Okołoksiążkowy miszmasz: Święta Blogerki

Czy fakt pisania bloga jakkolwiek zmienia moje świąteczne rytuały? Czy Lew Kanapowy spędzi Wigilię i Boże Narodzenie inaczej niż zwykła, szara Agnieszka? Zainspirowana przez cudowną Lenę Murawską spróbuję sama sobie odpowiedzieć na te, niełatwe skądinąd, pytania. Najpierw jednak trzeba by się zastanowić jak właściwie uwielbiam „świętuchować” (naprawdę tak mówiłam jak byłam mała – babcia co roku mi o tym przypomina!)?

W mojej rodzinie w Święta się je. A także degustuje, zajada, objada, a nawet obżera wigilijnymi i świątecznymi przysmakami. Całe szczęście, że nie jestem wysportowaną fit blogerką postującą o ćwiczeniach i zdrowym odżywianiu, bo to tradycja, z której na pewno nie byłabym w stanie zrezygnować. Nawet pociążowe dolegliwości, które ciągną się za mną już prawie dwa lata nie zepsują mi frajdy z łasuchowania – z niezwykłą jak na mnie przezornością zawczasu zaopatrzyłam się w wielką butlę Gastrotussu i hulaj dusza, piekła nie ma!

W mojej rodzinie świętuje się rodzinnie. Dlatego sorry komputerku, ale zostajesz w domu. Relacji z wigilijnej kolacji na insta stories też raczej nie będzie, bo mogę być za bardzo zajęta… cóż – jedzeniem, powstrzymywaniem Bobasy przez zrobieniem rozróby i zakleszczeniem w rodzinnej ciżbie, żeby pamiętać o takich szczegółach jak aktualna pozycja telefonu komórkowego. Chyba jednak nie jestem blogerką z prawdziwego zdarzenia.

W mojej rodzinie w święta się leniuchuje. Serio, piżama to obowiązkowy outfit na przynajmniej jeden świąteczny dzień. W tym miejscu cieszę się niemożebnie, że nie jestem blogerką modową ani urodową, bo też wyszłoby słabo. Relaks z książką, przed telewizorem (w tym roku zamiast tradycyjnych komedii będzie chyba Świnka Peppa) i z grami planszowymi. Postaram się przygotować coś na zapas, ale obawiam się, że okres okołoświąteczny będzie okresem ciszy na blogu.

Czy gdybym nie pisała bloga, moje niespełna dwuletnie dziecię dostałoby 10 nowych książeczek o zimie i Świętach? Z pewnością tak, bo jednak jestem trochę nienormalna pod tym względem i powinnam mieć założoną kontrolę rodzicielską na księgarnie internetowe. Ale przyznaję, że napisanie posta o najfajniejszych książkach dla dzieci w klimacie Bożego Narodzenia łagodzi wyrzuty sumienia zakupoholiczki. Bo to przecież nie jest uzależnienie, tylko inwestycja w bloga :D
Za to z drugiej strony, jako blogerka książkowa powinnam chyba potrafić polecić chociaż kilka książek wprowadzających w świąteczny klimat. A ja kompletnie nie mogę się do nich przekonać – po którą bym nie sięgnęła, okazuje się totalnym gniotem. Wygląda na to, że w tym roku spędzę Boże Narodzenie z aniołkami Kossakowskiej i moim ulubionym „Najgłupszym aniołem”, który wraca do mnie jak bumerang (Boże Narodzenie i zombie apokalipsa to końcu połączenie idealne!). Chyba, że możecie mi coś polecić? Ale takiego naprawdę klimatycznego i nie bardzo smutnego? Żeby od lektury robiło się ciepło na serduchu i w duszy pachniało piernikami.

Jedną z fajniejszych rzeczy, w jakie wkręciłam się blogując jest Świąteczna Wymiana u Królowej Moli. Już drugi raz biorę udział w tej akcji i nie mogę się zdecydować, czy fajniejsze jest dostawanie wyczekiwanej paczki-niespodzianki, czy jednak wyręczanie Mikołaja i kompletowanie prezentu dla swojej „świątecznej ofiary”. Fantastyczna sprawa, polecam bardzo mocno!

Czy gdybym nie miała konta na instagramie, biegałabym za moim kotem i robiła mu upokarzające zdjęcia w zawstydzających pseudomikołajowych nakryciach głowy? Z pewnością – zawsze to robię! Ale zwykle takie kompromitujące fotki wysyłałam do 4 osób wraz ze świątecznymi życzeniami, a tym razem trafią do, mniej więcej, 400 odbiorców (na całe szczęście wzrok moich futrzaków nie jest w stanie zabijać boleśniej niż robił to dotychczas). Tak naprawdę to jest chyba główna różnica – robię zdecydowanie więcej zdjęć. Kiedy tylko wpadnie mi w ręce jeden z moich ukochanych świątecznych gadżetów, zaraz widzę oczyma wyobraźni kompozycję z jedną z książek i muszę ją natychmiast zrealizować.

Ale mam nadzieję, że kiedy już nadejdzie ten świąteczny czas, uda mi się odłożyć telefon na bok, zamknąć klapę laptopa i całkowicie oddać się rodzinnej celebracji offline. I tego również Wam z całego serca życzę!

Okołoksiążkowy miszmasz: Nostalgiczny post z okazji ćwierćwiecza, czyli dlaczego starą bułą będąc wciąż sięgam po książki młodzieżowe + szalone urodzinowe konkursy

Jest taki dzień w roku, który uporczywie przypomina nam o nieuchronnym upływie czasu i nadchodzącej nieubłaganie starości. URODZINY – dzień radości i grozy, hucznego świętowania i melancholijnych przemyśleń. Tak się składa, że moje wypadają akurat dzisiaj i chyba dopadł mnie z tej okazji mały urodzinowy kryzys – kryzys ćwierćwiecza. To w sumie dziwne, bo przecież wciąż jestem piękna i młoda i cały czas mi się wydaje, że dorosłość jeszcze nadejdzie.

