Grajki Majki: Zabawka lata – latawiec

Mam wrażenie, że latawce zostały w ostatnich latach nieco zapomniane – kiedyś było ich pełno na plaży, a na każdej większej wolnej przestrzeni na naszym osiedlu można było zostać rozdeptanym przez kogoś zapatrzonego w przestworza, ściskającego kurczowo w dłoniach rolkę przezroczystej żyłki uczepionej do kolorowego kształtu wśród chmur.

Sami rodzinnie puszczamy latawiec odkąd tylko Maja zaczęła w miarę stabilnie siedzieć w spacerówce, ale niestety nasza papuga przeżyła parę twardych lądowań, kilka drzew i przeprowadzkę, przez co definitywnie odmówiła wzbijania się w powietrze. Trzeba więc było rozejrzeć się za czymś nowym.

Kiedy zobaczyłam tą rybę, nie mogłam się powstrzymać. Kto by nie chciał latającej ryby? I to był dobry wybór, bo zbliżony do klasycznego kształt latawca sprawdził się bardzo dobrze – nawet czterolatka dobrze daje sobie radę z „podrzucaniem” latawca do lotu –  a dzięki jaskrawym kolorom łatwo wyparzyć go z dołu. Konstrukcja jest za to na tyle wytrzymała, że kilkukrotne nurkowanie nosem w drzewie i inne dramatyczne skoki na główkę nie wyrządziły latawcowi żadnych widocznych szkód. No i barwna rybka wśród wszechobecnego błękitu nieba prezentuje się niezwykle efektownie!

Chętnie wypróbowaliśmy również coś innego. Nie jestem pewna, czy to nowa koncepcja, ale sama jeszcze nie spotkałam się z pomysłem latawca – spinnera.

To konstrukcja w kształcie gwiazdki o ramionach przedłużonych kolorowymi wstążkami, która obraca się na wietrze trochę jak wiatraczek. Nie wiem czemu o tym nie pomyślałam od razu, ale puszczanie tego rodzaju latawca wymaga nieco więcej przygotowania sprzętowego – nie da się przecież puszczać go na lince, trzeba mieć do tego odpowiednio wysoki kijek lub wędkę, które nie są dołączone do zestawu, warto mieć to na uwadze.

U nas jest przede wszystkim wesołą dekoracją ogrodu, bo nie trzeba go składać po zabawie. Świetnie sprawdził się również na plaży, jako znacznik głębokości wody, w której Maja może się bawić – bez problemu zrozumiała, że nie można samodzielnie zapuszczać się za gwiazdkę.

Podobno dobrze sprawdzi się również jako odstraszacz ptaków czyhających na ogródkowe owoce, ale tak u nas w tym roku nic nie rośnie, że nawet nie mamy jak sprawdzić. Może w przyszłym roku plony będą bardziej obfite i przetestujemy tą teorię!

Dodajcie wakacjom trochę kolorów, puszczajcie latawce!

Latająca ryba; Star Spinner
Firma: Brookite
Sugerowany wiek: 3+


Recenzja powstała dzięki uprzejmości dystrybutora zabawek Dante.

Bajki Majki: „Umiem to zrobić!” Jennifer Moore-Mallinos, Annabel Spenceley

Maluchy uczą się w każdej minucie chłonąc świat całym swoim małym jestestwem – to powszechnie znany fakt, ale fajnie sobie o tym czasami przypomnieć. I pomóc dziecku nieco usystematyzować zdobywaną stale wiedzę. Jak poważnie by to nie brzmiało.

„Umiem to zrobić! 46 rzeczy, których dzieci uczą się każdego dnia” to zbiór zagadnień, z jakimi przedszkolaki mają styczność na co dzień. Czego uczą się pomagając mamie w zakupach, podczas codziennych obowiązków, bawiąc się z rówieśnikami, czy nawet obserwując wybory żywieniowe domowego pupila.

Pamiętam, jak jakiś czas temu zabrałyśmy z Mają Figla do weterynarza na rutynowy przegląd i pewna pani w poczekalni zwróciła mi uwagę, że to nie miejsce dla małego dziecka. A tu proszę, mam dowód w formie poważnej dziecięcej literatury na potwierdzenie mojego przekonania, że podczas takiej wizyty dziecko może się wiele nauczyć! A i Figiel na pewno to docenił – w końcu dostał od Majeczki naklejkę „dzielny pacjent” na kontenerek.

Żarty żartami, ale pozwalając towarzyszyć dziecku w przeróżnych sytuacjach wspomagamy jego rozwój. I ta książeczka uświadomi to i dorosłemu i dziecku (tak, sprzątanie też rozwija!).

Każda z króciutkich historyjek ma osobnego narratora, który w kilku zdaniach opowiada o danej sytuacji i jej plusach – zazwyczaj się to dzieci, ale zdarzają się również zwierzęta, a nawet dinozaury! Bo w końcu któż lepiej wie, że trzeba dbać o stan uzębienia i chodzić na kontrole do dentysty, niż taka prehistoryczna gadzina? Każda z sytuacji zakończona jest pytaniem do małego czytelnika, zachęcającym go do odniesienia przeczytanego tekstu do własnych doświadczeń.

Doceniono tu nie tylko umiejętności manualne, jak wiązanie butów, dokładne mycie zębów, czy nakrywanie do stołu, ale również umiejętności społeczne, jak na przykład proszenie o pomoc, szacunek dla innych, czy zapraszanie do zabawy, umiejętność przegrywania, czy korzystania z wyobraźni, a także odnajdywania się w różnych sytuacjach.

