Czas na czytanie: PATRONAT: „Remedium” Radosław Rutkowski

Niejednokrotnie dałam już dowód faktu, że powody, z jakich sięgam po książki bywają czasami zupełnie zaskakujące (warto tu wspomnieć choćby „Sułtana”…). W przypadku „Remedium” nie jest to może aż tak kuriozalne, ale na pierwszy rzut oka to książka zupełnie nie dla mnie – bo nie pociąga mnie ani Łódź jako miejsce akcji, ani kryminał na wiosnę, ani nawet okładka.

 Za to psychol jest ekstra (w mojej głownie to wyznanie nie brzmiało tak niepokojąco…).

Zacznijmy jednak od początku. Ceniony detektyw śledczy zostaje ściągnięty do Łodzi w związku z tajemniczym, makabrycznym morderstwem. Niepokojący sposób torturowania ofiary i enigmatyczny komunikat wypisany krwią na ścianie spędzają policji sen z powiek, a sprawca nie zamierza spocząć na laurach. Jest wyjątkowo skrupulatny i zdaje się być nieuchwytny. A wkrótce pojawiają się kolejne ofiary…

„Boję się odezwać do kogokolwiek, bo… bo to może zabić. Czuję, jakbym to ja ich zabijała!”

To nie jest książka idealna. Przed autorem niewątpliwie długa droga literackiego rozwoju – warto popracować między innymi nad stylem i kreacją postaci. Bo jak samego detektywa Przemka gdzieś podczas 350 stron książki niepostrzeżenie nawet udało mi się polubić, tak reszta bohaterów jest raczej papierowa, czego skrajnym przypadkiem jest ofiara-Paulina. A ich wzajemna relacja to już w ogóle dramat. Wszystkie moje zastrzeżenia dotyczą jednak bohaterów pozytywnych/dobrych/pozostających po jasnej stronie mocy. Bo co, jak co, ale kryminaliści to Panu Rutkowskiemu wyszli świetnie. I zdecydowanie są największym atutem tej powieści.

To właśnie przestępcy i pomysł na zbrodnię sprawili, że polecam tą książkę z przekonaniem. Chociaż przyznaję, że może się to wydawać nieco dziwnie, ale pomysł na główny czarny charakter wyjątkowo do mnie przemówił. Morderca stawia sobie bowiem za cel… edukację społeczeństwa. Prześladując upatrzoną ofiarę chce wyplenić z ludzi obojętność na cudzą krzywdę i nauczyć ich niesienia pomocy oraz przejmowania się cudzym losem. Postępującą „znieczulicę” traktuje jak chorobę, swoją działalność zaś jak lekarstwo. I działa z chirurgiczną precyzją. A że po drodze musi dojść do kilku brutalnych mordów, to już nieistotny szczegół. W końcu wiadomości pisane krwią na ścianach robią na odbiorcach dużo większe wrażenie, niż standardowe środki przekazu…

„(…) kiedyś pracowałem nad jednostkami, teraz próbuję uzdrowić całe społeczeństwo. Nie twierdzę, że moja terapia jest łatwa, jest w fazie eksperymentów, liczę się z pewnymi… nieuniknionymi stratami. (…) Jestem jednak gotów na to poświęcenie, gdyż wierzę, że przysłuży się ono dla dobra ogółu, świat stanie się lepszym miejscem. Nie spocznę, dopóki nie wytępię w tobie pasożyta znieczulicy.”

Tak, w istnienie tego rodzaju socjopaty faktycznie jestem w stanie uwierzyć.

Co ciekawe, tak jak policjanci są osobami zupełnie bez wyrazu, tak praktycznie każdy przestępca jest tego zupełnym przeciwieństwem – mam wrażenie, że „złoczyńcy” zostali lepiej dopracowani. I przez to też bardziej ich lubię.

„Remedium” jest przegadane i momentami irytujące. Mogłoby być lepiej napisane, mieć lepszą okładkę i lepszą korektę. Ale autor nie mógł mieć lepszego pomysłu na zbrodnię. Właśnie dlatego z przyjemnością będę śledzić jego rozwój i kibicuję z całego serca. I właśnei dlatego uważam tą ksiażkę za całkiem udany debiut. Bo warsztat można wyćwiczyć, ale z wyobraźnią trzeba się urodzić. Nawet jeśli chodzi o tak… specyficzną wyobraźnię.

P.S. Żeby nie było, że tak autora krytykuję, że umie tylko w zbrodnie i zwyrodnialców, to dodam jeszcze, że opisy też są spoko. Szczególnie opisy miasta. Ale to jednak wciąż opisy Łodzi, więc sami rozumiecie…

Radosław Rutkowski, Remedium, Poznań: Wydawnictwo AlterNatywne, 2019, 349 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa AlterNatywne.

Czas na czytanie: „Sukces rysowany szminką” Anita Scharmach

Dzisiejsza recenzja będzie bardzo dziwna, bo biorąc udział w Book Tourze organizowanym przez Promotorkę czytelnictwa, trafiłam na książkę z którą tak naprawdę nie wiem co zrobić.

„Szminka plus Julia równa się sukces”.

Z klimatem książki idealnie trafiłam w ostatnie upały – przez większość czasu bardzo zazdrościłam głównej bohaterce jej wody termalnej, koniecznie muszę sobie sprawić taki gadżet!

