Bajki Majki: „Tajemnice Gryzmołkowa. Duch z fabryki krówek” David O’Connell

Ta książka, to najlepszy bajkowo-fantastyczny koktajl na całym świecie! Bo czy możecie sobie wyobrazić lepsze połączenie, niż słodycze i smoki (czy wspominałam już kiedyś, jak bardzo KOCHAM SMOKI?)?

Archie McKarmelek dowiaduje się pewnego dnia, że dzięki tajemniczemu spadkowi jeszcze bardziej tajemniczego stryjecznego dziadka, z dnia na dzień stał się nie tylko właścicielem bardzo tajemniczego domu wraz z sąsiadującą z nim fabryką najpyszniejszych krówek w okolicy, ale przy okazji głową bardzo tajemniczego rodu. I przy okazji najmłodszym dziedzicem w historii tej zakręconej rodziny. Szybko okazuje się jednak, że cały ten majątek wisi na włosku, a co gorsza już wkrótce może zabraknąć najbardziej mięciutkich, cudownie rozpływających się w ustach słodyczy. Ale czy przytłoczony nowymi obowiązkami Archie ma szansę odnaleźć zaginiony składnik słynnych krówek McKarmelka, gdy musi udowodnić, że jest godzien swojego dziedzictwa? Szczególnie, że na jego życie czyha demoniczna ciotka z dobrze odżywionymi kuzynami, a wokół zaczynają dziać się coraz bardziej niesamowite rzeczy?

„Miej oczy otwarte i kubki smakowe gotowe! Pomoc przyjdzie w najdziewniejszych okolicznościach. Gryzmołkowo to osobliwe miejsce – spodziewaj sie tego, co niespodziewane…”

Na szczęście nasz bohater nie jest sam – na pomoc ruszają mu nowi przyjaciele. A z drużyną złożoną z przyszłej inżynierki, świeżo upieczonego dziedzica, specjalisty od zjawisk nadprzyrodzonych i małego białego pieska, żadna dziuwnuść nie ma szans! Wspólnie rozwiążą wszystkie tajemnicze zagadki i uratują świat słodyczy! A przynajmniej przyszłość rodzinnej firmy.

Detektywistyczna przygoda z lekkim dreszczykiem i świetnymi ilustracjami do kompletu. Upiorne zamki, mapy skarbów, słodkie szyfry, zakurzone piwnice, tajemnicze przejścia, mnóstwo magii, najróżniejszych słodkości i… miodne smoki. A miodne smoki to najgenialniejszy pomysł, o jakim kiedykolwiek słyszałam. I kiedykolwiek usłyszę.

Można dostać próchnicy od samego czytania! A to dopiero pierwszy tom przygód z kipiącego magicznymi dziuwnuściami, tajemniczego Gryzmołkowa! Nie mogę się doczekać kolejnych części! I wcale nie będę czekać, aż moja Majka do nich dorośnie…

David O’Connell, Tajemnice Gryzmołkowa. Duch z fabryki krówek, Warszawa: Wydawnictwo Edgard, 2019, 200 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Edgard.

Czas na czytanie: „Czarny Mag. Pierwszy Rok” Rachel E. Carter

Wrzesień rozpoczęłam aresztem domowym z powodu anginy, którą Majka postanowiła inaugurować nowy rok przedszkolny. W związku z przymusowymi pobudkami, absorbującą obolałą trzylatką i ogólnym poddenerwowaniem własnym i otoczenia zaczęłam się rozglądać za lekką, ale wciągającą lekturą z na tyle nieskomplikowaną fabułą, by móc ją odłożyć w dowolnym momencie (maaaaamo pić!/boli!/a koty się biją!/a czemu Elsa ucieka?/mogę czekoladkę?…) i bez problemu wrócić do czytania bez konieczności przypominania sobie wszystkich przeczytanych wcześniej wątków. W ten sposób uszczknęłam nieco jesienno-zimowe zapasy i w ramach reaktywacji akcji #nadrabiammłodzieżówki sięgnęłam po serię „Czarnego Maga”.

