Okołoksiążkowy miszmasz: Książkowy kalendarz adwentowy dla przedszkolaka

Tak, wiem, dopiero zaczął się listopad, za oknem znowu ciepła, mglista jesień i prawie 20 stopni. Doceniam bardzo, kocham ciepełko. Ale myśli i tak jakoś uciekają w kierunku przedświątecznych przygotowań i tej pachnącej piernikami gorączki. Nie da się ukryć, że uwielbiam ten czas, a wcześniejsze chomikowanie i przygotowywanie drobiazgów z myślą o świętach sprawia mi długoterminową radość.

No i nie ukrywajmy, że tego rodzaju założenia wymagają nieco przygotowań, a kalendarz musi byc gotowy już na pierwszego grudnia, lepiej pomyśleć zawczasu, niż martwić się, że wymarzone świąteczne tytuły się wyprzedały albo wyeksploatowane do granic możliwości firmy kurierskie nie są w stanie dostarczyć naszej paczki na czas.

Nie tylko książki

Wbrew nazwie, w kalendarzu adwentowym, który szykuję dla córki nie znajdą się tylko i wyłącznie książki. Moim zdaniem jedna książka dziennie to zbyt wiele – przynajmniej dla przedszkolaka – by czerpać z niej prawdziwą radość. Obie przywiązujemy się do historii, lubimy przeżywać je kilkukrotnie, a te dłuższe czytać na raty. Musi minąć trochę czasu, zanim nasycimy się daną opowieścią. A ponadto nasza kolekcja książek w klimacie Bożego Narodzenia jest całkiem spora, na pewno będziemy również wracać do ulubionych pozycji z poprzednich lat.

Co do kalendarza?

Co zatem do kalendarza? Oczywiście podstawą będą książki – ale jedna na mniej więcej 4-5 dni – na razie mam upatrzony „Ekspres Polarny” i „Wieczór gwiazdkowy na placu budowy”, poważnie rozważam też „Celestynkę”.

Ponadto w kalendarzu znajdą się:

książeczki z zadaniami i naklejkami – trzy tytuły z serii „Obrazki dla najmłodszych” to nasz pewniak, kupiłam je już trzeci rok z rzędu i jestem pewna, że radość będzie ta sama;

świąteczna kolorowanka;

audiobook i płyta z kolędami – w zeszłym roku Majka znalazła w kalendarzu dwie płyty: jedną ze śpiewanymi przez dzieci kolędami i pastorałkami, drugą z zimowo-świątecznym opowiadaniem o wróbelku Czupurku. Obie okazały się strzałem w dziesiątkę i towarzyszyły nam aż do Wielkanocy, niedługo już wyjmę je ponownie. A że słuchanie bajek z magnetofonu cieszy się u nas niesłabnącym powodzeniem, w tym roku postaram się poszukać czegoś podobnego. Może możecie coś polecić?;

Szopka Bożonarodzeniowa – w zeszłym roku mieliśmy papierową wypychankę do składania i umieszczenia pod choinką. Bardzo fajnie się sprawdziła, bo wspólna zabawa okazała się świetnym pretekstem do rozmowy „kto jest kim i o co właściwie chodzi w tych całych świętach”. Jest mnóstwo różnych wzorów do wyboru, można więc co roku wybierać inną (jeśli oczywiście jest taka potrzeba, bo koty zjadły zeszłorocznych pastuszków, a Jezusiczek nie ma stópek). Ponadto w tym roku mam przygotowaną rozkładaną szopkę do Albika, która (mam nadzieję!) pozwoli mi w spokoju wypić kawę i zjeść piernika.

zestawy kreatywne – w zeszłym roku wyszukałam wykrojone z drewna ozdoby na choinkę do samodzielnego dekorowania i wyszło fantastycznie. Niewielkie i lekkie do malowania farbami, pisakami, kredkami i posypywania brokatem – trafiły i na nasze drzewko i jako prezenty dla babć. W tym roku po prostu zdubluję ten pomysł, udało mi się trafić na inne wzory. Planuję też schować mały zestaw aquabeads, znalazłam nawet taki z choinką do ułożenia;

ozdoby do włosów – gumeczki i spineczki z Mikołajami, choinkami, gwiazdkami i śnieżynkami (bardzo w stylu Elsy!), w których można dumnie iść do przedszkola to u nas gwarancja radości;

lakier do paznokci zmywalny wodą – wmarzony, wyproszony i wyjęczany gadżet małej elegantki mam w planie schować na samym końcu kalendarza, żeby mała pomocnica, po ciężkiej pracy, mogła wystroić się na ten wielki wieczór;

płyta z bajkami (Psi Patrol, Kubuś Puchatek) – tak, moje dziecko od czasu do czasu ogląda telewizję, szczególnie w okresie zimowo-chorobowym. Coś czuję, że pół godzinki bajki może okazać się zbawieniem w przedświątecznym szaleństwie. Dobrze być przygotowanym;

DSC_0546

świąteczna układanka – w poprzednich latach furorę zrobiła trzywarstwowa drewniana układanka firny Janod. W tym roku czaję się na świąteczne puzzle z Puciem z Naszej Księgarni;

zadania – żeby święta miały sens i czar, muszą być przygotowywane rodzinnie, a grudzień pełen jest zadań dla małego pomocnika. Wyczyszczenie butów przed Mikołajkami, Wielkie Pierniczenie, wybieranie choinki (może w tym roku wreszcie uda się przywieźć drzewko na sankach!), urodzinowe odwiedziny u dziadka, zabawa z kotami, porządki i strojenie drzewka to tylko niektóre z pomysłów.

Dzięki tak dużej różnorodności każdy dzień będzie inny. Większość spędzimy razem, niektóre zachęcą moją przedszkolaczkę do podejmowania samodzielnej aktywności, a jeszcze inne dadzą nam z mężem szansę na chwilkę wytchnienia.

Jak zapakować?

Już kolejny raz wykorzystam te same papierowe torebeczki z naklejanymi cyferkami (kupiłam kiedyś w Tchibo), które przyczepiam do sznurka ozdobnymi klamerkami (mam kilka zestawów z Lidla i Biedronki, zwykle są sprzedawane po 6). Całość trzeba powiesić wysoko, żeby mały łobuz nie urządził wielkiego rozpakowywania w środku nocy albo żeby konstrukcja nie padła ofiarą kotów.

