Czas na czytanie: „Królestwo dusz”, Rena Barron

Zazwyczaj trudno mi się wciągnąć w książkę prezentującą zupełnie nowy świat, gdzie od zera trzeba poznać nie tylko rządzące nim zasady, ustrój polityczny, czy grupy społeczne, ale również magię, siły nadprzyrodzone, bogów, wierzenia i rytuały. Tym razem jednak wsiąknęłam (wsiąkłam?) niemalże od pierwszych stron. Być może ze względu na hipnotyzujący klimat – pełen krwawych rytuałów, wróżenia z kości i plemiennych wierzeń, nieco zbliżonych do religii voodoo.

Arrah jest córką dwojga wyjątkowo potężnych szamanów i, ku ogromnemu rozczarowaniu ambitnej matki, sama jest prawie zupełnie pozbawiona mocy. Za każdym kolejnym rokiem coraz bardziej pozbywa się złudzeń i przyzwyczaja się do myśli o byciu przeciętną córką wybitnych rodziców. Kiedy jednak w jej mieście zaczynają ginąć dzieci, okazuje się, że przeciętność nie uchroni jej od pozostania w centrum potwornych wydarzeń, a dobre serce, determinacja i nadmiar zwyczajnej ludzkiej przyzwoitości nie pozwoli pozostać obojętną. Czy osoba pozbawiona talentów, płacąca olbrzymią cenę za każdą kroplę magii ma jakąkolwiek szansę w grze bogów i demonów?

To całkowicie nieprzewidywalna historia o miłości (z pięknie przedstawioną relacją ojca i córki), zdradzie, rozczarowaniu, pogodni za marzeniami i stawianiu czoła skutkom ich osiągnięcia, względności dobra i zła i karkołomnym pragnieniu zemsty.

Będzie fatum, którego nie powstydziłaby się antyczna tragedia i rzeki krwi, którym przyklasnąłby J. R. R. Martin. Będą nierówne walki, polityczne rozgrywki, zabijanie bogów, burzenie świątyń oraz pytania o sens istnienia. Znajdzie się jednak też sporo niewinności pierwszych zauroczeń, tęsknoty za rodzicielską miłością i uznaniem, siła prawdziwej przyjaźni i poszukiwanie swojego własnego celu w życiu.

Jak rzadko, jestem wyjątkowo usatysfakcjonowana zakończeniem. I chociaż wiem, że powstała już druga część i piszą się kolejne, to jednak dla mnie chyba ten rodzaj otwartego zakończenia byłby idealny.

Klimatyczna, zaskakująca, magiczna, krwawa i okrutnie wciągająca.

Rena Barron, Królestwo dusz, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2020, 448 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Czas na czytanie: PATRONAT „Krąg. Nieproszeni goście”, Silencio

Lata 60. ubiegłego wieku, chłopięcy sierociniec w środku lasu i sześciu bohaterów o różnych charakterach, przeżyciach i traumach.

Czeka ich nawiązywanie przyjaźni, budowanie relacji i gruntowanie swojej pozycji w grupie, radzenie sobie z sympatiami i antypatiami. Zmierzą się z niejednym problemem wieku nastoletniego – od niezadowolenia ze swojego wyglądu, przez pakowanie się w kłopoty i bójki ze „starszymi chłopakami”, próby ucieczki od nauki i obowiązków, brak empatii ze strony dorosłych, aż po dylematy związane z odkrywaniem własnej seksualności i tożsamości płciowej. I choć wszystko to byłoby wyzwaniem dla każdej osoby na progu dorosłości, w tamtych czasach i bez wsparcia najbliższych wydaje się być szczególnie dotkliwe.

Jakby tego całego dorastania w nieszczególnie przyjaznych warunkach było mało, wokół zaczynają dziać się dziwne rzeczy – czy to możliwe, że korytarzami sierocińca przechadzają się potwory, czy po prostu chorowity i nieszczególnie lubiany nastolatek ma urojenia albo próbuje zwrócić na siebie uwagę otoczenia?