Do świata wykreowanego przez Rachel Carter nie trzeba się przyzwyczajać, uczyć się go, czy z nim oswajać. Już od momentu otwarcia „Pierwszego Roku” miałam wrażenie, że jestem świadomym uczestnikiem akcji, a nie takim, który stoi na środku i rozglądając się wokół zagubionym wzrokiem zastanawia się co tak właściwie się tutaj wyprawia.

Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że świat ten nie jest szczególnie rozbudowany. Realia są mniej więcej średniowieczne – z królewskim dworem i pospólstwem, gdzie szansą na dobre życie jest dla młodego człowieka kariera rycerza albo wstąpienie do zakonu. Tylko nieliczni mają odwagę marzyć o wstąpieniu do osławionej Akademii Magów – nie tylko dlatego, że by się tam dostać, trzeba mieć szczególny dar. Poza talentem do władania magią trzeba przetrwać rok morderczego, pełnego bólu i upokorzeń treningu, który z ponad stu śmiałków wyłoni zaledwie piętnastu kandydatów do podjęcia właściwego szkolenia.

Jedną ze śmiałków jest porywcza, uparta do granic możliwości Ryiah, która wraz z bratem bliźniakiem próbuje swoich sił w murach Akademii. Jest naszą przewodniczką po szkole, w której od samego początku radzi sobie raczej przeciętnie, w raz z nią przeżywamy zarówno sadystyczne lekcje, jak i typowe nastoletnie kłopoty nie tak do końca typowego, ale wciąż „szkolnego życia”, jak poszukiwanie przyjaciół, porywy serca, nienadążanie z pracą domową, czy złośliwości „bogatych dzieciaków”.

W związku z tym jest to lektura w dużej mierze przewidywalna i tendencyjna, wiecie – przystojni, zadufani w sobie książęta emanujący mroczną tajemnicą aż kolana miękną, złośliwe zołzy gotowe na każdym kroku podstawić Ci nogę, stałe ryzyko publicznego blamażu, historie w stylu od nienawiści do przyjaźni i ciężka praca, która się opłaca. Trochę nastoletnich fochów i błahych dramatów, ale warto pamiętać, że bohaterowie mają po 15 lat, choć wybrali sobie ścieżkę kariery łzami i krwią wybrukowaną, to właśnie na tyle się zachowują. I mimo, że tak naprawdę czytelnik od początku przeczuwa, jak to wszystko się skończy, to jednak nie sposób Ryiah nie kibicować (a kiedy doceniam kobiecą postać, to jest to już wydarzeniem samym w sobie!) – jest na tyle uparta, zawzięta i zdeterminowana, że nie da się nie podziwiać jej samozaparcia. A przy tym czyta się sprawnie, łatwo i przyjemnie. Z pominięciem tej chwili strasu przedegzaminacyjnego.

Lekka, choć całkiem emocjonująca magiczna historia o nie poddawaniu się, przyjaźni, wierze we własne możliwości i pokonywaniu własnych słabości.

Rachel E. Carter, Czarny Mag. Pierwszy rok, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2018, 368 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Bajki Majki: „Pucio umie opowiadać” Marta Galewska-Kustra

Za każdym razem strasznie się cieszę z nowej części przygód Pucia, bo po pierwsze zawsze niesie ona ze sobą sporą wartość edukacyjną, a po drugie sama strasznie lubię te książeczki i jestem ciekawa co też nowego autorka dla nas wymyśliła. I moja radość trwa zwykle mniej więcej do 20 czytania (czyli średnio przez 3/4 dni), kiedy sama mam już troszkę dość postępującej puciozy, a Majka dopiero zaczyna się rozkręcać. Bo te książki dzieci po prostu uzależniają. Ale plus jest taki, że kiedy wychodzi nowa, to jest szansa na odrobinę odpoczynku od poprzednich części. Niedługiego odpoczynku.

Może jeszcze nie zdążyła mi wyjść bokiem (chociaż 20 już dawno za nami…), ale jak na razie mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że „Puco opowiada” jest jak na razie moim faworytem wśród wszystkich pucioksiążeczek.

