Grajki Majki: Puzzle „Pucio i Misia ubierają choinkę”, Marta Galewska-Kustra

Nie mówcie mojej Majce (jak dobrze, że jeszcze nie potrafi czytać!), ale znajdzie puciową choinkę w butach na mikołajki. Początkowo miałam pewne wątpliwości, czy aby na pewno jest to prezent adekwatny do wieku – wydawca określa poziom trudności na 2+, a moje dziecię ma już niemalże 4 lata. A potem sama spróbowałam ją ułożyć i niepewność natychmiast mi przeszła.

Choinka to bardzo wdzięczny materiał na puzzle – pilnowanie ciągu łańcucha i wyróżniające się ozdoby choinkowe wydają się bardzo ułatwiać sprawę, ale wbrew pozorom to wcale nie jest taka łatwa sprawa. No, może dla kogoś, kto nie jest takim puzzlowym beztalenciem, jak ja.

Mimo, że to układanka składająca się z zaledwie 22 elementów, ich nietypowy kształt i stosunkowo jednolita kolorystyka (to w końcu choinka, wiecznie zielona!) czynią z niej niezłe wyzwanie! Myślałam, że sama ułożę do zdjęcia w 30 sekund z zamkniętymi oczami, ale okazało się, że wymagają nieco wysiłku (jednak otwartych oczu), a już na pewno odrobiny skupienia (dobrze, że jest schemat na jednej z bocznych ścianek pudełka :D) . Jestem strasznie ciekawa, jak moja przedszkolaczka sobie z nimi poradzi!

Poza elementami układanki, które po złożeniu dadzą kształt choinki, w pudełeczku znajdziecie również sześć okrągłych ozdób na choinkę z bohaterami kultowej serii Marty Galewskiej-Kustry. A Pucio na choince to chyba spełnienie marzeń większości maluchów. Jestem pewna, że moje dziecię będzie zachwycone.

P.S. Warto wspomnieć, że od niedawana Nasza Księgarnia zrezygnowała z pakowania puzzli w plastikowe woreczki, za co szanuję i podziwiam. Co ciekawe, papierowa torebka jest zdecydowanie bardziej wytrzymała, niż plastikowe odpowiedniczki – bo te od razu po rozerwaniu lądowały w koszu, a „zawijana” papierowa ma szansę nam trochę posłużyć.

Pucio i Misia ubierają choinkę. Puzzle
Autor: Marta Galewska-Kustra
Ilustracje: Joanna Kłos
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Sugerowany wiek: 2+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „Idą święta!” czyli najpiękniejsze książeczki dla dzieci o zimie i świętach cz. III

Co nowego odkryliśmy w tym sezonie i co będziemy wspólnie odkrywać przez cały grudzień? Zobaczcie sami!

„Idą święta! O Bożym Narodzeniu, Mikołaju i tradycjach świątecznych na świecie” Monika Utnik-Strugała – najlepszy wybór na książkę wprowadzającą w świąteczny klimat. Ta pięknie wydana encyklopedia bożonarodzeniowych tradycji gwarantuje nam wycieczkę śladami świątecznych obchodów po caluteńkim świecie. Bogato ilustrowany zbiór zwyczajów porusza aż 37 tematów – od dekoracji, przez skrzaty i inne stworzenia, świąteczną loterię, wyszukane potrawy, aż po przesądy i odwieczny spór o to, kto właściwie przynosi dzieciom prezenty. I kiedy.

Komu Mikołaj podrzuca prezenty już 11 listopada? I w dodatku przybywa do nich… parostatkiem? Czy wszyscy wierzą, że św. Mikołaj mieszka we Laponii? A może wręcz przeciwnie – w słonecznej Hiszpanii? Kto ciągnie sanie świętego na szwedzkich pocztówkach? Dlaczego drzewa iglaste uważane były za magiczne, czym była podłaźniczka i kto wieszał choinkę pod sufitem – do góry nogami? W jakim kraju można zobaczyć pływającą choinkę? W jakim regionie, podczas adwentu, sadza się przy stole drewniany pieniek w czapeczce i karmi się go słodyczami? (Nie potrafię nie zdradzić Wam, że 24 grudnia pieniek wydala słodycze pod choinką). Kto w bożonarodzeniowej szopce umieszcza figurkę mężczyzny… robiącego kupę i dlaczego?! A może jesteście ciekawi w jakim kraju na święta przygotowuje się rzeźby z rzodkiewek? Albo w jakim kraju i dzieci i dorośli na pasterkę jadą na wrotkach? A to tylko niektóre z ciekawostek, wyciągnięte z tej kopalni świątecznej wiedzy na chybił trafił. Moim zdaniem pozycja obowiązkowa, będziecie się świetnie bawić całą rodziną!

Monika Utnik-Strugała, Idą święta! O Bożym Narodzeniu, Mikołaju i tradycjach świątecznych na świecie, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2019, 128 s.

