Bajki Majki: „Top car” Davide Cali, Sébastien Mourrain

Kiedy czytałam opis tej książki, spodziewałam się po niej standardowej historii, często opowiadanej dzieciom za pomocą przykładu wymiany starej, ale ukochanej zabawki lub dobrego przyjaciela na nowy, atrakcyjniejszy model, który szybko zawodzi.

A tu niespodzianka – „Top car” to praktycznie rozprawa filozoficzna w obrazkach. Marcel już od bardzo dawna jest posiadaczem jednego samochodu – średnio ładnego, średnio szybkiego, za to całkiem wygodnego do parkowania i spełniającego swoja funkcję. Inni jednak mają nowsze i lepsze środki transportu, a pojawiające się wszędzie reklamy najnowszego, najszybszego i najładniejszego auta o dumnej nazwie Venus sprawiają, że ten bajecznie wyglądający i bajecznie drogi model staje się obiektem pożądania również Marcela. Zdobyć takie auto nie jest jednak łatwo – można oszczędzać przez całe życie albo podjąć się dodatkowej pracy, na co też nasz bohater się decyduje. To dorywcze zajęcie stopniowo zaczyna wypełniać jego cały czas wolny i pochłaniać wszystkie myśli, bo też pragnienie osiągnięcia celu – uzbierania niezbędnej sumy całkowicie przesłania Marcelowi rzeczywistość i staje się nadrzędną potrzebą. A kiedy heroicznym wysiłkiem cel zostaje osiągnięty, okazuje się, że nie zapewnia on szczęścia. A przynajmniej nie na długo…

Autorzy w dowcipny i lekko ironiczny sposób przedstawiają smutną diagnozę rzeczywistości późnego konsumpcjonizmu. Wyścig szczurów, uzależnienie od bogacenia się, nieustanna pogoń za droższym, lepszym i ładniejszym przy jednoczesnym braku doceniania tego, co się ma i co się osiągnęło. A wszystko to ujęte w sposób zrozumiały  już dla czterolatka. Skoro czterolatek potrafi uznać takie zachowanie za absurdalne, może dorośli tez powinni się nad tym zastanowić? Czy chęć posiadania jest warta tego, by podporządkować jej całe swoje życie?

Obnażanie bezsensowności pogoni za „naj-” to nie jedyny walor edukacyjny tej książeczki. W pierwszym odruchu naszemu bohaterowi do głowy przychodzą nieszczególnie uczciwe metody szybkiego zdobywania dużej gotówki – na szczęście szybko odrzuca hazard i napadanie na banki jako nierozsądne głupstwa, a niezbędną sumę zdobywa ciężką, pełną wyrzeczeń pracą.

Uwielbiam kolorystykę tej książki. Połączenie pastelowego błękitu i różu nie jest pierwszym skojarzeniem z drogimi, luksusowymi samochodami, a jednak pasuje wręcz idealnie. Podobnie jak nieskomplikowane, ołówkowe ilustracje operujące tylko kilkoma podstawowymi barwami, które tak naprawdę biorą na siebie główny ciężar opowiadania tej historii, pozostawiając tekstowi rolę dopełnienia i dopowiedzenia. Co ma szczególnie wymowny wydźwięk na ostatnich stronach, kiedy to słowa zupełnie przestają być potrzebne.

Nie jestem pewna, czy to aby na pewno książka dla tak małych dzieci. Trzeba chyba rozpatrywać ją jako przestrogę i ośmieszenie pewnego wzorca zachowania. Niedługo pewnie zacznie się wiek, w którym do młodego czytelnika będzie docierać coraz więcej kuszących reklam i marketingowych chwytów (u Majki na szczęście jeszcze tego nie zaobserwowałam). Za to na pewno da do myślenia rodzicom owych dzieci, czytającym ją na dobranoc.

Davide Cali, Sébastien Mourrain, Top car, Warszawa: Wydawnictwo Kinderkulka, 2019, 40 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Kinderkulka.

