Bajki Majki: „Atlas cudów świata” Ben Handicott, Lucy Letherland

W obecnej sytuacji, z wielkich wakacyjnych planów pozostało nam tylko podróżowanie palcem po mapie. Ale od czego są książki!

„Atlas cudów świata” to podróż po tych dobrze znanych i tych najbardziej niedostępnych zakątkach świata. Od szczytu Mount Everest, przez mokradła Pantanal i wulkaniczną Hawai, aż na dno Rowu Mariańskiego. Od szczytu Wieży Eiffela, przez Ankor Wat i Petrę aż na Wyspy Wielkanocne.

Powiem Wam jednak, że odnośnie tego atlasu mam mieszane uczucia. Niewątpliwie jest pięknie wydanyolbrzymi (to jedna z największych książek dla dzieci, którą mamy w swoich zbiorach!), kryjący w sobie mapy z miniaturkami opisywanych miejsc, a każda strona to rozkładówka poświęcona innemu cudowi.

Z jednej strony bardzo podoba mi się zestawienie tworów natury z dziełami ludzkich rąk. Z drugiej natomiast zupełnie nie mogę się połapać w sposobie nawigacji – obiekty zostały podzielone kontynentami, ale wewnątrz tych „rozdziałów” kierowanie się mapą już nie obowiązuje. Na przykład podróż po Europie zaczynamy od oglądania zorzy polarnej w Norwegii, po czym przenosimy się do Mont Saint-Michel, co jest całkiem zrozumiałym wyborem (który z całego serca popieram!), bo natura i kultura zmagają się tam z każdym przypływem. Następnie przenosimy się do Kolosseum we Włoszech, Hagia Sophii w Turcji i Neuschwanstein w Bawarii (a i sam wybór tego zabytku złamał mi serce. Jak można było, spośród wszystkich zamków Europy, wybrać ten twór?!), by… wrócić do Francji i policzyć nity Wieży Eiffela. Ani więc tu chronologii, ani optymalizacji trasy przejazdu.

Nie jestem też szczególnie usatysfakcjonowana treścią, bo choć o każdym z zabytków dowiemy się czegoś ciekawego, to sama wiedza jest rozczarowująco powierzchowna. Na przykład wśród powodów, dla których nie ukończono budowy bazyliki Sagrada Familia nie wymieniono przedwczesnej śmierci Gaudiego…Sama przyczyna śmierci została podana jako ciekawostka, ale w zupełnym oderwaniu od tematu. A przecież to założenie nie było zwykłym projektem architektonicznym, a rodzajem modlitwy. Której większość zginęła wraz z twórcą.

Możliwe, że moje odczucia wynikają z bardzo wysokich oczekiwań, które miałam względem tej pozycji. Szczególnie, po „Historii kolorów”, którą czytałam chwilę wcześniej, i która mnie zachwyciła, nie tylko od strony wizualnej, ale przede wszystkim ze względu na treść. A w tym przypadku mam wrażenie, że tekst zostaje w tyle za ilustracjami. I nie ma w tym nic złego, bo bardzo cenię picturebooki, a studiowanie całkiem szczegółowych przedstawień cudów zarówno natury, jak i architektury (szczególnie w takim formacie!) uważam za wartość samą w sobie. I bardzo prawdopodobne, że taki właśnie był zamysł autorów i to obraz miał być głównym medium, a podstawie informacje i ciekawostki stanowią jedynie jego dopełnienie. Żeby dzieci nie tylko wiedziały, na co patrzą, ale i by rozbudzić ich zainteresowanie. Wygląda jednak na to, że moja ciekawość domaga się natychmiastowego zaspokojenia, albo po prostu spodziewałam się czegoś innego.

I chociaż sama podarowałabym sobie niektóre z wymienionych tu dzieł, wybrano również kilka wybitnych, a mało znanych i popularnych (nawet podczas zwiedzania mapy!) w Polsce kierunków, jak choćby meczet w Dżenne.

To wartościowa, rozwijająca i rozbudzająca ciekawość pozycja, która owej ciekawości jednak nie zaspokaja. Wręcz nakłada do dalszego studiowania tajemnic wybranych cudów, których rąbka zaledwie uchyla.

Ben Handicott, Lucy Letherland, Atlas cudów świata, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2019, 88 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Czas na czytanie: „Zabić drozda” Harper Lee, Fred Fordham

Nowe podejście do klasycznego kanonu zawsze niesie ze sobą pewne ryzyko. Czy adaptacja stanie na wysokości zadania? Czy ponownie opowiadając znaną historię i poszukując nowych środków wyrazu nie przegapimy (świadomie lub nie) jakiejś istotnej treści? Szczególnie w przypadku tekstu poruszającego tak wiele ważnych i trudnych tematów?

Tym razem naprawdę się udało. Sięgając po komiks nie spodziewałam się, że zarówno narracja z punktu widzenia kilkulatki stykającej się z rasizmem, podziałami klasowymi, wykluczeniem społecznym i ludzkim okrucieństwem, jak i sam przekaz będą równie przejmujące, co w książce Harper Lee.

