Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Czarne morze” Karolina Macios

Bardzo niepokojąca pozycja z pogranicza thrillera psychologicznego i horroru.

Joanna nie ma swojego miejsca na świecie – naznaczona piętnem choroby psychicznej i nieuchwytnego nadprzyrodzonego daru od dzieciństwa skazana jest na wieczne ucieczki i ciągłe przeprowadzki. Zła passa zdaje się minąć, kiedy wyjeżdża z Trójmiasta do Wrocławia, gdzie zakochuje się w synu swojej lekarki, z którym zakłada dom i szczęśliwą rodzinę. Jednak im starsza jest jej córka, tym bardziej stabilny dotąd stan Joasi zdaje się pogarszać. Coraz częściej nawiedzają ją koszmary i nie do końca zdefiniowane wspomnienia zaczynają przenikać się z rzeczywistością. Całe z mozołem poukładane życie zmienia się diametralnie podczas rodzinnego spaceru po orłowskim klifie i następującego po nim wypadku samochodowego. Krótkotrwała amnezja, mająca być skutkiem wstrząśnienia mózgu, zdaje się tylko pogłębiać. Asia ma coraz większe zaniki pamięci krótkotrwałej, a pełne krwi i poczucia zagrożenia koszmary mieszają się z jawą. Nie może pozbyć się przeczucia, że podczas wspinaczki na klif wydarzyło się coś złego, a mąż nie chce powiedzieć jej całej prawdy. Co gorsza, nie pozwala jej zobaczyć się z córką.

DSC_0280

Jakie tajemnice kryje przed nią jej rodzina? Komu wierzyć, kiedy nie można zaufać nawet sobie samej?

Nie do końca przekonał mnie wątek fantastyczny z tajemniczym „darem widzenia” objawiającym się przy dotknięciu innej osoby – trochę za dużo skojarzeń z Rouge z X-Menów. Moim zdaniem tego rodzaju element nadprzyrodzony nie był potrzebny, bo wytwory umysłu i cały ciąg przyczynowo skutkowy związany z chorobą psychiczną i reakcją na traumę wystarczająco przemawia do wyobraźni. Ale też ta nuta niewyjaśnianego jakoś specjalnie mi nie przeszkadzała.

Podobnie, jak główna bohaterka, czytelnik stoi przed karkołomnym zadaniem oddzielenia schizofrenicznej wizji od wspomnień i koszmarów od rzeczywistości. Z tej potwornej mieszanki wyłania się powoli tragiczna opowieść o rodzinie, która nie może otrząsnąć się z traumy. Czemu towarzyszy ciągły strach. I to ten najstraszniejszy ze wszystkich – strach o dziecko.

Karolina Macios, Czarne morze, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2020, 304 s.
(premiera 25.03.2020)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wielka Litera.

Czas na czytanie: „Pielęgniarki” Christine Watson

Już na wstępie muszę zaznaczyć, że jeśli chodzi o wszystkie medyczne sprawy, jestem osobą raczej obrzydliwą. Pobieranie mi krwi, skutkuje traumą całego laboratorium i słabo mi nawet na samą myśl o serialu z chirurgami, czy innymi doktorami w roli głównej. I jednocześnie niesamowicie podziwiam ludzi, których nie tylko to wszystko nie rusza, ale są wręcz zafascynowani ludzkim ciałem i ratowaniem życia.

I z tego właśnie powodu, pomijając oczywiście najzwyklejszą ciekawość, sięgnęłam po moją pierwszą książkę w, tak ostatnio modnym, szpitalnym klimacie. Jakoś wydawało mi się, że opowieść o pielęgniarkach będzie łagodniejsza i bardziej przystępna, niż chociażby o lekarzach. Według mojego wyobrażenia w tej pracy miało być więcej spokojnej opieki, niż grzebania w bebechach. Oj jakże się myliłam.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak długo męczyłam jedną książkę. I ani trochę nie żałuję. Były takie rozdziały, które pochłaniałam jednym tchem i siedziałam do późna (w toalecie, żeby nie drażnić innych domowników światłem), byle tylko przeczytać jeszcze kilka stron i dokończyć wątek. A potem przychodziły takie, w połowie których zaryczana jak bóbr odkładałam książkę na trzy dni z przeświadczeniem, że już nigdy do niej nie wrócę, bo to nie na moje nerwy. I niby dlaczego mam to sobie robić. A potem poczucie beznadziei mijało i z zapartym tchem czytałam dalej.