Bajki Majki: „Wiewiórka Julia i magiczny orzeszek” Anna Sakowicz, Emma Kiworkowa

Przedstawiam Wam dziś prawdziwego pogromcę wakacyjnej nudy. Czy czyjeś dziecko cierpi już na tą przypadłość? U nas za oknem pogoda z dnia na dzień stała się taka sobie i szaleństwa w ogródkowym basenie nie wchodzą już w grę. A że ciemne, deszczowe chmury mogą złapać nas zawsze i wszędzie, warto mieć w rękawie jakiegoś asa.

„Przygody Wiewiórki Julii” to z założenia książka dla dzieci, które już całkiem sobie radzą z samodzielnym czytaniem. Jest świetna, bo gabarytami (240 stron!) i formatem zbliżona jest do standardowych książek na maminej półce, prezentuje się więc bardzo „dorośle” i naprawdę poważnie. Przeczytanie takiej książki samodzielnie, to już konkretny powód do dumy. A jednocześnie sympatyczny, nieskomplikowany tekst, duże litery, urocza szata graficzna i spore ilustracje pojawiające się co kilka stron sprawiają, że jest to lektura wyjątkowo przystępna dla małego czytacza. Na końcu czekają nawet arkusze z naklejkami przedstawiającym bohaterów powieści! Chyba pierwszy raz mam do czynienia z książką tak sprawnie udającą pozycję dla dorosłych i jednocześnie idealnie skrojoną na możliwości początkującego czytelnika.

Dzięki temu, że na historię składa się dwanaście krótkich, kilkudziesięciostronicowych opowiadań, jest to również bardzo udane rozwiązanie do rodzinnego czytania – na przykład dzieciom w różnym wieku, kiedy akurat złapie nas ulewa podczas biwaku. Bo moja trzyipółletnia córka spokojnie daje radę wysłuchać w skupieniu jednego rozdziału przed snem, a opowiadania bywają na tyle zaskakujące, że i ja się nie nudzę czytając. A książka jest na tyle obszerna, że spokojnie starczy na kilka wieczorów, co ma szansę uchronić nas przed koniecznością zabrania ze sobą dodatkowej na wakacje walizki pełnej książek i książeczek.

A sama fabuła? Z jednej strony powiela znany schemat dziecięcych detektywów, z drugiej zaś autorki dodały do niej szczyptę magii, czyniąc ją zupełnie nieprzewidywalną. Sześcioletnia Zosia ma w swej szkatułce na skarby zaczarowany orzeszek, którego stukanie przywołuje wiewiórkę, która zna się na czarach. Wspólnie z rok starszym sąsiadem Frankiem, mającym sporą słabość do filmów detektywistycznych, rozwiązują przeróżne zagadki i ruszają na tajne misje. Oczywiście w największej tajemnicy przed dorosłymi! Tajemnicza sprawa zaginionego podwieczorku? Łatwizna! Konieczność odszukania gniazda moli w poselstwie o niezjadanie książek i ubrań mamy? Nic trudnego! Odbijanie porwanego przyjaciela zamkniętego w wysokiej wieży? Pewnie! W magicznym świecie wyobraźni dzieci znajdują tajemnicze portale, zmniejszają się i latają. Na swej drodze spotykają gang podstępnych kun, pomocną czarownicę, groźnego dozorcę i jego podstępnego kota Daktyla, a nawet smoka. A to dopiero początek przygód!

Mądre, sympatyczne, pełne ciepła i dobroci opowiastki mające w sobie więcej magii, niż można się tego spodziewać. Dla starszaków jako prawdziwe wyzwanie i dla maluchów do wspólnego czytania. Zaskakująca na każdym kroku, przemyślana i pięknie wydana. Warto mieć ją w zanadrzu nie tylko w wakacje!

Anna Sakowicz, Emma Kiworkowa, Wiewiórka Julia i magiczny orzeszek, Warszawa: Wydawnictwo Edipresse, 2019, 240 s.

Recenzja powstałą dzięki uprzejmości Wydawnictwa Edipresse.

Bajki Majki: „Nie bój się, misiu!” Steve Smallman, Caroline Pedler

„Nie bój się, misiu!” to książeczka, która przyciągnie do siebie każdego, kto ma słabość do książek dziecięcych samą swoją obecnością na półce. I większość tych, którzy takiej słabości na co dzień nie przejawiają.