Przedstawione w formie graficznej sytuacje nie straciły nic ze swojej dynamiki i dramatyzmu. Z powodzeniem udało się również pogłębienie psychologiczne postaci, zarysowanie sytuacji społeczno-politycznej Alabamy lat 30. XX wieku i skomplikowanie ludzkiej natury. Jest inaczej, ale w moim odczuciu równie dobrze.

„Zabić drozda” nie znajduje się obecnie na liście lektur, choć powinna, bo przecież większość opisywanych w niej problemów jest wciąż aktualnych, mimo że współcześnie hipokryzja nienawiść do drugiego człowieka wyrażana jest w odmienny sposób. Myślę, że forma komiksu jest dla młodego czytelnika nie tylko bardziej atrakcyjna, ale przede wszystkim łatwiejsza do przyswojenia – zarówno ze względu na krótszy czas, który trzeba spędzić by poznać treść, jak i na dodatkowy środek przekazu, jakim jest obraz. Ta wersja mogłaby się sprawdzić jako przedmiot szkolnej dyskusji równie dobrze, co oryginał. Bo i jest przecież o czym dyskutować.

Harper Lee, Fred Fordham, Zabić drozda, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2020, 278 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Bajki Majki: Wielkanoc i wiosna w książkach dla dzieci

Chociaż Maja skończyła niedawno cztery lata i jest poważnym przedszkolakiem, wciąż raczej ostrożnie podchodzę do tematu Wielkanocy i staram się, żeby Majka poznała ją najpierw przez pryzmat tradycji i zwyczajów, niż od razu z całym ciężarem religijnym. Dlatego też staram się wyszukiwać książki, które bardzo stopniowo wprowadzają w temat, poprzestając na zarysowaniu problematyki, bez zgłębiania się w szczegóły.  Jeszcze przyjdzie czas na drogę krzyżową, męczeńską śmierć i zmartwychwstanie, na razie preferuję pozostać w kręgu symboliki odradzającego się życia. A przy tym nie sposób przecież rozejrzeć się za pierwszymi oznakami wiosny!

„O wiośnie, kurczętach i wielkanocnych świętach”
Nieskomplikowana rymowanka Urszuli Kozłowskiej zwiera w sobie wszystkie podstawowe elementy wiosny i Wielkanocnych tradycji – znajdziemy tu bazie, powrót ptaków, kurczęta i jajka na pisanki, cukrowego baranka, wielkanocne dekoracje, święconkę, wypieki, zajączka podrzucającego smakołyki i polewanie się wodą. Najbardziej podstawowe wprowadzenie w wielkanocną tematykę dla zupełnych maluszków wydane w bezpiecznej kartonowej formie z miękką okładką o zaokrąglonych rogach. O innych wielkanocnych tytułach tej autorki pisałam TUTAJ.

Urszula Kozłowska, O wiośnie, kurczętach i wielkanocnych świętach, Ożarów Mazowiecki: Wydawnictwo Olesiejuk, 2016, 18 s.

Kiedy kupowałam w jakiejś lidronce zestaw kreatywnych zadań-wypychanek bez konieczności użycia nożyczek „Wielkanocne zabawki”, nie spodziewałam się zupełnie, jak dużo wiedzy na temat Wielkanocy zostało w nim przemycone. W prosty i zwięzły sposób streszczono tu wielkanocne tradycje i zwyczaje określając tło dla proponowanych zabaw i dekoracji do wykonania. A i te są bardzo różnorodne – od instrukcji wykonania świątecznej kartki, przez kolorowanki i dekoracje, których elementy wypychamy z tekturowych stron książeczki, aż po przepisy kulinarne. Po zakończeniu zabawy nie tylko będziemy mieli królicze uczy, pacynki, czy wiosenne dekoracje, ale i gotowe potrawy na świąteczne śniadanie. Bardzo fajna propozycja spędzenia wspólnego czasu z dzieckiem i rodzinnych przygotowań do świąt.

Zestaw kreatywny Wypychanki wielkanocne. Wielkanocne zabawki, Warszawa: Wydawnictwo Zielona Sowa, 2018, 24 s.

Książka o przygodzie dwóch ciekawskich myszek – Emilki i Maksa – to wyjątkowo przystępny sposób przekazania dzieciom wiedzy na temat świąt Wielkiej Nocy. Myszki mieszkają pod podłogą pewnej rodziny i, kiedy któregoś dnia zauważają nietypowe zachowanie swoich gospodarzy, na wszelkie sposoby starają się dowiedzieć o co chodzi w tym nagłym zamieszaniu. A jak wiadomo, najlepszym sposobem zdobywania wiedzy, jest zapytanie kogoś mądrego. Tak też mysi dziadek opowiada wnukom o tajemnicach Wielkiego Tygodnia, mysia babcia wyjaśnia co tradycyjnie pojawia się na wielkanocnym stole, a znajoma kurka wyjaśnia sekret kolorowych jajek. A kiedy przychodzi Lany Poniedziałek, nie ma rady, nawet poczciwy kocur Panfucy nie może zostać suchy.

 Ireneusz Korpyś, Emilka i Maks na tropie Wielkanocy, Częstochowa: Wydawnictwo Świętego Filipa Apostoła, 2019, 32 s.

