Bajki Majki: „Kacper nie dba o zabawki”, „Cukierkowa Wróżka i niezdrowa dieta”, Agata Giełczyńska

Kiedy zdarza mi się jakiś „problem wychowawczy”, a zwykłe tłumaczenie nie pomaga, szukam pomocy w książeczkach dla dzieci. Przyjrzenie się danym zachowaniom z innej perspektywy (również perspektywy ofiary), przeżycie danej historii i konsekwencjom określonych działań to sposób, w jaki maluszek może uczyć się na błędach swoich literackich rówieśników. Rodzic nie zawsze potrafi ubrać w słowa dany kłopot i odpowiednio uargumentować dlaczego czegoś nie można albo wręcz powinno się robić. A zakazy i nakazy bez argumentacji sprowadzają się przecież do pustych frazesów.

Dwie opowieści – Kacprze, który nie szanuje swoich zabawek, psuje je i bałagani oraz o miasteczku, w którym jedynym znanym jedzeniem są słodycze – mogą być właśnie pierwszymi takimi pouczającymi doświadczeniami.

Super, że to faktycznie są baśnie pełną gębą – pełne magii i tajemniczych zdarzeń. Znajdziemy tu mówiące i chodzące zabawki, wrednawe wróżki i drzewa rodzące słodycze i krowy dające kakao. A ponadto wciąż ładnie i bogato ilustrowane, co dodatkowo pomaga dziecku utożsamić się z bohaterami i wysnuć wnioski z ich zachowania.

Bo chociaż w realnym świecie zabawki sobie od ciebie nie pójdą, jeśli nie będziesz o nie dbał (a wręcz je niszczył!), a rośliny owocujące pełnymi cukrów prostych i tłuszczów utwardzanych słodyczami nie istnieją, to jednak konsekwencje braku szacunku i niezdrowej diety są zupełnie realne. Bo czym są dla dziecka zabawki, jak nie pierwszymi przyjaciółmi? W końcu utrata przyjaciela zawsze boli tak samo, nie wiadomo nawet, czy nie bardziej, niż brzuch po słodyczowej uczcie. Zdecydowanie lepiej o tym czytać, niż doświadczać na własnej skórze.

Wiadomo, że żadna książka nie powstrzyma dziecka od rzucenia zabawką, zlekceważenia potrzeb innego człowieka, czy ukradkowego podjadania cukierków przed obiadem. Ale dzięki takim właśnie lekturom, te przykre sytuacje będą dla malucha bardziej zrozumiałe.

Serię „Edukacyjne baśnie dla przedszkolaków” polecam  już trochę wprawionym czytelnikom przywykłym do dłuższych i bardziej skomplikowanych tekstów. Historie Giełczyńsiej należą bowiem już do tych rozbudowanych, choć zbudowanych na znanym i bezpiecznym temacie przyczyny, konsekwencji i poszukiwania rozwiązania. Moja świeżo upieczona trzylatka nieco się jeszcze w tym gubi, przez co traci zainteresowanie mniej więcej w 1/3. Obawiam się jednak, że zarówno upodobanie do słodyczy, jak i wieczne deptanie po zabawkach nie znikną tak prędko i książki będą jak znalazł również w przyszłym roku.

Agata Giełczyńska, Kacper nie dba o zabawki, Kraków: Wydawnictwo Aksjomat 2019, 24 s.
Agata Giełczyńska, Cukierkowa Wróżka i niezdrowa dieta, Kraków: Wydawnictwo Aksjomat 2019, 24 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Aksjomat.

50647940_2020799321330563_7707831382659039232_n

Wpis powstał w ramach akcji KOCHANIE PRZEZ CZYTANIE organizowanej przez Save the Magic Moments <3

 

Czas na czytanie: „Kiedy Pan Piecho gryzie” Brian Conaghan

Z wielką przyjemnością sięgam po kolejne książki dla młodzieży, które są w jakiś sposób „zaangażowane społecznie” – pokazujące świat z nieco innej perspektywy i jednocześnie dopasowane pod względem językowym i sposobem narracji do oczekiwań młodego czytelnika. Są to zatem zazwyczaj książki lekkie, zabawne i z ważnym przesłaniem.

