Czas na czytanie: „Vicious: Nikczemni”, „Vengful: Mściwi” V. E. Schwab

Do twórczości V. E. Schwab już od dawna chciałam zrobić podejście, a że (jak dziwnie by to nie brzmiało) lubię czytać o psychopatach, wybór tytułu stał się oczywisty. Szczególnie, ze udało mi się upolować egzemplarz w ramach ostatniej edycji Wielkiej Wymiany Książkowej.

Eliot Cardale i Victor Vale – dwoje zdolnych i ambitnych przyjaciół oraz niestandardowy projekt badawczy. W istnienie osób o Ponad Przeciętnych zdolnościach mało kto wierzy, dlatego praca dyplomowa mająca na celu nie tyle udowodnienie ich istnienia, a odkrycie sposobu nabywania tych szczególnych, ponadnaturalnych zdolnościach budzi tylko uśmieszki politowania. Czy to wypada, by najlepszy uczeń zajmował się taką farsą?

Kiedy jednak najlepszy uczeń, za namową i pomysłem socjopatycznego najlepszego przyjaciela, podda się pragnieniu wiedzy i udowodnienia niemożliwego eksperyment może wyrwać się spod kontroli. A jeśli biorą w nim udział dwie równie uparte i dumne jednostki, przekonane o sile swoich racji, nie trudno o tragedię. A to będzie dopiero początek…

Znajdziemy tu osoby PonadPrzeciętne władające supermocami i eksperymenty naukowe, bezrefleksyjnych, nieco (przynajmniej na początku) szalonych geniuszy absolutnie pewnych siebie i swoich teorii, zazdrosnych i niespecjalnie przejmujących się etyką oraz sporą dawkę religijnego fanatyzmu. Będzie igranie z zżyciem i śmiercią, sporo strzelania, głęboko chowanej urazy, zdrady, potrzeby poklasku i poczucia misji, bardzo względnie postrzeganej moralności, pogoni za zemstą i wreszcie – intrygujących bohaterów, którzy zaczynają zyskiwać dopiero po dłuższym czasie. Na co niewątpliwy wpływ ma dwutorowo prowadzona narracja, w której chwila obecna przenika się ze wspomnieniami przeszłości.

Trochę mroczne urban fantasy, trochę thriller psychologiczny, trochę komiksowa historia z superbohaterami w roli głównej. Tylko w tym przypadku nie bardzo wiadomo kto jest bohaterem, a kto złoczyńcą.

I jak pierwszą połowę książki raczej przemęczyłam rozczarowana bardzo powierzchowną kreacją bohaterów i brakiem głębi w ich relacji, tak pod koniec zaczęłam wkręcać się na tyle, że od razu zarezerwowałam w bibliotece drugi tom. Jak dla mnie trochę za długo się rozkręcała i chyba nie do końca odpowiadają mi tego rodzaju skoki w czasie, ale cieszę się, że jednak dałam jej szansę. Na pewno nie trafi na moją listę ulubionych, ale jednocześnie byłam strasznie ciekawa ciągu dalszego tej historii.

Twór dziwny, ale im dalej w las, tym bardziej pociągający. W ten niepokojący sposób.
Dołączam do mojej kolekcji książkowych dziobaków.

V. E. Schwab, Vicious: Nikczemni, Poznań: Wydawnictwo We Need YA, 2019, 448 s.

UWAGA, dalsza część recenzji odnosi się do tomu drugiego, jeśli nie czytaliście jeszcze „Nikczemnych”, możecie trafić na SPOILERY!

Od razu na wstępie mogę powiedzieć, że w drugim tomie „Złoczyńców” znalazłam to, czego tak bardzo brakowało mi w pierwszym – pogłębienie psychologiczne naszego psychopaty. Czytelnik dostaje szansę poznania dzieciństwa Elia, jego sytuacji rodzinnej, wydarzeń i decyzji, które ukształtowały jego charakter i wiarę. Będziemy obserwować sposób, w jaki nauczył się nakładać maskę młodzieńca idealnego oraz początki jego relacji z Victorem, który od samego początku potrafił ta maskę przejrzeć.

To właśnie te elementy były dla mnie fabularną dziurą w pierwszej części i wypłaszczały mi kreację bohaterów. I dzięki nim „Mściwych” zaczęłam czytać od pierwszej strony z zapartym tchem.