Przepiękne, delikatne, bajkowe ilustracje sprawiają wrażenie, że niemalże możemy poczuć pod dłonią miękkość futerka zwierzątek, których historię poznajemy. W dodatku utrzymane są w niesamowitej kolorystyce – turkusowo-niebieskie odcienie nocnego lasu połączone zostały z ciepłym brązem niedźwiedziowego futerka. Cudo. Nie mogę się napatrzeć.

Warto też zwócić uwagę na fakt, że zazwyczaj lubię, kiedy jednak ilustracja jest podzielona na dwie strony – bardzo często prowadzi to do deformacji ilustracji. Na szczęscie nie w tym przypadku. To jedna z niewielu książek, w których ten zabieg został zrobiony prawidłowo – ksiażka łatwo się rozkłada i łączenie stron nie ma wpływu na odbiór wizualny.

A jednak po pierwszych stronach czułam się nieco zniechęcona – podczas wieczornych czytanek, królicza mama stara się nakłonić synka do pójścia spać strasząc go tajemniczym Włochaczem Olbrzymim mieszkającym w lesie i wychodzącym nocą. Odnosi jednak zupełnie odmienny skutek, bo gdy tylko sama zasypia… odważny króliczek Bobuś, uzbrojony w ostro zakończoną marchewkę, wymyka się z domu, by odszukać i przegonić strasznego stwora. Nie da się ukryć, że zarówno zachowanie mamy, jak i synka jest nieszczególnie edukacyjne. I prawdę mówiąc wolałabym nie podsuwać córce takich pomysłów…

Historia szybko jednak przeradza się w bardzo ładną opowieść o przyjaźni, akceptacji, otwarciu na drugą osobę, odnajdywaniu w sobie odwagi i bronieniu słabszych. O tym, że pozory czasem mylą, a wygląd zewnętrzny nie determinuje cech charakteru.

Nasz odważny króliczek, zamiast na potwora, trafia w lesie na nieśmiałego i strachliwego niedźwiadka. To początek dość niespotykanej, pełnej przygód znajomości. A kiedy wspólnie muszą zmierzyć się z groźnym zwierzęciem, odkrywają coś zupełnie niespodziewanego…

Mimo nieszczególnie udanego początku, przygoda króliczka Bobusia i niedźwiadka Bobo skradła moje serce i bardzo zainteresowała Małą Słuchaczkę. A nieszczęsne zachowanie głównego bohatera z pierwszych stron książki posłużyło nam jako pretekst do rozmowy o różnicach między odwagą, a nieostrożnością i możliwych konsekwencjach wymykania się z domu, kiedy rodzice śpią. Zainspirowały mnie również do dwukrotnego sprawdzania, czy zabarykadowałam drzwi wejściowe, nim pójdziemy z mężem spać…

Ciepła, puchata i sympatyczna. Ponadto pod względem wizualnym idealnie wpasowuje się w mój gust. I z tego, co widzę, również w kształtujący się gust mojej córeczki.

Steve Smallman, Caroline Pedler, Nie bój się, misiu!, Warszawa: wydawnictwo Wilga, 2019, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawanictwa Wilga.

Grajki Majki: „Ślimaki to mięczaki”, Eugeni Castano

Jeśli chcecie zerwać ze schematami i całkowicie postawić na głowie swoje postrzeganie gier planszowych opartych na koncepcji kostki i pionków, Ślimaki będą dla Was idealne.

Bo w tej grze wszystko jest na opak! Każdy gracz może poruszać się wszystkimi pionkami. Nie wiemy, który pionek należy do którego gracza – to tajemnica! I co najważniejsze – wygrywa ten ślimak, który idzie najwolniej i w momencie zakończenia gry jest… najdalej od mety!

Im dalej od mety jesteśmy, tym pole, na którym stoimy jest wyżej punktowane. Zdobyte punkty symbolizowane są przez żetony-śmieci – guziki, kapsle i puszki. Spacerując przez las zbieramy śmieci. A im nasz ślimak wolniej się porusza, tym ma więcej czasu na sprzątanie lasu. Czyż to nie fantastyczne przesłanie?

