Czas na czytanie: „Kobieta w oknie” A. J. Finn

Poruszająca, momentami bardzo smutna (choć nie ukrywam, że jestem jedną z tych osób, którym strasznie łatwo złamać serce. Po prostu, straszna ze mnie beksa książkowa) i przy tym niepokojąca historia. Bo nigdy nie można być pewnym, czy ktoś z ludzi, których widujemy każdego dnia, nie okaże się przypadkiem psychopatycznym mordercą.

Anna jest psychologiem dziecięcym, zdawałoby się więc, że ludzki umysł zna od podszewki. Okazuje się jednak, że doradzanie innym niekoniecznie idzie w parze ze stosowaniem się do własnych zaleceń. Kiedy traci wszystko – karierę, rodzinę, spokój sumienia, sprawność fizyczną i psychiczną – ucieka od świata. Zmagając się z agorafobią zamyka się w bezpiecznych czterech ścianach domu szukając pociechy w alkoholu, czarno białych klasykach kina i podglądaniu życia sąsiadów z najbliższej okolicy, z reporterskim zacięciem dokumentując ich codzienność. Jednak kiedy pewnego dnia stanie się przypadkowym świadkiem zbrodni, nikt nie będzie w stanie uwierzyć niestabilnej psychicznie, samotnej pijaczce niezdolnej do przekroczenia progu domu. Nawet ona sama.

Chociaż w pewnym momencie przeczuwałam, jakie będzie zakończenie, to nie potrafię wyrzucić tej książki z głowy. Poza zagmatwanym thrillerem, jest to bowiem przejmująca opowieść o błędach, słabości, radzeniu (i nie radzeniu) sobie z traumą i ogłuszającej samotności. A od oddechu mordercy na karku bardziej przerażające bywają sztuczki, jakie potrafi nam spłatać człowiekowi jego własny umysł.

I gdyby nie dwa irytujące zdrobnienia, które, pojawiając się nagminnie, psuły mi nieco przyjemność z lektury, nie mogłabym się od niej oderwać. Może Brytyjczycy piją wino z małych szklanek, może robią tak alkoholicy – nie wiem, nie znam się. Ale „szklaneczki” były wszędzie. I drażniły mnie strasznie. Ale jednak wciąż nie tak bardzo, jak pasiasta „kanapka” jako powtarzające się niejednokrotnie określenie mebla wypoczynkowego niewielkich rozmiarów. Ja tam kanapki jem, a nie na nich siadam, wobec tego szklaneczkom i kanapkom mówię z zdecydowane nie.

A poza tym to naprawdę bardzo dobra książka! O ciężkim, duszącym klimacie niewietrzonego pomieszczenia, roztaczająca aurę porażającej bezradności.

J. Finn, Kobieta w oknie, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B., 2018, 416 s.

Bajki Majki: „Jak zrozumieć Chrumaka i wejść do świata tych, którzy myślą inaczej” Elżbieta Jodko-Kula

„Świat jest dziwny, ale nie musi być niezrozumiały, pod warunkiem, że chcemy go zrozumieć.”

Trzymam w ręku książkę napisaną przez pedagog i socjoterapeutkę, która od lat pracuje z dziećmi ze spektrum zaburzeń autystycznych. Książkę recenzowaną przez mamy maluchów z zespołem Aspergera, pomoc dydaktyczną dla nauczycieli, terapeutów i rodziców. I wiecie co? To najfajniej napisana „pomoc dydaktyczna”, jaką widziałam. Duża czcionka, przepiękne ilustracje, co jakiś czas wypełniające całe strony, bohater, z którym łatwo się utożsamiać i ani odrobiny pouczeń, przemądrzałych definicji, czy moralizatorstwa.

To zbiór piętnastu krótkich opowiadań, które zostały podzielone na siedem kategorii dotyczących lęków, postrzegania świata, silnego poczucia własności, współpracy z innymi, obowiązków, odczuć i wdzięczności. Układają się one w niewielki wycinek z życia Chłopca, który postrzega świat nieco inaczej, niż inni. Jednak zapoznając się z sytuacjami z codzienności chłopca i towarzyszącymi mu emocjami, szybko zauważyłam, że żadna z nich nie jest mi obca.