Jak można było się spodziewać po zakończeniu „Nikczemnych”, wskrzeszenie nie odbiło się dobrze na mocach Victora, a znalezienie lekarstwa na szwankującą moc osoby PP to nie jest spacer po parku. Szczególnie, kiedy po piętach zaczyna Ci deptać nowy-stary wróg, tym razem ze zdecydowanie lepszym zapleczem, a w mieście Merit (coraz bardziej przypominającym mi Sin City), na gruzach mafijnego świata powstaje nowa, wyjątkowo potężna Ponad Przeciętna. I to taka, która nie zamierza kryć się w cieniu i nie waha się używać swojej niszczycielskiej nocy ani przeciwko ludziom, ani przeciwko innym osobom obdarzonym wyjątkowymi umiejętnościami. A nic nie potrafi tak dobrze zjednoczyć, jak wspólny wróg. Czy jednak sojusze oparte na takich fundamentach okażą się mniej ulotne niż mgnienie oka?

Po raz kolejny będziemy świadkami krwawego i bezwzględnego pościgu, w którym jest się jednocześnie i łowcą i zwierzyną. Nie zabraknie eksperymentów medycznych – jeszcze okrutniejszych niż te, których dopuszczali się Elio z Victorem w akademiku, wyścigu analitycznych umysłów, nieprzedawnionych uraz i pogoni za zemstą.

Tym razem, dla odmiany trochę dłużył mi się środek, myślę, że obie książki spokojnie mogłyby być nieco szczuplejsze, a bardziej skondensowane, w tym przypadku dłużyzna nie wychodzi historii na dobre. Mimo to wciągnęła mnie już od pierwszych stron, nie brakuje w niej  akcji ani spektakularnych atrakcji, a i zakończenie było satysfakcjonujące.

Dziwna, ale ciekawa seria, z taką mieszanką jeszcze nie miałam do czynienia. I chociaż nie muszę mieć jej na półce i raczej nigdy już do niej nie wrócę, to był dobrze spędzony czas.

V. E. Schwab, Vengful: Mściwi, Poznań: Wydawnictwo We Need YA, 2020, 544 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Bajki Majki: „Witaj, przedszkole!” Patrycja Wojtkowiak-Skóra, „Moja wielka wyszukiwanka. Przedszkole” Susanne Gernhäuser

Jeśli chodzi o przedszkole, Maja jest już „starą wyjadaczką” i w tej tematyce najczęściej sięgamy o serię z Dusią w roli głównej i, bardziej pośrednio, po serię o Basi. Książeczki wspomagające adaptację wciąż jednak wzbudzają moje zainteresowanie, a i Maja lubi o przedszkolu posłuchać, choć raczej jednorazowo, zanim stwierdzi że „to dla maluchów”.

O książeczkach, które towarzyszyły nam kilka lat temu podczas majkowej adaptacji przeczytacie TUTAJ, a tymczasem zapraszam na recenzje dwóch świetnych nowości w tematyce przedszkolnej:

„Witaj, przedszkole!” to chyba najlepsza książeczka przygotowująca kilkulatka do roli przedszkolaka, z jaką mieliśmy do czynienia. Jest całkiem grubaśna – ma aż 70 stron! – ale została podzielona na krótsze, tematyczne rozdziały, więc spokojnie można czytać np. po jednym każdego wieczoru, jeśli mamy mniej zaawansowanego słuchacza, albo wiercidupkę, która tak długo nie wysiedzi. Każdy rozdział, krok po kroku dokładnie opisuje co czeka maluszka w przedszkolu. A z doświadczenia mogę powiedzieć, że takie właśnie podejście, czyli wcześniejsze wytłumaczenie i nastawianie dziecka na to, co będzie oraz przygotowanie do wszystkich prawdopodobnych sytuacji okazało się u nas niezastąpione zarówno podczas pierwszej adaptacji, jak i podczas zmiany przedszkola. Super, że akcja książki zaczyna się jeszcze w wakacje, kiedy to rodzice nastawiają głównego bohatera – Krzysia – na czekające go w życiu zmiany. Jeszcze przed swoim pierwszym dniem chłopiec ma szansę odwiedzić przedszkole, dowiedzieć się w jakiej sali będzie spędzał dnie, jakim zwierzątkiem oznaczona będzie jego szafeczka i krzesełko, jak nazywa się jego pani i z kim będzie w grupie MOTYLKÓW. Dostanie nowy plecak i wraz z mamą zrobi przedszkolne zakupy. W pierwszych dniach pozna zarówno plan dnia, dającą poczucie bezpieczeństwa rutynę, jak i możliwe stresujące sytuacje – toaletową wpadkę, kłótnię o zabawki, czy spóźniającą się z powodu korków mamę. Ale przedszkole to również wyjątkowe okazje do świętowania – urodziny, jesienny bal, wycieczka poza przedszkole z pluszowym wężem w łapce, przedstawienie i świąteczne spotkanie również zostały dokładnie opisane.