Torebki są niewielkie, trafią więc do nich głównie drobiazgi – ozdoby do dekorowania, lakier do paznokci, brokaty itp.), w niektórych paczuszkach ukryte będą karteczki z zadaniami do wykonania wraz ze smakołykiem (u nas to zazwyczaj niewielkie czekoladowe figurki, jednak równie dobrze sprawdzą się orzeszki, pierniczki, suszone owoce, albo naklejki, czy zmywalne tatuaże), a w pozostałych karteczki ze wskazówkami. Bo nasz kalendarz adwentowy to jednocześnie zabawa w poszukiwanie skarbów. Wskazówki prowadzące do opakowanych w ozdobny papier książek, płyt i książeczek z zadaniami są bardzo proste – „szukaj w pralce”, czy „pod ulubionym fotelem mamy” – tak, by zdążyć znaleźć, rozpakować i nacieszyć się chwilę przed wyjściem do przedszkola. A potem jeszcze umyć zęby.

Pakując wszystkie niespodzianki warto pamiętać o ułożeniu ich w kolejności (lub ponumerowaniu zgodnie z dniami kalendarza) i zostawieniu sobie na nich informacji gdzie będziemy je dziecku schować – najlepiej sprawdzają się karteczki samoprzylepne.

To co? Do dzieła!

W poszukiwaniu pomysłów na książeczki do kalendarza koniecznie zajrzyjcie do naszych wpisów dotyczących książeczek o zimie i świętach z 2017 i 2018 roku.

Czas na czytanie: „Dynia i jemioła” Aneta Jadowska

Nie jestem wielką fanką opowiadań, ale ta forma idealnie sprawdziła się podczas świątecznych przygotowań – jedno między odkurzaczem, a mopem, drugie miedzy sałatką, a pierogami i ani się człowiek obejrzy, a Wigila przygotowana!

Początkowo nie było mi łatwo wkręcić się w tą książkę, bo z twórczości Anety Jadowskiej znam tylko cykl o Nikicie. Pozostałych bohaterów poznawałam więc od d… dziwnej strony, ale po kilkunastu stronach „Wampira, który ukradł święta” poczułam się w miarę swobodnie i dalej poszło już gładko. A kiedy już dane było mi spotkać takie indywidua jak Dora Wilk, Malina, czy Witkacy  (i to w najbardziej wyjątkowym, bo świątecznym klimacie!), to mam wrażenie, że już nie ma odwrotu. Coś czuję, że szybko nadrobię braki w twórczości autorki, bo przyzywają mnie z bibliotecznych półek jak magnes.

Bo opowiadania są super – nieprawdopodobne, zabawne i z pazurkiem – idealne na odstresowanie przedświątecznej nerwówki. Trochę tu przyprawiającego o próchnicę Halloween, szczypta pachnącego piernikami bożego narodzenia i odrobina upiornego Samhain doprawionego zdrową dawką chinoiserie.

Są wampiry, wilkołaki, przywoływanie demonów, erotyczne anonse, wiedźmy, stwory prosto z piekielnych czeluści, gburowate duchy i uzbrojona po zęby Nikita. Jeśli czegoś tu nie znajdziecie, to tylko nudy.

A wszystko to w wyjątkowo ładnym wydaniu – twarda oprawa i ilustracje Magdaleny Babińskiej robią robotę!

Zazwyczaj blurby na tylnej stronie okładki przesadzają, ale tym razem wyjątkowo się zgadzam – porównanie z pudełkiem czekoladek jest wyjątkowo udane. Nigdy nie wiadomo, co nam się trafi, ale na pewno będzie pysznie!

Aneta Jadowska, Dynia i jemioła, Kraków: Wydawnictwo SQN, 2018, 410 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa SQN.

Grajki Majki: Janod „Świąteczna układanka trzywarstwowa”

Nie da się ukryć, że świąteczne klimaty przesiąkają każdy szczegół – zadomowiły się również w naszej szafce z grami w formie trzystopniowych drewnianych puzzli.

Układanka Janod to tak naprawdę cztery osobne obrazki – drewnianą podstawę z przystrojonym bożonarodzeniowo domem uzupełniamy o coraz to więcej szczegółów pozwalającym nam rzucić okiem w niedaleką przeszłość i dowiedzieć się skąd pod choinką wzięły się te wszystkie prezenty.

Najpierw uzupełniamy rysunek o dwa puzzelki z dziećmi radośnie rozpakowującymi upominki. Kolejna warstwa składa się z trzech elementów i przedstawia Świętego Mikołaja zostawiającego paczuszki pod drzewkiem, a ostatnia – sześcioelementowa – ukazuje zewnętrzne ściany domku i Mikołaja wchodzącego przez komin.

Wszystkie jedenaście elementów i podstawa wykonane zostały z drewna z nadrukowanym obrazkiem. Całość mieści się w  niewielkim, kartonowym opakowaniu. A przyznaję, że zarówno zgrabne opakowanie, jak i całkowity brak plastiku (również w opakowaniu), to szczegóły, które cenię coraz bardziej.

Moja Maja dostała tą zabawkę już w zeszłym roku, kiedy miała niecałe dwa lata i nauczyła się jej zaskakująco szybko. Dlatego też bałam się trochę, że kiedy wyjmę ją na kolejny adwent, odkryje sposób układania w kilka sekund i znudzona rzuci ją w kąt. Nic bardziej mylnego – rok w szafie sprawił, że mamy zupełnie nową zabawkę, którą moje dziecko odkrywa na zupełnie nowy sposób.

Ładna, świąteczna, wytrzymała i starannie wykonana zabawka na więcej niż jeden sezon. Zdecydowanie polecamy jako odpoczynek od sprzątania i gotowania!
Wesołych Świąt!

Świąteczna układanka „Puzzle 3 Niveaux”
Firma: Janod
Sugerowany wiek: 2-4

Bajki Majki: „Świąteczne życzenie” Katherine Rundell

To zdecydowanie pozycja z gatunku „na wyrost”, bo Majka z pewnością musi na nią poczekać jeszcze ze 3-4 lata, ale nie mogłam odmówić sobie przyjemności tej lektury.

Nie da się ukryć, że na równi z nazwiskiem autorki, do której po „Dachołazach” mam pełne zaufanie, skusiło mnie samo wydanie – jak na zdeklarowaną książkową srokę przystało. Bo wydana jest przepiękne – w twardej, bogato połyskującej oprawie i z przepięknymi, bardzo klimatycznymi ilustracjami.

I choć grubość książki zdaje się to sugerować, nie jest wcale szczególnie długa – bo ilustracji jest mnóstwo, często również na całe rozkładówki, a tekst wydrukowano dużymi literami o eleganckim kroju, dzięki czemu „Świąteczne życzenie” dobrze nadaje się dla początkujących samodzielnych czytaczy.