Jak sam tytuł wskazuje, tym razem walory edukacyjne nie skupiają się na odpowiedniej wymowie onomatopei, słów, czy głosek, jak w poprzednich przygodach, a na budowaniu własnej wypowiedzi. Główny bohater opowiada nam pewną historię, niezwykle ważną dla jego rodziny – o oczekiwaniu na przyjście na świat Bobo i procesie stawania się starszym bratem. Swoją drogą mam wrażenie, że oczekiwanie na rodzeństwo to ostatnio bardzo popularny temat wśród książeczek dla dzieci.

Na każdej stronie, pod ilustracją i tekstem zostały umieszczone fragmenty ilustracji w porządku chronologicznym zachęcające malucha do opowiedzenia całego zdarzenia jeszcze raz – własnymi słowami. Znajdziemy tam także pytania skłaniające rodziców do snucia opowieści dotyczących najwcześniejszego dzieciństwa małego czytelnika.

Super, że ta książka dla odmiany nie skupia się na odpowiedzi na pytanie „Skąd się biorą dzieci?” (takich już kilka mamy), a raczej na tym, jakie zmiany zachodzą najpierw w organizmie mamy, a potem nieuchronnie – w życiu całej rodziny. Od specyficznego apetytu rodzicielki, przez szykowanie kącika dla bobasa i dzielenie się zabawkami, wspominanie niemowlęctwa starszaków, zmęczenie i brak czasu rodziców, aż po poważne zadanie dla super bohaterów stojące przed Puciem i Misią, czyli rola pomocnego starszego rodzeństwa.

Moja ulubiona strona to ta, w której rodzina Pucia leży na kanapie wśród wszechobecnego bałaganu i zamawia pizzę ;)

Poza tak ważnym w całej idei tej serii ćwiczeniem mówienia, książka przygotowuje dzieci do wyzwania, jakim jest powiększanie się rodziny i oswaja z wiążącymi się z tym zmianami.

A przy tym po prostu bardzo przyjemnie się ją czyta – i to z coraz większym i większym udziałem dziecka, które, posiłkując się obrazkami, przejmuje powoli od rodzica (i samego Pucia!) rolę narratora.

Jak zwykle – ciepła, zabawna i super sympatyczna kartonówka dla przedszkolaków.

Marta Galewska-Kustra, Pucio umie opowiadać, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2019, 40 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Czas na czytanie: „Twierdza Tytonu” Magdalena Pioruńska

Hipnotyzująca opowieść o znaczeniu wolności, poszukiwaniu siebie i swojego miejsca w świecie.

Pierwsze 50 stron jest trudne. Nie tylko dlatego, że większość bohaterów zmienia imiona i ogarnięcie kto jest kim bywa wyzwaniem dla popracowego i podzieciowego wieczornego mózgu przedstawiającego się nieuchronnie w tryb jesienny. Ale przede wszystkim dlatego, że pierwsza część zostawiła w czytelniku tak wielki mętlik, że pozornie nie sposób go rozsupłać. A jednak bohaterowie będą w stanie wyjść z tego galimatiasu. Silniejsi. Ale czy mądrzejsi?

Podobnie jak w pierwszym tomie, wielką siłą tej powieści są bardzo dobrze dopracowane sylwetki postaci – to prawdziwa plejada silnych osobowości, często pogubionych i nieźle skrzywionych, ale unikalnych i jednocześnie bardzo prawdziwych. Równie misterna, co charaktery poszczególnych bohaterów jest kreacja świata. Magdalena Pioruńska stworzyła tak specyficzną i jednocześnie przerażającą wizję przyszłości, że nie można się od niej oderwać. To tutaj najnowsze technologie mieszają się z wierzeniami starożytnych, a systemy totalitarne z epoką kolonializmu. Eksperymenty genetyczne, dinozaury, rozległe modyfikacje ciała, potworne hybrydy i jeszcze potworniejsze braki w moralności… tym razem szokują jeszcze bardziej, bo opuszczając dziką Afrykę mamy szansę zajrzeć do cywilizowanej Europy. Tylko czy zepsuty do granic możliwości, rozpasany dwór cesarza Brytannika może poszczycić się tym mianem?