Lęk przed niepokojąco wyglądającym nieznajomym, niezadowolenie ze zmiany rutyny i pojawienia się nowych zakazów, rozpacz po potłuczeniu ukochanego kubeczka, przywiązanie do szczęśliwego pluszowego misia chowanego w kieszeni podczas stresujących sytuacji, trudności w nawiązywaniu przyjaźni, czy wyrażaniu wdzięczności – wszystko to znam nie tylko z zachowania mojej przedszkolaczki, ale i z moich własnych doświadczeń. Chłopiec przeżywa wszystkie te emocje nieco bardziej. Trudniej mu oswoić lęki i przywyknąć do zmian. Jeśli się przywiązuje, to z pełnym oddaniem – ulubione ubranka nosi tak długo, aż więcej w nich dziur niż materiału, a na nowy plecak decyduje się dopiero, gdy w starym zalęgnie się tłuściutki robal (sumiennie, choć nieświadomie dokarmiany resztkami zapomnianych kanapek). Nie lubi być dotykany, dlatego wizyta u fryzjera, czy nawet zwykła kąpiel to wyjątkowo nieprzyjemny obowiązek, a pędząca piłka wzbudza strach. Głośne dźwięki stają się czasami nie do zniesienia, co akurat jestem w stanie wyobrazić sobie bez najmniejszego wysiłku, bo jakiś czas temu muzykujący sąsiedzi mocno dali mi się we znaki i nie życzę tego nikomu.

Kluczem do porozumienia jest próba poznania i zrozumienia tych, od których się różnimy. Autorka wprowadza czytelników do świata osoby z zespołem Aspergera, pozwala się po nim rozejrzeć i zadomowić, a potem odnieść opisane sytuacje do własnych doświadczeń w poszukiwaniu różnic i podobieństw. Pełniejsze zrozumienie pomoże w nawiązywaniu kontaktów zarówno dzieciom, jak i dorosłym oraz uwrażliwi ich na wyjątkowe potrzeby kolegów, uczniów i podopiecznych w spektrum autyzmu. A tym czytelnikom, którzy borykają się z podobnymi problemem, pozwoli zrozumieć, że nie są sami, a z tego rodzaju trudnościami zmagają się również inne dzieci. Zrozumienie potrzeb i uwarunkowań obu stron z pewnością ułatwi funkcjonowanie w grupie. I oswoi lęki związane z mierzeniem się z nieznanym. A te są niezależne od wieku.

Uzupełnieniem lektury jest niewielki zestaw ćwiczeń, które pomogą małemu czytelnikowi ugruntować zdobyte informacje i połączyć je z własnymi przeżyciami. To miejsce, w którym młody czytelnik może narysować swoje lęki, poddać głębszemu namysłowi poznane historie, bardziej poznać siebie, swoje sympatie i antypatie, a także wypisać nielubiane obowiązki. Bardzo pomocna przy aktywnym czytaniu, słuchaniu i rozważaniu usłyszanego tekstu.

Moim zdaniem to jedna z lektur obowiązkowych, nigdy nie jest za późno, by po nią sięgnąć.

„To się przecież zdarza, że ludzie czują inaczej, i prawdopodobnie istnieje na to jakaś rada. Dobrze, że w końcu ktoś go o tym zapewnił.”

Elżbieta Jodko-Kula, Jak zrozumieć Chrumaka i wejść do świata tych, którzy myślą inaczej, Kraków: Wydawnictwo Skrzat, 2019, 168 s. + broszurka z ćwiczeniami

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Skrzat.

