Bajki Majki: „Basia i granice” Zofia Stanecka, Marianna Oklejak

Jako pierwsze i naczelne fanki serii o Basi nie pomijamy żadnej basiowej nowości, a każda jest czytana często i bardzo intensywnie. Wspólnie z Basią przepracowaliśmy niejedną trudną dla przedszkolaka sytuację, dawno jednak nie byłam aż tak zachwycona treścią i podjętym tematem, jak teraz.

Najnowsza część przygód Basi jest o granicach, ale nie o fizycznych granicach państw i kryzysie migracyjnym, jak się początkowo spodziewałam po samym tytule (chociaż taka też bardzo bardzo by się przydała!), a o granicach osobistych, o prywatnej strefie komfortu i jej naruszeniach.

Nie ma chyba bardziej nerwowej części dnia, niż poranek, kiedy trzeba wyszykować do przedszkola troje dzieci i jeszcze na koniec siebie do pracy. Pewnego wyjątkowo pechowego ranka mama Basi jest na granicy wytrzymałości i grozi wybuchem. Po takich porannych atrakcjach Basia również nie ma dobrego dnia w przedszkolu – nie ma ochoty bawić się z innymi dziećmi ani być zaczepianą, najchętniej schowałaby się pod stolikiem w poszukiwaniu chwili samotności. A kiedy koledzy bawią się w łazience, woli zaryzykować zawstydzającą wpadkę, niż skorzystać z toalety w towarzystwie innych przedszkolaków.

Co za szczęście, że jest Pani Marta, która pomaga Basi uporać się z kłębiącymi się w niej trudnymi emocjami i organizuje dzieciom zajęcia o granicach. Obrazowo tłumaczy swoim przedszkolakom – i przy okazji basiowym czytelnikom – że ich ciała są ich własne i niczyje inne i to oni wiedzą, jak blisko chcą, by inni do nich podchodzili, czy chcą być dotykani albo przytulani. O tym czym są osobiste granice i prywatna przestrzeń oraz że należy szanować granice innych ludzi. O tym, że każdy ma prawo nie być łaskotany, jeśli nie ma na to ochoty, nie być całowany albo nie musieć siusiać, kiedy w łazience ktoś jest. O tym, że każdy ma prawo powiedzieć „nie”, jeśli jakieś zachowanie go rani albo powoduje dyskomfort.

Super ważna sprawa przedstawiona, jak to już u Basi bywa, w prosty, sympatyczny i zrozumiały dla malucha sposób. W towarzystwie świetnych ilustracji Marianny Oklejak oczywiście!

Jak dla mnie lektura obowiązkowa. Świetnie, ze powstała, powinna być w każdym przedszkolu.

Zofia Stancecka, Marianna Oklejak, Basia i granice, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 24 s.

Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem HarperKids.

Czas na czytanie: „Siostra księżyca” Marah Woolf

Podczas lektury drugiej części trylogii „Trzy czarownice” naprzemiennie byłam tą książką strasznie podekscytowana, by chwilę później mieć ochotę rzucić ją w kąt.

Zaczyna się bardzo dobrze, bo i „epicka bitwa z demonami”, na której rozpoczęciu skończył się pierwszy tom, jest pierwszym wydarzeniem w tomie drugim. Bardzo się cieszę, że autorka nie zdecydowała się na zabieg typu „tydzień później”, bo nie da się ukryć, że na magiczną potyczkę mocno czekałam, a ta okazała się całkiem satysfakcjonująca, choć nieco krótka.

Tym razem akcja przenosi się do królestwa demonów, gdzie intryga koni intrygę, a korytarze dosłownie wypełnione są potworami, a każdy spośród nich snuje swoje własne knowania, więc pod tym względem byłam bardzo usatysfakcjonowana, pałacowe spiski lubię bardzo. Nie da się ukryć, że dworskie niesnaski – od rozgrywek na najwyższym szczeblu, aż po złośliwe uszczypliwości powodowane zazdrością i złośliwością – wchodzą mi dużo lepiej niż mozolne polityczne przeciąganie liny. Siostry trafią do świata, którego zasad nie rozumieją, gdzie nie mogą zaufać nikomu, poza sobą nawzajem i z perspektywą potwornej przyszłości nadciągającą wielkimi krokami. A co za tym idzie, fabuła jest dużo bardziej dynamiczna, w porównaniu do pierwszego tomu, co jest dużym plusem.

Z drugiej strony wątek romantyczny zrobił się tak potwornie męczący, że miałam ochotę osobiście wyrządzić Vianne krzywdę. Jej naiwne, uparte, dziecięce zapatrzenie, podsycane tylko przez niepotrafiącego zostawić jej spokoju Ezrę staje się irytujące do tego stopnia, że w pewnym momencie miałam ochotę odłożyć tą historię jak najdalej. Na szczęście zakończenie wynagrodzi czytelnikowi wszelkie cierpienia podczas śledzenia tego żenującego love story.

Natomiast poza upośledzeniem w relacjach z mężczyznami, Vianne radzi sobie całkiem dobrze i gdyby nie jej romantyczne rozterki bez większego problemu mogłabym polubić ta bohaterkę, również ze względu na przygody, które ją czekają. Nie brakuje tu bowiem tak charakterystycznego dla powieści fantastycznych motywu karkołomnych wypraw w poszukiwaniu zaginionych magicznych przedmiotów zdolnych ocalić losy ludzkości, magicznych pułapek, pojedynków i hord morderczych wrogów czyhających na każdym zakręcie.

Będzie też więcej legend arturiańskich, które są dla mnie nieznanymi wodami i poznawanie ich, szczególnie z ust niezgodnych narratorów trwających uparcie przy swoich wersjach to sama przyjemność.

Będą rozpieszczone księżniczki, zielarskie eksperymenty, więcej niż jedna krwawa bitwa, zaginieni przyjaciele, paskudne i zabójczo przystojne demony, zdrady, sojusze i intrygi i dużo siostrzanej solidarności.