Ciemny las, niepokojące zdarzenia, owiana legendami okolica, ludowe przesądy i przekazy o magicznych paktach i rytuałach oraz brak dostępu do jakichkolwiek rzetelnych informacji potrafią rozbudzić wyobraźnię. Może się jednak okazać, że rzeczywistość jest znacznie bardziej przerażająca, niż wszystkie straszne historie opowiadane wieczorami.

Jaka tragedia wydarzyła się wcześniej w budynku sierocińca i czy aby na pewno był to wypadek? Co się stało z Whitewood – niegdyś tętniącym życiem miasteczkiem, dziś zarośniętym ośrodkiem dla niechcianej młodzieży? I co tak naprawdę czai się w lesie?

Choć po pierwszych rozdziałach miałam wrażenie, że ta książka Silencio będzie skierowana do nieco młodszych czytelników, końcówka wyprowadziła mnie z błędu. Bo i kiedy potworności – czy to ze strony dorosłych, czy sił nadprzyrodzonych – dotyczą dzieci, mające często jeszcze niewielkie pojęcie o świecie, są jeszcze bardziej poruszające. A jak już zapewne wiecie, ta autorka nie oszczędza ani swoich bohaterów, ani czytelników.

Podobno cała ta książka, jest tylko rozbudowanym wstępem do całej historii chłopców z ośrodka Whitewood. I oczywiście kończy się w taki sposób, że nie sposób powstrzymać się od wyrzutów, bo „jak można przerywać w TAKIM momencie?!”. Aż strach pomyśleć co będzie dalej, nie mogę się już doczekać!

Silencio, Krąg. Nieproszeni goście, 2020, 558 s.
(premiera: 20.08.2020)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.
Tą i poprzednie ksiązki Silencio możecie znaleźć na bucketbook.pl

Grajki Matki: „Szklany Tron”, Kuro

Dzisiaj mam prawdziwą gratkę dla fanów „Szklanego Tronu”. Ale uwaga! Fabuła gry została osadzona podczas wydarzeń z początku „Królestwa Popiołów” i jak najbardziej zawiera spoilery. Dlatego zdecydowanie polecam sięgnąć po nią już po przeczytaniu całej serii. A jeśli jesteście już po lekturze, serdecznie zapraszam dalej:

Ta gra jest trudna! Niełatwo ogarnąć mechanikę rozgrywki (swoja drogą zawsze jest mi trudniej zrozumieć zasady gier karcianych, niż planszowych), a kiedy tylko poczujemy się choć trochę pewniej, kolejne wylosowane karty… zmienią nam zasady! Kompletnie nieprzewidywalna sprawa, w sumie trochę jak sama Aelin.

Gra toczy się podczas gdy Aelin jest w niewoli u Maeve i zamknięta w żelaznej trumnie pomiędzy sesjami tortur toczy walkę z samą sobą i nie chce się poddać za żadną cenę. Miejscem naszej rozgrywki jest umysł bohaterki. Przeglądając i dobierając odpowiednie wspomnienia wzmacniamy jej determinację i dodajemy jej sił do dalszej walki. Albo przegrywamy zniechęceni, kiedy napór czarnych myśli i czających się w umyśle demonów okazuje się zbyt duży.

Pierwsza część gry – prolog – to tak naprawdę rozgrzewka, która ma na celu nauczyć nas mechanizmu gry. Wcielamy się w Aelin lub Rowana i podczas treningu w Wendlyn zbieramy myśli, tworzymy wspomnienia i uczymy się kart i ich rozgrywania by wzmocnić determinację. Po przejściu prologu czeka nas akcja właściwa – od pierwszego rozdziału jesteśmy już więźniami Maeve i wcielając się w Aelin lub Fenrysa walczymy o przetrwanie kolejnych dni.

To gra kooperacyjna, w zależności od wybranego bohatera uczestnicy mają do wykonania określone zadania podczas budowania siły umysłu Aelin – trzeba wybierać wspomnienia o odpowiedniej sile i łączyć je w rzędy tak, by uniknąć rozdwojenia jaźni. A przy tym przeganiać demony i skarżone przez nie wspomnienia. I oczywiście nie można ustalić ze sobą na głos jednej spójnej strategii!