Tego też spodziewałam się po historii Dylana – szesnastolatka z zespołem Tourette’a. I pod pewnymi względami dostałam to, czego oczekiwała, a pod innymi kompletnie mnie zaskoczyła.

DSC_1938.jpg

Przede wszystkim życie z tego rodzaju chorobą okazało się być znacznie bardziej skomplikowane, mogłam to sobie dotychczas wyobrażać. Tourette to nie tylko tiki i przekleństwa wykrzykiwane w niekontrolowany sposób, ale również mnóstwo innych uciążliwych dolegliwości – zarówno psychicznych, jak i fizycznych. Trochę wstyd się przyznać, ale jestem zszokowana swoją własną ignorancją w tym temacie. Nie da się ukryć, że tak lektura okazała się być dla mnie swego rodzaju nauczką.

Z drugiej strony Dylan, choć postrzega świat w nieco inny sposób, wciąż jest nastolatkiem. Uwielbia piłkę nożną, gra na konsoli, ogląda z mamą powtórki Milionerów, podziwia swojego ojca (który ani trochę na ów podziw nie zasługuje), ogląda się za spódniczkami i wraz z przyjacielem używa skrótów, które rozumieją tylko oni dwaj. I w pewien kompletnie nieadekwatny do swojej życiowej sytuacji sposób nigdy nie traci pogody ducha. Dlatego kiedy przez przypadek udaje mu się podsłuchać wyjątkowo mało optymistyczną lekarską diagnozę, na szczycie jego listy rzeczy do zrobienia przed śmiercią ląduje stosunek seksualny z najładniejszą dziewczyną w szkole. Co jak się domyślacie może być wyzwaniem. Szczególnie, kiedy nie sposób porozmawiać ze swoim obiektem westchnień nie obrażając go w co drugim zdaniu…

To nie jest historia, którą łatwo mi się czytało. Przede wszystkim ze względu na spoksik wkuperfranc wdechowy język, jakim posługuje się główny bohater snując swoją opowieść. I jak nie sposób nie podziwiać Dylana i jego podejścia do życia, tak szczególne pokłony należą się jednak jego mamie. Bo jak sympatyczny by nie był, nasz młody narrator jest przede wszystkim niesamowicie męczący. A jednocześnie nie sposób nie zapałać do niego sympatią.

Książka pełna sprzeczności, budząca skrajne emocje – od rozbawienia, przez zniecierpliwienie  i zażenowanie, aż po podziw i szacunek.

Brian Conaghan, Kiedy Pan Piecho gryzie, Warszawa: Wydawnictwo YA!, 2019, 383 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa YA!

Bajki Majki: „Gili, gili. Słówka z ostatniej chwili” Corinne Dreyfuss, Benjamin Chaud

Ta książeczka jest PRZEUROCZA! Już od samej koncepcji począwszy, są to bowiem rozmówki ludzko-bobasowe.

Każda strona służy przedstawieniu jednego prostego słówka bądź onomatopei, którymi okruszki zaczynające dopiero swoją przygodę z mówieniem opisują swój świat. Znajdziemy tu zatem obiekty i osoby z najbliższego otoczenia dziecka wraz z krótkim wytłumaczeniem znaczenia:

„Bam, kiedy się przewracam”, „Fuj, brzydko pachnie”, czy „Niania, kiedy nie ma taty ani mamy”. I moje ulubione: „Mama to mama”.

Poza wypisanymi różnymi kolorami słówkami, na białym tle stron znajdują się również ilustracje przedstawiające daną czynność, przedmiot, czy osobę. Ilustracje Benjamina Chauda, co koniecznie trzeba zaznaczyć. Bajecznie kolorowe, „kredkowe” i z poczuciem humoru (mina taty na ilustracji obrazującej siusanie mówi wszystko), a jednocześnie w łatwo rozpoznawalny sposób pokazujące rzeczywistość. Osobiście ujęło mnie przedstawienie piersi karmiącej mamy wyciągniętej przez maluszka, że aż samo patrzenie niemalże sprawia ból. Prawdziwe tak bardzo! A w „Tuli, tuli” dzidziusia dopatrzyliśmy się podobieństw do imprezowego przebrania nieco starszego kolegi z książki „Feralne urodziny ze Skarpetką”. Więcej ilustracji autora znajdziecie w serii o Lalo, Babo i Bincie oraz w książeczkach o słoniku Pomelo.