No i smoki, a ze smokami wszystko jest lepsze.

Marah Woolf, Siostra gwiazd. O pieczęciach i kościach, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2021, 452 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Bajki Majki: Jesień w książkach dla dzieci

Poszukiwań jesieni w książkach i książeczkach dla dzieci nie sposób zacząć od fantastycznie zilustrowanej wyszukiwanki „Rok w lesie” Emilii Dziubak ukazującej las i jego mieszkańców przez dwanaście miesięcy roku na dwunastu pełnych szczegółów rozkładówkach. Po raz więcej pierwszy pisałam Wam o niej aż cztery lata temu we wpisie dotyczącym książeczek o lesie, kiedy jeszcze moja Bobasa nie potrafiła docenić jej w pełni. To jedna z książek, które nieprzerwanie towarzyszą nam przez te wszystkie lata i do której wciąż co jakiś czas wracamy odkrywając zupełnie nowe elementy.

Emilia Dziubak, Rok w lesie, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2015, 28 s.

W zeszłym roku pokazywałam Wam puzzle „Jesień w lesie” stworzone z październikowej rozkładówki wspomnianej wyżej książki, a całkiem niedawno ukazały się dwie niewielkie kartkówki do aktywnego czytania z najmłodszymi poświęcone bohaterom wyszukiwanki.

„Rok w lesie. Wiewiórka” jest bardzo jesienny w kolorystyce i wyrazie. Mamy możliwość towarzyszenia wiewiórce w jej codziennych jesiennych czynnościach – od pobudki, przez poszukiwanie smakołyków, gromadzenie zapasów na zimę i szukanie schronienia przed deszczem. Tekst książki zachęca do wchodzenia z nią w interakcję – trzeba pomóc wiewiórce znaleźć orzechy poprzez rozgarnięcie liści dłońmi, poklepać się po brzuszku po jedzeniu, wykonać długi skok czy przytulić się do kogoś bliskiego. Niewiele tekstu, dużo zabawy i jeszcze więcej cudnych dziubakowych ilustracji.

Katarzyna Piętka, Emilia Dziubak, Rok w lesie. Wiewiórka, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2021, 28 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Druga część – „Rok w lesie. Borsuk” nie jest aż tak jesienna wizualnie, ale równie ciekawa. Tym razem towarzyszymy borsukowi, a jako że jest on zwierzęciem nocnym, cała zabawa również toczy się w nocy i kończy układaniem do snu, dobrze sprawdzi się więc jako książeczka „na dobranoc”. Najpierw jednak należy pomóc borsukowi oczyścić sierść z robaczków, znaleźć z nim trochę pysznych dżdżownic na przekąskę, posprzątać norkę z suchych liści i poszukać innych borsuków. A wszystko to poprzez gładzenie, potrząsanie i dmuchanie na książkę.

Katarzyna Piętka, Emilia Dziubak, Rok w lesie. Borsuk, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2021, 28 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Skoro o wyszukiwankach mowa, każdemu chyba przychodzi na myśl najsłynniejsza z nich – Ulica Czereśniowa. „Jesień na ulicy Czeresniowej” jest uznawana za ostatnią część cyklu, bo budowane we wcześniejszych tomach przedszkole nareszcie ma swoje otwarcie. Poza tym jak zwykle jest gwarno i dużo się dzieje – Pola znów zdążyła uciec, w centrum kultury szykuje się Dzień Dyni, trzeba czyścić ulice z wszędobylskich liści, na rynku odbywa się jesienny festiwal, w sklepach dominują halloweenowe dekoracje, wszyscy zmierzają do parku na paradę lampionów, a Feliks i Ryska dochowali się gromadki kociąt. Jak zwykle jest kolorowo, wesoło, pełno szczegółów do wypatrywania i można śledzić losy swoich ulubionych bohaterów.

Rotraut Susanne Berner, Jesień na ulicy Czereśniowej, Warszawa: Wydawnictwo Dwie Siostry, 2012, 14 s.

Obserwując z przedszkolakiem zmiany zachodzące jesienią w przyrodzie nie przegapcie ślicznego i zabawnego picturebooka „Złodziej liści”, w którym wiewiórka każdego dnia zachwyca się jesiennymi kolorami liści na swoim drzewie. Pewnego dnia jeden z liści znika. Gdzie się podział? Czy ktoś go ukradł? Myszka? A może dzięcioł? Zaniepokojona wiewiórka rusza na poszukiwania, w które angażuje swojego ptasiego, nieco bardziej obeznanego z sytuacją sąsiada. Kto okaże się prawdziwym złodziejem liści? Duże, wyraźne ilustracje uzupełnione dialogami, jesienne kolory, cała gama emocji i spora dawka uroczego poczucia humoru wraz z komiczną puentą. Książkę kończy dwustronicowe wyjaśnienie jesiennej zmiany krajobrazu w formie zbioru ciekawostek. Mały czytelnik, poza poznaniem tożsamości złodzieja liści, dowie się miedzy innymi kiedy i dlaczego liście spadają z drzew, kiedy przychodzi jesień i jakie jeszcze zmiany przynosi oraz jak wiewiórki przygotowują się do zimy.

Alice Hemming, Nicola Slater, Złodziej liści, Warszawa: Wydawnictwo Zielona Sowa, 2021, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zielona Sowa.

A może jesień to dobry czas na pierwsze podejście do komiksu? Pierwszy tom „W cieniu drzew” pt. „Jesień Pana Zrzędka” to połączenie komiksu i książki obrazkowej, gdzie głównym środkiem przekazu wciąż są przede wszystkim ilustracje, a dialogi w dymkach pełnia jedynie funkcję uzupełniającą, pomagającym określić kontekst sytuacji.