To rozgrzewająca serca opowieść o świątecznej samotności i chęci niesienia pomocy. Zapracowaniu rodzice Teodora zostawiają go samego w Wigilię, jednak dzięki sile wiary w moc spadających gwiazd i życzeń zyskuje on naprawdę wyjątkowych kompanów, którzy schodzą do niego z przyozdobionej chwilę wcześniej choinki. A wiadomo przecież, że trudno o lepszych towarzyszy nocnego zimowego spaceru, niż ołowiany żołnierzyk, konik na biegunach, zachrypnięty rudzik i gubiąca pióra anielica. A że każda z choinkowych zabawek potrzebuje pomocy, ruszają wspólnie by znaleźć ptaszkowi nauczyciela śpiewu, naprawić anielskie skrzydła gołębimi piórami, wybrać narzeczoną i znaleźć pracę dla ołowianego żołnierzyka i nakarmić wiecznie głodnego konia. A oni odwdzięczają się Teo w najpiękniejszy sposób – pomagając jego rodzicom otrząsnąć się z pracoholizmu i przypomnieć sobie ducha Świąt.

Ta historia bywa momentami wyjątkowo zakręcona – włamanie do sklepu z zabawkami poprzedza pełnienie straży przy żłóbku nowo narodzonego Dzieciątka, a najlepszym sposobem doklejenia piór do anielskich skrzydeł okazuje się być… guma do żucia! A jednak ta dowcipna i nieprzewidywalna narracja kieruje myśli czytelnika ku temu, co naprawdę ważne – empatii, pomocy bliźniemu, rodzinie, spędzaniu czasu razem i słuchania siebie wzajemnie.

Jest piękna (cudowny pomysł na prezent!), magiczna i bardzo, bardzo świąteczna!

Katherine Rundell, Świąteczne życzenie, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2018, 64 s.

Czas na czytanie: „Nie całkiem białe Boże Narodzenie” Magdalena Knedler

Takie właśnie powinny być świąteczne książki! Trzymające w napięciu, zmuszające do wysilenia szarych komórek, pachnące piernikiem i brzmiące bożonarodzeniowymi szlagierami. A w wannie, zamiast karpia pływa topielec.

Mam taki problem z kryminałami, że zanim na dobre zorientuję się kto jest kim i o co tak właściwie chodzi, mija przynajmniej 100 stron. Nie wiem, na czym polega magiczna sztuczka autorki, ale nawet książkę tego gatunku napisała tak, że nie wchodzi gładko od pierwszego zdania. I ani się człowiek obejży, a jest czwarta rano.

Witajcie w pensjonacie Mścigniew (urocza i wyjątkowo adekwatna nazwa, nieprawdaż?) – miejscu, dokąd na Boże Narodzenie ściągają ludzie pragnący ucieczki od przedświątecznego szaleństwa. Bo i oferta brzmi niezwykle kusząco, w końcu to urokliwa samotnia wśród lasów i jezior, nie trzeba sprzątać ani gotować, a właściciel hoteliku do wprowadzania sielskiego nastroju podchodzi z werwą i oddaniem. I wszystko zapowiada się iście beztrosko. Aż do momentu, kiedy zwłoki jednego z gości zostają znalezione w wannie.

Każdy z mieszkańców pensjonatu to interesujący egzemplarz – małżeństwo hipsterów, korposzczurzyca, niespełniona piosenkarka, wiecznie zaczytany polonista, królowa sceny sprzed lat, ojciec z synem przeżywający rodzinną tragedię i nawrócony alkoholik. A odizolowana, cierpiąca na tajemniczą chorobę żona właściciela to wyjątkowo urodziwa wisienka na torcie. Każdy z nich ma swoje sekrety, których zazdrośnie strzeże, każdy gdzieniegdzie mija się z prawdą i mimo makabrycznych okoliczności nikt za bardzo nie pali się do wyjazdu. I co gorsza – nikt zdaje się nie mieć motywu. Nieszczęśliwy wypadek, czy skrzętnie zaplanowana zbrodnia?

Przed oryginalnym duetem policjanta w krawacie w bałwanki i prywatnego detektywa-przystojniaka nie lada wyzwanie wymagające wyjątkowych środków – udając zakochaną parę postanawiają wynająć pokój zwolniony przez tragicznie zmarłego. Wraz z jego wanną.

Kipiąca humorem, zręcznie napisana historia morderstwa pełna świątecznego klimatu. W końcu nic tak nie potrafi rozruszać przed światami, jak morderstwo. Albo dwa!

A jeśli jeszcze mało Wam atrakcji, to okładka jest fantastyczna – ten norweski swetrowy wzorek w czaszeczki, to jedna z lepszych rzeczy, jakie ostatnio widziałam! Nosiłabym bardzo!

Magdalena Knedler, Nie całkiem białe Boże Narodzenie, Gdynia: Wydawnictwo Novae Res, 2017, 436 s.

Za idealny przedświateczny prezent dziękuję Anecie! Koniecznie zajżyjcie na jej bloga i przeczytajcie jej książkę ;)

Bajki Majki: „Serce na sznurku” Małgorzata Domagalik

Dzisiaj kilka słów o książkowym rozczarowaniu.

Długo zabierałam się na napisania tej recenzji próbując dociec dlaczego właściwie ta książka zupełnie nie przypadła mi do gustu. Wydaje mi się, że spory udział miał w tym jej opis nieszczególnie adekwatny do treści. To miała być przepiękna historia o bezgranicznej miłości, wrażliwości i akceptacji, dlatego też usiadłam do lektury z wielkim entuzjazmem – uwielbiam opowieści będące ciepłym kompresem na serducho, szczególnie podczas zimowo-świątecznej aury. Zwłaszcza, że staranność wydania i klimatyczne ilustracje, szczególnie okładka zapowiadały piękną historię.

DSC_1193

A ta pozycja niestety zupełnie nie spełniła moich oczekiwań. Początek był dobry, choć smutny – mała foka straciła mamę, która uratowała ją przed kłusownikiem – zapowiadało się na poruszającą historię. Uciekając przed zagrożeniem trafiła do jamy jednego ze swoich największych naturalnych wrogów – niedźwiedzia polarnego.

A niedźwiedź Ksawery – stary kawaler, samiec alfa okolicy i wielki mruk dbający o swoją samotność i pielęgnujący reputację – przytłoczony ważnymi sprawami rodzinnymi zapomina jej zjeść i zostawia ją samą w swoim domu, podczas gdy sam wyrusza na ratunek córce przyjaciela.

Kiedy wraca poturbowany, foczka robi wszystko, by utrzymać go przy życiu.

To prawda, że podczas lektury nie można się nudzić – ciągle coś się dzieje, przed bohaterami trudne wybory, heroiczne wyprawy i próby charakteru. Pojawiają się istotne wartości, jak pomoc w potrzebie, solidarność, akceptacja, odwaga i chęć obrony słabszych.

