Bajki Majki: „Literkowce” Agata Matraś

Po „Liczyświnkach”, „Emomisiach” i moich ulubionych „Kolorysiach” przyszła kolej na „Literkowce”! Jak ja lubię tą serię przezabawnych, erudycyjnych i niesamowicie pomysłowych kartonówek-wyszukiwanek do aktywnego czytania!

Jak sama nazwa wskazuje, tym razem głównymi bohaterami autorka uczyniła literki i owce. Nie ma jednak szans na zagubienie w owczym stadzie, o nie! Każdy osobnik to wyjątkowe indywiduum o niepowtarzalnym wyglądzie i charakterze. Troszkę można dostać oczopląsu, ale jednocześnie bardzo chce się poznać je wszystkie. Nie obyło się również bez różnorodnych środków komunikacji, bo owce ewidentnie wybierają się na wakacje. Autobusem, autem, samolotem, tirem a nawet katamaranem, lotnią, psim zaprzęgiem i drezyną. Czym by jednak nie podróżowały, robią mnóstwo zamieszania – jest tłoczno, wesoło, gwarnie i z poczuciem humoru.

Znamy już ten schemat. Pierwsza rozkładówka jest ilustracją wprowadzającą w temat (w tym przypadku prezentującą po 2-3 literki) przy pomocy troszkę absurdalnej rymowanki, której jednak za nich nie można pozbyć się potem z głowy. Kolejna natomiast składa się z 5-6 zadań utrwalających słownictwo na daną literkę, ćwiczących spostrzegawczość, koncentrację, umiejętność logicznego myślenia i kojarzenia faktów. I tak naprzemiennie.

Będą labirynty, domino, łączenie w pary, układanie ciągów, szukanie różnic i poznawanie nowego słownictwa wraz ze zwracaniem uwagi na jaką to literkę rozpoczynają się słowa. Ostatnie strona jest stacją docelową, na której spotykają się wszyscy bohaterowie, którzy po wszystkich trudach i niespodziankach podróży nareszcie dotarli na upragniony wywczas. Spotykają się tu również ćwiczone przez całą lekturę literki.

Nie da się ukryć, że moja pięciolatka jest już troszkę za duża, by ten tytuł przyciągnął jej uwagę na dłużej niż tydzień. Ale moja Majka-uparciuszka, która od dobrego miesiąca nie zawała się za nic namówić na sięgnięcie po elementarz i jakiekolwiek próby czytania, przez trzy dni z rzędu prosiła o „Literkowce” każdego wieczora i po wykonaniu wszystkich zadań, przy ostatniej stronie z przyjemnością recytowała alfabet śpiewnym głosem. Trudno o lepszą kontrolę jakości.

Niezmiennie bardzo polecamy wszystkim przedszkolakom!

Agata Matraś, Literkowce, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2021, 40 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Jeśli szukacie również innych pozycji do nauki liter, koniecznie zobaczcie zestawienia książeczek o literkach i cyferkach oraz „Literkową Książkę”.

Czas na czytanie: „Znaleziona” Gytha Lodge

Podczas zakrapianego alkoholem biwaku grupki nastolatków najmłodsza z jego uczestniczek – Aurora – znika bez śladu i mimo rozpaczy przyjaciół nie udaje jej się odnaleźć. 30 lat później ciało dziewczyny zostaje znalezione w niepokojących okolicznościach i śledztwo w sprawie jej śmierci zostaje wznowione. Szybko okazuje się jednak, że zeznania jej towarzyszy coraz bardziej zaczynają się wykluczać, a każdy z nich wydaje się coś ukrywać. Czy ktoś z nich jest zabójcą?

Zdecydowanie nie był to trzymający w napięciach thriller, którego się spodziewałam, wręcz przeciwnie – aż do kulminacyjnej sceny czytałam raczej bez większych emocji. A to dlatego, że „Znaleziona” jest raczej statecznym opisem prowadzonego śledztwa pełnego przeglądania akt, porównywania informacji sprzed 30 lat i kolejnych przesłuchań świadków.

Fabuła opiera się na dość oklepanym, ale sprawdzonym schemacie, przez co podczas lektury miałam wrażenie, że skądś już znam tą historię – mamy tu hermetyczny krąg przyjaciół w zmowie milczenia, bezwzględnie stojących za sobą murem, gdzie mimo różnych animozji każdy zdaje się chronić innych. Kiedy jednak tragiczna historia wraca do nich po latach, wzmagają się podejrzenia, wzrasta niepewność i niechęć, powracają dawne urazy. Przez co podejrzenia padają właściwie na każdego z nich, po kolei. I mimo wielu wskazówek, które autorka pozostawia czytelnikowi po drodze, nie udało mi się odgadnąć tożsamości mordercy niemalże do samego końca.

Chociaż zazwyczaj nie przepadam za przeskokami w czasie, tym razem prowadzona dwutorowo narracja wychodzi powieści na plus – toczące się śledztwo i mozolnie rekonstruowany przez detektywów opis wieczoru, w którym doszło do zbrodni, uzupełniają retrospektywne wstawki opowiedziane z punktu widzenia ofiary. Co w tym przypadku jest istotnym urozmaiceniem akcji.

Nie jest to typ książki, którą czyta się z zapartym tchem, ale mimo to czyta się bardzo dobrze. Mam wrażenie, że to wstęp do cyklu powieści kryminalnych i chętnie sięgnę po kolejne części, tym razem już z nieco innym nastawieniem.

Gytha Lodge, Znaleziona, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B, 2021, 430 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.

Grajki Majki: „Najlepsza gra o psach” Chris Cieslik

Nie ukrywam, że po tym tytule spodziewałam się „Najlepszej gry o kotach” w pieskowej wersji. Wyobraźcie więc sobie moje zaskoczenie, kiedy po otwarciu pudełka znalazłam zupełnie nieco koncepcję!

Jest to przede wszystkim gra karciana – 100 kart z przeuroczymi wizerunkami psów, piesków i psiaków, a nawet kotów w psybraniu to wszystkie elementy, na jakie składa się gra.

Szykuje się pieskowa imprezka! Naszym celem jest zaproszenie czworonożnych przyjaciół z psiego parku do swojego ogródka i nauczenie ich sztuczek oraz zachęcenie ich do zakopywania kości na swoim terenie, za które otrzymujemy punkty. Tek, kto uzbiera najwięcej punktów, otrzyma tytuł najlepszego psiego opiekuna.