Specyficzny, wąski i wysoki format sprawia, że książeczkę bardzo wygodnie się trzyma i łatwo sięgnąć paluszkami do wszystkich elementów ilustracji – nawet gdy posiada się bardzo krótkie rączki. Twarda tektura stron wydaje się być odporna na upadki i zagrożenie ze strony małych ząbków (jak dobrze, że ten etap już za nami!), a ze śliskich kartek łatwo będzie zetrzeć kapiącą z ekscytacji ślinę bez większych szkód dla ochlapanej treści. I jeszcze to, co jest dla mnie podstawą w książkach dla maluszków – bezpiecznie zaokrąglone rogi, dzięki którym bez strachu można podać dziecku książkę do samodzielnej „lektury”.

Przemyślana pod względem formalnym, słodka i zupełnie śliczna. Moim zdaniem obowiązkowa pozycja dźwiękonaśladowcza dla dzieci 6m+, tuż obok „Księgi dźwięków”. Więc jeśli szukacie prezentu dla świeżo upieczonej mamy i jej maleństwa, to polecam bardzo!

Corinne Dreyfuss, Benjamin Chaud, Gili, gili. Słówka z ostatniej chwili, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2019, 30 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zakamarki.

50647940_2020799321330563_7707831382659039232_n

Wpis powstał w ramach akcji KOCHANIE PRZEZ CZYTANIE organizowanej przez Save the Magic Moments <3

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Zbrodnia i Karaś” Aleksandra Rumin

Spójrzcie na nagłówek mojego bloga. A potem trochę niżej, na wizerunek kota na okładce, a potem jeszcze raz na nagłówek. To musi być rodzina, chociaż mój Figiel do niczego się nie przyznaje! Tej pogardy wobec świata wymalowanej na kocim pyszczku nie da się podrobić.

Już dla samej okładki musiałam mieć tą książkę na moim uginającym się i łkającym cicho z bólu dźwigania tylu tomiszcz regale! A i czytało się całkiem dobrze.

To pełna absurdów i nawiązań do obecnej (i świeżo przekwitniętej) śmietanki celebryckiej satyra społeczno-uczelniana z trupem w tle.

Mamy tu uczelnię z piekła rodem, jej głodujących absolwentów wybierających ścieżkę kariery menela (albo inne gorzej płatne), patologiczną wręcz kadrę profesorską, kota gardzącego ludźmi, przynajmniej dwie wyjątkowe szuje, ducha w toalecie i tajemnicze morderstwo.

Całą intrygę poznajemy z aż 11 (!) odmiennych perspektyw, według których te same zdarzenia momentami różnią się tak bardzo, jak i sami bohaterowie. Zdecydowanie nie można się nudzić. To elegia dla elastyczności podstawowego instynktu przetrwania absolwentów kierunków humanistycznych i wredny chichot zawrotnej gry losu. A do tego sytuacje tak kosmiczne, że musiały się gdzieś kiedyś zdarzyć (gdzieś, czyli u nas), bo nikt nie byłby w stanie wymyślić czegoś takiego

Nie jest to porywająca książka, którą czyta się jednym tchem. Wręcz przeciwnie – dzięki dużej ilości krótkich, kilkustronicowych rozdziałów jest wyjątkowo dobrze „odkładalna”, co czyni z niej wymarzonego towarzysza komunikacji miejskiej i innych podróży małych i dużych.

Nie wiem, czy tej historii uda się przetrwać próbę czasu – jest tak naszpikowana zawoalowanymi prztykami ściśle powiązanymi ze współczesną sytuacją polityczno-brukowcową, że za kilka lat może być już nieczytelna. Skojarzenia przestaną być tak oczywiste i istniej ryzyko, że cały urok książki może się po prostu wypalić. W końcu gwiazdeczki od fitnessów i zdrowych produktów żywnościowych zwiększające swoją popularność dzięki urodzeniu dziecka, królowe kryminału oraz piramidy finansowe o dwukruszcowych nazwach nie zostaną w pamięci gawiedzi na wieki wieków (amen!). Dlatego też czytajcie szybko, nie ma czasu do stracenia! Bo jednak szkoda byłoby to przegapić.