Ta książka była lepsza od „Twierdzy Kimerydu”. Może dlatego, że trochę już znam to szaleństwo i nie towarzyszyła mi dezorientacja turysty po raz pierwszy odwiedzającego nowe miejsce. Może ze względu na sposób narracji dający niejako spojrzenie z obu stron barykady. Może ze względu na dworskie intrygi, które tak uwielbiam. Może dlatego, że jest dłuższa, co pozwoliło autorce po prostu powiedzieć więcej. A i tak pod niektórymi względami czuję straszny niedosyt, są bohaterowie, o których niemal obsesyjnie chciałabym dowiedzieć się jeszcze więcej. Może w przyszłych tomach.

Tym razem nie zginął mój ulubiony bohater. Dwóch mniej ulubionych (ale wciąż kochanych!) również uszło z życiem. Ale z drugiej strony mój faworyt z poprzedniego tomu nie doznał cudownego zmartwychwstania, pod tym względem jest więc 1:1.

Z „Twierdzami” Pioruńskiej jest trochę jak z GoT – pierwsza część tak bardzo przyzwyczaiła mnie do okrucieństwa i nagłych, tragicznych w skutkach zwrotów akcji, że tym razem prawie nic mnie już nie było w stanie zszokować. Kanibalizm? Spoko. Paskudne zdrady? Zdarzają się. Kłamstwa i mataczenie? Na porządku dziennym. Eksperymenty na ludziach? Chyba wszyscy wiemy po co tu jesteśmy! A mimo to i tak lekturę kończyłam nieźle wkurzona, jeszcze nie potrafię tak kompletnie się nie przywiązywać. Czekanie na kolejną część to będzie mordęga!

Trochę „Igrzyska Śmierci”, trochę „Gra o tron” i bardzo mocno Pioruńska. Bardzo silny pretendent do tytułu Dziobaka Roku w moim wciąż powstającym plebiscycie książek niepowtarzalnych. Bo któż może się mierzyć z takim unikatem? Jednocześnie mądrym i ogłupiającym, fascynującym i irytującym, genialnym i szytym grubymi nićmi?

Magdalena Pioruńska, Twierdza Tytonu, Gdynia: Wydawnictwo Novae Res, 2019, 550 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.

Bajki Majki: Dziewczyńskie komiksy

Nie ukrywam, że nie mam prawie żadnego doświadczenia, jeśli chodzi o komiksy. Nie czytałam nawet słynnego „Kaczora Donalda”, bo jakoś ten typ literatury zawsze był degradowany przez moich rodziców i bliższych znajomych jako „mniej ambitny” i „dla chłopaków”. W liceum liznęłam co nieco mangi i odkryłam, że te „nieambitne opowiadanka z obrazkami” to tak naprawdę małe dzieła sztuki. A jeśli można znaleźć wartościowe komiksy dla dzieci, to jestem zdecydowanie na tak! I właśnie trafiłam na takie – podejmujące ważne tematy, pełne przygód, pod szyldem girl power, siły wyobraźni i magicznej mocy przyjaźni! Z pewnością pewnego dnia podsunę Majce te tytuły:

„Prawdziwe przyjaciółki” Shannon Hale, LeUyen Pham

Zdobywanie przyjaciół to ciężki kawałek chleba. Szczególnie kiedy masz 11 lat, rude włosy, krwiożerczą starszą siostrę i musisz nosić okulary… Autobiograficzna powieść Shannon Hale w bardzo trafny, a mimo to całkiem zabawny sposób obrazuje rozterki dziecięcych przyjaźni. Chęć imponowania innym, powstawanie „grup fajnych dziewczyn”, lęk przed samotnością, pierwsze uszczypliwości i niekoleżeńskie zachowania, sympatie i antypatie, nieporozumienia, potrzebę akceptacji, odwagę bycia sobą i olbrzymią siłę wyobraźni. A także nerwy i stres z tym związane, które mogą prowadzić nawet do stanów lękowych i nerwic najróżniejszych. Zwykła historia zwykłej dziewczynki w komiksowym wydaniu. A jednak ta wczesnoszkolna codzienność w pewien sposób wymiar uniwersalny, w końcu chyba każda z nas może znaleźć w swojej biografii właśnie taki okres. Nie ważne, czy była tą nieśmiałą dziewczynką kryjącą się po krzakach, tą fajną przywódczynią paczki, czy tą wredną małpą kopiącą pod innymi dołki. A może każdą po trochu?