Na stole układamy psi park, z którego będziemy przygarniać psy (pobierać karty) oraz ogródki wszystkich graczy. Przygarnięte psy różniące się nie tylko rasą, ale również charakterem i indywidualnymi umiejętnościami, będą wykonywać dla nas sztuczki określone na ich kartach – zakopywać w naszym ogródku kości punktów, a także je ulepszać podnosząc ich wartość oraz przenosić między rasami. A im więcej kart psów danej rasy zbierzemy, tym lepsze sztuczki będą dla nas robić i przynosić więcej punktów.

Chociaż w pierwszym momencie byłam trochę przerażona zasadami – nie jestem najlepsza w grach, gdzie trzeba opierać strategię na liczeniu punktów na bieżąco – ale po dwóch rozgrywkach wszystko staje się jasne. Co nie znaczy, że nagle udaje mi się ograć męża, co to, to nie.

Niekwestionowanym plusem gry są urocze (chociaż bardziej pasowałoby chyba słowo „kawaii”) akwarelowe ilustracje o nieco mangowej stylistyce. Znalazłam tu też poczucie humoru w nazewnictwie, które tak urzekło mnie w „Najlepszej grze o kotach”, choć tym razem występuje raczej sporadycznie. Ale „kottweiler” wymiata. No i koniecznie muszę wspomnieć, że w przypadku remisu wygrywa gracz, który najlepiej… szczeka!

Przyjemna, słodka i całkiem zabawna gra towarzyska zarówno dla pary, jak i większej grupki psiarzy (do 5 osób). A kociaki w przepraniu udobruchają i każdego wciągniętego do gry kociarza.

Najlepsza gra o psach
Autor: Chris Cieslik
Ilustracje: Cari Corene, Amanda Coronado
Wydawnictwo Foxgames
Liczba graczy: 2-5
Sugerowany wiek: 9+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Foxgames.

Bajki Majki: „Tuli Tuli opowiada, kto gdzie mieszka” Zofia Stanecka

Zofia Stanecka jest autorką, po której książki sięgam w ciemno i bez najmniejszego wahania. Podobnie, jak po wielkoformatowe kartonowe wydania Naszej Księgarni. Takie połączenie musiało okazać się sukcesem i faktycznie nim jest, ta seria edukacyjna dla najmłodszych jest naprawdę super. Szczególnie, że to jedna z tych pancernych serii książeczek nie do zdarcia – całkiem grube i dość ciężkie, wykonane z porządnej tektury i w formacie zbliżonym do A4. I bezpiecznie zaokrąglonymi rogami, które tak cenię. Świetnie sprawdzi się jako pozycja do wspólnego czytania, jak i do samodzielnego przeglądania – najwygodniej na dywanie – bo grube strony łatwo obracać małym rączkom. 

Najnowszy tytuł z serii o opiekuńczym duszku Tuli Tuli opowiadającym maluchom o rozmaitych środowiskach i ich mieszkańcach jest „Bocian z łąki”. A jego główny bohater to Kuba – największe z piskląt pary bocianów, które założyły gniazdo na nieodległym słupie telegraficznym.

Kuba jest zupełnie nowy na tym świecie i musi się jeszcze dużo nauczyć. Wraz z nim mały czytelnik pozna zwyczaje bocianów – między innymi dowie się gdzie zakładają gniazda, jak duże są bocianie jaja, kto poza bocianami lubi zamieszkać w bocianim gnieździe, jakie są etapy rozwoju młodego bociana, co jedzą i dokąd lecą kiedy nadchodzi jesień. Czekają też ciekawostki z życia innych ptaków oraz informacje na temat siedliska, jakim jest łąka. Jak wiele różnorodnych stworzeń na niej żyje! Czy afrykańska sawanna będzie choć trochę przypominać Kubie dom?

Po historii narracyjnej ciągnącej się przez kolejne ilustrowane plansze mamy stronę poświęconą wyłącznie ciekawostkom o bocianach ze szczególnym wyróżnieniem zagrożeń, jakie niesie tym pięknym ptakom działalność człowieka oraz mapa świata z zaznaczonymi gatunkami bocianów i och występowaniem.

Dodatkowym plusem jest fakt, iż część dochodu z tej książki wydawnictwo przekazuje na rzecz Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków.

Zofia Stanecka. Magdalena Kozieł-Nowak, Tuli Tuli opowiada, kto gdzie mieszka. Bocian z łąki, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2021, 40 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

„Jeżyk z parku”  to dla odmiany historia w bardzo jesiennym klimacie, a jej bohaterką jest mała jeżynka (olbrzymi plus za feminiatywy!) i jej kolczasta rodzinka.

Czytelnik towarzyszy Tyci i jej braciszkowi od momentu narodzin aż po dorosłość i pierwszą przespaną zimę. Dzięki temu ma szansę pozyskać mnóstwo informacji i ciekawostek z życia jeży – między innymi jak wyglądają tuż po urodzeniu, co jedzą, a co może im zaszkodzić, w jaki sposób mają szansę przetrwać zimę, w jaki sposób działalność człowieka im zagraża i jakie mają umiejętności. Sama nie miałam pojęcia, że jeże potrafią pływać i skakać! 

Ponadto na marginesach czeka mnóstwo ciekawostek luźno związanych z tematem – na przykład jakie inne stworzenia mają kolce czy jakie zwierzęta, poza jeżami żerują nocą.

A poza mądrym tekstem bardzo ważnym środkiem przekazu są przepiękne, wypełniające całe strony, barwne ilustracje. Czy może być coś słodszego, niż małe jeżyki? Nie sądzę!

Jeśli jeszcze nie jesteście przekonani, to na pewno zaciekawi Was, że z każdej kupionej książki wydawnictwo przekazuje 1 zł na Fundację Primum ratującą jeże.

Zofia Stanecka. Magdalena Kozieł-Nowak, Tuli Tuli opowiada, kto gdzie mieszka. Jeżyk z parku, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2020, 40 s.

