Bajki Majki: „Wirus i inne drobne ustrojstwa”, Boguś Janiszewski, Max Skorwider

Piotrek jest wirusem i marzy o spektakularnej międzynarodowej karierze. Nie jest jednak łatwo zdobyć sławę będąc wirusem atakującym wyłącznie zwierzęta. Dlatego też Piotrek zrobi wszystko, by się sprytnie przebranżowić i spełnić swoje wielkie marzenie. A czy mu się udało, to już przecież wiemy. Wirusy, prosimy, nie bądźcie jak Piotrek!

Zanim jednak młody czytelnik dokładnie prześledzi wyboistą drogę Piotrka do sławy, dowie się czym właściwie są wirusy i bakterie, dlaczego w naszym życiu tak ważne są… jelita, w jaki sposób drobnoustroje mogą dostać się do naszego ciała i jak organizm się przed nimi broni. A także czym są skąd się właściwie biorą, jak się rozmnażają i o co w ogóle tyle hałasu. Pozna też całą masę antropomorficznych drobnych ustrojstw i dowie się, jakie choróbska wywołują.

Ta pozycja nie tylko tłumaczy najmłodszym, o co właściwie chodzi z tą całą pandemią i kwarantanną, co się stało i dlaczego, ale również wprowadza go w świat niewidzialny nieuzbrojonym okiem. W dowcipny i błyskotliwy sposób, ale wciąż językiem adekwatnym do możliwości poznawczych odbiorcy (i ze znaczną pomocą ilustracji!) przybliża takie zagadnienia jak odporność i jej brak, podpowiada w jaki sposób wspierać swój organizm w obronie przed wirusami i podkreśla wagę higienicznego trybu życia.

To już całkiem poważna pozycja dla samodzielnego czytacza (na moje oko jakoś 8-9 latka). Ale chociaż moja Majka jest na nią stanowczo za mała, kiedy tylko wypatrzyła książeczkę o wirusie, stanowczo poprosiła o przeczytanie. A potem słuchała dzielnie i z uwagą (4,5 letnia przedszkolaczka!). To tylko potwierdza potrzebę rozmawiania,  nawet z maluchami!, o obecnej sytuacji, bo już kilkulatki mają dużo większą świadomość tego, co je otacza, niż zazwyczaj nam się wydaje. Wytłumaczmy im powody zmian, które niedawno zatrząsały naszą codziennością. W końcu nawet najtrudniejszą sytuacja – poznając i tłumacząc – można oswoić.

Boguś Janiszewski, Max Skorwider, Wirus i inne drobne ustrojstwa, Poznań: Wydawnictwo Publicat, 66 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Publicat.

Grajki Majki: „Spacer po Burano”, Wei-Min Ling

„Spacer po Burano” jest oparty na bardzo podobnym mechanizmie, co opisywany w zeszłym tygodniu „Boarding”, tylko zamiast w rolę pracowników linii lotniczych wcielamy się w architektów i urbanistów, a zamiast sadzania pasażerów budujemy kamienice. Ale i tu będziemy musieli się nieźle nakombinować, żeby osiągnąć określony cel!

Owym celem jest zbudowanie rzędu pięciu trzypiętrowych kamienic o kolorowych fasadach i bogatych dekoracjach, z elementów, które losowo pojawiają się na stole. Jak to w architekturze – ogranicza nas masa ściśle określonych zasad – między innymi trzeba budować od dołu, kamienice muszą mieć fasady w jednym kolorze, a dwa budynki jednakowego koloru nie mogą stać obok siebie. No, chyba, że wykorzystamy jedno z pozwoleń na budowę (chociaż mi to brzmi bardziej jak łapówka) w celu ominięcia pewnych ograniczeń (na przykład ustawy krajobrazowej…).