Często pojawia się pytanie od którego tomu „Ulicy Czereśniowej” zaczynać tą przygodę. Moim zdaniem od wiosny właśnie, choć to chyba była ostatnia część, która pojawiła się na naszej półce. Ale choć Czereśniowa tętni życiem przez cały rok, mam wrażenie, że to właśnie tutaj wszystko się zaczyna – przyroda budzi się do życia, rozpoczyna się budowa przedszkola i drogi dojazdowej do miasta, Felix kręci się wokół Ryski, a w centrum kultury praca nad wielkanocnymi dekoracjami wre. Rynek zmienił się w targ kwiatowy, bociany zakładają gniazdo, a park pełen jest korzystających z dobrej pogody mieszkańców. Jak zwykle od pełnej szczegółów książki obrazkowej trudno oderwać wzrok!

Rotraut Susanne Berner, Wiosna na ulicy Czereśniowej, Warszawa: Wydawnictwo Dwie Siostry, 2012, 14 s.

„Wiosna Toli”, Anna Włodarkiewicz
Zaskakujący pierwszy dzień wiosny, rowerowa wycieczka i urodziny głównej bohaterki – tak wiosnę spędza Tola, przeurocza bohaterka cyklu książek dla przedszkolaków. Cztery ciepłe, pięknie ilustrowane opowiadania niosą ze sobą mnóstwo wartościowej treści – przeczytamy tu całkiem sporo o pomaganiu innym: Tola z mamą pomagają pani Hani z warzywniaka, w którym schroniły się podczas śnieżnej zadymki, a podczas wycieczki rowerowej z tatą czterolatka otrzymuje pomoc od nowo poznanej rodziny, sama natomiast chętnie pomaga dziadkom w ogrodzie. Pojawia się również temat pielęgnowania przyjaźni, zdrowego odżywiania, alergii, małych dzieci, karmienia piersią i ciąży. A wszystko to okraszone przygodami nieco zakręconej, ale bardzo sympatycznej rodziny.

Osobiście szczególnie lubię fragment, w którym Tola jedzie z tatą na wyprawę rowerem, żeby mama mogła spotkać się z dawno niewidzianą koleżanką, a także moment, w którym mama Toli nazywa jej małe kuzynostwo „szarańczą wędrowną”.

Majka oczywiście preferuje psotną stronę głównej bohaterki, szczególnie skakanie w błocie i zostawianie śladów w całym babcinym domu.

„- Jestem głodna! – woła.
– Jak wilk?! – odkrzykuje tata
– Jak dziki bawół!”

I jak tu jej nie kochać?

Anna Włodarkiewicz, Wiosna Toli, Warszawa: Wydawnictwo Zielona Sowa, 2018, 64 s.

„Bullerbyn. Trzy opowiadania” to lektura idealna na prawie każdą porę roku, bo znajedziemy tam i wiosnę, i początek lata i czar Bożego Narodzenia. Otwiera je „Wiosna w Bullerbyn”.

A wiosną w Bullerbyn się dzieje, oj dzieje! Szczególnie, kiedy jej dziecięcy mieszkańcy muszą opiekować się małą Kerstin, która zrywa kwiatki z maminej rabatki, albo zupełnie niespodziewanie siada w strumieniu. Wiosna na wsi jest pełna kwiatów i młodziutkich zwierzątek. Razem z bohaterami doglądamy jagniątek i uciekamy przed baranem, budujemy domek na łące, skaczemy z dachu drewutni a nawet… dosiadamy byka!

Bullerbyn jest piękne w opisie i równie piękne na ilustracjach, które dodatkowo pobudzają wyobraźnię. A tych jest tu mnóstwo! Zajmują całe strony i połówki stron. Są na nich koty ciągnięte za ogon, urocze jeżyki i jagniątka, Britta na dachu obory, dzikie tańce wokół ogniska, małe kociaczki i mnóstwo innych rzeczy. Obrazki są genialne – duże, szczegółowe, kolorowe i w tym niepowtarzalnym stylu Ilon Wikland, który już zawsze będzie mi się kojarzył z dzieciństwem.

Astrid Lindgren, Wiosna w Bullerbyn [w:] Bullerbyn. Trzy opowiadania, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2014, s. 3-33.

„52 tygodnie” Anne Crausaz, to wyjątkowo subtelna książka, która za pomocą 52 ujęć tej samej jabłoni – po jednym na każdy tydzień roku – uczy najmłodszych o przemijaniu pór roku. Razem z porami roku zmienia się drzewo, za każdym razem przysiadają też na nim inne ptaki, które z nich przynoszą wiosnę?

Trochę album ptaków, trochę książka do obserwacji, trochę wykład o przemijaniu i „wielkim kręgu życia”. Tchnąca spokojem, prosta i liryczna.

Anne Crausaz, 52 tygodnie, Piaseczno: Wydawnictwo Widnokrąg, 2015, 104 s.

Drugą pozycją o nieustannych zmianach, jakie następują w naturze jest jedna z części mojej ukochanej książki o Brązowych Zającach – „Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham” – poświęcona wiośnie. Duży Zając pokazuje Małemu pierwsze oznaki odradzającego się po zimie życia i tłumaczy mu, w co niedługo się przemienią – kijanka w żabę, jajka w pisklęta, a pisklęta w dorosłe ptaki. A w co przemienią się małe brązowe zajączki?