Bardzo fajny sposób na podniesienie samooceny i zwiększenie pewności siebie u dziecka.

Jennifer Moore-Mallinos, Annabel Spenceley, Umiem to zrobić! 46 rzeczy, których dzieci uczą się każdego dnia, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2020, 96 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnicza Papilon.

Bajki Majki: Jeszcze więcej Skarpetek!

Po absolutnym sukcesie, jakim okazały się „Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek”, czym prędzej sięgnęliśmy po kolejne części i po raz kolejny całą rodziną wsiąknęliśmy w skarpetkowy świat.

„Nowe przygody Skarpetek (jeszcze bardziej niesamowite)” to aż 13 kolejnych bohaterek i kolejnych niezwykłych wydarzeń. Na małych czytelników czeka między innymi wyprawa w kosmos (i do sklepu z zabawkami, a to równie fantastyczne miejsce!), do serowarni i kopalni, na teatralną scenę i… do pensjonatu pełnego strachów! Wraz ze Skarpetkami zostaniemy superbohaterami, strażakami, pomocnikami pisarki, a nawet pomocnikami Świętego Mikołaja. Pojawi się też pewna historia miłosna, która przełamie stereotyp Skarpet, jako spragnionych przygód samotników i indywidualistów.

Poza niekwestionowanie najsympatyczniejszymi skarpetkowymi bohaterami spotkamy również misia-ufoludka, garuki i ptakoryby, szalonego wynalazcę i jego robota do zmywania naczyń, a nawet wilka, który marzył o byciu żuczkiem!

Ale to nie wszystko! Tata Małej Be postanowił wreszcie ukrócić tajemnicze znikanie swojej ulubionej i tej mniej ulubionej garderoby i, uzbrojony w kit, gips oraz klej, decyduje się raz na zawsze zakleić dziurę pod pralką pozbawiając skarpetki drogi ucieczki. Czy to będzie koniec skarpetkowych wojaży?

 

Justyna Bednarek, Daniel de Latour, Nowe przygody Skarpetek (jeszcze bardziej niesamowite), Warszawa: Wydawnictwo Poradnia K, 2017, 168 s.

Po przeczytaniu pierwszego tomu przygód Skarpetek brakowało mi nieco przyjaźni wśród bohaterów, więzi między skarpetkami i pracy zespołowej. „Banda Czarnej Frotté” jest najlepszym dowodem dla stadną naturę Skarpet, które nie tylko tęsknią za swymi utraconymi parami, ale również świetnie odnajdują się w grupie. Tym razem mamy do czynienia z przełamaniem skarpetkowej konwencji – w przeciwieństwie do poprzednich zbiorów opowiadań, w tej książce czeka nas bowiem przygoda pełnometrażowa. W dwunastu pełnych emocji rozdziałach, na niemalże 170 stronach! A co to będzie za przygoda! Pełna piratów, olbrzymów, morskich bitew na hummus i zupę paprykową, podwodnych krain, mitologicznych herosów, egipskich bóstw, kiepskich poetów, podstępnych band białych rękawiczek i dobrego jedzenia. Poznamy etiopską księżniczkę, pająka amatora bananów i Królową Świata. Skarpetkową oczywiście! Będzie też sporo poezji, wzruszające spotkania po latach, odrobina romansu i spora dawka girl power!

Szalone, erudycyjne, nieprzewidywalne przygody, charakterni bohaterowie i mnóstwo poczucia humoru, a wszystko to w genialne oprawie graficznej. Pochłonęliśmy całą książkę w trzy dni, ale gdyby to od Majki zależało (a rodzice nie dostawaliby chrypki po czterech rozdziałach na raz), najchętniej przeczytalibyśmy ją za jednym razem. Bo już przedszkolak nie może się oderwać!

A kiedy i ta przygoda dobiegła końca, moje dziecię zapytało rozczarowanym głosem „Mamusiu, dlaczego nie ma więcej?”. I postanowiło w przyszłości zostać autorką, by wymyślać i spisywać kolejne skarpetkowe perypetie.

 

Justyna Bednarek, Daniel de Latour, Banda Czarnej Frotté. Skarpetki powracają!, Warszawa: Wydawnictwo Poradnia K, 2019, 168 s.

Uwaga! Skarpetki uzależniają! Wszystkie trzy tomy są u nas w codziennym użyciu i nie zapowiada się wcale, jakoby miały się znudzić…

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Poradnia K.

Bajki Majki: „Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek (czterech prawych i sześciu lewych)” Justyna Bednarek, Daniel de Latour

Strasznie się cieszę, że Majka nareszcie dorosła do tej pozycji. Nasz egzemplarz skarpetek przywiozłam z Warszawskich Targów Książki dwa lata temu lat i mam w nim nawet dedykację autorów „Dla Majeczki na przyszłość”. Bo jak kupowałam tą książkę, moje dziecię miało ledwie dwa latka! Ale nie potrafiłam przejść obok niej obojętnie – w końcu dobre książki dla dzieci to nie wydatek, a inwestycja (a przynajmniej tak stale tłumaczę i sobie i mężowi). No i wreszcie się doczekałam – jak znalazł na kwarantannę. Pochłonęłyśmy wspólnie przygody wszystkich skarpet w trzy dni, a i tak któraś z nich wraca codziennie.