Jak niemalże każda gra, ta również nie tylko bawi, ale również uczy – koncentracji, cierpliwości, abstrakcyjnego myślenia, kreatywności i strategii. A przy okazji wychowuje i kształtuje dobre nawyki. Pomysł zwrócenia uwagi dziecka na problem zanieczyszczenia lasów jest mega, wielkie brawa!

A skoro już przy kształtowaniu jesteśmy, to koniecznie trzeba wspomnieć również o kształtowaniu gustu i wrażliwości estetycznej. Bo oprawa graficzna – potraktowana całościowo (wraz z instrukcją i kartonową wkładką w pudełku!) – jest naprawdę bardzo dobra.

To w sumie całkiem zabawna sprawa – oglądałam całkiem sporo książek z ilustracjami Macieja Szymanowicza i żadna z nich nie przypadła mi do gustu. Z jakiegoś powodu jego rysunki wydają mi się groteskowe i przerysowane, szczególnie, jeśli chodzi o mimikę twarzy. Choć to przecież jeden z najbardziej docenianych polskich ilustratorów, nie mamy z Majką w swoich zborach ani jednej jego książki. Za to wydaje się, że w przypadku gier tendencja jest wręcz przeciwna. To już druga planszówka opracowana graficznie przez tego autora i druga, którą uwielbiamy – również pod względem wizualnym. I kompletnie nie potrafię tego wytłumaczyć.

Ale prawda jest taka, że ślimaki chyba nie mogą się nie podobać. Szczególnie, że sprawiają wyjątkowo sympatyczne wrażenie i mocno mi się wydaje, że niezłe z nich psotniki. Może dlatego tak łatwo ulec ich urokowi.

Gra jest rekomendowana dla dzieci powyżej 5go roku życia i wydaje mi się, że w tym przypadku nie ma co zaczynać wcześniej. Majka ma 3,5 roku i, chociaż zakochała się w ślimaczkach od pierwszego wejrzenia – sama wypatrzyła je u mnie na półce i zaprosiła mnie do gry – to jednak jest jeszcze zbyt przywiązana do klasycznych zasad rządzących tego typu grami i nie potrafi się przestawić. W końcu dopiero, co je porządnie przyswoiła. Zależy jej na posiadaniu własnego pionka (zielonego!) i jak najszybszym dojściu do mety. Pewnie, że można grać i w ten sposób, jestem wielką entuzjastką traktowania reguł gry jako jednej z opcji i wymyślania własnych zasad. Ale w tym przypadku koncepcja jest tak oryginalna, pomysłowa i przemyślana, że po prostu mi jej szkoda. Dlatego też pobawimy się trochę ślimakami i schowam je na przyszłość. Ani się obejrzę, a dzieć mi dorośnie i odkryjemy ją wspólnie na nowo.

Ślimaki to mięczaki
Autor: Eugeni Castano
Ilustracje: Maciej Szymanowicz
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Sugerowany wiek: 5+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „Wszędzie i we wszystkim” Pimm van Hest, Sassafras De Bruyn

Jestem beksą i wrażliwcem, dlatego książki, takie jak ta łamią mi serce i potrafią doprowadzić mnie do łez już na etapie czytania opisu.

„Ludzie nie lubią rozmawiać o śmierci.
Woleliby o niej w ogóle nie mówić”.

Szczególnie, kiedy śmierć przestaje być nieco abstrakcyjnym zagadnieniem teoretycznym i zaczyna dotyczyć nas bezpośrednio. I kiedy ten bezlitosny fakt zderza się z bezbronnością niezrozumienia dziecka. Ale wtedy nie ma już możliwości ucieczki.

„Lecz Yolanda nie chce milczeć.
Chce się dowiedzieć, gdzie jest jej mama”.

Nie mogę powiedzieć, żeby książki o śmierci były tą dziedziną literatury dziecięcej, w której jestem wyjątkowo oczytana i mogę rzucać tytułami na lewo i prawo. Ale z tych tytułów, które dotychczas czytałam, ten jest zdecydowanie najlepszy. Tak, to straszny wyciskacz łez – czy w ogóle może być inaczej, kiedy opowiada o małej dziewczynce poszukującej zmarłej mamy? Ale przy tym to wyjątkowo mądra historia, która w prosty i zrozumiały sposób niesie pocieszenie. I niesie je nie tylko dziecku. Nie sądziłam, że można zrobić to tak pięknie i właściwie nie zahaczając jednocześnie o sporne kwestie religijne.

