Bajki Majki: „Teatr. Zadaniariusz” Ricardo Henriques, André Letria

To jedna z pozycji zdecydowanie na wyrost i jeszcze dłuuugo poczeka na mojej półce, zanim trafi w ciekawskie rączki Majki, ale w końcu po to ma się dzieci, żeby móc cieszyć oko pozycjami takimi jak ta. A i dorosłym nieco frajdy się z życia należy. A co jak co, ale czar teatru przyciąga osobników chyba w każdym wieku.

A jednak pierwszy kontakt z tą pozycją nieco mnie rozczarował – spodziewałam się jednego z tych monumentalnych wydań będących ozdobą półki po wsze czasy, a „Teatr”, który wyjęłam z paczki przypominał raczej czasopismo. Pomyślałam nawet, że to może kwestia zadań, które będą miała wymagały wypełniania (co zasugerował mi trochę gruby papier dobrej jakości), nie był to jednak trafiony strzał, bo „Zadaniariusz” nie wymaga przyborów papierniczych.

Drugim minusem, który uderzył mnie już na pierwszy rzut oka jest nieco za mała czcionka.

Ta książka to alfabetyczny leksykon (słownik terminologiczny?) pojęć związanych z teatrem. Hasłom daleko jednak do sztywnych, słownikowych definicji – są zabawne, wciągające, przystępne i erudycyjne, dzięki czemu przypominają bardziej ciekawostki, niż przegląd specjalistycznej nomenklatury. A jak już się zacznie czytać, to oderwanie się od lektury graniczy z cudem. Wciągnęłam w jeden wieczór i nie ukrywam, że nadrobiłam dzięki temu naprawdę spore braki w wiedzy. Wiem więc już czym jest wodewil, do czego przymocowany jest sztankiet, do czego tańczy się kathakali, oraz co się robi w skene. Ten sposób zdobywania wiedzy, to sama przyjemność.

 

A samo czytanie to jeszcze nie wszystko! Niektórym z definicji towarzyszą propozycje zadań praktycznych – przeczytaj książkę, obejrzyj film, wysłuchaj piosenki, naucz się portugalskiego, odpraw magiczny rytuał w ogródku… to tylko kilka z pomysłów na poszerzenie wiedzy i rozwinięcie umiejętności. A jeśli po tym wszystkim wciąż brakuje czytelnikowi wrażeń, książka zawiera cztery strony wypełnione pomysłami na teatralne prace plastyczne. Maska, deszczownica, czaszka Yoricka, a może własny teatr? Zaczynam podejrzewać, że nie ma takiej rzeczy, której nie można stworzyć przy użyciu kleju, nożyczek i odrobiny wyobraźni.

I na sam koniec zostawiłam wisienkę na torcie, czyli to, co (poza tematyką), mnie do tej książki przyciągnęło. Ilustracje. I tutaj nie może być mowy o żadnym rozczarowaniu. Duże, rozedrgane, monochromatyczne rysunki przykuwają uwagę, uzupełniają treść i same w sobie bywają ironicznym komentatorem. Sprawiają, że ta książka jest jeszcze lepsza. Idealna symbioza została osiągnięta.

Osobiście wybrałabym dla tej pozycji mniejszy format, większą czcionkę i zamknęłabym ją w twardej oprawie. Poza tym nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń – fantastyczne ilustracje, ciekawe zagadnienia (od zawsze mam słabość do wszelkiego rodzaju słowników, leksykonów i encyklopedii), ambitne wyzwania i inspirujące pomysły diy.

Jest naprawdę świetna, niech no moja Majka szybko rośnie!

Ricardo Henriques, André Letria, Teatr. Zadaniariusz, Toruń: Wydawnictwo TAKO, 2018, 72 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa TAKO.

Czas na czytanie: PREMIEROWO „Srebrna Zatoka” Jojo Moyes

„(…) o miłości i niebezpieczeństwie, i o tym, co życie wpędza nam w sieci. I o tym, że czasami to nie nasza ręka spoczywa na sterze, i możemy jedynie ufać, iż wszystko będzie, jak trzeba”.

„to opowieść o nieuchwytnej równowadze, o prawdzie, z którą się zmagamy (…) kiedy tylko otworzymy serca – że czasami można zniszczyć coś wspaniałego przez samą swoją bliskość”.

Szach-mat, dwoma cytatami z dwóch ostatnich stron książki Moyes wytrąciła mi z rąk cały mój, zbierany podczas 500 stron lektury, recenzencki arsenał. Bo nie można tej powieści podsumować trafniej.

