Bajki Majki: Seria o Basi – garść nowości

Maja miała jakieś półtora roku, kiedy trafiliśmy na pierwszą książkę o przygodach Basi – co ciekawe wcale nie z cyklu dla maluszków, a pełnowymiarową, długaśną historię – dobrze pamiętam, że to była „Basia i basen”. To była miłość od pierwszego wejrzenia i prawdziwy chrzest bojowy dla mnie jako mamy – nigdy wcześniej nie czytałam na głos tak obszernego tekstu! A mój maluszek wysłuchał całości w skupieniu i z zainteresowaniem, bo czym oznajmił z powagą „jeszcze raz!”. Tak zaczęła się nasza basioprzygoda, która obecnie zajmuje niemal całą półkę na majkowym regale. I nic dziwnego, bo wkręciliśmy się całą rodziną.

Seria przygód Basi liczy już ponad 35 tomów i wciąż pojawiają się nowe. Razem z tą nie najgrzeczniejszą, ale przy tym przekochaną bohaterką dzieci mogą oswoić trudne sytuacje i poznać mnóstwo ciekawych zagadnień – od alergii, wizyty u dentysty, w szpitalu czy w przedszkolu, przez pieniądze, ekologię, jedzenie słodyczy i alergię, aż po bałagan, pracującą mamę i rozmaite wakacyjne wyjazdy. Tym razem przyszedł czas na rowerową wyprawę pt. „Basia i rower”!

W przeciwieństwie do mojego dziecięcia, Basia potrafi już jeździć na dwóch kółkach (mam nadzieję, ze to podziała na Majkę motywująco! Szczególnie, że autorka uwzględniła małą retrospekcję z pełnej upadków basiowej nauki), może więc w pełni uczestniczyć w rodzinnym wyjeździe do domku w lesie pełnego rowerowych wycieczek. Ale czy Basia aby na pewno jest dość duża, by dojechać rowerem dookoła świata? Po drodze będą czekać wyścigi, spotkanie z rowerowymi piratami i zdziwionymi krowami (i ich plackami), a wszelkie wysiłki zostaną zwieńczone piknikiem nad rzeką. Z kijankami!

Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia i rower, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 24 s.

Co jakiś czas pojawiają się „Wielkie księgi przygód Basi” będące zbiorczymi wydaniami basiowych przygód. My jednak preferujemy książeczki wydawane pojedynczo – w twardych oprawach i z większymi ilustracjami i te kolekcjonujemy. „Basia i rower” z pewnością zostaną z nami na dłużej!

Poza „Wielkimi księgami przygód” mamy też „Wielkie księgi” – osobną podserię, gdzie obszerne książki nie składają się z wydanych wcześniej opowiadań, a znajdziemy w nich krótsze teksty poświęcone określonej tematyce – np. przedszkolu czy trudnym słówkom. „Basia. Wielka księga o uczuciach” jest najnowszą z nich.

Życie Basi wypełnione jest uczuciami – jedne z nich uskrzydlają, inne wpędzają w kiepski humorek. Jest ich jednak taka mnogość i rozmaitość, że nie jest łatwo połapać się we własnych emocjach, a co dopiero odgadnąć co czują inni. „Wielka księga o uczuciach” spieszy z pomocą! To rozbudowane kompendium uczuć wszelakich pokazanych z różnych perspektyw. Każda z emocji otrzymała swoją rozkładówkę (przynajmniej jedną!), gdzie wśród licznych ilustracji znalazło się miejsce na wypowiedzi różnych członków rodziny Basi opowiadających o tym w jakich momentach i co czują oraz co ich wprawia w określony nastrój. Opowie nam co nieco i najbliższa rodzina Basi, jej przyjaciele, dziadkowie, a nawet Misiek Zdzisiek i Małpka!

Bardzo podoba mi się, że książka pasuje do aktualnej rzeczywistości – między innymi pojawia się w niej niejednokrotnie koronawirus (np. przy okazji omawiania strachu), a Antek ma oceny w „librusie”, nie w dzienniku, jak za naszych czasów, kiedy to rodzice poznawali oceny dwa razy w roku na wywiadówkach.

Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia. Wielka księga o uczuciach, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 144 s.

Do nieco starszych przedszkolaków (o czym, poza poruszaną tematyką, mogą świadczyć również niezaokrąglone rogi oprawy) jest skierowana podseria „Basia i przyjaciele”. Głównymi bohaterami opowiadań jest zawsze jedno z najbliższych przyjaciół Basi, a ona sama jest w nich wspomniana raczej marginalnie. Tym razem głos oddano, jak już wskazuje sam tytuł „Basia i przyjaciele. Marcel” – zwierzolubnemu koledze Basi z przedszkola.

Marcel kocha wszystkie zwierzęta – od ślimaczków i robaczków, które karmi roślinkami doniczkowymi z przedszkolnej sali, aż po stworzenia pierzaste, futrzarste i czworonożne, które całkiem często znosi do domu. Na szczęście za cichym przyzwoleniem rodziców i równie dobrych sercach i braku alergii wszelakich. To naprawdę wesoły dom – pełen kociego mruczenia, skrzeczenia papugi, psiego poszczekiwania i głosów dzieci. Pewnego dnia mama Marcela przynosi do domu pieska w bardzo złym stanie – kto mógłby chcieć otruć psa?

To nie tylko wzruszająca opowieść o szanowaniu życia każdego, nawet najmniejszego stworzonka, ale również o empatii i bezinteresownej pomocy. Pojawia się w niej również motyw śmierci zwierzątka, i choć pochowane przez Marcela i jego ciocię stworzenie to tylko znaleziona polna myszka, to może być bardzo pomocna podczas rozmów o odejściu ukochanego domowego pupila.

Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia i przyjaciele. Marcel, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 24 s.

Na serię o Basi i Franku, skierowaną do najmłodszych dzieci, trafiłyśmy stosunkowo późno i w formie zbiorczej „Wielkich ksiąg Basi i Franka” – dlatego też zainteresowanie mojej córki nie trwało szczególnie długo, choć i do tych opowiadań mamy sporo sentymentu. To krótkie, bardzo proste historyjki skupione wokół tematów bliskich maluszkom – poznawaniu kolorów, zwierzakom, zasypianiu, jedzeniu czy korzystaniu z nocnika.

Strasznie się cieszę, że pojawił się dodruk tych książeczek w formie kartonowej – dotychczas widziałyśmy je jedynie w bibliotekach. To niewielkie, leciutkie kartonówki z bezpiecznie zaokrąglonymi rogami, śliskie i błyszczące, ząbko- i ślinoodporne. Najnowsze z nich to „Basia, Franek i zwierzaki” oraz „Basia, Franek i kolory”.

Basia towarzyszy młodszemu braciszkowi w poznawaniu świata – bo wiadomo, że świat starszej siostry jest najciekawszy na świecie! Basia wprowadza Frankowi naukę kolorów – i pomaga się przebrać, kiedy braciszek, chcąc wyglądać jak ona, farbuje pomidorem swoją białą bluzeczkę w czerwone paski – oraz nazw i zwyczajów zwierząt – bawiąc się z nim w kotki, wygłupiając z Kretem, czy opiekując Kajetanem. Pełne kolorów ilustracje wypełniają całe strony, a krótki, często bardzo zabawny tekst dopełnia historie.

Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia, Franek i kolory, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 14 s.
Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia, Franek i zwierzaki, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 14 s.

Prawdziwą gratką dla fanów Basi może być niewielka gra „Basia w ZOO”. Zaskoczył mnie jej format – w porównaniu basiową z grą „Łap kolory” wydaną kilka lat temu, ten tytuł jest naprawdę kieszonkowy. Co ma również swoje plusy, bo idealnie pasuje do dziecięcego plecaczka pakowanego na nocowankę u babci.

