Bajki Majki: „Idą święta!” czyli najpiękniejsze książeczki dla dzieci o zimie i świętach cz. III

Co nowego odkryliśmy w tym sezonie i co będziemy wspólnie odkrywać przez cały grudzień? Zobaczcie sami!

„Idą święta! O Bożym Narodzeniu, Mikołaju i tradycjach świątecznych na świecie” Monika Utnik-Strugała – najlepszy wybór na książkę wprowadzającą w świąteczny klimat. Ta pięknie wydana encyklopedia bożonarodzeniowych tradycji gwarantuje nam wycieczkę śladami świątecznych obchodów po caluteńkim świecie. Bogato ilustrowany zbiór zwyczajów porusza aż 37 tematów – od dekoracji, przez skrzaty i inne stworzenia, świąteczną loterię, wyszukane potrawy, aż po przesądy i odwieczny spór o to, kto właściwie przynosi dzieciom prezenty. I kiedy.

Komu Mikołaj podrzuca prezenty już 11 listopada? I w dodatku przybywa do nich… parostatkiem? Czy wszyscy wierzą, że św. Mikołaj mieszka we Laponii? A może wręcz przeciwnie – w słonecznej Hiszpanii? Kto ciągnie sanie świętego na szwedzkich pocztówkach? Dlaczego drzewa iglaste uważane były za magiczne, czym była podłaźniczka i kto wieszał choinkę pod sufitem – do góry nogami? W jakim kraju można zobaczyć pływającą choinkę? W jakim regionie, podczas adwentu, sadza się przy stole drewniany pieniek w czapeczce i karmi się go słodyczami? (Nie potrafię nie zdradzić Wam, że 24 grudnia pieniek wydala słodycze pod choinką). Kto w bożonarodzeniowej szopce umieszcza figurkę mężczyzny… robiącego kupę i dlaczego?! A może jesteście ciekawi w jakim kraju na święta przygotowuje się rzeźby z rzodkiewek? Albo w jakim kraju i dzieci i dorośli na pasterkę jadą na wrotkach? A to tylko niektóre z ciekawostek, wyciągnięte z tej kopalni świątecznej wiedzy na chybił trafił. Moim zdaniem pozycja obowiązkowa, będziecie się świetnie bawić całą rodziną!

Monika Utnik-Strugała, Idą święta! O Bożym Narodzeniu, Mikołaju i tradycjach świątecznych na świecie, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2019, 128 s.

Co roku wydawnictwo Zakamarki wydaje „książkowy kalendarz adwentowy” – okołoświąteczną historię podzieloną na 24 rozdziały, po jednym na każdy dzień oczekiwania na Boże Narodzenie. Tegoroczna książka nosi tytuł „Grudniowy gość” i z pewnością nie jest typową historią o Mikołajach, elfach i tradycjach, choć akcja dzieje się tuż przed świętami i przygotowania do świętowania pełnią w nich pewną rolę. Świat Marty ulega sporym zmianom, gdy jej rodzina decyduje się przyjąć pod swój dach kuzyna uciekającego z ich rodzinnego kraju przed wojną. Tak duża zmiana w życiu musi budzić emocje – od zazdrości, przez poczucie niesprawiedliwości (w końcu dziewczynka musi oddać nieznajomemu swój pokój!), niepewność i współczucie. Nie spodziewa się jednak, że wkrótce połączy ich pewna niezwykła tajemnica…

Nieco mroczna, ale jednocześnie pełna nadziei i rodzinnego ciepła opowieść o oczekiwaniu. Bardzo magiczna, mocno niesamowita i momentami trochę smutna, ale z prawdziwie świątecznym zakończeniem. Nic więcej Wam nie powiem – sprawdźcie sami!

Siri Spont, Alexander Jansson, Grudniowy gość, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2019, 99 s.

„Narodzenie Jezusa” to jeden z dziesięciu rozdziałów „Historii Biblijnych” opowiedzianych przez Barbarę Supeł i to on posłuży nam w tym roku za podstawę i żródło odpowiedzi na niekończące się pytania ciekawskiej prawie czterolatki. Opowieść zaczyna się od Zwiastowania, kończy zaś na Pokłonie Trzech Króli. Przedstawiona zostałą prostymi słowami i wzbogacona w wiele codziennych, rodzinnych szczegółów ocieplających surową biblijną narrację i czyniących ją bardziej zrozumiałą dla młodego odbiorcy.

Barbara Supeł, Narodzenie Jezusa [w:] „Historie Biblijne”, Warszawa: Wydawnictwo Zielona Sowa, 2019 s. 59-73.

W zeszłym roku Majeczka znalazła pod choinką mówiące pióro Albik, wraz z pierwszym elementarzem. I choć trudno w to uwierzyć, ta jedna książeczka służyła nam przez cały rok – nie codziennie, ale z całkiem sporą częstotliwością – niejeden obiad dzięki niej udało mi się ugotować i niejedną kawę wypić. Rozglądając się za kolejnym tytułem spod szyldu Albika znalazłam fenomenalną Interaktywną szopkę 3D. To właściwie nie jest książka w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, ale długopis ją „czyta”, więc wszystko się zgadza. To jednokartkowa rozkładanka typu pop-up. Po dotknięciu priórem danej postaci lub sceny, Albik opowiada o zdarzeniach z Betlejem, polskich tradycjach i biblijnych symbolach. Dziecko ma również możliwość posłuchania kolęd i utrwalenia wiedzy dzięki grom i quizom. Nie mogę się doczekać, aż Maja znajdzie ją w kalendarzu adwentowym!

