Grajki Majki: Aksjomat „Magiczny quiz. Potrzyj i sprawdź”

Magiczny quiz to coś, czego jeszcze nie widziałam, choć oczywiście farba reagująca na temperaturę ciała jest czymś, co dobrze znam również ze swojego dzieciństwa. To jedna z tych zabawek, które lubię najbardziej – prosty pomysł w niebanalnej formie.

Każdy z quizów to niewielki, bardzo lekki kołozeszyt zawierający ponad 70 pytań, którym towarzyszą trzy wersje rysunkowych odpowiedzi. Każda z nich oznaczona jest innym symbolem (u starszaków literką). Po podjęciu decyzji należy dotknąć czarny kwadracik pod adekwatnym symbolem. Jeśli odpowiedź jest poprawna, ukarze się uśmiechnięta zielona buźka. Jeśli jest błędna – smutna i czerwona.

 

Jedna książeczka z quizem gwarantuje naprawdę długą zabawę – nie tylko ze względu na dużą ilość pytań, ale również z tego prostego względu, iż jest wielorazowa. W ofercie są po dwa różne quizy z pytaniami dostosowanymi do poziomu każdej z trzech grup wiekowych: 3-,4- i 5-cio latków.

To bardzo sympatyczny pomysł na spędzenie kilku chwil razem z dzieckiem (a pomoc rodzica jest niezbędna, bo ktoś musi jednak przeczytać polecenia). Dzięki torebkowemu formatowi quizu, świetnie sprawdzi się na przykład jako rozpraszacz malucha w podróży, czy restauracji. Jest naszym stałym wyposażeniem w kolejce u lekarza. A że strony wykonano z całkiem wytrzymałej tekturki, można zabierać go wszędzie ze sobą bez najmniejszego stresu o ewentualne zniszczenia.

Ładne obrazki, kieszonkowa forma, nieskomplikowane zasady i zróżnicowany poziom trudności to tylko część zalet quizu. A przy okazji jest to produkt polski, więc jest jeszcze fajniej.

Uwaga natury praktycznej – najlepiej używać w temperaturze pokojowej. Na mrozie trudno będzie ogrzać magiczne okienko i obrazek będzie zanikał momentalnie po odsunięciu od niego palca, za to zostawiony na kaloryferze quiz bezwstydnie obnaży wszystkie swoje tajemnice ;) W przypadku zmiennych warunków pogodowych z pewnością przyda się druga wersja quizu na awersie kart – pozbawiona magicznych okienek, ale równie zagadkowa, co reszta.

Magiczny Quiz. Potrzyj i sprawdź
Firma: Wydawnictwo Aksjomat
Sugerowany wiek: 3+; 4+; 5+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Aksjomat.

Grajki Majki: Janod „Strzeż się kreta”

Kolejna gratka dla wielbicieli drewnianych zabawek. Co prawda jest odrobinę mniej eco od Beehives, ale jedyny minusik, który mogę przyznać na tym polu należy się za zaklejenie pudełka plastikową taśmą klejącą. Co akurat w przypadku tego rodzaju kartonika jest czynnością całkiem uzasadnioną.

Gra składa się z drewnianej planszy z otworami podzielonej na grządki w które pionowo wkładamy przestrzenne elementy z warzywami – 4 fioletowe rzepy, 4 czerwone pomidory, 4 pomarańczowe marchewki i 4 żółte dynie oraz 4 krety w kolorowych okularach przyczajone na kopczykach po bokach planszy. Każdy z graczy otrzymuje swoją małą grządkę. Celem gry jest jak najszybsze zgromadzenie na swoim kawałku poletka wszystkie cztery rodzaje warzyw, co można osiągnąć poprzez wyrzucenie odpowiedniego koloru na sześciennej kostce. Ale uwaga! Dwie ścianki kostki zajmują wizerunki kreta. A kiedy kret dostanie się na grządkę uczestnika, zbiory nie są możliwe aż do momentu ponownego wyrzucenia kreta na kostce.

Wielkimi atutami są atrakcyjna forma i staranne wykonanie gry. Każdy element gładko wchodzi w odpowiednie otwory, nasycone barwy farb nie ścierają się nawet podczas długotrwałego memłania w dziecięcych łapkach, a na drewnie próżno szukać jakiejkolwiek nierówności. Chociaż rozgrywka pozornie wydaje się bardzo prosta, faktycznie zajmuje około 20 minut, jak podają na opakowaniu. Niby łatwizna, a jak ciekawie podana! Kiedy przychodzi do zbierania plonów, nawet największa wiercipupa nie ma problemu ze skupieniem się na chwilę. A poza koncentracją, podstawami rywalizacji i powtórzeniem kolorów pomaga poćwiczyć również sprawność manualną małych rączek.

