Grajki Majki: Pogromczyni kąpielowych kryzysów – lalka do kąpieli

Kryzysy kąpielowe są jak fale – przychodzą i odchodzą – choć od fal zdecydowanie mniej przewidywalnie. W jednym tygodniu Bobasa uwielbia się kąpać, a w drugim nagle zwabienie jej do wanny graniczy z cudem, a przez całe 5 minut mycia włosów modlę się, żeby zaalarmowani wrzaskami sąsiedzi nie wezwali opieki społecznej. Od jakiegoś czasu mamy niestety znowu do czynienia z kąpielową awersją i chwytam się każdego sposobu, który sprawi, że mycie dziecka będzie choć trochę mniejszym koszmarem. I wśród morza (hahaha) gadżetów i zabawek, wyszukałam lalę-bobasa, którego można zabrać ze sobą do wody. Trochę boję się zapeszyć, ale ten sposób na razie całkiem nieźle się sprawdza!

Jednym z pierwszych pozytywnych zaskoczeń po wyjęciu zabawki z pudełka był jej ciężar. Gumowa, pusta w środku lalka jest całkiem lekka, co nie tylko bardzo ułatwia dziecku zabawę, ale i czyni z niej towarzyszkę przygód również poza domem, bo jestem w stanie zaakceptować ją w torbie plażowej/basenowej. Oczywiście bez akcesoriów, w przeciwnym razie lalka musiałaby mieć swoją własną torbę, a to już się nie godzę (Matki-Wielbłądy, łączmy się!).

Drugim, chyba najważniejszym plusem z mojego punktu widzenia jest… wodoszczelność. Jako, że lalka jest pusta w środku, unosi się na wodzie, dzięki czemu unikniemy przeczesywania basenowego dna, kiedy podczas zabawy zniknie dziecku z oczu. Mimo, że między tułowiem, a kończynami są niewielkie szczeliny (dzięki nim lalka może siadać i ruszać rączkami), nie nabiera wody (przynajmniej na razie, choć przeżyła już niejedną kąpiel w wannie i kilka bardziej ekstremalnych imprez nad ogrodowym basenem). To dla mnie super ważne, bo mam lęki na temat grzybów rozwijających się w dziecięcych zabawkach do kąpieli. Każda jedna gumowa figurka kończyła w śmieciach, gdy tylko dojrzałam pod światło sinozielone cienie glonów złowieszczo czające się wewnątrz… A jednak łatwiej pożegnać się z niewielką gumową kaczuszką, niż z bobasem. Doceniam to również podczas zabawy na dworze, bo piachu też nie nabiera. Chociaż przynosi go w pieluszce.

 

Trzecim jest jej bogata wyprawka. Poza lalą w różowej pieluszce i opasce oraz wanienką (z korkiem do wypuszczania wody!) w zestawie znajdziemy gumową kaczuszkę (również bez dziurki, dlaczego wszystkie zabawki do kąpieli nie mogą wyglądać w ten sposób?!), aż 6 plastikowych buteleczek na szampony, oliwki i balsamy (niestety nieotwieralnych), mały ręczniczek i plastikowe mydełko, które, dzięki układowi paluszków, lalka może trzymać w dłoni. Moja Maja była odrobinę rozczarowana, że mydełko nie rozpuszcza się w wodzie. Ja jestem odrobinę rozczarowana dziurką, ale przecież nie można mieć wszystkiego.

Dzięki własnej wanience i zabawkowym kosmetykom zabawka sprawdzi się również w zabawach na dywanie. A możliwość wzięcia jej do wanny jest koronnym argumentem przekonującym moją przedszkolaczkę do kąpieli.

Jeśli mam na coś narzekać, to tylko na opakowanie – jak dla mnie za dużo zbędnego plastiku, ale na pewno wygląda efektownie. To jedna z tych zabawek pomyślanych na większy prezent.

Lalka do kąpieli „Bathtime set”, 38 cm 
Firma: Dolls World
Sugerowany wiek: 18m+.

Zarówno lalki, jak i inne propozycje zabawek umilających dziecku kąpiel, można kupić TUTAJ.

41934083_296243427841566_3088378774870294528_n

Grajki Majki: Janod, Układanka „Poznaję kształty”

Układanka z kształtami w roli głównej to jedna z tych zabawek, które od czasu do czasu potrafią zaabsorbować moje dziecko na tyle, że jestem w stanie ogarnąć jakiś obiad (a przynajmniej obrać kilka ziemniaków), bo przeciwieństwie do puzzli, Majka nie wymaga przy niej mojej asysty. Chociaż od czasu do czasu układamy również razem.