W tym wieku powinnam zapewne sięgać już po smętną, ambitną i bardzo poważną literaturę i czasem faktycznie mi się to udaje, ale nie ukrywajmy, że ostatnimi czasy wśród moich wyborów czytelniczych prym wiodą książki młodzieżowe. I świetnie, bo moim skromnym zdaniem młodzieżówki są super. Nie tylko dlatego, że dzięki nim czuję się znowu jak nastolatka, bo w sumie to praktycznie non stop czuje się jak nastolatka  ( i znając mnie będę się tak czuła do późnej starości aż w końcu zaawansowany artretyzm nie pozwoli mi dłużej upierać się przy swoim :D). Żeby nie być gołosłowną, przygotowałam pięć żelaznych argumentów na potwierdzenie tej tezy.

Dlaczego starą bułą będąc, wciąż sięgam po książki młodzieżowe:

  1. Są lekkie i przyjemne – pozwalają się zrelaksować, nie kończą się kacem, nie trzeba ich odchorowywać tygodniami. Co więcej, bywają świetnym lekiem na owego na książkowego kaca. Moja akcja „Nadrabiam młodzieżówki” zaczęła się właśnie od prób pozbycia się tej mało przyjemnej przypadłości, która dopadła mnie po „Małym życiu” i strasznie długo nie chciała mnie opuścić.
  2. Nie wymagają bezwzględnego skupienia – w każdym momencie można je szybko odłożyć, zdjąć dziecko z kaloryfera i wrócić do przerwanej lektury bez konieczności cofania się o kilka stron by na nowo odnaleźć się w akcji. Bardzo trudno zgubić w nich wątek.
  3. Zapewniają nostalgiczny powrót do przeszłości – jestem z rocznika, który miał szczęście dorastać wraz z Harrym Potterem i to właśnie ta książka zaszczepiła we mnie miłość do czytania. Na pierwszym tomie nauczyłam się płynnie składać litery w słowa i słowa w zadania, a każdy kolejny pochłaniałam już następnego dnia po premierze, nie mówiąc już o fanfikach, których przeczytałam chyba pół internetu. Po dziś dzień sięgam po ten cykl od czasu do czasu, szczególnie kiedy mi smutno i żle. I prawdę mówiąc wciąż czekam na swój list z Hogwartu :D
    Dzięki pani Rowling moje dzieciństwo było magiczne, a każda książka, która przenosi mnie do świata pełnego czarów, zdumiewających przygód i prawdziwej przyjaźni wprowadza mnie w klimat „beztroskich lat”, kiedy to największym moim zmartwieniem był szlaban na czytanie (podobno inne dzieci miały szlabany na komputer i wychodzenie na podwórko) i skonfiskowana książka schowana na podwieszanych szafkach w kuchni. Doskonale pamiętam, że pod nieobecność rodziców wchodziłam po nią po konstrukcji ze stołu i krzesła i w tej pozycji czytałam, żeby zdążyć ją szybko odłożyć na miejsce na pierwszy odgłos klucza w zamku. To były czasy!
  4. Zazwyczaj są nieskomplikowane – nie wymagają dostępu do słownika, czy encyklopedii ani specjalistycznej wiedzy, dzięki czemu można czytać je w wannie, w półśnie, pchając wózek, czy drugą ręką klepiąc babki w piaskownicy.
  5. Opowiadają świetne historie – książki młodzieżowe to przecież genialne przygody (pamiętacie „Tajemniczą Wyspę” Juliusza Verne’a?), płomienne romanse, fantastyczne stworzenia i spora dawka sprytnie wplecionej w nie wiedzy i życiowych doświadczeń. Porywają, uczą, wzruszają i przekazują uniwersalne prawdy.

Zatem już wiecie dlaczego moja miłość do tego gatunku jest „jak stąd do księżyca”. A że urodziny to dzień radosny, chciałabym się z wami moją miłością podzielić. Pamiętacie jak za starych dobrych czasów solenizant przynosił do szkoły cukierki (a tym, których wyjątkowo lubił pozwalał wziąć dwa)? Ja dla odmiany chciałabym rozdać książki, dlatego przygotowałam aż trzy konkursy – jeden na blogu, jeden na Instagramie i jeden na facebooku, jest zatem w czym wybierać. Szczególnie, że do zdobycia sią właśnie moje ukochane książki młodzieżowe, a każda z nich jest kompletnie z innej bajki.

Zatem jeśli macie ochotę na delikatnie romantyczne „Jak powietrze”, zapraszam na facebooka (świstoklik), magiczne „Zakazane życzenie” czeka na Instagramie (świstoklik), a emocjonujące „The call. Wezwanie” można upolować poniżej. Konkursy będą trwały aż do końca wakacji, więc czasu do namysłu jest więcej niż dość.

Lwi KONKURS URODZINOWY na blogu (04.08-31.08) – „The call. Wezwanie”

_20170802_134513

Zasady są super proste, wystarczy:
1. Udzielić w komentarzu krótkiej odpowiedzi na pytanie „Dlaczego książki są prostokątne?”
2. Podać swój adres email (niezbędny do kontaktu ze zwycięzcą)
3. Podpisać się lub po prostu podać nick, pod którym obserwuje się mojego bloga.

I tyle. Wyniki podam w przeciągu tygodnia od zakończenia konkursu. Nagrody wysyłam wyłącznie na terytorium Polski.

Miłej zabawy!