Zabawna historia zabierającego się za jesienne porządki, w końcu kiedy mieszka się w lesie, spadające liście potrafią dać się nieźle we znaki. Zamiatanie nie jest jednak takie łatwe, kiedy pod nogami plączą się zapracowani przed jesienią sąsiedzi – Pan Wiewiór zbierający żołędzie na zimę, Pan Jeż wyciągający sąsiada na ostatni dżdżownice przed zapadnięciem w sen zimowy, czy mały Myszek, któremu latawiec utknął na drzewie. I chociaż Pan Zrzędek nie należy do najweselszych osób na świecie, a każdą interakcję z innymi okrasza całą gamą zniechęconych westchnień, zawsze wyciąga do innych pomocną dłoń. A jak wiadomo okazane dobro w końcu do nas wraca i w chwili kryzysu sąsiedzi również przyjdą mu z pomocą.

Więcej komiksowych propozycji dla przedszkolaka znajdziecie TUTAJ.

DAV, W cieniu drzew. T. 1. Jesień Pana Zrzędka, Warszawa: Wydawnictwo Egmont, 2021, 32 s.

Jesienią większym zainteresowaniem cieszą się u nas książki, w których bohaterami są kojarzone z tą porą roku zwierzęta. Poza wiewiórkami, są to przede wszystkim jeże. Sporo informacji o jeżykach znajdziecie w książce „Jeżyk z parku”, której bohaterką jest mała jeżynka (olbrzymi plus za feminiatywy!) i jej kolczasta rodzinka.

Czytelnik towarzyszy Tyci i jej braciszkowi od momentu narodzin aż po dorosłość i pierwszą przespaną zimę. Dzięki temu ma szansę pozyskać mnóstwo informacji i ciekawostek z życia jeży – między innymi jak wyglądają tuż po urodzeniu, co jedzą, a co może im zaszkodzić, w jaki sposób mają szansę przetrwać zimę, w jaki sposób działalność człowieka im zagraża i jakie mają umiejętności. Sama nie miałam pojęcia, że jeże potrafią pływać i skakać! 

Ponadto na marginesach czeka mnóstwo ciekawostek luźno związanych z tematem – na przykład jakie inne stworzenia mają kolce czy jakie zwierzęta, poza jeżami żerują nocą.

Poza mądrym tekstem bardzo ważnym środkiem przekazu są przepiękne, wypełniające całe strony, barwne ilustracje. Czy może być coś słodszego, niż małe jeżyki? Nie sądzę!

Więcej tytułów z serii „Tuli Tuli opowiada, kto gdzie mieszka” znajdziecie w TYM WPISIE.

Zofia Stanecka. Magdalena Kozieł-Nowak, Tuli Tuli opowiada, kto gdzie mieszka. Jeżyk z parku, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2020, 40 s.

Kolejną propozycją z jeżem w roli głównej i przepięknymi, cudownie delikatnymi ilustracjami jest dwuczęściowa seria o przyjaźni jeżyka i zajączka. „Jesteś moim przyjacielem” to uniwersalna opowieść o przyjaźni dwóch zupełnie różnych bohaterów, poznawaniu się i uczeniu się siebie wzajemnie oraz szukania płaszczyzny porozumienia napisana w bardzo poetycki i całkiem wzruszający sposób. Kiedy nadchodzi jesień, z jeżem zaczyna się dziać coś dziwnego, czego sam do końca nie rozumie. Pewnego zimnego poranka jeżyk znika. Czy zajączek poradzi sobie z tym rozczarowaniem i ich przyjaźń przetrwa?

Michał Engler, Joëlle Tourlonias, Jesteś moim przyjacielem, Katowice: Wydawnictwo Debit, 2018, 32 s.

Druga część przygód jeżyka i zajączka – „Przyjaciele na zawsze” to historia przygotowująca malucha na pierwsze sprzeczki i różnice między przyjaciółmi, sytuacje, kiedy między najlepszymi kumplami pojawia się ktoś trzeci i czasem zabawa z nim wydaje się bardziej atrakcyjna, niż z przyjacielem. O tym, czy to na pewno musi oznaczać koniec przyjaźni i o znanej prawdzie, że tych najprawdziwszych przyjaciół poznaje się w biedzie. Po raz kolejny pełna emocji – zarówno tych pozytywnych, jak i smutku, zazdrości, strachu i poczucia osamotnienia. Z rozczulającym, bardzo pozytywnym zakończeniem.

Michał Engler, Joëlle Tourlonias, Przyjaciele na zawsze, Katowice: Wydawnictwo Debit, 2018, 32 s.

Są takie serie, których bohaterowie, podobnie jak w przypadku „Ulicy Czereśniowej” towarzyszą nam przez wszystkie pory roku. Jedną z moich najukochańszych jest „Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham”, chyba nigdy nie wyrosnę z sentymentu do tych Zajęcy, chociaż moja córka trochę odłożyła jej już na bok.

W „Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham kiedy jest jesień” Zajączki kicają z wiatrem i ścigają się ze spadającymi liśćmi. Kiedy Duży Brązowy Zając Odpoczywa, Mały Brązowy Zajączek znajduje porwane wiatrem kartonowe pudełko. Cóż za wspaniałe zabawy można wymyślić przy jego wykorzystaniu! Czy starszy zajączek wystraszy się Pudełkowego Potwora? I kto tu kogo złapie?

Sam McBratney, Anita Jeram, Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham kiedy jest jesień, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 18 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa HarperKids.

Również po różne części „Opowieści z Parku Percy’ego” sięgamy w zależności od pory roku. Najbardziej jesienną opowiastką jest „Po burzy”. Kiedy nocą przychodzi nawałnica, Percy wie, że będzie miał kolejnego dnia sporo sprzątania w parku. Nie spodziewał się jednak, że wiatr wyrwie z korzeniami jedno z jego ulubionych, wiekowych drzew. To prawdziwa katastrofa dla wielu zwierząt, dla którego gałęzie, pień i korzenie drzewa były schronieniem. Mimo starań, jego zwierzęcy przyjaciele nie mogą znaleźć sobie nowego domu. Na szczęście wspólnymi siłami uda im się zaradzić i temu kryzysowi.