Chronologicznie pierwsza z serii część – „Żółwik z oceanu” jest zbiorem zbiór ciekawostek o samym oceanie i jego mieszkańcach – przede wszystkim żółwiach, ale również rekinach, delfinach czy mieszkańcach głębin. Dzięki niej mały czytelnik dowie się jak faluje ocean, czym różni się orka od rekina, na jakie gatunki dzielą się żółwie morskie i co jedzą, czym jest kwiatozwierz, czy jakie stworzenia składają jaja. Nie zabraknie również drobnej, ale przejmującej przestrogi na temat zanieczyszczania oceanów, konsekwencjach tego smutnego zjawiska i sposobów na jego ograniczenie – codziennych, drobnych kroków możliwych do wykonania nawet przez malucha. A wszystko to widziane jest oczami przesympatycznego bohatera – młodziutkiego żółwia Pikina, którego poznajemy w dniu wyklucia się z jaja.

To bardzo bogato ilustrowana, przekolorowa opowieść o niewielkiej ilości tekstu (za to wypisanego całkiem konkretną czcionką) i starannie wyselekcjonowanych informacjach dopasowanych do możliwości poznawczych najmłodszych książkowych molików. Ze względu na poziom szczegółowości ilustracji, jak i poziomu tekstu jest w naszym odczuciu najłatwiejszą częścią serii. Spokojnie można więc czytać ją i roczniakowi i dwulatkowi i przedszkolakowi też, choć z pewnością każdy z nich wyciągnie dla siebie coś innego.

Zofia Stanecka. Magdalena Kozieł-Nowak, Tuli Tuli opowiada, kto gdzie mieszka. Żółwik z oceanu, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2019, 40 s.

Czas na czytanie: „Vicious: Nikczemni”, „Vengful: Mściwi” V. E. Schwab

Do twórczości V. E. Schwab już od dawna chciałam zrobić podejście, a że (jak dziwnie by to nie brzmiało) lubię czytać o psychopatach, wybór tytułu stał się oczywisty. Szczególnie, ze udało mi się upolować egzemplarz w ramach ostatniej edycji Wielkiej Wymiany Książkowej.

Eliot Cardale i Victor Vale – dwoje zdolnych i ambitnych przyjaciół oraz niestandardowy projekt badawczy. W istnienie osób o Ponad Przeciętnych zdolnościach mało kto wierzy, dlatego praca dyplomowa mająca na celu nie tyle udowodnienie ich istnienia, a odkrycie sposobu nabywania tych szczególnych, ponadnaturalnych zdolnościach budzi tylko uśmieszki politowania. Czy to wypada, by najlepszy uczeń zajmował się taką farsą?

Kiedy jednak najlepszy uczeń, za namową i pomysłem socjopatycznego najlepszego przyjaciela, podda się pragnieniu wiedzy i udowodnienia niemożliwego eksperyment może wyrwać się spod kontroli. A jeśli biorą w nim udział dwie równie uparte i dumne jednostki, przekonane o sile swoich racji, nie trudno o tragedię. A to będzie dopiero początek…

Znajdziemy tu osoby PonadPrzeciętne władające supermocami i eksperymenty naukowe, bezrefleksyjnych, nieco (przynajmniej na początku) szalonych geniuszy absolutnie pewnych siebie i swoich teorii, zazdrosnych i niespecjalnie przejmujących się etyką oraz sporą dawkę religijnego fanatyzmu. Będzie igranie z zżyciem i śmiercią, sporo strzelania, głęboko chowanej urazy, zdrady, potrzeby poklasku i poczucia misji, bardzo względnie postrzeganej moralności, pogoni za zemstą i wreszcie – intrygujących bohaterów, którzy zaczynają zyskiwać dopiero po dłuższym czasie. Na co niewątpliwy wpływ ma dwutorowo prowadzona narracja, w której chwila obecna przenika się ze wspomnieniami przeszłości.

Trochę mroczne urban fantasy, trochę thriller psychologiczny, trochę komiksowa historia z superbohaterami w roli głównej. Tylko w tym przypadku nie bardzo wiadomo kto jest bohaterem, a kto złoczyńcą.

I jak pierwszą połowę książki raczej przemęczyłam rozczarowana bardzo powierzchowną kreacją bohaterów i brakiem głębi w ich relacji, tak pod koniec zaczęłam wkręcać się na tyle, że od razu zarezerwowałam w bibliotece drugi tom. Jak dla mnie trochę za długo się rozkręcała i chyba nie do końca odpowiadają mi tego rodzaju skoki w czasie, ale cieszę się, że jednak dałam jej szansę. Na pewno nie trafi na moją listę ulubionych, ale jednocześnie byłam strasznie ciekawa ciągu dalszego tej historii.

Twór dziwny, ale im dalej w las, tym bardziej pociągający. W ten niepokojący sposób.
Dołączam do mojej kolekcji książkowych dziobaków.

V. E. Schwab, Vicious: Nikczemni, Poznań: Wydawnictwo We Need YA, 2019, 448 s.

UWAGA, dalsza część recenzji odnosi się do tomu drugiego, jeśli nie czytaliście jeszcze „Nikczemnych”, możecie trafić na SPOILERY!

Od razu na wstępie mogę powiedzieć, że w drugim tomie „Złoczyńców” znalazłam to, czego tak bardzo brakowało mi w pierwszym – pogłębienie psychologiczne naszego psychopaty. Czytelnik dostaje szansę poznania dzieciństwa Elia, jego sytuacji rodzinnej, wydarzeń i decyzji, które ukształtowały jego charakter i wiarę. Będziemy obserwować sposób, w jaki nauczył się nakładać maskę młodzieńca idealnego oraz początki jego relacji z Victorem, który od samego początku potrafił ta maskę przejrzeć.

To właśnie te elementy były dla mnie fabularną dziurą w pierwszej części i wypłaszczały mi kreację bohaterów. I dzięki nim „Mściwych” zaczęłam czytać od pierwszej strony z zapartym tchem.

