Czas na czytanie: „Dwór skrzydeł i zguby” Sarah J. Maas

Nie ma pojęcia, jak to się stało, ale byłam przekonana, że „Dwory” są trylogią i że trzymam w rękach ostatnią część przygód Feyri Archeron. Zapewne właśnie dlatego żadne z moich przypuszczeń względem tej książki się nie spełniło.

Mimo wszystko spodziewałam się większej ilości masakry. Musiałam być naprawdę krwiożerczo nastawiona, skoro wyjątkowo nierówna wojna z udziałem potworów i bóstw śmierci, która pochłonęła mnóstwo, ofiar to dla mnie za mało. A jednak – dwie postacie, które typowałam do uśmiercenia i już zdążyłam opłakać rzewnymi łzami, wyszły ze wszystkich starć niemalże bez szwanku. Zaskoczyło mnie za to, jak bardzo potrafią dotknąć śmierci postaci tak naprawdę nawet nie drugo-, a trzecioplanowych, które choć pojawiały się sporadycznie, znacząco zmieniły bieg fabuły. I to jak bardzo mylna bywa definicja potwora.

Mam wrażenie, że to był tak naprawdę tom przejściowy – autorka definitywnie zakończyła jeden wątek szykując sobie pole dla wielu kolejnych przygód – czytelnik poznaje książąt pozostałych dworów, pojawiają się intrygi, ploteczki, romanse i rodzinne sekrety. Jednocześnie wszystko ułatwia i komplikuje. A Prythian okazuje się być znacznie bardziej tolerancyjnym miejscem niż można się było dotąd spodziewać, co daje sporo nowych możliwości.

Tym razem u Pani Maas mamy mniej płomiennego romansu, za to więcej polityki i batalistyki. I może dlatego nie był on tak porywający jak poprzedni. Były momenty, w których taktyczne ruchy wojsk, porwania i zasadzki nieco mnie nużyły (to nie do końca moje klimaty), ale to ani trochę nie przeszkodziło mi w pochłonięciu niemalże 900 stron w niecałe dwa dni. I to jeszcze z buntem dwulatka w moim małym domu wariatów. Trochę tęskniłam za opisami miasta, które tak bardzo urzekły mnie w drugim tomie, choć rzut oka na weduty Dworów Jesieni, Świtu i Zimy dopieściły moją spragnioną piękna wyobraźnię i dały nadzieję na kolejne wycieczki krajoznawcze w przyszłości.

Chyba faktycznie łaknę krwi, bo przyznaję, że (choć kocham słodkaśne happy endingi) tym razem trochę rozdrażniło mnie landrynkowe zakończenie. Zły został pokonany, a większość moralnie względnych bohaterów otrzymała szansę na rehabilitację albo chociaż na ponowne rozważenie ich motywów. Co jakoś nie do końca mi leży.

No i znowu to sobie zrobiłam, choć tym razem zupełnie nieświadomie – nie zważając na nic rzuciłam się na kolejny tom niezakończonej serii. I teraz jak ta lama będę czekała rok na kontynuację. A już nie mogę się doczekać!

Sarah J. Maas, Dwór skrzydeł i zguby, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2017, 848 s.

Czas na czytanie: „Dwór mgieł i furii” Sarah J. Maas

To pierwszy raz, odkąd pamiętam, kiedy druga część opowieści podobała mi się bardziej niż pierwsza. I jak „Dwór cierni i róż” czytało mi się bardzo przyjemnie, tak po „Dworze mgieł i furii” naprawdę zaczynam rozumieć niezwykłą popularność tej serii.

Po uratowaniu Prythianu Feyra szykuje się do długiego i szczęśliwego życia ze swym wybrankiem. Nosi strojne suknie, podziwia wiosenne kwiaty, uczestniczy w sztywnych przyjęciach i szykuje się do hucznego wesela. A nocami raz za razem przeżywa koszmary niewoli pod Górą Amaranthy. I nagle okazuje się, że wyśniony książę z bajki nie jest taki idealny, jak mogłoby się wydawać, a jego zaborczość powoli zaczyna przypominać kolejne zniewolenie. Za to rola eleganckiej, egzaltowanej laleczki uśmiechającej się łagodnie u boku księcia to nie do końca to, o co Feyra walczyła.

Paradoksalnie ten, który zniewolił staje się wyzwoleniem. I od tego momentu zaczyna się robić ciekawie…

_20170405_143222

Ta książka, to jeden niekończący się flirt – pomiędzy głównymi bohaterami i pomiędzy autorką, a jej czytelnikami. Drugi tom odchodzi od baśniowości i staje się całkiem przyzwoitą fantastyką. Moje umiłowanie do opisów zostało cudownie dopieszczone, a Velaris, które tak bardzo przypomina mi moją ukochaną Florencję, to majstersztyk. Ryhsand nie jest tak mdły jak Tamlin i choć jego mroczny image został znacznie stępiony, to uniknął losu „cierpiącego Wertera” – zamiast stać się nudny, jest jeszcze ciekawszy – to naprawdę bardzo miłe zaskoczenie, bo trochę się bałam, że Książę Ciemności z emocjami stanie się do bólu stereotypowy. I choć nie do końca podobała mi się metamorfoza Luciena, to ostatnie strony dały mi nadzieję na ciekawe rozwinięcie akcji z tą postacią. Jak dobrze, że nie czeka go niesława i zapomnienie, bo w pierwszej części uwielbiałam tego jednookiego lisa. W dodatku Feyra zaczyna wiedzieć czego chce i jak zwykle nie boi się po to sięgnąć.