Nick Butterworth, Opowieści z parku Percy’ego. Po burzy, Łódź: Wydawnictwo AMEET, 2008, 27 s.

Na wielbicieli dłuższych tekstów czeka „Jesień Toli”, będąca częścią jednej z najulubieńszych serii mojej Majki. Tola jest zdecydowanie mniej psotną dziewczynką niż Basia (czyli druga najukochańsza bohaterka), co bynajmniej nie odbiera jej uroku, za to z pewnością zadowoli wszystkie bardziej zachowawcze mamy ;)

W książeczce znajdziemy jak zawsze cztery ciepłe, rodzinne opowieści, tym razem pachnące zupą dyniową, kawą i ciastem. Wybierzemy się na spacer do parku po kasztany na ludziki i klimatyczne zdjęcia, czeka nas wyścig na hulajnogach w kaloszach i puszczanie papierowych łódeczek po kałużowym jeziorze, zbudujemy z mamą karmnik dla ptaków podczas jesiennego przeziębienia i upieczemy pierwsze pierniczki . Jesień jest dla Toli wyjątkową porą roku również z innego względu – to jesienią rodzi się jej wyczekany mały kuzyn Mikołaj.

Świetne połączenie opowiadań ukazujących magię codzienności dziecięcymi oczami z absolutnie przepięknymi, delikatnymi ilustracjami.

Anna Włodarkiewicz, Jesień Toli, Warszawa: Wydawnictwo Zielona Sowa, 2018, 64 s.

Samodzielnym czytaczom polecamy natomiast jeden z najbardziej jesiennych tomów cyklu „Zosia i jej ZOO” pt. „Pomocny jeż”.

Zosia mieszka w wyjątkowym miejscu – w Azylu Zoologicznym swojego dziadka Henryka, który zajmuje się ratowaniem dzikich zwierząt i dawaniem im schronienia. Tego dnia, zamiast iść do szkoły, to szkolni koledzy wraz z nauczycielką odwiedzają Zosię, by dowiedzieć się więcej o zwierzętach i wybrać jedno z nich do klasowej adopcji. Chwilę później w ZOO pojawia się również nowy mieszkaniec – młodziutki jeżyk, który bardzo chciałby być adoptowany. Stara się więc za wszelką cenę być przyjazny i pomocny, niestety skutki jego wysiłków nie zawsze są takie, jak planował…w końcu czy tak małe zwierzątko ma szansę być równie fajne, co majestatyczne lwy albo ogromne, łagodne słonie?

Bez problemu można sięgnąć po ten tom nie znając wcześniejszych przygód Zosi. W ogóle nie czuć, że „Pomocny jeż” to kolejna część wielotomowej serii, wszystko zostaje nowemu czytelnikowi dokładnie i całkiem naturalne już na pierwszych stronach powieści. Poza tym znajdziemy tu całkiem fajną przygodę nie stroniącą od bardziej specjalistycznych „trudnych słówek” i sporej dawki ciekawostek o jeżach. I o ludziach też, szczególnie tych nieśmiałych, potrzebujących czasu, by odnaleźć się w nowym środowisku.

Amelia Cobb, Zosia i jej ZOO. Pomocny jeż, Warszawa: Wydawnictwo Zielona Sowa, 2021, 128 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zielona Sowa.

I jeszcze na koniec hit w leśnym klimacie. Jesienią spacery po lesie są jeszcze przyjemniejsze, niż zazwyczaj. Zanim wybierzemy się do lasu z koszykiem na dary jesieni warto poświęcić kilka chwil by poznać jego mieszkańców. Kto wie, może któregoś z nich uda się wypatrzyć wśród coraz bardziej łysych drzew?

„Poznaj mieszkańców lasu” składa się z dwóch części – kartonowej książki z sześcioma rozkładówkami i plastikowego panelu z głośnikiem i przyciskami oznaczonymi wizerunkami zwierząt. Każda rozkładówka poświęcona została zwierzętom zamieszkującym odmienną część lasu – dowiemy się kto mieszka na polanie, w samym sercu lasu, nad wodą, wśród wysokich traw, w koronach drzew, na górskich halach oraz kto poluje nocą. Każda z tematycznych rozkładówek, poza krótkim wstępem zawiera realne zdjęcia zwierząt opatrzone krótkimi napisami oraz oznaczeniem guzika, który należy odszukać i wcisnąć na bocznym panelu, by usłyszeć jakie odgłosy wydaje dane zwierzę.

Poznaj mieszkańców lasu, Ożarów Mazowiecki: Wydawnictwo Olesiejuk, 2019, 14 s.

Jaki element musi mieć dla Was jesienna książka? Jeże, wiewiórki, spadające liście, las? A może troszkę melancholijny, wzruszający klimat?

Czas na czytanie: „Pieśń słowika” Agata Suchocka

Odczuwam potrzebę umieszczenia ostrzeżenia, że recenzowana książka jest skierowana do dorosłego czytelnika, zawiera graficzne sceny seksu, przemocy oraz tematykę, która może być odbierana jako kontrowersyjna.

„Pieśń słowika” to trzecia część wampirycznej serii Agaty Suchockiej i jednocześnie zupełnie osobna historia, dzięki czemu łatwo było czytać ją nawet po kilkuletniej przerwie od lektury poprzedniego tomu – szczegóły z dwóch pierwszych części nie są nam tu zupełnie potrzebne.

Tym razem opowieść dotyczy bohaterów, którzy w „Woła mnie ciemność” i „Twarzą w twarz” pełnili rolę poboczną – Arapaggia i Aleksandra oraz Józefiny której nie lubię, nie polubię i przez którą miałam momenty, w których myślałam, że nie doczytam tej książki. To chyba jednak z założenia nie jest postać, która ma się lubić.