Zestaw zawiera pięć dwustronnych plansz, które dają razem dziesięć kolorowych obrazków z pustymi polami do uzupełnienia oraz dwadzieścia dziewięć płaskich, drewnieanych klocków różnego kształtu, koloru i wielkości. Wszystkie elementy, z planszami włącznie zostały wykonane z drewna. I są bardzo dobrej jakości – używamy całkiem intensywnie już ponad rok i ślady zużycia są naprawdę znikome.

Zabawka świetnie sprawdzi się jako pomoc w nauce kolorów (a kolory są piękne! Bardzo nasycone i nie ograniczają się do podstawowej palety) i nazw kształtów. To również dobre ćwiczenie koncentracji, cierpliwości i motoryki małej.

Poza walorami poznawczymi i edukacyjnymi, uzupełnianie obrazków odpowiednimi kształtami to super zabawa i nie ukrywam, że to jedna z tych gier, w które z przyjemnością daję się wkręcić razem z dzieckiem. I świetny pretekst do rozwijania wyobraźni – zarówno podczas wypełniania planszy kształtami (bo kto powiedział, że drzewa mają być zielone, a bałwan biały?), jak i podczas wymyślania zabaw. Czasami więc układamy nasze obrazki na wyścigi, innym razem możemy używać kształtów tylko jednego, określonego koloru. Albo zupełnie porzucamy plansze i układamy scenki według własnego pomysłu.

Jedyny minus, jaki jestem w stanie wymyślić, to ciężar pudełka. Chociaż poszczególne części nie ważą wiele, wszystkie razem są wyzwaniem dla malucha. Dlatego lepiej trzymać pudełko gdzieś nisko, żeby nie upadło na nóżkę małemu ciekawskiemu.

Prosta koncepcja, ładna szata graficzna, staranne wykonanie i ogranicza nas tylko fantazja!

Układanka „Poznaję kształty”
Firma: Janod
Sugerowany wiek: 2-5 lat

Grajki Majki: Chicco „Under the sea”

To jedna z dwóch gier o najniższym progu wiekowym w naszej kolekcji – producent poleca ją dla maluszków już od drugiego roku życia. Chociaż uprzedzam, że takie maluszki głównie jednak będą używać jej jako zabawki sensorycznej.

To jedna z gier-macanek, jak to (nieszczególnie poprawnie politycznie) lubię je określać. Ale co tu owijać w bawełnę – trzeba po prostu odszukać drogą macania odpowiedni przedmiot w czarnym woreczku. W pudełku znajdziemy osiem plastikowych zwierzątek morskich (żółwia, kraba, rozgwiazdę, ośmiornicę, konika morskiego, meduzę, rybkę i sercówkę), które wrzucamy do czarnego woreczka, oraz kartoniki z obrazkami będącymi przedstawieniami owych zwierzątek. W wersji podstawowej losujemy jeden odwróconych rewersem w górę kartoników i naszym zadaniem jest wyszukać w woreczku jego plastikowy odpowiednik. Oczywiście bez patrzenia. W trakcie gry można pomylić się trzykrotnie – za każdą pomyłkę dostaje się kartonik z wystawiającym język omułkiem.

Wersja zaawansowana wprowadza dodatkowe karty z cieniami zwierzątek i „mutkizwierzątkowe”, które utrudniają rozgrywkę o tyle, że wprowadzają element ćwiczący pamięć. Tym razem trzeba jak najszybciej zgromadzić wszystkie kartoniki odpowiadające wylosowanemu morskiemu stworzeniu. A kartoniki leżą rewersami do góry, jest to więc połączenie popularnej gry „memory” z macanką.

Mamy więc trening pamięci, spostrzegawczości, cierpliwości i koncentracji, a do tego świetne ćwiczenie wrażliwości małych paluszków i motoryki małej.

A jeśli chcemy pobawić się z zupełnym maluszkiem, wystarczy nie włączać do rozgrywki woreczka i pozwolić dziecku dopasowywać modele do przedstawień na kartonikach mając wszystkie elementy gry w zasięgu wzroku.