Warto jednak pamiętać, że stawiając nasze kamienice musimy się liczyć nie tylko z regułami sztuki i prawami fizyki, ale również z gustem mieszkańców i turystów, którzy będą mieszkać na naszej ulicy. A te są bardzo zróżnicowane – niektórzy turyści doceniają kwiaty zdobiące ich kamienice, inni doniczki pełne ziół różnorodnej proweniencji, a jeszcze inni towarzystwo kotów. Podobnie z mieszkańcami – krawcowa zwraca uwagę na kolorowe markizy, policjant na odpowiednie oświetlenie budynków, burmistrz na dużą liczbę przechodniów, a Święty Mikołaj na obecność kominów. Nie jesteśmy w stanie zadowolić wszystkich, dlatego nasze wybory muszą być przemyślane, bo to od zadowolenia turystów i mieszkańców zależy końcowa punktacja!

Sielskie, pełne nasyconych kolorów ilustracje, wysoka jakość wydania (te błyszczące pieniążki!) i duża ilość kotków bardzo dobrze zaspokajają moje potrzeby estetyczne, a element losowości i konieczność opracowania odpowiedniej strategii nie pozwoli za szybko się znudzić.

Co istotne w czasach pandemii, gra ma również wariant jednoosobowy. Rozgrywka trwa około 30 minut (w zależności od ilości graczy) i jest rekomendowana dla graczy od 10 roku życia.

Spacer po Burano
Autor: Wei-Min Ling
Ilustracje: Maisherly Chan
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Liczba graczy: 1-4
Sugerowany wiek: 10+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „Strzeżcie się, potwory!” Rafael Rosado, Jorge Aguirre

Nieustraszona Claudette powraca! Pogoniła kota olbrzymom, stawiła czoła smokom, przyszedł czas na potwory!

Kiedy Mon Petit Pierre szykuje się do corocznych Igrzysk Wojowników, Claudette wydaje się być idealnym kandydatem do drużyny reprezentantów. Nie wszystko jednak idzie po jej myśli…

Kiedy zamiast zajmować się tym, co wojowniczki lubią najbardziej, trzeba doić krowy, ubijać masło, zbierać grzyby, tkać, czy orać pole, predyspozycje naszej walecznej bohaterki nie są już tak oczywiste. A zniechęcenie wobec kolejnych konkurencji, frustracja spowodowana wrednymi przeciwnikami i potrzeba zwycięstwa zaprząta jej głowę tak bardzo, że nie zauważa prawdziwego niebezpieczeństwa. Od czego jednak są przyjaciele?

I czy wygrywanie jest zawsze najważniejsze?

To już trzeci tom, a przynosi równie wiele emocji, co dwa poprzednie. Jest akcja, jest humor, wywijanie mieczami, siła przyjaźni, śmiertelne zagrożenia, sztuka dyplomacji, magiczne lody, olbrzymia dawka girl power i przerośnięte krewetki zjadające wszystkich twoich bliskich. Jest ekstra!

Super ekstra jest też kilka stron dodatku, który daje czytelnikowi wgląd w proces powstawania i modyfikowania komiksu. Ależ to musi być tytaniczna praca!

Jorge Aguirre, Rafael Rosado, Strzeżcie się, potwory!, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2019, 172 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Bajki Majki: „Hulajnogą przez Smoczą Wyspę” Dominik Wieczorkiewicz

Całe dzieciństwo spędziłam z nosem w książkach opisujących przetrwanie na bezludnych wyspach, odkrywanie nieznanych lądów i (nie zawsze zamierzony) pęd ku tropikalnej przygodzie. Z tym, że w za moich czasów (ależ poczułam się staro!) oznaczało to „Przygody Robinsona Cruzoe”, kolejne części podróży Tomka Wilmowskiego i książki Juliusza Verne’a. A dzisiaj bez problemu możemy znaleźć książki dla dzieci napisane przez dzieci opisujące przygody owych dzieci na wszystkich krańcach świata, czego najlepszym przykładem jest Nela Mała Reporterka. Co prawda autor trzymanej przeze mnie pozycji należy już do tych starszych (jest starszy nawet ode mnie!) ale to niewielkie pocieszenie. Szczególnie, że wspomniane wyżej krańce świata eksploruje na… hulajnodze.