Historia toczy się dwutorowo. Akcja fabuły „współczesnej”, zatytułowana „Królowa nocy”, dzieje się we Wiedniu pod koniec drugiej wojny światowej (Lothar i Armagnac szukają wówczas swojego mentora i  ten wątek pojawia się fragmentarycznie również w tej powieści) i przeplata się ze wspomnieniami początków znajomości Arapaggia i Aleksandra z Neapolu, kiedy Uccelino był początkującym śpiewakiem operowym.

Cykl „Daję Ci wieczność” z pewnością nie należy do łagodnych ani poprawnych politycznie – to książki zdecydowanie o charakterze guilty pleasure – patetyczna i egzaltowana harlequinowa fantazja na temat wampirów pełna seksu, krwi i mordowania z pewnością byłaby wodą na młyn dla Freuda. Na szczęście w dzisiejszych czasach erotyki w klimacie horroru nikogo raczej nie dziwią.

I tym razem autorka sięga po kontrowersję – dla odmiany jest nią status oraz przede wszystkim życie seksualne XVII-wiecznych kastratów i może wstyd się przyznać, ale właściwie nie wiedziałam, że takowe było w ogóle możliwe. Zawsze myślałam, że tego rodzaju obniżenie poziomu testosteronu uniemożliwia odczuwanie podniecenia seksualnego i występowania fizycznych reakcji ciała. Niestety nie trafiłam dotychczas na żadne źródła, by doczytać więcej w temacie wpływu kastracji na seksualność poza aspektem reprodukcyjnym. Nie znam się na tym i nie do końca potrafię stwierdzić, czy te wszystkie orgazmy i entuzjastyczne stosunki to jedynie fantazja literacka. Osobiście traktuję ją jako taką.

Niemniej jednak tym razem pojawia się wątek, który i mnie odrzuca – romantyzowanie przemocy. Mamy tu do czynienia z toksyczną relacją pełną zazdrości, zaborczości, potrzeby kontroli i brutalnych zachowań, od bicia aż po gwałty. I to jeszcze było dla mnie do przyjęcia, póki wierzyłam, że fabuła dąży do wyciągnięcia odpowiednich wniosków z takiego zachowania i że bohatera, po latach tęsknoty za ukochanym, czeka pewna przemiana. I tutaj UWAGA SPOILER – nie dąży i nie czeka. Wręcz przeciwnie, to ofiara (nie tak oczywiście niewinna, jak mogłaby być) poddaje pod wątpliwość swoją decyzję o ucieczce od przemocowca. I to jest już dla mnie niestety za dużo, a książka zaczyna niebezpiecznie zbliżać się do granicy bycia „szkodliwą”. Bardzo liczę, że ta historia znajdzie jednak swoje rozwinięcie w kolejnych tomach, bo mimo całej mojej sympatii do tej pary, takie wnioski po lekturze wzbudzają we mnie niesmak.

Lubię klimat tej serii i jej bohaterów oraz samą wizję wampira, ale ze wspomnianych wcześniej powodów tym razem brakowało mi magnetyzmu, tak charakterystycznego dla pierwszej części i refleksji. Patrząc całościowo ten tom podobał mi się najmniej, choć niemalże do końca czytałam go raczej z przyjemnością. Niedługo ukaże się czwarta część cyklu, jestem bardzo ciekawa w którą stronę potoczy się akcja.

Anna Suchocka, Pieśń słowika, Chorzów: Wydawnictwo Videograf, 2021, 320 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Videograf.

Czas na czytanie: „Red, white & royal blue” Casey McQuiston

Witamy w równoległym wszechświecie, w którym prezydentką USA jest nie tylko kobieta z Teksasu, ale również była żona meksykańskiego imigranta. Czy w takim przypadku potrzeba jeszcze dodatkowych skandali? Tuż przed kolejnymi wyborami?

Z drugiej strony cóż to za polityka bez medialnej dramy? Kiedy Alex – nastoletni syn prezydentki marzący o zostaniu najmłodszym kongresmenem w historii – na weselu następcy tronu, w wyniku przepychanki ze znienawidzonym księciem Henrym, wpada z nim prosto w tort za miliony monet, międzynarodowy skandal jest już blisko. I trzeba będzie zrobić wszystko, by załagodzić sytuację. Czy z konieczności udawania zażyłej przyjaźni „pod publiczkę”, między najważniejszymi nastolatkami dwóch mocarstw może wyjść coś dobrego?  Na przykład nieheteronormatywny romans, który trzeba będzie ukrywać przed całym światem?  

W końcu dlaczego by nie zakochać się w swoim największym wrogu w najgorszym możliwym czasie?

Ten tytuł kojarzy mi się trochę z czytanym w dzieciństwie „Pamiętnikiem Księżniczki”, tyle że w tęczowej wersji i chyba jednak dla nieco starszego czytelnika, bo poruszającego trochę trudniejszą problematykę. Mamy tu jednak i spełnienie amerykańskiego snu „od dziecka imigrantów do Pierwszego Syna Ameryki” i bajkową miłość i cukierkowy happy end.

Żeby jednak nie było aż tak niefrasobliwie, znajdziemy tu również tematykę dyskryminacji na różnych polach, poznawania siebie i odkrywania swoich pragnień, ogromnej roli wsparcia ze strony rodziny, żałoby po śmierci najbliższych, potrzeby szczerości (zarówno z innymi, jak i z samym sobą) w świecie pełnym kłamstw i konwenansów, podejmowania własnych decyzji i mierzenia się z ich konsekwencjami, rozwodu rodziców, a nawet wykorzystywania seksualnego. A wszystko to wśród skomplikowanych meandrów amerykańskiej polityki i pod złym okiem konserwatywnej Królowej Babci.