Co roku wydawnictwo Zakamarki wydaje „książkowy kalendarz adwentowy” – okołoświąteczną historię podzieloną na 24 rozdziały, po jednym na każdy dzień oczekiwania na Boże Narodzenie. Tegoroczna książka nosi tytuł „Grudniowy gość” i z pewnością nie jest typową historią o Mikołajach, elfach i tradycjach, choć akcja dzieje się tuż przed świętami i przygotowania do świętowania pełnią w nich pewną rolę. Świat Marty ulega sporym zmianom, gdy jej rodzina decyduje się przyjąć pod swój dach kuzyna uciekającego z ich rodzinnego kraju przed wojną. Tak duża zmiana w życiu musi budzić emocje – od zazdrości, przez poczucie niesprawiedliwości (w końcu dziewczynka musi oddać nieznajomemu swój pokój!), niepewność i współczucie. Nie spodziewa się jednak, że wkrótce połączy ich pewna niezwykła tajemnica…

Nieco mroczna, ale jednocześnie pełna nadziei i rodzinnego ciepła opowieść o oczekiwaniu. Bardzo magiczna, mocno niesamowita i momentami trochę smutna, ale z prawdziwie świątecznym zakończeniem. Nic więcej Wam nie powiem – sprawdźcie sami!

Siri Spont, Alexander Jansson, Grudniowy gość, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2019, 99 s.

„Narodzenie Jezusa” to jeden z dziesięciu rozdziałów „Historii Biblijnych” opowiedzianych przez Barbarę Supeł i to on posłuży nam w tym roku za podstawę i żródło odpowiedzi na niekończące się pytania ciekawskiej prawie czterolatki. Opowieść zaczyna się od Zwiastowania, kończy zaś na Pokłonie Trzech Króli. Przedstawiona zostałą prostymi słowami i wzbogacona w wiele codziennych, rodzinnych szczegółów ocieplających surową biblijną narrację i czyniących ją bardziej zrozumiałą dla młodego odbiorcy.

Barbara Supeł, Narodzenie Jezusa [w:] „Historie Biblijne”, Warszawa: Wydawnictwo Zielona Sowa, 2019 s. 59-73.

W zeszłym roku Majeczka znalazła pod choinką mówiące pióro Albik, wraz z pierwszym elementarzem. I choć trudno w to uwierzyć, ta jedna książeczka służyła nam przez cały rok – nie codziennie, ale z całkiem sporą częstotliwością – niejeden obiad dzięki niej udało mi się ugotować i niejedną kawę wypić. Rozglądając się za kolejnym tytułem spod szyldu Albika znalazłam fenomenalną Interaktywną szopkę 3D. To właściwie nie jest książka w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, ale długopis ją „czyta”, więc wszystko się zgadza. To jednokartkowa rozkładanka typu pop-up. Po dotknięciu priórem danej postaci lub sceny, Albik opowiada o zdarzeniach z Betlejem, polskich tradycjach i biblijnych symbolach. Dziecko ma również możliwość posłuchania kolęd i utrwalenia wiedzy dzięki grom i quizom. Nie mogę się doczekać, aż Maja znajdzie ją w kalendarzu adwentowym!

Eva Nejedlová, Czytaj z Albikiem. Betlejem. Interaktywna szopka 3D, Kraków: Albi Polska Sp. z.o.o, 2018, 2 s.

„Bardzo mały aniołek” Stephanie Jeffs przyciągnął moją uwagę wyjątkowymi ilustracjami, chociaż drażniło mnie trochę, że przedstawione anioły są tak strasznie babskie. Ale nie oceniam, skoro lubią sukienki, niech noszą!

 Pewien mały aniołek ciężko pracuje każdego dnia, by przypodobać się Bogu – pucuje anielskie instrumenty muzyczne, dokładnie ściera kurze i marzy o tym, by wreszcie dorosnąć i zająć się poważnymi sprawami. Dlatego jest bardzo rozczarowany, gdy to nie jemu przypada w udziale zaniesienie Marii dobrej nowiny. Prawdę powiedziawszy nie bardzo rozumie, dlaczego wiadomość o narodzinach małego Jezuska zmieni świat. Na szczęście znajdzie się ktoś, kto wszystko cierpliwie mu wytłumaczy, a Bóg ma wyjątkowe zadanie dla każdego, nawet najmniejszego z aniołów.

Staphanie Jeffs, Maria Cristina lo Cascio, Bardzo mały aniołek, Sandomierz: Wydawnictwo Diecezjalne i Drukarnia w Sandomierzu, 2008, 30 s.

~ Książkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2019 ~

 „Małe Licho i anioł z kamienia” Marty Kisiel prosto, zabawnie i z olbrzymią dawką niesamowitości otworzy Wam oczy na prawdziwy sens Bożego Narodzenia. Z ugniataniem ciasta na pierniczki (które objawią się w kształcie pand, nietoperzy i jednorożców) mackami, pflompaniem i dużą dawką serniczka.  Bo świętować może każdy – niezależnie od tego, czy się chodzi na religię, czy nie, niezależnie nawet od kształtu, czy stanu skupienia. I to świętować jak się chce! Trzy strony, a więcej tu mądrości, niż na niejednym kazaniu.

A poza tym, jak zawsze u Dożywotników, naprawdę przegenialna historia.

„Różnie się to nazywało, ale zawsze chodziło o to samo. O najdłuższą noc i najkrótszy dzień roku, o ciemność i światłość, symboliczną śmierć i odrodzenie słońca. I właśnie to świętowano (…). Radość, nadzieję. Nowe życie, które miało wkrótce nadejść wraz z wiosną.”