Shannon Hale, LeUyen Pham, Prawdziwe przyjaciółki, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2019, 224 s.

„Strzeżcie się, olbrzymy!” to genialny dowód na to, że jeśli coś jest o dziewczynach i dla dziewczyn, to wcale nie musi być nudne i dotyczyć malowania paznokci. Rosado i Aguirre stworzyli komiks tak bardzo w dechę, jak to tylko możliwe. Z bohaterką tak fajną, że normalnie nie mogę! Claudette jest energiczną córką zrzędliwego kowala, która marzy o karierze wojowniczki, sławie i chwale. Poddając wątpliwościom zasadność zachowania osławionego bohatera wiejskiej legendy postanawia naprawić jego błąd. Wraz z niedocenionym młodszym bratem o kucharskiej pasji i najlepszą przyjaciółką pretendującą do miana księżniczki wyrusza w pełną niebezpieczeństw podróż, by zgładzić olbrzyma. I to nie byle jakiego olbrzyma, a takiego, który zagraża dziecięcym stópkom! Wspólnie stawią czoła żyjącemu lasowi śmierci, jabłkowej wiedźmie i bezwzględnemu królowi rzeki, by dowiedzieć się… że siła i odwaga tkwią w przyjaźni, potwór nie zawsze jest taki straszny, jak go malują i nie w każdej opowieści tkwi ziarno prawdy.

A druga część, „Strzeżcie się, smoki!” jest jeszcze lepsza. Przede wszystkim dlatego, że są w niej smoki, a jak powszechnie wiadomo, KOCHAM SMOKI! Ale są też bitwy magów (!!!), smoki, zamienianie wrogów w bursztynowe inkluzje, latanie na smokach, tajemnicze księgi zaklęć, epickie smocze wymioty, czy względnie wyględni książęta-adoratorzy. To też wyjątkowa lekcja o sile, jaki stanowi rodzina i pielęgnowaniu swoich talentów. I o tym, ze nigdy nie wiadomo, który wróg stanie się naszym przyjacielem i kiedy przyda się sekretna moc dyplomacji.

Pełne akcji, całkiem mądre i fantastycznie narysowane komiksy. Nie mogę się doczekać trzeciej części!

Jorge Aguirre, Rafael Rosado, Strzeżcie się, olbrzymy!, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2019, 212 s.
Jorge Aguirre, Rafael Rosado, Strzeżcie się, smoki!, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2019, 153 s.

Recenzje powstały dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Czas na czytanie: „Zbrodnia po irlandzku” Aleksandra Rumin

Minęło raptem pół roku od poprzedniej książki, a pani Rumin już popełniła kolejną zbrodnię. I to z dużo mocniejszym przytupem!

Witajcie na wakacjach z piekła rodem! Deszczowa Irlandia powita was z otwartymi ramionami, zamglonymi klifami, rozpadającym się busikiem, hotelami na końcu świata i tłumami turystów. Będziecie mieli okazję zwiedzać to niezwykłe miejsce wraz z ośmiorgiem szczęśliwców, którzy wygrali wczasy biurze podróży Hej Wakacje! No, na początku z ośmiorgiem. Bo już od pierwszego dnia  wyprawy szczęśliwcy znaczną ginąć w wyjątkowo niecodziennych okolicznościach…

W porównaniu ze „Zbrodnią i Karasiem”, wakacyjna powieść jest znacznie bardziej uniwersalna. Tym razem autorka nie pije do określonych sytuacji z pierwszych stron gazet, a piętnuje określone zachowania… narodowe, że tak to określę. A mianowicie perypetie różnorakie rodaków na wakacjach. Spokojnie, innym nacjom też się odrywa. I hotelowemu jedzeniu, biurom podróży, pilotom wycieczek, transportowi zorganizowanemu, pogodzie, klifom, owcom, komarom-ludożercom…  W końcu człowiek na wyjeździe głupieje z zasady, a spod skóry wychodzi mu wewnętrzny buc. Ale wygląda na to, że w takich warunkach inaczej się nie da.