Przede wszystkim język jest kompletnie niedostosowany do małego odbiorcy. To prawda, że sama uwielbiałam w dzieciństwie wszystkie „trudne słówka”, ale konfabulacja? Serio?

Największy problem jednak tkwił w tym, że ta historia nie wzbudza emocji. Trudno mi to określić, ale książka wydała mi się płaska, niewciągająca. Czytelnik nie czuł złości niedźwiedzia, jedynie przeczytał o tym, że niedźwiedź się złościł, bo tak właśnie napisała autorka.

Nie podobała mi się stereotypizacja, z jaką potraktowano bohaterów. Naiwność młodej foki jestem jeszcze w stanie zrozumieć, chociaż kompletny brak instynktu samozachowawczego już nieszczególnie. Ale wyobraźcie sobie taką sytuację: bohaterka jest sama w domu, słyszy przez drzwi, jak dwa wilki snują plany włamania z rabunkiem, dlatego robi co może, bo przekonać ich, że dom nie jest pusty. Po wszystkim wygląda przez szybę i na jej widok ostatni pozostały napastnik ucieka. Więc foka czuje smutek, bo już myślała, że będzie mogła sobie z kimś porozmawiać. I to jest dla mnie irracjonalne. Kreowanie głupiutkiej bohaterki, która irytuje niedźwiedzia swoim ciągłym paplaniem i krzątaniną w jego domu, a na widok pierwszego w życiu ocieplacza na płetwę (butów) od razu życzy sobie dostać trzy pary niestety do mnie nie przemawia.

Podobnie jak podejście niedźwiedzia Ksawerego w stylu „męczące to babsko, szarogęsi się w domu, ale bez niego jakoś tak cicho i dziecko jest smutne”.

A koncepcja, że żywiące się fokami niedźwiedzie jednocześnie powinny ich nienawidzić jest dla mnie kompletnie bez sensu. Ludzie jedzą kurczaki i nie wiąże się to z nienawiścią. I owszem, czasami się z kurczakami przyjaźnią. Dlatego wciskanie negatywnych emocji między oczka łańcucha pokarmowego nie jest dla mnie niczym pożytecznym. Fakt, że zwierzęta zjadają inne zwierzęta to coś naturalnego, a nie złego. Rozumiem, co autorka miała na myśli, ale uważam, że przykład jest nietrafiony.

I chociaż każdy z bohaterów docelowo rozumie swoje błędy i zachowuje się w odpowiedni moralnie sposób, nie dopatrzyłam się w tym tekście ani wielkiej miłości, ani wzruszeń. Za to sporo narzucania się ze strony foki, która tak naprawdę nie bardzo ma co ze sobą zrobić i niedźwiedziowego pogodzenia się z losem. W moim odczuciu ich relacja jest bliższa syndromowi sztokholmskiemu, niż „bezgranicznej miłości”.

Mało tego, Ksawery doznaje tak wielkiej przemiany, że inicjuje ruch równościowy wszystkich zwierząt. Modne pojęcie tolerancji i konieczność utworzenia wspólnego frontu przeciwko zagrożeniu, jakim jest człowiek zostały mocno podkreślone. Co prawda ten pomysł będzie dokładniej opisany dopiero w kolejnym tomie, ale jestem bardzo ciekawa co wszyscy rewolucjoniści będą jedli?

Da się przeczytać, ale ani nie porywa, ani nie niesie ze sobą istotnych wartości w przekonujący sposób. Nie podsunę jej mojej córce, ale też nie będę miała nic przeciwko, jeśli kiedyś sama zechce po nią sięgnąć. Opierając się na szkolnym ocenianiu dałabym mocną trójkę.

Magdalena Domagalik, Serce na sznurku, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2018, 144 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

Bajki Majki: Książeczki dla dzieci o zimie i świętach, cz. II

Tegoroczne przygotowania do świąt w dużej mierze spędzamy wraz ze sporą częścią zimowo-świątecznych książeczek, które opisywałam w zeszłym roku („Najpiękniejsze książeczki o zimie i swiętach dla maluszka i nie tylko”). Jednak nasz książkoholizm jest nie do opanowania i lista ukochanych książek w tym klimacie powiększyła się tak znacząco, że pojawiła się konieczność stworzenia drugiej części. A jest się czym zachwycać!

„Dębowy Las. Borsukowe Boże Narodzenie” Alan&Linda Parry – nasz tegoroczny numer jeden, odkrycie 2018 i hit nad hitami. Przepięknie ilustrowana książeczka w arcyciekawej formie. W bożonarodzeniowy poranek Borsuk przyodziewa strój Mikołaja i wędruje od domu do domu swoich przyjaciół podrzucając im prezenty w skarpetach. W trójwymiarowych skarpetach – do każdej z nich mały czytelnik może zajrzeć i znaleźć jakiś skarb – kalendarz adwentowy w okienkami w skarpetce Myszki, prosta grę planszową w skarpetce Krecika, labirynt norki Zajączka, czy sprawdzone świąteczne przepisy kulinarne Wiewiórki. Na sam koniec podróży, mądra Sowa przypomina bohaterom, że prawdziwy sens Świąt nie tkwi wcale w obdarowywaniu się prezentami. I w prostych słowach przybliża swoim słuchaczom biblijną historię Bożego Narodzenia. Mądra, piękna i pomysłowa.

Alan Parry, Borsukowe Boże Narodzenie, Poznań: Wydawnictwo Św. Wojciecha, 2003, 15 s.

„Boże Narodzenie w Bullerbyn” Astrid Lindgren, Ilon Wikland – czy może być coś bardziej w magicznym duchu Świąt, niż nostalgiczny podróż do czasów dzieciństwa? Dla mnie takim wydarzeniem jest zawsze podróż do Bullerbyn, w tym roku mam przyjemność oprowadzać córkę po tym niepowtarzalnym miejscu.

A Bullerbyn zimą ma mnóstwo uroku – jest wesoło, świątecznie i psotnie. Dzieci dokarmiają ptaki, pieką pierniczki w kształcie świnek, jeżdżą na saniach z drewnem, ubierają choinki, śpiewają, pakują prezenty, jedzą pyszności i tańczą wokół choinki. Do kościoła wybierają się na saniach z dzwoneczkami i nie odmawiają sobie zimowego szaleństwa. 100% świąt w świętach!

Nasz egzemplarz zawiera trzy opowiadania z Bullerbyn – wraz z historiami o wiośnie i Dniu Dziecka. Jednak wszystkie trzy opowiadania zostały również wydane jako osobne książeczki.