Okołoksiążkowy miszmasz: Książkowy kalendarz adwentowy dla przedszkolaka

Tak, wiem, dopiero zaczął się listopad, za oknem znowu ciepła, mglista jesień i prawie 20 stopni. Doceniam bardzo, kocham ciepełko. Ale myśli i tak jakoś uciekają w kierunku przedświątecznych przygotowań i tej pachnącej piernikami gorączki. Nie da się ukryć, że uwielbiam ten czas, a wcześniejsze chomikowanie i przygotowywanie drobiazgów z myślą o świętach sprawia mi długoterminową radość.

No i nie ukrywajmy, że tego rodzaju założenia wymagają nieco przygotowań, a kalendarz musi byc gotowy już na pierwszego grudnia, lepiej pomyśleć zawczasu, niż martwić się, że wymarzone świąteczne tytuły się wyprzedały albo wyeksploatowane do granic możliwości firmy kurierskie nie są w stanie dostarczyć naszej paczki na czas.

Nie tylko książki

Wbrew nazwie, w kalendarzu adwentowym, który szykuję dla córki nie znajdą się tylko i wyłącznie książki. Moim zdaniem jedna książka dziennie to zbyt wiele – przynajmniej dla przedszkolaka – by czerpać z niej prawdziwą radość. Obie przywiązujemy się do historii, lubimy przeżywać je kilkukrotnie, a te dłuższe czytać na raty. Musi minąć trochę czasu, zanim nasycimy się daną opowieścią. A ponadto nasza kolekcja książek w klimacie Bożego Narodzenia jest całkiem spora, na pewno będziemy również wracać do ulubionych pozycji z poprzednich lat.

Co do kalendarza?

Co zatem do kalendarza? Oczywiście podstawą będą książki – ale jedna na mniej więcej 4-5 dni – na razie mam upatrzony „Ekspres Polarny” i „Wieczór gwiazdkowy na placu budowy”, poważnie rozważam też „Celestynkę”.

Ponadto w kalendarzu znajdą się:

książeczki z zadaniami i naklejkami – trzy tytuły z serii „Obrazki dla najmłodszych” to nasz pewniak, kupiłam je już trzeci rok z rzędu i jestem pewna, że radość będzie ta sama;

świąteczna kolorowanka;

audiobook i płyta z kolędami – w zeszłym roku Majka znalazła w kalendarzu dwie płyty: jedną ze śpiewanymi przez dzieci kolędami i pastorałkami, drugą z zimowo-świątecznym opowiadaniem o wróbelku Czupurku. Obie okazały się strzałem w dziesiątkę i towarzyszyły nam aż do Wielkanocy, niedługo już wyjmę je ponownie. A że słuchanie bajek z magnetofonu cieszy się u nas niesłabnącym powodzeniem, w tym roku postaram się poszukać czegoś podobnego. Może możecie coś polecić?;

Szopka Bożonarodzeniowa – w zeszłym roku mieliśmy papierową wypychankę do składania i umieszczenia pod choinką. Bardzo fajnie się sprawdziła, bo wspólna zabawa okazała się świetnym pretekstem do rozmowy „kto jest kim i o co właściwie chodzi w tych całych świętach”. Jest mnóstwo różnych wzorów do wyboru, można więc co roku wybierać inną (jeśli oczywiście jest taka potrzeba, bo koty zjadły zeszłorocznych pastuszków, a Jezusiczek nie ma stópek). Ponadto w tym roku mam przygotowaną rozkładaną szopkę do Albika, która (mam nadzieję!) pozwoli mi w spokoju wypić kawę i zjeść piernika.

zestawy kreatywne – w zeszłym roku wyszukałam wykrojone z drewna ozdoby na choinkę do samodzielnego dekorowania i wyszło fantastycznie. Niewielkie i lekkie do malowania farbami, pisakami, kredkami i posypywania brokatem – trafiły i na nasze drzewko i jako prezenty dla babć. W tym roku po prostu zdubluję ten pomysł, udało mi się trafić na inne wzory. Planuję też schować mały zestaw aquabeads, znalazłam nawet taki z choinką do ułożenia;