Aleksandra Rumin, Zbrodnia i Karaś, Kraków: Wydawnictwo Initium, 2019, 300 s.
(premiera 15.03.2019)

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO: „Oczy uroczne” Marta Kisiel

Moja ekscytacja na samą myśl o tej książce była przeogromna, a entuzjazm podczas odbierania przesyłki porządnie wystraszył kuriera. Rzuciłam wszystko i dosłownie pożarłam. A teraz mi żal, że już się skończyło.

Chociaż żeby być zupełnie szczerym, gdzieś w głębi duszy miałam względem tej książki pewne obawy. W porównaniu z historią z Lichotki, „Szaławiła” nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia, nie tylko dlatego, że była opowiadaniem (a ja nie do końca umiem w opowiadania), ale jak zwykle nieszczególnie przekonuje mnie kobieta jako główny bohater. Szczególnie, jeśli mości się na zgliszczach opowieści, która skradła mi serce.

Nie da się ukryć, że jednak Konrad jest mi zdecydowanie bliższy i znacznie łatwiej było mi się z nim utożsamiać, niż z waleczną szaławiłą nie do zdarcia. Tak samo, jak wciąż przedkładam kichające anioły nad czorty z wadą wymowy, choć te drugie też są do serca przytul. Ale kiedy wiłę ogarnął słuszny gniew na ludzką głupotę, to aż mną miotało po pokoju. Oj, w tym temacie nie trudno jednak znaleźć między nami kilku podobieństw.

Mimo zmiany obsady, konwencja utworu nie pozwala zapomnieć, że to jednak kolejna część tego samego cyklu. I chociaż Odę lubię troszkę mniej, niż Konrada, a Bazyla troszkę mniej, niż Licho, to jednak wciągnęłam się momentalnie i nie byłam w stanie się oderwać. To równie dobra część, co dwie poprzednie. Wciąż ten sam humor, ten sam klimat i ten sam urok.

W odróżnieniu od wcześniejszych tekstów z tej serii, nie ma tu aż tylu nawiązań do rodzicielstwa i błędów wychowawczych, choć te wciąż się pojawiają. W końcu co ty to była za frajda, gdyby olbrzymi, rogaty demon nie troszczył się o główną bohaterkę niczym przykładna mama kwoka? Tym razem znajdziemy tu więcej na temat poszukiwania siebie i swojej drogi, życiowych wyborach, oraz zmaganiu się z dziedzictwem, wychowaniem i przeszłością. Jest trochę smalenia cholewek i mnóstwo awantur. I pączki. Ale przede wszystkim dość gorzka refleksja nad postępującym brakiem rozsądku i złudnym poczuciem bezpieczeństwa objawiającym się tak popularnym ostatnio ruchem antyszczepionkowym.

Bo jest to przede wszystkim książka o zarazie. Oby nie okazała się prorocza, bo nie wiem, czy znajdzie się jakaś dzielna wiła, która w parze z demonem ocali nas przed kłopotami, które możemy sami na siebie sprowadzić.

Tylko Rocha mi było mało. Ale jak już był, to wymiatał, skubaniec.

Marta Kisiel, Oczy uroczne, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2019, 320 s.
(premiera 13.03.2019)

Recenzja powstałą dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Bajki Majki: „Jestem artystą” Marta Altés

Zakochałam się w tej książeczce od pierwszego wejrzenia. Jest genialna – zarówno z perspektywy historyka sztuki, jak i z perspektywy mamy małej artystki. Nie mogę się doczekać, aż pokażę ją córce i jednocześnie trochę się tego boję.

To książka trzech bohaterów:
synka – domorosłego artysty zakochanego w kolorach, kształtach i fakturach, nie stroniącego od śmiałych eksperymentów, czerpiącego inspiracje z otaczającego go świata, stanowiącego awangardę nowej dziedziny sztuki zwanej roboczo home art;
kota – wspólnika artystycznej zbrodni, niestrudzonego modela, obiektu eksperymentów, wiernego towarzysza, dzieło sztuki;
mamy – bezkompromisowej krytyczki home artu, sceptycznej wobec dekonstrukcji domowego ładu na rzecz szeroko rozumianej wolności artystycznej.