Im dalej w las, tym ciekawiej. I oczywiście trudniej. Po przetrwaniu każdych kolejnych trzech dni rozpoczynamy nowy rozdział, a kolejne karty modyfikują zasady (utrudniają, nie czarujmy się!), ale też odblokowują nowe zdolności i sytuacje. Nie jest łatwo to ogarnąć, ale za to nie ma szansy na monotonię!

A do tego te ilustracje! Jestem absolutnie zachwycona wyobrażeniami bohaterów, nawet nie potrafię określić przedstawienie którego z nich podoba mi się najbardziej, chociaż największym zaskoczeniem był chyba Arobynn. Szata graficzna robi robotę, mogłabym po prostu patrzeć na karty i i tak być zadowolona.

Czy można grać z kimś, kto nie czytał i nie planuje sięgać po „Szklany Tron” – na przykład z mężem? Moim zdaniem da radę, bo i instrukcja fajnie wprowadza w klimat i samemu zawsze z przyjemnością opowiada się o odwiedzonych w książkach światach, ale jednak przyjemność z gry jest zdecydowanie mniejsza. Bo kiedy budujące determinację Aelin wspomnienia niewiele nam mówią i nie przypominają momentów z książki, to tak naprawdę nie ma to większego sensu.

Szklany Tron
Autor: Kuro
Ilustracje: Coralie Jubénot
Wydawnictwo Foxgames
Liczba graczy: 2
Sugerowany wiek: 12+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Foxgames.

Czas na czytanie: „W samym sercu morza” Jojo Moyes

„Zostawiłyśmy wszystko, wszystkich, których kochamy, nasze domy, nasze bezpieczeństwo. W imię czego? Żeby nas napadnięto i nazwano ladacznicą (…)? Żeby przeklęta marynarka wojenna odpytywała nas z przeszłości jak jakieś przestępczynie? Żeby płynąc tak daleko, a na końcu usłyszeć, że cię tu nie chcą? Bo przecież nie ma żadnej gwarancji, prawda?”

Jeśli chodzi o książki idealne na wakacje, bez najmniejszych wątpliwości polecam pozycje Jojo Moyes – przyjemne, babskie, wciągające, zawsze z piękną historią miłosną, sporą dawką girl power i choć odrobiną humoru. Tak jest i tym razem.

Po zakończeniu II wojny światowej Królewska Marynarka Wojenna organizowała transport tak zwanych „wojennych żon” – kobiet, które w czasie wojny wyszły za brytyjskich żołnierzy poza granicami kraju. Najczęściej wykorzystywano do tej misji luksusowe liniowce i wojskowe transportowce, odbył się jednak jeden wyjątkowy kurs – 2 lipca 1946 roku jeden z ostatnich rejsów żon z Australii do Wielkiej Brytanii odbył się na pokładzie lotniskowca HMS Victorious, brała w nim udział babcia autorki. To właśnie w owym czasie, na tym statku Jojo Moyes umieszcza fabułę powieści inspirowanej tymi niezwykłymi wydarzeniami.

Cztery dziewczyny, które dzieli wszystko – od statusu społecznego i majątkowego, przez wiek, doświadczenie życiowe, plany na przyszłość czy wykonywany zawód aż po charakter i wyznawane wartości – w normalnych warunkach nigdy nie miałyby szansy się spotkać. Zadzierającą nosa, rozpieszczoną Avice, niedojrzałą, pełną entuzjazmu Jean, ciepłą i swojską Margaret oraz wycofaną i szorstką w obyciu Frances łączy jednak wspólna kabina podczas rejsu mającego odmienić ich życia.

