały”. I pozwolić im samym wyciągnąć wnioski. Bo ta wymarzona ucieczka od wyzwań dorosłości okraszonej prawdziwymi problemami okazuje się tak naprawdę strasznie żałosna. A wyśniona Arkadia jest tylko wydmuszką – strojną, ale pustą w środku.

Powieść dydaktyczno-moralizatorska na miarę epoki LOLa.

Dominika Smoleń, Gaming house, Warszawa: Wydawnictwo WasPos, 2019, 370 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa WasPos i autorki.

Czas na czytanie: „Bieg do gwiazd” Dominika Smoleń

O tym, jak podziwiam Dominikę – pełną zapału młodziutką autorkę dążącą do wydania swoich książek pisałam już przy okazji recenzji „Ceny naszych pragnień”. Nic więc dziwnego, że nie mogłam doczekać się jej drugiej książki i kiedy tylko trafiła w moje ręce, od razu zabrałam się za czytanie. Po trzech stronach upchnęłam ją gdzieś na pokryte pajęczynami dno „stosu wstydu” odrzucona nadmiarem werterycznego emo patosu, który uderzył mnie prosto w twarz.

„Wegetowałam –  nie znajdowałam na to innego określenia. To, co ciągnęło mnie do tego, by przekroczyć granicę, by udać się w bezkresną i nieopisaną otchłań – w ramiona samej śmierci – nigdy nie zniknie (…). Istniałam już tylko w mroku i nic mnie nie trzymało na tym świecie. Wierzyłam z całego serca, że to, co czeka mnie dalej i tak będzie lepsze od cierpienia i agonii, które spotkały mnie na ziemi”.

Jasne, zdawałam sobie sprawę, że to książka podejmująca trudne tematynieuleczalna choroba mocno utrudniająca życie zmieszana z ciężką depresją doprawioną szpitalem psychiatrycznym to gorzka mieszanka. Szczególne, że gówna bohaterka jest bardzo daleka od traktowania swojej sytuacji ze spokojem i dojrzałością. To samotna, wystraszona nastolatka, której życie spłatało brzydkiego psikusa już na samym starcie.

DSC_0996

Do lektury powróciłam dopiero po kilku miesiącach, co zaskakuje tym bardziej, że nie znoszę zostawiać niedokończonych książek i unikam tego jak ognia. Jednak kiedy już przebrnęłam przez te kilka pierwszych, pełnych weltschmerzu rozdziałów, połknęłam resztę jednym tchem. I długo nie mogłam otrząsnąć się z zaskoczenia.

Dziewiętnastoletnią Adę poznajemy w momencie, w którym szykuje się do wyjścia ze szpitala psychiatrycznego, do którego trafiła z powodu ponawianych prób samobójczych. Bohaterka nie radzi sobie z koniecznością życia z cukrzycą, na którą zachorowała w wieku siedmiu lat i z którą została całkiem sama, gdy kiedy najbliżsi odmówili jej pomocy. Kiedy dowiaduje się o śmierci ukochanej babci, jest w kompletnej rozsypce. Przy życiu utrzymuje ją jedynie ostatnia wola staruszki –  przez 30 dni ma żyć jak zwykła nastolatka i spróbować odnaleźć szczęście.

Z pewnością trudno mi wczuć się w sytuację Ady, bo sama nie zmagałam się z tą chorobą nawet w ciąży, a moi bliscy i znajomi chorujący na cukrzycę to prawdziwi tytani codzienności – wspaniała mama trójki dzieci obdarzona anielską niemal codziennością i artystka osiągająca sportowe sukcesy.

Pewnie dlatego tak rozczarowywała mnie niewdzięczność bohaterki za to, co ma. Zdawało mi się, że nadmiernie demonizuje chorobę, z którą można żyć i po prostu wybiera łatwiejszą drogę nurzając się w egzaltacji. Długo zajęło mi odkrycie, że dziewczyna reaguje w tak beznadziejny sposób, bo nikt nigdy nie pomógł jej dorosnąć. Kluczowym jest tu ostracyzm i odrzucenie, które spotkało ją ze strony rodziców. I to właśnie ten aspekt całej powieści wydał mi się najbardziej tragiczny.

Skojarzenie „Biegu do gwiazd” z „Zanim się pojawiłeś” nasuwa się samo, choć porównywanie obu tych książek chyba mijałoby się z celem, bo mimo wielu podobieństw, zarówno ich autorki, jak i bohaterowie są na zupełnie innych etapach życiowego rozwoju. Uzmysłowiają jednak, że tragedie i myśli o samobójstwie mogą dopaść każdego – niezależnie od wieku, kraju zamieszkania, sytuacji rodzinnej i majątkowej.