Mama Yolandy zmarła i dziewczynka pyta krewnych, gdzie w takim razie mama teraz jest. A każdy na dla niej inną odpowiedź.

To opowieść o niewyobrażalnej tęsknocie, pielęgnowaniu pamięci, czerpaniu radości z małych rzeczy i drobnych codziennych zachwytach.

A zwiewne, eteryczne (i przepiękne!) ilustracje wypełniające strony po brzegi wzmagają tylko wrażenie ulotności – zarówno ludzkiego życia, jak i poszukiwań naszej małej bohaterki.

 

Moim zdaniem to nie jest jedna z tych książek, które powinny być w każdym domu. Sama zapewne cichaczem pozbędę się mojego egzemplarza (albo upchnę w najciemniejszy kąt najwyższej szafy), zanim jeszcze Majka zdąży go zobaczyć. Nie ukrywam, że tabu śmierci i poczucie bezsilności wobec potęgi własnych uczuć robią ze mnie tchórzowatego rodzica, który woli ignorować temat tak długo, dopóki nie usłyszy bezpośredniego pytania. Zdecydowanie wolę rozmawiać o seksie i procesie produkcji dzieci, niż o śmierci i tęsknocie.

Ale jednocześnie to cudownie, że takie książki powstają. Że potrafią w delikatny i mądry sposób ująć zagadnienia, które rodzicowi ściskają gardło i które pozostawiają człowieka bez słów. Trzeba mieć świadomość ich istnienia, by móc sięgnąć po nie w chwili, gdy staną się potrzebne. Oby ta chwila nadeszła jak najpóźniej.

Wzruszająca, poetycka, smutna. Piękna, niosąca otuchę, potrzebna.

Pimm van Hest, Sassafras De Bruyn, Wszędzie i we wszystkim, Warszawa: Wydawnictwo CoJaNaTo?, 2019, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa CoJaNaTo.

Bajki Majki: „TO MY dzieci świata” Eliza Piotrowska

Po nieco złowrogich, ale jakże ciekawych sylwetkach Masajów z książki „W drogę!” posypała się cała seria pytań o ludzi żyjących w innych krajach.

Książka „TO MY dzieci świata” tylko czekała na taką okazję! Wraz z dwójką małych bohaterów – Igą i Gutkiem oraz ich psem Globusem przemierzamy kraje świata poznając elementy charakterystyczne dla odmiennych kultur i codzienności tamtejszych dzieci. Sudan, Nepal, Peru, Arktyka, Polinezja, Meksyk, Turcja, Czechy, Chorwacja, Madagaskar to tylko kilka z wielu przystanków na trasie ich wielkiej przygody.

Każda rozkładówka wypełniona jest ilustracją poświęconą innemu krajowi lub regionowi – nasi bohaterowie poznają na nich dzieci z różnych zakątków świata. Tekstu jest stosunkowo niewiele, ale dzięki komiksowej narracji „w dymkach” przekazuje on same istotne informacje. Dzięki nim możemy dowiedzieć się co nieco o przyrodzie, kulturze, strojach, językach i zwyczajach charakterystycznych dla różnych narodów. Dlaczego w Indiach należy łapać się za ucho? Jakiej witaminy dostarcza mleko wielbłąda? W jakim kraju koty nie maja ogonów? Czym różnią się Flamenco i Capoeira? W jakich butach powinno się wchodzić do dżungli, a w jakich na chorwackie plaże? I jak psy szczekają we Włoszech?

W ramach ciekawostki, mały czytelnik ma również szansę dowiedzieć się, którzy z bohaterów literackich pochodzą z danych krajów. Na kartach tej książki spotkamy bowiem między innymi Harry’ego i Hermionę, Pinokia, Pippi, Czerwonego Kapturka, a nawet samego Andersena i Braci Grimm!