Ponadto należy się tłuściutki plus za polską instrukcję – chociaż brakuje naszej wersji językowej w dodawanych do gry książeczkach, firma postarała się o tłumaczenie na dodatkowej karteczce. Jestem bardzo mile zaskoczona twardą tekturką i opracowaniem graficznym tak samo ładnym, jak to dla Francuzów, Anglików, czy Niemców. Widać, że każdy szczegół został wykonany z należytą starannością, nawet pozornie niewiele znaczący.

Wyjątkowo emocjonująca gra wciągnie i trzylatka i dorosłego. Nawet sobie nie wyobrażacie jakie te cholerne krety są frustrujące!

Strzeż się kreta!
Firma: Janod
Sugerowany wiek: 3-6 lat

Bajki Majki: Seria „Pucio” Marta Galewska-Kustro, Joanna Kłos

Nareszcie dojrzałam do tego, by wziąć na warsztat chyba najbardziej lubianą i rozpoznawalną serię wspomagającą rozwój mowy. A dojrzewałam do tego naprawdę długo, bo książki pani Galewskiej-Kustro pojawiają się w naszym domu niemalże na bieżąco, zaraz po wydaniu.

Pierwszą część przygód Pucia dostaliśmy w prezencie tuż przed pierwszymi urodzinami Majki. Początkowo mieliśmy trochę problemów logicznych z imieniem głównego bohatera, bo najczęściej używanym przez nas pieszczotliwym określeniem Bobasy było właśnie Pucia (no wiecie, za niemowlaczka miała takie puciaste policzki, że nic, tylko robić „puci, puci puci” :D), ale w końcu udało nam się to rozgraniczyć i szybko stała się jedną z najczęściej czytanych książek na majkowej półce. Do tego stopnia, że zarówno mi, jak i mężowi zbrzydła kompletnie. A potem pojawiły się kolejne części i z każdą następna było bardzo podobnie.

Wbrew pozorom książki z tej serii mają całkiem sporo tekstu, dobrze sprawdzą się jako jedna z pierwszych książek do dłuższego czytania. Już jeden „Pucio” wystarczy, by spełnić minimum dwudziestominutowego czytania dziecku.

Wszystkie części zostały wykonane z grubej tektury, a ich format zbliżony jest do A4, przez co są stosunkowo ciężkie i osobiście nieszczególnie lubię trzymać je w jednej ręce, kiedy czytam z córką na kolanach, bo to po prostu mało wygodne. Pucia czytamy więc najczęściej na dywanie.

Pomijając jeszcze przez chwilę walory edukacyjne, jestem wielką fanką ilustracji Joanny Kłos. Wypełniają one całe strony książek, spychając tekst do roli dopełnienia (z powodzeniem można też w ogóle nie czytać tekstu, skupiając się na wspólnym opisywaniu przedstawionych sytuacji wraz z dzieckiem – to świetne ćwiczenie na kreatywność i skupienie uwagi), ale odkąd mój mąż zauważył „Jakie oni mają dziwne nosy!” widzę głównie nosy bohaterów. Niemniej jednak wizualnie wciąż bardzo mi się podoba, to świetnie zaprojektowane książeczki!

A jednym z ich największych atutów, jest zwiększający się poziom, dzięki czemu seria rośnie wraz z dzieckiem:

„Pucio uczy się mówić. Zabawy dźwiękonaśladowcze dla najmłodszych” – jak już wskazuje nam sam tytuł, pierwsza część serii skierowana jest do najmłodszych odbiorców (my czytaliśmy od mniej więcej 10go miesiąca życia) i jest po brzegi wypełniona onomatopejami. Fabuła ujęta jest w króciutkie zdania uzupełnione wyrazami dźwiękonaśladowczymi. A te, poza pojawianiem się w tekście, zapisane zostały również na ilustracjach, w dymkach i wyszczególnione na dolnym marginesie. Pod względem tematyki książka porusza sceny najczęściej znane maluszkowi z codzienności – wspólne posiłki, spacery po mieście i parku, spędzanie wolnego czasu, czy wycieczka do dziadków na wieś. Jest hałaśliwie, rodzinnie i wesoło. A ostatnie strony poświęcono na powtórkę – piktogramy z podpisami zachęcają do wspólnego powtarzania poznanych dźwięków.

Marta Galewska-Kustro, Joanna Kłos, Pucio uczy się mówić. Zabawy dźwiękonaśladowcze dla najmłodszych, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2016, 40 s.

