Grajki Majki: Mozaika pixel Photo „Disney Princess”, Quercetti

Mozaiki z gwoździków od Quercetti to jeden z naszych „pewniaków” i dobry patent na zajęcie mojej Majki na dłuższą chwilę. Układanka Pixel Photo to już nasz czwarty zestaw, przy czym muszę przyznać, że jest na naprawdę wysokim poziomie trudności (6+). I pomyśleć, że całkiem niedawno zaczynaliśmy od „Kotka” z elementami wielkości piąstki maluszka, potem był „Pixel Daisy” do układania prostych obrazków i pozwalający puścić wodze wyobraźni zestaw z Myszką Minnie z gwoździkami w różnych rozmiarach. A teraz proszę bardzo, nagle moja przedszkolaczka układa portrety księżniczek z 6600 elementów! Kiedy to zleciało?

Tym razem układanka wymaga od dziecka sporo czasu i cierpliwości. I precyzji, bo gwoździki są już naprawdę drobne (to chyba w ogóle najmniejszy rozmiar) i trzeba je gęsto poupychać w otwory. Bardzo fajnym zabiegiem jest podzielenie pracy na 4 części – w zestawie znajdziemy 4 ramki z dziurkami i wzór również przecinamy na 4 części, by układać je etapami, dzięki czemu dziecko nie zniechęci się za szybko. Po ułożeniu wszystkie ramki łączymy w jeden obraz wciskając je w stelaż wyposażony w dziurkę do zawieszenie na ścianie. To już naprawdę złożony, wieloetapowy projekt do zaplanowania na dłuższy czas, bo jednak założenie, że dziecko zdoła układać po jednej płytce dziennie okazało się mocno błędne – moja pięciolatka nie była w stanie skupić się na dostatecznie długi moment no i paluszki trochę bolały od wciskania. Za to ma wszystko przygotowane na stoliku i co jakiś czas wraca do układania – czasem na chwilkę, a czasem potrafi wsiąknąć nawet i na godzinę!

Do wyboru są dwa portrety księżniczek – w naszym zestawie to Kopciuszek i Arielka, ale jest też komplet z Anną i Elsą oraz nieco trudniejsze układanki z bohaterami Gwiezdnych Wojen. Korzystając ze wzoru układamy portret przy pomocy gwoździków jednakowego rozmiaru w 6 kolorach – czarnym, białym, czerwonym, niebieskim, zielonym i żółtym. Im więcej elementów ułożymy, tym wzór staje się bardziej czytelny, a z oddali „pixele” zupełnie znikają zlewając się w jednolity obraz. Dla malucha trochę magia, a jednak optyka. I dobry pretekst do rozmowy nie tylko o nauce, ale i na przykład o płótnach impresjonistów i pointylizmie – oglądanie płócien George’a Seurat’a było dla mnie obowiązkowym punktem programu podczas układania :D

Jest jednak jeden haczyk – możliwe jest ułożenie tylko jednego portretu na raz. A kiedy ten nam się znudzi i zechcemy rozpocząć nowy projekt, trzeba będzie… no cóż, pobawić się w Kopciuszka  – wyjąć i podzielić kolorystycznie wszystkie grzybki z płytek. A trochę tego jest…

Czy to uniwersalna zabawka, która gwarantuje mi czas na pół godzinki z książką przy gorącej kawie kiedy tylko tego zapragnę? Nie. Do tak skomplikowanej układanki moja córka musi mieć „nastrój” i być odpowiednio wypoczęta, by skupić się wystarczająco i mieć cierpliwość do wszystkich tych małych elementów. A w tym przypadku nie widać efektów tak szybko, jak na przykład w układance „Pixel Daisy”. Jednak moja przedszkolaczka od czasu do czasu i przy sprzyjających warunkach potrafi w nią „wsiąknąć” na dłużej, a wysiłki zostają nagrodzone spektakularnym efektem.

No i trudno o lepszy trening małej motoryki, skupienia, koncentracji, cierpliwości i precyzji. To na pewno nie będzie nasza ostatnia mozaika!

Mozaika Pixel Photo „Disney Princess”
Firma: QUERCETTI
Ilość elementów: 6600
Sugerowany wiek: 6+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości dystrybutora zabawek Dante.

Grajki Majki: Kącik małego miłośnika fok

Dzieci mają swoje ulubione zwierzątka i ukochane pluszaki – to oczywista oczywistość. I zazwyczaj kiedy już jakiś gatunek zostanie tym wybranym, pojawia się potrzeba posiadania wszystkiego z uroczym pyszczkiem właśnie tego konkretnego stworzenia. I nie ma problemu, jeśli dziecko zdecyduje się kochać kotki i pragnie mieć wszystko z kotami. Albo świnkami, czy konikami. Wyzwanie pojawia się w momencie, kiedy wybór pada na mniej popularne zwierzę. Przekonałam się o tym, kiedy Maja postanowiła kochać foki (co w pełnie rozumiem, bo ja również na foki wymiękam). Co więcej – kiedy postanowiła foki kolekcjonować!

Zapraszamy na przegląd naszych foczych zbiorów.

Pierwszą foką w kolekcji mojej córki była Weddelka Antarktyczna (znana jako Wallie Snow) z kolekcji pluszaków National Geographic o której już wcześniej nieco Wam pisałam. To była miłość od pierwszego wejrzenia i błyskawicznie awansowała na najukochańszą maskotkę mojej córki. Jakiś czas później dołączyła do niej „córeczka” – nieco mniejszy egzemplarz z krótszym, choć równie miłym w dotyku futerkiem (z kolekcji Basic). Po ponad roku intensywnej miłości i częstego użytkowania mogę ocenić, że maskotki NG nie tylko realistycznie oddają wygląd zwierzątka i są wykonane z bardzo przyjemnych materiałów, ale są również naprawdę wytrzymałe i odporne na tulenie i spanie w uściskach. Chociaż trzeba też zaznaczyć, że Majka o swoje ukochane foczki bardzo dba.

Następnie do naszego pluszowego stada dołączyła maskotka zakupiona na Helu, po pokazie karmienia fok. Chociaż Hel to miejsce zabawkowymi foczkami płynące i można tam znaleźć foki najróżniejszych kształtów, kolorów i rozmiarów, zdecydowaliśmy się na zakupy w oficjalnym sklepiku fokarium. Dzięki temu, robiąc zakupy, mieliśmy szansę wesprzeć działalność stacji badawczej. Tam również był spory wybór maskotek bardzo dobrej jakości. Wybór Mai padł na niewielki egzemplarz przedstawiający młodziutką fokę szarą, jeszcze w puchatym szczenięcym futerku. A przynajmniej tak nam się wydaje. Jest bardzo fajnej jakości i była stosunkowo niedroga.