Bardzo lubię gry, książki i pomysły, które rosną wraz z dziećmi. W których wraz z wiekiem znajdujemy dodatkowe rzeczy i zauważamy szczegóły, które nam wcześniej umykały. Dlatego też polecam bardzo. Szczególnie, że wodne zwierzątka to u nas zawsze pewniak – na równi z kotami i pszczołami. Dziwne są te dziecięce upodobania.

Under the sea
Firma: Chicco
Sugerowany wiek: 2+ (wersja uproszczona), 4-99 (wersja zaawansowana)

Grajki Majki: Djeco „Little action”

Kiedy od drugich urodzin minęło już nieco czasu i Majka zrobiła się już całkiem ogarnięta, zaczęłam rozglądać się za pierwszymi grami. No wiecie, na rynku jest mnóstwo fantastycznych propozycji i sama nie mogłam się już doczekać, mimo, że większość z tych gier przeznaczonych jest dla maluszków powyżej trzeciego roku życia i sporo z nich polega na rzucaniu kostką, a nie do końca na tym mi zależało. Bobasa miała wtedy etap demona energetycznego (w sumie ma go do dziś…) i w turlanie kostki wkładała zdecydowanie zbyt wiele entuzjazmu.

Bądźmy szczerzy – nie jest łatwo znaleźć grę dla dziecka, które roznosi energia i zamiast siedzieć i choć przez chwilę skupić się na planszy woli robić dziesięć innych rzeczy. Najczęściej jednocześnie.

„Little action” to właśnie propozycja dla takich wiercipupek – przede wszystkim najciekawszą dla dziecka rzeczą w pudełku są gumowe zwierzątka. Całkiem ładne, lekkie i miękkie, wobec czego nawet rzucone z całej siły przez pokój nie narobią szczególnie wielu szkód. A rzucanie jest jak najbardziej dozwolone! Jeśli tylko wylosujemy właśnie takie wyzwanie.

Gra składa się z sześciu gumowych dzikich zwierzątek, dwudziestu kart z wyzwaniami różnego typu oraz dwunastu medali ze zwierzątkami. Każdy z graczy losuje kartę i musi, wykorzystując do tego zwierzątka, wykonać jedno z pięciu rodzajów zadań: utrzymać jedno ze zwierzątek na głowie przez 30 sekund, wrzucić określone zwierzątko do pudełka, strącić jedno zwierzątko drugim, podrzucać je w górę i złapać (to jest chyba najtrudniejsze dla maluszka!), podawać sobie z rąk do rąk albo ustawić jedno na drugim. Zadania na kartach zostały przedstawione w sposób rysunkowy, dzięki czemu dziecko samo poradzi sobie z odczytaniem, ale wymaga to chwili skupienia. Potem zostaje już tylko ćwiczenie motoryki, koordynacji ruchowej, refleksu i cierpliwości. A na wytrwałych czekają medale!

Świetna zabawa dla całej rodziny – wbrew pozorom zadania nie są wcale tak banalnie proste, jakby się to mogło wydawać, nie tylko dla maluszka. Utrzymanie zwierzątka na głowie to mój osobisty koszmar :D

Karty i medale wykonane zostały z naprawdę grubej tektury, dzięki czemu niestraszne im ani zagniecenia, ani nadmiar śliny.

Gra jest stosunkowo droga, ale ze względu na pomysł, wytrzymałość i jakość wykonania zdecydowanie warta swojej ceny. Była jedną z naszych pierwszych nabytków i gramy już dobre pół roku, a nie widać jakichkolwiek śladów zużycia.

Little Action
Firma: Djeco
Sugerowany wiek: 2,5-5 lat

Grajki Majki: Aksjomat „Magiczny quiz. Potrzyj i sprawdź”

Magiczny quiz to coś, czego jeszcze nie widziałam, choć oczywiście farba reagująca na temperaturę ciała jest czymś, co dobrze znam również ze swojego dzieciństwa. To jedna z tych zabawek, które lubię najbardziej – prosty pomysł w niebanalnej formie.

Każdy z quizów to niewielki, bardzo lekki kołozeszyt zawierający ponad 70 pytań, którym towarzyszą trzy wersje rysunkowych odpowiedzi. Każda z nich oznaczona jest innym symbolem (u starszaków literką). Po podjęciu decyzji należy dotknąć czarny kwadracik pod adekwatnym symbolem. Jeśli odpowiedź jest poprawna, ukarze się uśmiechnięta zielona buźka. Jeśli jest błędna – smutna i czerwona.