Nie rozsmakowałam się dotychczas w literaturze podróżniczej, ale nie ma na mnie lepszego wabika niż smoki. A jeśli ktoś opisuje miejsce, gdzie można smoki spotkać, to będę o tym czytać bardzo!

Super, że choć autor odwiedza miejsce chyba najegzotyczniejsze z egzotycznych, to jednak jego korzenie tkwią w Polsce – to tu zaczyna i kończy swą podróż. Co prawda praca leśnika i edukatora ma w sobie co nieco z niezwykłości, ale jednak przygoda zaczyna się zupełnie prozaicznie – od podreperowania hulajnogi i hamaka, przekonania żony do szalonego pomysłu, spakowania pluszowego misia i zrobienia kawy do termosu.

Choć opisana lekkim i przyjemnym językiem podróż pełna jest zabawnych sytuacji, zapierających dech w piersiach widoków, legend pobudzających wyobraźnię, zdumiewającej fauny i flory (szczególnie flory!) i egzotycznych smaków, to nie brakuje w niej również całkiem poważnych tematów. Wyspa pod arabskim panowaniem nie należy do bezpiecznych miejsc, a odwiedzenie jej graniczy z cudem – nie latają tam żadne samoloty ani nie pływają statki pasażerskie. Nie zabraknie więc opowieści o zupełnie prawdziwych i przy tym mało romantycznych piratach porywających białych ludzi dla okupu, handlu ludźmi, wojnie ani biedzie, z którymi podróżnik spotkał się „oko w oko” podczas swojej przygody.

Bardzo podoba mi się pomysł graficzny na tą książkę (a właściwie rozkręcającą się serię) – każda strona jest pełna kolorów, zdjęcia przeplatają się z ilustracjami i komiksowymi rysunkami i nigdy nie wiadomo, co czeka na następnej stronie. Czyli tak samo jak w trakcie zwariowanej podróży! Jest też przy tym bardzo dobrze zakomponowana. Pomijając fakt, że jak każde poprawne wypracowanie, ma wstęp, rozwinięcie i zakończenie, to jest przejrzyście podzielona na niedługie rozdziały, opatrzona notatkami na temat odwiedzanych miejsc, a także uzupełniona ciekawym (nie tylko) dla młodego czytelnika opisem samej Sokotry, czyli tytułowej Smoczej Wyspy.

„Hulajnogą przez Smoczą Wyspę” to druga książka autora i chociaż znajomość pierwszej części nie jest potrzebna, by rozeznać się w fabule, to jak zawsze polecam zacząć od początku. Szczególnie, że dwie tak ciekawie wydane książki to jeszcze lepszy pochoinkowy prezent, niż jedna!

Dominik Wieczorkiewicz, Hulajnogą przez Smoczą Wyspę, Kraków: Wydawnictwo Skrzat, 2019, 128 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Skrzat.

Grajki Majki: „Wyprawa do El Dorado” Reiner Knizia, Vincent Dutrait

Czy może być lepszy pomysł na spędzenie długich, zimnych, jesiennych wieczorów, niż wyprawa do egzotycznej ameryki południowej w poszukiwaniu mitycznego El Dorado? Nie sądzę!

Nie da się ukryć, że to naprawdę rozrywka na cały wieczór – partia trwa bowiem mniej więcej 45 minut. Ponadto przygotowanie planszy i ułożenie wszystkich kart również jest dość czasochłonne (i wymaga naprawdę dużego stołu, albo po prostu przytulnej podłogi), a i lektura rozbudowanej instrukcji sporo zajmie. Ale gdy po kilku ruchach uda się zrozumieć mechanizm, gwarantuję, że na jednej rozgrywce się nie skończy!