Najnowszymi pupilami Majki są foczki maskotki firmy Trudi. Mam wrażenie, że ta firma jest zdecydowanie mniej znana (a przynajmniej ja wcześniej o niej nie słyszałam) i uważam, że to powinno się zmienić. Bo foczki mają cudowne, a jak przeglądałam ich ofertę innych zwierząt, to najchętniej adoptowałabym przynajmniej połowę.

Ze względu na mięciutkie i długie futerko, byłam przekonana, że większa z nich (ma ok. 20 cm i uroczą pozycję rogalika) jest odwzorowaniem szczeniaka Weddelki Arktycznej. Doczytałam jednak, że młode tego gatunku po urodzeniu mają jasnoszare futerko, które jaśnieje wraz z linieniem i dorastaniem. Czyli jest to po prostu bardzo puchata foczka i faktycznie znalazłam zdjęcia równie puchatych pierwowzorów – ale z gatunku foki grenlandzkiej i teraz już wszystko jasne, bo młode tego gatunku są właśnie bielusie i puchate. Przyglądałam się całkiem długo i odwzorowanie umaszczenia pyszczka jest naprawdę dokładne, to duży plus. Nie mam już wątpliwości.

Natomiast mniejsza z maskotek, z serii miniaturek Sweet Collection może być szczeniaczkiem Weddelki, bo kolor już jak najbardziej się zgadza. Jest leciutka, bo w przeciwieństwie do reszty naszych pluszowych foczek nie ma „groszkowego” wypełnienia, jest całkowicie materiałowa i również bardzo miła w dotyku, chociaż jej futerko jest krótsze i gładsze, niż grenlandzkiej koleżanki. Sznurkowe uszko na grzbiecie pozwala na doczepienie maskotki do kluczy lub plecaka. Bardzo podoba mi się pomysł, by nie doczepiać do maskotki kółka do kluczy – można to bez problemu zrobić samodzielnie, jeśli chcemy wykorzystać ją w taki sposób albo przytwierdzić ją za pomocą sznurka, czy kawałka gumki. A jednocześnie zbędny metal nie przeszkadza w tuleniu i zabawie.

Miłość do fok skłoniła mnie do dokładniejszego przyjrzenia się figurkom kolekcjonerskim Collecty. W przebogatej ofercie tej marki wyszperałam dwie foki – dorosłą fokę pstrą (to figurka wielkości L) oraz długowłosą młodą fokę pstrą (rozmiar S). Czyli dla mojego dziecka idealnie – mamusia i córeczka. Jeszcze nie wiem, jak się przyjmą, bo Maja znajdzie je dopiero w jednym z jajek porzuconych w ogrodzie przez Zajączka, ale mi osobiście bardzo się podobają – są ładnie wykonane, wydają się wytrzymałe i zostały oddane z dużą szczegółowością, na ile mogę to ocenić porównując foczki ze zdjęciami znalezionymi w internecie. Przeczuwam, ze to będą idealne foczki do kieszonki – towarzyszące mojej przedszkolaczce zawsze i wszędzie. Kto by nie chciał mieć swojej foki zawsze przy sobie?

Z nieco dziwniejszych pomysłów, mamy też w swoich zbiorach lalkę Enchantimals Sashay Seal przypominającą fokę wraz z foką w roli pupila o imieniu Blubber (i w czapeczce!). Nie mam pojęcia o co chodzi w tym bziku, nie widziałam bajki, ale całkiem niedawno wszystkie koleżanki Mai przeżywały prawdziwy szał na „Enszantimalsy”. Te lalki były wszędzie i moje dziecię również zapragnęło takowe posiadać. Fokę i kotka. I jak kotka udało się znaleźć jako pojedynczą lalkę (łatwo, niedrogo, w Biedronce), tak foki musiałam się sporo naszukać. To znaczy Święty Mikołaj szukał. Oczywiście tu już nie było tak bezproblemowo, bo foka występowała wyłącznie w całym zestawie z lodową krą, przeręblem, igloo i zestawem wędkarskim. Ale czego się nie robi dla foczej pasji dziecka? Najważniejsze, że jest radość.

Jakiś czas temu, chcąc połączyć dwie pasje mojej córki – foki i puzzle – oraz zdobyć chwilę dla siebie, rozpoczęłam poszukiwania foczych puzzli. Znalazłam uroczą układankę ze szczeniaczkiem foki szarej na olx. 100 elementów, więc nie za łatwe, ale do ułożenia dla pięciolatki. Okazało się, że wydawcą puzzli jest Stacja Morska Instytutu Ocenaografii UG na Helu, a na pudełku znalazło się również miejsce na focze ciekawostki. Podczas wizyty na Helu w przyszłym roku zdecydowanie poświecimy więcej uwagi foczym gadżetom.

Jakaż była radość, kiedy okazało się, że w najnowszej grze „Basia w ZOO” na podstawie jednej z najulubieńszych majkowych serii literackiej, wśród zwierzątek, które się zbiera występują też foki. I to na trzech kolorach kafelków! W naszej wersji zasad nie wygrywa ten, kto zrobi najwięcej zdjęć, czyli zbierze najwięcej płytek ze zwierzętami, jak to piszą w instrukcji. U nas wygrywa ten, kto zdobędzie najwięcej płytek z fokami. A że są tylko trzy to i walka jest zacięta!

To by było na tyle, jeśli chodzi o focze gadżety. Ale skąd brać wiedzę o foczkach? Zwłaszcza, ze z gradem pytań przedszkolaka nie ma przecież mocnych. W książeczkach dziecięcych poświęconych zwierzętom a przynajmniej w tych z naszych zbiorów, foki pojawiają się sporadycznie – jako ilustracja, albo jedna/dwie ogólnikowe ciekawostki.

Zaczęłyśmy więc od wypożyczenia encyklopedii „Tundra i morza polarne”, w której foki miały cały rozdział tylko dla siebie. To był duży zastrzyk wiedzy – niestety nie tylko tej pozytywnej, bo musiałam się nieźle natłumaczyć ludzkość z polowania na foki dla tłuszczu i futra. Dodatkowym atutem było całkiem sporo przeuroczych zdjęć małych i dużych foczek. Mimo brutalnych fragmentów i dość ciężkiego języka (to jednak z założenia nie jest pozycja dla przedszkolaków) uważam, że to był całkiem udany początek, pozwolił zbudować solidne podstawy.