Autorka prowadzi nas oprowadza nas po świecie opieki medycznej na różnych poziomach – zarówno przez kolejne etapy swojej edukacji i zainteresowania zawodem, jak i przez wszelakie specjalizacje – od pielęgniarki neonatologicznej, przez dziecięcą, ratunkową, aż do geriatrycznej. Od szpitala, do szpitala, od tez naukowych i inicjatyw zapoczątkowanych setki lat przed naszą erą, aż do najnowszych osiągnięć. Wraz z nią przyjrzymy się pracy instrumentariuszki biorącej udział w przeszczepie, przeżyjemy pierwszą asystę przy porodzie i pierwsze oporządzenie zwłok.

Poza olbrzymim doświadczeniem zawodowym, nie sposób nie docenić wyjątkowego talentu pani Watson do opowiadania historii. „Pielęgniarki” to bardzo osobista powieść, gdzie wspomnienia płynnie się przenikają, a filozoficzne, nieco nawet poetyckie rozważania na temat misji i wizji opieki nad drugim człowiekiem przeplatają się z naturalizmem opisu potwornych momentami schorzeń i przypadków.

To poruszająca opowieść o życiu, śmierci, miłości i empatii. O niesamowicie wymagającej pracy wraz z jej wszystkimi radościami i konsekwencjami. O osobach trwających przy człowieku w momentach, kiedy jest najbardziej bezbronny i samotny. O przewrotności losu, o niewyobrażalnych tragediach, które spotykają ludzi wokół każdego dnia. A pod tym względem jest to niesamowicie uświadamiająca lektura – nigdy nie wiadomo kiedy to właśnie ja stanę się osobą wymagającą pomocy i opieki. Obym trafiła wtedy na pielęgniarkę z powołania, choć w połowie tak oddaną drugiemu człowiekowi, jak Christine Watson.

Nie wiem, czy każda książka dotykająca tego tematu wywołałaby we mnie podobne emocje, czy po prostu ta jest tak dobrze napisana. Nieprędko się tego dowiem, bo jednak nie są to w moim odczuciu książki, które pochłania się jak czekoladki i w najbliższym czasie z pewnością nie sięgnę po nic podobnego. Taką opowieść trzeba dobrze przetrawić, bo m szansę zmienić postrzeganie świata.

Christine Watson, Pielęgniarki, Warszawa: Wydawnictwo Marginesy, 2019, 318s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Marginesy.

Czas na czytanie: „Kiedy Pan Piecho gryzie” Brian Conaghan

Z wielką przyjemnością sięgam po kolejne książki dla młodzieży, które są w jakiś sposób „zaangażowane społecznie” – pokazujące świat z nieco innej perspektywy i jednocześnie dopasowane pod względem językowym i sposobem narracji do oczekiwań młodego czytelnika. Są to zatem zazwyczaj książki lekkie, zabawne i z ważnym przesłaniem.

Tego też spodziewałam się po historii Dylana – szesnastolatka z zespołem Tourette’a. I pod pewnymi względami dostałam to, czego oczekiwała, a pod innymi kompletnie mnie zaskoczyła.

