Bajki Majki: „Małe Licho i tajemnica Niebożątka” Marta Kisiel

Dziewięcioletni Bożydar ma niestandardowe imię, niestandardową rodzinę i mieszka w niestandardowym domu. Ma swojego prywatnego (przeuroczego!) anioła stróża i wujka, który stale struga wariata. Pradawny potwór szykuje mu wymyślne posiłki, zamiast komiksów czytuje poezję, a trzy niemieckie widma odgrywają z nim na strychu sztuki teatralne.

Aha, a jego tata jest glutem.

Oj tak, Bożek ma odjechane życie i jest z niego absolutnie zadowolony. Do czasu, aż nie pójdzie do szkoły, gdzie usłyszy, że jest „dziwakiem”. Wtedy stanie się wyjątkowo naburmuszonym Niebożątkiem.

To piękna historia o dorastaniu (a jak wszyscy doskonale wiemy, dorastanie to trauma życia) i uczeniu się funkcjonowania w społeczeństwie. O potędze wyobraźni, przyjaźni, odwadze bycia innym i tolerancji.

To fantastycznie upiorna przygoda, która wywołuje ciarki na plecach i gęsią skórkę na przedramionach. Bo wraz z bohaterami trafimy w zaświaty, gdzie tak samo łatwo o śmiertelne zagrożenie, jak o śluz na butach. Pamiętam z jaką pełną grozy fascynacją czytałam w dzieciństwie „Króla Olch”. Od tamtego czasu zdążyłam już trochę dorosnąć, a okazało się, że jakoś wcale nie jest mniej strasznie.

A jednocześnie ta książka bywa tak uroczo, puchato przekochana, że nie wiem co.

Jest fenomenalna pod względem literackim. Zabawna, prawdziwa i pełna mądrości. Zmusza do niekontrolowanych prychnięć śmiechem i poruszą ważną tematykę. Wyciąga za uszy własne wspomnienia z dzieciństwa i zmusza do mądrego (i nieco zrezygnowanego) kiwania głową nad trudami rodzicielstwa. Czyta się ją jednym tchem i pragnie się więcej.

„Nie możesz go zawsze prowadzić za rękę (…). Czasem niestety musisz się wycofać i patrzeć jako sobie radzi sam. Nawet wtedy, kiedy chciałbyś wkroczyć najbardziej.”

Polecam z całego serca i dzieciom i dzieciatym. Kocham tą książę za przypomnienie moich ulubionych lektur z dzieciństwa, za poczucie humoru, za gluty, pflompanie, za Licho i brokat wymieszany z piaskiem. „Małe Licho” pięknym telemarkiem ląduje na liście moich najukochańszych czytadeł ever. Tuż obok „Tam, gdzie spadają anioły” Terakowskiej.

Genialny klimat na nadchodzące Halloween.

Marta Kisiel, Małe Licho i tajemnica Niebożątka, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2018,  208 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

Bajki Majki: „Księżniczki i smoki” Christina Björk, Eva Eriksson

Nie jest łatwo być smokiem. Ani księżniczką, prawdę powiedziawszy. Ale jakby na to nie patrzeć, chyba najtrudniej jest być rodzicem. Nie ważne którego gatunku.

„Księżniczki i smoki” to zbiór siedmiu niedługich, bardzo bogato ilustrowanych opowiadań – po jednym na każdy dzień tygodnia. Dzięki nim poznajemy siedem wysoko urodzonych kuzynek i mamy przyjemność spędzić z każdą z nich jeden dzień. I z każdą z nich przeżyć przygodę, od której włosy się na głowie jeżą.

Bo te historie są kompletnie nieedukacyjne i absolutnie niepoprawne! W końcu czy wiedzieliście, drodzy rodzice, że sceptyczne podejście do higieny i unikanie mydła może kiedyś uratować Wasze córki przed porwaniem przez smoka?