ozdoby do włosów – gumeczki i spineczki z Mikołajami, choinkami, gwiazdkami i śnieżynkami (bardzo w stylu Elsy!), w których można dumnie iść do przedszkola to u nas gwarancja radości;

lakier do paznokci zmywalny wodą – wmarzony, wyproszony i wyjęczany gadżet małej elegantki mam w planie schować na samym końcu kalendarza, żeby mała pomocnica, po ciężkiej pracy, mogła wystroić się na ten wielki wieczór;

płyta z bajkami (Psi Patrol, Kubuś Puchatek) – tak, moje dziecko od czasu do czasu ogląda telewizję, szczególnie w okresie zimowo-chorobowym. Coś czuję, że pół godzinki bajki może okazać się zbawieniem w przedświątecznym szaleństwie. Dobrze być przygotowanym;

DSC_0546

świąteczna układanka – w poprzednich latach furorę zrobiła trzywarstwowa drewniana układanka firny Janod. W tym roku czaję się na świąteczne puzzle z Puciem z Naszej Księgarni;

zadania – żeby święta miały sens i czar, muszą być przygotowywane rodzinnie, a grudzień pełen jest zadań dla małego pomocnika. Wyczyszczenie butów przed Mikołajkami, Wielkie Pierniczenie, wybieranie choinki (może w tym roku wreszcie uda się przywieźć drzewko na sankach!), urodzinowe odwiedziny u dziadka, zabawa z kotami, porządki i strojenie drzewka to tylko niektóre z pomysłów.

Dzięki tak dużej różnorodności każdy dzień będzie inny. Większość spędzimy razem, niektóre zachęcą moją przedszkolaczkę do podejmowania samodzielnej aktywności, a jeszcze inne dadzą nam z mężem szansę na chwilkę wytchnienia.

Jak zapakować?

Już kolejny raz wykorzystam te same papierowe torebeczki z naklejanymi cyferkami (kupiłam kiedyś w Tchibo), które przyczepiam do sznurka ozdobnymi klamerkami (mam kilka zestawów z Lidla i Biedronki, zwykle są sprzedawane po 6). Całość trzeba powiesić wysoko, żeby mały łobuz nie urządził wielkiego rozpakowywania w środku nocy albo żeby konstrukcja nie padła ofiarą kotów.

Torebki są niewielkie, trafią więc do nich głównie drobiazgi – ozdoby do dekorowania, lakier do paznokci, brokaty itp.), w niektórych paczuszkach ukryte będą karteczki z zadaniami do wykonania wraz ze smakołykiem (u nas to zazwyczaj niewielkie czekoladowe figurki, jednak równie dobrze sprawdzą się orzeszki, pierniczki, suszone owoce, albo naklejki, czy zmywalne tatuaże), a w pozostałych karteczki ze wskazówkami. Bo nasz kalendarz adwentowy to jednocześnie zabawa w poszukiwanie skarbów. Wskazówki prowadzące do opakowanych w ozdobny papier książek, płyt i książeczek z zadaniami są bardzo proste – „szukaj w pralce”, czy „pod ulubionym fotelem mamy” – tak, by zdążyć znaleźć, rozpakować i nacieszyć się chwilę przed wyjściem do przedszkola. A potem jeszcze umyć zęby.

Pakując wszystkie niespodzianki warto pamiętać o ułożeniu ich w kolejności (lub ponumerowaniu zgodnie z dniami kalendarza) i zostawieniu sobie na nich informacji gdzie będziemy je dziecku schować – najlepiej sprawdzają się karteczki samoprzylepne.

To co? Do dzieła!

W poszukiwaniu pomysłów na książeczki do kalendarza koniecznie zajrzyjcie do naszych wpisów dotyczących książeczek o zimie i świętach z 2017 i 2018 roku.

Czas na czytanie: „Włoski nauczyciel” Tom Rachman

„W młodości Pinch uważał relacje między ludźmi za azyl dla tych, którzy nie potrafią tworzyć sztuki. Może sztuka jest azylem dla tych, który nie potrafią się wiązać z innymi ludźmi?