Niezwykle barwna, sympatyczna książka o dzieciach dla dzieci. W niezwykle pozytywny sposób pokazuje różnorodność przy jednoczesnym podkreśleniu podobieństw między mieszkańcami różnych krajów. Choć dzieci różnią się wyglądem i zwyczajami, ich marzenia, sympatie i chęci do zabawy są bardzo podobne. A jako, że składa się z samych ciekawostek, nie sposób nudzić się nią przez chwilę!

Jednocześnie zaspokaja i pobudza ciekawość. Uczy otwartości na świat i drugiego człowieka oraz zmniejsza lęk przed odmiennością i nieznanym. A mnogość bohaterów, których należy odszukać w książeczce to dodatkowe ćwiczenie na pamięć, spostrzegawczość i koncentrację.

Pozycja obowiązkowa, tuż obok pierwszego atlasu.

Eliza Piotrowska, TO MY dzieci świata, Poznań: Wydawnictwo CED Edukacja, 2018, 64 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa CED Edukacja.

Bajki Majki: „Psierociniec. Tom 3: Niepiesek” Aneta Widzowska

Nie da się ukryć, że chociaż lubimy wszystkie futerkowe i nie futerkowe zwierzęta, to największą słabość odczuwamy do kotów –  jesteśmy rodziną kociarzy pełną gębą. Dlatego też nie od razu zwróciłam uwagę na „Psierociniec” – nową serię książek dla początkujących czytelników.

Dopiero trzeci tom psich przygód wyjątkowo skutecznie przykuł moją uwagę. Tom o Niepiesku, czyli psiaku, który przez całe życie myślał, że jest… kotem. Wychowany przez kocią rodzinę naprał wielu mruczkowatych zwyczajów, co spotkało się z drwiącą reakcją miejscowej bandy psich chuliganów.

Dlatego też za wszelką cenę stara się udowodnić sobie i innym, że potrafi być również świetnym psem. Buduje rakietę kosmiczną, chcąc zapisać się w historii psich podbojów wszechświata, próbuje łapać przestępców i kariery psa przewodnika. Niestety wszystkie jego wysiłki kończą się fiaskiem.  Czy wizyta w Psierocińcu pomoże mu uwierzyć w siebie i odnaleźć własną tożsamość?

I chociaż nie znamy wcześniejszych losów wielu bohaterów – między innymi psiego poety Remika, który stanie się mentorem Niepieska – trzeci tom serii okazał się być bardzo dobrym pretekstem dla pierwszej wizyty w Psierocińcu. Wybierając więc tytuł, nie trzeba sugerować się kolejnością tomów (choć oczywiście to zawsze najwygodniejszy sposób poznawania tematu) i spokojnie można wybierać zgodnie z dostępnością, czy tematyką.

A „Niepiesek” to zaskakująco pozytywna, zabawna i rozśpiewana (ten aspekt zaskoczył mnie chyba najbardziej – co kilka stron mamy wpadającą w ucho, rymowaną piosenkę – superowy pomysł!) opowieść o inności i akceptacji. Przyjaźń, rodzina i chęć niesienia pomocy, to kolejne wartości, jakie niesie ze sobą lektura. Fajnie sprawdzi się również jako wyjście do promowy o zjawisku adopcji. A wszystko to opakowano w dowcipną, nieprawdopodobną fabułę pełną bardzo sympatycznych bohaterów. Bo tutaj nawet czarne charaktery przyprawiają o uśmiech na twarzy. A i różnorodność gatunkowa jest imponująca.

Chociaż pod względem objętości tekstu, moja Maja jest jeszcze trochę za mała na tą pozycję, myślę, ze skusimy się na czytanie „na raty”. Mądry, przystępnie przedstawiony morał i strasznie ładne ilustracje dopełniające tekst są zbyt wielką pokusą, by móc w stanie się jej oprzeć i cierpliwie czekać te kilka lat. Za to bardziej wprawionym  (5/6 latkom) polecam lekturę jednym tchem.

Aneta Widzowska, Psierociniec. Tom 3: Niepiesek, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2018, 64 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

 

Bajki Majki: „Świąteczne życzenie” Katherine Rundell

To zdecydowanie pozycja z gatunku „na wyrost”, bo Majka z pewnością musi na nią poczekać jeszcze ze 3-4 lata, ale nie mogłam odmówić sobie przyjemności tej lektury.

