Okołoksiążkowy miszmasz: Co znalazłam we wrześniowym artboxie od niezlasztuka.net

Pudełka-niespodzianki to moja mała słabość, co na pewno da się zauważyć po ilości moich boxowych recenzji. Ale ArtBox jest jak dotąd jedynym, na zakup którego skusiłam się ponownie. Całe szczęście, że to pudełko wychodzi tak rzadko – naprawdę trudno okiełznać ciekawość i powstrzymać się przed kupnem, ale dwa razy do roku można pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa, prawda? Szczególnie, że kupno paczki to cegiełka wspierająca pewien fantastyczny projekt.

Tym razem wybrany przeze mnie box był nieco droższy – kosztował 159 zł w wersji podstawowej (koszt poprzedniej edycji to 99 zł), natomiast wersja deluxe okazała się odrobinę tańsza – 339 zł, zamiast 399 zł jak poprzednio. Okazało się jednak, że pudełko jest nie tylko droższe, ale i znacznie bardziej wypełnione (i sporo cięższe!), niż przy moim pierwszym zakupie.

Na co trafiłam tym razem?

Coś do poczytania:
­­„Dlaczego sztuka pełna jest golasów?” Susie Hodge – to pierwszy zgrzyt – książka jest rewelacyjna, ale po prostu już ją mam (to się chyba nazywa nadmiar szczęścia :D). Wyczuwam chyba nadchodzący konkurs… Albo zrobię komuś fajny prezent. Książkę w każdym razie polecam bardzo, musze się wreszcie zabrać za recenzję!
„Dzieci bohaterów” Lyonell Trouillot – zapowiada się strasznie, ale intrygująco.
„Lente. Kwartalnik śródziemnomorski” – z tym czasopismem jeszcze się nie spotkałam i chętnie zapoznam się z archiwalnym numerem. Będzie idealny na deszczowe popołudnie pod kocem.

Coś do posłuchania:
Audiobook „Tango z książkami” Janusza Rudnickiego – nie znam, ale zapowiada się ciekawie. Szkoda tylko, że trafiłam na drugą część.
Kod na calutki miesiąc słuchania audiobooków na storytel.pl – super sprawa. Generalnie nie słucham audiobooków, bo trwają strasznie długo nie mam do nich cierpliwości. Ostatnie odsłuchane przeze mnie książki to lektury szkolne podczas przedmaturalnych powtórek i zwykle miałam z nimi taki problem, że w połowie porzucałam słuchawki i sama kończyłam czytanie znacznie szybciej. Może ta szansa pomoże mi zmienić moje nastawienie, a książki, których nie mam w wersji papierowej będą znacznie lepszą opcją do słuchania. Szczególnie, że można jednocześnie gotować obiad :D

Coś na ząb:
Wiśnie suszone i sok wiśniowy od Cherry Tree – wiśnie uwielbiam w każdej ilości i pod każdą postacią, połowa już pożarta (połowa tylko dlatego, że przyzwoitość nakazuje podzielić się z mężem :D).

Coś do pielęgnacji ciała:
Odbudowujący szampon pszeniczno-owsiany od Sylveco – jeśli chodzi o szampony jestem bardzo wybredna, bo mało jaki kosmetyk nie powoduje u mnie reakcji alergicznej. Chętnie wypróbuję propozycję opartą na naturalnych składnikach, ale do nowości w tym temacie podchodzę raczej nieufnie.
Naturalne mydło z glinką od Hagi Cosmetics – mydeł w kostce nie używam – babrzą się, brudzą zlew i zostawiają wysuszoną skórę. To wygląda specyficznie, więc chyba jednak zostanie wypróbowane zamiast zniknąć w odmętach szafy, ale jest to raczej nietrafiona niespodzianka.
Nawilżający balsam do ciała od Senelle Cosmetics – balsamów nigdy zbyt wiele, na pewno się zużyje (to jeden z niewielu kosmetyków, które naprawdę używam), po niespodziance, jaką zrobiła mi Miodowa Mydlarnia w poprzednim boxie do testów podochodzę z entuzjazmem.