Jak sama autorka pisze w posłowiu, ta książka miała być nieco ironiczną ucieczką łagodzącą szok związany z kierunkiem, w którym zaczął zmierzać świat. Skręcającą w kierunku utopii fantazją „ku pokrzepieniu serc”. I chociaż nie można odmówić jej naiwności i (przynajmniej na ten moment) braku realizmu, faktycznie spełnia swoją funkcję. Jeśli tylko nie będziemy traktować jej zbyt poważnie, a jedynie cieszyć się historią o bajkowej miłości zdolnej pokonać wszelkie przeciwności losu, łączącej narody, łagodzącej obyczaje i godzącej zwaśnionych członków rodziny, to pozostawi w nas z tym charakterystycznym ciepłem w klatce piersiowej i niewielkim uśmiechem – trochę pobłażliwym, ale bardziej jednak rozczulonym.

Sympatyczny, lekki i przyjemny romans ze sporą dawką autoironicznego poczucia humoru, które tak cenię.

Casey McQuiston, Red, white & royal blue, Warszawa: Wydawnictwo Pruszyński i S-ka, 2020, 476 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Druga szansa” Katarzyna Berenika Miszczuk

Julia budzi się po wypadku w dość niestandardowym ośrodku psychiatrycznym. Nie pamięta niczego ze swojego życia ani pożaru, w którym podobno zginęła cała jej rodzina. Mimo obietnic personelu utracone wspomnienia nie powracają, pojawiają się natomiast upiorne wizje i nawołujące ją głosy rodem z horrorów. Czy oniryczna, coraz bardziej koszmarna rzeczywistość to efekt halucynogennych leków, urazu głowy, postępującej choroby psychicznej, a może podejrzana terapeutka nie mówi Julii całej prawdy? Jak to możliwe, że w ośrodku zaczynają dziać się coraz bardziej niepokojące rzeczy, a poznany w nim chłopak wydaje się dzielić omamy bohaterki?

Nie potrafię określić w czym dokładnie leży problem tej książki – może brakowało mi bardziej plastycznych opisów, może kompletny brak sympatii do głównej bohaterki nie pozwalał mi uczestniczyć w jej rozchwianych emocjach i poczuciu zagubienia, a może sposób prowadzenia narracji był zbyt leniwy i mało emocjonujący – ale przez większą część lektury ta historia zupełnie mnie nie porwała. Brakowało mi tego dreszczyku nie pozwalającego odłożyć książki ani na moment i każącego siedzieć jak na szpilkach, bo „co będzie dalej, co będzie dalej”, wręcz przeciwnie – kolejne naiwne podejrzenia i posunięcia bohaterki budziły we mnie raczej zniechęcenie, niż chęć poznania dalszego ciągu. Z drugiej strony pogłębiające się wizje sprawiały raczej groteskowe, niż straszne wrażenie.

Drażniło mnie oderwanie książkowych realiów od rzeczywistości – niestety nie w formie prześladującego czytelnika przeczucia „dzieje się tutaj coś dziwnego, zaraz z szafy wyskoczy jakiś szkielet”, a raczej w formie ignorowania podstawowych zasad. Na przykład pozostawianie przyjmowania psychotropów w gestii pacjenta (wyobrażacie sobie zostawienie pacjentowi całej fiolki leków? Nie tylko niezrównoważonemu psychicznie, ale jakiemukolwiek? Przecież w szpitalach nawet paracetamol i czopki glicerynowe wydają pojedynczo i pod kontrolą lekarza!), psychiatrę zwracającego się do pacjentki słowami „Co ty bredzisz?” czy mocno zaburzonych pacjentów poruszających się po terenie ośrodka bez żadnej kontroli. Terenie zalesionym i z jeziorem pośrodku.

Niemniej jednak samo zakończenie, choć dla mnie bez „efektu wow”, okazało się całkiem ciekawa koncepcją – zarówno pod względem wytłumaczenia stanów psychicznych bohaterki, jak i niepozbawionej fantastycznej niesamowitości historii ośrodka – i to ono niewątpliwie ratuje całą książkę.

Największym plusem, poza rozwiązaniem zagadki, była postać Edytki – autystycznej córki właściciela ośrodka, której niepokojące zachowanie robiło zdecydowanie większe wrażenie niż wszystkie ośrodkowe koszmary. Moim zdaniem to jedyna dobrze wykreowana postać tej książki.

Największym minusem natomiast okazał się płaski, wymuszony wątek romantyczny, przypominający bardziej napastowanie (raz z jednej, raz z drugiej strony), niż relację opartą na emocjach i wspólnych doświadczeniach.

Podsumowując – pomysł dobry, wykonanie takie sobie. Trochę thriller psychologiczny, trochę horror, a jednak nie wzbudził we mnie szczególnych emocji.

Niemniej jednak bardzo chętnie obejrzę serial inspirowany powieścią. Wydaje mi się, że dobrze przygotowana warstwa wizualna może poprawić niedociągnięcia książki i faktycznie zmienić groteskowe w straszne i nudnawe w intrygujące. Wiążę z nim spore nadzieje!

Katarzyna Berenika Miszczuk, Druga szansa, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2021, 336 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Bezgwiezdne morze” Erin Morgenstern

Książka, która zachwyciła mnie od pierwszych stron, znużyła w połowie i udobruchała zakończeniem.

„Bądź dzielna (…). Bądź odważna. Nie bój się głośno mówić. Nigdy się nie zmieniaj, chyba że dla samej siebie (…). Nie trać czasu na nikogo, kto ci nie wierzy, kiedy mówisz, co czujesz”.

Cudownie napisana, od pierwszych zdań obiecuje wyjątkową przygodę i, co jeszcze ważniejsze, spełnia tą obietnicę.

Zachary Ezra Rawlins jest synem wróżbiarki, trochę odludkiem, fanem wymyślnych drinków, studentem „gier komputerowych” i zapalonym bywalcem biblioteki. Aż do dnia, w którym dowiaduje się, że jest także bohaterem niebanalnej opowieści. Tym bardziej niesamowitej, że dziejącej się naprawdę. O ile tylko zdecyduje się wziąć w niej udział.