Zastanawialiście się kiedyś, gdzie podziewają się wszystkie te skarpetki, które wrzucacie do prania parami, a wraca tylko jedna, smutna i samotna? Ta książka obnaża całą skarpetkową prawdę – one po prostu dają nogę! Uciekają w siną dal i podbijają świat – każda na swój sposób.

Jak sam tytuł wskazuje – jest to zbiór dziesięciu nie za długich opowieści, a każda jest przygodą innej skarpetki. Poznamy skarpetkę, która zrobiła karierę w polityce i skarpetkę, która zrobiła karierę na wielkim ekranie. Ze skarpetką w marynarskie paski wyruszymy w rejs tam i z powrotem, a ze skarpetką w kolorowe paski poznamy nieprawdopodobnie bajkową historię pewnego bezdomnego. Inne skarpetki uratują małego kotka i mysią rodzinę, uszczelnią wronie gniazdo, sprawdzą się w roli detektywa, rozśmiesza dzieci w szpitalu a jedna z nich zostanie nawet… najprawdziwszą różą. Troszeczkę zabrakło mi pracy zespołowej i większej interakcji między poszczególnymi bohaterkami – bo i każda z nich wyrusza w świat samotnie. Czuję jednak, że jeszcze wszystko przed nami!

Mądre, zabawne i w istocie nieprawdopodobne przygody śmiałych i nieustraszonych skarpetek bez trudu podbiją serca i małych i dużych czytelników. A do tego są pięknie wydane i fantastycznie zilustrowane. Moja czterolatka oszalała na ich punkcie, jak dobrze, że są jeszcze dwie części!

Justyna Bednarek, Daniel de Latour, Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek (czterech prawych i sześciu lewych), Warszawa: Wydawnictwo Poradnia K, 2015, 160 s.

Bajki Majki: „Atlas cudów świata” Ben Handicott, Lucy Letherland

W obecnej sytuacji, z wielkich wakacyjnych planów pozostało nam tylko podróżowanie palcem po mapie. Ale od czego są książki!

„Atlas cudów świata” to podróż po tych dobrze znanych i tych najbardziej niedostępnych zakątkach świata. Od szczytu Mount Everest, przez mokradła Pantanal i wulkaniczną Hawai, aż na dno Rowu Mariańskiego. Od szczytu Wieży Eiffela, przez Ankor Wat i Petrę aż na Wyspy Wielkanocne.

Powiem Wam jednak, że odnośnie tego atlasu mam mieszane uczucia. Niewątpliwie jest pięknie wydanyolbrzymi (to jedna z największych książek dla dzieci, którą mamy w swoich zbiorach!), kryjący w sobie mapy z miniaturkami opisywanych miejsc, a każda strona to rozkładówka poświęcona innemu cudowi.

Z jednej strony bardzo podoba mi się zestawienie tworów natury z dziełami ludzkich rąk. Z drugiej natomiast zupełnie nie mogę się połapać w sposobie nawigacji – obiekty zostały podzielone kontynentami, ale wewnątrz tych „rozdziałów” kierowanie się mapą już nie obowiązuje. Na przykład podróż po Europie zaczynamy od oglądania zorzy polarnej w Norwegii, po czym przenosimy się do Mont Saint-Michel, co jest całkiem zrozumiałym wyborem (który z całego serca popieram!), bo natura i kultura zmagają się tam z każdym przypływem. Następnie przenosimy się do Kolosseum we Włoszech, Hagia Sophii w Turcji i Neuschwanstein w Bawarii (a i sam wybór tego zabytku złamał mi serce. Jak można było, spośród wszystkich zamków Europy, wybrać ten twór?!), by… wrócić do Francji i policzyć nity Wieży Eiffela. Ani więc tu chronologii, ani optymalizacji trasy przejazdu.

Nie jestem też szczególnie usatysfakcjonowana treścią, bo choć o każdym z zabytków dowiemy się czegoś ciekawego, to sama wiedza jest rozczarowująco powierzchowna. Na przykład wśród powodów, dla których nie ukończono budowy bazyliki Sagrada Familia nie wymieniono przedwczesnej śmierci Gaudiego…Sama przyczyna śmierci została podana jako ciekawostka, ale w zupełnym oderwaniu od tematu. A przecież to założenie nie było zwykłym projektem architektonicznym, a rodzajem modlitwy. Której większość zginęła wraz z twórcą.

Możliwe, że moje odczucia wynikają z bardzo wysokich oczekiwań, które miałam względem tej pozycji. Szczególnie, po „Historii kolorów”, którą czytałam chwilę wcześniej, i która mnie zachwyciła, nie tylko od strony wizualnej, ale przede wszystkim ze względu na treść. A w tym przypadku mam wrażenie, że tekst zostaje w tyle za ilustracjami. I nie ma w tym nic złego, bo bardzo cenię picturebooki, a studiowanie całkiem szczegółowych przedstawień cudów zarówno natury, jak i architektury (szczególnie w takim formacie!) uważam za wartość samą w sobie. I bardzo prawdopodobne, że taki właśnie był zamysł autorów i to obraz miał być głównym medium, a podstawie informacje i ciekawostki stanowią jedynie jego dopełnienie. Żeby dzieci nie tylko wiedziały, na co patrzą, ale i by rozbudzić ich zainteresowanie. Wygląda jednak na to, że moja ciekawość domaga się natychmiastowego zaspokojenia, albo po prostu spodziewałam się czegoś innego.

I chociaż sama podarowałabym sobie niektóre z wymienionych tu dzieł, wybrano również kilka wybitnych, a mało znanych i popularnych (nawet podczas zwiedzania mapy!) w Polsce kierunków, jak choćby meczet w Dżenne.