Jak można było się spodziewać po zakończeniu „Nikczemnych”, wskrzeszenie nie odbiło się dobrze na mocach Victora, a znalezienie lekarstwa na szwankującą moc osoby PP to nie jest spacer po parku. Szczególnie, kiedy po piętach zaczyna Ci deptać nowy-stary wróg, tym razem ze zdecydowanie lepszym zapleczem, a w mieście Merit (coraz bardziej przypominającym mi Sin City), na gruzach mafijnego świata powstaje nowa, wyjątkowo potężna Ponad Przeciętna. I to taka, która nie zamierza kryć się w cieniu i nie waha się używać swojej niszczycielskiej nocy ani przeciwko ludziom, ani przeciwko innym osobom obdarzonym wyjątkowymi umiejętnościami. A nic nie potrafi tak dobrze zjednoczyć, jak wspólny wróg. Czy jednak sojusze oparte na takich fundamentach okażą się mniej ulotne niż mgnienie oka?

Po raz kolejny będziemy świadkami krwawego i bezwzględnego pościgu, w którym jest się jednocześnie i łowcą i zwierzyną. Nie zabraknie eksperymentów medycznych – jeszcze okrutniejszych niż te, których dopuszczali się Elio z Victorem w akademiku, wyścigu analitycznych umysłów, nieprzedawnionych uraz i pogoni za zemstą.

Tym razem, dla odmiany trochę dłużył mi się środek, myślę, że obie książki spokojnie mogłyby być nieco szczuplejsze, a bardziej skondensowane, w tym przypadku dłużyzna nie wychodzi historii na dobre. Mimo to wciągnęła mnie już od pierwszych stron, nie brakuje w niej  akcji ani spektakularnych atrakcji, a i zakończenie było satysfakcjonujące.

Dziwna, ale ciekawa seria, z taką mieszanką jeszcze nie miałam do czynienia. I chociaż nie muszę mieć jej na półce i raczej nigdy już do niej nie wrócę, to był dobrze spędzony czas.

V. E. Schwab, Vengful: Mściwi, Poznań: Wydawnictwo We Need YA, 2020, 544 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Grajki Majki: PRZEDPREMIEROWO „PuzzloGra. Dżungla” Günter Bukhart, Marcin Minor

Cóż za niezwykłe połączenie, ta gra jest jak sałatka owocowa. Memory, puzzle, pionki i bajeczne ilustracje Marcina Minora to prawdziwie różnorodna, ale jakże udana mieszanka!

„Amazońska dżungla pogrążona w ciemnościach budzi się do życia. Promienie słoneczne sięgają coraz wyżej, ujawniając kolejnych mieszkańców dżungli”.

Zasady gry są bardzo proste i moim zdaniem spokojnie można się za nią brać i z czterolatkiem. Na podzieloną na krateczki planszę wypełnioną cieniami zwierząt należy rzucić trochę światła, by odkryć czające się wśród ciemnych chaszczy i mroków nocy dzikie pyszczki. Aby to zrobić gracze naprzemiennie losują odwrócone rewersem do góry kafelki ułożone pod planszą. Jeśli trafią na fragment obrazka, który można położyć na planszy (a wolno dokładać tylko te dolne elementy, pod którymi jest rant lub inny kafelek), mogą go dołożyć. Jeśli nie, należy go zakryć i odłożyć u góry planszy. Po ułożeniu całego zwierzaka dostajemy tyle punktów, z ilu kafelków się on składa. Punkty zaznaczamy przesuwając drewniane, stożkowate pionki po polach otaczających planszę. Co ciekawe, jeśli trafimy na pole, na którym stoi pionek innego gracza, możemy na niego wskoczyć i skorzystać z podwózki przy jego kolejnym ruchu. Chyba, że strąci nas napotkana na drodze liana.

Dla urozmaicenia, wśród kafelków z obrazkami ukryto cztery płytki specjalne z różnymi akcjami do wykonania. W skład zestawu wchodzą również trzy puste płytki, na których możemy wymyślić swoje własne akcje i dołączyć je do gry.

Kiedy wspólnymi siłami uda się ułożyć cały obrazek, wygrywa osoba, która zdobyła najwięcej punktów, a jej pionek „zaszedł” najdalej. Na deser czekają ciekawostki poświęcone występującym w grze zwierzakom umieszczone na odwrocie planszy.

Moja Majka uwielbia gry pamięciowe w typie „memorów” (i w nie wymiata), nic więc dziwnego, że nastąpiła miłość od pierwszego wejrzenia. Szczególnie, że tematem gry są super ciekawe zwierzęta fantastycznie zilustrowane przez Marcina Minora, którego pokochaliśmy już za „Sen”, „Kruki” i „Smoki” dla starszaków.

Pomysł jest świetny, wizualnie prezentuje się cudownie, ma możliwość personalizacji za pomocą dodatkowych kafelków i jest bardzo porządnie wykonana.

Łączy w sobie trening spostrzegawczości, cierpliwości, zapamiętywania i umiejętności strategicznych. No i jest po prostu piękna. Gramy całą rodziną i polecamy bardzo mocno.

A dla dopełnienia dżunglowego klimatu, spragnionym dzikich zwierząt i nienasyconym owocową sałatką proponuję dopełnić równie zwariowaną i pięknie zilustrowaną książką „Być jak tygrys” Przemysława Wechterowicza i Emilii Dziubak.

„PuzzloGra. Dżungla”
Autor: Günter Bukhart
Ilustracje: Marcin Minor
Sugerowany wiek: 5+
Ilość graczy: 2-4
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia

(premiera 1.09.2021)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „Witaj, przedszkole!” Patrycja Wojtkowiak-Skóra, „Moja wielka wyszukiwanka. Przedszkole” Susanne Gernhäuser

Jeśli chodzi o przedszkole, Maja jest już „starą wyjadaczką” i w tej tematyce najczęściej sięgamy o serię z Dusią w roli głównej i, bardziej pośrednio, po serię o Basi. Książeczki wspomagające adaptację wciąż jednak wzbudzają moje zainteresowanie, a i Maja lubi o przedszkolu posłuchać, choć raczej jednorazowo, zanim stwierdzi że „to dla maluchów”.