Nie da się ukryć, że to zdecydowanie najbardziej tendencyjna i przewidywalna z książek autorki, które dotychczas czytałam (a na półce czeka już tylko „Dziewczyna, którą kochałeś”). Mamy tu zderzenie dwóch światów, głębokie wewnętrzne przemiany i mnóstwo emocji, jest też ekologia i walka o zagrożone gatunki, tajemnicza i krucha blondynka, bezlitosna firma deweloperska, damska wersja Kapitana Nemo (chyba już wcześniej Nienacki wymyślił coś podobnego w którejś z przygód Pana Samochodzika?) mała rezolutna dziewczynka, rodzinne dramaty, odkrywane zbrodnie sprzed lat i żałoba po śmierci dziecka. I przez cały czas jesteśmy przekonani, że wszystko musi skończyć się dobrze. Ale bynajmniej nie jest to wada, bo ta książka właśnie taka ma być – jak miód na serducho! Trochę emocji, trochę wzruszeń i kilka zwrotów akcji + świetny styl Jojo Moyes sprawia, że „Srebrna Zatoka to bardzo dobry wybór na zimowy wieczór w fotelu, gdzie będzie robić konkurencję gorącej czekoladzie. Szczególnie w ostatnich rozdziałach, bo będą również momenty, przy których warto ogrzać się ciepłym napojem. I jest w niej trochę mniej typowego dla autorki humoru, ale powstałą w ten sposób pustkę idealnie wypełnia autorefleksja i zaduma.

Z pozostałych książek w dorobku autorki tą wyróżnia również miejsce akcji – zapomniana przez świat, cicha australijska zatoka to cudowna chwila oddechu, tak inna od chociażby wielkomiejskich szaleństw Lou Clark. Tutaj króluje cisza, samotność i kontakt z naturą. Srebrna Zatoka to idealne miejsce, by schować się przed całym światem. Aż do momentu, w którym niepozorny przybysz z zewnątrz zdrowo we wszystkim namiesza.

Chociaż narracja prowadzona jest przez różne postacie, nie ma najmniejszej wątpliwości, kto z nich jest tu głównym bohaterem. I jest to mężczyzna, co okazało się być kolejnym plusem, bo chociaż akurat bohaterki Moyes uwielbiam, to jednak zawsze jakoś łatwiej utożsamiać mi się z facetami.

Muszę przyznać, że wyjątkowo długo nie mogłam wczuć się w klimat tej powieści, chyba właśnie z powodu jego spokojnej odmienności i przez ponad 100 stron nie do końca byłam do niej przekonana. Ale kiedy już chwyciłam przynętę, to ocknęłam się dopiero po zamknięciu książki. Nie ma co się zniechęcać, może i akcja rozwija się powoli, ale za to w jak malowniczej scenerii. Jako fanka nadmorskich pejzaży i słonej bryzy we włosach bardzo polecam. I nie powiem, nabrałam wielkiej ochoty, by zobaczyć ocean i wszystkie te zdumiewające ssaki!

Jojo Moyes, Srebrna Zatoka, Kraków: Wydawnictwo Znak Między Słowami, 2019, 512 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak.

Czas na czytanie: PREMIEROWO „Wiara, miłość, śmierć” Peter Gellert, Jörg Reiter

Nie wiem, czy to jesienno-zimowa, ponura aura wzbudza we mnie apetyt na krwawe morderstwa, ale ostatnio wyjątkowo często sięgam po kryminały.

Tym razem głównym bohaterem jest policyjny duchowny, który kierując się powołaniem wyraźnie się z nim minął. Bo zdecydowanie lepiej czuje się w roli odkrywającego prawdę, niż pocieszyciela zbłąkanych owieczek. To ewidentnie człowiek akcji i akcja to chyba wyczuwa, bo jakimś cudem stale jest w jej centrum.

A kiedy ocalony przez niego samobójca zostaje znaleziony martwy zaledwie kilka godzin później, Martin Bauer nie potrafi zostawić tej sprawy w spokoju wściubiając nos w każdy szczegół i przez przypadek odkrywa spiralę zbrodni ciągnącą się od prawie 25 lat. A potem staje przed tragicznym wyborem ratowania własnej córki albo chłopca, którego obiecał sobie uchronić przed złem.

Podążając za podsuwanymi przez autorów wskazówkami, nie jest czytelnikowi trudno odgadnąć co tak naprawdę się wydarzyło tak samo szybko, albo nawet szybciej, niż główny bohater. Trzeba więc powiedzieć, że „Wiara, miłość, śmierć” jest w pewnym stopniu przewidywalna, ale jako kompletny laik w temacie kryminałów, osobiście lubię ten rodzaj przewidywalności. I to satysfakcjonujące uczucie „Ha! Wiedziałam, że to on!” tuż po oficjalnym rozwiązaniu zagadki.

Co wyróżnia tą książkę na tle innych kryminałów, które czytałam? Zdecydowanie sposób pracy głównych bohaterów. Tak, jak samozwańcze śledztwo osoby nie mającej uprawnień policjanta, za to przekonanej o swojej racji jest czymś popularnym, tak postać Vereny i jej związek z Bauerem już niekoniecznie. Tak naprawdę to śledcza prowadzi dochodzenie, a duchowny tylko patrzy jej przez ramię. Mimo to to jemu tutaj zależy i to on drąży dalej, nawet, kiedy sprawa jest uważana za zakończoną. Nie są partnerami, nie współpracują, a jednak wzajemnie sobie pomagają rzadko aprobując wybory drugiego, nieco się wykorzystują i chronią sobie tyłki. Ta niezależna zależność ma w sobie coś intrygującego i choćby dla niej chętnie sięgnę po kolejne tomy.