Nie dajcie się zwieść ślicznej okładce w energetycznych barwach – tuż za nią kryje się opis wyjątkowo smutnego życia. Życia chłopca, który nie potrafi definiować siebie bez wpływu swego ojca, słynnego na cały świat malarza, niestałego w uczuciach i obietnicach egotyka. Ojca nawykłego traktować dzieci jak nudzące się i wychodzące z mody przedmioty średniej wartości, od czasu do czasu łaskawie obdarzający swój stale powiększający się przychówek ochłapami uwagi. Łamacza serc i żyć.

Co wolno artyście? Czy geniusz jest usprawiedliwieniem dla arogancji, ignorancji i okrucieństwa? Czy wrażliwość artystyczna idzie w parze z wrażliwością na drugiego człowieka?

Jak łatwo zniszczyć młodego człowieka już na samym początku jego drogi? Jak to możliwe, że mijają całe lata rozczarowań, nim pewne autorytety wreszcie upadają?

Świetnie napisana opowieść obnażająca nie tylko bezwzględność wybitnych umysłów i kapryśnego świata sztuki, ale przede wszystkim ciężar odpowiedzialności, który spoczywa na rodzicach w procesie kształtowania się dziecka.

To książka o poszukiwaniu własnej tożsamości, potrzebie akceptacji, złych decyzjach, ślepym oddaniu fałszywym idolom, braku wiary we własne możliwości, niespełnieniu i oszałamiającej samotności. O zgubnych skutkach dążenia do ideału za wszelka cenę. O pragnieniu nieśmiertelności i nieodpowiednio ustawionych priorytetach. O genialnym fałszerstwie i gigantycznym przekręcie popełnionym ze szlachetnych pobudek. O prawdziwej przyjaźni, potrzebie miłości i wielkości, która nigdy nie doczeka się poklasku.

Porywająca, ekscytująca i jednocześnie strasznie smutna. Dramat, kryminał, romans i powieść psychologiczna jednocześnie. Niedefiniowalna, jak zresztą większość sztuki współczesnej.

Tom Rachman, Włoski nauczyciel, Kraków: Wydawnictwo Znak Literanova, 2019, 445 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak Literanova.

Czas na czytanie: „Narodziny królów” C.S. Pacat

Oto i ostatni tom – w którym wszystkie tajemnice zostaną rozwikłane, rozpaczliwe wybory zostaną podjęte, ostateczne walki stoczone, a demony przeszłości nie odpuszczą ani na chwilę.

Zawieszenie broni między dwoma krnąbrnymi książętami o kiepskiej przeszłości to jedno, ale nakłonienie do współpracy dwóch zwaśnionych armii to już nie lada wyzwanie. Szczególnie kiedy nie jest się oficjalnie uznanym następcą tronu, a dawne przyjaźnie i poczucie lojalności zostały wystawione na ciężką próbę.

I będą wystawiane na próby każdego dnia, bo demoniczny regent nie ustaje w dążeniu do osłabienia morale, zszargania opinii wśród ludności i zniszczenia tak kruchego porozumienia. Pojawią się też krwawe bitwy, sportowe igrzyska, nieślubne dzieci, faceci w sukienkach, publiczne procesy, gorące noce w przydrożnych zajazdach, bezczeszczenie świętego sanktuarium, podróżowanie w przebraniu, pojedynki i jeszcze więcej podstępów.

Patrząc z perspektywy całej serii, jest to raczej romansidło z przygodą, niż typowy erotyk, co mocno zapowiadał pierwszy tom. Najwięcej „momentów” od których pieką uszy pojawia się pod koniec trzeciego tomu, ale jest ich zdecydowanie mniej, niż się spodziewałam. Poza napięciem między głównymi bohaterami, które potrafi momentami doprowadzić czytelnika do frustracji, najbardziej „podpadającym pod paragraf” jest stworzenie kultury, w której niewolnictwo – również seksualne jest na porządku dziennym.