Julka jest czterdziestoletnią, trochę bardziej ogarniętą życiowo, polską wersją Brigdet Jones. Odkąd straciła ukochanego, zatwardziała singielka przyciąga obciachy jak magnes. Nieco podstarzała seksbomba o trudnym dzieciństwie, która życie osobiste podporządkowała karierze i żyje na szczycie jednego z gdyńskich wieżowców z dwoma kotami i dużym barkiem. I ogromną kolekcją szminek, które dopasowuje do dnia i nastroju.

I jak to kobieta – zmienną bywa. Raz ją uwielbiałam, by po chwili uznać ją za ostania jędzę. Rozbrajała mnie swoim niepowtarzalnym poczuciem humoru i denerwowała sposobem traktowania ludzi. Imponowała zorganizowaniem i drażniła zarozumiałością. Budziła sympatię ogromnym dystansem do siebie i wkurzała niedojrzałością. Bawiła nawiązanymi do kultury popularnej i budziła zniecierpliwienie niezdecydowaniem i wszechobecnymi zdrobnieniami (kiedy Julka je, to „napełnia brzuszek”, nie chodzi na rozmowy z szefem, a z „szefuńciem” i tak dalej). Wciąż nie wiem, czy ją wielbię, czy jej nie znoszę.

Uwielbiam samo przesłanie tej książki, gdzie rodzina jest największą wartością, a na jej założenie nigdy nie jest za późno. Podobnie wzruszający jest sam pomysł na niebanalną, patchworkową rodzinkę Julki – złożoną z ludzi, który odnaleźli się mimo przeciwności losu. A rodzina to nie tylko osoby połączone więzami krwi, czy prawa cywilnego.

Przez całą lekturę miałam jednak wrażenie, że książka jest mocno chaotyczna i odrobinę niedopracowana. Dlaczego? Historia jest pełna scen, które tak naprawdę do niczego nie prowadzą – ani nie pozwalają nam lepiej poznać bohaterki, ani nie mają większego wpływu na fabułę. Po prostu są bo są, jakby trzeba było zwiększyć ilość znaków. Na przykład Julka przez kilka stron opisuje swoich współpracowników – ich sympatie i antypatie, charaktery, zdolności… Po czym wątek się urywa, a opisane osoby pojawiają się w dalszej części może ze trzy razy, a ich rola w utworze jest marginalna.

Mocno irytowało mnie też spore odejście od realizmu, które szczególnie dało się odczuć w sprawach związanych z przejęciem opieki prawnej nad dzieckiem. Rozprawa trwa jeden dzień. W dodatku sama zainteresowana praktycznie nie bierze udziału w staraniach – mówi kilka zdań i wygrywa proces. A takie szczegóły jak kursy i badania dla rodziców zastępczych, wizje lokalne, czy stan majątkowy mają zostać załatwione już po fakcie, co wydaje mi się mocno podejrzane.

„Okazało się, że wniosek w moim imieniu złożyła ciocia Stasia, będąc pewną, że się zgodzę. Cała procedura mnie ominęła, nawet podpis!”

Podobnie nie pasował mi jej brak odpowiedzialności – bez większego namysłu Julka rzuca pracę tuż po przyjęciu pod swój dach nowego domownika. I kupuje zabytkowy dworek. Swoją pierwszą podróż z dzieckiem zaczyna od drinka, ignoruje zalecenie posłania sześciolatki po dramatycznych przejściach do psychologa, robi sobie poważną krzywdę próbując uchronić roślinkę balkonową przed deszczem (?!). Oczywiście opieka społeczna nie zauważa żadnego z tych uchybień.  Wydaje mi się, że rozumiem założenie – to pierwsze zmagania Julki z macierzyństwem i super, że nie jest idealna, nie wszystko jej od razu wychodzi i nie od razu potrafi odnaleźć się w nowej sytuacji. Ale strasznie nie lubię, kiedy czterdziestoletnie kobiety zachowują się jak nastolatki. Może jestem zdziadziała, ale jednak wymagam trochę więcej od dorosłego.

I jeszcze lokowanie produktu, jakim jest twórczość Alka Rogozińskiego. Super, że autorzy się lubią i wzajemnie wspierają, ale naprawdę wystarczyłaby jedna wzmianka. Druga była trochę męcząca, a trzecia to już po prostu nachalna reklama, jak te, przez które korzystam z AdBlocka.

Z drugiej strony w „Sukcesie” mamy mnóstwo bardzo fajnie wykreowanych postaci drugoplanowych. Jestem wielką fanką taty i wujka Julki, a także jej szefa i najlepszej przyjaciółki. Również jej matka jest bardzo udanym czarnych charakterem, a krzywda, którą jej zachowanie wyrządziło Julii i wpływ zachowania rodzicielki na charakter samej zainteresowanej to jeden z ciekawszych wątków.

I taka właśnie jest ta książka – raz wkurza, raz rozczula, męczy, by za chwilę rozbawić do łez. Nie do końca zdefiniowana, wymagająca jeszcze jednej korekty i niepowtarzalna w swym poplątaniu.

Dzięki niej wygrzebałam chyba wszystkie swoje szminki i odkryłam, że są świetnym sposobem na poprawę humoru.

Anita Scharmach, Sukces rysowany szminką, Radom: Wydawnictwo Lucky, 2018, 272 s.

Książkę przeczytałam w ramach akcji „Book Tour Rysowany Szminką” organizowanej przez Promotorkę Czytlenictwa i Anitę Scharmach.