A poza tym mamy tu całe spektrum efektów specjalnych – skakanie z mostu (i ogólnie wyjątkowo dużo upadków), uzbrojonych nastolatków z burzą hormonów, pościgi samochodowe, rumuńskie prostytutki uciekające z miejsca pracy, poprzewracane tiry, małżeńskie zdrady, skorumpowanych urzędników państwowych, młodzieńcze porywy serca (zarówno w kierunku płci przeciwnej, jak i koncepcji naprawiania świata), obławy antyterrorystów, ciężar rodzicielstwa, mafijne porachunki, pacyfikowane zamieszki, zaginione dzieci i sesje buddyjskiej medytacji. A wszystko to w atmosferze nadciągającego huraganu.

Nie można nie wspomnieć również o kwestii wiary, która towarzyszy Bauerowi na każdym kroku – to duchowny „wyluzowany” – wątpiący, stale zmagający się z dogmatami Pisma, zawierający umowy z Bogiem i zawierzający intuicji, jako boskiemu natchnieniu. Fajny z niego ksiądz, pewnie dlatego, że protestancki – normalny facet zmagający się z problemami normalnych ludzi. A przy tym trochę James Bond w sutannie. To się chyba wtedy nazywa „Ojciec Mateusz”. Tylko bez sutanny, bo pastorzy w końcu nie noszą.

Chociaż nie można powiedzieć, że książka stale trzyma w napięciu, to jednak ciągle się coś dzieje, przez praktycznie nie zauważyłam, kiedy minęło 400 stron. Naprawdę dobrze się czyta.

Obszerny fragment powieści możecie przeczytać TUTAJ.

Peter Gellert, Jörg Reiter, Wiara, miłość, śmierć, Kraków: Wydawnictwo Initium, 2019, 416 s.

Bajki Majki: Seria „Pucio” Marta Galewska-Kustro, Joanna Kłos

Nareszcie dojrzałam do tego, by wziąć na warsztat chyba najbardziej lubianą i rozpoznawalną serię wspomagającą rozwój mowy. A dojrzewałam do tego naprawdę długo, bo książki pani Galewskiej-Kustro pojawiają się w naszym domu niemalże na bieżąco, zaraz po wydaniu.

Pierwszą część przygód Pucia dostaliśmy w prezencie tuż przed pierwszymi urodzinami Majki. Początkowo mieliśmy trochę problemów logicznych z imieniem głównego bohatera, bo najczęściej używanym przez nas pieszczotliwym określeniem Bobasy było właśnie Pucia (no wiecie, za niemowlaczka miała takie puciaste policzki, że nic, tylko robić „puci, puci puci” :D), ale w końcu udało nam się to rozgraniczyć i szybko stała się jedną z najczęściej czytanych książek na majkowej półce. Do tego stopnia, że zarówno mi, jak i mężowi zbrzydła kompletnie. A potem pojawiły się kolejne części i z każdą następna było bardzo podobnie.

Wbrew pozorom książki z tej serii mają całkiem sporo tekstu, dobrze sprawdzą się jako jedna z pierwszych książek do dłuższego czytania. Już jeden „Pucio” wystarczy, by spełnić minimum dwudziestominutowego czytania dziecku.

Wszystkie części zostały wykonane z grubej tektury, a ich format zbliżony jest do A4, przez co są stosunkowo ciężkie i osobiście nieszczególnie lubię trzymać je w jednej ręce, kiedy czytam z córką na kolanach, bo to po prostu mało wygodne. Pucia czytamy więc najczęściej na dywanie.

Pomijając jeszcze przez chwilę walory edukacyjne, jestem wielką fanką ilustracji Joanny Kłos. Wypełniają one całe strony książek, spychając tekst do roli dopełnienia (z powodzeniem można też w ogóle nie czytać tekstu, skupiając się na wspólnym opisywaniu przedstawionych sytuacji wraz z dzieckiem – to świetne ćwiczenie na kreatywność i skupienie uwagi), ale odkąd mój mąż zauważył „Jakie oni mają dziwne nosy!” widzę głównie nosy bohaterów. Niemniej jednak wizualnie wciąż bardzo mi się podoba, to świetnie zaprojektowane książeczki!