To wartościowa, rozwijająca i rozbudzająca ciekawość pozycja, która owej ciekawości jednak nie zaspokaja. Wręcz nakłada do dalszego studiowania tajemnic wybranych cudów, których rąbka zaledwie uchyla.

Ben Handicott, Lucy Letherland, Atlas cudów świata, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2019, 88 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: Wielkanoc i wiosna w książkach dla dzieci

Chociaż Maja skończyła niedawno cztery lata i jest poważnym przedszkolakiem, wciąż raczej ostrożnie podchodzę do tematu Wielkanocy i staram się, żeby Majka poznała ją najpierw przez pryzmat tradycji i zwyczajów, niż od razu z całym ciężarem religijnym. Dlatego też staram się wyszukiwać książki, które bardzo stopniowo wprowadzają w temat, poprzestając na zarysowaniu problematyki, bez zgłębiania się w szczegóły.  Jeszcze przyjdzie czas na drogę krzyżową, męczeńską śmierć i zmartwychwstanie, na razie preferuję pozostać w kręgu symboliki odradzającego się życia. A przy tym nie sposób przecież rozejrzeć się za pierwszymi oznakami wiosny!

„O wiośnie, kurczętach i wielkanocnych świętach”
Nieskomplikowana rymowanka Urszuli Kozłowskiej zwiera w sobie wszystkie podstawowe elementy wiosny i Wielkanocnych tradycji – znajdziemy tu bazie, powrót ptaków, kurczęta i jajka na pisanki, cukrowego baranka, wielkanocne dekoracje, święconkę, wypieki, zajączka podrzucającego smakołyki i polewanie się wodą. Najbardziej podstawowe wprowadzenie w wielkanocną tematykę dla zupełnych maluszków wydane w bezpiecznej kartonowej formie z miękką okładką o zaokrąglonych rogach. O innych wielkanocnych tytułach tej autorki pisałam TUTAJ.

Urszula Kozłowska, O wiośnie, kurczętach i wielkanocnych świętach, Ożarów Mazowiecki: Wydawnictwo Olesiejuk, 2016, 18 s.

Kiedy kupowałam w jakiejś lidronce zestaw kreatywnych zadań-wypychanek bez konieczności użycia nożyczek „Wielkanocne zabawki”, nie spodziewałam się zupełnie, jak dużo wiedzy na temat Wielkanocy zostało w nim przemycone. W prosty i zwięzły sposób streszczono tu wielkanocne tradycje i zwyczaje określając tło dla proponowanych zabaw i dekoracji do wykonania. A i te są bardzo różnorodne – od instrukcji wykonania świątecznej kartki, przez kolorowanki i dekoracje, których elementy wypychamy z tekturowych stron książeczki, aż po przepisy kulinarne. Po zakończeniu zabawy nie tylko będziemy mieli królicze uczy, pacynki, czy wiosenne dekoracje, ale i gotowe potrawy na świąteczne śniadanie. Bardzo fajna propozycja spędzenia wspólnego czasu z dzieckiem i rodzinnych przygotowań do świąt.

Zestaw kreatywny Wypychanki wielkanocne. Wielkanocne zabawki, Warszawa: Wydawnictwo Zielona Sowa, 2018, 24 s.

Książka o przygodzie dwóch ciekawskich myszek – Emilki i Maksa – to wyjątkowo przystępny sposób przekazania dzieciom wiedzy na temat świąt Wielkiej Nocy. Myszki mieszkają pod podłogą pewnej rodziny i, kiedy któregoś dnia zauważają nietypowe zachowanie swoich gospodarzy, na wszelkie sposoby starają się dowiedzieć o co chodzi w tym nagłym zamieszaniu. A jak wiadomo, najlepszym sposobem zdobywania wiedzy, jest zapytanie kogoś mądrego. Tak też mysi dziadek opowiada wnukom o tajemnicach Wielkiego Tygodnia, mysia babcia wyjaśnia co tradycyjnie pojawia się na wielkanocnym stole, a znajoma kurka wyjaśnia sekret kolorowych jajek. A kiedy przychodzi Lany Poniedziałek, nie ma rady, nawet poczciwy kocur Panfucy nie może zostać suchy.

 Ireneusz Korpyś, Emilka i Maks na tropie Wielkanocy, Częstochowa: Wydawnictwo Świętego Filipa Apostoła, 2019, 32 s.

Często pojawia się pytanie od którego tomu „Ulicy Czereśniowej” zaczynać tą przygodę. Moim zdaniem od wiosny właśnie, choć to chyba była ostatnia część, która pojawiła się na naszej półce. Ale choć Czereśniowa tętni życiem przez cały rok, mam wrażenie, że to właśnie tutaj wszystko się zaczyna – przyroda budzi się do życia, rozpoczyna się budowa przedszkola i drogi dojazdowej do miasta, Felix kręci się wokół Ryski, a w centrum kultury praca nad wielkanocnymi dekoracjami wre. Rynek zmienił się w targ kwiatowy, bociany zakładają gniazdo, a park pełen jest korzystających z dobrej pogody mieszkańców. Jak zwykle od pełnej szczegółów książki obrazkowej trudno oderwać wzrok!

Rotraut Susanne Berner, Wiosna na ulicy Czereśniowej, Warszawa: Wydawnictwo Dwie Siostry, 2012, 14 s.