Marta Kisiel, Małe Licho i anioł z kamienia, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2019,  304 s.

„Wieczór gwiazdkowy na placu budowy” Sherri Duskey Rinker i Ag Ford to kontynuacja uwielbianego przez dzieci „Snów kolorowych placu budowy. Bo skoro jesteśmy już przy tym, że święta może obchodzić każdy, to przecież maszyny budowlane również!

Jak to przed świętami zwykle bywa, wszyscy mają pełne ręce (i łopaty?) roboty. Trzeba zakończyć budowę domu przed świętowaniem! Każda z maszyn daje z siebie wszystko, by zdążyć wykonać swoje zadania. I na każdą czka upominek, gdy tylko wigilijna noc dobiegnie końca. O jakich prezentach marzą koparka, wywrotka, spychacz, dźwig, czy betoniarka? Przekonajcie się sami! I przy okazji wyciszcie się przed pójściem do łóżka, bo plac budowy nie traci wcale swojej funkcji tulenia maluszków do snu. Nawet w ten wyjątkowy, świąteczny wieczór.

Wesoła, rymowana i zaskakująca, a jednocześnie bardzo spokojna opowiastka, która skradnie serce każdego dziecka zakochanego w autach i pojazdach do zadań specjalnych.

Sherri Duskey Rinker, Wieczór gwiazdkowy na placu budowy, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2019, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

„Ekspres Polarny” Chrisa Van Allsburga to historia, którą znam głównie z ekranizacji z Tomem Hanksem, miałam 12 lat, kiedy ta weszła do kin. Historia nie tak popularna, jak Kevin, ale bez której trudno wyobrazić sobie Boże Narodzenie. W tym roku doczekaliśmy się tak wyczekiwanego dodruku, dzięki któremu wreszcie miałam szansę poznać wersję pisaną. A już za kilka dni pozna ją i Majka.

Dorastanie nie zawsze jest przyjemne. A nie jest przyjemne ani trochę, gdy wiąże się z utrata wiary w Świętego Mikołaja. Jednak kiedy pod twoim oknem pojawia się pociąg oferujący niezapomnianą podróż wprost na odległy biegun północy – wprost do wioski pełnej elfów szykujących prezenty – czy można jeszcze mieć jakiekolwiek wątpliwości?

Mocno mi się wydaje, że nigdy wcześniej nie widziałam książkowej wersji „Ekspresu”, a jednak czytając tą krótką opowieść i sycąc oczy ilustracjami poczułam się, jakbym wróciła do domu.

Chris Van Allsburg, Ekspres Polarny, Lublin: Wydawnictwo Tekturka, 2019, 34 s.

„Elfy na ratunek” Barbary Supeł zasługują na miano najzabawniejszej świątecznej historii w tym roku. Prosta rymowanka wprowadza małego czytelnika w zgiełk elfich przygotowań prosto z bieguna północnego. Kiedy pomocnicy Świętego Mikołaja przygotowali już odpowiednie prezenty dla dzieci i spakowały sanie okazało się, że… renifery zmogło przeziębienie. I co teraz? Jak Mikołaj dotrze do wyczekujących jego wizyty maluchów? Rezolutne elfy prześcigają się w pomysłach, czy uda im się uratować Święta?

Barbara Supeł, Elfy na ratunek, Warszawa: Wydawnictwo Zielona Sowa, 2019, 32 s.

Jednak czy w magii Świąt chodzi wyłącznie o prezenty? Oczywiście, że nie! „Pomocnicy Mikołaja” przypomną najmłodszym, że najważniejsza jest pomoc innym, a przyjaźń i dobre chęci mogą zdziałać równie wiele, co czary. W wyniku zamieci rodzina Niedźwiedzi została zupełnie odcięta od lasu. Święty Mikołaj mobilizuje leśnych mieszkańców do pomocy i wraz z dzielnymi zwierzętami przynoszą Niedźwiadkom w prezencie… święta. Czy wiecie, jak je przygotować? Jeśli nie, ta książeczka z pewnością Wam pomoże!

Sympatyczne ilustracje picturebooka bez problemu wprowadzą w bożonarodzeniowy klimat, zwierzęcych bohaterów nie sposób polubić, a niewielkie ilości tekstu uzupełniają rysowaną historię. Mała ściąga z przedświątecznej krzątaniny i drobna lekcja życzliwości w jednym.

Barry Timms, Ag Jatkowska, Pomocnicy Mikołaja, Wydawnictwo Zielona Sowa, 2019, 32 s

„Celestynka. Gwiazda na nocnym niebie”
Tworząc tego przepięknego picturebooka wydanego tak, by formą przypominał pudełko zapałek, Gaëlle Callac i Marie Desbons dodały nowego blasku jednej z najpiękniejszych, ale i najsmutniejszych zimowych opowieści. Bo „Dziewczynka z zapałkami”, w przeciwieństwie na przykład do „Małej syrenki”, jest jedną z tych baśni Andersena, które nie doczekały się disneyowskiej adaptacji wraz ze szczęśliwym zakończeniem. I teraz też bieg tej opowieści nie zostanie zmieniony, mały jej fragment zostanie jednak opowiedziane zupełnie z innej perspektywy.