A jednym z ich największych atutów, jest zwiększający się poziom, dzięki czemu seria rośnie wraz z dzieckiem:

„Pucio uczy się mówić. Zabawy dźwiękonaśladowcze dla najmłodszych” – jak już wskazuje nam sam tytuł, pierwsza część serii skierowana jest do najmłodszych odbiorców (my czytaliśmy od mniej więcej 10go miesiąca życia) i jest po brzegi wypełniona onomatopejami. Fabuła ujęta jest w króciutkie zdania uzupełnione wyrazami dźwiękonaśladowczymi. A te, poza pojawianiem się w tekście, zapisane zostały również na ilustracjach, w dymkach i wyszczególnione na dolnym marginesie. Pod względem tematyki książka porusza sceny najczęściej znane maluszkowi z codzienności – wspólne posiłki, spacery po mieście i parku, spędzanie wolnego czasu, czy wycieczka do dziadków na wieś. Jest hałaśliwie, rodzinnie i wesoło. A ostatnie strony poświęcono na powtórkę – piktogramy z podpisami zachęcają do wspólnego powtarzania poznanych dźwięków.

Marta Galewska-Kustro, Joanna Kłos, Pucio uczy się mówić. Zabawy dźwiękonaśladowcze dla najmłodszych, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2016, 40 s.

„Pucio mówi pierwsze słowa” – ta część skierowana została już do nieco starszych czytelników i z pewnością ucieszy każdego przedszkolaka. Jako, że pojawia się w niej temat uczęszczania do przedszkola, fajnie sprawdzi się jako książeczka ułatwiająca adaptację. Ponadto znajdziemy tu też urodziny głównego bohatera, rodzinne wyjście na basen, zakupy z mamą i codzienne rytuały, bo spędzamy z Puciem calutki dzień – od pobudki, aż po zaśnięcie. Ta część nastawiona jest na poznawanie słów – nazw obiektów i czynności i tym razem to one, wraz z obrazkami, zostały wyszczególnione na marginesach i w „powtórce” z tyłu książki. Poza samymi nazwami przedmiotów i czynności maluch pozna również przymiotniki pomagające w ich opisywaniu, na zasadzie przeciwieństw (jak na przykład mały i duży, brudny i czysty, wesoły i smutny) oraz przedimki pomagające określić ich położenie (np. w, na, pod).

Marta Galewska-Kustro, Joanna Kłos, Pucio mówi pierwsze słowa, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2017, 40 s.

„Pucio i ćwiczenia z mówienia, czyli nowe słowa i zdania”. Na początku miałam wrażenie, że ta część się u nas nie przyjmie i szał na Pucia już przeminął. Kiedy do nas trafiła, Majka mówiła już całkiem ładnie i miała spore słownictwo, dlatego już podczas pierwszego czytania sama z marszu opisała mi wszystko to, co działo się na ilustracjach jeszcze zanim zdążyłam przeczytać jej tekst. I chociaż dłuższe już nieco zdania są bardziej zaawansowane pod względem używanych określeń (na przykład jest aż sześć różnych określeń miejsca), dość szybko się Bobasie znudziła. A potem przyszła zima i zaczął się jej renesans stając się najulubieńszą lekturą świata. Bo fabuła dotyczy właśnie zimowego wyjazdu w góry. Jest budowanie karmnika dla ptaków, dokarmianie leśnych zwierząt, oczekiwanie na śnieg, zimowe szaleństwo, narty, sanki, łyżwy, bałwany i co tylko można sobie wymarzyć. Z korkiem na Zakopiance i wizytą na urazówce włącznie.

Marta Galewska-Kustro, Joanna Kłos, Pucio i ćwiczenia z mówienia, czyli nowe słowa i zdania, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2018, 40 s.

„Pucio na wakacjach. Ćwiczenia wymowy dla przedszkolaków” to ostatnia i chyba moja ulubiona część przygód tej zakręconej rodzinki. Nie tylko dlatego, że dzieje się latem (i to częściowo nad morzem!), ale przede wszystkim dlatego, że od samego początku jest dla mojej Mai największym wyzwaniem. Tym razem puciorodzina wsiada do wypożyczonego przez ciocię kampera i rusza podbijać Kaszuby. Przeczytamy tu o rozbijaniu namiotu, kąpielach w jeziorze, wycieczkach rowerowych, leśnych piknikach, skakaniu przez morskie fale, wizycie w skansenie, jedzeniu ryby z frytkami, czy wspinaczce na latarnię morską. A wszystko to opisane zostało już naprawdę złożonymi zdaniami w dłuższych partiach tekstu. Tym razem rysunki sytuacyjne na marginesach podpisane zostały z oznaczeniem głosek, których wymowę należy ćwiczyć. Marginesy zostały podzielone na trzy części – adekwatnie do wieku czytelnika – mamy więc osobne wyrazy dla trzy-, cztero- i pięciolatków. Ponadto poza standardową powtórką pojawiły się również pomysły na gimnastykę buzi, czyli robienie minek trenujących aparat mowy. Super sprawa.

Marta Galewska-Kustro, Joanna Kłos, Pucio na wakacjach. Ćwiczenia wymowy dla przedszkolaków, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2018, 40 s.