 

Jedna książeczka z quizem gwarantuje naprawdę długą zabawę – nie tylko ze względu na dużą ilość pytań, ale również z tego prostego względu, iż jest wielorazowa. W ofercie są po dwa różne quizy z pytaniami dostosowanymi do poziomu każdej z trzech grup wiekowych: 3-,4- i 5-cio latków.

To bardzo sympatyczny pomysł na spędzenie kilku chwil razem z dzieckiem (a pomoc rodzica jest niezbędna, bo ktoś musi jednak przeczytać polecenia). Dzięki torebkowemu formatowi quizu, świetnie sprawdzi się na przykład jako rozpraszacz malucha w podróży, czy restauracji. Jest naszym stałym wyposażeniem w kolejce u lekarza. A że strony wykonano z całkiem wytrzymałej tekturki, można zabierać go wszędzie ze sobą bez najmniejszego stresu o ewentualne zniszczenia.

Ładne obrazki, kieszonkowa forma, nieskomplikowane zasady i zróżnicowany poziom trudności to tylko część zalet quizu. A przy okazji jest to produkt polski, więc jest jeszcze fajniej.

Uwaga natury praktycznej – najlepiej używać w temperaturze pokojowej. Na mrozie trudno będzie ogrzać magiczne okienko i obrazek będzie zanikał momentalnie po odsunięciu od niego palca, za to zostawiony na kaloryferze quiz bezwstydnie obnaży wszystkie swoje tajemnice ;) W przypadku zmiennych warunków pogodowych z pewnością przyda się druga wersja quizu na awersie kart – pozbawiona magicznych okienek, ale równie zagadkowa, co reszta.

Magiczny Quiz. Potrzyj i sprawdź
Firma: Wydawnictwo Aksjomat
Sugerowany wiek: 3+; 4+; 5+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Aksjomat.

Grajki Majki: Janod „Strzeż się kreta”

Kolejna gratka dla wielbicieli drewnianych zabawek. Co prawda jest odrobinę mniej eco od Beehives, ale jedyny minusik, który mogę przyznać na tym polu należy się za zaklejenie pudełka plastikową taśmą klejącą. Co akurat w przypadku tego rodzaju kartonika jest czynnością całkiem uzasadnioną.

Gra składa się z drewnianej planszy z otworami podzielonej na grządki w które pionowo wkładamy przestrzenne elementy z warzywami – 4 fioletowe rzepy, 4 czerwone pomidory, 4 pomarańczowe marchewki i 4 żółte dynie oraz 4 krety w kolorowych okularach przyczajone na kopczykach po bokach planszy. Każdy z graczy otrzymuje swoją małą grządkę. Celem gry jest jak najszybsze zgromadzenie na swoim kawałku poletka wszystkie cztery rodzaje warzyw, co można osiągnąć poprzez wyrzucenie odpowiedniego koloru na sześciennej kostce. Ale uwaga! Dwie ścianki kostki zajmują wizerunki kreta. A kiedy kret dostanie się na grządkę uczestnika, zbiory nie są możliwe aż do momentu ponownego wyrzucenia kreta na kostce.

Wielkimi atutami są atrakcyjna forma i staranne wykonanie gry. Każdy element gładko wchodzi w odpowiednie otwory, nasycone barwy farb nie ścierają się nawet podczas długotrwałego memłania w dziecięcych łapkach, a na drewnie próżno szukać jakiejkolwiek nierówności. Chociaż rozgrywka pozornie wydaje się bardzo prosta, faktycznie zajmuje około 20 minut, jak podają na opakowaniu. Niby łatwizna, a jak ciekawie podana! Kiedy przychodzi do zbierania plonów, nawet największa wiercipupa nie ma problemu ze skupieniem się na chwilę. A poza koncentracją, podstawami rywalizacji i powtórzeniem kolorów pomaga poćwiczyć również sprawność manualną małych rączek.

Ponadto należy się tłuściutki plus za polską instrukcję – chociaż brakuje naszej wersji językowej w dodawanych do gry książeczkach, firma postarała się o tłumaczenie na dodatkowej karteczce. Jestem bardzo mile zaskoczona twardą tekturką i opracowaniem graficznym tak samo ładnym, jak to dla Francuzów, Anglików, czy Niemców. Widać, że każdy szczegół został wykonany z należytą starannością, nawet pozornie niewiele znaczący.

Wyjątkowo emocjonująca gra wciągnie i trzylatka i dorosłego. Nawet sobie nie wyobrażacie jakie te cholerne krety są frustrujące!