Pełen entuzjazmu synek o salvadorowych wąsach domalowanych czarną farbą i głową pełną pomysłów w każdym przedmiocie i miejscu widzi sztukę. Nie jest więc w stanie powstrzymać się od tworzenia kolejnych imponujących realizacji, czerpiąc inspiracje zarówno z dorobku wielkich artystów, jak i z własnej wyobraźni. Osobiście uwielbiam jego interpretację „Wielkiej szyby”. A „Autoportretu wielokrotnego” z pewnością pozazdrościłby mu sam Picasso. A mimo to mama nie jest zachwycona. By przekonać ją o tym, że sztuka jest cenniejsza, niż złoto, synek szykuje coś specjalnego…

Głównym środkiem przekazu są tu barwne ilustracje pełne asamblaży ze sprzętów domowych wzbogaconych o zawartość lodówki, autoportretów, pastiszy i  dzieł przekraczających ramy obrazów, wypełniające całe powierzchnie stron. Wzbogacone zostały o krótkie, jednozdaniowe, ale jakże trafne komentarze budujące nie tylko sens, ale również rewelacyjny humor opowieści.

„Tam, gdzie ja widzę „Samotność marchewki”, mama widzi „Niedojedzony obiad”.

A kiedy rewelacyjny pomysł spotyka się z przesympatycznymi bohaterami, lekkim (ale jakże życiowym!) humorem, świetnymi ilustracjami i imponującą erudycyjnością w wyjątkowo krótkim tekście opcja jest tylko jedna – musi z tego powstać dzieło sztuki. I basta.

Marta Altés, Jestem artystą, Toruń: Wydawnictwo Tako, 2018, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Tako.

Czas na czytanie: „Piorun. Czy można mu się oprzeć?” Angel Payne

To się nazywa mieć pecha – jeszcze w styczniu zaliczyć gniota roku. I to nie tak, że sięgając po tą książkę, nie wiedziałam na co się piszę, wręcz przeciwnie! Ja naprawdę lubię od czasu do czasu zgrzeszyć nieszczególnie ambitnym erotykiem – nieco naiwny romans nie wymagający szczególnego skupienia ani dobrej kondycji umysłowej, ale za to gwarantujący lekką rozrywkę i trochę czerwone uszy. Najlepiej, jeśli jest w dodatku potraktowany nieco niepoważnie i „z jajem”. Świetną książką z tego gatunku był na przykład „Pucked” i miałam nadzieję, że „Piorun” będzie do niej nieco podobny, bo (sądząc po opisie) taka fabuła musi być potraktowana ze sporym poczuciem humoru i dystansem.

Niestety.

Pomysł jest tragicznie absurdalny – łączy w sobie eksperymenty genetyczne i tworzenie superbohaterów o świecącej spermie (Edward, czy to ty?) oraz romansowanie z przystojnym szefem. I wszystkie te elementy potraktowane są zupełnie poważnie.

Do tego językowo jest gorzej, niż w Greyu. Serio, nie sądziłam, że to możliwe. A to już kompletny gwóźdź do trumny, po zamiast rumieńców na policzkach czułam głównie zażenowanie. Jeśli dodamy do tego płytkich, nie reprezentujących sobą niczego poza popędem bohaterów, akcję jak z sensacyjnego filmu klasy Z i puentę w stylu Paolo Coelho o tym, że każdy ma prawo do szczęścia wygłoszoną patetycznym tonem na środku imprezy (oczywiście wszyscy klaszczą), to zyskamy kompletne dno. I pięć metrów mułu.

Bardzo się starałam, ale niestety nie znalazłam tu nic, co zasługuje na komplement. Chyba jeszcze mi się to nie zdarzyło. A jedynym plusem tej książki jest objętość mniejsza niż 300 stron.

Dla potwierdzenia swojej smutnej tezy zabawię Was kilkoma cytatami, trzymajcie się mocno:

„Jego pięści wyglądają jak brutalne węzły na końcach umięśnionych lin”.

„Jego piękno – naprawdę nie da się tego inaczej nazwać – to zaledwie niewielki odprysk tego, co czuję. Doświadczam go. Czy powietrze buzuje? Czy każdy oddech próbuje rozerwać mi płuca? Czy moje zakończenia nerwowe nastawiły się na wyższą częstotliwość?
Obecność. Aura. Tajemnica”.