„(…) jest wyznawcą słuchania z zapartym tchem opowieści, ekstazy z dzwonieniem w uszach na przeciągających się do późna koncertach i perfekcyjnych kombinacji przycisków w walkach z bossami. Że jego religia jest pod ciszą warstwy świeżego śniegu, w skrupulatnie sporządzonym koktajlu, między stronami książki gdzieś za początkiem, ale jeszcze przed końcem”.

Zdumiewająca kraina nad Bezgwiezdnym Morzem to prawdziwy raj dla bibliofilów, pełen nawiązań do najulubieńszych powieści, gdzie każdy szczegół to jest mrugnięciem oka w kierunku czytelnika. Gdzie baśnie mają własne życie, a życie jest baśnią i wszystko to przeplata się wzajemnie w ogromną fantasmagorię pochłaniającą bohaterów w całości i nieoddającą ani kosteczki. Gdzie tajemnica goni tajemnicę, inkluzywne mistyczne stowarzyszenia czekają na rozszyfrowanie, śmiertelnie groźni wrogowie depczą po piętach, a widmo zagłady wisi nad światem (jakże by inaczej?). Gdzie w żaden sposób nie jesteśmy w stanie przewidzieć kolejnych zdarzeń, a co krok czeka nowe zaskoczenie.

Był jednak moment (mam silne podejrzenia, że autorsko zamierzony), kiedy tułaczka po tym niesamowitym świecie – choć coraz trudniejsza i potworniejsza, obfitująca w dramatyczne zwroty akcji – zaczęła mnie nużyć. Przyszedł moment, kiedy cały ten miód baśniowości zaczął mnie dławić i ulewać mi się uszami i chciałam już tylko jak najszybciej znaleźć wyjście z tej króliczej nory. W końcu jak to mówili w świecie Wiedźmina – każdy sen, nawet ten najpiękniejszy, zbyt długo śniony w końcu musi się zmienić w koszmar. Każda historia potrzebuje swojego finału, a każdy świat fantazji trzeba kiedyś opuścić, choćbyśmy nie wiem jak bardzo zżyli się z bohaterami. I Erin Morgenstern daje nam opowieść, która rozpaczliwie dąży do zakończenia.

„Finały nadają sens opowieściom”.

Zdecydowanie fantastyka, ale w kierunku baśniowej, romantycznej niesamowitości. Bardzo magiczna, niesamowicie erudycyjna, ze sporą rolą bibliotekarsko-detektywistycznego śledztwa i szczyptą romansu. Bo co to za opowieść bez romantycznego wątku? W końcu wszystkie historie tak naprawdę są o miłości.

„Dziwne, prawda? Kochać książkę. Kiedy wyrazy na stronie stają się tak ważne, jakby były częścią twojej własnej historii, którą zresztą są”.

I jeszcze ostatnie przemyślenie, które dotarło do mnie właściwie dopiero trochę po lekturze, a w sumie bardzo to doceniam – mianowicie główni bohaterowie są homoseksualni. I ten homoseksualizm został tu potraktowany jako fakt, a nie temat, czy problem. To chyba pierwszy raz, kiedy czytałam książkę, w której osoby nieheteronormatywne zostały potraktowane tak naturalnie – bez związanych z tym dramatów, zmagania się z nietolerancją i przeciwnościami losu, odkrywania tożsamości czy własnej wartości – po prostu jak każda inna książkowa para. Orientacja seksualna nie wybija się ponad ich charaktery, i nie dominuje nad opisanymi przygodami. Właściwie nie ma znaczenia, jest tylko jedną z wielu cech postaci. Śmiem rzec, że tą mniej znaczącą.

Mam nadzieję, że niedługo przyjedzie nam żyć w czasach, w których nie będzie to niczym odmiennym ani zaskakującym. Czego życzę Wam i sobie.

Erin Morgenstern, Bezgwiezdne morze, Warszawa: Wydawnictwo Świat Książki, 2020, 608 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Diuna” Frank Herbert

Nie za bardzo umiem w science-fiction, ale kiedy nawet mój mąż mówił, że „Diunę” po prostu trzeba przeczytać, to już naprawdę nie ma żartów.

Wyobraźcie sobie planetę bez wody. Bez mórz, jezior, rzek, roślinności. Nawet bez chmur. Planetę, gdzie każdy łyk jest na wagę złota, gdzie wśród wszechobecnej pustyni wilgoć trzeba odzyskiwać z wydzielin własnego ciała i ciał zmarłych, gdzie uronienie łzy jest wyrazem wielkiego poświęcenia. Planetę będącą jednocześnie jedynym źródłem najcenniejszej substancji we wszechświecie – melanżu przedłużającego życie i umożliwiającego bezpieczne podróże kosmiczne. Uzależniającego oczywiście.

Diuna – Pustynna Planeta to wyjątkowo mało przyjazne miejsce będące jednocześnie źródłem bajecznego zysku. I co za tym idzie – wyzysku miejscowej ludności. Ale jak to zwykle bywa, trudne warunki kształtują silnych ludzi.

Idealne miejsce na eskalację konfliktu zwaśnionych rodów, brzydkiej zdrady na najwyższym szczeblu władzy i spełnienia mesjanistycznej przepowiedni. A przy tym przerażająco aktualnego namysłu nad wpływem ludzkości na przyrodę i żądzy bogactwa przeważającej nad dobrem całego ekosystemu. Oraz walkę o lepszy świat i marzenie, nad którego spełnieniem trzeba pracować całe pokolenia, bo raz wyjałowionego klimatu nie sposób odtworzyć w mgnieniu oka. Szczególnie, kiedy owo wyjałowienie jest rządzącym na rękę.