„Wiosna Toli”, Anna Włodarkiewicz
Zaskakujący pierwszy dzień wiosny, rowerowa wycieczka i urodziny głównej bohaterki – tak wiosnę spędza Tola, przeurocza bohaterka cyklu książek dla przedszkolaków. Cztery ciepłe, pięknie ilustrowane opowiadania niosą ze sobą mnóstwo wartościowej treści – przeczytamy tu całkiem sporo o pomaganiu innym: Tola z mamą pomagają pani Hani z warzywniaka, w którym schroniły się podczas śnieżnej zadymki, a podczas wycieczki rowerowej z tatą czterolatka otrzymuje pomoc od nowo poznanej rodziny, sama natomiast chętnie pomaga dziadkom w ogrodzie. Pojawia się również temat pielęgnowania przyjaźni, zdrowego odżywiania, alergii, małych dzieci, karmienia piersią i ciąży. A wszystko to okraszone przygodami nieco zakręconej, ale bardzo sympatycznej rodziny.

Osobiście szczególnie lubię fragment, w którym Tola jedzie z tatą na wyprawę rowerem, żeby mama mogła spotkać się z dawno niewidzianą koleżanką, a także moment, w którym mama Toli nazywa jej małe kuzynostwo „szarańczą wędrowną”.

Majka oczywiście preferuje psotną stronę głównej bohaterki, szczególnie skakanie w błocie i zostawianie śladów w całym babcinym domu.

„- Jestem głodna! – woła.
– Jak wilk?! – odkrzykuje tata
– Jak dziki bawół!”

I jak tu jej nie kochać?

Anna Włodarkiewicz, Wiosna Toli, Warszawa: Wydawnictwo Zielona Sowa, 2018, 64 s.

„Bullerbyn. Trzy opowiadania” to lektura idealna na prawie każdą porę roku, bo znajedziemy tam i wiosnę, i początek lata i czar Bożego Narodzenia. Otwiera je „Wiosna w Bullerbyn”.

A wiosną w Bullerbyn się dzieje, oj dzieje! Szczególnie, kiedy jej dziecięcy mieszkańcy muszą opiekować się małą Kerstin, która zrywa kwiatki z maminej rabatki, albo zupełnie niespodziewanie siada w strumieniu. Wiosna na wsi jest pełna kwiatów i młodziutkich zwierzątek. Razem z bohaterami doglądamy jagniątek i uciekamy przed baranem, budujemy domek na łące, skaczemy z dachu drewutni a nawet… dosiadamy byka!

Bullerbyn jest piękne w opisie i równie piękne na ilustracjach, które dodatkowo pobudzają wyobraźnię. A tych jest tu mnóstwo! Zajmują całe strony i połówki stron. Są na nich koty ciągnięte za ogon, urocze jeżyki i jagniątka, Britta na dachu obory, dzikie tańce wokół ogniska, małe kociaczki i mnóstwo innych rzeczy. Obrazki są genialne – duże, szczegółowe, kolorowe i w tym niepowtarzalnym stylu Ilon Wikland, który już zawsze będzie mi się kojarzył z dzieciństwem.

Astrid Lindgren, Wiosna w Bullerbyn [w:] Bullerbyn. Trzy opowiadania, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2014, s. 3-33.

„52 tygodnie” Anne Crausaz, to wyjątkowo subtelna książka, która za pomocą 52 ujęć tej samej jabłoni – po jednym na każdy tydzień roku – uczy najmłodszych o przemijaniu pór roku. Razem z porami roku zmienia się drzewo, za każdym razem przysiadają też na nim inne ptaki, które z nich przynoszą wiosnę?

Trochę album ptaków, trochę książka do obserwacji, trochę wykład o przemijaniu i „wielkim kręgu życia”. Tchnąca spokojem, prosta i liryczna.

Anne Crausaz, 52 tygodnie, Piaseczno: Wydawnictwo Widnokrąg, 2015, 104 s.

Drugą pozycją o nieustannych zmianach, jakie następują w naturze jest jedna z części mojej ukochanej książki o Brązowych Zającach – „Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham” – poświęcona wiośnie. Duży Zając pokazuje Małemu pierwsze oznaki odradzającego się po zimie życia i tłumaczy mu, w co niedługo się przemienią – kijanka w żabę, jajka w pisklęta, a pisklęta w dorosłe ptaki. A w co przemienią się małe brązowe zajączki?

Niesłychanie trudno jest zdobyć polską wersję tej książki, bo nakład jest wyczerpany od bardzo dawna, czasami uda się upolować w bibliotece. My jednak mamy wersję angielską i bardzo dobrze się sprawdza.

Sam McBratney, Anita Jeram, Guess How Much I Love You in the Spring, London: Walker Books Ltd., 2016, 24 s.

„Rok w lesie” to fantastyczna lektura dla małych odkrywców – nie tylko ze względu na tematykę i możliwość prowadzenia własnych obserwacji „w terenie”, ale i formę książki pełnej okienek i maleńkich, rozkładanych książeczek-harmonijek.

Autorki wprowadzą ciekawego świata malucha w tajemnice leśnego świata, który będziemy odkrywać wspólnie miesiąc po miesiącu. Zaczynając od marca, bo to właśnie wiosną przyroda budzi się do życia.

Poznamy leśne zwierzęta i rośliny charakterystyczne dla poszczególnych pór roku. Dowiemy się czym jest gęśnica wiosenna, jak pachnie tchórz, jakie ptaki schodzą po drzewach głowami w dół, co jedzą kuny, po co świecą świetliki, dokąd odlatują jaskółki, co gryzie kasztanowca, czy uszatka ma uszy, dlaczego dziki wychodzą z lasu i kiedy randkują zające. A to tylko kilka wybranych ciekawostek!