Eva Nejedlová, Czytaj z Albikiem. Betlejem. Interaktywna szopka 3D, Kraków: Albi Polska Sp. z.o.o, 2018, 2 s.

„Bardzo mały aniołek” Stephanie Jeffs przyciągnął moją uwagę wyjątkowymi ilustracjami, chociaż drażniło mnie trochę, że przedstawione anioły są tak strasznie babskie. Ale nie oceniam, skoro lubią sukienki, niech noszą!

 Pewien mały aniołek ciężko pracuje każdego dnia, by przypodobać się Bogu – pucuje anielskie instrumenty muzyczne, dokładnie ściera kurze i marzy o tym, by wreszcie dorosnąć i zająć się poważnymi sprawami. Dlatego jest bardzo rozczarowany, gdy to nie jemu przypada w udziale zaniesienie Marii dobrej nowiny. Prawdę powiedziawszy nie bardzo rozumie, dlaczego wiadomość o narodzinach małego Jezuska zmieni świat. Na szczęście znajdzie się ktoś, kto wszystko cierpliwie mu wytłumaczy, a Bóg ma wyjątkowe zadanie dla każdego, nawet najmniejszego z aniołów.

Staphanie Jeffs, Maria Cristina lo Cascio, Bardzo mały aniołek, Sandomierz: Wydawnictwo Diecezjalne i Drukarnia w Sandomierzu, 2008, 30 s.

~ Książkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2019 ~

 „Małe Licho i anioł z kamienia” Marty Kisiel prosto, zabawnie i z olbrzymią dawką niesamowitości otworzy Wam oczy na prawdziwy sens Bożego Narodzenia. Z ugniataniem ciasta na pierniczki (które objawią się w kształcie pand, nietoperzy i jednorożców) mackami, pflompaniem i dużą dawką serniczka.  Bo świętować może każdy – niezależnie od tego, czy się chodzi na religię, czy nie, niezależnie nawet od kształtu, czy stanu skupienia. I to świętować jak się chce! Trzy strony, a więcej tu mądrości, niż na niejednym kazaniu.

A poza tym, jak zawsze u Dożywotników, naprawdę przegenialna historia.

„Różnie się to nazywało, ale zawsze chodziło o to samo. O najdłuższą noc i najkrótszy dzień roku, o ciemność i światłość, symboliczną śmierć i odrodzenie słońca. I właśnie to świętowano (…). Radość, nadzieję. Nowe życie, które miało wkrótce nadejść wraz z wiosną.”

Marta Kisiel, Małe Licho i anioł z kamienia, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2019,  304 s.

„Wieczór gwiazdkowy na placu budowy” Sherri Duskey Rinker i Ag Ford to kontynuacja uwielbianego przez dzieci „Snów kolorowych placu budowy. Bo skoro jesteśmy już przy tym, że święta może obchodzić każdy, to przecież maszyny budowlane również!

Jak to przed świętami zwykle bywa, wszyscy mają pełne ręce (i łopaty?) roboty. Trzeba zakończyć budowę domu przed świętowaniem! Każda z maszyn daje z siebie wszystko, by zdążyć wykonać swoje zadania. I na każdą czka upominek, gdy tylko wigilijna noc dobiegnie końca. O jakich prezentach marzą koparka, wywrotka, spychacz, dźwig, czy betoniarka? Przekonajcie się sami! I przy okazji wyciszcie się przed pójściem do łóżka, bo plac budowy nie traci wcale swojej funkcji tulenia maluszków do snu. Nawet w ten wyjątkowy, świąteczny wieczór.

Wesoła, rymowana i zaskakująca, a jednocześnie bardzo spokojna opowiastka, która skradnie serce każdego dziecka zakochanego w autach i pojazdach do zadań specjalnych.

Sherri Duskey Rinker, Wieczór gwiazdkowy na placu budowy, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2019, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

„Ekspres Polarny” Chrisa Van Allsburga to historia, którą znam głównie z ekranizacji z Tomem Hanksem, miałam 12 lat, kiedy ta weszła do kin. Historia nie tak popularna, jak Kevin, ale bez której trudno wyobrazić sobie Boże Narodzenie. W tym roku doczekaliśmy się tak wyczekiwanego dodruku, dzięki któremu wreszcie miałam szansę poznać wersję pisaną. A już za kilka dni pozna ją i Majka.

Dorastanie nie zawsze jest przyjemne. A nie jest przyjemne ani trochę, gdy wiąże się z utrata wiary w Świętego Mikołaja. Jednak kiedy pod twoim oknem pojawia się pociąg oferujący niezapomnianą podróż wprost na odległy biegun północy – wprost do wioski pełnej elfów szykujących prezenty – czy można jeszcze mieć jakiekolwiek wątpliwości?

Mocno mi się wydaje, że nigdy wcześniej nie widziałam książkowej wersji „Ekspresu”, a jednak czytając tą krótką opowieść i sycąc oczy ilustracjami poczułam się, jakbym wróciła do domu.

Chris Van Allsburg, Ekspres Polarny, Lublin: Wydawnictwo Tekturka, 2019, 34 s.

„Elfy na ratunek” Barbary Supeł zasługują na miano najzabawniejszej świątecznej historii w tym roku. Prosta rymowanka wprowadza małego czytelnika w zgiełk elfich przygotowań prosto z bieguna północnego. Kiedy pomocnicy Świętego Mikołaja przygotowali już odpowiednie prezenty dla dzieci i spakowały sanie okazało się, że… renifery zmogło przeziębienie. I co teraz? Jak Mikołaj dotrze do wyczekujących jego wizyty maluchów? Rezolutne elfy prześcigają się w pomysłach, czy uda im się uratować Święta?