Przede wszystkim jest komicznie i zaskakująco (serio, te opowiadania wymykają się wszelkim standardom, nie tylko tym ze smoczo-księżniczkowego kanonu, ale również tym po prostu zdroworozsądkowym!), ale znajdziemy tu również garść mądrości. Bo księżniczki potrafią się dzielić, nieźle negocjować, bronić młodszego rodzeństwa, obstawać przy swoim i generalnie nie dają sobie w kaszę dmuchać. Mają też jednak pozłacane telewizory i komputery. Bywają humorzaste, nadąsane, leniwe i uparte. Nie słuchają rodziców (którym swoją drogą też daleko do ideału). To w końcu małe dziewczynki.

A i sprytne smoki nieźle kombinują! Mają zęby w kształcie korkociągu i podpijają poziomkowe wino z królewskiej piwnicy. I oczywiście stale próbują porwać nasze bohaterki.

Jest też księżniczka, która spotyka w internecie złego smoka, po czym pomaga mu szukać miłości na stronach z ogłoszeniami matrymonialnymi.

Nigdy nie widziałam czegoś takiego i wciąż nie mogę się otrząsnąć z szoku.

Ta książka jest zła. Genialnie, cudownie zła. Dzieci będą ją uwielbiać!

PS. Ilustracje są boskie, kiedy zwątpicie w wychowawcze walory tekstu, po prostu cieszcie oczy obrazkami, a wasze rodzicielskie serca wypełni otucha.

PS.2. Czy wspominałam już kiedyś, że UWIELBIAM SMOKI?

Christina Björk, Eva Eriksson, Księżniczki i smoki, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2011, 36 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zakamarki.

Bajki Majki: „Ojej! Niespodzianka” i „Ojej! Skarb”, Anna Jankowska, Adam Święcki

Niespodzianka! Dwie zupełnie nowe książeczki o Czarusiu już tu są! I gorąco polecają się na Dzień Dziecka.

O pierwszej części przygód pomarańczowego kota i o samej koncepcji aktywnego czytania pisałam już TUTAJ. Poza wartościami edukacyjnymi „Zmalowane” urzekło mnie sprytnym i genialnym w sowiej prostocie sposobem, w jaki można tłumaczyć dzieciom sztukę nowoczesną i odmienne sposoby postrzegania świata. Natomiast „Niespodzianka” i „Skarb” chwyciły mnie za serce swoją… uroczością! Mają tak ciepłe i pozytywne przesłanie, że moją pierwszą reakcją było przeciągłe „Awwww!”. Drugą też.

Obie historie zostały oparte na tym samym schemacie, choć ich tematyka jest zupełnie inna.

W „Niespodziance” Czaruś zauważa, że zupełnie zapomniał przygotować się do urodzin Loli. Ale co to dla niego! Dla tak pomysłowego pluszaka sporządzenie prezentu last minute to żaden kłopot. Szczególnie, kiedy wokół tyle wspaniałości. Zbiera więc wszystko to, co akurat go zachwyci – maliny, czereśnie, kwiatki, kamyki, grzybka, skórkę od banana… Problem pojawia się dopiero w momencie, w którym podczas pakowania kotek pakuje również samego siebie! I tym oto sposobem urządza swojej właścicielce największe zaskoczenie – na urodziny dostała kota w worku!

To piękny przykład dziecięcego zachwytu odkrywaniem świata, kiedy to każdy kwiatek, listek, kamyk i ślimak są czymś wyjątkowym, zaskakującym i wartym zabrania ze sobą i sprezentowania bliskiej osobie. I jedna z najważniejszych życiowych prawd – to my, nasza pamięć i nasze starania jesteśmy najwspanialszym prezentem. A dzieci i ich pomysły to zawsze jedna wielka niespodzianka.

W drugiej książeczce, Czaruś postanawia zdobyć dla Loli najprawdziwszy skarb. W tym celu dokłada wszelkich starań, by przegonić z upatrzonej i bardzo ciekawej dziupli smoka, który mógłby urządzić sobie w niej leże i składować kosztowności. Smok jednak nie jest skory do wyjścia, za to kiedy nasz bohater odważa się w końcu zajrzeć do otworu… sam wpada do środka, gdzie, kocim zwyczajem, zwija się w kłębek i zasypia. Tam właśnie znajduje go kilka godzin później zaniepokojona Lola. A tęsknota i zmartwienie uświadamiają im, że największym skarbem nie są wcale złoto i szlachetne kamienie (a nawet zwykłe kamienie o ciekawych kształtach!), a ci, których kochamy.