Niesłychanie trudno jest zdobyć polską wersję tej książki, bo nakład jest wyczerpany od bardzo dawna, czasami uda się upolować w bibliotece. My jednak mamy wersję angielską i bardzo dobrze się sprawdza.

Sam McBratney, Anita Jeram, Guess How Much I Love You in the Spring, London: Walker Books Ltd., 2016, 24 s.

„Rok w lesie” to fantastyczna lektura dla małych odkrywców – nie tylko ze względu na tematykę i możliwość prowadzenia własnych obserwacji „w terenie”, ale i formę książki pełnej okienek i maleńkich, rozkładanych książeczek-harmonijek.

Autorki wprowadzą ciekawego świata malucha w tajemnice leśnego świata, który będziemy odkrywać wspólnie miesiąc po miesiącu. Zaczynając od marca, bo to właśnie wiosną przyroda budzi się do życia.

Poznamy leśne zwierzęta i rośliny charakterystyczne dla poszczególnych pór roku. Dowiemy się czym jest gęśnica wiosenna, jak pachnie tchórz, jakie ptaki schodzą po drzewach głowami w dół, co jedzą kuny, po co świecą świetliki, dokąd odlatują jaskółki, co gryzie kasztanowca, czy uszatka ma uszy, dlaczego dziki wychodzą z lasu i kiedy randkują zające. A to tylko kilka wybranych ciekawostek!

Nie znajdziemy tu bowiem litego tekstu – cała książka jest tak naprawdę bogato ilustrowanym (a ilustracje  przesympatyczne – osobiście jestem wielką fanką baryłkowatych dzików, Majka ma słabość do ślimaka bez skorupki i wiewiórka-żonglerka) zbiorem krótkich, interesujących faktów pogrupowanych zgodnie z leśnym kalendarzem. Okrągłe okienka dają nam możliwość zajrzenia do wnętrza mrowiska, licznych dziupli i norek, a nawet do wnętrza zjedzonego przez korniki pnia.

Natomiast z rozkładanych na różne sposoby małych książeczek nauczymy się rozpoznawać zwierzęta po tropach, jakie zostawiają w błocie i śniegu ich łapy i raciczki, a także rozpoznawać gatunki drzew po ich liściach. Podsuną nam również pomysły na leśne zabawy.

Jest również druga książeczka z tej serii – „Rok w ogrodzie”.

Petra Bartíková, Aneta Žabková, Rok w lesie, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2018, 20 s.

Jak wiosna, to i wiosenne porządki! Kiedy Mama Mu przynosi do obory pierwszy bukiet wiosennych zawilców, okazuje się, że trzeba trochę odkurzyć parapet, by mieć je gdzie postawić. I okno, żeby było coś przez nie widać. Ale przecież jest i Pan Wrona – samozwańczy mistrz sprzątania! A może przechwalania się? Szast-prast-bum, wystarczy pięć sekund, by doprowadzić taką oborę do porządku, ale czy na pewno? Pan Wrona prześciga sam siebie w wymyślaniu genialnych pomysłów, by postawić na swoim i przy okazji nadmiernie się nie napracować. Okazuje się jednak, że jego pomysły powodują tylko większy i większy bałagan…

Narwany Pan Wrona i pełna spokoju Mama Mu jak zwykle bawią i uczą. Tym razem wiosennie i z morałem na jedną z dziecięcych bolączek. Bo czasami lepiej od razu zabrać się za porządki, niż nadmiernie cudować. A czasami najlepiej po prostu posiedzieć na powietrzu i cieszyć się pierwszymi promieniami wiosennego słońca.

Jujja i Tomas Wieslander, Mama Mu sprząta, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2008, 30 s.

W wiosennej części „Opowieści z Parku Percy’ego”, główny bohater również szykuje się do porządków. Przycinanie żywopłotu w parkowym labiryncie to nie przelewki, trzeba uważać, żeby podczas pracy nie zgubić drogi, na pewno przyda się sznurek! Tymczasem niefrasobliwi zwierzęcy przyjaciele dozorcy szykują dla niego niespodziankę, której skutek na pewno ich zaskoczy.

Bardzo sympatyczna opowieść z pięknymi ilustracjami, pełna żonkili i wiosennych psikusów. Opowieść uzupełnia plakat z labiryntem, dzięki któremu mały czytelnik może pomóc bohaterom wydostać się z zielonej pułapki.

Nick Butterworth, Opowieści z parku Percy’ego. Tajemnicza ścieżka, Łódź: Wydawnictwo AMEET, 2008, 27 s.

„Kubuś i Kaczątko” to znane i lubiane postacie w zupełnie nowej, ale jakże sympatycznej odsłonie. Wprowadzając nowego bohatera – zagubioną i zapomnianą kaczuszkę – autorka wydobywa z ukochanych postaci ich najlepsze cechy: dobroduszną prostotę Puchatka, troskliwość Prosiaczka, czy niewyczerpane pokłady cierpliwości Kłapouchego. W pełnej ciepła opowieści o pomocy nieznajomemu i opiece nad słabszym sprawują się wyśmienicie, bezbłędnie wpisując się w pełen życzliwości klimat Stuwiekowego Lasu.