Strzeż się kreta!
Firma: Janod
Sugerowany wiek: 3-6 lat

Bajki Majki: Seria „Pucio” Marta Galewska-Kustro, Joanna Kłos

Nareszcie dojrzałam do tego, by wziąć na warsztat chyba najbardziej lubianą i rozpoznawalną serię wspomagającą rozwój mowy. A dojrzewałam do tego naprawdę długo, bo książki pani Galewskiej-Kustro pojawiają się w naszym domu niemalże na bieżąco, zaraz po wydaniu.

Pierwszą część przygód Pucia dostaliśmy w prezencie tuż przed pierwszymi urodzinami Majki. Początkowo mieliśmy trochę problemów logicznych z imieniem głównego bohatera, bo najczęściej używanym przez nas pieszczotliwym określeniem Bobasy było właśnie Pucia (no wiecie, za niemowlaczka miała takie puciaste policzki, że nic, tylko robić „puci, puci puci” :D), ale w końcu udało nam się to rozgraniczyć i szybko stała się jedną z najczęściej czytanych książek na majkowej półce. Do tego stopnia, że zarówno mi, jak i mężowi zbrzydła kompletnie. A potem pojawiły się kolejne części i z każdą następna było bardzo podobnie.

Wbrew pozorom książki z tej serii mają całkiem sporo tekstu, dobrze sprawdzą się jako jedna z pierwszych książek do dłuższego czytania. Już jeden „Pucio” wystarczy, by spełnić minimum dwudziestominutowego czytania dziecku.

Wszystkie części zostały wykonane z grubej tektury, a ich format zbliżony jest do A4, przez co są stosunkowo ciężkie i osobiście nieszczególnie lubię trzymać je w jednej ręce, kiedy czytam z córką na kolanach, bo to po prostu mało wygodne. Pucia czytamy więc najczęściej na dywanie.

Pomijając jeszcze przez chwilę walory edukacyjne, jestem wielką fanką ilustracji Joanny Kłos. Wypełniają one całe strony książek, spychając tekst do roli dopełnienia (z powodzeniem można też w ogóle nie czytać tekstu, skupiając się na wspólnym opisywaniu przedstawionych sytuacji wraz z dzieckiem – to świetne ćwiczenie na kreatywność i skupienie uwagi), ale odkąd mój mąż zauważył „Jakie oni mają dziwne nosy!” widzę głównie nosy bohaterów. Niemniej jednak wizualnie wciąż bardzo mi się podoba, to świetnie zaprojektowane książeczki!

A jednym z ich największych atutów, jest zwiększający się poziom, dzięki czemu seria rośnie wraz z dzieckiem:

„Pucio uczy się mówić. Zabawy dźwiękonaśladowcze dla najmłodszych” – jak już wskazuje nam sam tytuł, pierwsza część serii skierowana jest do najmłodszych odbiorców (my czytaliśmy od mniej więcej 10go miesiąca życia) i jest po brzegi wypełniona onomatopejami. Fabuła ujęta jest w króciutkie zdania uzupełnione wyrazami dźwiękonaśladowczymi. A te, poza pojawianiem się w tekście, zapisane zostały również na ilustracjach, w dymkach i wyszczególnione na dolnym marginesie. Pod względem tematyki książka porusza sceny najczęściej znane maluszkowi z codzienności – wspólne posiłki, spacery po mieście i parku, spędzanie wolnego czasu, czy wycieczka do dziadków na wieś. Jest hałaśliwie, rodzinnie i wesoło. A ostatnie strony poświęcono na powtórkę – piktogramy z podpisami zachęcają do wspólnego powtarzania poznanych dźwięków.

Marta Galewska-Kustro, Joanna Kłos, Pucio uczy się mówić. Zabawy dźwiękonaśladowcze dla najmłodszych, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2016, 40 s.

„Pucio mówi pierwsze słowa” – ta część skierowana została już do nieco starszych czytelników i z pewnością ucieszy każdego przedszkolaka. Jako, że pojawia się w niej temat uczęszczania do przedszkola, fajnie sprawdzi się jako książeczka ułatwiająca adaptację. Ponadto znajdziemy tu też urodziny głównego bohatera, rodzinne wyjście na basen, zakupy z mamą i codzienne rytuały, bo spędzamy z Puciem calutki dzień – od pobudki, aż po zaśnięcie. Ta część nastawiona jest na poznawanie słów – nazw obiektów i czynności i tym razem to one, wraz z obrazkami, zostały wyszczególnione na marginesach i w „powtórce” z tyłu książki. Poza samymi nazwami przedmiotów i czynności maluch pozna również przymiotniki pomagające w ich opisywaniu, na zasadzie przeciwieństw (jak na przykład mały i duży, brudny i czysty, wesoły i smutny) oraz przedimki pomagające określić ich położenie (np. w, na, pod).