Celestynka jest jedną z wielu zapałek w pudełku. Czekając na moment, w którzy nadejdzie jej czas i ktoś w końcu po nią sięgnie, marzy o wielkich czynach i pragnie, by jej blask odmienił czyjeś życie. Chciałaby stać się prawdziwą gwiazdą. Tak też się dzieje, gdy sięga po nią Dziewczynka z Zapałkami z andersenowskiej opowieści. Dając Dziewczynce odrobinę ciepła, zapałka trafia do jej marzenia i przy okazji spełnia swoje, choć przyda jej to nieco innej sławy, niż ta, o której marzyła. Jej sława trwa tylko krótki moment, ale ta ulotna chwila będzie dla kogoś najważniejsza na świecie – chwila ciepła, radości, nadziei i pocieszenia.

Wzruszająca.

Gaëlle Callac i Marie Desbons, Celestynka. Gwiazda na nocnym niebie, Lublin: Wydawnictwo Tekturka, 2018, 28 s.

Szukając wzruszeń, magii, świątecznego pojednania i zimowej zarazy krzyżującej bohaterom plany, koniecznie sięgnijcie po pozycję dla nieco już starszych przedszkolaków – „Wróżki ratują Święta” to trzy opowiadania, które z pewnością chwycą za serce i dużych i małych.

Epidemia lodowej anginy postawiła Święta pod znakiem zapytania. Czy radość dzieci będzie ważniejsza, niż niesnaski między zimową krainą, a wiosennymi wróżkami? Kto pomoże spakować prezenty, zebrać listy i upiec pierniczki, gdy wszystkie elfy kichają i prychają?

Czy świąteczne cuda muszą być związane z elfami, wróżkami i zaprzęgami reniferów? A może czasami to tylko zbieg okoliczności, który, z odrobiną świątecznej pomocy potrafi odmienić czyjeś życie? Bartek, który znalazł pod choinką najprawdziwszych rodziców na pewno coś o tym wie!

I czy życie wypełnione zabawą aby na pewno jest spełnieniem marzeń?

Trzy piękne lekcje o miłości, pomocy innym, poszanowaniu różnic i docenianiu tego, co się ma w najpiękniejszej oprawie graficznej niezastąpionej Agnieszki Filipowskiej. Pełne wiary w magię i siłę wyobraźni.

Kasia Keller i Maciej Keller, Wróżki ratują Święta, Kraków: Wydawnictwo Skrzat, 2019, 64 s.

Nie da się ukryć, że moje dziecko, poza książkami ogląda też bajki. Nie często, ale zimą i jesienią zdecydowanie częściej, niż latem. A czy można odmawiać dzieciom animacji, do których sami mamy sentyment? Kiedy więc wypatrzyłyśmy w bibliotece „Gwiazdkę Misia Uszatka” – zbiór bajek według opowiadań Czesława Janczarskiego, nie zastanawiałyśmy się ani chwili. Na płycie znajduje się pięć zimowo-świątecznych odcinków – o ubieraniu choinki, lepieniu bałwanów, mrozie, saneczkowaniu, szykowaniu zapasów na zimę i wszechobecnym śniegu. Do płyty dołączono również książeczkę z króciutkimi uszatkowymi czytankami o podobnej tematyce, choć nie tej samej treści, dzięki czemu moja córka poznaje tego samego bohatera na dwa sposoby – i jako bajkę i jako postać literacką. A wszystko to w mroźnym, zimowym klimacie nadchodących Świąt.

Czesław Janczarski, Gwiazdka Misia Uszatka + CD, Warszawa: Wydawnictwo Bauer Sp. z.o.o, 2006, 19 s.

~ Książkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2019 ~

A Wy? Jakie świąteczne skarby wyszukaliście w bibliotekach i księgarniach w tym roku?

Wpis powstał w ramach świątecznej edycji akcji #KochaniePrzezCzytanie organizowanej przez niezastąpioną Magdę z Save the Magic Moments.

75250897_2566631203572594_6071593566101045248_o

Bajki Majki: „Nie mrugaj!” Amy Krouse Rosenthal, David Roberts

Ta zabawna książeczka na dobranoc w pierwszym momencie wzbudziła moje skojarzenia z ukochaną i znienawidzoną (wciąż ziewam na samą myśl) „Wszyscy ziewają”. Choć wizualnie zupełnie inne i skierowane do odmiennych gryp wiekowych, łączy je wspólny cel – nakłonienie malucha do pójścia spać. „Nie mrugaj!” również pewien podstępny sposób oszukuje nasze mózgi sprowadzając senność za pomocą prostego odruchu – tym razem, jak sama nazwa wskazuje, za pomocą mrugania.

Główna bohaterka książki – wielkooka sowa – ma dla małego czytelnika fantastyczną propozycję. Jeśli tylko uda mu się nie przewracać kolejnych stron tej książeczki, nie będzie musiał iść spać. I to nawet przez całą noc! Jest jednak pewien haczyk – stronę trzeba przewrócić zza każdym razem, gdy się mrugnie. Wystarczy zatem nie mrugać, a sen nam nie zagrozi, proste prawda?