Barbara Supeł, Elfy na ratunek, Warszawa: Wydawnictwo Zielona Sowa, 2019, 32 s.

Jednak czy w magii Świąt chodzi wyłącznie o prezenty? Oczywiście, że nie! „Pomocnicy Mikołaja” przypomną najmłodszym, że najważniejsza jest pomoc innym, a przyjaźń i dobre chęci mogą zdziałać równie wiele, co czary. W wyniku zamieci rodzina Niedźwiedzi została zupełnie odcięta od lasu. Święty Mikołaj mobilizuje leśnych mieszkańców do pomocy i wraz z dzielnymi zwierzętami przynoszą Niedźwiadkom w prezencie… święta. Czy wiecie, jak je przygotować? Jeśli nie, ta książeczka z pewnością Wam pomoże!

Sympatyczne ilustracje picturebooka bez problemu wprowadzą w bożonarodzeniowy klimat, zwierzęcych bohaterów nie sposób polubić, a niewielkie ilości tekstu uzupełniają rysowaną historię. Mała ściąga z przedświątecznej krzątaniny i drobna lekcja życzliwości w jednym.

Barry Timms, Ag Jatkowska, Pomocnicy Mikołaja, Wydawnictwo Zielona Sowa, 2019, 32 s

„Celestynka. Gwiazda na nocnym niebie”
Tworząc tego przepięknego picturebooka wydanego tak, by formą przypominał pudełko zapałek, Gaëlle Callac i Marie Desbons dodały nowego blasku jednej z najpiękniejszych, ale i najsmutniejszych zimowych opowieści. Bo „Dziewczynka z zapałkami”, w przeciwieństwie na przykład do „Małej syrenki”, jest jedną z tych baśni Andersena, które nie doczekały się disneyowskiej adaptacji wraz ze szczęśliwym zakończeniem. I teraz też bieg tej opowieści nie zostanie zmieniony, mały jej fragment zostanie jednak opowiedziane zupełnie z innej perspektywy.

Celestynka jest jedną z wielu zapałek w pudełku. Czekając na moment, w którzy nadejdzie jej czas i ktoś w końcu po nią sięgnie, marzy o wielkich czynach i pragnie, by jej blask odmienił czyjeś życie. Chciałaby stać się prawdziwą gwiazdą. Tak też się dzieje, gdy sięga po nią Dziewczynka z Zapałkami z andersenowskiej opowieści. Dając Dziewczynce odrobinę ciepła, zapałka trafia do jej marzenia i przy okazji spełnia swoje, choć przyda jej to nieco innej sławy, niż ta, o której marzyła. Jej sława trwa tylko krótki moment, ale ta ulotna chwila będzie dla kogoś najważniejsza na świecie – chwila ciepła, radości, nadziei i pocieszenia.

Wzruszająca.

Gaëlle Callac i Marie Desbons, Celestynka. Gwiazda na nocnym niebie, Lublin: Wydawnictwo Tekturka, 2018, 28 s.

Szukając wzruszeń, magii, świątecznego pojednania i zimowej zarazy krzyżującej bohaterom plany, koniecznie sięgnijcie po pozycję dla nieco już starszych przedszkolaków – „Wróżki ratują Święta” to trzy opowiadania, które z pewnością chwycą za serce i dużych i małych.

Epidemia lodowej anginy postawiła Święta pod znakiem zapytania. Czy radość dzieci będzie ważniejsza, niż niesnaski między zimową krainą, a wiosennymi wróżkami? Kto pomoże spakować prezenty, zebrać listy i upiec pierniczki, gdy wszystkie elfy kichają i prychają?

Czy świąteczne cuda muszą być związane z elfami, wróżkami i zaprzęgami reniferów? A może czasami to tylko zbieg okoliczności, który, z odrobiną świątecznej pomocy potrafi odmienić czyjeś życie? Bartek, który znalazł pod choinką najprawdziwszych rodziców na pewno coś o tym wie!

I czy życie wypełnione zabawą aby na pewno jest spełnieniem marzeń?

Trzy piękne lekcje o miłości, pomocy innym, poszanowaniu różnic i docenianiu tego, co się ma w najpiękniejszej oprawie graficznej niezastąpionej Agnieszki Filipowskiej. Pełne wiary w magię i siłę wyobraźni.

Kasia Keller i Maciej Keller, Wróżki ratują Święta, Kraków: Wydawnictwo Skrzat, 2019, 64 s.

Nie da się ukryć, że moje dziecko, poza książkami ogląda też bajki. Nie często, ale zimą i jesienią zdecydowanie częściej, niż latem. A czy można odmawiać dzieciom animacji, do których sami mamy sentyment? Kiedy więc wypatrzyłyśmy w bibliotece „Gwiazdkę Misia Uszatka” – zbiór bajek według opowiadań Czesława Janczarskiego, nie zastanawiałyśmy się ani chwili. Na płycie znajduje się pięć zimowo-świątecznych odcinków – o ubieraniu choinki, lepieniu bałwanów, mrozie, saneczkowaniu, szykowaniu zapasów na zimę i wszechobecnym śniegu. Do płyty dołączono również książeczkę z króciutkimi uszatkowymi czytankami o podobnej tematyce, choć nie tej samej treści, dzięki czemu moja córka poznaje tego samego bohatera na dwa sposoby – i jako bajkę i jako postać literacką. A wszystko to w mroźnym, zimowym klimacie nadchodących Świąt.