Coś do domu:
Klocki „On My Mind. Happy” od Wooden Story – trzy niewielkie drewniane bloczki, a przeurocze. Słodko i minimalistycznie. Tak mi się podobają, że jeszcze nie pokazałam ich Bobasie – najpierw musze się sama nacieszyć :D

Metalowa zakładka do książki od Hundred Bookmarks – to moja pierwsza zakładka z tego tworzywa, dotychczas byłam raczej wierna papiero (i papierkom :D). Estetyczna, zimna i grawerowana artystycznym cytatem. Jeszcze nie wiem, czy wygodna w użyciu, ale na pewno się dowiem i podzielę wrażeniami. Ponadto to niespodzianka w naprawdę zaskakującym opakowaniu – nieproporcjonalnie dużym kartoniku wypełnionym kukurydzianymi eko chrupkami czaiło się niewielkie, eleganckie pudełeczko. Gdyby nazwa firmy nie była tak sugestywna to zawartość opakowania byłaby chyba największym zaskoczeniem tego boxa.

Świecznik od Artlantyda – malutkie cudeńko w pięknych turkusowo-błękitnych odcieniach. To właśnie w takich drobiazgach tkwi twórcza dusza ArtBoxa i tego chciałabym dostać więcej. Zakochałam się od pierwszego wejrzenia, to mój faworyt 3 edycji ArtBoxa!

Doniczka (kubeczek?) – ten gadżet to całkowite przeciwieństwo frywolnej formy powyższego świecznika – w pełni kontrolowana forma prosto z koła garncarskiego i stonowane kolory ułożone w schludne paseczki. Elegancko i pod kontrolą. A jednak wciąż artystycznie.

Poszewka na poduszkę od Hayka – na słomianą pościel natrafiliśmy jakiś czas temu w jednym ze sklepów i ta koncepcja nas zachwyciła, choć udało nam się powstrzymać od zakupu. Idealnie trafiony prezent – teraz już na pewno dokompletuję resztę pościeli. I zapewne na słomie się nie skończy ;)

Skarpetki od Many Mornings – a tu dla kontrastu kompletne pudło. Nie dlatego, że skarpetki z San Escobar mi się nie podobają, ale… już je mam! Z całej oferty sklepu skusiłam się swego czasu na dwa wzory i jeden z nich mi się zdublował! Szczęście w nieszczęściu, że poprzednio kupowałam dla męża, a te są trochę mniejsze (choć wciąż nieco na mnie za duże) – będziemy nosić takie same ;)

Skórzany brelok od Black Fog – surowy i w intensywnym kolorze, idealny do przytwierdzenia przy pasku. Raczej nie używam takich gadżetów, więc nie koniecznie trafia w moje gusta, ale kto wie, może kiedyś się przyda?

I na koniec drobiazg, który zaskoczył mnie najbardziej – spodziewałam się, że szeleszcząca zawartość niewielkiej papierowej paczuszki jest niebanalną herbatą i odłożyłam ją na bok. A kiedy nabrałam ochoty na chwilę relaksu z gorącym naparem okazało się, że w środku kryje się… naszyjnik w stylu boho od Lennoniady, moja mina w tamtym momencie musiała być bezbłędna! A sam wisiorek jest zaskakująco lekki i będzie się idealnie prezentował na grubym swetrze.

Podsumowując – po raz kolejny zaskoczyła mnie szybkość wysyłki i ilość drobiazgów ukrytych w paczce. Kto by pomyślał, że taki zgrabny kartonik aż tyle pomieści! Tym razem miałam po prostu pecha – no bo jakie jest prawdopodobieństwo trafienia dwóch rzeczy, które już się ma? I to głównie te powtórki zawyżają procent nietrafionych niespodzianek. Po raz kolejny mam wrażenie, że w pudełku jest trochę za dużo kosmetyków – nie jest to w końcu box urodowy. Czuję również pewien niedosyt jeśli chodzi o samą sztukę – świetnie, że kładzie się nacisk na wybieranie przedmiotów użytkowych, estetyzacja życia codziennego to super sprawa, a pudełko pomaga kupującemu otaczać się przedmiotami artystycznymi, niebanalnymi i w dodatku funkcjonalnymi. Szczególnie, że same przedmioty są wyjątkowe i pełne uroku. Co jednak ze sztuką dla samej sztuki? Wydaje mi się, że taki zakup to idealny pretekst do odrobiny hedonizmu ;)
Przyznam szczerze, że liczyłam też na małą powtórkę drobiazgu, który w poprzednim boxie skradł mi serce, czyli wydruku artystycznego (na ścianie mam jeszcze sporo miejsca, a z takich reprodukcji można by uzbierać piękną kolekcję).
Zawartość tego pudełka oceniam na 5 z małym minusem (i to za kolejne mydło zamiast mojego wymarzonego wydruku, bo przecież na pechowe powtórki organizatorki nie mają wypływu ;P).