Stosunkowo dużej ilości tekstu (wystarczającej na dobre 20 minut wieczornego czytania) towarzyszą wyjątkowo urokliwe ilustracje – disneyowskie, a jednak w delikatniejszej, bardziej subtelnej, wręcz nieco „romantycznej” formie. A te są duże i czytelne, niekiedy wypełniające całe strony.

Tak, to nie jest oryginalna historia o Kubusiu. Mimo to sięgamy po nią z prawdziwą przyjemnością i całkowicie spełniła moje oczekiwania. Jest mądra, pełna pozytywnej energii i dodatkowo ładnie wydana. A klimat przywodzi wspomnienia z dzieciństwa, cudownie, że mogę przeżywać je ponownie przedstawiając córce moich ulubieńców.

Ponadto wykluwające się z jajek żółciutkie kaczuszki i rosnące w Stuwiekowym Lesie żonkile idealnie pasują do, nareszcie ogarniającego nas wokół, wiosennego nastroju. Idealny prezent od „Zajączka”.

Nancy Parent, Kubuś i przyjaciele. Opowieści o życzliwości. Kubuś i kaczątko, Warszawa: Wydawnictwo Egmont, 2019, 48 s.

A co Wy czytacie dzieciom wiosną? Wybieracie pozycje bardziej związane z religią i tradycją, czy te poświęcone rozbudzającej sie naturze? Podzielcie się inspiracjami!

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Czarne morze” Karolina Macios

Bardzo niepokojąca pozycja z pogranicza thrillera psychologicznego i horroru.

Joanna nie ma swojego miejsca na świecie – naznaczona piętnem choroby psychicznej i nieuchwytnego nadprzyrodzonego daru od dzieciństwa skazana jest na wieczne ucieczki i ciągłe przeprowadzki. Zła passa zdaje się minąć, kiedy wyjeżdża z Trójmiasta do Wrocławia, gdzie zakochuje się w synu swojej lekarki, z którym zakłada dom i szczęśliwą rodzinę. Jednak im starsza jest jej córka, tym bardziej stabilny dotąd stan Joasi zdaje się pogarszać. Coraz częściej nawiedzają ją koszmary i nie do końca zdefiniowane wspomnienia zaczynają przenikać się z rzeczywistością. Całe z mozołem poukładane życie zmienia się diametralnie podczas rodzinnego spaceru po orłowskim klifie i następującego po nim wypadku samochodowego. Krótkotrwała amnezja, mająca być skutkiem wstrząśnienia mózgu, zdaje się tylko pogłębiać. Asia ma coraz większe zaniki pamięci krótkotrwałej, a pełne krwi i poczucia zagrożenia koszmary mieszają się z jawą. Nie może pozbyć się przeczucia, że podczas wspinaczki na klif wydarzyło się coś złego, a mąż nie chce powiedzieć jej całej prawdy. Co gorsza, nie pozwala jej zobaczyć się z córką.

DSC_0280

Jakie tajemnice kryje przed nią jej rodzina? Komu wierzyć, kiedy nie można zaufać nawet sobie samej?

Nie do końca przekonał mnie wątek fantastyczny z tajemniczym „darem widzenia” objawiającym się przy dotknięciu innej osoby – trochę za dużo skojarzeń z Rouge z X-Menów. Moim zdaniem tego rodzaju element nadprzyrodzony nie był potrzebny, bo wytwory umysłu i cały ciąg przyczynowo skutkowy związany z chorobą psychiczną i reakcją na traumę wystarczająco przemawia do wyobraźni. Ale też ta nuta niewyjaśnianego jakoś specjalnie mi nie przeszkadzała.

Podobnie, jak główna bohaterka, czytelnik stoi przed karkołomnym zadaniem oddzielenia schizofrenicznej wizji od wspomnień i koszmarów od rzeczywistości. Z tej potwornej mieszanki wyłania się powoli tragiczna opowieść o rodzinie, która nie może otrząsnąć się z traumy. Czemu towarzyszy ciągły strach. I to ten najstraszniejszy ze wszystkich – strach o dziecko.

Karolina Macios, Czarne morze, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2020, 304 s.
(premiera 25.03.2020)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wielka Litera.

Bajki Majki: „Historia kolorów” Clive Gifford

Wiedzieliście, że słowem „pink” bardzo długo określano jeden z żółceni? A różowy był kolorem zarezerwowanym dla małych chłopców? A słyszeliście może o różowej margarynie? Jeśli nie, to wiele ciekawostek w tej książki ma szansę was zaskoczyć. Bo to tylko jedna z całego kalejdoskopu opisanych w niej barw.

Odkąd jako dziecko poznałam dwa „niestandardowe” kolory – pąsowy i indygo – stałam się niepokonana w grze w kolory i nigdy już nie musiałam uciekać przed berkiem wokół piaskownicy. Aż do momentu, w którym, oskarżona o oszustwo, musiałam podzielić się moim kolorystycznym odkryciem z innymi dziećmi i wszystko przepadło. Aż do czasu umbry palonej, która szybko stała się moim kolejnym triumfem. Gwarantuję, że po tej lekturze, waszym latoroślom nigdy już nie zabraknie barwnej elokwencji.