Nie znajdziemy tu bowiem litego tekstu – cała książka jest tak naprawdę bogato ilustrowanym (a ilustracje  przesympatyczne – osobiście jestem wielką fanką baryłkowatych dzików, Majka ma słabość do ślimaka bez skorupki i wiewiórka-żonglerka) zbiorem krótkich, interesujących faktów pogrupowanych zgodnie z leśnym kalendarzem. Okrągłe okienka dają nam możliwość zajrzenia do wnętrza mrowiska, licznych dziupli i norek, a nawet do wnętrza zjedzonego przez korniki pnia.

Natomiast z rozkładanych na różne sposoby małych książeczek nauczymy się rozpoznawać zwierzęta po tropach, jakie zostawiają w błocie i śniegu ich łapy i raciczki, a także rozpoznawać gatunki drzew po ich liściach. Podsuną nam również pomysły na leśne zabawy.

Jest również druga książeczka z tej serii – „Rok w ogrodzie”.

Petra Bartíková, Aneta Žabková, Rok w lesie, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2018, 20 s.

Jak wiosna, to i wiosenne porządki! Kiedy Mama Mu przynosi do obory pierwszy bukiet wiosennych zawilców, okazuje się, że trzeba trochę odkurzyć parapet, by mieć je gdzie postawić. I okno, żeby było coś przez nie widać. Ale przecież jest i Pan Wrona – samozwańczy mistrz sprzątania! A może przechwalania się? Szast-prast-bum, wystarczy pięć sekund, by doprowadzić taką oborę do porządku, ale czy na pewno? Pan Wrona prześciga sam siebie w wymyślaniu genialnych pomysłów, by postawić na swoim i przy okazji nadmiernie się nie napracować. Okazuje się jednak, że jego pomysły powodują tylko większy i większy bałagan…

Narwany Pan Wrona i pełna spokoju Mama Mu jak zwykle bawią i uczą. Tym razem wiosennie i z morałem na jedną z dziecięcych bolączek. Bo czasami lepiej od razu zabrać się za porządki, niż nadmiernie cudować. A czasami najlepiej po prostu posiedzieć na powietrzu i cieszyć się pierwszymi promieniami wiosennego słońca.

Jujja i Tomas Wieslander, Mama Mu sprząta, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2008, 30 s.

W wiosennej części „Opowieści z Parku Percy’ego”, główny bohater również szykuje się do porządków. Przycinanie żywopłotu w parkowym labiryncie to nie przelewki, trzeba uważać, żeby podczas pracy nie zgubić drogi, na pewno przyda się sznurek! Tymczasem niefrasobliwi zwierzęcy przyjaciele dozorcy szykują dla niego niespodziankę, której skutek na pewno ich zaskoczy.

Bardzo sympatyczna opowieść z pięknymi ilustracjami, pełna żonkili i wiosennych psikusów. Opowieść uzupełnia plakat z labiryntem, dzięki któremu mały czytelnik może pomóc bohaterom wydostać się z zielonej pułapki.

Nick Butterworth, Opowieści z parku Percy’ego. Tajemnicza ścieżka, Łódź: Wydawnictwo AMEET, 2008, 27 s.

„Kubuś i Kaczątko” to znane i lubiane postacie w zupełnie nowej, ale jakże sympatycznej odsłonie. Wprowadzając nowego bohatera – zagubioną i zapomnianą kaczuszkę – autorka wydobywa z ukochanych postaci ich najlepsze cechy: dobroduszną prostotę Puchatka, troskliwość Prosiaczka, czy niewyczerpane pokłady cierpliwości Kłapouchego. W pełnej ciepła opowieści o pomocy nieznajomemu i opiece nad słabszym sprawują się wyśmienicie, bezbłędnie wpisując się w pełen życzliwości klimat Stuwiekowego Lasu.

Stosunkowo dużej ilości tekstu (wystarczającej na dobre 20 minut wieczornego czytania) towarzyszą wyjątkowo urokliwe ilustracje – disneyowskie, a jednak w delikatniejszej, bardziej subtelnej, wręcz nieco „romantycznej” formie. A te są duże i czytelne, niekiedy wypełniające całe strony.

Tak, to nie jest oryginalna historia o Kubusiu. Mimo to sięgamy po nią z prawdziwą przyjemnością i całkowicie spełniła moje oczekiwania. Jest mądra, pełna pozytywnej energii i dodatkowo ładnie wydana. A klimat przywodzi wspomnienia z dzieciństwa, cudownie, że mogę przeżywać je ponownie przedstawiając córce moich ulubieńców.

Ponadto wykluwające się z jajek żółciutkie kaczuszki i rosnące w Stuwiekowym Lesie żonkile idealnie pasują do, nareszcie ogarniającego nas wokół, wiosennego nastroju. Idealny prezent od „Zajączka”.

Nancy Parent, Kubuś i przyjaciele. Opowieści o życzliwości. Kubuś i kaczątko, Warszawa: Wydawnictwo Egmont, 2019, 48 s.

A co Wy czytacie dzieciom wiosną? Wybieracie pozycje bardziej związane z religią i tradycją, czy te poświęcone rozbudzającej sie naturze? Podzielcie się inspiracjami!