DSC_1938.jpg

Przede wszystkim życie z tego rodzaju chorobą okazało się być znacznie bardziej skomplikowane, mogłam to sobie dotychczas wyobrażać. Tourette to nie tylko tiki i przekleństwa wykrzykiwane w niekontrolowany sposób, ale również mnóstwo innych uciążliwych dolegliwości – zarówno psychicznych, jak i fizycznych. Trochę wstyd się przyznać, ale jestem zszokowana swoją własną ignorancją w tym temacie. Nie da się ukryć, że tak lektura okazała się być dla mnie swego rodzaju nauczką.

Z drugiej strony Dylan, choć postrzega świat w nieco inny sposób, wciąż jest nastolatkiem. Uwielbia piłkę nożną, gra na konsoli, ogląda z mamą powtórki Milionerów, podziwia swojego ojca (który ani trochę na ów podziw nie zasługuje), ogląda się za spódniczkami i wraz z przyjacielem używa skrótów, które rozumieją tylko oni dwaj. I w pewien kompletnie nieadekwatny do swojej życiowej sytuacji sposób nigdy nie traci pogody ducha. Dlatego kiedy przez przypadek udaje mu się podsłuchać wyjątkowo mało optymistyczną lekarską diagnozę, na szczycie jego listy rzeczy do zrobienia przed śmiercią ląduje stosunek seksualny z najładniejszą dziewczyną w szkole. Co jak się domyślacie może być wyzwaniem. Szczególnie, kiedy nie sposób porozmawiać ze swoim obiektem westchnień nie obrażając go w co drugim zdaniu…

To nie jest historia, którą łatwo mi się czytało. Przede wszystkim ze względu na spoksik wkuperfranc wdechowy język, jakim posługuje się główny bohater snując swoją opowieść. I jak nie sposób nie podziwiać Dylana i jego podejścia do życia, tak szczególne pokłony należą się jednak jego mamie. Bo jak sympatyczny by nie był, nasz młody narrator jest przede wszystkim niesamowicie męczący. A jednocześnie nie sposób nie zapałać do niego sympatią.

Książka pełna sprzeczności, budząca skrajne emocje – od rozbawienia, przez zniecierpliwienie  i zażenowanie, aż po podziw i szacunek.

Brian Conaghan, Kiedy Pan Piecho gryzie, Warszawa: Wydawnictwo YA!, 2019, 383 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa YA!

Książka na weekend: „Poświęcenie” Adriana Locke

„To, co w życiu najlepsze, nie przychodzi łatwo, ale właśnie te rzeczy są warte poświęcenia”.

Czy może być coś lepszego do czytania na plaży, niż historia nietypowej miłości? Miłości odłożonej na lata, doświadczonej przez żałobę i nieźle zakręconej. Mamy tu do czynienia z wątpliwie moralną sytuacją typu „czuję miętę do żony brata”. Nie dajcie się jednak zwieść, to wszystko nie jest wcale takie oczywiste, jakby się mogło wydawać!

Crew i Julia, delikatnie mówiąc, nie przepadają za sobą. Łączy ich wspólna przeszłość, wspomnienie o mężu i bracie oraz pełna życia mała dziewczynka. Ale kiedy na ich głowy spada tragedia, okazuje się, że prawdziwego wsparcia mogą szukać jedynie u siebie nawzajem.

„Dostałem drugą szansę w tak wielu sprawach. Mogę naprawić swoje błędy, zrobić coś dobrego dla świata… kochać cię we właściwy sposób”.

Strasznie bałam się tej książki, bo zostałam ostrzeżona, że złamie mi serce. Jako naczelna książkowa beksa przez dłuższy czas trzymałam się daleko od „Poświęcenia”. Ale pokusa okazała się być silniejsza, niż zdrowy rozsądek. I całe szczęście, bo było warto! Fakt, ta książka jest smutna. Ale jest też pełna nadziei, a ostatecznie działa jak katharsis.

„Oddałbym wszystko, żeby cofnąć czas i wszystko zrobić inaczej, żeby wiedzieć wtedy to, co wiem teraz. Że ludzie są ważniejsi od rzeczy. Że czasami te nudne rzeczy są najlepsze. Że nic, nic, nie jest lepsze od dzielenia się z kimś swoim życiem”.