Ale przecież przygody Czarusia to nie tylko samo czytanie! Kod QR zabiera nas do strony, skąd pobrać można wersję tekstową komiksu (aż sześciostronicowe opowiadania!), czarusiowe kolorowanki i pomysły na zabawy, logiczne i ruchowe, inspirowane historyjkami. I to nie takie zwyczajne zabawy, a rozwijające przygody, w które można zaangażować całą rodzinę – ćwiczące między innymi skupienie, cierpliwość, myślenie przestrzenne i kreatywność – a przede wszystkim niesamowicie angażujące. Bo czy może być coś fajniejszego od poszukiwania skarbów, sporządzania tajemniczej mapy, pakowania zaskakujących prezentów a nawet szykowania własnego dzieła sztuki?

Urocze historie, zdolne roztopić nawet najbardziej kamienne serce skuteczniej niż ostatnie upały, przesympatyczny pluszowy bohater pełen szalonych pomysłów, niezastąpione ilustracje Adama Święckiego, humor i inspirujące pomysły na przeżywanie przeczytanych książek jeszcze długo po odłożeniu ich na półkę to coś, co czyni z tych niewielkich, cienkich pozycji obowiązkowe lektury nie tylko dziecka, ale i rodziny. Świetnie sprawdzą się również w przedszkolu, czy książkowym klubie maluszka – na przykład jako pomysł na zainicjowanie dyskusji o wartościach.

Czarujący pomarańczowy kot jest zawsze dobrym wyborem. Fantastycznie, że dwie kolejne części są równie wartościowe, co pierwsza i w ten sam sposób zmieniają CZYTANIE w DOŚWIADCZANIE, a dodatkowo gwarantują sporą dawkę wzruszenia i jeszcze więcej niespodzianek.

Anna Jankowska, Adam Święcki, Ojej! Niespodzianka, Wrocław: Atomedia, 2018, 30 s.
Anna Jankowska, Adam Święcki, Ojej! Skarb, Wrocław: Atomedia, 2018, 30 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Autorki.

Bajki Majki: „Feralne urodziny ze Skarpetką” Benjamin Chaud

Zacznę od tego, że już sam tytuł nauczył mnie czegoś nowego – nie miałam pojęcia, że jest takie słowo, jak „feralne”, zawsze używałam „felerne”. Wiecie, jak w „A to feler – westchnął seler.” A tu się okazuje, że oba słowa jak najbardziej istnieją i oba znaczą mniej więcej to samo – pechowy.

W ilustracjach Benjamina Chauda zakochałyśmy się razem z córką już przy okazji dźwiękonaśladowczej serii o Lalo, Babo i Bincie, która bardzo długo zajmowała honorowe miejsce na podium najulubieńszych lektur Bobasy. Jednak po zgłębieniu jednej z przygód słonia Pomelo (miałyśmy „Pomelo i kolory”) mój entuzjazm znacznie osłabł – w stosunkowo grubej książeczce ilustracje zajmowały zaskakująco mało miejsca, były powtarzalne i nieco dziwaczne. I choć sam tekst momentami bywał zabawny, to miałam wrażenie, że moja dwulatka nie bardzo rozumie o czym czytamy. Pomyślałam wtedy, że Chaud jest dobrym ilustratorem, ale ktoś inny powinien mu najpierw napisać dobrą historię.

Po lekturze „Feralnych urodzin ze Skarpetką” wiem już, że byłam w wielkim błędzie.

Wyjątkowy format książki (jest nieco większa niż A4) pozwolił autorowi rozwinąć skrzydła swojego talentu. Bo Chaud opowiada przede wszystkim obrazem. Większość ilustracji w tej książce, to cudownie szczegółowe plansze wypełniające całe strony – tekst jest jedynie dopełnieniem historii i niewielkim objaśnieniem sytuacji, w jakiej znajduje się główny bohater oraz emocji, które odczuwa.