Encyklopedia dzikich zwierząt. Tundra i morza polarne, Warszawa: Wydawnictwo Delta w-Z, 1992, 168s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Następnie trafiłam na świetną książeczkę fabularną Renaty Kijowskiej „Hela Foka. Historie na fali”, w której fikcyjne przygody dzielnej foczki dzieją się w jak najbardziej realnej przestrzeni, z wykorzystaniem faktów i ciekawostek z historii helskiego fokarium i samego Bałtyku. Choć przygody fok pochodzą z wyobraźni autorki, sami bohaterowie istnieją naprawdę, a część z nich można odwiedzić przy okazji letniej wycieczki na półwysep. Książka składa się z 14 rozdziałów, z których każdy jest osobną przygodą foki Heli po wypuszczeniu na wolność. Rozdziały kończą się przytoczeniem ciekawostek i faktów, które zostały wykorzystane do budowania opowieści. Dowiemy się między innymi o śpiewających wielorybach, które czasami zawędrują do Bałtyku, o foczych drzemkach pod wodą, podmorskich tatusiach na medal, czy nieodpowiedzialnych zachowanych turystów. To całkiem obszerna pozycja, którą można czytać samodzielnie ciągiem, albo z młodszym dzieckiem rozdziałami – na pewno starczy nam na dłużej i czeka ją jeszcze niejedno czytanie. Sympatyczna treść uzupełniają śliczne ilustracje Anny Łazowskiej pojawiające się co kilka stron.

Renata Kijowska, Hela Foka. Historie na fali, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2019, 160 s.

Nowa seria „Pomóż mi przetrwać” ukazująca się w ramach „Akademii Mądrego Dziecka” uczy przedszkolaki świadomości ekologicznej, wrażliwości na los stworzeń z którymi dzielimy planetę i właściwego zachowania podczas kontaktu z dzikimi zwierzętami.

Bohaterem części pt. „Miron w pułapce” jest młodziutka foka szara, która urodziła się na jednej z bałtyckich plaż. Przez kilka chwil czytelnikowi dane jest obserwować świat z punktu widzenia foczego szczeniaka. Pierwszy, nieszczególnie przyjemny, kontakt z ludźmi, wyczerpująca podróż w kierunku fal, pierwsza złowiona ryba i… pierwszy bardzo groźny wypadek. Miron zaplątuje się w rybackie sieci i cudem uchodzi z życiem. Niezbędna będzie pomoc weterynarzy z ośrodka na Helu!

Bogato ilustrowana książeczka podzielona jest na króciutki rozdziały – każda rozkładówka opatrzona została osobnym tytułem i dotyczy jednego z ważnych etapów życia foczki. Tekst przekazuje mnóstwo informacji o fokach (wiedzieliście, że foki szczekają? A ich szczenięce futerko nazywane jest lanugo?) oraz o destrukcyjnej działalności człowieka na środowisko naturalne i co za tym idzie – życie tych morskich drapieżników.

Po lekturze na maluchy czeka tablica z foczymi ciekawostkami oraz, jak to zwykle bywa w przypadku Akademii Mądrego Dziecka, krótki quiz z pytaniami dotyczącymi tekstu. Sympatyczna (choć nie brak w niej chwil grozy!), pouczająca i rozbudzająca ciekawość.

Ewa Nowak, Miron w pułapce, Warszawa: Wydawnictwo HarperCollins, 2021, 32 s.

„Dobra robota” Elżbiety Pałasz, ilustrowana przez Joannę Czaplewską, to zbiór interesujących i nie do końca typowych zawodów przedstawionych w formie krótkich wywiadów. Wśród ceramików, projektantów mebli, nurków, biologów morza i budowniczych statków znalazła się również rozmowa z opiekunkami fok – Pauliną Bednarek i Wioletą Miętkiewicz. Młodzi czytelnicy dowiedzą się z niej miedzy innymi po co robi się fokom treningi, ile fok mieszka w helskim fokarium (i co to właściwie jest to całe „fokarium”) oraz jak się zachować, kiedy zobaczy się fokę na wolności. Poznają także przepis na… śledziowe lody!

Elżbieta Pałasz, Joanna Czaplewska, Opiekunki fok [w:] Dobra robota. Ceramik, opiekunka fok i inne ciekawe zawody, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2019, s. 25-27.

Fokom jest również poświęcona jedna z książeczek z serii „Czytam sobie” – „Figle w fokarium”. Maja powoli zaczyna łączyć literki, więc myślę, że ten tytuł przyda nam się całkiem niedługo, szczególnie, że to pierwszy poziom wtajemniczenia. Historia jest bardzo prosta – krótkie zdania opisują codzienność w fokarium i pomoc fokom, jaką zajmują się jej pracownicy. Atrakcyjne ilustracje wypełniają całe strony, na dole każdej z nich znajduje się zdanie duża czcionką, opisujące co widzimy na obrazku. Trudniejsze wyrazy zostały wzięte w dymek i podzielone do literowania. Co prawda wydaje mi się, że nie wszystkie wyrazy są adekwatne do tego poziomu odbiorcy, wolałabym chyba, żeby dziecko rozumiało słowa, które czyta, w końcu już samo połączenie ich w wyraz to wyzwanie, lepiej żeby był to wyraz znany. A takie słowa jak „nadobna”, czy „kuruje” mogą stanowić problem. Wolałabym chyba bardziej popularne zamienniki, np. „Medyk leczy” zamiast „Medyk kuruje”. Ale może tak jest bardziej edukacyjnie. Po przeczytaniu tekstu, na dziecko czekają trzy pytania sprawdzające poziom jego zrozumienia. I to, co najważniejsze, czyli naklejki w nagrodę. A te są wybitnie sympatyczne i urocze – dla fana fok po prostu wymarzone.  

Marcin Sendecki, Figle w fokarum. O fokach z Helu, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 32 s.

Ustęp o fokach znajdziemy również w przesympatycznej pozycji „Bałtyckie zwierzaki”, którą również przywieźliśmy kiedyś z Helu w ramach pamiątki. Na książkę składa się 30 niedługich rymowanek – każda poświęcona innemu bałtyckiemu stworzeniu. Czy w naszym morzu mieszkają… pchły? A diabły? Zające? Mitologiczne nereidy? I czy spodziewaliście się, że odpowiedź na wszystkie te pytania będzie twierdząca? Dowiedziałam się również, że przez 28 lat życia (nad morzem!) myliłam sercówkę z rogowcem bałtyckim. I nie miałam pojęcia, że mamy swoje własne krewetki.