Chociaż książka ma stosunkowo dużo tekstu, nie brak w niej również uroczych, bardzo kolorowych ilustracji Patrycji Fabickiej – najczęściej wypełniających całe strony.

Moim zdaniem jest rewelacyjna, aż żal, że „za naszych czasów” jeszcze nie było tego tytułu, chociaż dość intuicyjnie wypracowaliśmy sobie bardzo podobną metodę adaptacji. Polecam wszystkim początkującym przedszkolakom z całego serca. Jednak ze względu na dłuższe partie tekstu, wymaga od słuchacza pewnego oczytania i doświadczenia z bardziej zaawansowanymi pozycjami, niż krótkie książeczki w stylu np. Kici Koci. Moim zdaniem to takie 3+. Zwłaszcza, że została wydana z papierowymi stronami w twardej oprawie z ostrymi brzegami. Do czytania i przeglądania pod opieką rodzica.

Patrycja Wojtkowiak-Skóra, Patrycja Fabicka, Witaj, przedszkole!, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2021, 70 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

Drugą z książeczek – wyszukiwankę – rekomenduję dla nieco młodszych przedszkolaków – moja Majka zaczynała swoją przygodę z przedszkolem w wieku 2,5 lat i moim zdaniem dla takiego malucha byłaby idealna. Szczególnie, że same korzystałyśmy z podobnego tytułu o lakonicznym tytule „W przedszkolu” i wówczas jeszcze Bobasa bardzo lubiła szukanie szczegółów porozrzucanych w przedszkolnym chaosie.

Dwa poprzednie tomy z serii „Moja wielka wyszukiwanka” – „Zwierzęta świata” oraz „Dzień i noc” pokazywałam Wam już kiedyś TUTAJ. Tym razem tematyką 11 planszy są sceny pozwalające małemu czytelnikowi przywyknąć do codzienności w przedszkolu. Od powitania, zmiany butów na kapcie i zdjęcia kurteczek w szatni, przez rozmaite zajęcia, korzystanie z łazienki, posiłki, plac zabaw i drzemkę aż po wycieczki, przedstawienia i zimowe zabawy. Jest gwarno, tłoczno i wesoło, choć i bez nadmiernej idealizacji – nie zabrakło toaletowej wpadki, łez podczas pożegnania z rodzicem, zgubionej czapki, kłótni, czy plam farby. Bardzo spodobało mi się też, że wśród przedszkolnych opiekunów pojawiają się również mężczyźni, co nie jest chyba szczególnie popularne.

Ilustracje mają różny poziom szczegółowości, dzięki czemu będą odpowiednie dla tych mniej i bardziej cierpliwych obserwatorów. Każdej z nich towarzyszy krótki, kilkuzdaniowy tekst zarysowujący daną sytuację i jej kontekst oraz kilka elementów (7-9) do znalezienia na głównym obrazku.

Chociaż, jak sama nazwa wskazuje, tematyką książeczki jest przedszkole, niewielka ilość tekstu, stosunkowo proste, choć szczegółowe obrazki oraz sposób wydania – z grubszymi tekturowymi stronami (ząbko- i ślinoodporne) oraz bezpiecznie zaokrąglonymi rogami sprawiają, że spokojnie można sięgnąć po nią już z zupełnym maluszkiem. A po drobnych modyfikacjach można wykorzystać ją jako pomoc podczas oswajania codzienności w żłobku.

Susanne Gernhäuser, Moja wielka wyszukiwanka. Przedszkole, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2021, 24 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Czas na czytanie: „Opowieści z Akademii Nocnych Łowców” Cassandra Clare, Sarah Rees Brennan, Maureen Jonson, Robin Wasserman

Jak „Kroniki Bane’a” mnie rozczarowały, tak „Opowieści z Akademii Nocnych Łowców” okazały się wyjątkowo pozytywnym zaskoczeniem. Dawno już nie bawiłam się tak dobrze czytając opowiadania, w sumie nie jestem pewna, czy kiedykolwiek.

Czy Simon ma wspomnienia ze swoich nadnaturalnych przygód, czy akurat doskwiera mu demoniczna amnezja, wciąż jest tym samym bezbłędnym Simonem. A Bezbłędnego Simona nie sposób nie kochać. I nie można odmówić mu niewątpliwego talentu w roli narratora.