Nie da się ukryć, że na równi z nazwiskiem autorki, do której po „Dachołazach” mam pełne zaufanie, skusiło mnie samo wydanie – jak na zdeklarowaną książkową srokę przystało. Bo wydana jest przepiękne – w twardej, bogato połyskującej oprawie i z przepięknymi, bardzo klimatycznymi ilustracjami.

I choć grubość książki zdaje się to sugerować, nie jest wcale szczególnie długa – bo ilustracji jest mnóstwo, często również na całe rozkładówki, a tekst wydrukowano dużymi literami o eleganckim kroju, dzięki czemu „Świąteczne życzenie” dobrze nadaje się dla początkujących samodzielnych czytaczy.

To rozgrzewająca serca opowieść o świątecznej samotności i chęci niesienia pomocy. Zapracowaniu rodzice Teodora zostawiają go samego w Wigilię, jednak dzięki sile wiary w moc spadających gwiazd i życzeń zyskuje on naprawdę wyjątkowych kompanów, którzy schodzą do niego z przyozdobionej chwilę wcześniej choinki. A wiadomo przecież, że trudno o lepszych towarzyszy nocnego zimowego spaceru, niż ołowiany żołnierzyk, konik na biegunach, zachrypnięty rudzik i gubiąca pióra anielica. A że każda z choinkowych zabawek potrzebuje pomocy, ruszają wspólnie by znaleźć ptaszkowi nauczyciela śpiewu, naprawić anielskie skrzydła gołębimi piórami, wybrać narzeczoną i znaleźć pracę dla ołowianego żołnierzyka i nakarmić wiecznie głodnego konia. A oni odwdzięczają się Teo w najpiękniejszy sposób – pomagając jego rodzicom otrząsnąć się z pracoholizmu i przypomnieć sobie ducha Świąt.

Ta historia bywa momentami wyjątkowo zakręcona – włamanie do sklepu z zabawkami poprzedza pełnienie straży przy żłóbku nowo narodzonego Dzieciątka, a najlepszym sposobem doklejenia piór do anielskich skrzydeł okazuje się być… guma do żucia! A jednak ta dowcipna i nieprzewidywalna narracja kieruje myśli czytelnika ku temu, co naprawdę ważne – empatii, pomocy bliźniemu, rodzinie, spędzaniu czasu razem i słuchania siebie wzajemnie.

Jest piękna (cudowny pomysł na prezent!), magiczna i bardzo, bardzo świąteczna!

Katherine Rundell, Świąteczne życzenie, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2018, 64 s.

Bajki Majki: „Serce na sznurku” Małgorzata Domagalik

Dzisiaj kilka słów o książkowym rozczarowaniu.

Długo zabierałam się na napisania tej recenzji próbując dociec dlaczego właściwie ta książka zupełnie nie przypadła mi do gustu. Wydaje mi się, że spory udział miał w tym jej opis nieszczególnie adekwatny do treści. To miała być przepiękna historia o bezgranicznej miłości, wrażliwości i akceptacji, dlatego też usiadłam do lektury z wielkim entuzjazmem – uwielbiam opowieści będące ciepłym kompresem na serducho, szczególnie podczas zimowo-świątecznej aury. Zwłaszcza, że staranność wydania i klimatyczne ilustracje, szczególnie okładka zapowiadały piękną historię.

DSC_1193

A ta pozycja niestety zupełnie nie spełniła moich oczekiwań. Początek był dobry, choć smutny – mała foka straciła mamę, która uratowała ją przed kłusownikiem – zapowiadało się na poruszającą historię. Uciekając przed zagrożeniem trafiła do jamy jednego ze swoich największych naturalnych wrogów – niedźwiedzia polarnego.

A niedźwiedź Ksawery – stary kawaler, samiec alfa okolicy i wielki mruk dbający o swoją samotność i pielęgnujący reputację – przytłoczony ważnymi sprawami rodzinnymi zapomina jej zjeść i zostawia ją samą w swoim domu, podczas gdy sam wyrusza na ratunek córce przyjaciela.