Poza ogromnym potencjałem poznawczym w wyjątkowo przystępnej formie, ta pozycja to jednocześnie piękny picturebook. W formacie nieco większym niż A4, wypełniona po brzegi całkiem wiernymi, a jednocześnie budzącymi sympatię przedstawieniami morskich stworów spod ręki Olgi Demidovy. I cudownymi odcieniami błękitów, zieleni i turkusów, od samego patrzenia czuć słony posmak na czubku języka.

Patrycja Wojtkowiak-Skóra, Bałtyckie zwierzaki, Warszawa: Wydawnictwo Dwukropek, 2019, 32 s.

Znacie jeszcze jakieś książki z fokami w roli głównej? Albo focze gadżety do naszej kolekcji? Koniecznie dajcie znać, bo ten szał chyba szybko nie minie ;)

Wpis powstał we współpracy z dystrybutorem zabawek Dante.

Grajki Majki: Puzzle 3D

Nie wiem, czy to przez pandemię, czy przez Majkę, która wyjątkowo lubi ten sposób spędzania czasu, ale puzzle przezywają w naszym domu swój renesans. Nawet ja, osoba o najmniejszej dawce cierpliwości na świecie (jak rozdawali cierpliwość, musiałam stać w kolejce po lenistwo, nie ma innej opcji!), miałam ostatnio ochotę coś poukładać. I jak zobaczyłam, że mogę sobie ułożyć Hogwart, to przepadłam.

Puzzle 3D kiedyś już się u nas pojawiły – sprawiłam mężowi Pałac Kultury kilka lat temu, ale sama dotychczas nie mierzyłam się z takim wyzwaniem. Skoczyłam więc na głęboką wodę, bo zestaw, który wybrałam – „Wieża Astronomiczna” – liczy sobie, bagatelka, 237 elementów. Jedne trzeba złożyć przed dołączeniem do układanki, z innych składa się wieloelementowe obiekty (na przykład wieże), by doczepić je do innych części budowli. Niektóre są całkiem spore, a inne są wielkości mojego paznokcia. Na szczęście obrazkowa instrukcja prowadzi krok po kroku Myślałam, że jak zestaw jest oznaczony jako 8+, to usiądę, złożę i będę zadowolona, szybko jednak okazało się, że jeden wieczór to zdecydowanie za mało. Ale satysfakcja po ułożeniu niesamowita.

Puzzle są wykonane z usztywnionej pianki, bez problemu odchodzą od formy i są już odpowiednio ponacinane, by łatwo się zginać, więc do zbudowania modelu nie potrzeba nożyczek ani kleju. Nie jestem jednak najdelikatniejszą (ani najcierpliwszą, czy już o tym wspominałam?) i dwa razy musiałam poratować się taśmą klejącą, bo niestety urwałam kawałek studni i dachu szklarni. Ale nic nie widać!

Bardzo fajna zabawka konstrukcyjna i spore wyzwanie, nawet dla nieco wyrośniętych fanów Harry’ego Pottera. Zbudowaną Wieżę Astronomiczną można połączyć z zestawem zawierającym Wielką Salę i zbudować cały Hogwart.

A jeśli wciąż mało nam atrakcji, to są też zestawy z Hogwart Expressem (kusi mnie bardzo!), czy kamieniczkami z ulicy Pokątnej.

„Harry Potter. Wieża Astronomiczna” Puzzle 3D
Firma: Cubic Fun
Liczba elementów: 237
Sugerowany wiek: 8+

Kto to jednak słyszał, żeby tylko mama miała zabawę? Dla Majki Hogwart to wciąż jeszcze pieśń przyszłości, usiadłyśmy więc razem do składania z puzzli domku dla lalek. Zestaw „Sweet Villa” również jest przeznaczony dla dzieci od 8 roku życia, ale ze względu na mniejszą liczbę elementów (i co za tym idzie mniejsze wymiary). Złożenie domku z 84 puzzli zajęło nam nieco ponad godzinę.

Złożony domek można otwierać, dzięki czemu zyskujemy dostęp do 4 pomieszczeń wewnątrz – jest salon, kuchnia, sypialnia i strych, a także spory taras. Dodatkową atrakcją są otwierane okiennice i kinkiety podświetlane kolorowymi diodami – do zestawu są dołączone dwa światełka na baterie – całość ukrywamy w kominie, a wystające lampki oświetlają dwa pokoje zmieniającymi się kolorami.

Fantastycznie, że poza samą konstrukcją budynku, do złożenia były również mebelki i drobne elementy wyposażenia, jak książki, czy skrzynka na listy. Do zestawu dołączono również piankową „laleczkę”, ale Maja szybko o niej zapomniała i wprowadziła do domku swoją kolekcję „słodziaków” z Sylvanian Famillies.

Fajny pomysł na rodzinne popołudnie i jednocześnie zestaw, który skupiony i zawzięty ośmiolatek faktycznie jest w stanie ułożyć samodzielnie, chociaż w tym przypadku polecenia w instrukcji pozostawiają nieco miejsca na domysły.

„Sweet Villa” Puzzle 3D
Firma: Cubic Fun
Liczba elementów: 84
Sugerowany wiek: 8+

Jest też propozycja dla najmłodszych! Zestawy prostych trójwymiarowych puzzli dla maluchów są dodatkowo do kolorowania – najpierw trzeba upiększyć wszystkie element za pomocą dołączonych do zestawu flamastrów lub farb, jak to wymyśliła Maja, a następnie złożyć je w prostą konstrukcję. Z naszego zestawu „Pszczółka i ślimak” powstał pszczółkowy stojak na długopisy dla dziadka i ślimacza ramka na zdjęcie dla babci. Zestaw jest przeznaczony dla dzieci od 5 do 11 lat i składa się z 22 elementów, czyli wychodzi mniej więcej po 10 elementów na jedną konstrukcję.

To z kolei super sympatyczny pomysł na prezent od dziecka dla najbliższych diy (lada moment będzie dzień babci!) albo kreatywna, konstrukcyjna zabawka, która nie tylko zajmie uwagę, ale i jej efekty będą ozdobą dziecięcego pokoiku.