Mimo tego, że każda z kolejnych części bez najmniejszego problemu zdobywa serce mojego dziecka, chętnie wracamy również do poprzednich książeczek z przygodami Pucia. Nikt w końcu nie powiedział, że przedszkolak nie może mieć frajdy z muuuczenia jak krówka i tykania jak zegarek, prawda?

Polecamy z całego serducha, ale uwaga! Ta seria wciąga. I niedługo całkiem wam zbrzydnie. Na szczęście kolejne części pojawiają się całkiem często – akurat, kiedy rodzic nie może już patrzeć na poprzednią ;)

Mieliście już przyjemność poznać Pucia, Misię i Bobo?

Bajki Majki: „Ptakowisko” Anna Edyk

Zima jest zawsze okresem wzmożonej sympatii w kierunku naszych ptasich „braci mniejszych”. Tej zimy wyjątkowo nie dokarmiamy ptaków ze strachu przed stadkiem wolnobytujących kotów mieszkających na naszej posesji, ale mnóstwo żółtodziobych kosów i tak przylatuje dzień w dzień na śniadanie z owoców porastającego nasz dom winobluszczu.

W zeszłym roku furorę robiły podskakujące na śniegu wróbelki i sikorki zawsze łase na kawałek słoniki, który i tak suma summarum porywała mewa. Przy pomocy towarzyszącego nam w obserwacjach „Małego atlasu ptaków” udało nam się rozpoznać również odwiedzającą nas co jakiś czas sójkę.

Ale w czasie wakacji Bobasa poznała również inne ptaki – flamingi i pelikany w zoo, bociany w uwitych na słupach gniazdach oraz papugi i tukany w rozkrzyczanej papugarni. I przepiękny atlas Pawlaków powoli przestał nam wystarczać.

Ale niezawodny Mikołaj znalazł na to sposób – „Ptakowisko” Anny Edyk, czyli książka pełna przedstawicieli aż 60-ciu gatunków ptaków zilustrowanych przez Piotra Brydlaka. Znajdziemy tu i najbardziej pospolitych z ptasich przyjaciół, jak kanarek, łabędź, kaczka krzyżówka, a nawet gołąb, te zdecydowanie bardziej egzotyczne, jak różowe flamingi, pingwiny, pelikany, kondory, czy strusie oraz takie, o których mama nigdy nawet nie słyszała – amadyny, piłodzioby, sylfiki. A każdy z nich został pięknie przedstawiony we wszystkich wariantach upierzenia i w kilku słowach opisany… wierszykiem. A każda z prostych rymowanek przybliża nieskomplikowane ciekawostki z ptasiego świata i przy okazji wpada w ucho pomagając je zapamiętać.

Świetna sprawa dla każdego ciekawskiego przedszkolaka i poszerzenie horyzontów dla rodzica, który dotychczas nie miał ornitologicznych ciągot.

Prawdziwa feeria barwnych ptasich piór zamknięta bezpiecznie między twardymi okładkami. Książka zawiera dużo papierowych stron, wymaga więc już nieco wprawy od małego czytelnika. Ale warto się wprawiać!

Anna Edyk, Ptakowisko, Warszawa: Wydawnictwo SBM, 2018, 96 s.

Okołoksiążkowy miszmasz: Podsumowanie 2018

Nie jestem niestety najlepsza w pisaniu podsumowań (pewnie dlatego wszyscy ogarnęli to jeszcze w ostatnich tygodniach 2018, a ja pomyślałam dopiero teraz…) i to również zapewne by nie powstało, gdyby nie Moja Biblioteka –  świetna aplikacja na smartfona, na którą trafiłam na początku roku i która pomogła mi w zanotowaniu przeczytanych pozycji, ilości stron, autorów i tak dalej. Możliwość przyjrzenia się wszystkim przeczytanym tytułom w przeciągu roku to jednak super sprawa.

A jest ich całkiem sporo, bo aż 80. Jak to się stało, że wyszło tak dużo? Może to trochę oszukaństwo, ale zaczęłam liczyć książki dziecięce. Oczywiście nie wszystkie te, które na co dzień czytamy z Majką po kilka razy w kółko, ale te bardziej ambitne, dłuższe pozycje. Za dolne kryterium ustanowiłam minimum 100 stron normalnego druku. To prawda, że literaturę dla dzieci czyta się zazwyczaj szybciej i łatwiej, niż propozycje skierowane do dorosłego czytelnika, ale nie widzę powodu, by nie traktować na przykład „Kubusia Puchatka” albo „Piotrusia Pana” za pełnowymiarowe książki. Takich tytułów jest na mojej liście 12.

Całkiem dobrze poszło mi odkrywanie dobrodziejstw rodzimej literatury. Aż 34 przeczytane przeze mnie w zeszłym roku książki wyszły spod piór polskich autorów. Niestety znacznie gorzej poszło mi z wyczytywaniem regałów hańby – tylko 6 książek z listy czekało na przeczytanie dłużej niż 3 miesiące, reszta to same nowe nabytki.