Coś czuję, że zostanę stałym klientem, bo od ArtBoxa trudno się uwolnić, a ja już wypatruję czwartej edycji. Mniej mydła, więcej sztuki!

Okołoksiążkowy miszmasz: Co znalazłam w ArtBoxie od niezlasztuka.net

Pudełka-niespodzianki to ostatnio internetowy hicior. Poza kilkoma różnymi niespodziewajkami książkowymi widziałam ofertę boxów z kosmetykami, zdrową żywnością, dla brodaczy (!) czy dla świeżo upieczonych mam i ich niemowlaczków. Swoją przygodę z tą formą wydawania pieniędzy na swoistego „kota w worku” zaczęłam swego czasu od… no właśnie „Kota w worku”, czyli pudełka dla kotów i Kocich Mam (uwielbiam i polecam <3). Skusiłam się również na lutowego Epik Boxa, który miał być prezentem na walentynki, ale tu spotkało mnie rozczarowanie, gdyż z powodu opóźnienia w drugim tygodniu marca wciąż go nie ma.

Bardzo entuzjastycznie podeszłam do informacji o drugiej edycji ArtBoxa, czyli „Paczki – niespodzianki ze sztuką w środku”, cytując reklamę z portalu niezłasztuka.net. Na pierwszą edycję zaspałam i się nie załapałam, tym razem posadziłam męża na czatach i, przy wsparciu budzika, udało mu się upolować pudełko dla mnie. A to już samo w sobie niezła sztuka, bo artystyczne boxy zniknęły w przeciągu 10 minut. W taki oto sposób dostałam od męża artystyczna nagrodę-niespodziankę za obronienie mojego artystycznego licencjatu.

A oto, co znalazłam po rozpakowaniu:

Pozytywnie zaskoczyła mnie ilość zawartych w paczce przedmiotów. Do wyboru były dwie opcje pudełek – klasyczny za 99zł i deluxe za 399zł. Zdecydowałam się na mniej szaloną opcję i jak na taką kwotę, zawartość paczki jest bardzo adekwatna.

Książka Meika Wikinga „Hygge. Klucz do szczęścia” – czyli moment, w którym podskoczyłam z radości, bo już od dawna polowałam na książkę o hygge i jakiś czas temu przegapiłam ją w Lidlu, za co robiłam sobie wyrzuty przez miesiąc.

Audiobook „Małe Życie” – tym razem dla mnie kiepski prezent, bo „Małe życie” już czytałam, a i za książkami do słuchania nie przepadam, wolałabym płytę z muzyką.

„Niemapa. Łódź” – chociaż w Łodzi nie byłam i raczej się nie wybieram w najbliższym czasie, to to znalezisko mnie ucieszyło. Mapa niemapa jest bardzo ładna wizualnie i pełna ciekawostek dla małego podróżnika. Za kilka lat, jak Bobasa podrośnie, to wybierzemy się przy jakiejś okazji na wycieczkę, żeby ją wykorzystać – dobra promocja regionu ;)

Duperelki od Pan tu nie stał – mi trafiła się naszywka dla fana Disco Polo i zapałki zołzy. Zapałki się kiedyś zużyje, ale osobiście uważam je za zbędne. Nie w moim guście i mało przydatne.

Piernik od Będzie słodko – śliczny i apetyczny. Nie wiem, czy nie będzie szkoda mi go zjeść, ale na pewno będę na niego długo patrzeć. Zdecydowanie w jedzeniu widzę sztukę :P

Notatnik Spod Lady – notatników nigdy dość i zawsze się przydają. Chociaż jestem typem, który dla siebie wybrałby raczej delikatną i romantyczną okładkę (ewentualnie ze słodkim kotkiem), to ten robotniczy design też do mnie przemawia. Spod Lady znam i lubię.

Olejek do demakijażu i próbki kosmetyków od Resibo – nie korzystałam wcześniej z naturalnych kosmetyków, chętnie wypróbuję.