„Zestaw do kolorowania – pszczółka i ślimak” Puzzle 3D
Firma: Cubic Fun
Liczba elementów: 22
Sugerowany wiek: 5-11 lat

Recenzja powstała dzięki uprzejmości dystrybutora zabawek Dante.

Grajki Majki: klocki Magformers

To nasze pierwsze spotkanie z klockami magnetycznymi Magformers i prawdę mówiąc kiedy dowiedziałam się, ile to cudo kosztuje, zjeżyły mi się włosy w miejscach, o których nawet nie wiedziałam, że są owłosione. Podobno jednak taki zakup powinno się traktować jako rodzaj inwestycji, która posłuży kilku pokoleniom i – podobnie jak klocki lego – te również są niezniszczalne.

Chociaż zestaw, który wybrałam jest przeznaczony dla najmłodszych od 18 miesiąca życia, okazał się odpowiedni również dla mojej czterolatki i bardzo polecam go początkującym na pierwszy kontakt z ta zabawką.

Składa się z 32 klocków w dwóch kształtach – 12 trójkątów równobocznych i 18 kwadratów w 6 żywych kolorach; dwa drzewka urozmaicające zabawę oraz dwie całokartonowe książeczki edukacyjne będące urozmaiceniem zabawy.

Pierwsza z nich to obrazkowa instrukcja obsługi klocków z przykładowymi wzorami, które można ułożyć z dostępnych elementów – to jednocześnie instrukcja postępowania z klockami. W pierwszych krokach maluch dopasowuje klocki do naturalnej wielkości ilustracji (na przykład będącej siatką sześcianu), następnie delikatnie podnosi konstrukcję w sposób pokazany na obrazku, a ta, dzięki umieszczonym w klockach magnesom, „magicznie” zmienia się w przestrzenną bryłę. Z każdą kolejną stroną poziom trudności stopniowo rośnie, a układanki stają się coraz bardziej urozmaicone. Dziecko zbuduje między innymi domki, które połączy w porośnięte drzewami osiedle, motylka, serduszko, ananasa, a nawet rakietę kosmiczną!

To świetny sposób na ćwiczenie kreatywności, logicznego i przestrzennego myślenia, a także trening sprawności małych rączek oraz nazywania kształtów i kolorów. Niektóre budowle wymagają złożenia kilku elementów, dzięki czemu dziecko uczy się planowania kilku kroków naprzód.

Druga książeczka jest narracyjna – to króciutkie przygody zwierzątek ilustrowane kształtami ułożonymi z klocków. Wraz z nimi maluch pozna nazwy kształtów geometrycznych, które można ułożyć z danych nam kształtów podstawowych, a także nauczy się znajdować i rozpoznawać owe kształty w otaczającym nas świecie. To również fajna zachęta do układania kolejnych form – tym razem płaskich.

Zabawa jest bardzo fajna, a jak z wytrzymałością? Czy produkt jest wart swojej ceny?

Zdecydowanie.

Obawiałam się, że skoro w klockach są magnesy, to same plastikowe oprawki, złożone zapewne z dwóch części będzie można łatwo otworzyć i połamać – nic bardziej mylnego, mimo najszczerszych chęci nie mogłam nawet wypatrzeć krawędzi, nie mówiąc już o wepchnięciu w nią paznokcia. Magnesy trzymają mocno, więc ułożona figura bez problemu utrzymuje swój kształt (można nią nawet podrzucać, sprawdzone info – Majka ułożyła sobie piłeczkę), ale też rozłożenie na części pierwsze nie wymaga użycia szczególnej siły. Kolory są soczyste i jednolite, a plastik nie wydaje się skłonny do zarysowań – myślę, że ma szansę oprzeć się dzieciom, które mylą jeszcze zabawki z gryzakami. Jestem też bardzo pozytywnie zaskoczona „pancerną” forma instrukcji – to książka z nieco grubszego kartonu formatu A4 z bezpiecznie zaokrąglonymi rogami i śliskimi stornami, bez problemu będzie można zetrzeć ewentualną ślinę.

To najprostszy zestaw, jest jednak ogromny wybór bardziej skomplikowanych propozycji, w skład których wchodzą już zaawansowane i różnorodne kształty. Można z nich tworzyć pojazdy, dinozaury, zamki księżniczek i co tylko mała główka wykoncypuje. Można również dokupić osobno małe zestawy pojedynczych kształtów, np. paczkę trójkątów oraz gadżety będące urozmaiceniem zabawy, jak drzewka.

Polecam jako pomysł prezentu na większą okazję, albo na przykład prezent składkowy. Tak naprawdę wystarczy jeden/dwa zestawy, by mieć ogromną pulę rozmaitych kombinacji i zabaw. A zapowiada się, że klocki będą z nami dłuuugo. I chociaż sam karton jest duży, to same zajmują mało miejsca w przechowywaniu – same elegancko składają się w schludne słupki ;)

Klocki Magformers. My first play 32 set
Firma: Magformers
Sugerowany wiek: 18 miesięcy+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości dystrybutora zabawek Dante.

Grajki Majki: Zestawy kreatywne firmy Alex

W czasie lockdownu pokazywałam Wam dwa zestawy kreatywne od firmy Alex, które znacznie ułatwiły nam życie w zamknięciu. Nadeszła jesień, zrobiło się deszczowo i katarkowo a wirus nie odpuszcza, więc jakiś czas temu zaopatrzyłam się w kolejne tytuły tego samego producenta (tym razem dla różnych grup wiekowych), żeby być przygotowaną na nudę w jesienne dni w domu. I znów jesteśmy z Majką zachwycone!

Na sam początek coś dla maluchów – składający się z dużych elementów Crafty Fashion Show można zaproponować dzieciom już od 3 roku życia. W pudełku znajdziecie cztery osobne pakiety z dużymi lalkami z grubej tektury do wystrojenia (dzięki temu można rozłożyć zabawę na kilka dni albo na przykład rozdzielić miedzy kilkoro dzieci), ubrankami z nieco cieńszej tekturki i rozmaitymi akcesoriami do ich dekoracji. A te są rozmaite – papilotki do babeczek na spódniczki, wielkie guziki, elastyczne druciki, cienka bibułka, błyszczące naklejki o przeróżnych kształtach i kolorach, a nawet patyczek „do lodów”. Wszystko to pomoże małej artystce stworzyć cztery niepowtarzalne stylizacje, a dzięki podstawkom laleczki mogą stać się ozdobą dziecięcego pokoju albo posłużyć do zabawy.