 

Nasz bohater wybiera się bowiem (wraz królikiem – niezawodnym kompanem każdej przygody) na urodziny swojej ukochanej Julii, która jeszcze ani trochę nie zdaje sobie sprawy z jego uczuć. Tego wieczoru jednak ma się to zmienić. Wyszykował się wyjątkowo starannie – przygotował własnoręcznie zrobiony prezent i obmyślił bardzo dowcipne przebranie. Wszystko jednak idzie nie tak – nikt nie powiedział mu, że nie jest jedynym zaproszonym gościem, nikt inny się nie przebrał, kunsztowny kwiatek z taśmy klejącej wczepił się Julii we włosy uniemożliwiając wręczenie romantycznego upominku, a już po kilku chwilach solenizantka tańczy z innym chłopakiem. Prawdziwa katastrofa z królikiem w tle.

„Feralne urodziny ze Skarpetką” to przesympatyczna, wyjątkowo zabawna historia o tym, że nie zawsze wszystko przebiega dokładnie tak, jak to sobie zaplanowaliśmy. I nie, wybuchy histerii nic na to nie pomogą – a wręcz przeciwnie – wszyscy będą tylko obserwować w zdziwieniu jak miotasz się po podłodze w spazmach nieopanowanej wściekłości i nikt nie będzie próbował cię pocieszyć. Przede wszystkim dlatego, ze nie wie o co ci chodzi. (Dla dwulatka to bardzo wartościowa lekcja i jestem autorowi nieopisanie wdzięczna za poruszenie tego tematu.). Ale mimo to nie należy się zniechęcać, bo przecież drobne niepowodzenia, a nawet zwykły, złośliwy pech nie są w stanie stanąć na drodze dobrej zabawie i prawdziwej przyjaźni, a każdą wpadkę można przekuć w coś dobrego.

Genialne, wielkoformatowe ilustracje to zdecydowanie wielka siła tej pozycji. Podobnie jak potężna dawka dobrego humoru i pozytywnej energii. Zapewniam, że rozbawi i dziecko i rodzica, bo ze Skarpetką po prostu nie można się nudzić. Chociaż on sam jest tylko królikiem baranem i tak naprawdę nie za wiele robi. Ale i tak jest super!

Benjamin Chaud, Feralne urodziny ze skarpetką, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2017, 36 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.

Bajki Majki: „Jakie to szczęście, że cię znalazłem” Guido van Genechten

Chyba od zawsze mam słabość do długouchych kitajców opowiadających o miłości, co już od dłuższego czasu staram się przekazać Majce. Wydaje mi się, że to pokłosie jednej z moich ulubionych książeczek późnego dzieciństwa – „Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham”. Tym razem jednak wpadła mi w oko zupełnie nowa historia o zakochanych zającach, równie urocza, choć tym razem już nie o miłości rodzicielskiej, a romantycznej – „Jakie to szczęście, że cię znalazłem”.

Pełen energii zajączek Kicek do złudzenia przypomina mi moją córę – rozbrykany i rozkicany, stale skory do psot, niepotrafiący usiedzieć choć chwili w jednym miejscu. Prowadzi całkiem sympatyczne, życie pełne skakania, smakołyków i krótkich drzemek, czyli tego, co małe zajączki lubią najbardziej. Jak każdy zając jest świetny w kicaniu. Ma też jeszcze jedną niezwykle przydatną umiejętność – superczuły nos, który za każdym razem bezbłędnie doprowadza go na grządkę najbardziej soczystych marchewek i między korzenie jodły idealnej na drzemkę. Kicek ufa swojemu nosowi całkowicie, dlatego gdy pewnego dnia wywąchał nowy, intrygujący zapach pomknął za nim jak strzała. Tym razem czuły nosek zaprowadził go do czegoś wyjątkowego – prosto do zajączkowej dziewczynki.

Tak właśnie poznali się Kicek i Zuzia i od tej pory dzielili wspólnie wszystkie małe przyjemności – razem kicali, razem chrupali słodkie marchewki i razem odpoczywali pod jodłą. A wszystko to dzięki noskowi, który pomógł im się odnaleźć.

Pięknie ilustrowana, ciepła, przeurocza opowieść o przyjaźni, zakochaniu i poszukiwaniu szczęścia.