O książeczkach, które towarzyszyły nam kilka lat temu podczas majkowej adaptacji przeczytacie TUTAJ, a tymczasem zapraszam na recenzje dwóch świetnych nowości w tematyce przedszkolnej:

„Witaj, przedszkole!” to chyba najlepsza książeczka przygotowująca kilkulatka do roli przedszkolaka, z jaką mieliśmy do czynienia. Jest całkiem grubaśna – ma aż 70 stron! – ale została podzielona na krótsze, tematyczne rozdziały, więc spokojnie można czytać np. po jednym każdego wieczoru, jeśli mamy mniej zaawansowanego słuchacza, albo wiercidupkę, która tak długo nie wysiedzi. Każdy rozdział, krok po kroku dokładnie opisuje co czeka maluszka w przedszkolu. A z doświadczenia mogę powiedzieć, że takie właśnie podejście, czyli wcześniejsze wytłumaczenie i nastawianie dziecka na to, co będzie oraz przygotowanie do wszystkich prawdopodobnych sytuacji okazało się u nas niezastąpione zarówno podczas pierwszej adaptacji, jak i podczas zmiany przedszkola. Super, że akcja książki zaczyna się jeszcze w wakacje, kiedy to rodzice nastawiają głównego bohatera – Krzysia – na czekające go w życiu zmiany. Jeszcze przed swoim pierwszym dniem chłopiec ma szansę odwiedzić przedszkole, dowiedzieć się w jakiej sali będzie spędzał dnie, jakim zwierzątkiem oznaczona będzie jego szafeczka i krzesełko, jak nazywa się jego pani i z kim będzie w grupie MOTYLKÓW. Dostanie nowy plecak i wraz z mamą zrobi przedszkolne zakupy. W pierwszych dniach pozna zarówno plan dnia, dającą poczucie bezpieczeństwa rutynę, jak i możliwe stresujące sytuacje – toaletową wpadkę, kłótnię o zabawki, czy spóźniającą się z powodu korków mamę. Ale przedszkole to również wyjątkowe okazje do świętowania – urodziny, jesienny bal, wycieczka poza przedszkole z pluszowym wężem w łapce, przedstawienie i świąteczne spotkanie również zostały dokładnie opisane.

Chociaż książka ma stosunkowo dużo tekstu, nie brak w niej również uroczych, bardzo kolorowych ilustracji Patrycji Fabickiej – najczęściej wypełniających całe strony.

Moim zdaniem jest rewelacyjna, aż żal, że „za naszych czasów” jeszcze nie było tego tytułu, chociaż dość intuicyjnie wypracowaliśmy sobie bardzo podobną metodę adaptacji. Polecam wszystkim początkującym przedszkolakom z całego serca. Jednak ze względu na dłuższe partie tekstu, wymaga od słuchacza pewnego oczytania i doświadczenia z bardziej zaawansowanymi pozycjami, niż krótkie książeczki w stylu np. Kici Koci. Moim zdaniem to takie 3+. Zwłaszcza, że została wydana z papierowymi stronami w twardej oprawie z ostrymi brzegami. Do czytania i przeglądania pod opieką rodzica.

Patrycja Wojtkowiak-Skóra, Patrycja Fabicka, Witaj, przedszkole!, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2021, 70 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

Drugą z książeczek – wyszukiwankę – rekomenduję dla nieco młodszych przedszkolaków – moja Majka zaczynała swoją przygodę z przedszkolem w wieku 2,5 lat i moim zdaniem dla takiego malucha byłaby idealna. Szczególnie, że same korzystałyśmy z podobnego tytułu o lakonicznym tytule „W przedszkolu” i wówczas jeszcze Bobasa bardzo lubiła szukanie szczegółów porozrzucanych w przedszkolnym chaosie.

Dwa poprzednie tomy z serii „Moja wielka wyszukiwanka” – „Zwierzęta świata” oraz „Dzień i noc” pokazywałam Wam już kiedyś TUTAJ. Tym razem tematyką 11 planszy są sceny pozwalające małemu czytelnikowi przywyknąć do codzienności w przedszkolu. Od powitania, zmiany butów na kapcie i zdjęcia kurteczek w szatni, przez rozmaite zajęcia, korzystanie z łazienki, posiłki, plac zabaw i drzemkę aż po wycieczki, przedstawienia i zimowe zabawy. Jest gwarno, tłoczno i wesoło, choć i bez nadmiernej idealizacji – nie zabrakło toaletowej wpadki, łez podczas pożegnania z rodzicem, zgubionej czapki, kłótni, czy plam farby. Bardzo spodobało mi się też, że wśród przedszkolnych opiekunów pojawiają się również mężczyźni, co nie jest chyba szczególnie popularne.

Ilustracje mają różny poziom szczegółowości, dzięki czemu będą odpowiednie dla tych mniej i bardziej cierpliwych obserwatorów. Każdej z nich towarzyszy krótki, kilkuzdaniowy tekst zarysowujący daną sytuację i jej kontekst oraz kilka elementów (7-9) do znalezienia na głównym obrazku.

Chociaż, jak sama nazwa wskazuje, tematyką książeczki jest przedszkole, niewielka ilość tekstu, stosunkowo proste, choć szczegółowe obrazki oraz sposób wydania – z grubszymi tekturowymi stronami (ząbko- i ślinoodporne) oraz bezpiecznie zaokrąglonymi rogami sprawiają, że spokojnie można sięgnąć po nią już z zupełnym maluszkiem. A po drobnych modyfikacjach można wykorzystać ją jako pomoc podczas oswajania codzienności w żłobku.

Susanne Gernhäuser, Moja wielka wyszukiwanka. Przedszkole, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2021, 24 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Czas na czytanie: „Opowieści z Akademii Nocnych Łowców” Cassandra Clare, Sarah Rees Brennan, Maureen Jonson, Robin Wasserman

Jak „Kroniki Bane’a” mnie rozczarowały, tak „Opowieści z Akademii Nocnych Łowców” okazały się wyjątkowo pozytywnym zaskoczeniem. Dawno już nie bawiłam się tak dobrze czytając opowiadania, w sumie nie jestem pewna, czy kiedykolwiek.

Czy Simon ma wspomnienia ze swoich nadnaturalnych przygód, czy akurat doskwiera mu demoniczna amnezja, wciąż jest tym samym bezbłędnym Simonem. A Bezbłędnego Simona nie sposób nie kochać. I nie można odmówić mu niewątpliwego talentu w roli narratora.