W pudełeczku znajdziemy kafelki z wizerunkami zwierząt – po trzy kafelki z danym zwierzątkiem w różnych kolorach, żetony postaci oraz instrukcję z krótkim opowiadankiem wprowadzającym graczy w fabułę gry. Wraz z rodziną Basi wybieramy się do ZOO zrobić zdjęcia zwierzętom. W tym celu będziemy odkrywać kolejne kafelki, będące naszymi zdjęciami i zbierać je. Można za jednym razem odsłonić tak dużo kafelków, ile się tylko chce, trzeba jednak uważać, by nie odkryć jednocześnie dwóch kafelków z tym samym zwierzakiem albo trzech tego samego koloru, bo w ten sposób skusimy i nie będziemy mogli zebrać odkrytych zdjęć. Jest to zatem trochę odwrotność memorów (pary zakazane!) ćwicząca zarówno pamięć, jak i umiar. I co najlepsze, występują w niej foczki – ukochane zwierzątko mojej Majki!

Basia w ZOO. Gra planszowa
Autor: Tom Delmé, David Furnal
Ilustracje: Marianna Oklejak
Wydawnictwo HarperKids
Liczba graczy: 1-4
Sugerowany wiek: 4+

Znacie Basię? Która z jej przygód jest waszą ulubioną?

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa HarperKids.

Grajki Majki: Kącik małego miłośnika fok

Dzieci mają swoje ulubione zwierzątka i ukochane pluszaki – to oczywista oczywistość. I zazwyczaj kiedy już jakiś gatunek zostanie tym wybranym, pojawia się potrzeba posiadania wszystkiego z uroczym pyszczkiem właśnie tego konkretnego stworzenia. I nie ma problemu, jeśli dziecko zdecyduje się kochać kotki i pragnie mieć wszystko z kotami. Albo świnkami, czy konikami. Wyzwanie pojawia się w momencie, kiedy wybór pada na mniej popularne zwierzę. Przekonałam się o tym, kiedy Maja postanowiła kochać foki (co w pełnie rozumiem, bo ja również na foki wymiękam). Co więcej – kiedy postanowiła foki kolekcjonować!

Zapraszamy na przegląd naszych foczych zbiorów.

Pierwszą foką w kolekcji mojej córki była Weddelka Antarktyczna (znana jako Wallie Snow) z kolekcji pluszaków National Geographic o której już wcześniej nieco Wam pisałam. To była miłość od pierwszego wejrzenia i błyskawicznie awansowała na najukochańszą maskotkę mojej córki. Jakiś czas później dołączyła do niej „córeczka” – nieco mniejszy egzemplarz z krótszym, choć równie miłym w dotyku futerkiem (z kolekcji Basic). Po ponad roku intensywnej miłości i częstego użytkowania mogę ocenić, że maskotki NG nie tylko realistycznie oddają wygląd zwierzątka i są wykonane z bardzo przyjemnych materiałów, ale są również naprawdę wytrzymałe i odporne na tulenie i spanie w uściskach. Chociaż trzeba też zaznaczyć, że Majka o swoje ukochane foczki bardzo dba.

Następnie do naszego pluszowego stada dołączyła maskotka zakupiona na Helu, po pokazie karmienia fok. Chociaż Hel to miejsce zabawkowymi foczkami płynące i można tam znaleźć foki najróżniejszych kształtów, kolorów i rozmiarów, zdecydowaliśmy się na zakupy w oficjalnym sklepiku fokarium. Dzięki temu, robiąc zakupy, mieliśmy szansę wesprzeć działalność stacji badawczej. Tam również był spory wybór maskotek bardzo dobrej jakości. Wybór Mai padł na niewielki egzemplarz przedstawiający młodziutką fokę szarą, jeszcze w puchatym szczenięcym futerku. A przynajmniej tak nam się wydaje. Jest bardzo fajnej jakości i była stosunkowo niedroga.

Najnowszymi pupilami Majki są foczki maskotki firmy Trudi. Mam wrażenie, że ta firma jest zdecydowanie mniej znana (a przynajmniej ja wcześniej o niej nie słyszałam) i uważam, że to powinno się zmienić. Bo foczki mają cudowne, a jak przeglądałam ich ofertę innych zwierząt, to najchętniej adoptowałabym przynajmniej połowę.