Rywalizacja, zawiść, strach o przyszłość, nadzieja na lepsze jutro, całkowity brak wpływu na własny los, zależność od nieobecnych mężów, mężczyzn przebywających z nimi na statku i bezmiaru oceanów oraz nawiązywane niepewnie przyjaźnie – ponad 600 młodych kobiet stłoczonych na nieprzystosowanej do tego niewielkiej przestrzeni wojskowego okrętu przez prawie dwa miesiące, traktowanych jak towar, który trzeba dostarczyć do adresata to prawdziwa mieszanka wybuchowa. Na pewno nie będzie więc nudno! Podczas lektury będziecie świadkami niejednego ludzkiego dramatu, mnóstwa emocji i zaskakujących, jak na takie warunki wydarzeń (jak na przykład wybory miss pięknych nóg, wyrzucanie samolotów za burtę czy wiązanie szalup ratunkowych nylonowymi rajstopami). I gwarantuję, że będziecie kibicować dziewczynom z całych sił podczas tej podróży w nieznane, choć nie koniecznie podczas konkursów piękności.

Zastrzeżenia? Dawno nie widziałam okładki tak nieadekwatnej do treści książki. To historia o trudach i niebezpieczeństwach podróży na okręcie wojennym o bardzo zaawansowanym stopniu zużycia, gdzie widmo i trauma wojny wciąż jest żywe. O samotności i niepewnej przyszłości. Pełna nierozbrojonych bomb, plam paliwa lotniczego i smaru, moralnych dylematów, spoconych mechaników, tropikalnych upałów i piekielnych maszynowni. A na okładce umieszczono uśmiechniętą i w pełni zrelaksowaną babeczkę w niewielkiej łódeczce do pływania po stawie. Jeśli chodzi o okładkę, jestem na nie.

Ale sama książka jest bardzo dobra i świetnie zbilansowana – jest przygoda, jest trudna przeszłość i lepsza przyszłość na horyzoncie, są emocje i nuta romansu. A inspiracja prawdziwymi wydarzeniami tylko dodaje powieści niesamowitości. W końcu najbardziej niezwykłe historie pisze życie.

Jojo Moyes, W samym sercu morza, Kraków: Wydawnictwo Znak Literanova, 2020, 544 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak Literanova.

Grajki Majki: „Strażnicy kosmosu” Néstor Romeral Andréas

Do Ziemi zbliżają się oddziały kosmicznych najeźdźców! Wciel się w Strażnika Kosmosu, wsiądź w myśliwiec, staw czoło kosmitom i poczuj klimat lat 90.!

Na samym szczycie planszy groźnie majaczą cztery rzędy wielookich i wielokolorowych kosmitów, na samym dole widnieje ojczysta planeta, a dostępu do niej bronią tylko wasze myśliwce. Poruszaj się na planszy tak, by zestrzelić jak najwięcej wrogów z jak największą ilością oczu (bo im więcej oczu, tym więcej punktów!), wykup rakietę, by zlikwidować więcej wrogów za jednym strzałem ale wybieraj przeciwników rozważnie, bo zlikwidowanie całej kolumny powoduje pojawienie się kolejnego rzędu kosmitów i ich zbliżenie do Ziemi. Uważaj, żeby nie zderzyć się z miną, jednym z najeźdźców lub innym myśliwcem!

Z jednej strony graczy łączy wspólny cel – muszą powstrzymać hordę atakujących kosmitów przed dotarciem do Ziemi. Z drugiej jednak to wciąż rywalizacja – wygrywa ten, kto zestrzeli najwięcej wysoko punktowanych najeźdźców, będziecie więc „kopać pod sobą dołki” – zajeżdżać drogę, blokować strzały i podbierać upatrzone zdobycze.

Zwycięzca musi wykazać się sporymi umiejętnościami strategicznymi, przyda się też umiejętność szybkich kalkulacji i przewidywania ruchów przeciwnika.

Gra posiada również wersję dla zaawansowanych, w której czekają ulepszone, wielostrzałowe myśliwce i doładowania pozwalające oddać więcej strzałów w turze.

Mój mąż mówi, że to taka trochę „Galaga” w wersji planszowej, ale ja się już nie załapałam na ten etap, więc nie mam porównania (może ciągle dlatego przegrywam…).  Za to moje serce kompletnie skradło manualne przesuwanie rzędów najeźdźców i losowanie kolejnych kosmitów wchodzących do gry. Nie potrafię też nie wydawać (przynajmniej w myślach!) odgłosów strzelania podczas swojej rundy. No i szata graficzna stylizowana na gry komputerowe z przełomu lat 80. i 90. to mistrzostwo świata.