„Pucio mówi pierwsze słowa” – ta część skierowana została już do nieco starszych czytelników i z pewnością ucieszy każdego przedszkolaka. Jako, że pojawia się w niej temat uczęszczania do przedszkola, fajnie sprawdzi się jako książeczka ułatwiająca adaptację. Ponadto znajdziemy tu też urodziny głównego bohatera, rodzinne wyjście na basen, zakupy z mamą i codzienne rytuały, bo spędzamy z Puciem calutki dzień – od pobudki, aż po zaśnięcie. Ta część nastawiona jest na poznawanie słów – nazw obiektów i czynności i tym razem to one, wraz z obrazkami, zostały wyszczególnione na marginesach i w „powtórce” z tyłu książki. Poza samymi nazwami przedmiotów i czynności maluch pozna również przymiotniki pomagające w ich opisywaniu, na zasadzie przeciwieństw (jak na przykład mały i duży, brudny i czysty, wesoły i smutny) oraz przedimki pomagające określić ich położenie (np. w, na, pod).

Marta Galewska-Kustro, Joanna Kłos, Pucio mówi pierwsze słowa, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2017, 40 s.

„Pucio i ćwiczenia z mówienia, czyli nowe słowa i zdania”. Na początku miałam wrażenie, że ta część się u nas nie przyjmie i szał na Pucia już przeminął. Kiedy do nas trafiła, Majka mówiła już całkiem ładnie i miała spore słownictwo, dlatego już podczas pierwszego czytania sama z marszu opisała mi wszystko to, co działo się na ilustracjach jeszcze zanim zdążyłam przeczytać jej tekst. I chociaż dłuższe już nieco zdania są bardziej zaawansowane pod względem używanych określeń (na przykład jest aż sześć różnych określeń miejsca), dość szybko się Bobasie znudziła. A potem przyszła zima i zaczął się jej renesans stając się najulubieńszą lekturą świata. Bo fabuła dotyczy właśnie zimowego wyjazdu w góry. Jest budowanie karmnika dla ptaków, dokarmianie leśnych zwierząt, oczekiwanie na śnieg, zimowe szaleństwo, narty, sanki, łyżwy, bałwany i co tylko można sobie wymarzyć. Z korkiem na Zakopiance i wizytą na urazówce włącznie.

Marta Galewska-Kustro, Joanna Kłos, Pucio i ćwiczenia z mówienia, czyli nowe słowa i zdania, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2018, 40 s.

„Pucio na wakacjach. Ćwiczenia wymowy dla przedszkolaków” to ostatnia i chyba moja ulubiona część przygód tej zakręconej rodzinki. Nie tylko dlatego, że dzieje się latem (i to częściowo nad morzem!), ale przede wszystkim dlatego, że od samego początku jest dla mojej Mai największym wyzwaniem. Tym razem puciorodzina wsiada do wypożyczonego przez ciocię kampera i rusza podbijać Kaszuby. Przeczytamy tu o rozbijaniu namiotu, kąpielach w jeziorze, wycieczkach rowerowych, leśnych piknikach, skakaniu przez morskie fale, wizycie w skansenie, jedzeniu ryby z frytkami, czy wspinaczce na latarnię morską. A wszystko to opisane zostało już naprawdę złożonymi zdaniami w dłuższych partiach tekstu. Tym razem rysunki sytuacyjne na marginesach podpisane zostały z oznaczeniem głosek, których wymowę należy ćwiczyć. Marginesy zostały podzielone na trzy części – adekwatnie do wieku czytelnika – mamy więc osobne wyrazy dla trzy-, cztero- i pięciolatków. Ponadto poza standardową powtórką pojawiły się również pomysły na gimnastykę buzi, czyli robienie minek trenujących aparat mowy. Super sprawa.

Marta Galewska-Kustro, Joanna Kłos, Pucio na wakacjach. Ćwiczenia wymowy dla przedszkolaków, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2018, 40 s.

Mimo tego, że każda z kolejnych części bez najmniejszego problemu zdobywa serce mojego dziecka, chętnie wracamy również do poprzednich książeczek z przygodami Pucia. Nikt w końcu nie powiedział, że przedszkolak nie może mieć frajdy z muuuczenia jak krówka i tykania jak zegarek, prawda?

Polecamy z całego serducha, ale uwaga! Ta seria wciąga. I niedługo całkiem wam zbrzydnie. Na szczęście kolejne części pojawiają się całkiem często – akurat, kiedy rodzic nie może już patrzeć na poprzednią ;)

Mieliście już przyjemność poznać Pucia, Misię i Bobo?

Grajki Majki: Janod „Świąteczna układanka trzywarstwowa”

Nie da się ukryć, że świąteczne klimaty przesiąkają każdy szczegół – zadomowiły się również w naszej szafce z grami w formie trzystopniowych drewnianych puzzli.

Układanka Janod to tak naprawdę cztery osobne obrazki – drewnianą podstawę z przystrojonym bożonarodzeniowo domem uzupełniamy o coraz to więcej szczegółów pozwalającym nam rzucić okiem w niedaleką przeszłość i dowiedzieć się skąd pod choinką wzięły się te wszystkie prezenty.