Ze względu na mięciutkie i długie futerko, byłam przekonana, że większa z nich (ma ok. 20 cm i uroczą pozycję rogalika) jest odwzorowaniem szczeniaka Weddelki Arktycznej. Doczytałam jednak, że młode tego gatunku po urodzeniu mają jasnoszare futerko, które jaśnieje wraz z linieniem i dorastaniem. Czyli jest to po prostu bardzo puchata foczka i faktycznie znalazłam zdjęcia równie puchatych pierwowzorów – ale z gatunku foki grenlandzkiej i teraz już wszystko jasne, bo młode tego gatunku są właśnie bielusie i puchate. Przyglądałam się całkiem długo i odwzorowanie umaszczenia pyszczka jest naprawdę dokładne, to duży plus. Nie mam już wątpliwości.

Natomiast mniejsza z maskotek, z serii miniaturek Sweet Collection może być szczeniaczkiem Weddelki, bo kolor już jak najbardziej się zgadza. Jest leciutka, bo w przeciwieństwie do reszty naszych pluszowych foczek nie ma „groszkowego” wypełnienia, jest całkowicie materiałowa i również bardzo miła w dotyku, chociaż jej futerko jest krótsze i gładsze, niż grenlandzkiej koleżanki. Sznurkowe uszko na grzbiecie pozwala na doczepienie maskotki do kluczy lub plecaka. Bardzo podoba mi się pomysł, by nie doczepiać do maskotki kółka do kluczy – można to bez problemu zrobić samodzielnie, jeśli chcemy wykorzystać ją w taki sposób albo przytwierdzić ją za pomocą sznurka, czy kawałka gumki. A jednocześnie zbędny metal nie przeszkadza w tuleniu i zabawie.

Miłość do fok skłoniła mnie do dokładniejszego przyjrzenia się figurkom kolekcjonerskim Collecty. W przebogatej ofercie tej marki wyszperałam dwie foki – dorosłą fokę pstrą (to figurka wielkości L) oraz długowłosą młodą fokę pstrą (rozmiar S). Czyli dla mojego dziecka idealnie – mamusia i córeczka. Jeszcze nie wiem, jak się przyjmą, bo Maja znajdzie je dopiero w jednym z jajek porzuconych w ogrodzie przez Zajączka, ale mi osobiście bardzo się podobają – są ładnie wykonane, wydają się wytrzymałe i zostały oddane z dużą szczegółowością, na ile mogę to ocenić porównując foczki ze zdjęciami znalezionymi w internecie. Przeczuwam, ze to będą idealne foczki do kieszonki – towarzyszące mojej przedszkolaczce zawsze i wszędzie. Kto by nie chciał mieć swojej foki zawsze przy sobie?

Z nieco dziwniejszych pomysłów, mamy też w swoich zbiorach lalkę Enchantimals Sashay Seal przypominającą fokę wraz z foką w roli pupila o imieniu Blubber (i w czapeczce!). Nie mam pojęcia o co chodzi w tym bziku, nie widziałam bajki, ale całkiem niedawno wszystkie koleżanki Mai przeżywały prawdziwy szał na „Enszantimalsy”. Te lalki były wszędzie i moje dziecię również zapragnęło takowe posiadać. Fokę i kotka. I jak kotka udało się znaleźć jako pojedynczą lalkę (łatwo, niedrogo, w Biedronce), tak foki musiałam się sporo naszukać. To znaczy Święty Mikołaj szukał. Oczywiście tu już nie było tak bezproblemowo, bo foka występowała wyłącznie w całym zestawie z lodową krą, przeręblem, igloo i zestawem wędkarskim. Ale czego się nie robi dla foczej pasji dziecka? Najważniejsze, że jest radość.