Astrid Lindgren, Ilon Wikland, Boże Narodzenie w Bullerbyn [w:] Bullerbyn. Trzy opowiadania, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2017, 88 s.

„Pewnie, że Lotta umie prawie wszystko” Astrid Lindgren, Ilon Wikland – skoro już odwiedza się Bullerbyn, to nie można przejść obojętnie obok ulicy Awanturników! A tam psotna Lotta jak zwykle nieźle broi. W tym przezabawnym świątecznym opowiadaniu czytelnicy przeczytają jak mała bohaterka przez przypadek wyrzuciła do śmieci swojego ukochanego Niśka, próbowała nauczyć się jeździć slalomem i uratowała święta cudem zdobywając choinkę. Z Lottą nie ma nawet chwili wytchnienia!

Astrid Lindgren, Ilon Wikland, Pewnie, że Lotta umie prawie wszystko, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2008, 30 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

„Kosmiczne święta” Ingelin Angerborn, Per Gustavsson  – koncepcja książki będącej jednocześnie kalendarzem adwentowym to dla mnie nowość, ale jestem absolutnie na tak. Tekst został podzielony na 24 rozdziały – po jednym na każdy dzień oczekiwania. Przyznam się jednak, że nie wytrwałam i przeczytałam całą historię na raz. Ale co to była za historia! Tak niestandardowych świątecznych przygód, jakie przydarzyły się Rutce, na pewno nie znacie! Kiedy jej najlepsza przyjaciółka musi się wyprowadzić, nasza bohaterka prosi Mikołaja o nowego przyjaciela. I nie spodziewa się ani przez chwilę, że ten przyjaciel spadnie jej z nieba. W formie bardzo sympatycznego, małego kosmity.
To chyba najbardziej zakręcona wersja adwentu, o jakiej czytałam – wypełniona planami budowy statków kosmicznych, włamaniami do obserwatorium, zaklęć o absurdalnym brzmieniu, chrupanych gwoździ i nowych przyjaciół – zarówno tych widzialnych, jak i nie. A tyle, ile w tekście szaleństwa, tyle też mądrości. I dobrej zabawy. Są świąteczne zwyczaje, dziecięca fantazja i moc przyjaźni. Nie można się nudzić.

Ingelin Angerborn, Per Gustavsson, Kosmiczne święta, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2018, 100 s.

„Jak Winston uratował święta” Alex T. Smith – Jako, że moja Maja jest jeszcze trochę za mała na kosmiczną wersję oczekiwania na święta, miałam nadzieję, że razem poczytamy o adwentowej przygodzie Winstona. Niestety okazała się jeszcze zbyt obszerna dla mojej prawie trzylatki, zrobimy drugie podejście w przyszłym roku. Na razie czytam więc sama –  i tym razem staram się być grzeczna – po jednym rozdziale książki-kalendarza na jeden dzień. Pomijając fakt, że książka jest pięknie wydana, ślicznie ilustrowana i zapowiada się na fantastyczną przygodę (związaną z arcyważną misją dostarczenia mikołajowi listu od pewnego małego chłopca), poza rozdziałem na każdy dzień, książka zawiera również codzienne zadania do wspólnego wykonania w rodzinne popołudnie. Znajdziemy tu pomysły na ozdoby choinkowe z masy solnej, przepis na świąteczne krakery (czyli angielskie papierowe „cukierki” z drobnymi upominkami w środku), pachnące goździkami pomarańcze, śnieżne kule, stołowe stroiki, świąteczne słoje, poszukiwania skarbów, dobre uczynki, teksty kolęd i tak dalej. Jest w czym wybierać. Piękna i pomysłowa, polecam bardzo.

Alex. T. Smith, Jak Winston uratował święta. Dwadzieścia cztery i pół opowiadania na każdy dzień grudnia, Warszawa: Wydawnictwo Zielona Sowa, 2018, 176 s.

„Gwarna stajenka” Jan Godfrey, Paula Doherty – ta książka to chyba jakaś moja kara za grzechy. Pod względem wizualnym jest po prostu koszmarna. Ilustracje są tak złe, że aż mnie oczy bolą od samego myślenia o nich, a tekst napisany Comic Sansem jest gwoździem do trumny. Za to pomysł pierwsza klasa. Nic dziwnego, że dzieci ją uwielbiają, bo to historia Bożego Narodzenia przedstawiona przez pryzmat wyrazów dźwiękonaśladowczych. Maria i Józef przyjeżdżają do bardzo hałaśliwego miasta, gdzie osiołek stukocze podkowami, a ludzie zatrzaskują okiennice. Schronieni w stajence podróżni witani są odgłosami przeróżnych zwierząt wychwalających Pana na swój własny sposób. Sposób, który dzieci uwielbiają naśladować. Jestem pod wielkim wrażeniem tej koncepcji – biblijna historia została idealnie dopasowana do potrzemy i możliwości poznawczych najmłodszego odbiorcy. Jak to się stało, że tak dobry pomysł dostał tak okropną oprawę? Jedyna nadzieja w tym, że niedługo nauczę się jej na pamięć i będę mogła czytać z zamkniętymi oczami.

Jan Godfrey, Paula Doherty, Gwarna stajenka, Sandomierz: Wydawnictwo Diecezjalne Sandomierz, 2013, 29 s.

„Gąska Zuzia i pierwsza gwiazdka” Petr Horáček – po tą książeczkę koniecznie trzeba sięgnąć choćby ze względu na ilustracje. Bo są absolutnie przecudowne, niebanalne i fantastycznie oddają klimat zimowej nocy. Natomiast sama historia jest krótka i nieskomplikowana (po jednym, maksymalnie dwa zdania na stronę), ale z ładnym przesłaniem i w wersji dwujęzycznej.  Gąska Zuzia wraz z przyjaciółmi przystroili choinkę, do pełnej satysfakcji zabrakło im jednak gwiazdy na szczycie. Nasza bohaterka wyrusza więc w samotną podróż, by zdobyć najpiękniejszą ozdobę – gwiazdkę prosto z nieba. Jednak mimo jej największych starań gwiazda stale pozostaje poza jej zasięgiem. A kiedy zmarzniętej i zagubionej gąsce udaje się wreszcie wrócić do przyjaciół, odkrywa, że najważniejsze w święta, to być razem z bliskimi. I wtedy nawet gwiazdki same przychodzą.

Petr Horáček, Gąska Zuzia i pierwsza gwiazdka, Warszawa: Wydawnictwo BABARYBA, 2011, 34 s.