Najpierw uzupełniamy rysunek o dwa puzzelki z dziećmi radośnie rozpakowującymi upominki. Kolejna warstwa składa się z trzech elementów i przedstawia Świętego Mikołaja zostawiającego paczuszki pod drzewkiem, a ostatnia – sześcioelementowa – ukazuje zewnętrzne ściany domku i Mikołaja wchodzącego przez komin.

Wszystkie jedenaście elementów i podstawa wykonane zostały z drewna z nadrukowanym obrazkiem. Całość mieści się w  niewielkim, kartonowym opakowaniu. A przyznaję, że zarówno zgrabne opakowanie, jak i całkowity brak plastiku (również w opakowaniu), to szczegóły, które cenię coraz bardziej.

Moja Maja dostała tą zabawkę już w zeszłym roku, kiedy miała niecałe dwa lata i nauczyła się jej zaskakująco szybko. Dlatego też bałam się trochę, że kiedy wyjmę ją na kolejny adwent, odkryje sposób układania w kilka sekund i znudzona rzuci ją w kąt. Nic bardziej mylnego – rok w szafie sprawił, że mamy zupełnie nową zabawkę, którą moje dziecko odkrywa na zupełnie nowy sposób.

Ładna, świąteczna, wytrzymała i starannie wykonana zabawka na więcej niż jeden sezon. Zdecydowanie polecamy jako odpoczynek od sprzątania i gotowania!
Wesołych Świąt!

Świąteczna układanka „Puzzle 3 Niveaux”
Firma: Janod
Sugerowany wiek: 2-4

Grajki Majki: Plan Toys „Beehives”

Tą grę kupiłam już jakiś czas temu, skuszona „pszczółkową” tematyką i wrzuciłam do szuflady czekając aż pojawi się jakaś prezentowa okazja. W ten właśnie sposób pszczółki zostały podrzucone przez Mikołaja do majeczkowych bucików i od 6 grudnia zrzuciły z podium niemalże wszystkie nasze dotychczas ulubione gry i układanki.

Nie ma co ukrywać – sama jestem nimi totalnie zachwycona. Gra jest pięknie wykonana i genialna w swojej prostocie. Zestaw zawiera sześć domków, czyli sześciokątnych komórek plastra miodu, sześć uroczych pszczółek w kolorach odpowiadających domkom, dużą pęstetę (nigdy wcześniej nie musiałam pisać tego słowa!) i instrukcję obsługi. Cała zabawa polega na ułożeniu domków zgodnie ze schematem i umieszczeniu w nich pszczółek za pomocą szczypczyków.

To, że moja niemalże trzyletnia córka sama ogarnęła cudownie przejrzystą i intuicyjną rysunkową instrukcję mile mnie zaskoczyło, ale nie zszokowało. Za to byłam zdumiona tym, jak szybko Majka nauczyła się operować pęsetą. A przy tym od samego początku wystarcza jej skupienia, by przy przenoszeniu pszczół bzyczeć bardzo przekonująco.

Ponadto zaczęła układać historyjki – że pszczółki lecą po nektar, a potem wracają do domków spać i następnego dnia znowu muszą wylecieć, bo cały miodek zjadły im słonie (namiętnie oglądamy Kubusia Puchatka). A jeśli któraś z pszczół przez przypadek wpadnie jej do nieodpowiedniego domku, układa między nimi dialogi przepraszając za najście.

Nie uświadczycie tu ani skraweczka plastiku – wszystkie elementy układanki są z malowanego drewna a skrzydełka owadów z filcu. Nawet woreczek do przechowywania pszczółek jest papierowy. Kartonik nie był też dodatkowo owinięty folią. Takie małe szczegóły, a robią ogromną różnicę.

Nieskomplikowana, bardzo starannie wykonana i dopasowana do potrzeb małego odbiorcy. Świetny trening sprawności manualnej, motoryki małej, skupienia uwagi, spostrzegawczości, myślenia abstrakcyjnego i powtórka z nazw kolorów.

Absolutna rewelacja. I pomyśleć, że trafiłam na nią zupełnie przez przypadek!

Beehives (4125)
Firma: Plan Toys
Sugerowany wiek: 3+

Grajki Majki: Lalka Little Joy

Tym razem nie do końca gra, ale zabawka interaktywna. I moje niespełnione marzenie z dzieciństwa – w końcu po to ma się dzieci!

Lalka bobas, to coś, na co moja mama nigdy się nie zgodziła – zawsze utrzymywała, że znacznie sympatyczniejsze są lalki-szmacianki, a tak popularne w owym czasie, plastikowe „Baby Borny” są sztywne, twarde i niemiłe w dotyku. Ale w głębi suszy podejrzewam, że była już nauczona doświadczeniem z moim biednym Tamagotchi płaczącym z głodu o drugiej w nocy na dnie szuflady ze skarpetkami i nie chciała w domu kolejnej zabawki wymagającej opieki. Szczególnie, że jakiś czas później bez problemu zgodziła się na równie plastikowe lalki Barbie.