Marta Galewska-Kustro, Joanna Kłos, Pucio mówi pierwsze słowa, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2017, 40 s.

„Pucio i ćwiczenia z mówienia, czyli nowe słowa i zdania”. Na początku miałam wrażenie, że ta część się u nas nie przyjmie i szał na Pucia już przeminął. Kiedy do nas trafiła, Majka mówiła już całkiem ładnie i miała spore słownictwo, dlatego już podczas pierwszego czytania sama z marszu opisała mi wszystko to, co działo się na ilustracjach jeszcze zanim zdążyłam przeczytać jej tekst. I chociaż dłuższe już nieco zdania są bardziej zaawansowane pod względem używanych określeń (na przykład jest aż sześć różnych określeń miejsca), dość szybko się Bobasie znudziła. A potem przyszła zima i zaczął się jej renesans stając się najulubieńszą lekturą świata. Bo fabuła dotyczy właśnie zimowego wyjazdu w góry. Jest budowanie karmnika dla ptaków, dokarmianie leśnych zwierząt, oczekiwanie na śnieg, zimowe szaleństwo, narty, sanki, łyżwy, bałwany i co tylko można sobie wymarzyć. Z korkiem na Zakopiance i wizytą na urazówce włącznie.

Marta Galewska-Kustro, Joanna Kłos, Pucio i ćwiczenia z mówienia, czyli nowe słowa i zdania, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2018, 40 s.

„Pucio na wakacjach. Ćwiczenia wymowy dla przedszkolaków” to ostatnia i chyba moja ulubiona część przygód tej zakręconej rodzinki. Nie tylko dlatego, że dzieje się latem (i to częściowo nad morzem!), ale przede wszystkim dlatego, że od samego początku jest dla mojej Mai największym wyzwaniem. Tym razem puciorodzina wsiada do wypożyczonego przez ciocię kampera i rusza podbijać Kaszuby. Przeczytamy tu o rozbijaniu namiotu, kąpielach w jeziorze, wycieczkach rowerowych, leśnych piknikach, skakaniu przez morskie fale, wizycie w skansenie, jedzeniu ryby z frytkami, czy wspinaczce na latarnię morską. A wszystko to opisane zostało już naprawdę złożonymi zdaniami w dłuższych partiach tekstu. Tym razem rysunki sytuacyjne na marginesach podpisane zostały z oznaczeniem głosek, których wymowę należy ćwiczyć. Marginesy zostały podzielone na trzy części – adekwatnie do wieku czytelnika – mamy więc osobne wyrazy dla trzy-, cztero- i pięciolatków. Ponadto poza standardową powtórką pojawiły się również pomysły na gimnastykę buzi, czyli robienie minek trenujących aparat mowy. Super sprawa.

Marta Galewska-Kustro, Joanna Kłos, Pucio na wakacjach. Ćwiczenia wymowy dla przedszkolaków, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2018, 40 s.

Mimo tego, że każda z kolejnych części bez najmniejszego problemu zdobywa serce mojego dziecka, chętnie wracamy również do poprzednich książeczek z przygodami Pucia. Nikt w końcu nie powiedział, że przedszkolak nie może mieć frajdy z muuuczenia jak krówka i tykania jak zegarek, prawda?

Polecamy z całego serducha, ale uwaga! Ta seria wciąga. I niedługo całkiem wam zbrzydnie. Na szczęście kolejne części pojawiają się całkiem często – akurat, kiedy rodzic nie może już patrzeć na poprzednią ;)

Mieliście już przyjemność poznać Pucia, Misię i Bobo?

Grajki Majki: Janod „Świąteczna układanka trzywarstwowa”

Nie da się ukryć, że świąteczne klimaty przesiąkają każdy szczegół – zadomowiły się również w naszej szafce z grami w formie trzystopniowych drewnianych puzzli.