Choć książka ma papierowe strony, usztywnienie w postaci twardej okładki dobrze się sprawdza i spokojnie można czytać już z dwulatkiem. Ilustracje zdecydowanie dominują nad tekstem (uwielbiam sposób, w jaki autor potrafi zawrzeć mnóstwo wartościowej treści w niewielu prostych słowach!), dzięki czemu maluszek nie ma szansy się zniecierpliwić, a uniwersalność historii wzruszy i starszaka i czytającego rodzica też.

Genechten po raz kolejny nas nie zawiódł!

Guido van Genechten, Jakie to szczęście, że cię znalazłem, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2016, 32 s.

plakat kampanii KOCHANIEprzezCZYTANIE

Recenzja powstała w ramach akcji #KOCHANIEprzezCZYTANIE organizowanej przez Save the Magic Moments. Serdecznie zapraszam do zapoznania się z wpisami innych uczestniczek kampanii i zachęcam do czytania dzieciom nie tylko w lutym. Wspólne czytanie to jeden z najpiękniejszych sposobów budowania więzi.

~ Książeczkę wypożyczyłyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

 

Bajki Majki: „Martynka. Moje pierwsze historyjki.” Gilbert Delahaye, Marcel Marlier

Jakiś czas temu pisałam o nowym wydaniu „Martynki”, od którego Maja zaczęła swoją przygodę z jedną z bohaterek mojego dzieciństwa. I choć cudne ilustracje przykuwały jej uwagę, a usztywniane strony oparły się niszczycielskiej działalności ciekawskich paluszków, to same opowiadania okazały się być jeszcze zbyt długie i rozbudowane na ograniczoną cierpliwość mojej prawie dwulatki.

Jest jednak jedna martynkowa publikacja skierowana do najmłodszych książkowych molików – jeszcze w wieku przedprzedszkolnym, czasami się śliniących i potrafiących degustować literaturę również dosłownie – i to ona jest naszym strzałem w dziesiątkę. Choć przesyłkę od Wydawnictwa Palpilon odebrałam dopiero 27 grudnia, to „Martynka” jest jednym z najbardziej trafionych prezentów świątecznych Bobasy.

Książeczka jest naprawdę spora – kwadratowa, wydana na grubych tekturowych stronach o bezpiecznie zaokrąglonych rogach – jest wobec tego dość ciężka, ale podoba się tak bardzo, że Majka daje radę trzymać ja na kolanach i oglądać sama nawet podczas nocnikowego posiedzenia.

W tym przypadku zdecydowanie prym wiodą ilustracje – jedna, maksymalnie dwie na stronie zajmują praktycznie całą ich powierzchnię. Maj jest tym faktem zachwycona (szczególnie jeśli chodzi o zwierzątka i, z jakiegoś powodu, deszcz), a ja nigdy wcześniej nie miałam szansy dojrzeć w „Martynce” aż tylu szczegółów. Zbiór zawiera cztery historyjki – „Martynka idzie na bal”, „Martynka bawi się w mamę”, „Martynka ma urodziny” oraz „Martynka i osiołek”. Każde z opowiadań zostało skrócone do maksimum – zajmują po 4 do 5 stron, po maksymalnie trzy zdania na każdej – a mimo to powyciągane z większego kontekstu wersy wciąż układają się w spójną i logiczną całość, która całkowicie wystarcza małemu, niecierpliwemu czytelnikowi.

Rymy Wandy Chotomskiej są melodyjne i zapadają w pamięć, a że moje dziecię zakochało się w tej książce bez pamięci, to znam je już na wyrywki i mogę recytować nawet w środku nocy. Ale najpiękniejsze jest to, że w trakcie wspólnego czytania albo samodzielnego oglądania, Majka patrząc na obrazek sama buduje zdania i opowiada mi co właśnie Martynka i jej przyjaciele porabiają. To pierwsza książka, która skłoniła ją do czegoś więcej niż wskazywanie paluszkiem i nazywanie przedmiotów przedstawionych na ilustracjach, nie ukrywam więc, że za każdym razem mocno się wzruszam.