Życie Simona Lewisa nigdy nie było łatwe i wygląda na to, że wcale nie zanosi się na poprawę w tej kwestii. Teraz jest bohaterem wojny, której nie pamięta, w świecie, o którego istnieniu nie ma pojęcia, a najlepsi przyjaciele są dla niego obcymi ludźmi. Szansą na odzyskanie wspomnień jest Wstąpienie – rytuał przyjmujący Przyziemnego do elitarnego grona Nocnych Łowców. Jednak by móc do niego przystąpić, śmiałek musi spędzić dwa lata pełnych znoju przygotowań w Akademii szkolącej kwiat młodzieży Nefilim. I nie zginąć. A nawet jeśli uda się przetrwać te lata morderczych treningów, samobójczych misji i przebywania z latoroślami szanowanych rodów Nocnych Łowców, to przy samym Wstąpieniu też można zginąć. Bardzo w styli filozofii YOLO.

Dużym plusem jest duża różnorodność opowiadań. Chociaż przede wszystkim dotyczą one Simona, niektóre z historii poświęcone zostały innym, mniej lub bardziej znanym nam bohaterom, a sam ex Chodzący za Dnia jest ich odbiorcą, albo pomniejszym uczestnikiem – w ten sposób poznamy opowieść o Zaginionym Herondale’u, posłuchamy o jednej z ciekawszych i bardziej medialnych misji Tessy i Williama w XIX-wiecznym Londynie, poznamy syna Tessy – Jamesa, który zdecydowanie lepiej radził sobie z książkami, niż z ludźmi (i sam nie do końca był człowiekiem), posłuchamy też o początkach Kręgu Valentina. Wraz z Simonem zagłębimy się w zrujnowane korytarze Akademii mającej czasy świetności już dawno za sobą, stawimy czoła całym zastępom szczurów i, co gorsza, zadufanych w sobie dzieci Nocnych Łowców, nawiążemy przyjaźnie i przeżyjemy nowe przygody –  spotkamy Marka Blackhorne’a podczas przypadkowej wyprawy do Faerie, będziemy świętować ślub Helen i świadkować podczas ceremonii parbatai Juliana i Emmy.

I jeszcze moje ulubione, superdługie i przekochane, opowiadanie poświęcone Alecowi, Magnusowi i pewnemu niebieskiemu znalezisku, które przyjdzie im przygarnąć pod swoje skrzydła.

Dla fanów uniwersum Cassandry Clare pozycja obowiązkowa. Szczególnie, że wiele opowiadań znajdzie swoje rozwinięcie w kolejnych Kronikach.

Cassandra Clare, Sarah Rees Brennan, Maureen Jonson, Robin Wasserman, Opowieści z Akademii Nocnych Łowców, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2017, 656 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Bajki Majki: „Pozytywka. Witamy w Pandorii” Gijé, Carbone

Odkąd jakiś czas temu kompletnie zakochałam się w Pamiętnikach Wisienki, zaczęłam z większym zaciekawieniem przyglądać się komiksom dla dzieci, chociaż moja Maja zdecydowanie musi do nich jeszcze dorosnąć.

„Witamy w Pandorii” to pierwszy tom bardzo obiecującej serii dla dzieci. Nola dostaje na urodziny pozytywkę – pamiątkę po zmarłej mamie. Gdy przekręca kluczyk, by posłuchać melodii, zauważa w kuli machającą do niej postać… W ten sposób, niczym Alicja, trafia do fantastycznej krainy ukrytej we wnętrzu pozytywki i wpada w sam środek intrygi. Mama nowo poznanej przyjaciółki, która ściągnęła ją do Pandorii, cierpi na nieokreśloną chorobę. Czy to możliwe, że ktoś ją otruł? Który z sąsiadów mógł to zrobić i dlaczego? Czy troje dzieci, z czego jedno z nich aż do tej chwili nie miało pojęcia o istnieniu tego świata, będzie w stanie pomóc chorej i odkryć truciciela?

W porównaniu z przygodami Wisienki mamy tu zdecydowanie mniej tekstu i krótszą oraz mniej skomplikowaną fabułę – jest to propozycja dla nieco młodszych dzieci. Nie brak tu jednak poważnych tematów, choć na razie dopiero wstępnie zarysowanych i umieszczonych w fantastycznym świecie pełnym niezwykłych stworzeń. Dominującym problemem jest tu ogrom tęsknoty po śmierci ukochanej mamy, pojawiają się również motywy choroby i zakazanej miłości („W Pandorii nie można kochać kogo się chce”) oraz bliżej nieokreślone niebezpieczeństwo czyhające na dziewczynkę.

Nie ukrywam, że do tego tytułu przyciągnęły mnie cudowne ilustracje – zarówno kolory, jak i kreska są bardzo w moim guście, każda strona to uczta dla oczu. Szczególnie, że nie brak tu różnych cudacznych bohaterów, wielogłowych, wielorękich i wyposażonych w mackowe brody. A towarzyszy im klimat tajemnicy i niesamowitości.