Każdy z graczy wciela się w kierownika ekspedycji wyruszającej na karkołomną wyprawę, której celem jest złote miasto. Musi kompletować swoją załogę w taki sposób, by umiejętności jej członków umożliwiały przedostanie się przez różne pułapki terenu – marynarze i kapitanowie pomogą przedostać się przez rzeki, globtroterzy, zwiadowcy, czy odkrywcy poprowadzą ekspedycję przez dżunglę, a turystki, dziennikarki, czy milionerki najlepiej poradzą sobie w wioskach. Czasem jednak warto odwiedzić rynek, by wykupić usługi przewodnika, kartografa, czy doktora botaniki, którzy ułatwią nam wyprawę. A może uda się wynająć hydroplan? Albo po prostu zaopatrzyć się w wielką maczetę? Choć po planszy poruszamy się za pomocą pionków, to właśnie karty postaci – mające przeróżne wartości, właściwości i funkcje – pozwalają nam je przesuwać. I tylko od naszego sprytu i zaradności zależy powodzenie wyprawy. Kto pierwszy, ten lepszy, w końcu zwycięzca może być tylko jeden!

Fantastyczne jest to, że ta grą nie sposób się znudzić – każdy ruch to osobna decyzja, która czyni tury niepowtarzalnymi, a różne sposoby ułożenia plansz (o kilku poziomach trudności) daje możliwość stworzenia za każdym razem innej trasy. I to dosłownie, bo jest podobno 100.000 różnych kombinacji. A jeśli komuś by się przypadkiem udało wypróbować wszystkie z nich, to zawsze może zrobić to jeszcze raz w rozszerzonym wariancie gry z eksplorowaniem jaskiń.

21 rodzajów kart postaci, 10 różnych płytek terenu i jeszcze dodatkowych 36 żetonów jaskiń do rozszerzonej wersji gry. Naprawdę jest tu spory potencjał do kombinowania.

Warto wziąć pod uwagę, że solidne wykonanie poszczególnych elementów gry – drewniane pionki, dobrze wycięte żetony i plansze z twardej tektury – naprawdę mają szanse wytrzymać te tysiące tur. Pod tym względem najmniej odpornym elementem jest instrukcja, do której jednak, szczególnie na początku, całkiem często się zagląda. Gdyby jednak papierowa wersja poległa w boju, na stronie wydawnictwa można znaleźć wersję wideo.

Całkowicie nieprzewidywalna przygoda, wymagająca od uczestników umiejętności planowania, wytrwałości, sprytu i odrobiny szczęścia. A przy okazji ma w sobie coś z wakacji – ilustracje, choć pod względem krajobrazu proste i schematyczne, wprowadzają w klimat. A ten zyskuje rozwinięcie w kreacjach kolejnych członków wyprawy. Nic dziwnego, że mój mózg podczas większości rozgrywek śpiewa „Trail We Blaze” z bajki „Droga do El Dorado”.

Wyprawa do El Dorado
Autor: Reiner Knizia
Ilustracje: Vincent Durait
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Sugerowany wiek: 10+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „Ilustrowany inwentarz kwiatów” Virginie Aladjidi, Emmanuelle Tchoukriel

To już czwarty „Ilustrowany Inwentarz”, jaki został wydany w Polsce i drugi na naszej domowej półce, ale pierwszy, który tak dobrze wpisał się w nasze aktualne potrzeby.

Co prawda zaniżamy nieco skalę wieku – Maja ma dopiero (aż!) 3,5 roku, a sugerowany wiek odbiorcy, to 6+, ale wchodzimy właśnie pomalutku w etap pytań o wszystko. A co najskuteczniej przyciąga wzrok małego człowieka na przełomie wiosny i lata? Kolorowe, pachnące kwiaty znajdujące się akurat na wysokości przedszkolaka. Generujące 1000 pytań na sekundę. Z jakiegoś powodu, kiedy nie wiem jak dany kwiatek się nazywa, Maja każe mi go powąchać, żebym się dowiedziała. Ten sposób niestety nie działa tak dobrze, jak wspólne poszukiwania danej roślinki w przepięknie ilustrowanej encyklopedii, w której kwiaty zostały posegregowane… kolorami!

Co prawda inwentarz zawiera ryciny i opisy zaledwie 65 z około 230 000 gatunków roślin kwiatowych (nie, nie jestem taka mądra – wyczytałam to we wstępie), ale przynajmniej sześć z nich udało nam się już wspólnie odszukać w przydomowym ogródku. Bo większość z wybranych okazów to rośliny występujące w naszym klimacie i możliwe do odnalezienia poza kwiaciarnią, czy palmiarnią, a to ogromny plus.