Bardzo mi się podoba, że cztery dziewczynki prezentują odmienne typy urody i mają odmienne kolory skóry, ale również różne pasje – jest baletnica i piłkarka, są fanki spódniczek, legginsów z tuniką i spodni – dla każdego coś fajnego.

Dużym plusem jest też prosta obrazkowa instrukcja obsługi, z którą dziecko poradzi sobie właściwie samodzielnie oraz załączenie wszystkich niezbędnych przyborów do zestawu – łącznie z klejem i kredkami. Nożyczki nie są potrzebne, gdyż poszczególne elementy  wystarczy „wypchnąć” z arkusza. Właściwie tylko raz sięgnęłyśmy po dwustronną taśmę klejącą, bo wróżka-baletnica uparcie odrzucała różdżkę. Poza tym nie trzeba niczego specjalnie przygotowywać – zestaw jest samowystarczalny i spokojnie można wziąć go na wyjazd albo spakować maluchowi na nocowankę do babci.

Crafty Fashion Show
Firma: Alex little hands
Sugerowany wiek: 3+

Zestaw Too Cute Closet dedykowany jest nieco starszym odbiorcom – od 4 roku życia, wobec czego elementy są mniejsze i wymagają nieco większej sprawności manualnej. Również w tym przypadku będziemy projektować ubranka, jednak tym razem w zestawie są tylko dwie tekturowe laleczki (o połowę mniejsze, niż we wcześniejszym zestawie), sześć zestawów ubrań do stworzenia oraz przestronna szafa z wieszakami do ozdobienia i przechowywania ciuszków. W tym zestawie nie ma aż tak ciekawych artykułów plastycznych do ozdabiania elementów garderoby – dziecko dekoruje je przede wszystkim za pomocą naklejek, dodatkowych elementów do przymocowania za pomocą kleju (dołączonego do zestawu) oraz błyszczącymi dżetami. Za to laleczki należy złożyć (i sprytnie skleić za pomocą specjalnych naklejek w przypadku nakryć głowy), by można było przebierać dziewczynki wielokrotnie – a dla mojej czterolatki to spore wyzwanie! Również sama szafa jest dużym polem do popisu podczas dekorowania naklejkami – trzeba znaleźć miejsce na szczotkę, perfumy, lakiery do paznokci, wypełnić ramki obrazkami i posadzić kotka w legowisku. Jedną z części tej przestronnej garderoby jest drewniany drążek do mocowania wieszaków na stroje, a na jej ściankach znajdują się sprytne zaczepy do przechowywania torebek i innych ruchomych drobiazgów.

Również instrukcja obsługi jest skierowana już dla nieco starszego odbiorcy – jest czarno-biała, mniejsza i nieco mniej czytelna. Troszkę szkoda, bo zestawy dla maluchów miały fantastyczne instrukcje.

Too Cute Closet
Firma: Alex
Sugerowany wiek: 4+

Nieco bardziej zaawansowanym zestawem jest Loop Loom – dla dzieci od 5 roku życia przygotowano propozycję prawdziwego rękodzieła. I był on dla mnie największym zaskoczeniem, bo spodziewałam się, że mimo sporego entuzjazmu będzie on jeszcze nieco za trudny dla mojej 4,5 latki, a tu niespodzianka – radziła sobie świetnie! Chociaż z szydełkiem jeszcze nie do końca się dogadały i zakańczanie robótki zostawiła mamie, to przeplatanie „koszyczka” na krośnie szło jej fenomenalnie i w sumie wystarczyło, że pokazałam jej o co chodzi robiąc dwa pierwsze rzędy, a z całą resztą poradziła sobie sama. Aż miło było patrzeć jakim to całe plątanie było treningiem dla małych paluszków.

Wbrew temu, czego się spodziewałam, w zestawie nie znajdziemy kłębków sznurka, a elastyczne materiałowe gumki, które łatwo można zahaczyć o wypustki krosna. Dzięki temu, kiedy w kończąc robótkę znajdziemy błąd gdzieś w początkowych rzędach, nie trzeba wszystkiego pruć (a trudno o coś bardziej demotywującego!) – wystarczy poprawić tylko ten jeden rządek, bo też każdy z nich jest zrobiony z osobnej gumeczki. A tych w zestawie jest aż 180 w 9 nasyconych kolorach – to dość, by upleść 5 dekoracyjnych podkładek kuchennych pod kubeczek bądź garnuszek, bo ten wzór jest podstawowym i to od niego zaczynałyśmy przygodę z dziewiarstwem. W bogato ilustrowanej instrukcji (w trzech językach, ale niestety bez polskiego) znajdziemy również pomysły dla nieco bardziej zaawansowanych – pyszczek kotka, torebeczkę i bransoletki. Poza gumeczkami w zestawie znajduje się również proste krosno, szydełko i plastikowa igła dziewiarska do wykończenia prac.

Fantastyczna sprawa, szczególnie przed świętami – przedszkolak może samodzielnie wykonać atrakcyjne prezenty dla najbliższych a przy okazji zapewni sobie wspaniały trening manualny i być może rozbudzi miłość do robótek ręcznych.

Loop Loom
Firma: Alex
Sugerowany wiek: 5+

Trzy świetne pomysły na przegonienie nudy. I to jakie pożyteczne, bo nie tylko rozwijają kreatywność i wyobraźnię, ale również sprawność małych rączek! I są świetnie wykonane – nic się nie przedziera, wszystkie elementy są równo przycięte i ładne wybarwione. Jedynym zastrzeżeniem, jakie mam względem zestawów z laleczkami, jest korzystanie ze zbyt dużej ilości plastiku podczas pakowania. Gdyby zamiast foliowych torebek pakiety pakować w papierowe koperty, byłoby idealnie!

Recenzja powstała dzięki uprzejmości dystrybutora zabawek Dante.

Grajki Majki: Pluszowe zwierzaki domowe, National Geographic Kids

Mam straszną słabość do pluszaków od National Geographic! Są pięknie wykonane, mięciutkie w dotyku i całkiem realistyczne. Mam już całkiem spore ZOO – pokazywałam te we wpisie o dzikich zwierzętach i leniwcu. Dobrze, że mam dziecko, mogę udawać, że to wszystko córki! Chociaż tak naprawdę większość mieszka w mojej sypialni. Tylko foką śnieżną Maja się nie dzieli. A teraz również perskim kotem, bo kiedy całkiem niedawno pojawiła się nowa seria – zwierząt domowych – oczywiście nie potrafiłam się powstrzymać.