Wbrew symfonii uszczypliwego narzekania, jaką w gruncie rzeczy jest ta książka, czyta się ją bardzo dobrze. Chociaż przesadzona do granic możliwości, wciąż jest zabawna, a i nie sposób powstrzymać się od mechanicznego kiwania głową od czasu do czasu. Każdy z nas z pewnością na własnej skórze doświadczył choć jednej z opisanych sytuacji, w końcu przedstawiono ich aż tyle!

Zagubiony pilot wycieczki, demoniczna staruszka, bojowo nastawione kozy, napięty program, malownicze widoki, złodzieje literek, ciągłe ulewy, albo mgły, zabieranie „na pamiątkę” wszystkiego, co nie jest przybite gwoździami (chociaż to, co jest przybite również można zabrać, ale trudniej) i rybki lepszego sortu. A wszystko to przy radosnych dźwiękach harfy i klikającej raz po raz migawki aparatu.

Ta książka naprawdę świetnie nadaje się na wakacje – lekka, humorystyczna i całkiem błyskotliwa. Aż człowiek nabiera ochoty na wyprawę do Irlandii. Tylko może lepiej bez opieki biura podróży.

Kto przed końcem lektury zgadnie, kto jest mordercą, ma u mnie ciacho! I to z bitą śmietaną, a co! Gwarantuję, że nikomu się nie uda!

Aleksandra Rumin, Zbrodnia po irlandzku, Kraków: Wydawnictwo Initium, 2019, 300 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Initium.

Bajki Majki: „ZOO”, Jarosław Mikołajewski

Kolejna książka, którą z dumą awansuję do plebiscytu „Dziobaki Roku”, czyli zbioru najniezwyklejszych pozycji, na jakie trafiłam. I nawet jest w niej dziobak! Chociaż zabrakło lwa, a to spory minus…

To książeczka, która zaskakuje na każdym kroku. I nawet, kiedy po kilku stronach wydaje nam się, że wiemy już czego mniej więcej się spodziewać, kolejna jest zupełnie inna. Szalona zabawa językiem, formą, spontanicznymi, najbardziej podstawowymi rymami, elementami gwary i regionalizmami. W zbiorze znajdziemy wierszyki składające się z dwóch wersów i takie rozpisane na dwie strony. I chociaż każdy z nich jest o zwierzętach, które można spotkać w ogrodzie zoologicznym, to przekrój tematów jest iście bajeczny – od radzenia sobie ze sprawowaniem władzy, przez ulotność życia jętki, nieszczęśliwą miłość kochanków z dwóch różnych światów, sposoby na odróżnienie łosia od łosicy, trudne życie obiektu zainteresowania paparazzich aż po siusianie w odosobnieniu i inne kompletnie zaskakujące skojarzenia. I zaskakujące fakty. Wiecie, jak mówi się na samicę łosia? Albo który z ptaków jest szczęśliwym posiadaczem pęcherza moczowego?

Niektóre z rymowanek uważam za genialne (jestem na przykład wielką fanką hipopotama, węża i grzechotnika), ale znajdą się też takie, których humor uważam za niesmaczny i najchętniej bym je usunęła – na przykład o pijących koalach, czy zarozumiałym pawiu, albo takie, które mnie męczyły nadmiarem absurdu, jak na przykład goryle. Podobnie, jak z tekstem, jest z ilustracjami Elżbiety Wasiuczyńskiej – na hienę i Sienę mogę patrzeć i patrzeć, podobnie jak na hipcia w wersji glamour, zebrę, czy serdecznego łosia (bardzo polecam też rybę-śrubokręt), a takie słonie, czy ten nieszczęsny koala pierwszy zupełnie mi się nie podobają. Taka różnorodność może rozczarowywać, ale na pewno każdy znajdzie tu coś dla siebie. A do tego ma szansę poznać coś zupełnie nowego i lepiej poznać swój gust.