To książka o rozpaczliwym poszukiwaniu szczęścia i akceptacji. O samotności braku wsparcia ze strony najbliższych, którego nie mogłam zrozumieć przez całą lekturę. O tęsknocie za normalnością. O zawiązujących się powoli przyjaźniach i kiełkujących uczuciach. O poważnej chorobie i o zupełnie błahych licealnych dramatach. O tym, że nikomu nie jest w życiu lekko i każdy ma swoje demony. O braniu życia w swoje ręce.

I do samego końca nie sposób chyba odgadnąć jaką Ada podejmie decyzję, a samo zakończenie to prawdziwy chichot losu.

Jednak tym, co ciekawiło mnie najbardziej podczas oczekiwania na wydanie drugiej powieści Dominiki był rozwój jej warsztatu. I porównując obie jej książki bez najmniejszego wahania mogę stwierdzić, że zrobiła olbrzymie postępy. To prawda, wciąż trafiają się błędy gramatyczne i językowe, a częste powtórzenia wyjątkowo działały mi na nerwy, myślę jednak, że naprawdę dobra (a może po prostu bardziej ingerująca w tekst) korekta zrobiłaby z tej książki prawdziwą żyletę. Tak, wciąż bywa naiwnie i trochę nieprawdopodobnie – zdarzają się sceny rodem z głupawych amerykańskich filmów, ale chyba pod każdym względem – tematyki, rozwoju fabuły, kreacji bohaterów i łączących ich relacji – jest nieporównywalnie lepiej. Tą książkę po prostu bardzo dobrze się czyta i wzbudza w odbiorcy sporo emocji.

Gratulacje! Nie jest to jeszcze arcydzieło, ale książka, którą z czystym sumieniem mogę polecić mimo stylistycznych niedociągnięć. Szczególnie, że Dominika nie spoczywa na laurach i kolejna powieść już się pisze – liczę, że będzie jeszcze lepsza.

Dominika Smoleń, Bieg do gwiazd, Katowice: Wydawnictwo Szara Godzina, 2018, 318 s.

Czas na czytanie: „Cena naszych pragnień” Dominika Smoleń

Jak zapewne niejedna książkomaniaczka, na pewnym etapie bycia nastolatką marzyłam o wydaniu swojej własnej powieści. Nawet zaczynałam kilka razy skrobać co nieco „do szuflady”, ale mój słomiany zapał za każdym razem wygrywał z marzeniem.

I właśnie taką książkę trzymam właśnie w dłoni – „Cena naszych pragnień” to debiut szesnastoletniej wówczas Dominiki Smoleń, która budując typową szkolną historię porwała się na wcale niełatwy temat.

_20170909_201044

Niestety niedoświadczenie i spore braki warsztatowe widać już w pierwszych zdaniach powieści – zdarzają się powtórzenia, brakuje synonimów, wypowiedzi niektórych bohaterów są aż boleśnie nienaturalne (która dziewczyna pokazując koleżance jej nowy pokój używa słów: „To w tym pomieszczeniu będziesz spędzała noce”?), pojawiają się złe odmiany i nieco kulawe słowotwórstwo. Swoją drogą tego rodzaju błędy powinny zostać wyłapane podczas korekty, w tym przypadku redaktor wyraźnie się nie popisał.

Dręczyła mnie również pierwszoosobowa narracja, za którą nigdy nie przepadałam, i zbyt duża uwaga poświęcona prozaicznym, prostym (żeby nie powiedzieć „prostackim”) opisom wyglądu pomieszczenia, czy godzin posiłków.

Pod wieloma względami jest to mocno amerykanizująca opowieść z gatunku „high school” – młoda dziewczyna po przeprowadzce próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości „szkoły dla snobów”, gdzie jedyną znajomą twarzą jest jej brat bliźniak. Próbuje dopasować się do otoczenia, poznaje nowych ludzi, nadrabia braki w edukacji i… zakochuje się w zupełnie nieodpowiedniej osobie. I mimo męczących zgrzytów językowych wszystko zapowiadało się całkiem interesująco. Szkoda, że tylko przez chwilę, bo bohaterka szybko okazała się być postacią mdłą i niekonsekwentną w swoich postanowieniach, która jedno mówi, a drugie robi. Szybko pojawiły się patetyczne wyznania, wyświechtane frazesy, banalne sytuacje i mnóstwo nastoletniego dramatu. Ale czy nie takie właśnie bywają nastolatki? Przejmujące się drobiazgami, nie do końca stabilne emocjonalnie, pragnące zaimponować rówieśnikom, szukające ciepła miłości i akceptacji? Szczególnie gdy ich relacje z rodzicami pozostawiają sporo do życzenia. Młodość ma prawo do błędów i fajnie, że bohaterka tej historii nie jest wcale takim ideałem, na jaki się kreuje.