Odkrycia roku:

Na ten tytuł w pełni zasługują dwie pisarki, które odkryłam w 2018. Co ciekawe, twórczość Magdaleny Knedler zachwyciła mnie na samym początku roku, a Marty Kisiel pod koniec.

Najlepsze książki 2018:

Najlepsze książki dziecięce:

Największe rozczarowania:

Nie da się ukryć, że Majka coraz bardziej zawłaszcza również tą część mojego życia, jaką jest blog. Oprócz cotygodniowego, czwartkowego cyklu recenzji książeczek dla dzieci, od września pojawił się również dzień opinii o grach i zabawkach dla maluchów, czyli Grajki Majki.

To również dziecięce (żeby nie powiedzieć „parentingowe”) wpisy cieszą się największą popularnością. Pierwsza piątka najczęściej czytanych prezentuje się następująco:

1. Bajki Majki: Najpiękniejsze książeczki o zimie i świętach dla maluszka i nie tylko
2. Grajki Majki: Mozaika Pixel Baby „Kotek”, QUERCETTI
3. Bajki Majki: Książeczki o tatusiach na Dzień Taty i nie tylko
4. Bajki Majki: Książeczki na dobranoc
5. Bajki Majki: „Biblia opowiedziana i objaśniona” Jean–Michel Billioud, Hélène Georges

Biorąc pod uwagę wszystkie plany i wyzwania, do jakich się zobowiązałam na początku roku, ostateczny bilans nie jest tak zły, jak myślałam.

Wyzwania, w których poległam:
– Czytelnicze Podróże w Nieznane u UwagaCzytam
– Olimpiada Czytelnicza u Pośredniczki Książek
– przeczytanie minimum 20 książek z regału wstydu.

Co się udało?
– 22 minuty czytania dziennie
– Przeczytam 52 książki
Wyzwanie WyPożyczone 2018 (tu trzeba przyznać, że Marta mnie pilnowała ze zgłaszaniem tytułów, bo sama na pewno bym o tym zapomniała)
– Nie zabieranie się za nową książkę, dopóki nie napiszę przynajmniej kilku słów o poprzedniej.

Czyli mimo wszystko więcej się udało, niż nie. W końcu w życiu trzeba szukać plusów!

Przy okazji nostalgicznych podsumowań koniecznie trzeba wspomnieć o Bobasowym Klubie Książki, którą to inicjatywę zakończyłam w czerwcu tego roku. Ten projekt pozwolił mi nie tylko dzielić się książkowymi inspiracjami i zarażać miłością do czytania od malucha (czasem nawet jeszcze przed pierwszymi krokami!), ale również poznać fantastycznych ludzi – świetne mamy, genialne dzieci i fenomenalnych założycieli Biblioteki Domu Sąsiedzkiego „Nasze Ujeścisko”. Dzięki Wam za ten wspólny rok!

Co dalej? Wciąż czerpać frajdę z czytania i blogowania. Utrzymać regularność postów (z pracą na etacie może się to okazać pewnym wyzwaniem, ale czymże byłoby życie bez wyzwań!) i jednak konkretniej wziąć się za ten nieszczęsny Regał Książek Czekających na Wyczytanie. Przeczytać kolejne 52 książki w 2019 i dalej zaglądać do biblioteki.

230783bf-f0ef-4c86-9f88-c79fc68f7b3b

A jak Wasze plany i postanowienia? Zeszłoroczne wypełnione chociaż w pewnym stopniu? Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!

Czas na czytanie: „Twierdza Kimerydu” Magdalena Pioruńska

Nie da się ukryć, że mam wielką słabość do dziwnych rzeczy i sięgam po nie z przyjemnością. Ale tak dziwnej książki, jak „Twierdza Kimerydu” dawno nie czytałam. Nawet nie wiem od czego zacząć.

Ludzkość poczyniła spore postępy w kierunku rozwoju genetyki. Nie tylko wskrzesiła dinozaury, ale również powołała do życia nowe gatunki bezrefleksyjnie mieszając geny stworzeń żywych i wymarłych. Dążąc do pokonania śmierci ulepszyła człowieka modyfikując jego wygląd, wyeliminowała koncepcję starzenia się i poprawiła wytrzymałość. Największym marzeniem okrutnego cesarza hegemona władającego Europą jest stworzenie armii niezwyciężonych żołnierzy będących hybrydami ludzi i dinozaurów. Tymczasem w Afryce, miejscu, skupiającym badania nad prehistorycznymi gadami, przedstawiciele tego gatunku pojawili się zupełnie samoistnie. By nie powiedzieć wręcz „naturalnie”.