Czesław Janczarski, Gwiazdka Misia Uszatka + CD, Warszawa: Wydawnictwo Bauer Sp. z.o.o, 2006, 19 s.

~ Książkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2019 ~

A Wy? Jakie świąteczne skarby wyszukaliście w bibliotekach i księgarniach w tym roku?

Wpis powstał w ramach świątecznej edycji akcji #KochaniePrzezCzytanie organizowanej przez niezastąpioną Magdę z Save the Magic Moments.

75250897_2566631203572594_6071593566101045248_o

Bajki Majki: PATRONAT „Bajkowe lulanki” Agnieszka Tyszka

Witajcie w tętniącym życiem leśnym poszyciu. Poznacie tu mnóstwo drobnych stworzonek, między innymi pomocną Wróżkę Lukrecję, opiekuńczą Szarą Ćmę, zagubione Elfiątko o niezaspokojonym apetycie na ciasteczka i jego cierpliwą mamę, odważną Biedronkę, porządnego Owadka, oczytanego Żuka… ach, to prawdziwa plejada osobliwych osobowości. Dzięki dziesięciu opowiadaniom, na które składa się ta książeczka poznamy ich niezwykłe przygody, przyjrzymy się łączącym ich relacjom i rodzącym się więziom. Można czytać po jednej historii każdego wieczora, albo połknąć całość w kilku kęsach. Dla starszych i dla młodszych, dla tych, co wierzą w elfy i dla kochających zapach lasu.

To bajki przede wszystkim o sile przyjaźni i nieocenionej wartości, jaką ma niesienie pomocy innym. I to nie ważne, czy tych innych lubimy, czy za nimi nie przepadamy, czy to nasi znajomi, czy widzimy ich po raz pierwszy w życiu. Jakby tego przesłania było mało, znajdziemy tu również co nieco na temat szkód, jakie wyrządzić może brak szacunku dla środowiska i poznamy największą życiową mądrość. Przeczytamy również kilka słów o pewności siebie, docenianiu tego, co się ma i szacunku dla drugiego stworzonka.

Wyjątkowego klimatu romantycznej niesamowitości, która tak mnie urzekła, dodają książce pełne księżycowego blasku ilustracje Aleksandry Kucharskiej-Cybuch. Zielone lico złośliwej czarownicy, włochate nóżki ćmy, ostre nosy i podbródki niebieskoskórych elfów i groźna pajęczyca to tylko niektóre z przykładów, które mogą wzbudzić na plecach dreszczyk. Dreszczyk niepokoju, ale i fascynacji. W końcu to, co czai się w mroku jest nader wręcz ciekawe, choć poznanie tych tajemnic wymaga odwagi. Zdecydowanie warto się na to zdobyć, bo mieszkańcy lasu są nader sympatyczni!

P.S. Sugerowany wiek odbiorcy to 6+, ale moim zdaniem spokojnie można już czytać z czterolatkiem. Szczególnie, że opowiadania są różnej długości – już od kilku bogato przetykanych ilustracjami stron.

Agnieszka Tyszka, Bajkowe lulanki, Łódź: Wydawnictwo Akapit Press, 2019, 96s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Akapit Press.

Bajki Majki: „Śmieciogród” Ola Woldańska-Płocińska

Czy można mówić na poważne tematy w zabawny, przystępny i jednocześnie mądry sposób, bez zbędnego moralizowania i ciągnięcia nudnych wykładów pełnych przestróg, nakazów i zakazów? I przy okazji zrobić z książki dzieło sztuki? Ola Plocińska udowodniła już te wszystkie tezy tworząc „Zwierzokrację”, poświęćcie więc chwilę, by przyjrzeć się jej kolejnemu dziełu z serii książek-monumentów mających moc zamieniania świata. Na jakże aktualny, problematyczny i kontrowersyjny temat, jakim są… zasypujące nas z każdej strony odpady. W końcu troska o Ziemię jest obowiązkiem każdego z nas: dorosłych – bo przykład idzie z góry, i dzieci – bo to, w jakim świecie przyjdzie im żyć zależy od decyzji i działań podejmowanych przez nas wszystkich każdego dnia.

Dzięki tej książce mały czytelnik prześledzić historię opakowań – od tych wymyślonych przez naturę, poprzez te wykonane z części roślin oraz wytworzone dłońmi człowieka z naturalnych materiałów, aż po produkowane masowo tworzywa sztuczne. Dowie się też gdzie lądują wszystkie te wszystkie opakowania po wypakowaniu z nich potrzebnych nam produktów. Świetnie wydana, bogato ilustrowana w charakterystycznym stylu autorki encyklopedia śmieci będzie świetnym punktem wyjścia do uświadomienia dziecku jak bardzo szkodliwe dla naszej planety są odpady, jak minimalizować ich wytwarzanie i w jaki sposób przetwarzać te już powstałe. Dowiemy się z niej jakie śmieci wrzucać do jakich śmietników, które z nich nadają się do ponownego wykorzystania, a które nie. Pomoże również w wypracowaniu dobrych nawyków nazwanych „złota piątką” są to: picie wody z kranu, wymienianie się niechcianymi przedmiotami, noszenie ze sobą bawełnianej torby i własnego prowiantu w wielorazowych pojemnikach, wielokrotnego używania tych samych rzeczy w pomysłowy sposób.

Czy w średniowieczu byli już śmieciarze? Do czego używano tektury nim wymyślono papierowe pudełka? Jaki surowiec wtórny był zbierany i przetwarzany ponownie już w X wieku? Ile czasu zajmuje przeciętnemu Amerykaninowi wytworzenie 60 kg śmieci? Czy czteroosobowa rodzina jest w stanie produkować jedynie słoik odpadów rocznie? Kim są freeganie i czy kompost i kompot to to samo? Na te i mnóstwo innych pytań znajdziecie odpowiedź w „Śmieciogrodzie”.