Bajki Majki: „Historia kolorów” Clive Gifford

Wiedzieliście, że słowem „pink” bardzo długo określano jeden z żółceni? A różowy był kolorem zarezerwowanym dla małych chłopców? A słyszeliście może o różowej margarynie? Jeśli nie, to wiele ciekawostek w tej książki ma szansę was zaskoczyć. Bo to tylko jedna z całego kalejdoskopu opisanych w niej barw.

Odkąd jako dziecko poznałam dwa „niestandardowe” kolory – pąsowy i indygo – stałam się niepokonana w grze w kolory i nigdy już nie musiałam uciekać przed berkiem wokół piaskownicy. Aż do momentu, w którym, oskarżona o oszustwo, musiałam podzielić się moim kolorystycznym odkryciem z innymi dziećmi i wszystko przepadło. Aż do czasu umbry palonej, która szybko stała się moim kolejnym triumfem. Gwarantuję, że po tej lekturze, waszym latoroślom nigdy już nie zabraknie barwnej elokwencji.

Kto i dlaczego zaczął hodować pomarańczowe marchewki? Ile lat liczy sobie najstarsze pudełko farb? Jaki barwnik powoduje kolejki w toalecie, co groziło za fałszowanie szafranu, jaki barwnik produkuje się z rozgniecionych chrząszczy i dlaczego jeden z prerafaelitów urządził swoim tubkom farb pogrzeb w przydomowym ogródku? Co było na tyle drogocenne, by pokrywać je mieszaniną białka jaj i… woskowiny z ludzkich uszu? Jaki kolor określano jako „pchle plecki”, jak dużo zgniłych ślimaków potrzeba, by uzyskać gram purpury tyryjskiej i do wytwarzania barwnika jakiego koloru używano ludzkiego moczu (podpowiedź: nie, nie był to żaden z żółcieni)?

Fascynująca i fenomenalnie zilustrowana podróż przez historię świata utrwalanego. Od prehistorycznych jaskiń, przez mundury najgroźniejszych armii, suknie Najświętszej Panienki zerkającej z płócien mistrzów, aż po strojne suknie elegantek i barwne tapety modnych mieszkań. Poznacie symbolikę barw, krwawe sekrety historii, kolory tak piękne, że popychające ku zbrodni i tak trujące, że służące za środek owadobójczy. I poznacie też odcień piątku.

Jestem wielką fanką encyklopedii i niejedną już miałam w dłoniach, ale ta jest wyjątkowa. Może to już taka moja słabość, ale dosłownie nie mogłam się oderwać, a kilka informacji naprawdę mnie zaskoczyło. Ta książka to jedna wielka ciekawostka i z całego serca polecam ją każdemu, bo nie ma najmniejszego sensu stawiać tu górnej granicy wieku. Bierzcie i czytajcie, świetna jest!

Clive Gifford, Historia kolorów. Jak kolory kształtowały świat, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2020, 64 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „Lukrecja” Anne Goscinny

Nigdy nie sądziłam, że takie słowa kiedykolwiek przejdą mi przez usta (czy przez klawiaturę), ale stało się, nie sposób już dłużej wypierać tego faktu: polubiłam Lukrecję! Całe szczęście, że tą przez duże „L”.

Kiedy dziecko znanego pisarza decyduje się iść w ślady ojca, nie sposób nie podejść do książki zarówno z wielkimi nadziejami, jak i z równie dużymi obawami. Wychowałam się na wszystkich przygodach Mikołajka (po dziś dzień uważam się za damskie wcielenie Alcesta) i chociaż, wiem, że obecnie uznaje się je za nie do końca edukacyjne, to na pewno podsunę je niedługo Majce, a i sama przeczytałabym więcej. Na szczęście Anne Goscinny spisała się świetnie – nie próbuje naśladować stylu ojca, a świat jej bohaterki zdecydowanie bardziej przystaje do współczesności. Bez obaw – nikt tu już nie rozwiązuje problemów „dawaniem fangi w nos”.

Lukrecja ma 12 lat, chodzi do szóstej klasy, więc nareszcie jest dorosła i ma fantastycznie zakręconą patchworkową rodzinę. Jej mama jest adwokatem, więc bywa w więzieniu tak często, że czasami można się zastanowić kto tak naprawdę ma tu kłopoty. Tata jest artystą i chyba nigdy nie nauczy się porządnie w dorosłość. Ojczym uwielbia odrabiać jej prace domową z matematyki, ale niestety nie wychodzi mu to tak dobrze, jak gotowanie obiadów. Młodszy brat ma obsesję na punkcie gier wideo, szkieletorów i zombie, a babcia imprezowiczka uczy ją ważnych życiowych umiejętności, jak na przykład gra w karty. Zamiast wymarzonego psa nasza bohaterka dostała żółwia o wdzięcznym imieniu Madonna. Poza zółwiczką przyjaźni się też z trzema Linami, w przyszłości chce zostać pisarką, jej nowy wychowawca jest lumberseksualny i wygrała wybory do szkolnego samorządu będąc jedną z dwóch nie kandydujących osób. A to tylko niektóre z jej przygód!

Anne Gosciny, Lukrecja, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2019, 216 s.

Pełne humoru książki o życiu Lukrecji są tak francuskie, że to aż urocze, spodziewajcie się w nich sporo wina i otwartego spojrzenia na świat. W drugiej części nasza bohaterka wybierze się między innymi na homoseksualny ślub wujków, przyjęcie zaręczynowe swojej szalonej babci, koncert przyjaciółki-akordeonistki i z wizytą do drugiej babci, która cierpi na Alzheimera. Wejdzie też w „trudny wiek”, w tajemnicy przed mamą przekłuje uszy i będzie świętować swój pierwszy pisarski sukces.