W każdym razie Little Joy to i moja i Bobasy pierwsza styczność z tego typu zabawką, więc obie otwierałyśmy karton z równie wielkim podekscytowaniem.

A już samo opakowanie bardzo mi się spodobało. Co prawda jest trochę zbyt duże w stosunku do zawartości, ale jestem bardzo pozytywnie zaskoczona polskimi napisami. Bo też wszystkie najważniejsze funkcje lalki zostały opisane bezpośrednio na pudełku, wraz z ilustracjami – nie kupujemy więc kota w worku. Tekst jest w języku polskim i dużymi literami – wymarzony na przykład dla babci, szukającej prezentu, albo dla samego dziecka szykującego list do Mikołaja. Niewielki wysiłek, a ładny gest w kierunku kupującego.

Podobnie jest z instrukcją obsługi – chyba najlepszą, jaką widziałam – prosta, przejrzysta, ilustrowana zdjęciami, wyłącznie w języku polskim. Cała mieści się na złożonej wpół, zadrukowanej dwustronnie kartce A4 i wcale nie trzeba wertować opasłych książeczek w poszukiwaniu swojego języka. Wystarczy kilka minut, by dowiedzieć się jak zmienić baterię, jak dbać o czystość lalki i poznać wszystkie jej funkcje.

A jedna z nich nieco mnie zaniepokoiła – Little Joy (u nas już „Kasia”) płacze kiedy zostaje sama. Przez myśl przeszło mi nawet, że moja mama jednak wiedziała, co robi, ale Kasia, w przeciwieństwie do Tamagotchi (i prawdziwego noworodka), ma pewną bardzo przydatną opcję – wyłącznik. Nie ma się więc czym stresować.

Szczególnie, że wydawane przez lalkę dźwięki nie są szczególnie irytujące – to prawda, Kasia płacze często (kiedy ją odłożysz, kiedy za szybko zabierzesz jej butelkę i smoczek, albo kiedy ma mokrą pieluszkę), ale głośność jest umiarkowana, a to wyjątkowo rzadko spotykane wśród zabawek). Ponadto po kilku minutach nie ruszania zabawki przechodzi w tryb uśpienia, nie ma więc obawy, że na przykład zacznie krzyczeć w środku nocy, gdy zapomnimy ją wyłączyć po zabawie. Zabawka ma wbudowanych ponad 20 różnych dźwięków – płacze, śmieje się, gaworzy, wzdycha, odbija po jedzeniu (na różne sposoby!), pochrapuje w czasie snu, a także wydaje dźwięki ssania i siusiania. I płacze oczywiście. Często i na różne sposoby.

Sama zabawa natomiast to mnóstwo możliwości. Najpierw pozwoliłam córce bawić się Little Joy „na sucho”. Nosić, lulać, podawać smoczek, ubierać pampersa i pilnować, żeby nie płakała. Ale to był tylko przedsmak, bo prawdziwe atrakcje zaczynają się w momencie podania lalce wody. Zestaw, poza lalką w pajacyku i czapeczce zawiera dwa smoczki różnej wielkości, butelkę, materiałowego pampersa i nocniczek. Kiedy nakarmimy naszą Kasię czystą wodą z buteleczki, musimy liczyć się z faktem, że w każdej chwili może się zsiusiać albo rozpłakać prawdziwymi łzami. Jeśli chcemy sami wywołać ten efekt, wystarczy nacisnąć guziczek na brzuszku lalki, by zaczęła susiać, lub ściskać jej przedramiona, by się rozpłakała. Jednak Kasia nie czekając na naszą inicjatywę zapłakała i zasiusiała kanapę z własnej woli i musiałyśmy się bardzo spieszyć, żeby wysadzić ja na nocnik. A zarówno siusia, jak i łzawi bardzo konkretnie – jedyne, czego nieco mi zabrakło wśród wyposażenia, to bambusowy ręczniczek-otulacz. Akurat wykorzystałam przy remontowych porządkach resztę pomajkowych pieluch i boleśnie odczułam ich brak.

Uwaga! Lalka może się zmoczyć również, kiedy jest wyłączona, dlatego należy dokładnie wylać z niej całą wodę po zakończeniu zabawy.

Było to źródłem mojej kolejnej obawy – mamy spore doświadczenie z pleśniejącymi zabawkami do kąpieli, martwiłam się zatem trochę, że z lalką będzie podobnie, jeśli nie wysiusia i wypłacze się do końca. Na szczęście producent przewidział również to i wyposażył lalkę w dwie dziurki w stopach, które pomagają w usunięciu wody. Warto więc postawić ją na ręczniczku po zabawie i poczekać aż dobrze ocieknie.