„Świąteczne życzenie” Katherine Rundell – świetny pomysł na prezent, bo książka prezentuje się fantastycznie. W złoconej oprawie, z wyjątkowymi ilustracjami zajmującymi niejednokrotnie całe strony.
To rozgrzewająca serca opowieść o świątecznej samotności i chęci niesienia pomocy. Zapracowaniu rodzice Teodora zostawiają go samego w Wigilię, jednak dzięki sile wiary w moc spadających gwiazd i życzeń zyskuje on naprawdę wyjątkowych kompanów, którzy schodzą do niego z przyozdobionej chwilę wcześniej choinki. A wiadomo przecież, że trudno o lepszych towarzyszy nocnego zimowego spaceru, niż ołowiany żołnierzyk, konik na biegunach, zachrypnięty rudzik i gubiąca pióra anielica. A że każda z choinkowych zabawek potrzebuje pomocy, ruszają wspólnie by znaleźć ptaszkowi nauczyciela śpiewu, naprawić anielskie skrzydła gołębimi piórami, wybrać narzeczoną i znaleźć pracę dla ołowianego żołnierzyka i nakarmić wiecznie głodnego konia. A oni odwdzięczają się Teo w najpiękniejszy sposób – pomagając jego rodzicom otrząsnąć się z pracoholizmu i przypomnieć sobie ducha Świąt. Wyjątkowo świąteczna, magiczna przygoda pięknej oprawie.

Katherine Rundell, Świąteczne życzenie, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2018, 64 s.

„Wyprawa Świętego Mikołaja” Marcello Conti – wielka siła tej pozycji tkwi bez wątpienia w rozbuchanym świątecznym bogactwie iście barokowych ilustracji. To właśnie one stanowią tu główną siłę przekazu wypełniając całe strony. Tekst w ozdobnych kartuszach jest tylko niewielkim dopełnieniem historii powstawania prezentów w fabryce św. Mikołaja od otrzymania listu aż do umieszczenia upominku pod choinką. Świąteczny klimat gwarantowany, trudno oderwać wzrok.

Marcello Conti, Wyprawa Św. Mikołaja, Warszawa: Wydawnictwo Zielona Sowa, 2016, 40 s.

„Paddington i świąteczna niespodzianka” Michael Bond –  misia Paddingtona kojarzę przede wszystkim z serialu animowanego oglądanego wyrywkowo w dzieciństwie, nigdy jednak nie zaprzyjaźniliśmy się jakoś bliżej. Ta książeczka przyciągnęła mój wzrok uroczymi ilustracjami i , trochę wstyd się przyznać – błyszczącą okładką (jestem taką książkową sroką!), dlatego nasze pierwsze literackie spotkanie z tym bohaterem odbyło się w świątecznym klimacie. I było bardzo udane! Zacznijmy od tego, że wydanie jest piękne – bogate ilustracje od razu przykuły uwagę Majki, dzięki czemu cierpliwie słuchała opowiadania. A to odbiega nieco od standardowego ujęcia tematu – Paddington broi w centrum handlowym, co jest dla niego chyba całkiem typowe, przez co siłą rzeczy historia dotyka tego bardziej komercyjnego wydźwięku świąt. Mianowicie atrakcji, jaką jest Zimowa Kraina Cudów, czyli warsztat elfów i wizyta Świętego Mikołaja w markecie. Jako, że w głębi serca jestem fanką świątecznej komerchy, ta narracja całkiem przypadła mi do gustu. Szczególnie, że miś jest psotnikiem, jakich mało (mógłby się mierzyć z Lottą…), opowieść jest sympatyczna, genialnie zilustrowana i kończy się wielkim słojem marmolady. Super sprawa, koniecznie musimy sięgnąć również po inne przygody tego misia.

Michael Bond, Paddington i świąteczna niespodzianka, Kraków: Wydawnictwo Znak, 2008, 32 s.

„Świąteczne listy od Feliksa. Mały zając odwiedza Świętego Mikołaja” Anette Langen, Constanza Droop – listy do Mikołaja już napisane? Zawsze uwielbiałam ten zwyczaj i samą koncepcję wysyłania i odbierania listów również. Może dlatego za każdym razem, kiedy trzymam w dłoniach nową część „Listów od Feliksa”, czytam strasznie szybko, żeby wreszcie dowiedzieć się co ukryto w kopertach.

Mała Zosia ma pewien problem – dzieci w klasie powiedziały jej, że Święty Mikołaj nie istnieje. Dlatego też jej ukochany Feliks wysyła własny list na Biegun Północny chcąc dowiedzieć się jaka jest prawda. I otrzymuje fantastyczną odpowiedź wraz z zaproszeniem do domu Mikołaja, gdzie wcieli się w jego pomocnika. Dzięki korespondencji między dziewczynką i jej pluszakiem, mali czytelnicy mają szansę poznać świąteczne zwyczaje z wielu miejsc na ziemi, poznać legendę o świętym roznoszącym prezenty najuboższym i przeżyć fantastyczną przygodę oblatując z Mikołajem cały świat w jedną noc.

I przy tym jest bardzo świątecznie – są pierniki, jarmark bożonarodzeniowy, mandarynki, pochód Trzech Króli, prezenty, stajenka i wszystko, co tylko można sobie zamarzyć. Bardzo fajna kombinacja tradycji z nowoczesnością w wyjątkowo oryginalnej formie.

Anette Langen, Constanza Droop, Świąteczne listy od Feliksa. Mały zając odwiedza Świętego Mikołaja, Warszawa: Wydawnictwo Mamika, 2018, 36 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

„Basia i zwierzaki” Zofia Stanecka, Marianna Oklejak – Ta lista nie mogłaby być kompletna bez udziału naszej ulubionej bohaterki! Od zeszłego roku towarzyszy nam „Basia i Boże Narodzenie” (Majka nie pozwoliła jej schować, więc czytaliśmy o świętach również w lipcu…), w tym roku sięgnęłyśmy po drugą świąteczną pozycję z tej serii – „Basia i zwierzaki”. Ta część skupia się wokół szykowania choinkowych dekoracji, które przybierają naprawdę niespodziewane kształty. Są tak lwy, zebry i dinozaury, w końcu dzieci chcą umieścić na wyjątkowym drzewku to, co lubią najbardziej.

Książka występuje w dwóch wersjach – klasycznej i rozszerzonej o zestaw basiowych dekoracji choinkowych do samodzielnego wykonania. My mamy ten drugi, ale cała zabawa jeszcze przed nami, bo książka jest jednym z zadań w majkowym kalendarzu adwentowym.

Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia i zwierzaki, Warszawa: Wydawnictwo Egmont, 2016, 64 s.