Każda plansza przyciąga widza misterną ryciną wyrysowaną tuszem i pokolorowaną akwarelą. Towarzyszy jej krótki opis rośliny wraz z jej polską i łacińską nazwą, klasyfikacją, informacjami na temat miejsca występowania, czasu kwitnienia i zapadającymi w pamięć ciekawostkami. Bo czy wiedzieliście, że cebulka hiacynta jest trująca?! Albo, że listki nasturcji nie tylko można jeść, ale są w dodatku prawdziwą bombą witaminową? Znacie rozbudowaną symbolikę lilii i mityczną historię jej powstania? Jeśli nie, to zachęcam do zgłębiania tajemnic, które zainteresują nie tylko dziecko. Szczególnie, że opisywanym kwiatom towarzyszą różnorodne okazy owadów, a nawet niewielkie ptaki i ssaki, dzięki czemu robi się jeszcze ciekawiej.

Zbiór ukwieconych plansz poprzedza niedługi wstęp wprowadzający czytelnika w temat. Dowiemy się dzięki niemu co nieco na temat budowy, rozmnażania i wzrostu roślin kwitnących, a także poznamy podstawową terminologię.

Ta książka wyjątkowo satysfakcjonuje pod względem wizualnym nie tylko ze względu na ilustracje, ale również na sposób wydania. Elegancki papier, twarda oprawa i rozplanowanie stron pozwalają popuścić wodzy wyobraźni i dojrzeć w Inwentarzu nie książkę, a notes botanika sprzed stulecia. Piękny pomysł na przekazywanie wiedzy i zaspokajanie dziecięcej ciekawości.

Virginie Aladjidi, Emmanuelle Tchoukriel, Ilustrowany inwentarz kwiatów, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2019, 68 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zakamarki.

Grajki Majki: „Kruki”, Thorsten Gimmler

Nie wiem, jak to się stało, ale aż do momentu zagłębienia się w instrukcję, byłam przekonana, że „Kruki” są dodatkiem do „Snu”. Okazuje się jednak, że to zupełnie odrębna gra – i to o całkowicie odwróconych wartościach. Podczas gry w „Sen” staraliśmy się, by nasze krainy miały jak najmniejszą liczbę kruków, tutaj natomiast wcielamy się ni mniej, ni więcej, jak właśnie w role kruków odwiedzających ludzkie sny. I prawdę powiedziawszy ta koncepcja wychodzi grze na dobre. Wygląda na to, że kruki były nie tylko moimi ulubionymi bohaterami…

Dwuosobowa rozgrywka ma formę wyścigu, w którym udział biorą biały i czarny kruk. Przed nimi rozpościera się trasa złożona z przeróżnych krain sąsiadujących ze sobą w zupełnie losowy sposób. Dzięki kartom lotu przedstawiającym dane krainy i kartom akcji specjalnych, gracz przemieszcza swojego kruka z jednej krainy, do drugiej. I musi zrobić to szybciej, niż jego przeciwnik.

W moim odczuciu to gra jest łatwiejsza niż „Sen”, bo nie wymaga liczenia i notowania wyników. Wszystko, co zostało nam dane, widzimy przed sobą i możemy w spokoju knuć intrygi. I udaremniać intrygi przeciwnika. A wybór, czy lepiej pomagać sobie, czy szkodzić współgraczowi nigdy nie jest łatwy! Bo w tej grze można poważnie zamieszać – do tego właśnie służą karty akcji. Poza grzecznymi i poprawnymi poleceniami przesuwania swojego pionka o pole do przodu, lub cofania pionka przeciwnika, można również zupełnie zmienić trasę wyścigu poprzez przesunięcie, obrócenie, lub zamianę kart, a nawet… stworzyć objazd, czy drogę na skróty! A że niestety jestem jedną z tych osób, którym duch rywalizacji nie pozwala przemyśleć strategii „na chłodno”, wychodzą mi czasami zupełnie zaskakujące rzeczy.