Pierwszy z komiksów to tak naprawdę dopiero wstęp do całej historii – czytelnik będzie miał szansę ledwie posmakować klimatu tego świata i rządzących nim praw oraz samej historii. Nie mam najmniejszej wątpliwości, że sprawa truciciela znajdzie swoje rozwinięcie, a przygody Noli i jej nowo poznanych przyjaciół dopiero się rozkręcają. Jaką rolę w świecie wewnątrz pozytywki pełniła mama naszej bohaterki? Odpowiedzi na wszystkie te pytania mama nadzieję znaleźć w drugim tomie.

Gijé, Carbone, Pozytywka. T.1: Witamy w Pandorii, Warszawa: Wydawnictwo Egmont, 2021, 56 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Egmont.

Czas na czytanie: „Felix ever after” Kacen Callender

Bardzo cenię i po prostu strasznie lubię sięgać po młodzieżówki „społecznie zaangażowane”, czyli takie, które poza opowiedzeniem danej historii pełnią rolę dydaktyczną podejmując temat ważny i trudny dla młodego czytelnika – tym razem są to transpłciowość i niebinarność – po czym przedstawiają go w sposób daleki od wykładu, czy moralizacji.

I „Felix ever after” robi to świetnie. Sama, choć zawsze wydawało mi się, ze jestem raczej świadoma, niż nie, podczas lektury co chwila chwytałam za telefon by sprawdzić jakieś pojęcie lub o czymś doczytać. A jednocześnie całkowicie wciągnęłam się w historię o sztuce, tożsamości, odrzuceniu, podejmowaniu niesamowicie trudnych życiowych decyzji, o porównywaniu się z innymi, o odkrywaniu samego siebie, o przemocy, która nie zawsze musi być fizyczną, o życiu w świecie dalekim od tolerancji, o byciu ważnym, wartościowym i wystarczającym, o tęsknocie za miłością i jednoczesnym strachu przed nią, aż wreszcie – o odwadze próbowania mimo wizji niepowodzenia. Oraz w szkolne love story oczywiście!

„(…) za bardzo się boję na serio zacząć – boję się spróbować i zaliczyć porażkę.”

To książka która na pewno w pewien sposób otwiera oczy – nie tylko na różnorodność ludzi i opcji, której nie jesteśmy świadomi, dopóki nie zaczyna dotykać nas bezpośrednio, ale również na dylematy i poszukiwania tak charakterystyczne dla wieku nastoletniego. I chociaż bohaterowie, jak na licealistów, wydawali mi się momentami nieco zbyt dojrzali, zbyt świadomi, zbyt mądrze i zrozumiale wyrażający swoje myśli, z ich wątpliwości i emocji przebija się prawda, a pytania, jakie sobie zadają chyba nikomu nie będą obce. A na pewno nie są obce mi – osobie białej, raczej hetero i cispłciowej. Nie bez znaczenia jest tu z pewnością fakt, iż jest to książka napisana przez osobę niebinarną, znającą wszystkie te rozważania i dylematy z autopsji.

Poza niewątpliwie imponującą dyskusją o tożsamości płciowej, potrzebie korzystania z etykietek, przynależenia do wspólnoty, dopasowania, akceptacji drugiego człowieka i nie zawsze zdrowej miłości, zaimponowała mi również całkiem fajnym wykładem na temat granic sztuki i tego, co wolno artyście.  

Nie sposób też nie wspomnieć, że jest to książka absolutnie przeurocza. Bohaterowie i ich relacje są cudowni i do serca przytul, nie można ich nie polubić i im nie kibicować. Znajdziemy tu fantastyczną przyjaźń, nie zawsze łatwe relacje z rodzicami, słodkie pierwsze kroki w zakochaniu i kilka niezaprzeczalnych prawd o pierwszej miłości. I tych kolejnych też.

Przyjemna. Sympatyczna. Ważna. Prawdziwa. I nie wiem, jak to możliwe, ale ciężka i cudownie lekka jednocześnie.

Polecam nie tylko zagubionym i nie tylko nastolatkom.

Kacen Callender, Felix ever after. Na zawsze Felix, Poznań: Wydawnictwo We Need YA, 2021, 360 s.