Kto i dlaczego zaczął hodować pomarańczowe marchewki? Ile lat liczy sobie najstarsze pudełko farb? Jaki barwnik powoduje kolejki w toalecie, co groziło za fałszowanie szafranu, jaki barwnik produkuje się z rozgniecionych chrząszczy i dlaczego jeden z prerafaelitów urządził swoim tubkom farb pogrzeb w przydomowym ogródku? Co było na tyle drogocenne, by pokrywać je mieszaniną białka jaj i… woskowiny z ludzkich uszu? Jaki kolor określano jako „pchle plecki”, jak dużo zgniłych ślimaków potrzeba, by uzyskać gram purpury tyryjskiej i do wytwarzania barwnika jakiego koloru używano ludzkiego moczu (podpowiedź: nie, nie był to żaden z żółcieni)?

Fascynująca i fenomenalnie zilustrowana podróż przez historię świata utrwalanego. Od prehistorycznych jaskiń, przez mundury najgroźniejszych armii, suknie Najświętszej Panienki zerkającej z płócien mistrzów, aż po strojne suknie elegantek i barwne tapety modnych mieszkań. Poznacie symbolikę barw, krwawe sekrety historii, kolory tak piękne, że popychające ku zbrodni i tak trujące, że służące za środek owadobójczy. I poznacie też odcień piątku.

Jestem wielką fanką encyklopedii i niejedną już miałam w dłoniach, ale ta jest wyjątkowa. Może to już taka moja słabość, ale dosłownie nie mogłam się oderwać, a kilka informacji naprawdę mnie zaskoczyło. Ta książka to jedna wielka ciekawostka i z całego serca polecam ją każdemu, bo nie ma najmniejszego sensu stawiać tu górnej granicy wieku. Bierzcie i czytajcie, świetna jest!

Clive Gifford, Historia kolorów. Jak kolory kształtowały świat, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2020, 64 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Czarny mag. Ostatnia walka” Rachel E. Carter

„Czarny mag” to seria, która rozkręcała się powoli, a autorka stopniowo, z tomu na tom, dawkowała czytelnikom emocje. Aż do czwartej i zarazem ostatniej części, w której akcja pędzi jak lawina – od pierwszej aż do ostatniej strony. A nawet jeśli wydarzenia na chwilę przystopują, to nie ma co liczyć na odpoczynek – wyrzuty sumienia, konieczność podejmowania tragicznych wyborów i mierzenia sie z ich konsekwencjami, intrygi i knowania na pewno na to nie pozwolą.

Jak wiele można poświęcić dla pokoju? Ryiah przysięgała być wierną Koronie i chronić Jerar. Ale co, jeśli to zdradziecki król jest największym zagrożeniem dla państwa, którym włada? I zupełnie przy okazji jest ukochanym bratem twojego ukochanego, żeby przypadkiem nie było za łatwo? Czy szczęście jednego mężczyzny, nawet jeśli to twój mąż, jest ważniejsze od setek istnień, które pochłonie wojna podstępnie wywołana przez chciwego tyrana? Nawet, jeśli odpowiedź wydaje się być oczywista, to podjęcie takiej decyzji wcale oczywiste nie jest. Szczególnie, że nawet tyran wzbudza współczucie.

Trochę było mi żal Mariusa – po poprzednich częściach miałam względem niego pewne podejrzenia, które niestety się nie sprawdziły. Mam więc wrażenie, że potencjał tej postaci, choć epizodycznej, został zmarnowany. Jestem za to bardzo pozytywnie zaskoczona Ianem i Alexem, których gdzieś już w głębi serca spisałam na straty, a dostali takie zakończenia, na jakie w pełni zasługiwali. Teraz spokojnie mogę uważać ich za z moich ulubieńców.

Jeśli ktoś spodziewa się słodko-cukierkowego zakończenia, w którym dobro zwycięża nad złem, a prawdziwa miłość przetrwa wszystko, to raczej się rozczaruje. To trudna i brutalna część – pełna tortur, frustracji, samotności, zdrady, poczucia winy, samoobrzydzenia i wybierania między złem, a złem, które wcale nie jest mniejsze. Bezwzględny świat kołyszący się na skraju wyniszczającego konfliktu, w którym nic nie jest czarno-białe, a każda decyzja okupiona zostanie cierpieniem. Aż w końcu trzeba będzie pozbierać i poskładać do kupy gruzy, które z niego zostaną. Czy miłość naprawdę jest w stanie wybaczyć każdy błąd?

P.S. Nikt z Was nie zgadnie, kto będzie rządził Jerarem. A jakby ktoś przez przypadek jednak zgadł, to stawiam mu frytki!

Rachel E. Carter, Czarny Mag. Ostatnia walka, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2020, 280 s. (premiera 25.03.2020)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Bajki Majki: „Lukrecja” Anne Goscinny

Nigdy nie sądziłam, że takie słowa kiedykolwiek przejdą mi przez usta (czy przez klawiaturę), ale stało się, nie sposób już dłużej wypierać tego faktu: polubiłam Lukrecję! Całe szczęście, że tą przez duże „L”.