To książka o heroicznej walce z losem – dosłownie i w przenośni. O silnej kobiecie i o trudnej umiejętności przyjmowania pomocy. O określaniu priorytetów. O wsparciu, przyjaźni i miłości, która nie rdzewieje. O odpowiedzialności i poświęceniu.

Tym, co spodobało mi się wyjątkowo bardzo, jest autentyczność bohaterów. Często spotykam się w książkach z sytuacją, że osoba, która nagle styka się z chorobą albo innym życiowym nieszczęściem staje się nagle nadczłowiekiem – zyskuje życiową mądrość, powagę i opanowanie, a do swojej sytuacji podchodzi z chłodem i dystansem. Tutaj na szczęście nic takiego nie występuje. Wręcz przeciwnie, książka jest pełna emocjibezradności, rozpaczy, gniewu, poczucia niesprawiedliwości. I nawet kiedy Crew nareszcie „dorasta” do odpowiedzialności, wciąż jest tym samym porywczym, zazdrosnym i niecierpliwym „bad boyem”. Podobnie Julia – nawet jeśli wyciąga naukę z trudnej sytuacji, nie staje się nagle uszlachetnioną przez cierpienie drugą Matką Boską. Bohaterowie uczą się, rozwijają, ale wciąż pozostają sobą. I to jest super, bo są wyraziści i dobrze wykreowani.

Para głównych bohaterów ma to szczęście, że mimo braku bliskiej rodziny, czuwa nad nimi cała chmara dobrych duchów – pełne babcinego ciepła Olivia i Pani Ficht, opanowany Sal i pozytywnie zakręceni Will i Macie. Przyjaciele na dobre i na złe podnoszą czytelnika na duchu i są głównymi twórcami niepowtarzalnego klimatu „Poświęcenia”.

Trochę wyciskacz łez, trochę romans i trochę erotyk – w proporcjach idealnych. W dodatku czyta się wyjątkowo płynnie, można nie zauważyć, kiedy minęło 400 stron. Świetnie nadaje się jako towarzyszka podróży albo leniwego odpoczynku na kocyku.

„Kiedy wydaje się wam, że nie pokonacie stojącej na waszej drodze przeszkody, idźcie przed siebie. Bo nieważne jak źle to wygląda, zawsze możecie wygrać. Zawsze wystarczy wam sił. Musicie tylko w to uwierzyć”.

Adriana Locke, Poświęcenie, Słupsk: Wydawnictwo Szósty Zmysł, 2018, 448 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Szósty Zmysł.

Czas na czytanie: „Promyczek” Kim Holden

„Dzisiaj moje życie jest cudowne.
Nie chcę myśleć o jutrze.
Ani o kolejnym dniu”.

Tą książkę nabyłam drogą kupna idąc za porywem serca. I to dosłownie. Będąc w zeszłym roku na Warszawskich Targach Książki rzuciła mi się w oczy olbrzymia kolejka. Jeden z wytrwałych oczekujących uświadomił mnie, że wszyscy ci ludzie (chyba połowa uczestników targów, serio) czekają na autograf najwspanialszej autorki świata. Zerkając między ciżbą doszłam do wniosku, że owa opiewana Kim Holden wygląda bardzo sympatycznie, zakupiłam zatem pierwszą część z serii jej książek i ustawiłam się w ogonku (gdzie swoją drogą poznałam fantastycznych ludzi, ale to już materiał na inną historię). I powiem Wam, że warto było czekać, bo autorka „Promyczka” okazała się fantastyczną osobą. Przede wszystkim podpisywała książki aż do ostatniego czytelnika (no cóż, to byłam ja), mimo, że przekroczyła w ten sposób czas przeznaczony na rozdawanie autografów o prawie dwie godziny. Wstawała, by ustawić się do zdjęcia z każdym fanem, każdemu chętnemu uścisnęła rękę (zbieram uściski rąk pisarzy, bo głęboko wierzę, że w ten sposób przechwytuję część ich talentu), z każdym zamieniła kilka zdań. Jest tak niesamowicie pozytywną osobą, że to spotkanie dało mi energię na resztę dnia. To doskonały przykład na to, że autor jest najlepszą reklamą swojej twórczości, bo w „Promyczku” jest dokładnie ta sama energia, którą emanowała jego autorka.