Bajki Majki: „Atlas oceanicznych przygód” Emily Hawkins, Lucy Letherland

To już drugi z serii Ogromnych Atlasów, Które Nie Mieszczą Się Na Żadnej Półce w naszej kolekcji. W przeciwieństwie do „Atlasu Cudów Świata”, ten zabierze nas w podróż po morskich głębinach i wybrzeżach wraz z zamieszkującymi je zwierzętami. A każda kolejna rozkładówka, poświęcona innemu stworzeniu, została przedstawiona jako przygoda. Będziemy więc m.in. szukać schronienia z błazenkami na Wielkiej Rafie Koralowej, drzemać z wydrami u wybrzeży USA, tańczyć z głuptakami na wyspach Galapagos, wabić zdobycz z żabnicami w czeluściach Rowu Mariańskiego, parzyć z żeglarzem portugalskim na Wyspach Kanaryjskich, nadymać się z najeżką na Malediwach, czy zaznawać lodowej kąpieli z morsami na Svalbard.

Atlas został podzielony na 5 rozdziałów odpowiadających 5 oceanom. Zaczyna się od mapy świata i zaproszenia na morską przygodę. Do tego nie trzeba nas namawiać!

Każda rozkładówka to szczegółowo rozrysowana scena ukazująca wycinek morskich głębin. A na każdej z nich prym wiedzie inne zwierzątko – pławikonika od aż po płetwala błękitnego. Jest się czemu przyglądać, szczególnie, że to książka którą najwygodniej na świecie czytać i oglądać rozłożoną na dywanie. Samemu również będąc na nim rozłożonym.

Na samym końcu znajdziemy natomiast dwie tablice – jedną przedstawiającą zagrożenia dla oceanów i drugą ze szczegółami do znalezienia w książce oraz indeks haseł.

W porównaniu do „Atlasu Cudów” jestem bardziej zadowolona z treści, choć tekstu jest stosunkowo niewiele, jak na gabaryty książki – to wciąż zdecydowanie bardziej encyklopedia obrazkowa, z naciskiem na drugi człon. Moja wiedza z biologii nie jest szczególnie imponująca nie mogę kompetentnie ocenić przekazywanych informacji pod względem merytorycznym (byłyśmy natomiast nieco rozczarowane wyjątkowo skąpymi informacjami na temat fok – naszych najulubieńszych mieszkańców wód), podoba mi się jednak sposób ich przekazywania – po niedługim, bardziej encyklopedycznym wstępie u góry strony, reszta wiadomości przekazywana jest w formie ciekawostek rozsianych pośród ilustracji i małych tablic prezentujących np. części ciała danego zwierzęcia, czy różne gatunki. Na każdej rozkładówce znajdziemy również kulę ziemską z zaznaczonym wyraźnie obszarem występowania.

Po raz kolejny wielkim atutem tej wielkiej książki są ilustracje – kolorowe, pełne szczegółów

Nas najbardziej kręcą wodne klimaty, to też wręcz wymarzony temat na upalne letnie dni – więcej książek o wodzie znajdziecie w tym zestawieniu – ale z tej serii wydano jeszcze „Atlas Przygód Zwierząt” i „Atlas Przygód Dinozaurów”.

Emily Hawkins, Lucy Letherland, Atlas oceanicznych przygód, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2021, 88 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

A jeśli chcielibyście poczytać o mieszkańcach najbliższego dużego akwenu – naszego Bałtyku, koniecznie sięgnijcie po „Bałtyckie zwierzaki” i zajrzyjcie do Kącika Małego Miłośnika Fok.

Czas na czytanie: „Pierre i Raimundo. Cztery pory roku” Bartosz Brzeziński

Przeczytałam książkę i nie wiem co napisać. Z jednej strony, pod względem fabuły, kreacji bohaterów, rozwoju akcji, ta pozycja jest zupełnie nijaka.

Introwertyk i ekstrawertyk, sportowiec i mózgowiec, humanista i umysł ścisły, licealny romans, walka o akceptację otoczenia. Oklepane schematy są fajne, jeśli w jakiś sposób nowa historia w jakiś sposób się wyróżnia, a w tym przypadku tego wyróżnika mi zabrakło. I to nie tylko jeśli porównam ją z ulubionymi tytułami tego gatunku, ale również z opowiadaniami, które nigdy nie zostały wydane, nawet w formie selfpublishingu.

Z drugiej jednak czytało się w sumie ok. Mnie nie porwała, ale może kogoś innego urzeknie? Znalazłam też kilka plusów, choć może podchodząc do tej książki bardziej od strony społecznej.

To, co na pewno można o tej pozycji powiedzieć, to że jest szalenie nierówna. Powstawała przez wiele lat, w odcinkach, jako blogowe opowiadanie i to mocno daje się odczuć podczas lektury. Niemniej jednak wspomniana nierówność jest w tym wypadku plusem, bo mamy szansę przyjrzeć się rozwojowi warsztatu pisarskiego autora. To, co wypisałam sobie jako męczące uchybienia w początkowych rozdziałach (na przykład brak pogłębienia psychologicznego bohaterów), pod koniec nie jest już wcale takie aktualne.