Nie wahajcie się, bo to nie tylko mądra i pożyteczna, ale też wspaniale wydana i świetnie zilustrowana pozycja!

Ola Woldańska-Płocińska­­, Śmieciogród, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2019, 80 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Papilon.

Grajki Majki: „Rami Code”, Quercetti

Nie da się ukryć, że programowanie to język przeszłości. A właściwie języki. Wiem coś o tym, bo nie rozumiem żadnego z nich…

I jak zazwyczaj w takich sytuacjach bywa, chciałabym, żeby moja córka nie podzielała mojej dezorientacji w tym temacie. A jeśli można nauczyć się czegoś tak pożytecznego poprzez zabawę, to grzechem byłoby nie spróbować!

Rami Code to zabawka edukacyjna rozwijająca kreatywność, myślenie przyczynowo skutkowe i ucząca rozwiązywania problemów krok po kroku. W końcu „kodowanie” to nic innego, jak pisanie instrukcji, według której maszyna wykonuje oczekiwane czynności.

„Ta umiejętność jest coraz ważniejsza w środowisku edukacyjnym, ponieważ stymuluje myślenie obliczeniowe u dzieci, umiejętność podzielenia skomplikowanych kwestii na mniejsze części, które są łatwiejsze do rozwiązania”.

A dla mojego na wskroś humanistycznego umysłu – trzeba tak wykombinować, żeby wiedzieć co zrobić, by osiągnąć określony cel. Najlepiej metodą prób i błędów.

Na pierwszy rzut oka Rami Code przypomina nieco automat typu flipper – nieznacznie pochylony, z kolorowymi kuleczkami, które musimy umieścić w odpowiednich miejscach. Tylko zamiast mechanicznych łapek do odbijania kuleczek mamy zestaw dźwigni (odpowiadających dwóm cyfrom systemu dwójkowego: 0 i 1) poruszających zwrotnicami, dzięki którym planujemy tor toczenia się kulki. Kiedy ta rusza z pola startowego, wszystko jest już przesądzone.

Ustawiając cztery dźwignie po lewej stronie odpowiednio na zerze lub jedynce tworzymy zapis w systemie dwójkowym. Po zwolnieniu dźwigni „enter” i wypuszczeniu kuleczki, ta trafi do przegródki podpisanej odpowiednikiem w zapisie dziesiętnym. Jeśli więc, na przykład, ustawimy dźwignie zwrotnic w pozycjach 1 1 0 1, kuleczka trafi do rynienki nr 13.

Przesuwanie dźwigni zwrotnic sprawia, że zmieniają się kolory torów. Dzięki temu możemy dokładnie śledzić którędy poleci kulka i w ten sposób planować trasę do punktu docelowego – przestawiając dźwignie otwieramy lub zamykamy ścieżki labiryntu próbując odnaleźć właściwą drogę.  Tak wygląda najprostszy sposób gry, którego można próbować już z czterolatkiem. Wraz z wiekiem rośnie również poziom trudności i pomysły wykorzystania zabawki są coraz bardziej skomplikowane. Do zestawu dołączono także zaślepkę pozwalającą zasłonić wszystkie trasy i sprawdzić swoje umiejętności kodowania „z pamięci”. Teoretycznie dla użytkowników 8+, a ja jeszcze nie za bardzo sobie radzę z tym etapem.

Bardzo dużym plusem jest przejrzysta instrukcja. Chociaż książeczka zdaje się być całkiem grubaśna, to mamy cztery zwięźle i zrozumiale napisane strony, na których znajdziemy opis poszczególnych elementów zabawki, wprowadzenie dla rodzica, propozycje zabaw dla czterech grup wiekowych (4+, 5+, 7+ i 8+), a także opis przechodzenia z systemu dziesiętnego na dwójkowy i odwrotnie bez użycia zabawki, a matematyki. Wygląda strasznie strasznie ale chyba nawet udało mi się to zrozumieć. A skoro nawet ja (największy matematyczny antytalnet roku) dałam radę, to dzieciaki na pewno z łatwością ogarną ten temat.

Mała zabawka o wielkiej funkcji. A do tego starannie wykonana i estetyczna wizualnie, co – jako wzrokowiec – zawsze doceniam podczas nauki.

 „Rami Code”
Firma: Quercetti
Sugerowany wiek: 5-10 lat

41934083_296243427841566_3088378774870294528_n

Rami Code znajdziecie TUTAJ.

 

Bajki Majki: PRZEDPREMIEROWO „Małe Licho i anioł z kamienia” Marta Kisiel

Moja ukochana, nadprzyrodzona hipisowska komuna powraca!

I na dzień dobry ulega rozbiciu. Ze względu na zupełnie niespodziewane okoliczności spowodowane podstępnym wirusem VZV (tak właśnie kończy się nadmierna integracja ze światem zewnętrznym…) Bożek, coraz rzadziej zwany Niebożątkiem, musi zostać ewakuowany z domu w trybie pilnym. A czy może być lepszy pomysł na pozbycie się dziecka w zimowe ferie, jak zesłanie go do zamieszkałej w ciemnej, leśnej głuszy ciotki-lekarki, z olbrzymim zapasem ocieplanych majtek w torbie i aniołem stróżem do kompletu? Nic nie zapowiada, że spokojne, leniwe wakacje bez bieżącej wody i energii elektrycznej mogą stać się prawdziwym piekłem

Druga książka Marty Kisiel dedykowana dzieciom łączy ze sobą dwa podcykle „Dożywocia”, nie ma przecież lepszego miejsca na spotkanie sił niebiańskich i piekielnych, niż zgliszcza Lichotki.