„Po prostu nie rezygnuj z tego, co dzieje się teraz, dla nieznanej przyszłości. Może ominąć cię wiele szczęścia, kiedy będziesz czekał na lata, które mogą nigdy nie nadejść. Nie trać czasu, bo przegapisz chwilę obecną, a przyszłość wcale nie jest taka pewna.”

Tak naprawdę nie przepadam za książkami tego typu – jestem chyba najgorszym przypadkiem beksy na świecie i nie trzeba wiele, by mnie wzruszyć. Wystarczy, że przypadkowo rozdeptam ślimaka albo oglądam dekorowanie sportowców medalami. Łatwo zapewne wyobrazić mnie sobie podczas czytania „wyciskacza łez” jako zwiniętą w kulkę, zasmarkaną po kolana kupkę nieszczęścia. I tak też wyglądałam pod koniec „Promyczka”.

Zakończenie tej książki staje się oczywiste już na 52 stronie. A przez pozostałych 500 autorka pozwala, zarówno czytelnikowi, jak i pozostałym bohaterom, poznać i pokochać Kate, która w pełni zasługuje na miano tytułowego Promyczka, pogłębiając ich emocjonalne zaangażowanie. Ta niesamowicie silna i pozytywna młoda kobieta żyje każdym dniem czerpiąc z chwili obecnej ile tylko się da. Mimo tragicznych wspomnień i trudnego dzieciństwa jest wdzięczna za to, co ma, docenia małe, codzienne cuda i jest otwarta na świat i ludzi.

„Nigdy niczego nie bierze za pewnik. Docenia każdy pojedynczy moment”.

Ma tylko jedną zasadę – nie wierzy w romantyczną miłość. A ta dopada ją w najmniej sprzyjającym momencie.

Mimo ciężkiej tematyki „Promyczek” jest fantastycznie napisany – czyta się go tak lekko, jak smaruje się kanapkę masłem przechowywanym poza lodówką podczas ostatnich upałów. Staram się czytać mniej więcej sto stron dziennie, bo takie dwie godzinki z książką są mi potrzebne do zachowania psychicznej równowagi i zazwyczaj właśnie tyle udaje mi się wygospodarować – podczas drugiego śniadania, w kolejce, czy wieczorem, zanim padnę nieprzytomna. A niemalże 600 stronicowego „Promyczka” pochłonęłam w dwa dni. I to w weekend, kiedy Majka nie była w przedszkolu! Naprawdę można nie zauważyć, kiedy w tej książce kończą się strony.

Poza stylem autorki duży wpływ ma na to poczucie humoru, którym „Promyczek” aż kipi i niezwykła osoba samej Kate. To jedna z tych bohaterek, których nie sposób nie pokochać. Ale o tym musicie już przekonać się sami.

Jej przedwcześnie zdobyta mądrość mądrość i poruszająca historia niosą ze sobą piękne przesłanie, uaktualnioną i  znacznie bardziej energetyczną „Desideratę”. A sama opowieść to prawdziwy koktajl emocji. Od śmiechu, przez zadumę i rozpacz aż po nostalgię i wzruszenie.

I chociaż istotną rolę pełnią w tej książce motywy, które nigdy nie były mi bliskie – jak muzyka, czy wiara – zostały przedstawione w tak nienachalny i inspirujący sposób, że nie tylko mnie nie irytowały, ale nawet wzbudziły we mnie chęć do muzycznych poszukiwań, w czym niezwykle pomocna okazała się promyczkowa playlista na końcu książki. A zainteresować mnie muzyką to naprawdę rzadka umiejętność.