Jak zwykle jestem pod wrażeniem starannego wykonania gry. Zdecydowanie nie jest to propozycja na podróż, bardziej na wakacyjny deszczowy dzień na podłodze w salonie, gdyż składa się ze sporej liczby elementów. Część z nich wykonana została z drewna (myśliwce i bomba), co zawsze bardzo lubię, plansza i reszta elementów jest z grubej tektury (żetony z kosmitami, doładowania i rakiety). Tekturowe kwadraciki zostały bardzo starannie wycięte z matrycy, dzięki czemu ani jeden z nich nie zaczął się nadrywać podczas „wypychania” przed pierwszym użyciem, a to bardzo duży plus. No i wielki szacunek za wyprodukowanie w Polsce!

Strażnicy kosmosu
Autor:
Néstor Romeral Andréas
Ilustracje: Przemysław Fornal
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Liczba graczy: 2-4
Sugerowany wiek: 7+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Czas na czytanie: „Folwark Zwierzęcy” George Orwell, ODYR

To już druga adaptacja książki z klasycznego kanonu, którą czytam jako powieść graficzną i naprawdę mogłabym się do tego przyzwyczaić. Może nie jako wersję mającą zastąpić oryginalny tekst, ale jako powtórka po latach (albo na przykład przed egzaminem) sprawdzi się bardzo dobrze.

Pamiętam, że akurat „Folwark zwierzęcy” był jedną z tych lektur, które czytało się raczej chętnie – niedługa, pozbawiona ozdobników stylistycznych, zwięzła i na temat, przemawiająca do wyobraźni, mimo, że w podstawówce mało kto traktuje taką tematykę jako aktualny problem, a nie relikt przeszłości. Wydaje mi się, że „Folwark” nie jest książką, której atrakcyjność trzeba podnosić ale i tak adaptacja graficzna wyszła jej zdecydowanie na plus, ilustracje jeszcze bardziej dodają powieści klimatu.

Bo i sposób ilustrowania został idealnie dopasowany – Odyr przedstawił rzeczywistość folwarku bardzo w stylu traktorzystek i podawania cegły. I chociaż jako realizm socjalistyczny raczej nie odnalazłaby aprobaty, bardzo dobrze działa na wyobraźnię odbiorcy i jest bardzo dobrym dopełnieniem treści utworu. A i czyta się przyjemniej, a już na pewno bardziej sprawnie, bo tekst został oczywiście odpowiednio dopasowany do nowej formy przekazu. I co za tym idzie, skrócony, chociaż nie odczułam w związku z tym jakiegoś szczególnego braku.

Jeśli mam się doszukiwać minusów tego wydania, to jedynym jest różnica formatu, między „Folwarkiem zwierzęcym”, a wydaną na początku roku drugą powieścią graficzną – „Zabić drozda”. I chociaż obie książki, poza pomysłem na komiksową adaptację, nie łączy wiele, chętnie potraktowałabym je jako serię „klasyka graficznie” i ujednoliciła format wydania. Jakoś tak wtedy zawsze łatwiej znaleźć miejsce na półce.

George Orwell, ODYR, Folwark zwierzęcy, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2020, 176 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Grajki Majki: „Najlepsza gra o kotach” Josh Wood

Gry o kotach i z kotami w roli głównej od dawna są mile widziane w  naszym domu, ta jest chyba jednak najbardziej urocza ze wszystkich. I dla starszych graczy, co jest super ekstra, bo dotychczas królowały u nas kocie gry dla przedszkolaków (koniecznie przeczytajcie o „Kotku Psotku” i „Kociakach Łobuziakach”!).