Tylko wbrew temu, co napisano na okładce, nie jest wcale siostrą Mikołajka, a jego kuzynką. A właściwie kuzynką pierwowzoru tego słynnego łobuziaka.

Anne Gosciny, Lukrecja stawia na swoim, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2020,
216 s.

Scarlett, najbardziej zakręcona babcia Lukrecji uwielbia przysłowia (oczywiście poza pokerem, winem i imprezami). W trzecim tomie dowiemy się bardzo dobrze, czym jest słomiany zapał i co to znaczy „podłożyć komuś królika” (francuskie „poser un lapin à qn” jest w tym przypadku nieprzetłumaczalne – u nas to „wystawić kogoś do wiatru” i niestety nie pasowałoby do elementu fabuły, jakim jest ukochany królik Wiktora, Rondel). Bohaterka wyruszy na swoją pierwszą klasową wycieczkę do gospodarstwa agroturystycznego, przekona się na własnej skórze jak bardzo wymagający jest zawód adwokata oraz czy chciałaby w przyszłości pełnić tak odpowiedzialną funkcję, jak prezydent.  I czy chciałaby grać w piłkę, czy być żoną piłkarza.  Jeden z bohaterów będzie miał szansę zagrać w najprawdziwszym filmie, a spisane w ramach urodzinowego prezentu dla taty wspomnienia mają szansę stać się pewnego dnia pierwszą książką Lukrecji.

Jak zawsze pełna humoru, szalenie pozytywna i chwytająca za serce. Lukrecja ma chyba najfajniejszą rodzinę na świecie. Za raz po mojej własnej!

Anne Gosciny, Lukrecja na pierwszym planie, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2020, 204 s.

To bardzo podstępne kończyć każdy tom jednym lub dwoma rozdziałami kolejnego, żeby zaostrzyć czytelnikowi apetyt. Bardzo skutecznie, bo już nie mogę się doczekać. Na pewno w swoim czasie podsunę ta serię Majce, bo jest świetna do samodzielnego czytania – z dużą czcionką, przetykana ilustracjami i podzielona na niedługie rozdziały, z których każdy stanowi odrębną przygodę. Bardzo aktualna i sympatyczna porusza tematy ważne i ważkie, ale jak najbardziej istotne dla babskiej części „młodszej młodzieży”.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak Emotikon. 

Grajki Majki: Pluszowe zwierzaki, National Geographic

Jakiś czas temu pokazywałam Wam mojego pluszowego leniwca (tak tak, mojego, nie oddałam go dziecku!), który kradnie serca beznamiętnym wyrazem pyszczka i niebiańską puchatością futerka. I tak jak wtedy przewidziałam, jedno pluszowe zwierzątko to już zaczątek stada. Ani się obejrzałam, a rozmnożył się do aż czterech sztuk. I to różnych gatunków!

Ulubienica Majki – foka (a właściwie Weddelka Antarktyczna) – sypia pod wodą i potrafi wynurzać się, by zaczerpnąć oddech, przez sen. Nasz egzemplarz nazywa się Wallie Snow i śpi w łóżku. Na poduszce z Elsą, więc na pewno ma wystarczająco zimno!

Nie potrafiłam odmówić sobie lwa, chociaż Figiel nie jest z tego faktu ani trochę zadowolony (dotychczas tylko on miał grzywę w tym domu!). Myślę jednak, że w końcu się dogadają. W końcu lwy afrykańskie to jedyne dzikie koty, które żyją w stadach.

Dziobak na zdjęciach wychodzi dość groźnie, a ma niesamowicie gładką i miła w dotyku sierść, więc nie sposób go nie miętosić. I spójrzcie tylko na te łapki! Dotychczas myślałam, że dziobaki są całkiem spore, a tu okazuje się, że mierzą mniej więcej 40 cm i ważą około 1,4 kg, czyli właściwie maskotka oddaje realne wymiary zwierzęcia. To w porównaniu z moim prawie pięciokilogramowym Vincentym prawdziwe maleństwo!

Starannie wykonane, szczegółowe, mięciutkie zabawki są naprawdę realistyczne i całkiem podobne do swoich pierwowzorów na fotografiach. Wszystkie mają głęboko w środku jakiś rodzaj ziarna (właściwie trzeba być trochę księżniczką Pirlipatką, żeby odnotować ten fakt), dzięki czemu stabilnie siedzą i nie przewracają się na boki. Leniwiec na przykład na dobre już zadomowił się na oparciu mojego fotela i ani razu jeszcze nie spadł mi na głowę. Do każdego z nich dołączono ulotkę z kilkoma ciekawostkami na temat zwierzęcia, zdjęciami i informacjami na temat innych zwierząt mieszkających w danym klimacie (a w przypadku lwa – innych dużych kociaków). To trochę podstęp, bo jak już tulisz się do swojego dziobaka i czytasz o innych mieszkańcach Australii, to nagle masz ochotę drugą ręką poprzytulać koalę, trzecią kangura, a do tego owinąć się pytonem, a Majka coś przebąkuje o niedźwiedziu i zającu do swojej strefy polarnej. I tak właśnie powstaje pluszowe stado! I gniazdo Pluszakowej Matki…

Foka, Lew, Dziobak
National Geographic

Te i inne pluszaki od National Geographic możecie znaleźć TUTAJ.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości dystrybutora zabawek Dante.