„Promyczek” łamie serce i jednocześnie je bandażuje. Dołuje i podnosi na duchu. Skłania do refleksji i inspiruje. Nie tylko do słuchania muzyki, ale i do lepszego życia.

Kim Holden, Promyczek, Poznań: Wydawnictwo Filia, 2016, 589 s.

Wpis powstał w ramach kampanii społecznej promującej czytelnictwo #wakacjezksiążką, zorganizowanej przez SAVE THE MAGIC MOMENTS oraz Klub Książki PRZECZYTAJ I PODAJ DALEJ.

36481177_2192512887651096_5539852644643766272_n

Czas na czytanie: „Bieg do gwiazd” Dominika Smoleń

O tym, jak podziwiam Dominikę – pełną zapału młodziutką autorkę dążącą do wydania swoich książek pisałam już przy okazji recenzji „Ceny naszych pragnień”. Nic więc dziwnego, że nie mogłam doczekać się jej drugiej książki i kiedy tylko trafiła w moje ręce, od razu zabrałam się za czytanie. Po trzech stronach upchnęłam ją gdzieś na pokryte pajęczynami dno „stosu wstydu” odrzucona nadmiarem werterycznego emo patosu, który uderzył mnie prosto w twarz.

„Wegetowałam –  nie znajdowałam na to innego określenia. To, co ciągnęło mnie do tego, by przekroczyć granicę, by udać się w bezkresną i nieopisaną otchłań – w ramiona samej śmierci – nigdy nie zniknie (…). Istniałam już tylko w mroku i nic mnie nie trzymało na tym świecie. Wierzyłam z całego serca, że to, co czeka mnie dalej i tak będzie lepsze od cierpienia i agonii, które spotkały mnie na ziemi”.

Jasne, zdawałam sobie sprawę, że to książka podejmująca trudne tematynieuleczalna choroba mocno utrudniająca życie zmieszana z ciężką depresją doprawioną szpitalem psychiatrycznym to gorzka mieszanka. Szczególne, że gówna bohaterka jest bardzo daleka od traktowania swojej sytuacji ze spokojem i dojrzałością. To samotna, wystraszona nastolatka, której życie spłatało brzydkiego psikusa już na samym starcie.

DSC_0996

Do lektury powróciłam dopiero po kilku miesiącach, co zaskakuje tym bardziej, że nie znoszę zostawiać niedokończonych książek i unikam tego jak ognia. Jednak kiedy już przebrnęłam przez te kilka pierwszych, pełnych weltschmerzu rozdziałów, połknęłam resztę jednym tchem. I długo nie mogłam otrząsnąć się z zaskoczenia.

Dziewiętnastoletnią Adę poznajemy w momencie, w którym szykuje się do wyjścia ze szpitala psychiatrycznego, do którego trafiła z powodu ponawianych prób samobójczych. Bohaterka nie radzi sobie z koniecznością życia z cukrzycą, na którą zachorowała w wieku siedmiu lat i z którą została całkiem sama, gdy kiedy najbliżsi odmówili jej pomocy. Kiedy dowiaduje się o śmierci ukochanej babci, jest w kompletnej rozsypce. Przy życiu utrzymuje ją jedynie ostatnia wola staruszki –  przez 30 dni ma żyć jak zwykła nastolatka i spróbować odnaleźć szczęście.

Z pewnością trudno mi wczuć się w sytuację Ady, bo sama nie zmagałam się z tą chorobą nawet w ciąży, a moi bliscy i znajomi chorujący na cukrzycę to prawdziwi tytani codzienności – wspaniała mama trójki dzieci obdarzona anielską niemal codziennością i artystka osiągająca sportowe sukcesy.