Momentami naiwna, bardzo tendencyjna, z niedojrzałymi bohaterami i „serialowymi” przeskokami od dramatu do dramatu – gdzie dramaty zwiększają się wprost proporcjonalnie do ilości przeczytanych stron – którym brak płynnego połączenia fabułą. Jest to jednak książka pisana przez nastolatka (jak przypuszczam) w formie pamiętnika nastolatka właśnie. Nastolatka, który przeżywa pierwsze porywy serca i odkrywa swoją seksualność. I chociaż jak na pamiętnik mało było mi przeżyć wewnętrznych, dylematów, przemyśleń i emocji, nie sposób odmówić Pierrowi pewnego autentyzmu.

Nawet, jeśli trudno mi uwierzyć w osiemnastolatka piszącego o nauczycielach z przedrostkiem „Pani”. Bo serio, kto mówi o swojej wychowawczyni „pani Siekierska”, skoro można powiedzieć „Siekiera” a o szkolnym psychologu „pani psycholog”? Jaki nastolatek, nawet Kujon Grzeczny Chłopiec, używa w ogóle przedrostka „pani”? Gdzie się podziały wszystkie „facetki” i plejada mniej lub bardziej sympatycznych ksywek?

No i w sumie nie wiem. Nic mnie w tej książce nie zaskoczyło, była typowa i przewidywalna. Nie zmieniła mojego życia, nie znalazłam w niej ani tematów do przemyśleń, ani poczucia humoru, częściej też byłam zażenowana zachowaniem i decyzjami bohaterów, niż budzili we mnie jakiekolwiek inne odczucia. Jedna z tych książek mało wymagających książek, które fajnie przeczytać latem, w parku albo na plaży, bo przypominają trochę o szkolnych latach, ale po skończonym urlopie nie za wiele się już z nich pamięta. Wiecie, takie typowe „bez szału”. Niemniej jednak poczułam nutkę nostalgii za śledzeniem blogowych opowiadań – kilka czytam po dziś dzień, chociaż ten sposób chyba już odchodzi trochę do lamusa na rzecz Wattpadów i innych nowoczesnych wymysłów. To też fajny wgląd w proces rozwoju stylu autora, bardzo lubię to obserwować. Szczególnie, że rozwój jest na tyle znaczący, że z pewnością sięgnę również po późniejsze książki autora. Kilka z nich już czeka na regale wstydu.

A traktując ta książkę jako spełnione marzenie o wydaniu historii, która powstawała latami i towarzyszyła podczas pierwszych kroków z pisaniem, nie sposób nie kibicować i nie trzymać kciuków. Nie można też nie docenić zmiany społecznej – jeszcze kilka lat temu, zapewne, kiedy Pierre i Raimundo zaczynali powoli kształtować się w pierwszych rozdziałach, opowiadania z wątkami lgtb+ można było przeczytać niemalże wyłącznie na blogach albo kupić niszowe selfublishingi o maleńkich nakładach. A teraz powstaje coraz więcej pełnoprawnych książek o tej tematyce, coraz częściej wydawanych również przez duże i znane wydawnictwa. Nareszcie!

Bartosz Brzeziński, Pierre i Raimundo. Cztery pory roku, Warszawa: 2019, 450 s.

Bajki Majki: „Kocia Szajka i ucho różowego jelenia” Agata Romaniuk

Może zacznę od opinii mojej Majki, lat 5:

„Mamo, pierwsza część też mi się podobała, ale ta jest jeszcze bardziej super!”

I chyba wyczuła to od pierwszej chwili, bo kiedy tylko weszłam do jej pokoju z informacją, że przyszła nowa część „Kociej Szajki”, zaczęła skakać po łóżku z radości.

Podobnie, jak w przypadku pierwszej części czeka nas (i koty!) kryminalna zagadka do rozwiązania.

Tym razem w śledztwie od samego początku prym wiodą dziewczyny. Lola i Poziomka, podczas sesji kociej jogi w kawiarnianym ogródku zostają świadkami zbrodni – nieznany sprawca dopuścił się zamachu na uroczy i cieszący się powszechną sympatią symbol Cieszyna – różowego jelonka. Misternie zaplanowana zbrodnia, czy zwykłe chuligaństwo? Kto byłby zdolny do popełnienia takiego przestępstwa i jakie powody mogły nim kierować? I przede wszystkim – czy zagadka tego kalibru będzie wystarczająca, by przykuć uwagę osławionej Kociej Szajki, która przecież ostrzyła już sobie pazurki na zdecydowanie bardziej poważnych zagadkach?

„Powinnością kotów jest bronić rzeczy dobrych i pięknych!”