Kiedy dziecko znanego pisarza decyduje się iść w ślady ojca, nie sposób nie podejść do książki zarówno z wielkimi nadziejami, jak i z równie dużymi obawami. Wychowałam się na wszystkich przygodach Mikołajka (po dziś dzień uważam się za damskie wcielenie Alcesta) i chociaż, wiem, że obecnie uznaje się je za nie do końca edukacyjne, to na pewno podsunę je niedługo Majce, a i sama przeczytałabym więcej. Na szczęście Anne Goscinny spisała się świetnie – nie próbuje naśladować stylu ojca, a świat jej bohaterki zdecydowanie bardziej przystaje do współczesności. Bez obaw – nikt tu już nie rozwiązuje problemów „dawaniem fangi w nos”.

Lukrecja ma 12 lat, chodzi do szóstej klasy, więc nareszcie jest dorosła i ma fantastycznie zakręconą patchworkową rodzinę. Jej mama jest adwokatem, więc bywa w więzieniu tak często, że czasami można się zastanowić kto tak naprawdę ma tu kłopoty. Tata jest artystą i chyba nigdy nie nauczy się porządnie w dorosłość. Ojczym uwielbia odrabiać jej prace domową z matematyki, ale niestety nie wychodzi mu to tak dobrze, jak gotowanie obiadów. Młodszy brat ma obsesję na punkcie gier wideo, szkieletorów i zombie, a babcia imprezowiczka uczy ją ważnych życiowych umiejętności, jak na przykład gra w karty. Zamiast wymarzonego psa nasza bohaterka dostała żółwia o wdzięcznym imieniu Madonna. Poza zółwiczką przyjaźni się też z trzema Linami, w przyszłości chce zostać pisarką, jej nowy wychowawca jest lumberseksualny i wygrała wybory do szkolnego samorządu będąc jedną z dwóch nie kandydujących osób. A to tylko niektóre z jej przygód!

Anne Gosciny, Lukrecja, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2019, 216 s.

Pełne humoru książki o życiu Lukrecji są tak francuskie, że to aż urocze, spodziewajcie się w nich sporo wina i otwartego spojrzenia na świat. W drugiej części nasza bohaterka wybierze się między innymi na homoseksualny ślub wujków, przyjęcie zaręczynowe swojej szalonej babci, koncert przyjaciółki-akordeonistki i z wizytą do drugiej babci, która cierpi na Alzheimera. Wejdzie też w „trudny wiek”, w tajemnicy przed mamą przekłuje uszy i będzie świętować swój pierwszy pisarski sukces.

Tylko wbrew temu, co napisano na okładce, nie jest wcale siostrą Mikołajka, a jego kuzynką. A właściwie kuzynką pierwowzoru tego słynnego łobuziaka.

Anne Gosciny, Lukrecja stawia na swoim, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2020,
216 s.

Scarlett, najbardziej zakręcona babcia Lukrecji uwielbia przysłowia (oczywiście poza pokerem, winem i imprezami). W trzecim tomie dowiemy się bardzo dobrze, czym jest słomiany zapał i co to znaczy „podłożyć komuś królika” (francuskie „poser un lapin à qn” jest w tym przypadku nieprzetłumaczalne – u nas to „wystawić kogoś do wiatru” i niestety nie pasowałoby do elementu fabuły, jakim jest ukochany królik Wiktora, Rondel). Bohaterka wyruszy na swoją pierwszą klasową wycieczkę do gospodarstwa agroturystycznego, przekona się na własnej skórze jak bardzo wymagający jest zawód adwokata oraz czy chciałaby w przyszłości pełnić tak odpowiedzialną funkcję, jak prezydent.  I czy chciałaby grać w piłkę, czy być żoną piłkarza.  Jeden z bohaterów będzie miał szansę zagrać w najprawdziwszym filmie, a spisane w ramach urodzinowego prezentu dla taty wspomnienia mają szansę stać się pewnego dnia pierwszą książką Lukrecji.

Jak zawsze pełna humoru, szalenie pozytywna i chwytająca za serce. Lukrecja ma chyba najfajniejszą rodzinę na świecie. Za raz po mojej własnej!

Anne Gosciny, Lukrecja na pierwszym planie, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2020, 204 s.

To bardzo podstępne kończyć każdy tom jednym lub dwoma rozdziałami kolejnego, żeby zaostrzyć czytelnikowi apetyt. Bardzo skutecznie, bo już nie mogę się doczekać. Na pewno w swoim czasie podsunę ta serię Majce, bo jest świetna do samodzielnego czytania – z dużą czcionką, przetykana ilustracjami i podzielona na niedługie rozdziały, z których każdy stanowi odrębną przygodę. Bardzo aktualna i sympatyczna porusza tematy ważne i ważkie, ale jak najbardziej istotne dla babskiej części „młodszej młodzieży”.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak Emotikon. 