Fantastycznie, że udało się zachować ulotny, nieco niepokojący i absolutnie fantastyczny senny klimat. „Kruki” to pięć zupełnie nowych onirycznych krain do odwiedzenia, które jednocześnie cieszą oko i powodują dreszcze.

Idealna do grania wieczorem, chociaż nie gwarantuję, że adrenalina pozwoli szybko po niej zasnąć.

Swoją drogą marzy mi się wersja „Magazyniera”, w której będę mogła grać wszędobylską myszką szabrującą towary.

Kruki
Autor: Thorsten Gimmler
Ilustracje: Marcin Minor
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Sugerowany wiek: 8+

Grajki Majki: „Głębia”, Stephen Glenn

Mogłabym napisać, że „Głębia” to gra dla zafascynowanych morskimi odmętami, dla poszukiwaczy skarbów i dobrych strategów. Ale jednak najbardziej trafnym i prawdziwym będzie stwierdzenie, że to gra dla małych wredot i złośliwców. Nie muszę chyba precyzować, że uwielbiam ją od pierwszej rozgrywki? Mąż też świetnie się odnalazł. I nawet córka, choć jeszcze sporo za mała, by grać samodzielnie, cieszy się z psot sprawionych przeciwnikowi.

Gra polega na zbieraniu drobnych skarbów w różnych kolorach i wymienianiu ich na błyszczące i znacznie bardziej wartościowe karty celów. Skarby znajdują się na czterech płytkach głębokiej i płytkiej wody. By je zdobyć, musimy wysłać na poszukiwania nurka, który najlepiej radzi sobie w danych warunkach – jedni, uzbrojeni w ciężki sprzęt, są specjalistami od eksplorowania morskich głębin. Drudzy, ubrani w kąpielówki, znacznie lepiej radzą sobie w płytkiej wodzie. Wszystko sprowadza się do jak najlepszego dopasowania wysyłanej na poszukiwania załogi. Każdy z graczy ma jednak do wyboru dwie strategie – może oczywiście budować swoje załogi idealne. Ale może też, podrzucając nurków o mniej pasujących umiejętnościach do załogi przeciwnika, działać na jego szkodę i właśnie w ten sposób wysuwać się na prowadzenie.

Wbrew przerażeniu, które poczułam podczas pierwszego kontaktu z całkiem grubaśną instrukcją i dużą ilością elementów, zasady można przyswoić w kilka minut. Obszerna instrukcja wynika za to z tłumaczenia reguł bezpośrednio na przykładach.

Rozgrywka wciąga od pierwszej chwili i bardzo łatwo się w nią zaangażować – w końcu to pogoń za skarbami. A że przy okazji można kopać przysłowiowe dołki pod drugim z graczy i sprzątnąć mu kosztowności sprzed nosa, tym lepiej.

Nie trzeba wiele liczyć, bo wszystko opiera się na porównywaniu kart o większej i mniejszej wartości. Wymaga nieco sprytu i tupetu, za to skrupuły nie są tu wymagane :)

Bardzo fajna gra karciana dla dwóch osób. Ze względu na dużą ilość małych elementów i potrzebę stabilnego podłoża, jest z natury raczej stacjonarna, niż podróżna – w końcu nikt nie chciałby być tym, który zgubi którykolwiek z 45 malutkich skarbów. Proste zasady i mnóstwo frajdy. A do tego nie nudzi się szybko, bo jednak nigdy nie wiemy, co nam się trafi. I co zgotuje nam przeciwnik.

Trenuje między innymi cierpliwość, spryt, opracowywanie prostej taktyki i … umiejętność przegrywania.

Z młodszymi dziećmi spokojnie można grać drużynowo – u nas ta opcja świetnie się sprawdziła z trzylatką. Majka nie jest jeszcze w stanie do końca zrozumieć zasad, nie zna też cyfr (a to akurat w tym przypadku niezbędna umiejętność), ale dokładanie kart i losowanie skarbów jest na tyle absorbujące, że spokojnie wytrzymuje z  nami przez całą rozgrywkę.