Jak na mój gust było nieco za mało Licha, ale dzięki temu Bożek – nieco na siłę wyciągnięty spod opiekuńczych skrzydeł Liszka i Konrada – nie tylko ma szansę rozwinąć relacje z innymi bohaterami, ale również nieco dorosnąć. Na tyle, na ile dorosnąć może ośmioletni pół chłopiec, pół widmo, pół glut z romantycznej krwi zrodzony.

Po raz kolejny błyskotliwa i zabawna opowieść ocieka życiową mądrością (i glutami). To chyba najfajniejszy (a na pewno najbardziej nadprzyrodzony) wykład o empatii, trosce, nie ocenianiu po pozorach, dbaniu o własną indywidualność i odpowiedzialności za drugiego człowieka (istotę?), z jakim miałam do czynienia. I przy okazji cenna nauczka, że próby zadowolenia innych nie zawsze przynoszą oczekiwane efekty. A nadopiekuńcza troska nigdy chyba nie będzie pozytywnie odbierana. Szczególnie przez przedstawicieli młodszej młodzieży. Oj tak, tego rodzaju lekcje potrzebne są nie tylko dzieciom!

Pełna indywidualności aż po same brzegi, kipiąca humorem i doprawiona do smaku klimatyczną, grobową poezją. Świetna zabawa murowana, niezależnie od wieku czytelnika.

Eh, do Czorta! To po prostu kolejna świetna książka!

Marta Kisiel, Małe Licho i anioł z kamienia, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2019,  304 s. (premiera 30.10.2019)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

 

Bajki Majki: „Rymowane zagadki matematyczne” Elżbieta i Witold Szwajkowscy

„Samochody w korku stały.
Trzy na światłach przejechały.
Ile jeszcze nie zdążyło,
jeśli w korku dziesięć było?”

Nie ukrywam, że nigdy jakoś szczególnie nie przepadałam za matematyką i uczucie to było całkowicie odwzajemnione. Moje 38% z matury zostało osiągnięte wysiłkiem wręcz heroicznym i jestem z nich bardzo dumna! Mam nadzieję, że moja Majka nie będzie podchodzić do królowej nauk z podobną niechęcią, bo jednak nie oszukujmy się – liczenie to całkiem przydatna umiejętność. Chociaż wciąż czekam na ten moment, kiedy będę mogła wykorzystać w praktyce wzór na deltę.

Myślę jednak, że gdybym w odpowiednim momencie trafiła na taką książkę, jak „Rymowane zagadki matematyczne”, moje podejście mogłoby być całkiem odmienne. Może i tylko na samym początku edukacji, ale czy to nie solidne podstawy budują pewność siebie i u dziecka i u dorosłego?

Trudno mi określić czym tak naprawdę jest ta książka. Nie jest to bowiem podręcznik, choć znajdziemy w niej zarówno wprowadzenie w temat, jak i zadania do rozwiązania. Nie jest to również encyklopedia, choć odnajdziemy w niej definicje. Zarówno wstęp do świata liczb, wytłumaczenie takich zjawisk jak dodawanie, czy odejmowanie (zarówno dwóch, jak i większej ilości liczb), jak i same zadania są… rymowane. A jak już sam tytuł wskazuje, zadania do obliczenia przez malucha zostały przedstawione w formie zagadek. Trudno o lepszy sposób „wciskania wiedzy do głowy”, jak melodyjne rymy i wzbudzanie zainteresowania. (Jedyny moment, w którym autorzy nie zwracają się do nas rymem, to wskazówki dla rodzica ułatwiające pracę z książką). Szczególnie, że poza dążeniem do poznania wyniku, dziecko na każdym kroku zachęcane jest do poznawania świata. Zagadkom liczbowym towarzyszą bowiem pytania pomocnicze. Przy zadaniu z gitarą warto zapytać czym są struny, podczas liczenia jajek różnych gatunków ptactwa można zastanowić się które z nich są jadalne, a licząc rękawy ubrań koniecznie musimy wziąć pod uwagę czym jest kamizelka! Poza umiejętnościami dodawania i odejmowania książka rozwija również budowanie własnej wypowiedzi i ćwiczy abstrakcyjne myślenie. Nie liczy się tu bowiem sam wynik, ale również sposób, w jaki dziecko do niego doszło, a także prawidłowe zrozumienie wszystkich elementów składowych zadania – nawet tych kompletnie nie związanych z matematyką. Ufff… cóż to za cudowny odpoczynek od bezdusznego, zero-jedynkowego sposobu oceniania tak lubianych w szkołach (bo i najłatwiejszych do sprawdzania) testów.

Interdyscyplinarna, pełna rymu i rytmu, dopełniona wesołymi ilustracjami książka ni trochę nie sugeruje, jakoby matematyka miała być czymś trudnym. I może wcale nie jest jeśli tylko ma się do niej odpowiednie podejście?

Elżbieta i Witold Szwajkowscy, Rymowane zagadki matematyczne, Warszawa: Wydawnictwo Kapitan Nauka, 2019, 41 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Kapitan Nauka.

Bajki Majki: „Top car” Davide Cali, Sébastien Mourrain

Kiedy czytałam opis tej książki, spodziewałam się po niej standardowej historii, często opowiadanej dzieciom za pomocą przykładu wymiany starej, ale ukochanej zabawki lub dobrego przyjaciela na nowy, atrakcyjniejszy model, który szybko zawodzi.