Tyrs Mollina nie ma lekkiego życia – urodził się jako wyrzutek, potomek człowieka i raptora. Pozbawiony wspólnoty i własnej tożsamości, wychowany na ulicy od dziecka musi radzić sobie sam, a ponadto na jego barkach ciąży odpowiedzialność za pojawiające się w zastraszającym tempie młodsze rodzeństwo. Jest samcem alfa swojej rodziny, strażnikiem wąwozu, Casanovą, uczniem liceum i przyjacielem dwóch innych młodych chłopaków, całkiem do niego podobnych, a jednak zupełnie innych.

Ta książka to naprawdę wybuchowa mieszanka – problemy egzystencjalne dorastających chłopców mieszają się z walką o przetrwanie i poszukiwaniem własnego „ja”, nie tylko jako człowiek, ale i jako drapieżnik. To walka z zupełnie ludzkimi pragnieniami i popędami podszeptywanymi przez skrytą gdzieś głęboko gadzią naturę. To nieustanna walka o akceptację społeczeństwa, rodziny i samoświadomość. A jakby tego rodzaju rozterek było mało, to pewna słynna kobieta, która trafi przypadkiem w mało gościnne mury tej niestandardowej twierdzy przynosi ze sobą widmo wojny.

Kontrowersyjne tematy, jak homoseksualizm, czy prostytucja kompletnie blakną przy eksperymentach na ludziach (a nawet na własnych dzieciach!), wykorzystywaniu nieletnich, składaniu krwawych ofiar, czy międzygatunkowych związkach z licznym potomstwem. Kompletna jazda bez trzymanki. Czytelnikowi wydaje się, że już nic nie jest w stanie go zaskoczyć, by chwilę później wstrzymywać oddech za zdumienia. A wykreowana antyutopia z każdą stroną przeraża coraz bardziej.

Jest tu wojna i rzeź, są złamane serca i portowe życie spod znaku czerwonych latarni, jest walka o wolność, tożsamość i rzucanie wyzwania niepokonanemu, jest okrucieństwo najeźdźcy i jedzenie ludzkiego mięsa. Jest nadzieja i jej utrata. Są też takie momenty, kiedy nie miałam zielonego pojęcia o co im wszystkim chodzi i w imię czego właściwie tak strasznie utrudniają sobie życie. Bo motywacje bohaterów bywają przedziwne i zmieniają się jak w kalejdoskopie.

Wiadomo, były momenty, które podobały mi się bardziej, i te, które mniej przypadły mi do gustu. Długo nie rozumiałam na przykład dlaczego właściwie na siłę upchnięto bohaterów do szkoły – dla mnie z zupełności sprawdziliby się jako żołnierze. A tego rodzaju zabiegów – które zyskują sens dopiero gdy mamy obraz całości – jest całkiem sporo. Frustrująco sporo.

Autorka jest prawdziwą sadystką – nie oszczędza ani swoich bohaterów, ani tym bardziej czytelników.

Pomijając kompletny miszmasz tematyczny i koncepcyjny, książka jest napisana w bardzo specyficzny sposób. Teraźniejszość miesza się ze wspomnieniami, a różne perspektywy bohaterów niejednokrotnie się na siebie nakładają. Nie przepadam za pierwszoosobową narracją, ale w przypadku tej powieści nadaje ona historii zupełnie inny wymiar. A kiedy już się człowiek przyzwyczai, to nie sposób przerwać lektury, czyta się jednym tchem.

Dziwna, niestandardowa, zaskakująca. Nie można przestać o niej myśleć, szczególnie, że zakończenie pozostawia mnóstwo niedosytu. Niecierpliwie czekam na drugi tom, i w głębi serca mocno wierzę, że mój ulubiony bohater wcale jednak nie umarł na śmierć i doczekam się jego wielkiego powrotu. Bardzo proszę!

P.S. Nie sposób nie wspomnieć również o opracowaniu graficznym – książka została wzbogacona o trzy kolorowe wkładki z komiksowym przedstawieniem danej sceny. Ta koncepcja przypadła mi do gustu i w ostatecznym rozrachunku było mi tych obrazkowych wtrąceń trochę mało – kiedy już się przyzwyczaiłam, że się pojawiają, one jak na złość przestały się pojawiać. Strasznie spodobał mi się za to gadżet promocyjny, który dostałam wraz z książką – zbiór grafik w formie pliku zdjęć przedstawiających formalne i nieformalne momenty z życia opisanych postaci. Taki intymny wgląd do albumu ten kompletnie niestandardowej, ale jednak rodziny. Fantastyczny pomysł.

Magdalena Pioruńska, Twierdza Kimerydu, Gdynia: Wydawnictwo Novae Res, 2017, 444s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.

Bajki Majki: „Psierociniec. Tom 3: Niepiesek” Aneta Widzowska

Nie da się ukryć, że chociaż lubimy wszystkie futerkowe i nie futerkowe zwierzęta, to największą słabość odczuwamy do kotów –  jesteśmy rodziną kociarzy pełną gębą. Dlatego też nie od razu zwróciłam uwagę na „Psierociniec” – nową serię książek dla początkujących czytelników.