Fabuła przypomina trochę grę – mamy drużynę niezwyciężonych indywiduów (a każdy kolejny nowy bohater jest ciekawszy od poprzedniego), wyprawiającą się na poszukiwania artefaktów, które pozwolą zneutralizować inny artefakt, wygrać nadchodzącą wielkimi krokami wojnę i po raz kolejny uratować świat. A że owe cenne przedmioty strzegą przeróżne potwory, zadania i zagadki, to czytelnikowi nie grozi nuda. Szczególnie, że przydarzy się kilka zaskakujących zwrotów akcji, które nie pozwolą na bezproblemowe odgadnięcie dalszych losów drużyny. Do wątku bajkowego romansu z księciem, dochodzi siła przyjaźni i walka o równouprawnienie ;)

Na nudę nie pozwoli też niesłabnące, podszyte erotyzmem napięcie. Ta książka jest po prostu nieprzyzwoicie zmysłowa, stale podsyca apetyt, który w pewnym momencie zmienia się w najprawdziwszy głód. I mimo naprawdę pikantnej atmosfery i szczegółowych opisów, Maas udało się rozegrać wszystko z umiarem i dobrym smakiem (mimo, że w pewnym momencie Feyra zamiast we Dworze Snów, wylądowała we Dworze Orgazmów ;)) w przeciwieństwie do tak popularnych ostatnio erotyków w stylu Greya. Aż strach i zgorszenie, że to pozycja dla młodzieży. Chociaż jak się dłużej zastanowić, to sama w swoich młodzieżowych latach czytałam jeszcze bardziej niegrzeczne rzeczy…

I jeszcze dzięki autorce za świetne zakończenie – nie ma niedosytu ani wrażenia „urwania akcji” w połowie. Nie skończyła w dramatycznym momencie i nie znęca się nad czytelnikami, a jednocześnie niemożliwie podsyca oczekiwanie – jestem pod wrażeniem.

Nie każda bajka kończy się na ostatniej stronie, fantastycznie, że ta doczekała się tak emocjonującej kontynuacji.

Sarah J. Maas, Dwór mgieł i furii, Warszawa: Uroboros, 2017, 768 s.

P.S. Rany, musze przestać pisać recenzje „na gorąco”, bo wychodzi mi masło maślane. Ale są emocje! :D

Czas na czytanie: „Dwór cierni i róż” Sarah J. Maas

Moje drugie podejście do prozy Pani Maas i zapewne by go nie było (jako że „Szklany Tron” zupełnie nie zachęcił mnie do kontynuowania przygody z tą autorką), gdybym nie miała zawczasu wypożyczonego z biblioteki jej drugiego bestsellera.

I od razu mogę przyznać, że jest dużo lepiej.

Tak jak wspomniany„Szklany Tron” odrzucił mnie kompletnym brakiem opisów, płytkim, dwuwymiarowym światem i kompletnym brakiem klimatu, tak w przypadku „Dworu cierni i róż” autorka naprawdę się przyłożyła. Mamy zatem dopracowany, magiczny, barwnie opisany świat dający pole do popisu wyobraźni. Wraz z główną bohaterką stopniowo poznajemy jego historię, ustrój społeczny i zamieszkujące go stworzenia. Bardzo duży plus.

Drugą zaletą są ciekawi, pełnokrwiści bohaterowie. I mimo, że jak zwykle nie przepadam za główną postacią (to u mnie nic niezwykłego, bo naprawdę rzadko identyfikuję się z kobiecym podmiotem lirycznym), to jestem w stanie ją akceptować i nie budzi we mnie niesmaku, a to już duży sukces. Nie ma też sytuacji, w której hołdujemy wyłącznie jednej postaci – zarówno narratorka, postacie pierwszoplanowe, ich antagoniści, bohaterowie drugiego planu, a także po prostu postaci-tła są wykreowani z należytą dbałością. Jest zła królowa, dobry i prawy książę, zły książę-nicpoń, pyskaty poseł i próżne siostry, czego chcieć więcej?

Zdecydowaną siłą tej powieści jest jej baśniowość. Trochę Kopciuszka, dużo Pięknej i Bestii, trochę Tolkiena, a nawet odrobina hinduskiej mitologii – prawdziwy tygiel (a może Kocioł?). Inspiracja czerpana ze znanych i ciągle żywych baśni to nie jest łatwa sprawa – nie trudno popaść w oklepane schematy – tu jednak została wykorzystana bardzo dobrze. Nie ma tendencyjności, jest nowe życie. I co najważniejsze – nie ma zlęknionej księżniczki czekającej na ratunek swego księcia. Super sprawa.

_20170303_093931

Minusy? W pewnym momencie, jakoś po połowie książki był spory fragment, który sprawił, że przerzucałam strony w poszukiwaniu jakiejś akcji. Trochę przerywnik, streszczenie, nudnawy łącznik dwóch części przygody. Pewnie konieczny dla fabuły, ale mimo wszystko nie do końca dobrze rozwiązany – przywodzi na myśl streszczenie pt. „Co Feyra robiła, kiedy została sama i jak gładko jej to wszystko poszło”. Trochę przerwa na oddech, ale głównie nuda.
No i narracja pierwszoosobowa, za którą osobiście nie przepadam.

Jest miłość zdolna pokonać wszystkie przeciwności, jest magia, są tajemnice, przygody i krwiste masakry – fajna, lekka młodzieżówka, kiedy trzeba trzyma w napięciu i pozwala powzdychać do księcia ;)

Sarah J. Maas, Dwór cierni i róż, Warszawa: Uroboros, 2016, 524 s.