Literacko raczej słabo, autorka wybroniła się jednak całkiem dobrymi opisami, a opisy to coś, co lubię. Za to tendencyjni, ale dający się lubić bohaterowie zbudowani na zasadzie kontrastu i reprezentujący sobą całe zbiory cech narodowych rekompensują niedociągnięcia fabuły i zagrywki godne superbohaterów.

Nieszczególnie ambitne, ale całkiem przyjemne czytadła do pochłonięcia w jeden jesienny wieczór. W końcu nic nie rozgrzewa tak dobrze, jak półnadzy niewolnicy karmiący swych panów oliwkami i zupełnie nadzy, wysmarowani olejkami zapaśnicy siłujący się na arenie. A do tego dwie zwaśnione nacje toczące wojnę nie tylko ze sobą wzajemnie, ale również wewnętrzne spory o władzę. Konflikty moralne, nieprawdopodobne sojusze, plany tak zagmatwane, że wyplątanie się z sieci intryg zdaje się niemożliwością, całkiem sporo humoru i puchate, romantyczne zakończenie. Czego chcieć więcej?

C.S. Pacat, Narodziny królów, Warszawa: Studio JG, 2019, 388 s.

Bajki Majki: „Nie mrugaj!” Amy Krouse Rosenthal, David Roberts

Ta zabawna książeczka na dobranoc w pierwszym momencie wzbudziła moje skojarzenia z ukochaną i znienawidzoną (wciąż ziewam na samą myśl) „Wszyscy ziewają”. Choć wizualnie zupełnie inne i skierowane do odmiennych gryp wiekowych, łączy je wspólny cel – nakłonienie malucha do pójścia spać. „Nie mrugaj!” również pewien podstępny sposób oszukuje nasze mózgi sprowadzając senność za pomocą prostego odruchu – tym razem, jak sama nazwa wskazuje, za pomocą mrugania.

Główna bohaterka książki – wielkooka sowa – ma dla małego czytelnika fantastyczną propozycję. Jeśli tylko uda mu się nie przewracać kolejnych stron tej książeczki, nie będzie musiał iść spać. I to nawet przez całą noc! Jest jednak pewien haczyk – stronę trzeba przewrócić zza każdym razem, gdy się mrugnie. Wystarczy zatem nie mrugać, a sen nam nie zagrozi, proste prawda?

Ale sówka nie pozostawia nas samym sobie, oj nie! Podsuwa odbiorcy kolejne pomysłowe sposoby na powstrzymanie się od mrugania – od gapienia się (w sufit, w kogoś innego, a nawet w zakręcone iluzje optyczne), przez mrużenie oczu, aż po przytrzymywanie powiek palcami. Ich skuteczności można się domyślić, choć znacznie ciekawiej jest samemu spróbować! Czy można się wymrugać na zapas? I jaki jest w końcu ten niezawodny przepis na nie mruganie? Bo zdradzę Wam w sekrecie, że taki jednak istnieje! Ale odkryjecie go już sami, po lekturze tej książki.

Genialna propozycja dla rodziców przedszkolaków, którzy nie mogą skutecznie ululać swoich pociech. To cudny przykład aktywnego czytania, podczas którego dziecko jest zaangażowane w proces, zamiast być jego biernym odbiorcą – reaguje, angażuje się w zadania i ma szansę odczuć lekturę całym ciałem. No, przynajmniej oczami. W końcu będzie to dla nich niezła gimnastyka!

Niewiele tekstu i oszczędne ilustracje, prosty pomysł, estetyczne wykonanie i świetny efekt. Moim zdaniem jedna z pozycji obowiązkowych na półce przedszkolaka. Szczególnie takiego, który wieczorem najchętniej znajdowałby się jak najdalej od swojego łóżeczka. Czyli w sumie każdego…

Amy Krouse Rosenthal, David Roberts, Nie mrugaj!, Warszawa: Wydawnictwo Kinderkulka, 2018, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Kinderkulka.