Życie Simona Lewisa nigdy nie było łatwe i wygląda na to, że wcale nie zanosi się na poprawę w tej kwestii. Teraz jest bohaterem wojny, której nie pamięta, w świecie, o którego istnieniu nie ma pojęcia, a najlepsi przyjaciele są dla niego obcymi ludźmi. Szansą na odzyskanie wspomnień jest Wstąpienie – rytuał przyjmujący Przyziemnego do elitarnego grona Nocnych Łowców. Jednak by móc do niego przystąpić, śmiałek musi spędzić dwa lata pełnych znoju przygotowań w Akademii szkolącej kwiat młodzieży Nefilim. I nie zginąć. A nawet jeśli uda się przetrwać te lata morderczych treningów, samobójczych misji i przebywania z latoroślami szanowanych rodów Nocnych Łowców, to przy samym Wstąpieniu też można zginąć. Bardzo w styli filozofii YOLO.

Dużym plusem jest duża różnorodność opowiadań. Chociaż przede wszystkim dotyczą one Simona, niektóre z historii poświęcone zostały innym, mniej lub bardziej znanym nam bohaterom, a sam ex Chodzący za Dnia jest ich odbiorcą, albo pomniejszym uczestnikiem – w ten sposób poznamy opowieść o Zaginionym Herondale’u, posłuchamy o jednej z ciekawszych i bardziej medialnych misji Tessy i Williama w XIX-wiecznym Londynie, poznamy syna Tessy – Jamesa, który zdecydowanie lepiej radził sobie z książkami, niż z ludźmi (i sam nie do końca był człowiekiem), posłuchamy też o początkach Kręgu Valentina. Wraz z Simonem zagłębimy się w zrujnowane korytarze Akademii mającej czasy świetności już dawno za sobą, stawimy czoła całym zastępom szczurów i, co gorsza, zadufanych w sobie dzieci Nocnych Łowców, nawiążemy przyjaźnie i przeżyjemy nowe przygody –  spotkamy Marka Blackhorne’a podczas przypadkowej wyprawy do Faerie, będziemy świętować ślub Helen i świadkować podczas ceremonii parbatai Juliana i Emmy.

I jeszcze moje ulubione, superdługie i przekochane, opowiadanie poświęcone Alecowi, Magnusowi i pewnemu niebieskiemu znalezisku, które przyjdzie im przygarnąć pod swoje skrzydła.

Dla fanów uniwersum Cassandry Clare pozycja obowiązkowa. Szczególnie, że wiele opowiadań znajdzie swoje rozwinięcie w kolejnych Kronikach.

Cassandra Clare, Sarah Rees Brennan, Maureen Jonson, Robin Wasserman, Opowieści z Akademii Nocnych Łowców, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2017, 656 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Wakajki Majki: Toruń cz. 1 – interaktywnie, legendarnie i pachnąco piernikami

Do Torunia mamy przysłowiowy „rzut beretem” (nieco ponad dwie godzinki drogi), a że to miasto urocze, było więc w czasach studenckich naszym sprawdzonym miejscem na dłuższe randki. Przynajmniej raz w roku wybieraliśmy się po zapasy pierników, na obowiązkowe piernikowe lody i spacer urokliwymi uliczkami niewielkiego Starego Miasta. Dlatego też w czasach pandemicznej odwilży wpadliśmy na pomysł jednodniowej wycieczki „na pierniki” – po raz pierwszy z Mają. I bardzo szybko okazało się, że Toruń tak bardzo obfituje w fantastyczne atrakcje dla dzieci, że jeden dzień to stanowczo za mało, by się nim nasycić – szacuję, że idealnie byłoby zatrzymać się w Toruniu na 3 dni, to mogłoby być super miejsce na długi weekend z przedszkolakiem. Dlatego też do Torunia z pewnością wrócimy jeszcze nie raz i to najchętniej w najbliższym czasie a nasze wycieczki będą tematyczne.

Tematem pierwszym uczyniłam więc toruńskie legendy, bo to świetny początek poznawania miasta. I został bardzo fajnie wykorzystany w toruńskich atrakcjach. Zapraszam więc na polecanko fajnych miejsc do odwiedzenia z dzieckiem przeplatane rekomendacjami dobrych książek na uzupełnienie tematu. Nie tylko dla najmłodszych!

Wstępem do wycieczki był towarzyszący nam podczas podróży audiobook „Legendy Toruńskie wierszem” Doroty Kazimierczak, czytany przez Katarzynę Piechocką-Empel. Kupiłam tą płytę przy jakiejś okazji w taniej książce i okazała się świetnym przygotowaniem „merytorycznym” do zwiedzania miasta. Na płycie znajduje się 12 legend – króciutkich, bo trwających od nieco ponad minuty do maksymalnie niecałych trzech. Co zaskakujące, to w zupełności wystarczy, bo opowiedzieć historię, szczególnie wpadającym w ucho, płynnym wierszem. Poznamy między innymi opowieść o krzywej wieży i powstaniu nazwy, kilka historii okołopiernikowych, o kocie – obrońcy miasta i sprytnym kucharzu Jordanie, o ratuszowym kalendarzu i aniele w herbie Torunia. Nie są to może wyjątkowo rozbudowane utwory, ale na sam początek przygody idealne.

Dorota Kazimierczak, Legendy Toruńskie wierszem – płyta CD audio, Toruń: Wydawnictwo Literat.

Legendy legendami, ale wycieczki do Torunia nie można nie zacząć spektaklem w Planetarium – oglądanie jasnych punkcików gwiazd na sferycznej powierzchni kopuły tego kolistego, ciemnego pomieszczenia to chyba jedno z moich najsilniejszych toruńskich wspomnień z dzieciństwa. Chyba udało mi się zapewnić takie i Majce, bo to jedna z pierwszych atrakcji, które wspomina pytana co widziała na wycieczce.

Na pierwszy raz wybrałam spektakl „Cudowna podróż”,  który na oko nie różni się wiele od moich wspomnień z wycieczek z tatą i okazał się idealny dla przedszkolaka. Warto pamiętać o wcześniejszej rezerwacji biletu, bo te znikają jak ciepłe pierniczki.

Tym razem nie zgłębiliśmy wszystkich kosmicznych tajemnic Planetarium, bo i nie byłam pewna czy ta tematyka Maję zainteresuje, ale koniecznie musimy wrócić tam kolejnym razem – na następny spektakl i multimedialne wystawy.