Kiedy do kocich detektywek dołącza aspirantka Walerka, powodzenie śledztwa wydaje się być przesądzone. Nie zabraknie jednak podążania tropem przestępcy, analizowania śladów i przesłuchiwania świadków. W końcu nawet najmniejszy, pozornie nic nie znaczący detal może się okazać kluczem do rozwiązania sprawy! Czeka nas również spływ kajakowy, frytowane szproty, czepek w krokodylki, różowe kocie pazurki, jednorożce, obalanie stereotypów płci, połączenia przez koci internet, salto mortale i spora dawka girl power. No i fantastyczne ilustracje oczywiście, to wciąż jedna z najbardziej efektownych pod względem wizualnym książek na majkowej półce! A kiedy doprawimy to wszystko sporą dawką poczucia humoru, wyjdzie książka, od której nie sposób się oderwać. Gdyby tylko moje gardło temu podołało, moja przedszkolaczka przymusiłaby mnie do przeczytania jej całej jednego wieczora, co samo w sobie może stanowić najlepszą rekomendację.

Tylko w następnej części zamawiamy trochę większą rolę dla naszej najulubieńszej bohaterki – Bronki od Cieślarów. Zaczynamy już nawet troszkę rozumieć cieszyńską gwarę!

Po raz kolejny polecamy kociarzom, fanom detektywistycznych zagadek i wielbicielom genialnych ilustracji. A poza tym to po prostu świetna przygoda!

Agata Romaniuk, Malwina Hajduk, Kocia Szajka i ucho różowego jelenia, Warszawa: Wydawnictwo Agora, 2021, 128 s.

Recenzja powstałą dzięki uprzejmości Wydawnictwa Agora.

Bajki Majki: „Kod Oracle” Marieke Nijkamp, Manuel Preitano

Pierwsza książka z serii „DC Powieść graficzna 13+”, jaką czytałam – „Catwoman” – była dla mnie bardzo pozytywnym zaskoczeniem i podstawiła poprzeczkę bardzo wysoko. Teraz już spodziewałam się treści wychowawczych i wzięcia na ruszt „trudnych tematów” do przepracowania z młodymi odbiorcami. Za to dla odmiany sama postać i historia Barbary Gordon były mi wcześniej nieznane.

Przybliżę więc dla tych, którzy charakteryzują się w tym temacie ignorancją podobną mojej: Barbara Gordon jest genialną hakerką o analitycznym umyśle i córką komisarza Gordona. Tego komisarza od Batmana. Pewnego dnia jej ciekawość sprawiła, że znalazła się w nieodpowiednim czasie w nieodpowiednim miejscu i została postrzelona podczas napadu, co skończyło się dla niej niepełnosprawnością. By nauczyła się żyć na wózku inwalidzkim, rodzina umieszcza ją w elitarnym ośrodku – Centrum Rehabilitacji Arhkam. A tam dzieją się naprawdę niepokojące rzeczy. A może to tylko efekt nadmiernie wybujałej wyobraźni pacjentów i ich problemów psychicznych, nieprzepracowanych traum i okropnych wspomnień?  Czy dociekliwość Barbary doprowadzi do kolejnej tragedii, czy może uda jej się rozwiązać zagadkę zaginionych podopiecznych?

„(…) gdybym się nie bała, toby znaczyło, że mi nie zależy. To strach sprawia, że dajemy z siebie wszystko, że przemy do przodu, że próbujemy zrozumieć to, czego nie rozumiemy”.

Tym razem temat przewodni wydaje się być oczywisty – niepełnosprawność i stawiane przez nią ograniczenia, mozolny proces godzenia się z nową sytuację i dalekie od oczekiwanych reakcje najbliższych. Znajdziemy tu jednak również sporo na temat nawiązywania przyjaźni, wyrzutów sumienia, zaufania drugiej osobie, zawierzenia intuicji, nie poddawania się i wątpliwych kwestii moralnych. W połączeniu z niepokojącą zagadką do rozwiązania i świetnymi, oddającymi nieco upiorny klimat ilustracjami wychodzi historia tak wciągająca, jak i edukacyjna. Powiedziałabym nawet, że w przeciwieństwie do historii Catwoman, tutaj mamy nawet mniej moralizowania, albo jest ono po prostu bardziej subtelne, bo ani trochę nie wybija się na pierwszy plan.

Za to jak najbardziej odczuwalna jest duża dawka girl power, nawet jeśli nie tak oczywista, jak to zwykle bywa w historiach o superbohaterach.

Marieke Nijkamp, Manuel Preitano, Kod Oracle, Warszawa: Wydawnictwo Egmont, 2021, 184 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Egmont.