A tu niespodzianka – „Top car” to praktycznie rozprawa filozoficzna w obrazkach. Marcel już od bardzo dawna jest posiadaczem jednego samochodu – średnio ładnego, średnio szybkiego, za to całkiem wygodnego do parkowania i spełniającego swoja funkcję. Inni jednak mają nowsze i lepsze środki transportu, a pojawiające się wszędzie reklamy najnowszego, najszybszego i najładniejszego auta o dumnej nazwie Venus sprawiają, że ten bajecznie wyglądający i bajecznie drogi model staje się obiektem pożądania również Marcela. Zdobyć takie auto nie jest jednak łatwo – można oszczędzać przez całe życie albo podjąć się dodatkowej pracy, na co też nasz bohater się decyduje. To dorywcze zajęcie stopniowo zaczyna wypełniać jego cały czas wolny i pochłaniać wszystkie myśli, bo też pragnienie osiągnięcia celu – uzbierania niezbędnej sumy całkowicie przesłania Marcelowi rzeczywistość i staje się nadrzędną potrzebą. A kiedy heroicznym wysiłkiem cel zostaje osiągnięty, okazuje się, że nie zapewnia on szczęścia. A przynajmniej nie na długo…

Autorzy w dowcipny i lekko ironiczny sposób przedstawiają smutną diagnozę rzeczywistości późnego konsumpcjonizmu. Wyścig szczurów, uzależnienie od bogacenia się, nieustanna pogoń za droższym, lepszym i ładniejszym przy jednoczesnym braku doceniania tego, co się ma i co się osiągnęło. A wszystko to ujęte w sposób zrozumiały  już dla czterolatka. Skoro czterolatek potrafi uznać takie zachowanie za absurdalne, może dorośli tez powinni się nad tym zastanowić? Czy chęć posiadania jest warta tego, by podporządkować jej całe swoje życie?

Obnażanie bezsensowności pogoni za „naj-” to nie jedyny walor edukacyjny tej książeczki. W pierwszym odruchu naszemu bohaterowi do głowy przychodzą nieszczególnie uczciwe metody szybkiego zdobywania dużej gotówki – na szczęście szybko odrzuca hazard i napadanie na banki jako nierozsądne głupstwa, a niezbędną sumę zdobywa ciężką, pełną wyrzeczeń pracą.

Uwielbiam kolorystykę tej książki. Połączenie pastelowego błękitu i różu nie jest pierwszym skojarzeniem z drogimi, luksusowymi samochodami, a jednak pasuje wręcz idealnie. Podobnie jak nieskomplikowane, ołówkowe ilustracje operujące tylko kilkoma podstawowymi barwami, które tak naprawdę biorą na siebie główny ciężar opowiadania tej historii, pozostawiając tekstowi rolę dopełnienia i dopowiedzenia. Co ma szczególnie wymowny wydźwięk na ostatnich stronach, kiedy to słowa zupełnie przestają być potrzebne.

Nie jestem pewna, czy to aby na pewno książka dla tak małych dzieci. Trzeba chyba rozpatrywać ją jako przestrogę i ośmieszenie pewnego wzorca zachowania. Niedługo pewnie zacznie się wiek, w którym do młodego czytelnika będzie docierać coraz więcej kuszących reklam i marketingowych chwytów (u Majki na szczęście jeszcze tego nie zaobserwowałam). Za to na pewno da do myślenia rodzicom owych dzieci, czytającym ją na dobranoc.

Davide Cali, Sébastien Mourrain, Top car, Warszawa: Wydawnictwo Kinderkulka, 2019, 40 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Kinderkulka.

Bajki Majki: „Wiewiórka Julia i magiczny orzeszek” Anna Sakowicz, Emma Kiworkowa

Przedstawiam Wam dziś prawdziwego pogromcę wakacyjnej nudy. Czy czyjeś dziecko cierpi już na tą przypadłość? U nas za oknem pogoda z dnia na dzień stała się taka sobie i szaleństwa w ogródkowym basenie nie wchodzą już w grę. A że ciemne, deszczowe chmury mogą złapać nas zawsze i wszędzie, warto mieć w rękawie jakiegoś asa.

„Przygody Wiewiórki Julii” to z założenia książka dla dzieci, które już całkiem sobie radzą z samodzielnym czytaniem. Jest świetna, bo gabarytami (240 stron!) i formatem zbliżona jest do standardowych książek na maminej półce, prezentuje się więc bardzo „dorośle” i naprawdę poważnie. Przeczytanie takiej książki samodzielnie, to już konkretny powód do dumy. A jednocześnie sympatyczny, nieskomplikowany tekst, duże litery, urocza szata graficzna i spore ilustracje pojawiające się co kilka stron sprawiają, że jest to lektura wyjątkowo przystępna dla małego czytacza. Na końcu czekają nawet arkusze z naklejkami przedstawiającym bohaterów powieści! Chyba pierwszy raz mam do czynienia z książką tak sprawnie udającą pozycję dla dorosłych i jednocześnie idealnie skrojoną na możliwości początkującego czytelnika.

Dzięki temu, że na historię składa się dwanaście krótkich, kilkudziesięciostronicowych opowiadań, jest to również bardzo udane rozwiązanie do rodzinnego czytania – na przykład dzieciom w różnym wieku, kiedy akurat złapie nas ulewa podczas biwaku. Bo moja trzyipółletnia córka spokojnie daje radę wysłuchać w skupieniu jednego rozdziału przed snem, a opowiadania bywają na tyle zaskakujące, że i ja się nie nudzę czytając. A książka jest na tyle obszerna, że spokojnie starczy na kilka wieczorów, co ma szansę uchronić nas przed koniecznością zabrania ze sobą dodatkowej na wakacje walizki pełnej książek i książeczek.