Zoologiczny kogel-mogel. Są tu mądrości i są głupotki, bywa poważnie, choć przeważa żartobliwość. Jest i śpiewnie i kulawo i przewidywalnie i zaskakująco. Tej mieszanki trzeba spróbować na własnej skórze, inaczej się nie da!

Jarosław Mikołajewski, ZOO, Warszawa: Wydawnictwo Agora, 2019, 48s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Agora.  

Czas na czytanie: „Wszyscy ludzie przez cały czas” Marta Guzowska

Bardzo specyficznie czytało się ta książkę na leżaku mocząc stopy w basenie wakacyjnego kurortu, smażąc się w słońcu. Przede wszystkim dlatego, że akcja powieści dzieje się w okolicach Wielkanocy, kiedy to pogoda na Krecie – zdominowana przez wilgotny chłód i bardzo silny lodowaty wiatr – zupełnie nie przypomina tego znanego nam ze zdjęć wypełniających katalogi biur podróży. Ale również dlatego, że to kryminał w klimatach rytualnych mordów i składania ofiar z ludzi, co niekoniecznie komponuje się z radosnym piskiem chlapiących się w wodzie dzieciaków. Niemniej jednak ani trochę nie żałuję wyboru urlopowej lektury, zimny dreszcz na plecach przynosił nieco ochłody, szczególnie między lodami na śniadanie, a lodami na obiad.

Mario Ybl jest doktorem Housem antropologii – to genialny w swojej dziedzinie, zadufany w sobie, rozpamiętujący przeszłość socjopatyczny gbur z paranoją i tendencją do obrażania wszystkich wokół. Chociaż ma niesamowite oko do szczegółów, niezbędnych w rozwiązywaniu zagadek kryminalnych, z typowaniem zabójców idzie mu nieco gorzej. Tak samo, jak i mi, bo aż do samego końca typowałam innego sprawcę.

Zanim jeszcze nasz bohater postawił nogę na Krecie, już zdążył dokonać sensacyjnego odkrycia – na stanowisku archeologicznym, na które został zaproszony przez swojego przyjaciela, składano ofiary nie ze zwierząt, a z ludzi. Szybko okazuje się jednak, że kreteńska ludność wcale nie zaprzestała tej praktyki przebłagiwania bogów i zupełnie współczesnych zwłok zamordowanych w bardzo starożytny sposób pojawia się nagle całkiem sporo. I to całkiem blisko archeologów.

Nocne ucieczki przed mordercą, upadki z urwiska, trzęsienia ziemi, włamania do magazynu, wariaci uzbrojeni w noże i starożytne kości, pogrzeby, rodzinne vendetty, wyklęcia z klanu, wielopoziomowe intrygi, wątpliwe moralnie relacje damsko-męskie, serie z kałasznikowa, przebite serca i poderżnięte gardła, złodzieje kóz i hektolitry raki to tylko nieliczne z atrakcji urozmaicających życie w niewielkim, sennymi miasteczku. A finał, choć wyjątkowo spektakularny, nie wzbudzi większych emocji w nikim, poza czytelnikiem.

Chociaż ta ponura, niegościnna, zimna Kreta wydaje się być zupełnie innym światem, autorka oddaje obraz wyspy, w który bardzo łatwo uwierzyć nawet odwiedzając ją w sierpniu, bo wiele szczegółów turysta jest w stanie wyłapać wokół siebie i w szczycie sezonu. Od wisiorków z labrysem zajmujących honorowe miejsce w witrynie każdego sklepu jubilerskiego, przez trujące rododendrony obrastające szczelnie granice ulic, wąskie górskie drogi pełne samobójczych zakrętów, osamotnione kościoły na górskich szczytach, ogrodzenia zbudowane z kamieni podebranych ze stanowisk archeologicznych, niewielkie puby i niedofinansowane, obskurne muzea. I jakoś ten obraz Guzowskiej, choć ponury, kusi równie mocno. Chociaż może niekoniecznie na urlop z trzylatką, kiedy to niektóre przygody zdecydowanie rozważniej zostawić na kartach powieści.