Nie da się ukryć, że „Diuna” nie była najlepszym wyborem do walizki na wakacje i poczytywanie z drinkiem nad basenem – to ciężki klimat (dosłownie i w przenośni) wymagający od czytelnika dużej dawki skupienia i zaangażowania w lekturę. Frank Herbert stworzył zupełnie nowe uniwersum posiadające swoje warunki ekologiczne, polityczne i religijne, wraz z całym słownikiem pojęć, zjawisk i nazw własnych do opanowania, na całe szczęście dołączonym do książki. Nie wspominając już o takich szczegółach jak specyficzne zasady wendetty i animozje miedzy szlacheckimi rodami, układ głównych sił w opisywanym wszechświecie, warunki podróży kosmicznych czy ewolucja systemu religijnego i miejsce wiary w rzeczywistości wieloświatu. O żywych komputerach, możliwościach mentalnych podróży poprzez czas i przestrzeń oraz ścisłym planowaniu doboru genetycznego w celu stworzenia nadczłowieka nie wspominając. A to dopiero pierwszy tom, właściwie wstęp do sześciotomowych „Kronik Diuny”. No po prostu kosmos.

Jako, że w tym gatunku jestem zdecydowanie niewprawionym czytelnikiem, „Diuna” była dla mnie wyzwaniem konkretnym, jakkolwiek pouczającym. Przez 200 pierwszych stron nie tylko nie miałam pojęcia o czym czytam, ale również w jakim języku czytam. Ale jak już udało mi się mniej więcej ogarnąć, to nawet nie wykluczam sięgnięcia po kolejne tomy! Tylko najpierw muszę troszkę odpocząć, bo ta książka tak jakby zrobiła mi sieczkę z mózgu.

Frank Herbert, Diuna, Poznań: Wydawnictwo Zysk i S-ka, 1997, 592 s.

Czas na czytanie: „Królowa mroku i powietrza” Cassanda Clare

Były momenty, kiedy ostatnia część „Mrocznych Intryg” budziła moje wątpliwości – pojawiły się rozwiązania, za którymi nieszczególnie przepadam, jak podróże między wymiarami i mieszanie się alternatywnych rzeczywistości. Pierwszy raz znużyła mnie też nieco „ostateczna bitwa”, która ciągnęła się praktycznie przez 100 stron. I tak jak zwykle dynamiczną końcówkę po prostu połykałam nie mogąc się oderwać, tak tym razem adrenalina towarzysząca wydarzeniom nie trzymała mnie aż tak bardzo. Z drugiej strony to cegła na ponad 1000 stron, nie sposób było pewne uniknąć przerywników stopujących emocje. Choć nie sposób nie czuć przerażenia, gdy makabryczna sytuacja polityczna w książce z gatunku fantastyki młodzieżowej, pełnej magii i stworów z bajek, tak bardzo odpowiada naszej rzeczywistości.

„- Już wcześniej zdarzało się nam miewać złych ludzi we władzach (…) ale ci obecne rządzący są inni. Niszczą system, który mógłby uratować sytuację. Manipulują (…) nami wszystkimi. Tworzą złudzenie zagrożenia, by rządzić nami poprzez strach”.

Niemniej jednak nie jest przewidywanie, bohaterowie fajnie się rozwijają (nawet nie zauważyłam kiedy tak bardzo się z nimi zżyłam!) i nic nie przychodzi im zbyt łatwo. Dowiemy się wreszcie czym są tytułowe „Mroczne Intrygi”, skąd wzięła się klątwa parabatai, czego Jace i Clary szukali w Faerie, co powodowało chorobę czarowników i jak ich uleczyć. Jedne spiski ulegną rozwiązaniu, inne dodatkowo się zapętlą. Będzie dużo krwi, miłości i poświęcenia. Nie zabraknie również rozważań na temat istoty wolności, rodziny i emocji, które okazują się niezbędnym elementem człowieczeństwa.

„Nie ma radości bez smutku”.

Mimo chwilowego zniechęcenia zakończenie okazało się bardzo satysfakcjonujące, choć rozwiązanie konfliktu między dwoma frakcjami Nocnych Łowców było dla mnie sporym zaskoczeniem. Bynajmniej nie jest to koniec kłopotów, a zaledwie otwarcie furtki dla fabuły kolejnych serii. Nie mam pojęcia jak Clare to robi – w połowie czytania wiem, że muszę zrobić sobie małą przerwę od tego świata, odetchnąć i przeczytać coś innego przed sięgnięciem po kolejne tomy, a kiedy tylko w książce kończą się kartki, jedyne o czym marzę to dorwanie w swoje ręce następnego tytułu z Łowcami w roli głównej. To musi być jakaś czarna magia, jak w przypadku wampirzej pizzy…

No i nie sposób nie wspomnieć o romansach, bo mamy ich tu przecież naprawdę sporo – bardziej lub mniej oczywistych, bardziej lub mniej tragicznych i o różnych stopniach rozwoju. Ta autorka od samego początku miała słabość do trójkątów, jednak do tej pory klarowały się z nich osobne związki. Ale czy historia Marka, Kierana i Cristiny ma szansę na szczęśliwe zakończenie? Mam nadzieję, że jeszcze znajdzie swoją kontynuację w kolejnych książkach, chociaż z punktu widzenia rodzica, jak najbardziej dosłowny trójkąt w książce młodzieżowej, jednak mimo wszystko wzbudza we mnie trochę niepokoju. Na szczęście mam czas się z tym uporać zanim moje dziecko do niej dorośnie :D

Tak dużo chciałabym Wam powiedzieć, a tak bardzo groziłoby to spoilerami. Jeśli macie ochotę pogadać i podzielić się wrażeniami, napiszcie do mnie maila, albo pw na Instagramie, chętnie wspólnie poprzeżywam te emocje jeszcze raz.

Cassandra Clare, Mroczne intrygi. T.3: Królowa mroku i powietrza, Warszawa: Wydawnictwo M.A.G, 2019, 1069 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~