A sama fabuła? Z jednej strony powiela znany schemat dziecięcych detektywów, z drugiej zaś autorki dodały do niej szczyptę magii, czyniąc ją zupełnie nieprzewidywalną. Sześcioletnia Zosia ma w swej szkatułce na skarby zaczarowany orzeszek, którego stukanie przywołuje wiewiórkę, która zna się na czarach. Wspólnie z rok starszym sąsiadem Frankiem, mającym sporą słabość do filmów detektywistycznych, rozwiązują przeróżne zagadki i ruszają na tajne misje. Oczywiście w największej tajemnicy przed dorosłymi! Tajemnicza sprawa zaginionego podwieczorku? Łatwizna! Konieczność odszukania gniazda moli w poselstwie o niezjadanie książek i ubrań mamy? Nic trudnego! Odbijanie porwanego przyjaciela zamkniętego w wysokiej wieży? Pewnie! W magicznym świecie wyobraźni dzieci znajdują tajemnicze portale, zmniejszają się i latają. Na swej drodze spotykają gang podstępnych kun, pomocną czarownicę, groźnego dozorcę i jego podstępnego kota Daktyla, a nawet smoka. A to dopiero początek przygód!

Mądre, sympatyczne, pełne ciepła i dobroci opowiastki mające w sobie więcej magii, niż można się tego spodziewać. Dla starszaków jako prawdziwe wyzwanie i dla maluchów do wspólnego czytania. Zaskakująca na każdym kroku, przemyślana i pięknie wydana. Warto mieć ją w zanadrzu nie tylko w wakacje!

Anna Sakowicz, Emma Kiworkowa, Wiewiórka Julia i magiczny orzeszek, Warszawa: Wydawnictwo Edipresse, 2019, 240 s.

Recenzja powstałą dzięki uprzejmości Wydawnictwa Edipresse.

Bajki Majki: „Nie bój się, misiu!” Steve Smallman, Caroline Pedler

„Nie bój się, misiu!” to książeczka, która przyciągnie do siebie każdego, kto ma słabość do książek dziecięcych samą swoją obecnością na półce. I większość tych, którzy takiej słabości na co dzień nie przejawiają.

Przepiękne, delikatne, bajkowe ilustracje sprawiają wrażenie, że niemalże możemy poczuć pod dłonią miękkość futerka zwierzątek, których historię poznajemy. W dodatku utrzymane są w niesamowitej kolorystyce – turkusowo-niebieskie odcienie nocnego lasu połączone zostały z ciepłym brązem niedźwiedziowego futerka. Cudo. Nie mogę się napatrzeć.

Warto też zwócić uwagę na fakt, że zazwyczaj lubię, kiedy jednak ilustracja jest podzielona na dwie strony – bardzo często prowadzi to do deformacji ilustracji. Na szczęscie nie w tym przypadku. To jedna z niewielu książek, w których ten zabieg został zrobiony prawidłowo – ksiażka łatwo się rozkłada i łączenie stron nie ma wpływu na odbiór wizualny.

A jednak po pierwszych stronach czułam się nieco zniechęcona – podczas wieczornych czytanek, królicza mama stara się nakłonić synka do pójścia spać strasząc go tajemniczym Włochaczem Olbrzymim mieszkającym w lesie i wychodzącym nocą. Odnosi jednak zupełnie odmienny skutek, bo gdy tylko sama zasypia… odważny króliczek Bobuś, uzbrojony w ostro zakończoną marchewkę, wymyka się z domu, by odszukać i przegonić strasznego stwora. Nie da się ukryć, że zarówno zachowanie mamy, jak i synka jest nieszczególnie edukacyjne. I prawdę mówiąc wolałabym nie podsuwać córce takich pomysłów…

Historia szybko jednak przeradza się w bardzo ładną opowieść o przyjaźni, akceptacji, otwarciu na drugą osobę, odnajdywaniu w sobie odwagi i bronieniu słabszych. O tym, że pozory czasem mylą, a wygląd zewnętrzny nie determinuje cech charakteru.

Nasz odważny króliczek, zamiast na potwora, trafia w lesie na nieśmiałego i strachliwego niedźwiadka. To początek dość niespotykanej, pełnej przygód znajomości. A kiedy wspólnie muszą zmierzyć się z groźnym zwierzęciem, odkrywają coś zupełnie niespodziewanego…

Mimo nieszczególnie udanego początku, przygoda króliczka Bobusia i niedźwiadka Bobo skradła moje serce i bardzo zainteresowała Małą Słuchaczkę. A nieszczęsne zachowanie głównego bohatera z pierwszych stron książki posłużyło nam jako pretekst do rozmowy o różnicach między odwagą, a nieostrożnością i możliwych konsekwencjach wymykania się z domu, kiedy rodzice śpią. Zainspirowały mnie również do dwukrotnego sprawdzania, czy zabarykadowałam drzwi wejściowe, nim pójdziemy z mężem spać…

Ciepła, puchata i sympatyczna. Ponadto pod względem wizualnym idealnie wpasowuje się w mój gust. I z tego, co widzę, również w kształtujący się gust mojej córeczki.

Steve Smallman, Caroline Pedler, Nie bój się, misiu!, Warszawa: wydawnictwo Wilga, 2019, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawanictwa Wilga.