Pewnie dlatego tak rozczarowywała mnie niewdzięczność bohaterki za to, co ma. Zdawało mi się, że nadmiernie demonizuje chorobę, z którą można żyć i po prostu wybiera łatwiejszą drogę nurzając się w egzaltacji. Długo zajęło mi odkrycie, że dziewczyna reaguje w tak beznadziejny sposób, bo nikt nigdy nie pomógł jej dorosnąć. Kluczowym jest tu ostracyzm i odrzucenie, które spotkało ją ze strony rodziców. I to właśnie ten aspekt całej powieści wydał mi się najbardziej tragiczny.

Skojarzenie „Biegu do gwiazd” z „Zanim się pojawiłeś” nasuwa się samo, choć porównywanie obu tych książek chyba mijałoby się z celem, bo mimo wielu podobieństw, zarówno ich autorki, jak i bohaterowie są na zupełnie innych etapach życiowego rozwoju. Uzmysłowiają jednak, że tragedie i myśli o samobójstwie mogą dopaść każdego – niezależnie od wieku, kraju zamieszkania, sytuacji rodzinnej i majątkowej.

To książka o rozpaczliwym poszukiwaniu szczęścia i akceptacji. O samotności braku wsparcia ze strony najbliższych, którego nie mogłam zrozumieć przez całą lekturę. O tęsknocie za normalnością. O zawiązujących się powoli przyjaźniach i kiełkujących uczuciach. O poważnej chorobie i o zupełnie błahych licealnych dramatach. O tym, że nikomu nie jest w życiu lekko i każdy ma swoje demony. O braniu życia w swoje ręce.

I do samego końca nie sposób chyba odgadnąć jaką Ada podejmie decyzję, a samo zakończenie to prawdziwy chichot losu.

Jednak tym, co ciekawiło mnie najbardziej podczas oczekiwania na wydanie drugiej powieści Dominiki był rozwój jej warsztatu. I porównując obie jej książki bez najmniejszego wahania mogę stwierdzić, że zrobiła olbrzymie postępy. To prawda, wciąż trafiają się błędy gramatyczne i językowe, a częste powtórzenia wyjątkowo działały mi na nerwy, myślę jednak, że naprawdę dobra (a może po prostu bardziej ingerująca w tekst) korekta zrobiłaby z tej książki prawdziwą żyletę. Tak, wciąż bywa naiwnie i trochę nieprawdopodobnie – zdarzają się sceny rodem z głupawych amerykańskich filmów, ale chyba pod każdym względem – tematyki, rozwoju fabuły, kreacji bohaterów i łączących ich relacji – jest nieporównywalnie lepiej. Tą książkę po prostu bardzo dobrze się czyta i wzbudza w odbiorcy sporo emocji.

Gratulacje! Nie jest to jeszcze arcydzieło, ale książka, którą z czystym sumieniem mogę polecić mimo stylistycznych niedociągnięć. Szczególnie, że Dominika nie spoczywa na laurach i kolejna powieść już się pisze – liczę, że będzie jeszcze lepsza.

Dominika Smoleń, Bieg do gwiazd, Katowice: Wydawnictwo Szara Godzina, 2018, 318 s.

Bajki Majki: „Jukato” Magdalena Kiermaszek, ilustracje Kamila Kozłowska

„Krainy marzeń przeważnie otwierają się tylko przed dziećmi…”

Do tej książki podeszłam z wielkim entuzjazmem licząc na coś pomiędzy „Mostem do Terabithii”, a „Jumanji” dla młodziutkich czytelników. I „Jukato” jak najbardziej spełniło moje oczekiwania, chociaż przyznaję, że miałam chwilę zwątpienia.