Jeśli mogłabym coś zmienić, to osobiście zwiększyłabym czcionkę. Jest na to jeszcze sporo miejsca, a dziadkowie narzekają na małe literki. Wydaje mi sie nawet, że całość wyglądałaby wtedy estetyczniej.

Polecamy z całego serduszka wszystkim maluchom, które jeszcze Martynki nie znają, i ich mamom, które być może pamiętają ją z własnego dzieciństwa!

Gilbert Delahaye, Marcel Marlier, Martynka. Moje pierwsze historyjki, Poznań: Wydawnictwo Publicat S. A., 2014, 18 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Bajki Majki: „Miasteczko z bajki” Dorota Gellner, z ilustracjami Joli Richter-Magnuszewskiej

Wpadające w ucho rymy Doroty Gellner towarzyszą nam już od dawna – „Myszka” niezmiennie nas wzrusza, „Pisklak” bawi, a wierszyk o jamniczku znam już na pamięć, bo Bobasa życzy sobie go odczytywać przynajmniej raz dziennie. Dlatego też do „Miasteczka z bajki” podeszłam ze sporym entuzjazmem – jak się okazało – zupełnie słusznie.

Między okładkami kryje się bowiem pełna dziwów mieścina zamieszkana przez niesamowicie sympatycznych zwierzęcych bohaterów. A każdy z nich ma swoje przygody. Majka na swojego faworyta bezsprzecznie wybrała niemalże czarny charakter – tajemniczego kota – łakomego kataryniarza i hotelarza noszącego się niczym Szpieg z Krainy Dreszczowców, wciskającego tu i ówdzie swoje zaostrzone pazurki. Bardzo podobają się jej również żaby i rodzina myszek, mnie zaś urzekł pająk dziergający koronki, który decyduje się rzucić wszystko i „wyjechać w Bieszczady”. W Miasteczku z Bajki domek susła ziewa wraz ze swoim gospodarzem, nietoperz nosi lakierki, most dzwoni, z pędzącej dorożki w groszki spadają elementy deseniu, a ratusz wieńczy koronkowa kokarda. Nie można się tu nudzić – króliki kicają, a hotel odwiedza tajemniczy smok… Wszystkie te szalone przygody opisane zostały w 20 niedługich, zabawnych i momentami zaskakujących wierszykach, których melodyjne rymy zostają w pamięci na długo po zamknięciu książeczki.

Dużym plusem jest właśnie wykorzystanie krótkich form – choć wszystkie utwory układają się w spójną całość, bez problemu można skończyć szybciej i wrócić do lektury następnego dnia albo wybierać tylko ulubione wierszyki. Takie zabiegi znacznie ułatwiają mi czytanie odkąd Maj straciła cierpliwość do dłuższych partii tekstu i często przewraca strony zanim skończę czytać.

Całość została zilustrowana w niebanalny, „wycinankowy sposób”. Mnogość szczegółów zachwyca moją małą fankę „Ulicy Czereśniowej”, ćwiczy spostrzegawczość i – co moim zdaniem naprawdę ważne, a coraz częściej zapominane – całkiem dokładnie obrazuje tekst. I to zarówno jeśli chodzi o bohaterów wierszyków i ich przygody, a także samą topografię miasta, które samo w sobie może pretendować do roli bohatera tej książeczki.

Książka jest całkiem duża, dzięki czemu czytelna. Całokartonowe, bezpiecznie zaokrąglone strony ułatwiają samodzielne poznawanie bajkowego miasteczka, a niewielki ciężar pozwala wygodnie czytać z maluszkiem na kolanach.

Dorota Gellner, Miasteczko z bajki, Poznań: Wydawnictwo Publicat S.A; 2017, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Bajki Majki: „Mały atlas ptaków Ewy i Pawła Pawlaków”

U niektórych śnieg już leży, u innych jeszcze go nie widać – za naszym oknem zima to się pojawia, to znika. Odkąd na początku jesieni zainstalowaliśmy na balkonie karmnik dla ptaków, razem z Mają dbamy, aby codziennie pojawiły się w nim jakieś ziarenka albo okruszki.