Marta Guzowska, Wszyscy ludzie przez cały czas, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B, 2015, 398 s.

Bajki Majki: „Top car” Davide Cali, Sébastien Mourrain

Kiedy czytałam opis tej książki, spodziewałam się po niej standardowej historii, często opowiadanej dzieciom za pomocą przykładu wymiany starej, ale ukochanej zabawki lub dobrego przyjaciela na nowy, atrakcyjniejszy model, który szybko zawodzi.

A tu niespodzianka – „Top car” to praktycznie rozprawa filozoficzna w obrazkach. Marcel już od bardzo dawna jest posiadaczem jednego samochodu – średnio ładnego, średnio szybkiego, za to całkiem wygodnego do parkowania i spełniającego swoja funkcję. Inni jednak mają nowsze i lepsze środki transportu, a pojawiające się wszędzie reklamy najnowszego, najszybszego i najładniejszego auta o dumnej nazwie Venus sprawiają, że ten bajecznie wyglądający i bajecznie drogi model staje się obiektem pożądania również Marcela. Zdobyć takie auto nie jest jednak łatwo – można oszczędzać przez całe życie albo podjąć się dodatkowej pracy, na co też nasz bohater się decyduje. To dorywcze zajęcie stopniowo zaczyna wypełniać jego cały czas wolny i pochłaniać wszystkie myśli, bo też pragnienie osiągnięcia celu – uzbierania niezbędnej sumy całkowicie przesłania Marcelowi rzeczywistość i staje się nadrzędną potrzebą. A kiedy heroicznym wysiłkiem cel zostaje osiągnięty, okazuje się, że nie zapewnia on szczęścia. A przynajmniej nie na długo…

Autorzy w dowcipny i lekko ironiczny sposób przedstawiają smutną diagnozę rzeczywistości późnego konsumpcjonizmu. Wyścig szczurów, uzależnienie od bogacenia się, nieustanna pogoń za droższym, lepszym i ładniejszym przy jednoczesnym braku doceniania tego, co się ma i co się osiągnęło. A wszystko to ujęte w sposób zrozumiały  już dla czterolatka. Skoro czterolatek potrafi uznać takie zachowanie za absurdalne, może dorośli tez powinni się nad tym zastanowić? Czy chęć posiadania jest warta tego, by podporządkować jej całe swoje życie?

Obnażanie bezsensowności pogoni za „naj-” to nie jedyny walor edukacyjny tej książeczki. W pierwszym odruchu naszemu bohaterowi do głowy przychodzą nieszczególnie uczciwe metody szybkiego zdobywania dużej gotówki – na szczęście szybko odrzuca hazard i napadanie na banki jako nierozsądne głupstwa, a niezbędną sumę zdobywa ciężką, pełną wyrzeczeń pracą.

Uwielbiam kolorystykę tej książki. Połączenie pastelowego błękitu i różu nie jest pierwszym skojarzeniem z drogimi, luksusowymi samochodami, a jednak pasuje wręcz idealnie. Podobnie jak nieskomplikowane, ołówkowe ilustracje operujące tylko kilkoma podstawowymi barwami, które tak naprawdę biorą na siebie główny ciężar opowiadania tej historii, pozostawiając tekstowi rolę dopełnienia i dopowiedzenia. Co ma szczególnie wymowny wydźwięk na ostatnich stronach, kiedy to słowa zupełnie przestają być potrzebne.

Nie jestem pewna, czy to aby na pewno książka dla tak małych dzieci. Trzeba chyba rozpatrywać ją jako przestrogę i ośmieszenie pewnego wzorca zachowania. Niedługo pewnie zacznie się wiek, w którym do młodego czytelnika będzie docierać coraz więcej kuszących reklam i marketingowych chwytów (u Majki na szczęście jeszcze tego nie zaobserwowałam). Za to na pewno da do myślenia rodzicom owych dzieci, czytającym ją na dobranoc.

Davide Cali, Sébastien Mourrain, Top car, Warszawa: Wydawnictwo Kinderkulka, 2019, 40 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Kinderkulka.