I tak przez prawie 300 stron…

„Musze walczyć z wizjami, jakby to było: skoczyć na niego, otoczyć udami jego umięśnione biodra i wpasować się każdym minimetrem złaknionej szczeliny na jego nabrzmiałe….”.

„Obserwując ją czuję się jakbym po raz pierwszy widział wieżę Eiffla albo Tadż Mahal. Nigdy już nie spotka mnie podobny moment, pełen zdumienia, pozbawiający tchu…
Ściskający mnie centralnie za jaja.
Ściskający. Chwytający. Łomoczący.”

„Doprowadzona do doskonałości sztuka walenia konia również nauczyła mnie paru rzeczy, na przykład tego, że moja sperma świeci teraz jak odpad nuklearny, kiedy wiruje w odpływie prysznica”.

Nie, to nie wirowanie tak na nią wpływa.

„Mój mózg protestuje przy każdej sylabie [MÓJ TEŻ!], ale każda komórka mojego ciała i ducha pędzi ku temu. By pochwycić klejnot pożądania stworzony w jaskiniach przeznaczenia w chwili, gdy po raz pierwszy spojrzeliśmy sobie w oczy”.

„Jego warkot to moja tratwa w tej powodzi, moja ucieczka przed potępieniem. Jesteśmy parą upadłych aniołów, które torują sobie ścieżkę pomiędzy gwiazdami ogniem pieprzenia”.

Co tu się właściwie stało? Jak to możliwe, że nie tylko ktoś to wydał, ale w dodatku uznał za dobre na tyle, by przetłumaczyć i wydać za granicą?

Pannie Emmalinie i jej złaknionej szczelinie lepiej już podziękujmy.

Angel Payne, Piorun. Czy można mu się oprzeć?, Warszawa: Wydawnictwo Edipresse, 2019, 296 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Edipresse.

Bajki Majki: „Książkożercy” Barbara Wicher

Jesteśmy z Majką dopiero na etapie poznawania poszczególnych literek, ale „Książkożercy” – nowa seria do nauki samodzielnego czytania – urzekli mnie już samym tytułem i musiałam zrobić małe rozeznanie na przyszłość. Mam nadzieję, że cale nie tak odległą, jak mogłoby się wydawać!

Jak to zwykle bywa przy okazji tego rodzaju projektów, seria została podzielona na trzy poziomy zaawansowania: Poziom A dla Książkogryzaków, Poziom B dla Książkołasuchów i Poziom C dla Książkożerców. Nie da się ukryć, że analogie związane z jedzeniem to świetny sposób na przyciągnięcie mojej uwagi!

„Super Marian nad jeziorem”, czyli książeczka z najprostszego poziomu to jeszcze przede wszystkim obrazkowa historia chłopca zapatrzonego w przenośną elektroniczną grę. Wypełniające całe strony ilustracje opatrzone zostały nieskomplikowanymi zdaniami (od jednego do trzech) będącymi zarysem prostej fabuły i uzupełnieniem ilustracji. Całkiem pouczająca lektura o zabawkach, których lepiej nie zabierać ze sobą nad wodę zakończona została zestawem pytań pomocniczych sprawdzających uważność małego książkowego mola. A za każdą poprawną odpowiedź czeka naklejka z bohaterami historii.

Barbara Wicher, Książkożercy. Super Marian nad jeziorem, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2019, 24 s.

Książka z poziomu B, „Akcja Jogi” opatrzona została nieco większą ilością tekstu, choć wciąż prym wiodą tu ilustracje. Zdania wciąż są proste, pojawiają się jednak nieco trudniejsze słowa i pojęcia. To w końcu opowieść o dwojgu małych detektywów ruszających na pomoc zagubionemu kociakowi. I chociaż nie do końca podoba mi się pomysł, w którym dwoje dzieci samodzielnie wybiera się do domu obcej osoby, to historia wciąż jest całkiem sympatyczna. No i o kocie, a koty zawsze są u nas mile widziane. Poza pytaniami kontrolnymi i naklejkami, na końcu książeczki czeka również słowniczek z przystępnymi definicjami trudniejszych słówek.