Zanim jeszcze na stałe wprowadziła się do nas całkiem urocza parka gołębi, przylatywały najróżniejsze okazy – od olbrzymich mew, przez krakające kawki aż do malutkich żółtobrzuchych sikorek i pospolitych wróbelków. Ale części naszych gości nie byliśmy w stanie zidentyfikować. I wtedy wpadł mi w oko przepiękny atlas ptaków dla najmłodszych.

„Mały atlas ptaków Ewy i Pawła Pawlaków” to spora, całokartonowa pozycja składająca się z 20 plansz poświęconych 20 gatunkom ptaków. Co ciekawe, jest on ilustrowany nie tylko zdjęciami, ale również kolażami z tkanin, akwarelowymi szkicami, zdjęciami piór „wklejonych” do atlasu, a nawet dziecięcymi rysunkami. Całość układa się w różnorodny, nico barokowy miszmasz – będący tak naprawdę przygotowywanym wspólnie przez całą rodzinę, intymnym albumem dokumentującym wspólne zainteresowania.

Co zaskakujące jak na atlas – jest on narracyjny, a wszystkie informacje o ptaszkach podawane są za pomocą historyjek z życia pewnej rodziny, całkiem podobnej do naszej, która również decydowała się podglądać przylatujących do karmnika gości. Dzięki temu całość czyta się niesamowicie przyjemnie – tekst jest zabawny, pełen ciekawostek i nieobciążający młodziutkich umysłów nadmiarem specjalistycznej wiedzy i trudnych określeń. Autorzy zarażają swoją pasją i pozwalają małemu czytelnikowi zerknąć do swojego świata. Razem z nimi zmieniamy obserwowanie przylatującego po okruchy ze śniadania ptactwa w wielką przygodę. Jesienią niejednokrotnie zastałam czekającą przy drzwiach balkonowych Majkę z jej pluszową sikorką w pod pachą i atlasem otwartym na odpowiedniej stronie, czekającą na śniadanie dla ptaszków, gotową na porównywanie ilustracji z rzeczywistością. A nasza kotka-emerytka za każdym razem dzielnie jej towarzyszy.

DSC_1030

To właśnie dzięki tej fantastycznej pomocy naukowej zidentyfikowaliśmy naszego najbardziej zagadkowego amatora ziarenek – ptaszka z kremowym łebkiem w kropki i niebieskimi paskami na skrzydłach – jako sójkę. I razem z majotatą cieszyliśmy się tym odkryciem dokładnie tak samo jak nasza Bobasa.

Chcecie wiedzieć jaki ptak ma tak dobry słuch, że słyszy ruchy robaków pod ziemią? Który z ptaków się śmieje, a który jest zawsze skory do bijatyki? Jeśli tak, koniecznie sięgnijcie po tą pozycję! Bardzo polecam wszystkim ciekawym natury maluszkom i wszystkim dorosłym rozkochanym w niebanalnej ilustracji dziecięcej. Bo to książka mądra, pożyteczna i naprawdę wyjątkowa pod względem estetycznym.

Ewa Kozyra-Pawlak, Paweł Pawlak, Mały atlas ptaków Ewy i Pawła Pawlaków, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2017, 42 s.

Bajki Majki: „Martynka. Małe historie” Gilbert Delahaye, Marcel Marlier

Widzieliście już najnowsze wydanie ponadczasowej „Martynki”? Wydawnictwo Papilon przygotowało trzy tematyczne zbiory przygód tej uroczej bohaterki w wersji skierowanej do najmłodszych odbiorców. „Małe historie o zwierzątkach”, „Małe historie o wielkim szczęściu” i „Małe historie do czytania przed snem” wydane zostały na utwardzanym papierze całkiem odpornym na gniecenie przez małe paluszki. Z bezpiecznie zaokrąglonymi rogami i przewagą ilustracji nad tekstem – w formie idealnej by zachwycać kolejne pokolenia przedszkolaków.