Czas na czytanie: „Książęcy gambit” C.S. Pacat

Minął prawie rok odkąd sięgnęłam po pierwszą część, minęło też kilka prezentowych okazji, dzięki którym skompletowałam resztę trylogii. Można w sumie powiedzieć, że recenzja powstała dzięki uprzejmości Eweliny, która przynosi mi takie brzydkie prezenty (zawsze będę Cię za to kochać!).

Opuszczenie pałacowych murów nie gwarantuje wcale ucieczki od zagmatwanych politycznych intryg, wręcz przeciwnie!

Jak z bandy wrogich sobie nieudaczników nie mających za grosz szacunku do dowódcy zrobić sprawny oddział? Zdobyć niezdobytą twierdzę? Wygrać walkę z góry skazaną na porażkę? Uciekać przed brutalną śmiercią częściej, niż spać w wygodnym łóżku?

Tym razem mamy przed sobą 400 stron użerania się z opornymi żołdakami, widowiskowych ucieczek po dachach, żmudnej musztry, leśnych podchodów, delikatnych sojuszy, misternych planów, walki o wpływy, bolesnych zdrad. I rodzącej się powoli przyjaźni, bo dwaj książęta różni jak ogień i woda mają ze sobą więcej wspólnego, niż mogłoby to się wydawać. A wszystko to podszyte erotycznym napięciem. Ale czy zaufanie zbudowane na kłamstwie ma szansę przetrwać dłużej, niż mgnienie oka?

Mój ulubiony lodowaty książę trochę topnieje, choć zdecydowanie łatwiej przychodzi mu przeskakiwanie z arktycznego zimna po kipienie gniewem. Nie odejmuje mu to jednak uroku. Tak jak grzechotnikowi nie odejmuje uroku hipnotyczne kiwanie się przy dźwiękach fujarki.

Nie nastąpił niestety żaden zdumiewający rozwój pod względem językowym, imiona głównych bohaterów wciąż pojawiają się w co drugim zdaniu. Ale opisy scen batalistycznych, choć długie strasznie, są również bardzo plastycznie opisane i całkiem wciągające. I całe szczęście, bo to właśnie one dominują w tej części. I splątane intrygi oczywiście.

C.S. Pacat, Książęcy gambit, Warszawa: Studio JG, 2018, 427 s.

Bajki Majki: „Śmieciogród” Ola Woldańska-Płocińska

Czy można mówić na poważne tematy w zabawny, przystępny i jednocześnie mądry sposób, bez zbędnego moralizowania i ciągnięcia nudnych wykładów pełnych przestróg, nakazów i zakazów? I przy okazji zrobić z książki dzieło sztuki? Ola Plocińska udowodniła już te wszystkie tezy tworząc „Zwierzokrację”, poświęćcie więc chwilę, by przyjrzeć się jej kolejnemu dziełu z serii książek-monumentów mających moc zamieniania świata. Na jakże aktualny, problematyczny i kontrowersyjny temat, jakim są… zasypujące nas z każdej strony odpady. W końcu troska o Ziemię jest obowiązkiem każdego z nas: dorosłych – bo przykład idzie z góry, i dzieci – bo to, w jakim świecie przyjdzie im żyć zależy od decyzji i działań podejmowanych przez nas wszystkich każdego dnia.

Dzięki tej książce mały czytelnik prześledzić historię opakowań – od tych wymyślonych przez naturę, poprzez te wykonane z części roślin oraz wytworzone dłońmi człowieka z naturalnych materiałów, aż po produkowane masowo tworzywa sztuczne. Dowie się też gdzie lądują wszystkie te wszystkie opakowania po wypakowaniu z nich potrzebnych nam produktów. Świetnie wydana, bogato ilustrowana w charakterystycznym stylu autorki encyklopedia śmieci będzie świetnym punktem wyjścia do uświadomienia dziecku jak bardzo szkodliwe dla naszej planety są odpady, jak minimalizować ich wytwarzanie i w jaki sposób przetwarzać te już powstałe. Dowiemy się z niej jakie śmieci wrzucać do jakich śmietników, które z nich nadają się do ponownego wykorzystania, a które nie. Pomoże również w wypracowaniu dobrych nawyków nazwanych „złota piątką” są to: picie wody z kranu, wymienianie się niechcianymi przedmiotami, noszenie ze sobą bawełnianej torby i własnego prowiantu w wielorazowych pojemnikach, wielokrotnego używania tych samych rzeczy w pomysłowy sposób.