Jeśli mam się doszukiwać jakiś minusów, to Little Joy faktycznie jest trochę ciężka i jak się ją upuści, to potrafi nieźle łupnąć o podłogę (albo o stopę…). Patrzę na nią jednak z perspektywy użytkowania przez prawie trzylatkę – starszaki z pewnością nie będą miały problemów noszeniem i upuszczaniem swojego zabawkowego bobasa.

I na koniec jeszcze jedna super sprawa – zestaw zawiera baterie. To baterie przeznaczone do testowania zabawki w opakowaniu, więc zapewne szybko się wyczerpią, ale nie musimy się przejmować, że zapomnimy dodatkowo umieścić opakowania baterii pod choinką i pierwszy dzień świąt spędzimy objeżdżając okoliczne stacje benzynowe.

Kasia szybko stała się jedną z honorowych mieszkanek Majkowego pokoju – jest noszona, wożona w wózku, rozbierana i ubierana, a Bobasa nawet z nią śpi (z tego względu zabawa z wodą jest wyłącznie pod opieka mamy – od czasu do czasu). Ale Majce wystarczy samo zamykanie oczu przy układaniu lalki na płasko i zabawa i tak jest świetna.

Bardzo dobry pomysł na prezent – lalka jest spora (46 cm), wykonana bardzo starannie, reprezentacyjnie opakowana, ma szansę na zostanie największym prezentem pod choinką. Mogą się nią bawić dzieci już od 18 miesiąca życia, chociaż osobiście jako dolną granicę proponuję 2,5-3 latka ze względu na ciężar zabawki. Występuje również w wersji „niebieskiej”.

A jeśli komuś jeszcze brakuje wrażeń, firma „Dolls world” proponuje mnóstwo dodatkowych akcesoriów do dokupienia na przykład na kolejne okazje – ubranek, wanienek, mebelków, pieluszek, łyżeczek, śliniaczków i tak dalej i tak dalej. Jest więc potencjał rozwoju.

Majka dopiero zaczyna odkrywać różne sposoby opiekowania się swoją Kasią. Little Joy z pewnością wystarczy nam na kilka ładnych lat.

Interaktywna lalka bobas „Little Joy”, 46 cm 
Firma: Dolls World
Sugerowany wiek: 18+.

Lalkę można kupić TUTAJ.

41934083_296243427841566_3088378774870294528_n

Bajki Majki: „Reksio. Dobranocka wszech czasów”

Nasza przygoda z Reksiem zaczęła się zupełnie od tyłu – bardzo mi zależało, żeby moja córka polubiła jednego z moich najukochańszych bohaterów dzieciństwa, a ją jak na złość kompletnie ta bajka nie interesowała. Chyba dlatego, że praktycznie nic nie mówią, a Majka jest wielką fanką piosenek.

Sytuacja uległa zmianie o 180 stopni, gdy włączyłam w aucie audiobook – Wielką Księgę przygód Reksia czytaną przez Jerzego Stuhra. I to była miłość od pierwszego wejrzenia. Nie tylko ze strony Bobasy, a i z mojej, bo przyłapałam się, że odstawiwszy dziecię do przedszkola wcale nie przełączam radia, tylko słucham dalej w drodze powrotnej.

Dlatego też po reksiową książkę sięgnęłam z wielką nadzieją – w przeciwieństwie do kreskówki jest w niej bardzo dużo tekstu. I miałam rację – Reksio czytany (nawet bez Stuhra, ale mama tez daje radę) znacznie bardziej przypadł córce do gustu, niż Reksio do oglądania. W sumie, to chyba powinnam się cieszyć?

Szczególnie, że w książce „Reksio. Dobranocka wszech czasów” naprawdę jest co czytać. To aż 10 bogato ilustrowanych opowiadań, idealnej długości do czytania przed snem.

Bardzo odpowiada nam stosunek tekstu do ilustracji – na każdą zapisaną stronę przypada strona z obrazkiem do oglądania, dzięki czemu nawet 2,5 letni maluch się nie nudzi przy dłuższych już partiach tekstu. Bo historyjki są całkiem rozbudowane – tak, jak zazwyczaj czytamy przed snem trzy książeczki, tak w przypadku Reksia tylko jedno opowiadanie (podobnie mamy z serią „Basia”). Z drugiej strony tekst ma na tyle duże litery, że idealnie sprawdzi się również w pierwszych czytelniczych próbach. I nawet babcia w końcu nie narzeka, że literki małe!

Ilustracje w większości zajmują całe strony i są super – to w końcu Reksio. I może nie jestem obiektywna ze względu na własne nostalgiczne wspomnienia z dzieciństwa, ale naprawdę nic im nie brakuje – są sympatyczne, duże i czytelne (idealne nawet dla zupełnych maluszków), pełne zwierzątek, dynamiczne i w nasyconych kolorach.

