Czas na czytanie: „Czarny Mag. Kandydatka” Rachel E. Carter

„I tak to właśnie jest z wrogami. Nigdy nie wiadomo kim tak naprawdę są”.

Stopniowanie poziomu emocji między kolejnymi częściami „Czarnego Maga” jest niesamowite. „Pierwszy rok” był zupełnie spokojny, bez większych wzruszeń, z lekkim dreszczykiem przedegzaminacyjnego stresu na końcu. „Adeptka” do frustracji i nerwów związanymi z przechodzeniem przez kolejne etapy edukacji dorzuciła uczuciowy rollercoaster zakazanego romansu, niepokój związany z nadciągającą wojną i żałobę pierwszych strat. A „Kandydatka”? „Kandydatka” trzyma w napięciu niemalże przez cały czas. Jak się czytelnik nie wkurza na główną bohaterkę przechodzącą trudny okres i próbującą swoich sił w czasie prawdziwej służby, to kibicuje jej podczas królewskich negocjacji z ambasadorem potencjalnego sojusznika. Jak nie śledzi z zapartym tchem wyjątkowo brutalnego magicznego turnieju (Te opisy walk! Ciągnęły się przez wiele stron, a nie były ani trochę monotonne!), to próbuje połapać się w międzynarodowym spisku. I wewnętrznym spisku również.

Są bale i bajkowe śluby, teściowie z piekła rodem i urocze księżniczki, gorące momenty w bibliotece i mordercze treningi. I przede wszystkim to, co tak bardzo lubię – pałacowe intrygi. Bardzo, bardzo dużo pałacowych intryg, walki o tron i pragnienia władzy. Prowokacje, ataki, kruche sojusze i głód zemsty. Wyścig chorobliwie ambitnych, zakompleksionych i niedocenianych osób osiąga punkt krytyczny. A większe i mniejsze potyczki toczą się o coś znacznie więcej, niż satysfakcja i połyskująca klejnotami szata Czarnego Maga.

Leje się krew i wszyscy tracą bliskich. Rozpadają się rodziny i przyjaźnie, jedne marzenia rozwiewają się w pył, a inne – cudem osiągnięte – mają gorzki smak rozczarowania. Buntownicy mogą czaić się wcześnie i nie wiadomo kto jest wrogiem, a kto przyjacielem. Ryiah jak zwykle stoi w samym oku cyklonu. Ryzykuje wszystkim i w którą stronę się nie obróci, konsekwencje będą tragiczne.

Nie wiem, jak ja doczekam do premiery kolejnego tomu…

Rachel E. Carter, Czarny Mag. Kandydatka, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2019, 415 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Sułtan” Demet Altinyeleklioğlu

Czasami sięgamy po jakąś książkę ze względu na piękną okładkę, intrygującą rekomendację, albo po prostu z ciekawości. Ja przeczytałam „Sułtana” ponieważ… główny bohater nazywa się Dżem. Po prostu nie byłam w stanie odmówić sobie poznania przygód Dżema, szczególnie, że jego matka nosiła wdzięczne imię Çiçek. Jestem żenująco niedojrzała, wiem, ale przecież każdy powód, dzięki któremu decydujemy się na spędzenie kilku chwil z książką jest dobry!

Jestem zachwycona pobudkami, z jakich powstała ta książka – zafascynowana historią i kulturą Al Osman autorka nie jest w stanie uzyskać odpowiedzi na wszystkie swoje pytania i wątpliwości. Tworzy więc własną wersję wydarzeń, gdzie historyczna prawda płynnie miesza się z literacką fantazją, a wpleceni w narrację i wyposażeni w uczucia, słabości i emocje bohaterowie szkolnych podręczników zyskują nowe życie.