Kiedy wraca poturbowany, foczka robi wszystko, by utrzymać go przy życiu.

To prawda, że podczas lektury nie można się nudzić – ciągle coś się dzieje, przed bohaterami trudne wybory, heroiczne wyprawy i próby charakteru. Pojawiają się istotne wartości, jak pomoc w potrzebie, solidarność, akceptacja, odwaga i chęć obrony słabszych.

Przede wszystkim język jest kompletnie niedostosowany do małego odbiorcy. To prawda, że sama uwielbiałam w dzieciństwie wszystkie „trudne słówka”, ale konfabulacja? Serio?

Największy problem jednak tkwił w tym, że ta historia nie wzbudza emocji. Trudno mi to określić, ale książka wydała mi się płaska, niewciągająca. Czytelnik nie czuł złości niedźwiedzia, jedynie przeczytał o tym, że niedźwiedź się złościł, bo tak właśnie napisała autorka.

Nie podobała mi się stereotypizacja, z jaką potraktowano bohaterów. Naiwność młodej foki jestem jeszcze w stanie zrozumieć, chociaż kompletny brak instynktu samozachowawczego już nieszczególnie. Ale wyobraźcie sobie taką sytuację: bohaterka jest sama w domu, słyszy przez drzwi, jak dwa wilki snują plany włamania z rabunkiem, dlatego robi co może, bo przekonać ich, że dom nie jest pusty. Po wszystkim wygląda przez szybę i na jej widok ostatni pozostały napastnik ucieka. Więc foka czuje smutek, bo już myślała, że będzie mogła sobie z kimś porozmawiać. I to jest dla mnie irracjonalne. Kreowanie głupiutkiej bohaterki, która irytuje niedźwiedzia swoim ciągłym paplaniem i krzątaniną w jego domu, a na widok pierwszego w życiu ocieplacza na płetwę (butów) od razu życzy sobie dostać trzy pary niestety do mnie nie przemawia.

Podobnie jak podejście niedźwiedzia Ksawerego w stylu „męczące to babsko, szarogęsi się w domu, ale bez niego jakoś tak cicho i dziecko jest smutne”.

A koncepcja, że żywiące się fokami niedźwiedzie jednocześnie powinny ich nienawidzić jest dla mnie kompletnie bez sensu. Ludzie jedzą kurczaki i nie wiąże się to z nienawiścią. I owszem, czasami się z kurczakami przyjaźnią. Dlatego wciskanie negatywnych emocji między oczka łańcucha pokarmowego nie jest dla mnie niczym pożytecznym. Fakt, że zwierzęta zjadają inne zwierzęta to coś naturalnego, a nie złego. Rozumiem, co autorka miała na myśli, ale uważam, że przykład jest nietrafiony.

I chociaż każdy z bohaterów docelowo rozumie swoje błędy i zachowuje się w odpowiedni moralnie sposób, nie dopatrzyłam się w tym tekście ani wielkiej miłości, ani wzruszeń. Za to sporo narzucania się ze strony foki, która tak naprawdę nie bardzo ma co ze sobą zrobić i niedźwiedziowego pogodzenia się z losem. W moim odczuciu ich relacja jest bliższa syndromowi sztokholmskiemu, niż „bezgranicznej miłości”.

Mało tego, Ksawery doznaje tak wielkiej przemiany, że inicjuje ruch równościowy wszystkich zwierząt. Modne pojęcie tolerancji i konieczność utworzenia wspólnego frontu przeciwko zagrożeniu, jakim jest człowiek zostały mocno podkreślone. Co prawda ten pomysł będzie dokładniej opisany dopiero w kolejnym tomie, ale jestem bardzo ciekawa co wszyscy rewolucjoniści będą jedli?

Da się przeczytać, ale ani nie porywa, ani nie niesie ze sobą istotnych wartości w przekonujący sposób. Nie podsunę jej mojej córce, ale też nie będę miała nic przeciwko, jeśli kiedyś sama zechce po nią sięgnąć. Opierając się na szkolnym ocenianiu dałabym mocną trójkę.

Magdalena Domagalik, Serce na sznurku, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2018, 144 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.