A treść odpręża, bawi i daje dobry przykład przyjaźni, solidarności i koleżeństwa. Bo trudno o lepszego kolegę od tego pieska z łatką na uszku.

Dopatrzyłyśmy się jednak jednego strategicznego błędu. Każda historia to nowa emocjonująca przygoda – wraz z Reksiem i jego przyjaciółmi z podwórka mały czytelnik wybiera się do lunaparku, zdobywa górskie szczyty, bawi się chowanego, chwyta wiatr w żagle i odkrywa tajemnice wodnych głębin, pomaga w jesiennych zbiorach, organizuje atrakcje dla rozbrykanej kaczej dzieciarni, a nawet staje oko w oko z groźnym dzikiem. Ale przez prawie dwa tygodnie nie było nam dane się tego dowiedzieć, bo pierwsze opowiadanie dotyczy tarzania się w kałuży, ciskania w przyjaciół pacynami lepkiego błotka i wzajemnego ochlapywania się wodą z pompy. Wobec tego Majka codziennie chciała czytać ten i tylko ten jeden rozdział wciąż i wciąż. Znam go już praktycznie na pamięć!

Małym minusem może być ciężar książki. To bardzo konkretna pozycja (ponad 220 stron!), w dużym formacie, z dobrej jakości papierem zamkniętym między twardymi okładkami – to w końcu jubileuszowa edycja na 50-te urodziny tego bohatera. Imponująca księga gotowa bawić kilka pokoleń, ale nie szczególnie praktyczna, jeśli chcemy czytać ją maluszkowi na kolankach w fotelu. Dlatego my czytamy na dywanie!

Pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów Reksia i świetna dla tych, którzy dopiero chcą rozpocząć swoją przygodę. Obie z Majką serdecznie polecamy!

Reksio. Dobranocka wszech czasów, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2018, 225 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Bajki Majki: „Klasyka dla smyka” Julian Tuwim, Jan Brzechwa

To już druga propozycja zbioru najsłynniejszych wierszyków dla maluszków od Wydawnictwa Papilon – „Klasyka dla smyka” pasuje formą do „Zasypianek” zawierających równie znane rymowanki i kołysanki dla maluszków. Coś mi się wydaje, że szykuje się ponadczasowa seria egzemplarzy obowiązkowych w dziecięcej bliblioteczce.

To również nasza druga książka z poezją Brzechwy i pierwsza (poza „Lokomotywą”) ze zbiorem wierszyków Tuwima. Zauważyłam jakiś czas temu, że gruby tom bajek Brzechwy, który świetnie sprawdzał mi się kiedy Majka była jeszcze leżącym bobasem, obecnie zupełnie wypadł z obiegu i smętnie zalega na półce – jest po prostu zbyt gruby i nieporęczny, szczególnie, że wciąż czytamy tylko kilka ulubionych tytułów. Co ciekawe, we wczesnym dzieciństwie Bobasa leżakująca na przewijaku czy macie gimnastycznej uwielbiała słuchać Brzechwy właśnie. Ale wyłącznie wierszy o morskiej tematyce – o sumie matematyku, rybach, żabach i rakach, czy śledziach. Więc w gruncie rzeczy, mimo wielkiego zbioru i tak czytałam może 10 na okrągło.

Oczywiście w małej książeczce wybór wierszy jest bardzo ograniczony – to tylko 6 wierszy Tuwima i 10 Brzechwy. I żadna nie jest o rybach (w sumie to na całe szczęście, bo nie mogę już na nie patrzeć). Za to w jednym miejscu zabrano najlepsze z najlepszych, wierszykowe szlagiery dzieciństwa, dzięki czemu mamy łatwy dostęp do najsłynniejszych rymowanek bez konieczności szperania w opasłych tomiszczach.

To wierszyki, które sprawdzą się w każdym wieku – od urodzenia aż do podstawówki, kiedy to nadejdzie czas uczenia się rymów na pamięć i recytowania na szkolnych apelach. Chociaż jako ściąga sprawdzi się raczej kiepsko – trudno upchnąć w kieszeni.

Za to twarda tekturka stron z pewnością oprze się terrorowi ząbkowania i kapiącej śliny młodych koneserów literatury. Fantastycznie, że rogi stron zostały bezpiecznie zaokrąglone – da się żyć, nawet, kiedy spadnie na stopę (sprawdzone…). Warto również wspomnieć, że jak na kartonówkę, „Klasyka dla smyka” jest stosunkowo lekka, sprzyja więc samodzielnej lekturze. A niewielki, kwadratowy format pozwala na wygodne trzymanie przez rodzica – nawet w jednej dłoni, podczas gdy drugą ręką trzeba podtrzymywać na kolanach wiercącą się latorośl.