Masło do ciała z Miodowej mydlarni – nie przepadam za tego typu smarowidłami, mam swój ulubiony, wypróbowany balsam i jestem mu wierna. Wypróbuję, ale raczej nie zużyję.
Edit 13-03-2016 – To mazidło, to dla mnie odkrycie stulecia, nigdy jeszcze nie byłam tak pozytywnie zaskoczona kosmetykiem. Jest po prostu cudowne – twarda konsystencja rozpływa się w kontakcie z ciałem, genialnie się wchłania i nawilża, przyjemnie pachnie, a delikatny zapach utrzymuje się przez kilka dni (!). Jedyny minusik, to wysoki słoiczek, z którego trudno smarowidło wydobyć – trzeba zainwestować w nóż do masła ;) To zdecydowanie będzie mój hit, jeszcze nie trafiłam na masło/balsam, który tak bardzo by mi podpasował – właśnie za takie zaskoczenia uwielbiam boxy z niespodziankami <3

Mydło z Ministerstwa Dobrego Mydła – kiepski traf, mydeł w kostce nie lubię i nie używam, są nieporęczne i zostawiają wysuszoną skórę. Ładnie pachnie, to włożę do szafy z ubraniami, ale na pewno nie wykorzystam.

Filiżanka do espresso od IMKAdesign – kolejny nietrafiony gadżet. Za kawą nie przepadam, a już espresso na pewno nie przełknę. Znacznie bardziej wolałabym pełnowymiarowy kubek, w którym zmieści się i kawa i herbata, albo na przykład miseczkę. Filiżanka jest śliczna i urocza, więc zanim Maj podrośnie i podbierze mi go dla lalek, zostanie świecznikiem.

Broszura Justyny Dybala „Mama 1980” – obrazkowa historia o macierzyństwie w latach 80. I chwila artystycznej refleksji nad zmianami jakie dokonały się w przeciągu ostatniego półwiecza. Choć nie jest to rodzaj sztuki, którego zwykle szukam, to jestem pozytywnie zaskoczona. W końcu jednym z celów tego rodzaju pudełek-niespodzianek jest poznawanie nowych rzeczy.

Drewniane klocki magnetyczne od B-toms – elegancka prosta forma, ale moim zdaniem mało artystyczne, nie różnią się za wiele od drewnianych łamigłówek popularnych kilka lat temu. Bobasa chętnie się nimi bawi, ale gdybym nie miała dziecka, to zupełnie nie wiedziałabym co z nimi zrobić.

Mucha w koniki od Muchmore – ani ja, ani Małż much nigdy nie praktykowaliśmy, może najwyższy czas zacząć? Dla mnie nowość i fajna inspiracja.

Wydruk artystyczny pracy Katarzyny Skośkiewicz – mój absolutny faworyt, przepiękny górski widok. Tego właśnie oczekiwałam po artystycznym pudełku i tego chciałabym więcej.

Zakładka magnetyczna z fragmentem obrazu Rafała Olbińskiego od DESA Modern – fajny, użyteczny gadżet związany ze sztuką. W dodatku z artystą, którego wcześniej nie znałam.

Podsumowując – jestem bardzo pozytywnie zaskoczona ilością rzeczy w pudełku. Nie mam też najmniejszych zastrzeżeń co to wysyłki – paczkę kupioną w sobotę otrzymałam już we wtorek (duży kontrast do kupionego w styczniu Epikboxa, na którego wciąż czekam). Zawartość trafiła w mój gust w 50%, są rzeczy, które mnie zachwyciły i które mnie rozczarowały, ale to chyba typowe dla niespodzianek. Głównymi zastrzeżeniami jest zaskakująco mała ilość sztuki w ArtBoxie. Za dużo za to kosmetyków, jeden wystarczył by w zupełności, w końcu są specjalne pudełka dla fanów naturalnej pielęgnacji. Zaskoczył mnie też pewnien brak jedności – z jednej strony gadżety związane z szarą rzeczywistością prl-u, z drugiej hipsterskie kosmetyki, z trzeciej książka o hygge, z czwartej dowcipny pierniczek i zabawna muszka – trochę miszmasz. Moja ocena to mocna 4, może kiedyś skusze się jeszcze na jakiegoś „kota w worku” od niezlasztuka.net.