Drugim przystankiem była wizyta w Żywym Muzeum Piernika, gdzie przebrani w stroje z epoki edukatorzy (była nawet Korzenna Wiedźma!) podzielili się z nami historyczną wiedzą na temat przypraw i ich właściwości oraz metody wyrabiania ciasta i wypiekania ozdobnych pierników. Również pod względem praktycznym, bo każdy mógł wypiec swoje własne pachnące miodem ciasteczko. Dowiedzieliśmy się też co nieco na temat wypiekania pierników w XIX wieku, już z użyciem wielkich, ale jakże zmyślnych maszyn oraz zdobienia ciasteczek lukrem. Maja skusiła się również na samodzielne ozdobienie jednego z pierniczków (ta atrakcja jest dodatkowo płatna – 5 zł, o ile dobrze pamiętam). Ja tymczasem kupiłam na spróbowanie wypiekanych w muzeum pierniczków i okazały się najpyszniejsze na świecie, kolejnym razem koniecznie muszę zrobić większy zapas!

Jeszcze w samym sklepiku muzealnym wpadła mi w oko cudowna kartonówka Agnieszki Frączek „Toruńskie pierniki” z całkiem nowej serii „Legendy polskie”. Nie skusiłam się na nią, bo jednak Maja już dawno wyrosła z tego typu literatury, ale obiecałam sobie upolować ją z biblioteki po powrocie.

I było warto, bo poza absolutnie uroczymi ilustracjami Magdaleny Jakubowskiej znajdziemy w środku rymowaną opowiastkę o piekarzu Edku. Edek tym wyróżniał się spośród innych piernikarzy, że choć całymi nocami dwoił się i troił by upiec jak najwięcej pysznych pierniczków, klepał biedę, bo jakimś cudem rankiem nic z efektów jego pracy nie zostawało. Miał bowiem piekarczyk dobre serce i dokarmiał swoimi wypiekami wszystkie stworzenia, które się do niego zwracały – zarówno realne, jak i zupełnie bajkowe – pszczółki, mrówki, biedroneczki, ale też strachy na wróble czy smoki. I to właśnie oni, odwdzięczając się za edkową dobroć, pomogli mu przygotować najpyszniejsze – bo po raz pierwszy z dodatkiem miodu – smakołyki na wizytę króla.

Ze wszystkich pierniczkowych legend ta jest najprostsza i tak naprawdę najmniej z niej wynika, ale jest prześliczna wizualnie, bardzo baśniowa, melodyjnie opowiedziana i bezpieczna dla małego czytelnika (oraz odporna na jego ślinę i ząbki) – szczerze więc ją polecamy najmłodszym pierniczkożercom.

Agnieszka Frączek, Legendy polskie. Toruńskie pierniki, Warszawa: Wydawnictwo Mamania, 2021, 22 s.
~Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania Wypożyczone 2021~

Łącząc temat pierniczków, legend i audiobooków, młodszym czytelnikom gorąco polecamy też nasze małe biblioteczne odkrycie – „Toruńskie pierniki”, tym razem z serii „Baśnie polskie”, czyli pierniczkową baśń pełną gębą – z krasnoludkami, wizytą króla i wielką miłością wyrażaną w katarzynkowych pierniczkach z serduszek. Opowieść ta została oparta o legendę o królowej pszczół, którą znaliśmy już w krótszej wersji z audiobooka pełnego toruńskich wierszyków.

Chociaż ta pozycja również jest całokartonowa – z grubej tektury i z bezpiecznie zaokrąglonymi rogami, ma zdecydowanie więcej tekstu. Dodatkowym atutem jest dołączona do książeczki płyta z całkiem przyjemnym audiobookiem – można więc słuchać bajki zarówno w aucie, jak i podczas przeglądania książeczki. A później poprosić o przeczytanie mamę, żeby upewnić się, czy aby na pewno drukowany tekst jest taki sam, jak na płycie.

Liliana Bardijewska, Ola Makowska, Baśnie polskie. Toruńskie pierniki, Kielce: Wydawnictwo Jedność, 2013, 20 s.

~Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania Wypożyczone 2021~

Po przerwie obiadowej (wciąż nie umiem robić zdjęć jedzeniu, ja jedzenie zjadam. Pożeram. Pochłaniam) czekała nas ostatnia interaktywna atrakcja – Dom Legend Toruńskich. W jego piwnicach czekają opowiadacze dawnych historii, którzy przy pomocy rekwizytów i krótkich scenek odgrywanych przy czynnym udziale publiczności wprowadzili nas w nieco baśniowy, momentami zabawny, momentami trochę straszny świat toruńskich legend. Chyba każdy z uczestników miał szansę by wcielić się w jakąś postać – mieszczki, krzyżackiego rycerza, dzwonnik czy nawet… końskich kopytek. Maja byłą flisaczką, Łukasz trafił do lochu za bliżej nie sprecyzowane przewinienia, a mi przypadła rola Bachusa. Wiadomo, ma się ten pociąg do wina! Super wciągająca przygoda, polecamy bardzo.

A toruńskie opowieści zaintrygowały nas tak bardzo, że w „sklepiku muzealnym” nabyliśmy drogą kupna pięknie wydany „Legendarny Toruń” Nikodema Pręgowskiego. To gratka tym razem dla nieco starszych czytelników – zbiór 9 legend opowiedzianych na nowo – od tej najwcześniejszej, o założeniu Torunia w XIII wieku, przez krzyżackie, pierniczkowe, kopernikowe, kocie i żabie aż po opowieść o słoniach i zeppelinach z czasów międzywojnia. Jak na Agnieszkę Łakomczuszkę przystało, najbardziej lubię legendę o katarzynkach, Maja szczególnie upodobała sobie „O pladze żab” i dzielnym flisaku, który wywiódł płazy z miasta grą na praprzodku skrzypeczek. Ta książka to fantastyczny pomysł na wartościową pamiątkę z Torunia – każda z legend zakończona jest ciekawostką historyczną, wprowadzającą czytelnika w realia epoki, na marginesach wytłumaczono trudniejsze słówka (np. dawny instrument smyczkowy, prapradziadek skrzypiec to Fidel), a całość zakończona jest słowniczkiem występujących w książce postaci historycznych. A wszystko to w przepięknej, bardzo klimatycznej oprawie graficznej, pełnej działających na wyobraźnię ilustracji, na grubych, kremowych kartkach i w twardej oprawie. Aż muszę się rozejrzeć za podobnym wydaniem legend Gdańskich, bo jest mega.