Barbara Wicher, Książkożercy. Akcja Jogi, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2019, 32 s.

Najtrudniejsza z książek – „Bomberka” – jest zauważalnie grubsza od poprzedniczek i podzielona na rozdziały. Mamy tu już do czynienia z dłuższymi zdaniami złożonymi, a słownictwo staje się całkiem zaawansowane. Treści jest już naprawdę sporo, bo stronie z ilustracją odpowiada zazwyczaj strona tekstu, więc i historia sześcioletniej Zuzy oczarowanej kurtką starszego brata jest już bardziej skomplikowana od poprzednich opowieści. Poza pytaniami sprawdzającymi znajomość tekstu (a tych jest więcej niż w poprzednich częściach!) i całkiem rozbudowanym już słowniczkiem na czytelnika czeka łamigłówka- wykreślanka z elementami ubioru do wyszukania.

Barbara Wicher, Książkożercy. Bomberka, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2019, 48 s.

Każdy kolejny „stopień zaawansowania” to nowe wyzwania i umiejętności. Pełne ilustracji, dopasowane do dziecięcych możliwości, niewielkie książeczki motywują do rozwoju i uczą w najlepszy z możliwych sposobów – poprzez przyjemność czytania. Życiowe historyjki, atrakcyjna oprawa graficzna różnych ilustratorów, duże litery, zadania i naklejki to niezwykle ważne do dzieci szczegóły, których połączenie gwarantuje wysoki poziom serii. W przygotowaniu kolejne tytuły, mam nadzieję, że będą równie udane.

Fajny sposób na rozpoczęcie przygody z czytaniem i smakowity kąsek dla małych książkowych łasuchów!

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

Czas na czytanie: „Twarzą w twarz” Agata Suchocka

Na drugą część cyklu „Daję Ci wieczność” czekałam potwornie długo (tak naprawdę tylko rok, ale i tak zdecydowanie zbyt długo!). I pierwszą moją reakcją było „dlaczego ta książka jest taka cienka?!”. Okazje się jednak, że rozmiar faktycznie nie zawsze ma znaczenie, a i cienka książka potrafi usatysfakcjonować. Przynajmniej w pewnym stopniu.

Po tragicznym zakończeniu „Woła mnie wieczność” nie ma innej opcji – potrzebna była zmiana narratora. Lothar Mintze – dziki, nieokiełznany hedonista, tak różny od swojego refleksyjnego ukochanego, zmuszony będzie przewartościować swoje dotychczasowe zachowanie. Niedojrzały kilkusetletni młokos zakochany w postępie i technicznych nowinkach zaniedbania i zainteresowanie wyłącznie czubkiem własnego nosa wyrzuca sobie dopiero po tragedii.

Porzucony, samotny, targany wyrzutami sumienia i pogrążony w żałobie Lothar nie jest już tak imponującym widokiem. Aż chce się powiedzieć, że dostał dokładnie to, na co zasłużył, a jednak nie sposób mu nie współczuć. W końcu wszyscy wiemy, że dorastanie to nic przyjemnego.

Co oczywiście nie znaczy, że się zmieni, będzie po prostu gotowy po raz kolejny popełniać te same błędy. I chyba właśnie za to go kochamy.

W przeciwieństwie do poprzedniej części, „Twarzą w twarz” nie emanuje już tym hipnotyzującym magnetyzmem, co pierwszy tom. Jest mniej brutalności, fascynacji nowym i seksu. Więcej natomiast autorefleksji i ludzkich emocji, jak strach, czy tęsknota. Jak pierwszy tom był uleganiem namiętnościom, tak drugi jest radzeniem sobie z konsekwencjami wcześniejszych decyzji.

Pojawiają się nowe miejsca i nowi bohaterowie, a każdy z nich ma swoją historię.

Miłosne intrygi, sojusze, bezwzględne morderstwa, zauroczenia, pożądanie, muzyka, miłostki i sprowadzanie śmiertelników na manowce – tego oczywiście nie mogło zabraknąć.

Warto było czekać. Ale niestety „Twarzą w twarz” tylko zaostrza apetyt na kolejne części cyklu.

Anna Suchocka, Twarzą w twarz, Kraków: Wydawnictwo Initium, 2019, 255 s.