Jestem jedną z tych mam, które na wyjęczaną prośbę „Mamusiu, chcę mieć pieska!” odpowiadają spokojnie, „Kochanie, ale przecież masz pieska. Mieszka u babci”. Majkowy piesek, który mieszka u babci wabi się Dexter i jest Cocer Spanielem. Dlatego też przebierając wśród przeróżnych ras maskotek nie wahałam się długo – dla mojej córy wybrałam tą rasę, którą zna i która jest jej bliższa. Na ten moment jest to młodszy braciszek Dextera (bo też pluszaki z tej kolekcji to szczenięta i kocięta), ale podejrzewam, że jak obejrzymy „Zakochanego Kundla” w któryś z długich, jesiennych wieczorów, to „młodszy braciszek” szybko stanie się Lady.

Bo i drugi z moich wyborów – pluszowy kotek rasy perskiej – od razu został określony jako dziewczynka, ochrzczony Milusią i zabrany do łóżka (serio, nie wiem, jakim cudem Majka się tam jeszcze mieści, w tym gangu pluszaków, jaki okupuje jej wyrko). Figlowi i Vincentowi do majkowego łóżka nie wolno, dlatego wreszcie ma kotka, z którym może spać (bo przecież trzy foki, niedźwiedź polarny, trzy świnki i Wilk, dalmatyńczyk, Truskawka Tosia, baranek i króliczek-pisanka to za mało…).

Milusia jest persem nieco odmiennego umaszczenia, niż nasz Figiel – biała podpalana z nieco bardziej płaskim pyszczkiem, dlatego też nie jest tak podobna do naszego osobistego żywego egzemplarza, jak jest to w przypadku Cocer Spaniela. Ale już do swojego pierwowzoru ze zdjęcia na etykiecie podobieństwo jest bardzo duże.

Tym razem etykietki, poza realnym zdjęciem, nie zawierają ciekawostek o danej rasie, a o całym gatunku – kotach lub pasach. Dowiemy się między innymi, że to koty są najpopularniejszymi zwierzętami domowymi na świecie i znajdują się w co trzecim amerykańskim gospodarstwie domowym oraz w jaki sposób psy się z nami komunikują.

Pluszaki z tej serii sprzedawane są w kartonowych podstawkach i, co bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło, ofoliowane. Zazwyczaj wolę unikać zbędnego plastiku, ale w czasach pandemii czuję się bezpieczniej, kiedy pojawia się ta dodatkowa osłona. Szczególnie w przypadku pluszowej zabawki, którą trudno zdezynfekować, a dziecko będzie z nią spać i przytulać ją do twarzy.

Kot perski, Cocker Spaniel
National Geographic

Recenzja powstała dzięki uprzejmości dystrybutora zabawek Dante.

Grajki Majki: Zabawka lata – latawiec

Mam wrażenie, że latawce zostały w ostatnich latach nieco zapomniane – kiedyś było ich pełno na plaży, a na każdej większej wolnej przestrzeni na naszym osiedlu można było zostać rozdeptanym przez kogoś zapatrzonego w przestworza, ściskającego kurczowo w dłoniach rolkę przezroczystej żyłki uczepionej do kolorowego kształtu wśród chmur.

Sami rodzinnie puszczamy latawiec odkąd tylko Maja zaczęła w miarę stabilnie siedzieć w spacerówce, ale niestety nasza papuga przeżyła parę twardych lądowań, kilka drzew i przeprowadzkę, przez co definitywnie odmówiła wzbijania się w powietrze. Trzeba więc było rozejrzeć się za czymś nowym.

Kiedy zobaczyłam tą rybę, nie mogłam się powstrzymać. Kto by nie chciał latającej ryby? I to był dobry wybór, bo zbliżony do klasycznego kształt latawca sprawdził się bardzo dobrze – nawet czterolatka dobrze daje sobie radę z „podrzucaniem” latawca do lotu –  a dzięki jaskrawym kolorom łatwo wyparzyć go z dołu. Konstrukcja jest za to na tyle wytrzymała, że kilkukrotne nurkowanie nosem w drzewie i inne dramatyczne skoki na główkę nie wyrządziły latawcowi żadnych widocznych szkód. No i barwna rybka wśród wszechobecnego błękitu nieba prezentuje się niezwykle efektownie!

Chętnie wypróbowaliśmy również coś innego. Nie jestem pewna, czy to nowa koncepcja, ale sama jeszcze nie spotkałam się z pomysłem latawca – spinnera.

To konstrukcja w kształcie gwiazdki o ramionach przedłużonych kolorowymi wstążkami, która obraca się na wietrze trochę jak wiatraczek. Nie wiem czemu o tym nie pomyślałam od razu, ale puszczanie tego rodzaju latawca wymaga nieco więcej przygotowania sprzętowego – nie da się przecież puszczać go na lince, trzeba mieć do tego odpowiednio wysoki kijek lub wędkę, które nie są dołączone do zestawu, warto mieć to na uwadze.

U nas jest przede wszystkim wesołą dekoracją ogrodu, bo nie trzeba go składać po zabawie. Świetnie sprawdził się również na plaży, jako znacznik głębokości wody, w której Maja może się bawić – bez problemu zrozumiała, że nie można samodzielnie zapuszczać się za gwiazdkę.

Podobno dobrze sprawdzi się również jako odstraszacz ptaków czyhających na ogródkowe owoce, ale tak u nas w tym roku nic nie rośnie, że nawet nie mamy jak sprawdzić. Może w przyszłym roku plony będą bardziej obfite i przetestujemy tą teorię!

Dodajcie wakacjom trochę kolorów, puszczajcie latawce!

Latająca ryba; Star Spinner
Firma: Brookite
Sugerowany wiek: 3+


Recenzja powstała dzięki uprzejmości dystrybutora zabawek Dante.

Grajki Majki: Podświetlany globus, Alaysky

Już w pierwszych zdaniach zacznę od dzielenia się entuzjazmem, bo szczegół, którym skusiła mnie ta pomoc naukowa – czyli podświetlenie – sprawdza się świetnie. Sam pomysł kuli ziemskiej jako lampki nocnej uważam za genialny i urzekł mnie od pierwszego momentu, a i z wykonania jestem bardzo zadowolona. Globus jest zasilany bateriami (paluszki, więc łatwizna), dzięki czemu można go przenosić bez wyłączania, żaden kabel nie pałęta nam się pod nogami i nie jesteśmy uzależnieni od dostępności wolnego gniazdka w pobliżu. Światło nie razi po oczach, jest dostatecznie jasne, by delikatnie rozproszyć mrok dziecięcego pokoju i by szczegóły zabawki były wystarczająco dobrze widoczne.