Układanka Janod to tak naprawdę cztery osobne obrazki – drewnianą podstawę z przystrojonym bożonarodzeniowo domem uzupełniamy o coraz to więcej szczegółów pozwalającym nam rzucić okiem w niedaleką przeszłość i dowiedzieć się skąd pod choinką wzięły się te wszystkie prezenty.

Najpierw uzupełniamy rysunek o dwa puzzelki z dziećmi radośnie rozpakowującymi upominki. Kolejna warstwa składa się z trzech elementów i przedstawia Świętego Mikołaja zostawiającego paczuszki pod drzewkiem, a ostatnia – sześcioelementowa – ukazuje zewnętrzne ściany domku i Mikołaja wchodzącego przez komin.

Wszystkie jedenaście elementów i podstawa wykonane zostały z drewna z nadrukowanym obrazkiem. Całość mieści się w  niewielkim, kartonowym opakowaniu. A przyznaję, że zarówno zgrabne opakowanie, jak i całkowity brak plastiku (również w opakowaniu), to szczegóły, które cenię coraz bardziej.

Moja Maja dostała tą zabawkę już w zeszłym roku, kiedy miała niecałe dwa lata i nauczyła się jej zaskakująco szybko. Dlatego też bałam się trochę, że kiedy wyjmę ją na kolejny adwent, odkryje sposób układania w kilka sekund i znudzona rzuci ją w kąt. Nic bardziej mylnego – rok w szafie sprawił, że mamy zupełnie nową zabawkę, którą moje dziecko odkrywa na zupełnie nowy sposób.

Ładna, świąteczna, wytrzymała i starannie wykonana zabawka na więcej niż jeden sezon. Zdecydowanie polecamy jako odpoczynek od sprzątania i gotowania!
Wesołych Świąt!

Świąteczna układanka „Puzzle 3 Niveaux”
Firma: Janod
Sugerowany wiek: 2-4

Grajki Majki: Plan Toys „Beehives”

Tą grę kupiłam już jakiś czas temu, skuszona „pszczółkową” tematyką i wrzuciłam do szuflady czekając aż pojawi się jakaś prezentowa okazja. W ten właśnie sposób pszczółki zostały podrzucone przez Mikołaja do majeczkowych bucików i od 6 grudnia zrzuciły z podium niemalże wszystkie nasze dotychczas ulubione gry i układanki.

Nie ma co ukrywać – sama jestem nimi totalnie zachwycona. Gra jest pięknie wykonana i genialna w swojej prostocie. Zestaw zawiera sześć domków, czyli sześciokątnych komórek plastra miodu, sześć uroczych pszczółek w kolorach odpowiadających domkom, dużą pęstetę (nigdy wcześniej nie musiałam pisać tego słowa!) i instrukcję obsługi. Cała zabawa polega na ułożeniu domków zgodnie ze schematem i umieszczeniu w nich pszczółek za pomocą szczypczyków.

To, że moja niemalże trzyletnia córka sama ogarnęła cudownie przejrzystą i intuicyjną rysunkową instrukcję mile mnie zaskoczyło, ale nie zszokowało. Za to byłam zdumiona tym, jak szybko Majka nauczyła się operować pęsetą. A przy tym od samego początku wystarcza jej skupienia, by przy przenoszeniu pszczół bzyczeć bardzo przekonująco.

Ponadto zaczęła układać historyjki – że pszczółki lecą po nektar, a potem wracają do domków spać i następnego dnia znowu muszą wylecieć, bo cały miodek zjadły im słonie (namiętnie oglądamy Kubusia Puchatka). A jeśli któraś z pszczół przez przypadek wpadnie jej do nieodpowiedniego domku, układa między nimi dialogi przepraszając za najście.

Nie uświadczycie tu ani skraweczka plastiku – wszystkie elementy układanki są z malowanego drewna a skrzydełka owadów z filcu. Nawet woreczek do przechowywania pszczółek jest papierowy. Kartonik nie był też dodatkowo owinięty folią. Takie małe szczegóły, a robią ogromną różnicę.

Nieskomplikowana, bardzo starannie wykonana i dopasowana do potrzeb małego odbiorcy. Świetny trening sprawności manualnej, motoryki małej, skupienia uwagi, spostrzegawczości, myślenia abstrakcyjnego i powtórka z nazw kolorów.

Absolutna rewelacja. I pomyśleć, że trafiłam na nią zupełnie przez przypadek!

Beehives (4125)
Firma: Plan Toys
Sugerowany wiek: 3+