Bardzo rozczarowała mnie natomiast wyjątkowo nieprofesjonalna postawa osoby dorosłej. Miałam nadzieję na tragiczne, nieodwzajemnione zauroczenie nastolatki autorytem jakim jest nauczyciel, tym trudniejsze, że powiązane z odkrywaniem własnej tożsamości seksualnej. Liczyłam na sporo gimnastyki związanej z wychodzeniem z tej niezwykle niekomfortowej dla nauczyciela sytuacji, dużą dawkę zażenowania i delikatne obchodzenie się z nastoletnimi emocjami. I niestety srogo się rozczarowałam. Najpierw dlatego, że fascynacja nauczycielem kojarzy mi się przede wszystkim z przyciągającą siłą wiedzy, intelektu i doświadczenia, tu natomiast dochodzi do płytkiego podekscytowania wyglądem zewnętrznym. Drugim niezrozumiałym dla mnie zwrotem akcji była postawa starszej kobiety, która wchodzi w niebezpieczny układ z młodziutką, nieznajomą dziewczyną bez najmniejszej refleksji – nie doświadcza dylematów moralnych i prawnych, nie waha się, nie próbuje odpierać zainteresowania, które okazuje się wcale nie być niechciane. Wręcz przeciwnie – zakochana bohaterka w takim stopniu dowartościowuje anglistkę, iż ta wdaje się w romans nie bacząc na potencjalne konsekwencje.

W tym momencie naiwność fabuły zaczęła mnie męczyć, szczególnie, że sposób pisania stawał się coraz bardziej infantylny (No błagam, która 32 latka ma „usteczka”? Usteczka mają niemowlaki. Ewentualnie podlotki opisywane przez starych zboczeńców, ale nie dojrzałe kobiety!). Coraz bardziej czułam się jak podczas czytania opowiadania wygrzebanego z czeluści internetu. I to wcale nie jednego z lepszych, wręcz przeciwnie.

Zaciekawił mnie wątek szczególnego zżycia bliźniaków, którzy zachowywali się wobec siebie wyjątkowo czule – bardziej jak kochankowie, niż jak rodzeństwo (co oczywiście nie spotykało się z żadnymi docinkami podkreślając nadmierną idealizację szkolnego życia), niestety mam wrażenie, że ten potencjał nie został do końca wykorzystany.

I choć docelowo powieść porusza ważne i momentami kontrowersyjne tematy, jakimi jest poznawanie własnych pragnień, siła rozmowy oraz potrzeba wsparcia udzielonego przez rodzinę i prawdziwych przyjaciół, to jednak całość jest raczej mecząca, historia nie porywa i trudno przez nią przebrnąć – nie chwyta za serce, nie budzi szczególnych emocji (poza zniecierpliwieniem zachowaniem bohaterów), nie funduje czytelnikowi katharsis.

Choć sam pomysł ma spory potencjał, mój perfekcjonizm zapewne nie pozwoliłby mi oddać do druku książki w takiej formie. I właśnie dlatego to nie moje nazwisko widnieje na okładce.

Nie jest to dobra książka – odważę się nawet na dość okrutne stwierdzenie, że jest to ksiażka po prostu kiepska – a już na pewno wymaga sporo dopracowania. Nie przyciąga ani wyrazistymi bohaterami, porywającą akcją, ani kunsztem pisarskim, ani nawet atrakcyjną okładką, choć początkowo pomysł na fabułę bardzo mi się spodobał. Wciąż jednak pamiętam, że jest to pozycja napisana przez nastolatkę dla nastolatek. I patrząc na „Cenę naszych pragnień” widzę masę samozaparcia, niesamowicie dużo pracy i spełnione marzenie, jakim jest ujżenie własnego nazwiska na okładce (Szczególnie, że czytałam sporo amatorskich opowiadań reprezentujących wyższy poziom, które nigdy nie zostały i nie zostaną wydane). Takie przedsięwziencie wymaga też sporo odwagi cywilnej (Hej, mamo/tato/babciu, napisałam książkę o lesbijskiej miłości i teraz planuję ją wydać!). I własnie za te cechy trochę Dominikę podziwiam i bardzo jej zazdroszczę.

W przyszłym roku wychodzi nowa książka tej młodej pisarki, jestem niesamowicie ciekawa jak ewoluował jej styl i w jakim kierunku rozwinął się jej warsztat.

Dominika Smoleń, Cena naszych pragnień, Radom: Wydawnictwo LUCKY, 2015, 208 s.

Książkę dostałam podczas spotkania „A może nad morze? Z książką!”, serdecznie dziękuję organizatorom imprezy i sponsorom za możliwość lektury i zrecenzowania tej pozycji.