Chociaż „Najlepsza gra o kotach” to karcianka, a pudełko ma niewielkie rozmiary, nie polecam zabierania jej w podróż z dziećmi ze względu na sporą ilość małych elementów (również szalenie uroczych) i dość spore wymagania stołowe, bo rozłożenie kart i smakołyków wymaga nieco przestrzeni. Świetnie za to sprawdzi się w domowym zaciszu, a ile tylko koty nie rozłożą się Wam na stole w samym środku rozgrywki.

Gra polega na zbieraniu i dogadzaniu kotom wybieranym z karty dostępnych na stole. Każdy z kotów ma inne wymagania kulinarne, zazwyczaj im kudłacz bardziej wybredny, tym więcej punktów daje pod koniec rozgrywki. Wśród kart z kotami znajdziemy również karty przysmaków niezbędnych do wykarmienia naszego stadka, karty z ogłoszeniami o zaginionym kocie, które możemy później wymienić na kociaki przybłędy, które odwdzięczą nam się rozmaitymi punktami specjalnymi, kart z walerianką, spryskiwaczem, kocimi zabawkami i ubrankami – a wszystko to odpowiednio punktowane.

Zawsze trzeba zebrać cały rząd kart ze stołu (i przy tym nie może być to ten sam rząd, z którego przed chwilą wziął przeciwnik!) i trzeba dokonywać rozważnych wyborów, bo może się zdarzyć, że nie zdołamy wykarmić wszystkich przygarniętych kociaków (koty głodne punktów nie dają…). A i za chomikowanie nadmiarowych smakołyków są punkty ujemne! Chociaż cała punktacja jest dość skomplikowana, przynajmniej podczas pierwszych rozgrywek, dużym ułatwieniem jest notesik z tabelą punktów, który wypełniamy po zakończeniu gry.

Ogromy plus za tłumaczenie (chociaż sama zostałabym jednak przy „dosłownym” tłumaczeniu tytułu „Cat Lady” jako „Kociara”), szczególnie imion kotów – Wincent van Kot, Kocilla, Kotangens, Brandonek, Kikomora czy Mruczeł kompletnie skradli moje serducho. Szczególnie w zestawieniu z tymi słodkimi mordkami. A i ilustracje robią robotę, zwróćcie choćby uwagę na ubranka dla kotów i pałające entuzjazmem pyszczki przebranych w nie futrzaków!

Wydaje mi się, że wypatrzyliśmy drobny błąd w oznaczeniu kart, a dokładniej w kolorach kotów – rude koty powinny być oznaczone literką R, a część z nich oznaczono literką P – prawdopodobnie ktoś się nie dogadał i uznał koty rude za pomarańczowe, albo po prostu był głodny i zjadł laseczkę. Nie wpływa to jednak zupełnie na komfort grania, jak już się dojdzie do tego, że P i R należy traktować jednakowo.

Nie mogę się doczekać, aż zagramy w większym gronie, bo w rozgrywce dwuosobowej wykorzystuje się ograniczoną liczbę kart, jeszcze tyle kociaków czeka na nakarmienie! Dostałam też zestaw do tworzenia własnych kart specjalnych, (czyli przybłęd) dzięki czemu mogłam dorobić kartę Jego Mechatości Figla! Daje bardzo dużo punktów, ale trudno skubańca wykarmić :-D

Najlepsza gra o kotach
Autor: Josh Wood
Ilustracje: Marco Morte
Wydawnictwo Foxgames
Liczba graczy: 2-4
Sugerowany wiek: 8+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Foxgames.

Bajki Majki: „Jestem przy tobie” Smriti Halls, Steve Small

Znacie to uczucie, kiedy macie najlepszego przyjaciela na świecie, uwielbiacie go ponad wszystko i wszystko robicie razem, ale nie zawsze wychodzi tak, jak to sobie zaplanowaliście i momentami chętnie byście od niego odpoczęli? Albo kiedy to Wy jesteście czyimś najlepszym przyjacielem i nie widzicie świata poza swoim towarzyszem, ale w pewnym momencie wyraźnie zaczynacie go denerwować, chociaż nie rozumiecie dlaczego?

Miś i wiewiórka również dobrze to znają.