Bardzo dobrze się sprawdza u mojej Prawie Trzylatki – ilustracje Anny Kaszuby-Dębskiej i Ewy Poklewskiej-Koziełło są interesujące i dużo się na nich dzieje (to chyba pierwszy raz, kiedy nie potrafię jasno zadecydować, które opracowanie podoba mi się bardziej), wybór wierszy broni się sam już od pokoleń, a czytająca mama często nie musi nawet patrzeć do tekstu, więc jest jeszcze wygodniej.

Atrakcyjna wizualnie, wygodna, przywołuje wspomnienia z dzieciństwa. Ponadczasowa lektura.

Super pomysł na jeden z pierwszych prezentów dla maluszka. Trochę trudno napisać dedykację, ale pisak do płyt w dłoń i dla chcącego nic trudnego. A pamiątka na lata, bo ładna, niewielka i wytrzymała.

To prawda, że klasyka zawsze się obroni. A w takim wydaniu, to nic trudnego.

Julian Tuwim, Jan Brzechwa, Klasyka dla smyka, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2018, 30 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Bajki Majki: „Mała Lama zbuntowana” Anna Dewdney

Tą książeczkę dostałyśmy w prezencie na dzień dziecka i nie ma co ukrywać – to był strzał w dziesiątkę dla mojej małej kumulacji buntu dwulatka. A teraz w dodatku przedszkolnego buntu dwulatka. A mimo to mam względem tej książki mieszane uczucia.

O tym, że lamy są super chyba nie trzeba nikomu mówić, szczególnie, że ostatnio (wraz z jednorożcami i leniwcami) przeżywają swój renesans i widujemy je na każdym kroku na każdym chyba możliwym gadżecie (na przykład na majkowym worku na przedszkolne buciki). Nie trzeba iść do ZOO i dać się opluć, by obcować z lamą.

Sama tematyka też zawsze będzie na topie – histerie dwulatków w centrum handlowym to widok, który obrósł już legendą. Mi na szczęście nigdy taka akcja się jeszcze nie zdarzyła w sklepie wielkopowierzchniowym (i z wielką publicznością), ale Bobasa dawała już popisy z rzucaniem się na podłogę w osiedlowym warzywniaku i na podjeździe, więc powoli zaczynam czuć ten klimat. Tym bardziej świetnie, że powstają książeczki na ten temat – będące pretekstem do rozmowy o problemie, kiedy już stres i nerwy opadną, w bezpiecznym i komfortowym otoczeniu wieczornych czytanek.

Mała Lama wybiera się z mamą na zakupy do prawdziwej świątyni handlu, czyli do olbrzymiego sklepu z mydłem i powidłem, gdzie musi grzecznie ścierpieć tłok, ścisk, hałas, przymierzanie gryzących sweterków i mozolne napełnianie wózka artykułami pierwszej potrzeby. A kiedy nuda i frustracja wypełnia Lamę po czubki uszu, mamy piękny przykład rozładowania nadmiaru dziecięcych emocji w sklepowym koszyku – z wyrzucaniem rzeczy, rozrywaniem zakupów, wrzaskiem i wiciem się.

Bardzo podoba mi się reakcja Mamy Lamy – nie jest nierealnie spokojna i pozbawiona emocji – mama ucisza synka, ale przede wszystkim udziela mu wielkiego wsparcia – przytula, tłumaczy i pomaga posprzątać bałagan. Samo przesłanie jest cudowne – kiedy jesteśmy razem, nie straszne nam nawet dłużące się zakupy.

I wszystko wydaje się być fajne – ważny temat, sympatyczni bohaterowie, ciepło i wsparcie psychiczne wobec nieokiełznanych emocji i happy end. Ale z drugiej strony ta książka jest strasznie dziwnie napisana. Rymy się nie rymują, zdania są podzielone w bardzo nienaturalnych miejscach, a niektóre z nich praktycznie nie mają sensu. Nie bardzo wiem, czy taki już jest styl autorki, czy to artystyczna wola tłumacza, ale książkę czyta się wyjątkowo nieprzyjemnie – tekst nie jest płynny, zdaje się być wydukany i kulawy, wobec czego ciężko go zapamiętać dorosłemu, a co dopiero maluszkowi. Może to sposób na pokazanie dziecięcego spojrzenia na świat i sposobu myślenia – zagmatwanego i nastawionego na odczucia i emocje, a nie na jasność komunikatu, ale nieszczególnie to do mnie przemawia.

Niemniej jednak Majka książkę kochała przez dobry miesiąc i czytałyśmy ją codziennie. A mimo to wciąż nie potrafię złapać rytmu ;)

Cieszę się, że ta trafiła na naszą półkę, ale raczej nie sięgniemy po dwie pozostałe części cyku.

Anna Dewdney, Mała Lama zbuntowana, Kraków, Wydawnictwo WAM, 2018, 34 s.