Ale sówka nie pozostawia nas samym sobie, oj nie! Podsuwa odbiorcy kolejne pomysłowe sposoby na powstrzymanie się od mrugania – od gapienia się (w sufit, w kogoś innego, a nawet w zakręcone iluzje optyczne), przez mrużenie oczu, aż po przytrzymywanie powiek palcami. Ich skuteczności można się domyślić, choć znacznie ciekawiej jest samemu spróbować! Czy można się wymrugać na zapas? I jaki jest w końcu ten niezawodny przepis na nie mruganie? Bo zdradzę Wam w sekrecie, że taki jednak istnieje! Ale odkryjecie go już sami, po lekturze tej książki.

Genialna propozycja dla rodziców przedszkolaków, którzy nie mogą skutecznie ululać swoich pociech. To cudny przykład aktywnego czytania, podczas którego dziecko jest zaangażowane w proces, zamiast być jego biernym odbiorcą – reaguje, angażuje się w zadania i ma szansę odczuć lekturę całym ciałem. No, przynajmniej oczami. W końcu będzie to dla nich niezła gimnastyka!

Niewiele tekstu i oszczędne ilustracje, prosty pomysł, estetyczne wykonanie i świetny efekt. Moim zdaniem jedna z pozycji obowiązkowych na półce przedszkolaka. Szczególnie takiego, który wieczorem najchętniej znajdowałby się jak najdalej od swojego łóżeczka. Czyli w sumie każdego…

Amy Krouse Rosenthal, David Roberts, Nie mrugaj!, Warszawa: Wydawnictwo Kinderkulka, 2018, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Kinderkulka.

Bajki Majki: seria „Malarze dzieciom” Agnieszka Starok

Choć książek o sztuce dla najmłodszych pojawia się na polskim rynku coraz więcej – również dla tych zupełnie malutkich maluchów, jakoś wciąż czuję w tej kwestii niedosyt. Wobec tego fakt, że po dorwaniu tej serii (a czaiłam się na nią długo, oj długo!) apetyt ten został zaspokojony na dłuższy czas, jest już recenzją samą w sobie.

To w ogóle jeden z fajniejszych pomysłów na wyjście z malarstwem do dziecka, przynajmniej z tych, z którymi miałam dotychczas do czynienia. Zestawiając ze sobą bardziej i mniej znane dzieła najsłynniejszych malarzy autorka snuje nieskomplikowane, ale naprawdę przekonujące opowieści. Opowieści wyjątkowo przystępne dla młodego czytelnika, a ilustrowane arcydziełami światowego malarstwa.

„Czyj to domek?” jest historią ciekawskiego chłopca, który na swej drodze spotyka niepozorny, ale niezwykle intrygujący… żółty dom. O miejsce zaciekawia go na tyle, że nie decyduje się na odejście, nim nie dowie się kto w nim mieszka. Analizując różne elementy wyposażenia odrzuca kolejne pomysły. A towarzyszącemu mu małemu książkowemu molikowi pozwala przyjrzeć się najbliższemu otoczeniu Vincenta van Gogha.

Agnieszka Starok, Malarze dzieciom. Czyj to domek? Zilustrował Vincent van Gogh, Lublin: Wydawnictwo Tekturka, 2017 r., 14 s.

Kosma, bohater książeczki „W sekretnym ogrodzie”, zaintrygowany majaczącą w oddali sylwetką wiatraka, niefrasobliwie oddala się od mamy i siostry, przez co gubi się wśród wszechobecnych pól. Zamiast na łąkę, trafia więc do portu, ogląda żaglówki przepływające pod mostem w Argentuil, buchające parą pociągi na dworcu Saint-Lazare, by w końcu zawędrować do przepięknego, pełnego stawów z nenufarami ogrodu w Giverny. Nie trudno zgadnąć, że tak nieprawdopodobne wyprawa musiała skończyć się pobudką. I choć sen był niesamowity, to ramiona mamy stęskniony maluch przyjmuje z prawdziwą ulgą.

Agnieszka Starok, Malarze dzieciom. W sekretnym ogrodzie. Zilustrował Claude Monet, Lublin: Wydawnictwo Tekturka, 2017 r., 14 s.

Nieco poważniejszą tematykę podejmują „Baletnice”. Pełne romantycznych tiulów i bieluśkich koronek obrazy Edgara Degas wbrew pozorom nie są jedynie pretekstem do peanów nad sztuką baletu, choć i tego tu nie brakuje. Anna nie zdołała spełnić swojego marzenia o zostaniu primabaleriną, swoją miłością do baletu próbuje więc zarazić córki. I jak jedna z nich wspaniale odnajduje się w tańcu, tak druga nieszczególnie daje się przekonać.

Poza zwiewną lekkością unoszących się w piruetach tancerek, jest tu też ogrom ciężkiej pracy, ból poobcieranych stóp i olbrzymi wysiłek podejmowany przez delikatne i młode dziewczynki, tak przejmująco wyzierające z płócien artysty. Autorka połączyła te emocje z niełatwym tematem przerzucania ambicji rodziców na dzieci i problemem braku komunikacji między dzieckiem, a rodzicem. Ta część zdecydowanie daje do myślenia.

Agnieszka Starok, Malarze dzieciom. Baletnice. Zilustrował Edgar Degas, Lublin: Wydawnictwo Tekturka, 2017 r., 14 s.