„Emi i Tajny Klub Superdziewczyn. Idą Święta” Agnieszka Mielech, Magdalena Babińska – ta książka trafiła na tegoroczną listę właściwie przez przypadek, bo dotychczas nie miałam przyjemności poznać Emi i jej przyjaciół. Książkę dostałam jednak w przedświątecznym prezencie – chciałam przejrzeć ją na szybko i nawet nie zauważyłam, kiedy mnie wciągnęła mnie na dobre. Bo czyta się lekko i płynnie, a i pomysł jest super – bardzo przypadła mi do gustu koncepcja niskobudżetowych świąt DIY pozbawionych przedświątecznej sklepowej gorączki i kompletny luz zamiast bożonarodzeniowej gorączki. Świetna sprawa! Opowiadanie dopełnione zostało garścią przepisów prosto z archiwum Tajnego Klubu Superdziewczyn – zarówno tych kulinarnych (gorączka czekolada niesamowicie mnie kusi!), jak i na prezenty i dekoracje własnej produkcji. Dla zaczytanej nastolatki będzie jak znalazł!

Agnieszka Mielech, Magdalena Babińska, Emi i Tajny Klub Superdziewczyn. Idą Święta, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2018, 199 s.

I jeszcze co nieco w trzeszczących mrozem, zimowych klimatach:

„Skrzat nie śpi” Astrid Lindgren, Kitty Crowther – XIX-wieczny wiersz szwedzkiego wiersza przepuszczony przez wyjątkową wyobraźnię Astrid Lindgren, czyli zimowa opowieść napisana prozą o bardzo poetyckim klimacie i filozoficznym wydźwięku. Ogrzewająca serca historia zakopanej w zaspach zagrody i jej baśniowego, małego opiekuna czuwającego nad spokojnym snem i dobrobytem mieszkańców.

Astrid Lindgren & Kitty Crowther, Skrzat nie śpi, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki: 2015, 28s.

„Mama Mu na sankach” – czasami człowiek myśli, że widział już w życiu wszystko. I wtedy trafia na książkę o krowie zjeżdżającej na sankach. Sięgnijcie po nią choćby dla okładki, a potem wraz z dziećmi poznajcie historię o radości czerpanej z prostych przyjemności, perfekcjonizmie, który wcale nie jest taki niezbędny w życiu i upadkach, które czasami bywają nie porażką, a najlepszą częścią zabawy.

Jujja Wieslander, Tomas Wieslander, Sven Nordqvist, Mama Mu na sankach, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2007, 28 s.

„Zimowa wyprawa Ollego” Elsa Beskow – nikt nie potrafi tak cieszyć się ze wszędobylskiego śniegu i siarczystego mrozu, jak dzieci. Kilkuletni Olle marzy o wypróbowaniu nowych nart, dlatego nie może doczekać się zimy okraszonej porządnie sporymi opadami śniegu. Kiedy biały puch nareszcie się pojawia, jego radość nie ma końca, szczególnie, że mama pozwala mu zostać na dworze aż do zmroku. Uszczęśliwiony chłopiec, zachwycony malowniczym krajobrazem głośno dziękuje Królowi Zimy za przybycie. I właśnie w ten sposób zaczyna się jego wielka przygoda.

Ma zaszczyt poznać poczciwego Wujka Szrona, który staje się jego przewodnikiem po magicznym świecie śniegu i lodu – odwiedzają wspólnie pałac Króla Zimy i poznają małych pracusiów bez wytchnienia szykujących wymarzone prezenty dla dzieci – narty, sanki i łyżwy.

To odświerzający odpoczynek od komercyjnego wizerunku św. Mikołaja i jego fabryki pełnej elfów – oparty na tym samym schemacie, a jednak jakoś bardziej prawdziwy, być może ze względu na mniejszą krzykliwość.

Co prawda pojawia się tutaj tematyka świątecznych prezentów – najpierw szykowanych w pałacu Króla Zimy, a następnie dostarczanych przez Wujka Szrona, kwintesencją tej historii jest zdecydowanie zima, nie święta. Ta książka to kwintesencja dziecięcego zachwytu zimą w prawdziwie  baśniowym opakowaniu.

Elsa Beskow, Zimowa wyprawa Ollego, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2011, 32 s.

„Opowieści z parku Percy’ego. Mroźna noc” Nick Butterworth – jeśli szukacie opowieści idealnej do wspólnego przytulania się pod kocem w wyjątkowo lodowaty zimowy wieczór, to ta będzie idealna. Percy troskliwie dba o zwierzęta w swoim parku, karmi je i dogląda. Przychodzi jednak wieczór, kiedy zimowa aura zmusza jego małych przyjaciół do proszenia o ciepłe schronienie. Czy wszyscy mieszkańcy lasu zmieszczą się w łóżku gospodarza?  Bardzo ładnie ilustrowana, niedługa i przesympatyczna zimowa historia o przyjaźni, współczuciu i dzieleniu się tym, co się ma. W sam raz dla przedszkolaka.

Nick Butterworth, Opowieści z parku Percy’ego. Mroźna noc, Łódź: Wydawnictwo AMEET, 2008, 27 s.

„Reksio. Zimowa przygoda” – niejednokrotnie już wspominałam, że Reksia zdecydowanie lepiej nam się czyta i słucha w formie audiobooka, niż ogląda na telewizorze. Dlatego też książkowa wersja jednego z zimowych odcinków popularnej dobranocki to dla nas strzał w dziesiątkę. Duży format, twarda oprawa i ilustracje na całych stronach czynią z tej pozycji książkę, która zaciekawi każdego malucha. Nie mówiąc już o Reksiu samym w sobie. I o zimie, bo tej jest tu mnóstwo – od gwiazdek śniegu na czubku nosa, przez rozmaite zabawy i harce w śniegu, mrożącą krew w żyłach przygodę aż po przestrogę dotyczącą bezpieczeństwa podczas wchodzenia na lód. Sympatyczna, ładna i mądra. I jednak pojedyncze opowiadanie czyta się trochę wygodniej, niż cały zbiór w jednym tomie.

Reksio. Zimowa przygoda, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2018, 32 s.

„Pucio i ćwiczenia z mówienia czyli nowe słowa i zdania” Marta Galewska-Kustra – całokartonowych, dźwiękonaśladowczych książeczek o rodzinie Pucia do nauki mówienia chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Trzeci, czyli już na całkiem zaawansowanym poziomie, tom poświęcony jest zimowej wycieczce w góry. Pucio jedzie do cioci i wujka, gdzie wyczekuje śniegu, karmi zwierzęta w lesie, buduje karmnik dla ptaków, a kiedy śnieg wreszcie sypnie, oddaje się białemu szaleństwu, a nawet jedzie psim zaprzęgiem! Osobiście najbardziej lubię ten fragment, w którym puciowy tata nie słucha napomnień mamy i łamie nogę. Poza bogato ilustrowaną historią, w książce znajdziemy również margines prezentujący poszczególne obiekty wraz z ich nazwami, a także czynności wraz z pytaniami pomocniczymi, np. „Co robi?”. A dwie ostatnie strony to wielka powtórka słownictwa.