Kiedy oglądamy globus bez podświetlenia (można też przy pomocy dotyku, bo wzniesienia zostały trójwymiarowo uwypuklone), widzimy przed sobą mapę geograficzną. Natomiast po włączeniu światła pojawia się mapa polityczna, czyli podział na kraje. Małe czary-mary.

Nie wiem, czy taki szczegół (w sumie przecież bardzo ważny!) powinien mnie zaskakiwać, ale jakoś nie spodziewałam się, że całość będzie w języku polskim. A jest!

Dodatkową atrakcją urozmaicająca korzystanie z globusa jest aplikacja na telefon, dzięki której, po wybraniu odpowiedniej opcji, można poszerzać wiedzę o ciekawostki ze świata zwierząt wodnych i lądowych, odkryć geograficznych, atrakcji turystycznych, czy przestrzeni kosmicznej. A wszystko to pojawia się wokół globusa dzięki wykorzystaniu technologii rozszerzonej rzeczywistości.

Niestety nie jestem w stanie obiektywnie ocenić samej aplikacji, bo mój telefon jest na nią po prostu za słaby. Udało mi się podejrzeć co nieco z trójwymiarowych brył, bo w takiej formie przedstawiono cuda natury i zwierzęta na globusie, a nawet zagrać w prostą grę w kosmosie, ale program za bardzo mi się zacinał i za często wyłączał, żebym dała radę posłuchać ciekawostek, czy po prostu pobawić się nią trochę. Wystarczyło za to, by zirytowały mnie dźwięki w pętli na ekranach menu. Na telefonie męża było trochę lepiej, ale wciąż nie na tyle, by korzystać z przyjemnością. Na szczęście dla mnie aplikacja to tylko dodatek i nie nastawiałam się na niego jakoś szczególnie – ot, ciekawostka. Plusem jest fakt, że aplikację można pobrać w dowolnym momencie, więc być może wykorzystam ją jeszcze w przyszłości – jak maja podrośnie, a ja skuszę się na nowy sprzęt.

Sam globus oceniam bardzo dobrze i z czystym sumieniem polecam, bo jest lekki, starannie wykonany i z „efektem łał”, jaki daje podświetlenie i wypukłe elementy. A sama aplikacja może zainteresuje technomaniaków i łowców nowinek.

Globus występuje w trzech rozmiarach – 21 cm (ten niestety bez podświetlenia), 25 cm i 32 cm. My mamy ten środkowy i moim zdaniem jest w sam raz.

„Globus 25 cm z mapą geograficzną, polityczną i aplikacją”
Firma: Alaysky
Sugerowany wiek: 5+.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości dystrybutora zabawek Dante.

Grajki Majki: Crazy Science. Fabryka potworów. Embriony

Już sama nazwa tej zabawki wzbudza we mnie niepokój – nie dość, że w opakowaniu mam znaleźć embrion, to jeszcze embrion potwora… Czy dodatkowa zachęta jest tu jeszcze potrzebna?

W niewielkim kartoniku znajdziemy kolorową kulę (jajo!) i odpowiadający jej kolorowi barwnik w płynie zamknięte w plastikowym słoiczku z podziałką oraz spis potworków.

Wszystko, co należy zrobić, to nalać wody do słoika (my wykorzystałyśmy nieco większą miseczkę, żeby było łatwiej w niej grzebać), odpakować kulkę z folii zabezpieczającej i wrzucić ją do wody. A potem można obserwować musujący spektakl nabierającej coraz intensywniejszego koloru wody, bąbelków i pianki, wśród których pojawi się jedna z 24 szkaradek. Moje dziecię uwielbia musujące kule i była trochę rozczarowana, że tym razem bawimy się nimi w słoiku, zamiast w wannie, ale dała się przekonać i do tego sposobu. Szczególnie, kiedy zaczęłyśmy robić eksperymenty z kolorami i do niebieskiej wody po pierwszym z potworków włożyłyśmy żółtą kulkę w celu uzyskania pięknie toksycznej zieleni (to musi być magia! :D ).

Po wyłowieniu potworka przyszedł czas na szukanie jego nazwy na ulotce. Każda z figurek ma zabawne, zakręcone imię, groźną moc i neutralizującą ją słabość. Każdej z nich poświęcono akapit opisu, do stworzenia którego inspiracją były realnie istniejące zwierzęta. Trafił nam się na przykład Mimetyczny Spryciarz – kuzyn pustynnego fenka, czy Uzbrojony Irokezik – potomek stegozaurów. Chociaż na pierwszy rzut oka opisy wydają się głupiutkie, dla nas stały się punktem wyjścia nie tylko do poszukiwań zwierzęcych pierwowzorów potwornych stworków, jak i do rozmowy o takich zjawiskach jak mimetyzm, czy daltonizm.

Teoretycznie wyklute potwory powinno przechowywać się w dołączonych słoiczkach – w „formalinie” z wody zabarwionej pigmentem. My jednak przechowujemy je na sucho – takie figurki służą nam czasami jako pionki do gry, albo w pracach plastycznych. Jak zrobi się cieplej, mam w planie zamrozić je w foremce do lodu z wykorzystaniem odrobiny barwnika albo farbki i wykorzystać do lodowego malowania w ogródku.

Fajna alternatywa dla czekoladowego jajka z niespodzianką, jeśli nie chcemy futrować dziecka olejem palmowym. Niestety, od słodycza jest też sporo droższa, podobnie, jak od ulubionych biedronkowych kulek do kąpieli Majki z dinozaurami i jednorożcami. Wielkim atutem jest natomiast oznaczenie każdej kulki i kartonika numerem – dzięki temu możemy uniknąć kupienia dwóch kulek z takim samym potworkiem i kompletowanie kolekcji będzie sporo łatwiejsze. A element niespodzianki i tak zostaje zachowany, bo nie wiemy, który ze stworków kryje się pod daną cyfrą, dopóki sami tego nie sprawdzimy!

Z niecierpliwością czekamy na jednorożcowo-księżniczkową wersję!

„Crazy science. Fabryka potworów. Embriony”
Firma: Lisciani
Sugerowany wiek: 3+.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości dystrybutora zabawek Dante.