Świetny pomysł na przybliżenie maluchowi wycinka historii sztuki w sposób adekwatny do wieku. Duży format i bardzo wytrzymałe tekturowe wydanie pozwalają dokładnie przyjrzeć się reprodukcjom obrazów nawet zupełnym maluchom bez obaw o szkody wywołane potencjalnym zalśnieniem, czy zbyt entuzjastycznym przewracaniem stron. A niedługie partie tekstu pomagają oswoić nie zawsze łatwe w odbiorze płótna impresjonistów, rozwijają wyobraźnię i zachęcają do wymyślania własnych historii. Każdą z książeczek kończy króciutki biogram malarza, pozwalający wyciągnąć z lektury również nieco praktycznych informacji. Jeśli mogłabym wprowadzić jakieś modyfikacje, to chyba jedynie zdecydowałabym się na zaokrąglenie ostrych brzegów książeczki. Poza tym niewielkim niedopatrzeniem jest idealnie.

Polecam małym koneserom z głębi swojego historyczno-sztucznego serca!

Grajki Majki: „Ślimaki to mięczaki”, Eugeni Castano

Jeśli chcecie zerwać ze schematami i całkowicie postawić na głowie swoje postrzeganie gier planszowych opartych na koncepcji kostki i pionków, Ślimaki będą dla Was idealne.

Bo w tej grze wszystko jest na opak! Każdy gracz może poruszać się wszystkimi pionkami. Nie wiemy, który pionek należy do którego gracza – to tajemnica! I co najważniejsze – wygrywa ten ślimak, który idzie najwolniej i w momencie zakończenia gry jest… najdalej od mety!

Im dalej od mety jesteśmy, tym pole, na którym stoimy jest wyżej punktowane. Zdobyte punkty symbolizowane są przez żetony-śmieci – guziki, kapsle i puszki. Spacerując przez las zbieramy śmieci. A im nasz ślimak wolniej się porusza, tym ma więcej czasu na sprzątanie lasu. Czyż to nie fantastyczne przesłanie?

Jak niemalże każda gra, ta również nie tylko bawi, ale również uczy – koncentracji, cierpliwości, abstrakcyjnego myślenia, kreatywności i strategii. A przy okazji wychowuje i kształtuje dobre nawyki. Pomysł zwrócenia uwagi dziecka na problem zanieczyszczenia lasów jest mega, wielkie brawa!

A skoro już przy kształtowaniu jesteśmy, to koniecznie trzeba wspomnieć również o kształtowaniu gustu i wrażliwości estetycznej. Bo oprawa graficzna – potraktowana całościowo (wraz z instrukcją i kartonową wkładką w pudełku!) – jest naprawdę bardzo dobra.

To w sumie całkiem zabawna sprawa – oglądałam całkiem sporo książek z ilustracjami Macieja Szymanowicza i żadna z nich nie przypadła mi do gustu. Z jakiegoś powodu jego rysunki wydają mi się groteskowe i przerysowane, szczególnie, jeśli chodzi o mimikę twarzy. Choć to przecież jeden z najbardziej docenianych polskich ilustratorów, nie mamy z Majką w swoich zborach ani jednej jego książki. Za to wydaje się, że w przypadku gier tendencja jest wręcz przeciwna. To już druga planszówka opracowana graficznie przez tego autora i druga, którą uwielbiamy – również pod względem wizualnym. I kompletnie nie potrafię tego wytłumaczyć.

Ale prawda jest taka, że ślimaki chyba nie mogą się nie podobać. Szczególnie, że sprawiają wyjątkowo sympatyczne wrażenie i mocno mi się wydaje, że niezłe z nich psotniki. Może dlatego tak łatwo ulec ich urokowi.

Gra jest rekomendowana dla dzieci powyżej 5go roku życia i wydaje mi się, że w tym przypadku nie ma co zaczynać wcześniej. Majka ma 3,5 roku i, chociaż zakochała się w ślimaczkach od pierwszego wejrzenia – sama wypatrzyła je u mnie na półce i zaprosiła mnie do gry – to jednak jest jeszcze zbyt przywiązana do klasycznych zasad rządzących tego typu grami i nie potrafi się przestawić. W końcu dopiero, co je porządnie przyswoiła. Zależy jej na posiadaniu własnego pionka (zielonego!) i jak najszybszym dojściu do mety. Pewnie, że można grać i w ten sposób, jestem wielką entuzjastką traktowania reguł gry jako jednej z opcji i wymyślania własnych zasad. Ale w tym przypadku koncepcja jest tak oryginalna, pomysłowa i przemyślana, że po prostu mi jej szkoda. Dlatego też pobawimy się trochę ślimakami i schowam je na przyszłość. Ani się obejrzę, a dzieć mi dorośnie i odkryjemy ją wspólnie na nowo.

Ślimaki to mięczaki
Autor: Eugeni Castano
Ilustracje: Maciej Szymanowicz
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Sugerowany wiek: 5+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Grajki Majki: Janod, Układanka „Poznaję kształty”

Układanka z kształtami w roli głównej to jedna z tych zabawek, które od czasu do czasu potrafią zaabsorbować moje dziecko na tyle, że jestem w stanie ogarnąć jakiś obiad (a przynajmniej obrać kilka ziemniaków), bo przeciwieństwie do puzzli, Majka nie wymaga przy niej mojej asysty. Chociaż od czasu do czasu układamy również razem.