Dopiero trzeci tom psich przygód wyjątkowo skutecznie przykuł moją uwagę. Tom o Niepiesku, czyli psiaku, który przez całe życie myślał, że jest… kotem. Wychowany przez kocią rodzinę naprał wielu mruczkowatych zwyczajów, co spotkało się z drwiącą reakcją miejscowej bandy psich chuliganów.

Dlatego też za wszelką cenę stara się udowodnić sobie i innym, że potrafi być również świetnym psem. Buduje rakietę kosmiczną, chcąc zapisać się w historii psich podbojów wszechświata, próbuje łapać przestępców i kariery psa przewodnika. Niestety wszystkie jego wysiłki kończą się fiaskiem.  Czy wizyta w Psierocińcu pomoże mu uwierzyć w siebie i odnaleźć własną tożsamość?

I chociaż nie znamy wcześniejszych losów wielu bohaterów – między innymi psiego poety Remika, który stanie się mentorem Niepieska – trzeci tom serii okazał się być bardzo dobrym pretekstem dla pierwszej wizyty w Psierocińcu. Wybierając więc tytuł, nie trzeba sugerować się kolejnością tomów (choć oczywiście to zawsze najwygodniejszy sposób poznawania tematu) i spokojnie można wybierać zgodnie z dostępnością, czy tematyką.

A „Niepiesek” to zaskakująco pozytywna, zabawna i rozśpiewana (ten aspekt zaskoczył mnie chyba najbardziej – co kilka stron mamy wpadającą w ucho, rymowaną piosenkę – superowy pomysł!) opowieść o inności i akceptacji. Przyjaźń, rodzina i chęć niesienia pomocy, to kolejne wartości, jakie niesie ze sobą lektura. Fajnie sprawdzi się również jako wyjście do promowy o zjawisku adopcji. A wszystko to opakowano w dowcipną, nieprawdopodobną fabułę pełną bardzo sympatycznych bohaterów. Bo tutaj nawet czarne charaktery przyprawiają o uśmiech na twarzy. A i różnorodność gatunkowa jest imponująca.

Chociaż pod względem objętości tekstu, moja Maja jest jeszcze trochę za mała na tą pozycję, myślę, ze skusimy się na czytanie „na raty”. Mądry, przystępnie przedstawiony morał i strasznie ładne ilustracje dopełniające tekst są zbyt wielką pokusą, by móc w stanie się jej oprzeć i cierpliwie czekać te kilka lat. Za to bardziej wprawionym  (5/6 latkom) polecam lekturę jednym tchem.

Aneta Widzowska, Psierociniec. Tom 3: Niepiesek, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2018, 64 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

 

Czas na czytanie: „Dynia i jemioła” Aneta Jadowska

Nie jestem wielką fanką opowiadań, ale ta forma idealnie sprawdziła się podczas świątecznych przygotowań – jedno między odkurzaczem, a mopem, drugie miedzy sałatką, a pierogami i ani się człowiek obejrzy, a Wigila przygotowana!

Początkowo nie było mi łatwo wkręcić się w tą książkę, bo z twórczości Anety Jadowskiej znam tylko cykl o Nikicie. Pozostałych bohaterów poznawałam więc od d… dziwnej strony, ale po kilkunastu stronach „Wampira, który ukradł święta” poczułam się w miarę swobodnie i dalej poszło już gładko. A kiedy już dane było mi spotkać takie indywidua jak Dora Wilk, Malina, czy Witkacy  (i to w najbardziej wyjątkowym, bo świątecznym klimacie!), to mam wrażenie, że już nie ma odwrotu. Coś czuję, że szybko nadrobię braki w twórczości autorki, bo przyzywają mnie z bibliotecznych półek jak magnes.

Bo opowiadania są super – nieprawdopodobne, zabawne i z pazurkiem – idealne na odstresowanie przedświątecznej nerwówki. Trochę tu przyprawiającego o próchnicę Halloween, szczypta pachnącego piernikami bożego narodzenia i odrobina upiornego Samhain doprawionego zdrową dawką chinoiserie.

Są wampiry, wilkołaki, przywoływanie demonów, erotyczne anonse, wiedźmy, stwory prosto z piekielnych czeluści, gburowate duchy i uzbrojona po zęby Nikita. Jeśli czegoś tu nie znajdziecie, to tylko nudy.

A wszystko to w wyjątkowo ładnym wydaniu – twarda oprawa i ilustracje Magdaleny Babińskiej robią robotę!

Zazwyczaj blurby na tylnej stronie okładki przesadzają, ale tym razem wyjątkowo się zgadzam – porównanie z pudełkiem czekoladek jest wyjątkowo udane. Nigdy nie wiadomo, co nam się trafi, ale na pewno będzie pysznie!

Aneta Jadowska, Dynia i jemioła, Kraków: Wydawnictwo SQN, 2018, 410 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa SQN.