Nie mogłam się już doczekać aż pokażę Majce jedną z bohaterek mojego dzieciństwa – w istocie „Martynka” wychowała niejednego członka mojej rodziny. Pamiętam jak czytałam ją mojej młodszej siostrze (sama jeszcze ledwo dukając i myląc się przy składaniu sylab) i jak jakiś czas później ona sama właśnie z Martynką podejmowała swoje pierwsze czytelnicze próby. A jedna z moich ulubionych ciociobabć co jakiś czas wspomina, że po emigracji do kraju nad Loarą to właśnie na „Martynkach” nauczyła się francuskiego. Sympatyczna Martynka od lat ciekawi, bawi i wychowuje. Pomaga maluchom radzić sobie w nowych sytuacjach, uczy delikatności i wrażliwości, kształtuje prawidłowe postawy i rozwija wyobraźnię.
Nie ma co ukrywać – to dla mnie bardzo sentymentalna podróż do dzieciństwa. Zawsze uwielbiałam miękkie, delikatne i nieco ckliwe ilustracje towarzyszące opowiadaniom. Baśniowe, dopracowane i pełne szczegółów, z wielkookimi i długorzęsymi postaciami, pełne kolorów i małych zwierzątek. W tych trzech zbiorach odnalazłam bardzo dobrze mi już znane historie, jak „Martynka i 40 kuchcików”, czy „Martynka i pies bohater”. Jednak nie nudziłam się nie przez chwilę, bo jednak większość opowiadań była dla mnie zupełną nowością (a byłam pewna, że przygody tej małej dziewczynki znam od deski, do deski i nic mnie już nie zaskoczy!). Szczególnie wzruszająca okazała się opowieść o ochronie przyrody i jednocześnie o sile dziecięcej wrażliwości.

Ze względu na niewielką czcionkę są to zdecydowanie pozycje do czytania przez rodzica – wspaniała propozycja do wspólnego spędzania czasu jeszcze zanim dziecko samodzielnie zacznie składać litery.

Początkowo Bobasa była nieco rozczarowana, ponieważ w książeczce o zwierzątkach nie było ani jednego kotka poza tym na okładce, szybko jednak znalazłyśmy opowiadanie „Martynka kocia mama” otwierające część przeznaczoną do czytania przed snem. I to właśnie nasz hit – zagęszczenie małych puszystych kotków na niecałych 20 stronach jest zachwycająca, szczególnie z punktu widzenia mojej prawie dwuletniej kociary. Przyznaję jednak, iż jest to jedyna historyjka, której Majka spokojnie słucha od początku do końca – w przypadku innych tematów skupia się głównie na mniej szczegółowych ilustracjach, najchętniej ze zwierzątkami, i szybko przerzuca strony nie skupiając się za bardzo na tekście. To jednak lektura dla nieco starszego czytelnika – myślę, że jako trzylatka będzie nią zachwycona.

Naprawdę musiałam się porządnie postarać, żeby znaleźć coś, do czego można by się przyczepić – niektóre ilustracje zostały umieszczone na zgięciu stron, co odbiera im sporo uroku, całe szczęście dotyczy to nielicznych obrazków. Same książeczki są też dość ciężkie, jest jednak nieuniknione w przypadku użycia grubego, lakierowanego papieru. Mimo to zamknęłabym każdą z książeczek w twardej oprawie, bo to właśnie okładka okazała się być najsłabszym ogniwem w starciu z moją małą Destrukcją i odrobinę dostała w kość podczas czytania.

Jeśli nie macie jeszcze pomysłu na prezent dla przedszkolaka, bardzo rozważyć ciepłe, zaskakujące i zabawne przygody Martynki. Z pewnością gwarantują masę atrakcji i dla czytającego i dla słuchacza. No i są po prostu piękne.

Gilbert Delahaye, Marcel Marlier, Małe historie o zwierzątkach, Poznań: Wydawnictwo Publicat S.A., 2017, 128 s.
Gilbert Delahaye, Marcel Marlier, Małe historie o wielkim szczęściu, Poznań: Wydawnictwo Publicat S.A., 2017, 128 s.
Gilbert Delahaye, Marcel Marlier, Małe historie do czytania przed snem, Poznań: Wydawnictwo Publicat S.A., 2017, 128 s.

Za nostalgiczny powrót do dzieciństwa dziękuję Wydawnictwu Publicat S.A..