Czy w średniowieczu byli już śmieciarze? Do czego używano tektury nim wymyślono papierowe pudełka? Jaki surowiec wtórny był zbierany i przetwarzany ponownie już w X wieku? Ile czasu zajmuje przeciętnemu Amerykaninowi wytworzenie 60 kg śmieci? Czy czteroosobowa rodzina jest w stanie produkować jedynie słoik odpadów rocznie? Kim są freeganie i czy kompost i kompot to to samo? Na te i mnóstwo innych pytań znajdziecie odpowiedź w „Śmieciogrodzie”.

Nie wahajcie się, bo to nie tylko mądra i pożyteczna, ale też wspaniale wydana i świetnie zilustrowana pozycja!

Ola Woldańska-Płocińska­­, Śmieciogród, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2019, 80 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Papilon.

Czas na czytanie: „Lanny” Max Porter

Niby nic, niby tylko podkolorowana wyobraźnią codzienność, a jaki klimat. Jeśli ktoś przez przypadek nie ma jeszcze jesieni za oknem, to ta lektura z pewnością zrobi mu jesień w głowie i sercu.

DSC_0331

Książka dziwna, powieść wielu bohaterów, smutnoprozaiczna symfonia ludzkich żyć. Miłostki, śmiesznostki, błahostki i tony śmieci. Uparta pamięć dziejów i pieśń współczesności. Błysk światła pozwalający rzucić okiem na życie sąsiada. Banalna historia, która mogła przydarzyć się każdemu. I jednocześnie nastrojowo-magiczna baśń pozostawiająca na języku gorzki posmak refleksji. Nad światem, człowiekiem, czasami, macierzyństwem, mentalnością, ekologią, przemijaniem, okrucieństwem, pędem codzienności, tęsknotą, niespełnieniem, oczekiwaniami, wartościami… A to tylko 200 stron wyjątkowo porozrzucanego tekstu, pięknego języka i przedziwnej narracji. Narracji, która nie pozwala się do siebie przyzwyczaić i ani na chwilę nie daje poczuć się pewnie.

Cicha angielska wieś, nieco odmienny chłopiec o pięknym spojrzeniu na świat, niedopasowani rodzice, nauczyciel rysunku i prastary demon rodem z ludowych podań. Aż do dnia, w którym spokój życia z dala od londyńskiej wrzawy imploduje wskutek tajemniczego zaginięcia jeszcze bardziej tajemniczego dziecka. Zdarzenie, o jakim każdego niemalże dnia słuchamy w wiadomościach, zmienia małą społeczność w epicentrum medialnego zgiełku, a myśli mieszkańców w kłębowisko ciekawskich podejrzeń i zbyt łatwo rzucanych oskarżeń. W końcu ludzie mają wiele wspólnego z sępami – i jednych i drugich ciągnie do tragedii.

„Mrowi go myślenie o tym, jak jedna myśl prowadzi do drugiej, nieprzerwanie, na okrągło, nie znając końca”.

Książka pisana strumieniem świadomości kilkunastu przedstawicieli jednej społeczności. Ciekawe, czy zanurzenie się w nim oddaje w jakiejś niewielkiej części muśnięcie opuszkiem palca odmętów Styksu. To by w pewnym sensie tłumaczyło vanitatywny urok utworu. Bardzo pozytywnego utworu, czego nie sposób nie zaznaczyć. Hipnotyzująca. Trochę straszna i strasznie smutna. Dająca nadzieję. Dziwna książka.

Max Porter, Lanny, Warszawa: Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2019, 220s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zysk i S-ka.