Marta Galewska-Kustra, Pucio i ćwiczenia z mówienia czyli nowe słowa i zdania, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2018, 40 s.

Czas na czytanie: „Kosmiczne święta” Ingelin Angerborn, Per Gustavsson

To mój pierwszy raz z książką będącą kalendarzem adwentowym, czyli świąteczną historią podzieloną na 24 części – po jednym rozdziale na każdy wieczór adwentu. I chociaż pomysł strasznie mi się podoba, to nie wiem, czy faktycznie wytrwałabym w niepewności, grzecznie czytając po tych kilka stron dziennie. Mam nadzieję, że zanim Majka dorośnie, wytrenuję większą cierpliwość. Bo tym razem „Kosmiczne święta” pochłonęłam na raz. Ale spokojnie – sugerowany wiek czytelnika to 6+, mam więc jeszcze trzy lata na trening mojej słabej silnej woli! A że książka jest bardzo porządnie wydana – w twardej oprawie kryjącej wszystkie zdumiewające ilustracje i jeszcze bardziej zaskakujący tekst – to z pewnością poczeka tych kilka lat na moją Bobasę.

„Kosmiczne święta” to opowieść o małej Rutce i jej wielkiej tęsknocie za przyjaciółką, która musiała się wyprowadzić. Dlatego też nasza bohaterka w liście do Mikołaja prosi o nowego przyjaciela. Wie jednak, że Mikołaj nie spełnia takich życzeń, podobnie jak nie może podarować jej prawdziwego psa, na którego tata ma uczulenie. A kiedy w jej domu zaczynają znikać metalowe przedmioty (przy niepokojących odgłosach chrupania), Rutka nawet się nie spodziewa, że przyjaciel dosłownie spadł jej z nieba. Z Koncypiusza dokładniej rzecz ujmując.

Znajdziemy tu sporo prawd o przyjaźni, tęsknocie i pomocy innym, subtelnie wplecione napomnienie dotyczące naśmiewania się z kolegów, ciekawość świata (i wszechświata!), akceptację inności (Tym, co uwielbiam w książkach skandynawskich autorów jest fakt, że jeśli chcą pisać o inności i odmiennej kulturze, to sięgają po postać ufoludka, bo wielokulturowość i niepełnosprawność ruchowa są traktowane jak zupełnie codzienne sprawy. I tak też zostały przedstawione w tej książce), dziecięcą fantazję i całkiem sporo bożonarodzeniowych zwyczajów – w wersji szwedzkiej oczywiście, więc mogą być bardzo fajnym wyjściem do rozmowy.

To chyba najbardziej zakręcona wersja adwentu, o jakiej czytałam – wypełniona planami budowy statków kosmicznych, włamaniami do obserwatorium, zaklęć o absurdalnym brzmieniu, chrupanych gwożdzi i nowych przyjaciół – zarówno tych widzialnych, jak i nie. A tyle, ile w tekście szaleństwa, tyle też mądrości. I dobrej zabawy.

Jedno jest pewne – ta książka jest niepowtarzalna. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że wszyscy mali fani kosmosu, magii i nie do końca dających się wytłumaczyć zjawisk będą nią zachwyceni, bo przecież ufo i święta to prawdziwie wybuchowa mieszanka. A wypatrywanie pierwszej gwiazdki, od tego roku nabierze zupełnie nowego znaczenia!

Tylko bądźcie cierpliwi i grzecznie czytajcie po jednym rozdziale na dzień!

Ingelin Angerborn, Per Gustavsson, Kosmiczne święta, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2018, 100 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zakamarki.

Bajki Majki: „Skrzat nie śpi” Astrid Lindgren & Kitty Crowther

Historia zagrody stojącej w głębi zaśnieżonego lasu i mieszkającego w niej skrzata jest przeróbką XIX-wiecznego szwedzkiego wiersza przepuszczonego przez wyjątkową wyobraźnię Astrid Lindgren. Dzięki temu powstała zimowa opowieść napisana prozą o bardzo poetyckim klimacie i filozoficznym wydźwięku.

Przykryta pierzyną śniegu zagroda pogrążona jest we śnie – śpi rodzina gospodarzy, konie w stajni, krowy w oborze i mniejsze podwórkowe zwierzęta. Nie śpi tylko mieszkający na strychu skrzat, dla którego noc jest czasem doglądania wszystkich mieszkających wokół istot. Skat jest bardzo stary i bardzo magiczny – nikt nigdy nie zdołał go zobaczyć, a o jego istnieniu świadczą jedynie maleńkie odciski jego stóp na śniegu.

Zagląda w krowie i owcze sny o pastwiskach i końskie myśli o zielonych łąkach, szeptając zwierzętom słowa otuchy o przemijających mrozach i o zimie, którą wkrótce zastąpi słoneczne lato. Przyjaźni się z psem i kurami, częstuje kota mlekiem i pilnuje spokojnego snu dorosłych i dzieci.

To zdumiewające, jak bardzo opowieść o samym sercu lodowatej zimy i doglądaniu ogniska, by nie zamarznąć, potrafi rozgrzać. Świadomość istnienia dobrego duszka czuwającego nad szczęściem domostwa i przypomnienie o tym, że nawet najdłuższa i najzimniejsza zima kiedyś się skończy pięknie podnosi na duchu.

Specyficzne, obłe i miękkie ilustracje wypełniają większą część stron i, spychając tekst z piedestału, pełnią chyba główną rolę w budowaniu klimatu. A przynajmniej równie ważną. Raz ogrzewają czytelnika ciepłą duchotą obory i kurnika, raz przyprawiają o drżenie na myśl o zanurzonych w śniegu psich łapach. A przy okazji nie pozwolą się nudzić nawet tym najmłodszym czytelnikom.

Wyjątkowo klimatyczna, ciepła w odbiorze historia ku pokrzepieniu serc – na przekór szalejącej zimie. Bo na czym, jak na czym, ale na zimie Szwedzi znają się jak nikt! Będzie genialna na zapowiadaną w tym roku zimę stulecia.

Swoją drogą nie znalazłam polskiej wersji poematu Viktora Rydberga służącego Lindgren za inspirację, ale nawet angielskie tłumaczenie zrobiło na mnie spore wrażenie. Również bardzo polecam!

Astrid Lindgren & Kitty Crowther, Skrzat nie śpi, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki: 2015, 28s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zakamarki.