Nikodem Pręgowski, Legendarny Toruń, Toruń: Wydawnictwo Na przykład, 2021, 80 s.

Jeśli jednak głód toruńskich opowieści wciąż Wam doskwiera, starszym czytelnikom polecam twór przedziwny i bardzo oryginalny – „Piernikajki czyli toruńskie piernikowe bajki” Katarzyny Kluczwajd. To całkiem obfita garść krótkich bajek, zupełnie współczesnych, ale opartych na legendach, prawdziwych historiach opowiedzianych ze swadą i wielką dawką słowotwórstwa, które tak lubię – pod tym względem chyba odnalazłam w autorce bratnią duszę! Wraz z sympatycznie magicznym TORasiem i innymi bohaterami poznamy co nieco faktów z dziejów Torunia, zwrócimy uwagę na detale, również te niemal całkiem na przestrzeni dziejów zapomniane, jak zegar słoneczny z toruńskiego ratusza, dowiemy się kim są piernikony czy pogrążymy się w domysłach na tematy wszelakie – od różnych wersji atrybutów herbowego anioła aż po kosmiczne dodatki potencjalnie stosowane przez piekarczyków podczas pierniczenia. A większość z historii poparta została dowodami ikonograficznymi w formie zdjęć – szkoda tylko, że głównie czarno-białych miniaturek, tylko kilka z nich znalazło się w pełnej krasie na kolorowej wklejce. A szkoda, chętnie bym się archiwaliom poprzyglądała bliżej. Na spragnionych większej dawki naukowego pierniczenia, czeka na końcu całkiem obfity wykaz tematycznej literatury fachowej i naukowej. Dla zagubionych znajdzie się również słowniczek pierniczkowej nowomowy w książce stosowanej oraz cały zbiór faktycznych faktów, osób i cytatów, które zostały wykorzystane i pojawiają się w piernikajkach mniej lub bardziej gościnnie.

Katarzyna Kluczwajd, Piernikajki, czyli toruńskie piernikowe bajki (niekoniecznie dla najmłodszych), Gdynia: Wydawnictwo Novae Res, 2018, 240 s.

~Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Wypożyczone 2021~

Podczas spaceru na piernikowe lody będące ukoronowaniem dnia majkową uwagę przykuły szczególnie trzy miejsca – najwięcej czasu, bo dobre 20 minut i to z przystankiem w obie strony – spędziliśmy przy fontannie z żabami i Flisakiem, czyli bohaterem ulubionej toruńskiej legendy Mai. Wolno moczyć łapki, wrzucić grosik na szczęście, zatykać żabkom pyszczki i chlapać rodziców, czy może być coś lepszego?

Również pomnik Mikołaja Kopernika przed toruńskim ratuszem wzbudził zainteresowanie mojej przedszkolaczki, ale bardzo szybko został przyćmiony przez stojącego w pobliżu złotego osiołka, wymarzonego kompana do zdjęć i głaskania na szczęście, choć siadania na nim raczej nie polecamy. A to dlatego, że sympatyczny osioł stoi przy rynku na pamiątkę pręgierza o podobnym kształcie, o czym przypomina ostra krawędź ciągnąca się przez cały osi grzbiet, wykorzystywana do jednej z okrutnie pomysłowych średniowiecznych tortur.

A skoro już przy torturach jesteśmy, pamiętajcie, by mieć w zanadrzu jakiś czaoumilacz, by oczekiwania na posiłek albo upragniony pucharek z lodami (piernikowymi – gwóźdź programu!) ze zmęczonym przedszkolakiem nie zmienił się w czas jęczących tortur właśnie. Warto połączyć przyjemne z pożytecznym i plastycznymi łamigłówkami utrwalić zdobytą wiedzę – bardzo polecamy książeczkę z zadaniami „Poznaj Toruń”. Wśród zadań znajdziemy między innymi mapę centrum miasta, gdzie można pokolorować odwiedzone miejsca, herb i aniołki do pokolorowania, łączenie Kopernika po kropkach, poszukiwanie różnic, wykreślankę, labirynty z osiołkiem i pieskiem Filusiem, pierniczki do zdobienia, smoka, krzyżackiego rycerza i oczywiście flisaka z jego żabami do pokolorowania i szukania cieni.

Niestety książeczka jest całkiem spora – formatu A4 – wymaga więc przechowywania w maminej torebce, przyzwyczaiłam się już jednak do roli wielbłąda.

Krzysztof Tonder, Poznaj Toruń, Toruń: Wydawnictwo Literat, 32 s.

Planując wycieczkę „do miasta” pod kątem atrakcji dla dzieci, warto sprawdzić, czy miejscowość, do której się wybieracie figuruje w pełnym inspiracji i fenomenalnie ilustrowanym „Atlasie miast Polski”. Słupska, czyli miejsca naszej poprzedniej wyprawy akurat, nie było, za to Toruń już jak najbardziej.

Tym, co przyciąga wzrok do „Atlasu Miast Polski” jest jego genialne wydanie – duży format, świetne kolory i rewelacyjna szata graficzna (ten pomysł ze znaczkami pocztowymi z każdego miasta na okładce i w spisie treści jest przefantastyczny!). Książka składa się z 30 rozkładówek – każda z nich poświęcona innemu miastu. Poza króciutkim opisem, dana miejscowość została przedstawiona za pomocą miniaturek atrakcji z podpisami. A wybór owych wspaniałości skomponowany został w taki sposób, aby zainteresować dzieci. Kiedy między muzeami narodowymi, sławnymi postaciami i pomnikami znajdują się lokalne przysmaki (to coś dla mnie!), najlepsze lodziarnie, pijalnie czekolady, aquaparki, parki trampolin, teatry lalek, instytucje organizujące warsztaty dla dzieci, ogrody zoologiczne, parki, dinozaury w różnych formach i muzea zabawek i zabawy, dziecko nie ma możliwości nudzić się podczas rodzinnej wyprawy. 

Anna Rudak, Anna Garbal Atlas miast Polski, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2019, 64 s.

Podczas kolejnej wizyty koniecznie musimy poświęcić więcej czasu na dokładniejsze zwiedzenie Planetarium i poświęcić więcej uwagi Kopernikowi.

Planujecie wyjazd do Torunia? A może byliście niedawno w okolicy?