Zestaw zawiera pięć dwustronnych plansz, które dają razem dziesięć kolorowych obrazków z pustymi polami do uzupełnienia oraz dwadzieścia dziewięć płaskich, drewnieanych klocków różnego kształtu, koloru i wielkości. Wszystkie elementy, z planszami włącznie zostały wykonane z drewna. I są bardzo dobrej jakości – używamy całkiem intensywnie już ponad rok i ślady zużycia są naprawdę znikome.

Zabawka świetnie sprawdzi się jako pomoc w nauce kolorów (a kolory są piękne! Bardzo nasycone i nie ograniczają się do podstawowej palety) i nazw kształtów. To również dobre ćwiczenie koncentracji, cierpliwości i motoryki małej.

Poza walorami poznawczymi i edukacyjnymi, uzupełnianie obrazków odpowiednimi kształtami to super zabawa i nie ukrywam, że to jedna z tych gier, w które z przyjemnością daję się wkręcić razem z dzieckiem. I świetny pretekst do rozwijania wyobraźni – zarówno podczas wypełniania planszy kształtami (bo kto powiedział, że drzewa mają być zielone, a bałwan biały?), jak i podczas wymyślania zabaw. Czasami więc układamy nasze obrazki na wyścigi, innym razem możemy używać kształtów tylko jednego, określonego koloru. Albo zupełnie porzucamy plansze i układamy scenki według własnego pomysłu.

Jedyny minus, jaki jestem w stanie wymyślić, to ciężar pudełka. Chociaż poszczególne części nie ważą wiele, wszystkie razem są wyzwaniem dla malucha. Dlatego lepiej trzymać pudełko gdzieś nisko, żeby nie upadło na nóżkę małemu ciekawskiemu.

Prosta koncepcja, ładna szata graficzna, staranne wykonanie i ogranicza nas tylko fantazja!

Układanka „Poznaję kształty”
Firma: Janod
Sugerowany wiek: 2-5 lat

Bajki Majki: „Gili, gili. Słówka z ostatniej chwili” Corinne Dreyfuss, Benjamin Chaud

Ta książeczka jest PRZEUROCZA! Już od samej koncepcji począwszy, są to bowiem rozmówki ludzko-bobasowe.

Każda strona służy przedstawieniu jednego prostego słówka bądź onomatopei, którymi okruszki zaczynające dopiero swoją przygodę z mówieniem opisują swój świat. Znajdziemy tu zatem obiekty i osoby z najbliższego otoczenia dziecka wraz z krótkim wytłumaczeniem znaczenia:

„Bam, kiedy się przewracam”, „Fuj, brzydko pachnie”, czy „Niania, kiedy nie ma taty ani mamy”. I moje ulubione: „Mama to mama”.

Poza wypisanymi różnymi kolorami słówkami, na białym tle stron znajdują się również ilustracje przedstawiające daną czynność, przedmiot, czy osobę. Ilustracje Benjamina Chauda, co koniecznie trzeba zaznaczyć. Bajecznie kolorowe, „kredkowe” i z poczuciem humoru (mina taty na ilustracji obrazującej siusanie mówi wszystko), a jednocześnie w łatwo rozpoznawalny sposób pokazujące rzeczywistość. Osobiście ujęło mnie przedstawienie piersi karmiącej mamy wyciągniętej przez maluszka, że aż samo patrzenie niemalże sprawia ból. Prawdziwe tak bardzo! A w „Tuli, tuli” dzidziusia dopatrzyliśmy się podobieństw do imprezowego przebrania nieco starszego kolegi z książki „Feralne urodziny ze Skarpetką”. Więcej ilustracji autora znajdziecie w serii o Lalo, Babo i Bincie oraz w książeczkach o słoniku Pomelo.

Specyficzny, wąski i wysoki format sprawia, że książeczkę bardzo wygodnie się trzyma i łatwo sięgnąć paluszkami do wszystkich elementów ilustracji – nawet gdy posiada się bardzo krótkie rączki. Twarda tektura stron wydaje się być odporna na upadki i zagrożenie ze strony małych ząbków (jak dobrze, że ten etap już za nami!), a ze śliskich kartek łatwo będzie zetrzeć kapiącą z ekscytacji ślinę bez większych szkód dla ochlapanej treści. I jeszcze to, co jest dla mnie podstawą w książkach dla maluszków – bezpiecznie zaokrąglone rogi, dzięki którym bez strachu można podać dziecku książkę do samodzielnej „lektury”.

Przemyślana pod względem formalnym, słodka i zupełnie śliczna. Moim zdaniem obowiązkowa pozycja dźwiękonaśladowcza dla dzieci 6m+, tuż obok „Księgi dźwięków”. Więc jeśli szukacie prezentu dla świeżo upieczonej mamy i jej maleństwa, to polecam bardzo!

Corinne Dreyfuss, Benjamin Chaud, Gili, gili. Słówka z ostatniej chwili, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2019, 30 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zakamarki.