W końcu nawet największa przyjaźń potrzebuje od czasu do czasu chwili oddechu, a potrzeba samotności nie zawsze oznacza coś złego. Wie to z pewnością każda mama małej przylepy, a i przedszkolaki szybko uczą się poznawać te uczucia.

Uroczy picturebook z niewielką ilością rymowanego tekstu przybliża i oswaja sytuację, w której czyjaś bliskość, tak na co dzień pożądana, zaczyna nas przytłaczać. Uczy też, że nawet kiedy przez chwilę jesteśmy osobno, nie oznacza to końca przyjaźni, bo prawdziwi przyjaciele są zawsze przy nas – nawet, jeśli nie oznacza to fizycznej obecności non stop. A chwile tylko dla siebie pomagają docenić wyjątkowość momentów, które spędzamy wspólnie.

Prawdziwej przyjaźni niestraszne małe codzienne nieporozumienia, bo i nie ma takiej rzeczy, z którą nie można sobie poradzić wspólnymi siłami!

Duży format, bardzo sympatyczne ilustracje, wpadający w ucho, wierszowany tekst i piękne przesłanie w małej ilości słów. Jedna z bardziej poetyckich i przy tym zrozumiałych pozycji o emocjach dla maluchów.

Smriti Halls, Steve Small, Jestem przy tobie, Warszawa: Wydawnictwo Zielona Sowa, 2019, 40 s.

Recenzja powstałą dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zielona Sowa.

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Mandragora”, Inga

UWAGA! Recenzja zawiera SPOILERY odnoszące się do fabuły i bohaterów, co może nieco zepsuć element niespodzianki – czytacie na własną odpowiedzialność!

Jeśli macie ochotę poczytać o nostalgicznych, targanych namiętnościami, romantycznych wampirach, to trafiliście pod zły adres. Stworzonym przez Ingę kreaturom zdecydowanie bliżej do kultowego Nosferatu niż lśniącego w słońcu Edwarda ze „Zmierzchu”. Mamy tu do czynienia z pozbawionymi ludzkich emocji, lodowato zimnymi i bezwzględnymi stworami nie odczuwającymi niczego poza głodem krwi. A przy tym na tyle inteligentnymi, by stworzyć całą organizację dbającą o ich komfort i interesy.

DSC_0410c

Jeśli słysząc o transseksualiście przeprowadzającym podejrzane eksperymenty na ludziach staje Wam przed oczami Sweet Transvestite from Transsexual Transylvania prosto z „The Rocky Horror Picture Show” to również nie tutaj. Jessie jest nie tylko pełnowymiarową famme fatale ale również pozbawionym skrupułów intrygantem na usługach przedwiecznego sabatu, wodzącym na manowce ofiary przeznaczone na wampirzą przekąskę.

Ponura wizja świata w którym galopujący postęp technologiczny zastępuje ludziom nawet światło dnia.  A przecież trudno o lepsze warunki dla drapieżników, które zdają się istnieć już tylko w podaniach i legendach. Czy w świecie ciągłego nadzoru kamer i broni odbezpieczanej odciskiem palca  łatwiej jest prowadzić śledztwo? Przekona się o tym Hunter Osborn, brytyjski agent przysłany do zbadania sprawy handlu ludźmi, o który podejrzany jest warszawski biznesmen, potentat branży modowej o szerokich wpływach. Śledczy nie ma jednak pojęcia, że przyjdzie mu gonić za potworami rodem z ludowych wierzeń, a skala zbrodni, jej motywy i przebieg przekroczą jego wyobraźnię. Jakie sekrety kryje wyrafinowana partnerka podejrzanego? I co tak naprawdę mieści się w podziemiach jego posiadłości na Zagórzu?

Będzie niepokojąco, krwawo, makabrycznie, obrzydliwie i oburzająco. Co gorsza w ten fascynujący sposób przywodzący na myśl drapanie się po strupie – kiedy wiemy, że powinniśmy przestać drapać, ale jakoś nie sposób.

I będzie strasznie strasznie, bo to horror pełną gębą.

Inga, Mandragora, 2020, 382 s.
(premiera: 30.07.2020)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.
Książkę możecie kupić na Bucketbook.