Głębia
Autor: Stephen Glenn
Ilustracje: Roman Kucharski, Tomek Larek
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Sugerowany wiek: 8+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Grajki Majki: „Magazynier”, Jog Kung

Macie takie marzenia z dzieciństwa, które pamiętacie do dziś? „Jak będę dorosła, to będę jadła lody na śniadanie!” – to udało mi się spełnić, w ostatnich ciepłych dniach nawet kilkukrotnie. Poza tym prostym życzeniem małej łakomczuszki, onegdaj widziałam się jeszcze za kierownicą dwóch pojazdów, które zawsze mnie fascynowały – walca drogowego i wózka widłowego. Oba wyzwania wciąż czekają na spełnienie, chociaż wciąż gdzieś tam żyją w mojej duszy. Zdarzyło mi się obsługiwać walec ręczny (ciężka praca, dużo frajdy, ładny trawnik. Ale to już zdecydowanie zasługa mojego taty, bo ja jednak bardzo szybko wymiękłam), a nowa gra od wydawnictwa Nasza Księgarnia pozwoliła mi liznąć nieco pracy magazyniera. Chociaż, jak mówi instrukcja, „mali, dzielni robotnicy i ich wózki widłowe stanowią jedynie akcent humorystyczny”.

W pudełku znajdziemy 40 kart podzielonych na pola w trzech rodzajach – towary, puste skrzynki i myszki, instrukcję oraz ołówek z notesem do liczenia wyników. Wszystko polega na tym, by w skrzynkach składających się na magazyn każdego z graczy znajdowało się jak najmniej myszy i jak najwięcej posegregowanych towarów. A osiągamy to układając karty w odpowiedni sposób – w zależności od naszego planu i fantazji. Łatwizna. Przynajmniej dopóki nie staniemy się zbyt zachłanni i nie przekombinujemy.

 

Ta gra o formacie kieszonkowym świetnie sprawdzi się jako „plan B” na wyjazd – wrzucona do torebki, czy plecaka może okazać się wybawieniem nie tylko w przypadku deszczowej majówki, ale również w pociągu, czy podczas przedłużającego się oczekiwania na posiłek w restauracji. Do rozegrania partii wystarczy kawałek płaskiej powierzchni, a gra trwa około 20 minut. Z czego jedna trzecia to liczenie punktów.

A jeśli o punktację chodzi, to osiągałam zdecydowanie lepsze wyniki, kiedy nie wiedziałam dokładnie co i jak będę liczyć. Dopóki skupiałam się wyłącznie na pilnowaniu, żeby w moim magazynie było jak najmniej myszek (co jest już trudnością samo w sobie, bo one mają takie urocze pyszczki!) to i punktacja jakoś szła. Ale kiedy zaczęłam za bardzo kombinować i starać się grupować w poszczególne towary, by uzyskać wyższą punktację, nie dość, że nagle zaroiło mi się od myszy, to jeszcze mąż zaczął mnie skandalicznie ogrywać! Porządki nigdy nie były moją mocną stroną…

Nie mogę się doczekać, aż spróbujemy zagrać razem z naszą trzylatką. Jestem ciekawa, czy bez świadomości zasad punktacji, prób liczenia i strategii, nie będzie jej przypadkiem szło lepiej, niż nam – uświadomionym dorosłym.

Wydaje mi się, że już samo grupowanie owoców i unikanie myszek może się okazać nie tylko dobrą zabawą, ale i świetnym ćwiczeniem dla małego móżdżku. A dla dzieci już szkolnych i nieco zaawansowanych w liczeniu to zdecydowanie bardziej atrakcyjny sposób przyswajania matematyki, niż rozwiązywanie przykładów. Nie mówiąc już o umiejętności rozwiązywania problemów i myśleniu strategicznym.

Mi zdecydowanie potrzeba tego rodzaju zachęty. Ale jeśli jest sposób na matmę dający tyle frajdy, to i liczenie można polubić!

Magazynier
Autor:
Jog Kung
Ilustracje: Roman Kucharski, Tomek Larek
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Sugerowany wiek: 8+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Nasza Księgarnia.