50647940_2020799321330563_7707831382659039232_n

Wpis powstał w ramach akcji KOCHANIE PRZEZ CZYTANIE organizowanej przez Save the Magic Moments <3

Grajki Majki: Chicco „Under the sea”

To jedna z dwóch gier o najniższym progu wiekowym w naszej kolekcji – producent poleca ją dla maluszków już od drugiego roku życia. Chociaż uprzedzam, że takie maluszki głównie jednak będą używać jej jako zabawki sensorycznej.

To jedna z gier-macanek, jak to (nieszczególnie poprawnie politycznie) lubię je określać. Ale co tu owijać w bawełnę – trzeba po prostu odszukać drogą macania odpowiedni przedmiot w czarnym woreczku. W pudełku znajdziemy osiem plastikowych zwierzątek morskich (żółwia, kraba, rozgwiazdę, ośmiornicę, konika morskiego, meduzę, rybkę i sercówkę), które wrzucamy do czarnego woreczka, oraz kartoniki z obrazkami będącymi przedstawieniami owych zwierzątek. W wersji podstawowej losujemy jeden odwróconych rewersem w górę kartoników i naszym zadaniem jest wyszukać w woreczku jego plastikowy odpowiednik. Oczywiście bez patrzenia. W trakcie gry można pomylić się trzykrotnie – za każdą pomyłkę dostaje się kartonik z wystawiającym język omułkiem.

Wersja zaawansowana wprowadza dodatkowe karty z cieniami zwierzątek i „mutkizwierzątkowe”, które utrudniają rozgrywkę o tyle, że wprowadzają element ćwiczący pamięć. Tym razem trzeba jak najszybciej zgromadzić wszystkie kartoniki odpowiadające wylosowanemu morskiemu stworzeniu. A kartoniki leżą rewersami do góry, jest to więc połączenie popularnej gry „memory” z macanką.

Mamy więc trening pamięci, spostrzegawczości, cierpliwości i koncentracji, a do tego świetne ćwiczenie wrażliwości małych paluszków i motoryki małej.

A jeśli chcemy pobawić się z zupełnym maluszkiem, wystarczy nie włączać do rozgrywki woreczka i pozwolić dziecku dopasowywać modele do przedstawień na kartonikach mając wszystkie elementy gry w zasięgu wzroku.

Bardzo lubię gry, książki i pomysły, które rosną wraz z dziećmi. W których wraz z wiekiem znajdujemy dodatkowe rzeczy i zauważamy szczegóły, które nam wcześniej umykały. Dlatego też polecam bardzo. Szczególnie, że wodne zwierzątka to u nas zawsze pewniak – na równi z kotami i pszczołami. Dziwne są te dziecięce upodobania.

Under the sea
Firma: Chicco
Sugerowany wiek: 2+ (wersja uproszczona), 4-99 (wersja zaawansowana)

Grajki Majki: Plan Toys „Beehives”

Tą grę kupiłam już jakiś czas temu, skuszona „pszczółkową” tematyką i wrzuciłam do szuflady czekając aż pojawi się jakaś prezentowa okazja. W ten właśnie sposób pszczółki zostały podrzucone przez Mikołaja do majeczkowych bucików i od 6 grudnia zrzuciły z podium niemalże wszystkie nasze dotychczas ulubione gry i układanki.

Nie ma co ukrywać – sama jestem nimi totalnie zachwycona. Gra jest pięknie wykonana i genialna w swojej prostocie. Zestaw zawiera sześć domków, czyli sześciokątnych komórek plastra miodu, sześć uroczych pszczółek w kolorach odpowiadających domkom, dużą pęstetę (nigdy wcześniej nie musiałam pisać tego słowa!) i instrukcję obsługi. Cała zabawa polega na ułożeniu domków zgodnie ze schematem i umieszczeniu w nich pszczółek za pomocą szczypczyków.

To, że moja niemalże trzyletnia córka sama ogarnęła cudownie przejrzystą i intuicyjną rysunkową instrukcję mile mnie zaskoczyło, ale nie zszokowało. Za to byłam zdumiona tym, jak szybko Majka nauczyła się operować pęsetą. A przy tym od samego początku wystarcza jej skupienia, by przy przenoszeniu pszczół bzyczeć bardzo przekonująco.

Ponadto zaczęła układać historyjki – że pszczółki lecą po nektar, a potem wracają do domków spać i następnego dnia znowu muszą wylecieć, bo cały miodek zjadły im słonie (namiętnie oglądamy Kubusia Puchatka). A jeśli któraś z pszczół przez przypadek wpadnie jej do nieodpowiedniego domku, układa między nimi dialogi przepraszając za najście.

Nie uświadczycie tu ani skraweczka plastiku – wszystkie elementy układanki są z malowanego drewna a skrzydełka owadów z filcu. Nawet woreczek do przechowywania pszczółek jest papierowy. Kartonik nie był też dodatkowo owinięty folią. Takie małe szczegóły, a robią ogromną różnicę.

Nieskomplikowana, bardzo starannie wykonana i dopasowana do potrzeb małego odbiorcy. Świetny trening sprawności manualnej, motoryki małej, skupienia uwagi, spostrzegawczości, myślenia abstrakcyjnego i powtórka z nazw kolorów.

Absolutna rewelacja. I pomyśleć, że trafiłam na nią zupełnie przez przypadek!

Beehives (4125)
Firma: Plan Toys
Sugerowany wiek: 3+