_20180503_155700

Jedna nieprzemyślana, choć bez wątpienia bohaterska decyzja zmienia życie Kacpra na zawsze – kiedy budzi się w szpitalu, nie może uwierzyć, że jego noga już nigdy nie będzie w pełni sprawna. Na swoje kalectwo reaguje agresją – zarówno wobec rodziców, który nie byli z nim do końca szczerzy, jak i wobec kolegów, którzy próbują poprawić mu nastrój odwiedzinami – oraz buntem w formie odmowy podjęcia rehabilitacji. Jego upór udaje się przełamać dopiero równie upartemu koledze, który stara się wczuć w jego sytuację. Co jest łatwiejsze, gdyż sam zmaga się z ADHD i wynikającym z tego poczuciem wyobcowania i „bycia innym”. To właśnie za sprawą pełnego humoru i tryskającego energią Tomka chłopcy zaczynają zmieniać pobyt w szpitalu w zabawę i poznają Julię – dziewczynkę o wyglądzie elfa, która otwiera przed nimi bramy do krainy swojej wyobraźni. Wspólnymi siłami tworzą Jukato – baśniową krainę pełną fantastycznych zwierząt, zdumiewających roślin i zapierających dech w piersiach krajobrazów, która staje się ich azylem w szarej szpitalnej rzeczywistości. Kraina, gdzie każdy z nich może być kim tylko sobie wymarzy.

„Naprzód – zarządził Kacper. Starał się, żeby zabrzmiało to bojowo, ale głos trochę mu zadrżał. Chłopiec ruszył do przodu. Tak zaczęła się niebezpieczna podróż tej trójki. Ku przygodzie zmierzali: niewysoki, nadruchliwy chłopiec, jego kulejący przyjaciel i wiotka dziewczyna z ciągle niesprawną ręką. Ich pierwsza walka toczyła się o każdy następny krok.”

Kiedy nareszcie nadchodzi wyczekiwany czas wyjścia ze szpitala, okazuje się, że Jukato nie było wcale takie do końca zmyślne, a kluczem do tego tajemnego świata może okazać się coś tak banalnego, jak… kula rehabilitacyjna. I wtedy właśnie zaczyna się prawdziwa przygoda, bo stworzona wspólnie kraina okazuje się być nieco inna w wyobraźni każdego ze swoich pomysłodawców, przez co można wpaść w niezłe tarapaty. Jednak od czego są przyjaciele? Bo przyjaciel to nie tylko osoba, która uratuje Cię przed krwiożerczym niedźwiedziem, ale również ta, która będzie potrafiła powiedzieć Ci parę słów prawdy i wybaczyć popełnione błędy.

Klimat dopełniają świetne ilustracje w formie kolorowych i czarno-białych wkładek, które same są trochę nie z tego świata. Z przyjemnością obejrzałabym ich przynajmniej dwa razy tyle.

Początkowo niesamowicie irytował mnie wszechwiedzący narrator, który moralizatorskim tonem tłumaczy czytelnikowi uczucia głównego bohatera i ocenia jego zachowanie. Szybko jednak zauważyłam jak bardzo te wtrącenia są pożyteczne – wprowadzają dziecko w trudny świat emocji, tłumaczą ich przyczyny i pomagają odbiorcy wczuć się w sytuację Kacpra. Dodatkowo częste pytania, które narrator kieruje bezpośrednio do czytelnika skłaniają go do namysłu. A mnie złoszczą bo, spójrzmy prawdzie w oczy, już od mniej więcej piętnastu lat nie mieszczę się w grupie docelowej.

To doskonały przykład na to, że książka może być edukacyjna i ciekawa jednocześnie. Że niosąc ze sobą moralizatorski wykład może być również świetną przygodą. Bardzo polecam „Jukato” nie tylko dzieciom, które uległy jakiemuś wypadkowi, muszą spędzić czas w szpitalu lub zmagają się z jakimś schorzeniem, ale również tym, którzy nie rozumieją agresywnego postępowania swoich chorych kolegów.

Mądra, ciepła, magiczna i podnosząca na duchu. Dobrze się kończy i niesie ze sobą ważne przesłanie. Pociesza, bawi i wychowuje. Super sprawa!

Magdalena Kiermaszek, Kamila Kozłowska, Jukato, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada 2018, 112 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.