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Płacz” Marta Kisiel

„Wielkie zło zawsze zaczyna się od małego zła. Dlatego tak łatwo przeoczyć, że to już. Że to już się dzieje…”

Tak coś czułam, że „Toń” jednak doczeka się kontynuacji, bo jak to tak kończyć w takim momencie? I cudownie, bo „Płacz” podobał mi się zdecydowanie bardziej, aż trudno mi uwierzyć, że to już koniec cyklu wrocławskiego. Ale to jedno z tych dobrych zakończeń, właściwych.

Każdy radzi sobie z traumą pozostałą po przygodzie wokół złota Breslau na swój sposób – jedni lepiej, inni gorzej, niewątpliwie jednak na każdym podróż przez warstwy czasu i odkrycie prawdy o swojej rodzinie odbiła dotkliwe piętno. Jak to zwykle bywa, tylko jedno może na nowo zjednoczyć epicką drużynę, szczególnie kiedy jej członkowie nie za bardzo mogą znieść swoje towarzystwo – tragedia. I misja ratunkowa.

Gotowy na wszystko Bear Karolek Grylls biwakowania, rozchwiana emocjonalnie Dżusi (tak, rozchwiana jeszcze bardziej, niż zwykle, tak, to jest możliwe!), drżąca ze strachu Klara, Gerd Moczymorda i emerytowana moira wyruszą odkrywać tajemnice Gór Sowich i pomóc w powrocie pewnej uciekinierce. Bo zwykła ucieczka z domu to za mało dla targanego wyrzutami sumienia psychopompa. Można przecież utknąć w czasie w pogoni za kolejną zagadką kolejnej rodziny i nawiedzać telefony. A to dopiero preludium do wielkich kłopotów. Przypadkowo odkrywają bowiem zło dużo większe, niż mogło śnić się filozofom. A zło się budzi.

Anomalie pogodowo-czasowe, małe i duże rodzinne dramaty, stawianie czoła największym lękom, piękne i mniej piękne finały romansów, urokliwe zabytki, wojenne opowieści, najgłębiej skrywane tajemnice Trzeciej Rzeszy, ból straty, dobrowolne i wymuszone poświęcenie, pułapki losu i pewien strzygoń będący zawsze sto lat przed innymi. A wszystko to okraszone pełnym charakteru humorem Marty Kisiel.

Są przygody, które lepiej przeżywać na papierze. Serio. Za to w ten sposób najlepiej jak najczęściej!

Marta Kisiel, Płacz, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2020, 316 s.
(premiera 11.03.2020)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Wotum” Maciej Siembieda

W trzecim tomie przygód prokuratora Kani, autor nie zawahał się podnieść ręki na najświętszą z naszych narodowych świętości.

Pewnego grudniowego dnia 2012 roku, niepoczytalny sprawca usiłuje zniszczyć jasnogórski obraz Czarnej Madonny i tylko cud pancernej szyby chroni najsłynniejszy polski symbol chrześcijaństwa przed niechybną zagładą. To, skądinąd rzeczywiste zdarzenie rozpoczyna kolejne śledztwo mojego ulubionego Pana Samochodzika z IPNu. Na prośbę częstochowskich paulinów ma stwierdzić, czy za zamachem na Najświętszą Panienkę nie kryje się przypadkiem coś więcej, niż tylko religijny szaleniec, co zdają się potwierdzać telefony z pogróżkami skierowane nie tylko do Częstochowy, ale i do niewielkiej parafii w Bogorii. A tam, zupełnym przypadkiem, znajduje się obraz łudząco podobny do jasnogórskiego – pilnie strzeżona przez mieszkańców wsi przed jakąkolwiek ingerencją (a już badaniami szczególnie!), najstarsza kopia słynnej ikony. Oficjalnie, bo parafianie mają na ten temat swoje zdanie.

Który z obrazów ma moc sprawiania cudów? Czy uzdrawiającą moc świętych przedstawień da się zmonopolizować i wykorzystać do własnych celów? Czy istnieje sekta mająca na celu zakończenie kupczenia dewocjonaliami i wykorzystywania świętych wizerunków do bogacenia się? I co wspólnego ma z tym wszystkim bogaty przedsiębiorca fundujący renowację kościelnych fresków?

Będą porwania, uprowadzenia i zuchwałe kradzieże, będą zabójstwa, zakazany romans i historyczne tajemnice. Będzie też zwalczanie raka wahadełkiem i „rękoma, które leczą”, siła pieniądza i kontaktów, oraz uraza chowana w sercu przez całe życie.

Maciej Siembieda ma dla nas kolejną przygodę pełną historycznych ciekawostek, spektakularnych akcji służb specjalnych, bezwzględnych złoczyńców i nieustraszonych obrońców narodowego dziedzictwa z moim ulubionym detektywem-łakomczuchem na czele (dzięki Bogu wciąż z czystymi butami i ani trochę nie na diecie!). Tym razem z gościnnym udziałem potęgi wiary – nie tylko tej religijnej – na której można budować imperia.

Maciej Siembieda, Wotum, Warszawa: Wydawnictwo Agora, 2020, 380 s.
(premiera 11.03.2020)

Za możliwość zapoznania się z książką jeszcze przed oficjalną premierą serdecznie dziękuję autorowi i Wydawnictwu Agora.