To tak naprawdę moja pierwsza wyprawa w odległy świat orientu i przyznaję, że nie czuję się do końca pewnie w tym temacie i mimo chęci chyba nie udało mi się wczuć w klimat. Spodziewałam się (dość naiwnie) krainy pięknej jak ze snu, pełnej wykształconych i honorowych ludzi, ociekającej bogactwem i potęgą. Otrzymałam za to znany na całym świecie wyścig aspiracji, niekończącą się walkę o władzę i, występujące na każdej szerokości geograficznej, podłe manipulacje. A wszystko to w kraju, gdzie osoba u władzy każde dziecko ma z inną faworytą i każde odsyła jak najdalej od siebie bojąc się zamachu na tron ( w końcu nic nie działa na więzy krwi bardziej umacniająco, jak ich rozluźnianie…). Gdzie możliwość, a nawet nakaz wymordowania własnego rodzeństwa jest uregulowany aktem prawnym, a po spojrzeniu na kobietę należy się umyć. Książka pełna jest adekwatnego słownictwa i przyznaję, że moja znajomość tureckiego znacznie się podniosła, podobnie jak rozeznanie w osmańskich strojach. Zabrakło mi jednak smaków potraw, zapachów i gwaru targowisk, szorstkości końskiej sierści pod palcami, odcisków od naciągania cięciwy łuku, niezmierzonej głębi nocy i gorąca piasku pod stopami, legend, które wprowadziłyby mnie w ten rozbudowany świat, zwyczajów i obyczajów – tych wszystkich niewielkich szczegółów, które składając się w całość pozwalają czytelnikowi opuścić miejsce biernego obserwatora i znaleźć się w środku akcji. Przyznaję, że swobodnie poczułam się dopiero wtedy, gdy główny bohater znalazł się na Rodos, w Nicei, czy w Rzymie Borgiów.

W tym magicznym, niezrozumiałym i niegościnnym świecie poznajemy Dżema – najmłodszego z synów Zdobywcy Konstantynopola, który od dziecka lęka się o swoje życie i nie pragnie niczego, co związane jest z władzą. Okazuje się być jednak wspaniałym materiałem do pałacowych intryg i manipulacji. Przez swój słaby charakter i uległość wobec pięknych kobiet pozwala sobą kierować praktycznie każdemu w swym najbliższym otoczeniu – matce, nauczycielom, kochankom, służącej (!) i kolejnym sojusznikom, którzy rozpalają w nim ogień ambicji i głód sukcesu, który przynieść może tylko zgubę. Niekonsekwentny uzurpator podejmuje kolejne nietrafione decyzje, a jego postanowienia upadają jedno po drugim wciągając go coraz głębiej w wir historii i osobistych tragedii.

„Władza, potęga, siła – właśnie tak to wyglądało. Ty podejmujesz decyzję, a twoi poddani muszą ginąć. Za twoją władzę, za twoje zwycięstwo, za twoją chwałę!”

Zniechęcił mnie nieco baśniowy początek, a kolejne wizje, nadprzyrodzone wydarzenia i głębokie metafory wzmocniły tylko mój sceptycyzm. Po książce inspirowanej wydarzeniami historycznymi nie spodziewała się zupełnie jaśniejących w środku lasu mędrców, chodzących gór i ich przepowiedni, niezidentyfikowanych „podszeptów Szatana” i chciwej ambicji ubieranej w skórę rdzawego wilka. Czy to przenośnie, sny, czy szaleńcze majaki, jedno jest pewne – to zupełnie nie moje klimaty i w moim odczuciu cała powieść bardziej na tym traci, niż zyskuje.

Zdarzało mi się również zgubić wątek przez charakterystyczne dla autorki rozbudowane wtrącenia, nie ułatwiał również fakt, iż co druga osoba nazywa się Ahmed (ewentualnie Davud albo Sulejman).

Niemniej jednak książka naprawdę mi się podobała i uważam ją za świetną przygodę, a sam bohater okazał się być upartym romantykiem goniącym za marzeniami, które nigdy nie miały prawa się ziścić. Tym bardziej, że spojrzenie na historię Europy od tej drugiej – wschodniej – strony okazało się bardzo pouczające.

To książka, która ocieka chciwością, ambicjami i rządzą włady. A każdy kolejny bohater dorzuca do puli swoje pragnienia.

Mimo mile spędzonego czasu nie planuję na razie powrotu do tureckiej literatury i historycznych romansów, a „Wspaniałe Stulecie” i przygody arabskich księżniczek zostawię sobie na bliżej nieokreśloną przyszłość, co za dużo, to niezdrowo – chyba jednak nie „złapałam bakcyla”.

Demet Altinyeleklioğlu, Sułtan, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2017, 590 s.

Za przyjemność lektury dziękuję wydawnictwu Wielka Litera.