Jakiś czas temu, chcąc połączyć dwie pasje mojej córki – foki i puzzle – oraz zdobyć chwilę dla siebie, rozpoczęłam poszukiwania foczych puzzli. Znalazłam uroczą układankę ze szczeniaczkiem foki szarej na olx. 100 elementów, więc nie za łatwe, ale do ułożenia dla pięciolatki. Okazało się, że wydawcą puzzli jest Stacja Morska Instytutu Ocenaografii UG na Helu, a na pudełku znalazło się również miejsce na focze ciekawostki. Podczas wizyty na Helu w przyszłym roku zdecydowanie poświecimy więcej uwagi foczym gadżetom.

Jakaż była radość, kiedy okazało się, że w najnowszej grze „Basia w ZOO” na podstawie jednej z najulubieńszych majkowych serii literackiej, wśród zwierzątek, które się zbiera występują też foki. I to na trzech kolorach kafelków! W naszej wersji zasad nie wygrywa ten, kto zrobi najwięcej zdjęć, czyli zbierze najwięcej płytek ze zwierzętami, jak to piszą w instrukcji. U nas wygrywa ten, kto zdobędzie najwięcej płytek z fokami. A że są tylko trzy to i walka jest zacięta!

To by było na tyle, jeśli chodzi o focze gadżety. Ale skąd brać wiedzę o foczkach? Zwłaszcza, ze z gradem pytań przedszkolaka nie ma przecież mocnych. W książeczkach dziecięcych poświęconych zwierzętom a przynajmniej w tych z naszych zbiorów, foki pojawiają się sporadycznie – jako ilustracja, albo jedna/dwie ogólnikowe ciekawostki.

Zaczęłyśmy więc od wypożyczenia encyklopedii „Tundra i morza polarne”, w której foki miały cały rozdział tylko dla siebie. To był duży zastrzyk wiedzy – niestety nie tylko tej pozytywnej, bo musiałam się nieźle natłumaczyć ludzkość z polowania na foki dla tłuszczu i futra. Dodatkowym atutem było całkiem sporo przeuroczych zdjęć małych i dużych foczek. Mimo brutalnych fragmentów i dość ciężkiego języka (to jednak z założenia nie jest pozycja dla przedszkolaków) uważam, że to był całkiem udany początek, pozwolił zbudować solidne podstawy.

Encyklopedia dzikich zwierząt. Tundra i morza polarne, Warszawa: Wydawnictwo Delta w-Z, 1992, 168s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Następnie trafiłam na świetną książeczkę fabularną Renaty Kijowskiej „Hela Foka. Historie na fali”, w której fikcyjne przygody dzielnej foczki dzieją się w jak najbardziej realnej przestrzeni, z wykorzystaniem faktów i ciekawostek z historii helskiego fokarium i samego Bałtyku. Choć przygody fok pochodzą z wyobraźni autorki, sami bohaterowie istnieją naprawdę, a część z nich można odwiedzić przy okazji letniej wycieczki na półwysep. Książka składa się z 14 rozdziałów, z których każdy jest osobną przygodą foki Heli po wypuszczeniu na wolność. Rozdziały kończą się przytoczeniem ciekawostek i faktów, które zostały wykorzystane do budowania opowieści. Dowiemy się między innymi o śpiewających wielorybach, które czasami zawędrują do Bałtyku, o foczych drzemkach pod wodą, podmorskich tatusiach na medal, czy nieodpowiedzialnych zachowanych turystów. To całkiem obszerna pozycja, którą można czytać samodzielnie ciągiem, albo z młodszym dzieckiem rozdziałami – na pewno starczy nam na dłużej i czeka ją jeszcze niejedno czytanie. Sympatyczna treść uzupełniają śliczne ilustracje Anny Łazowskiej pojawiające się co kilka stron.

Renata Kijowska, Hela Foka. Historie na fali, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2019, 160 s.

Nowa seria „Pomóż mi przetrwać” ukazująca się w ramach „Akademii Mądrego Dziecka” uczy przedszkolaki świadomości ekologicznej, wrażliwości na los stworzeń z którymi dzielimy planetę i właściwego zachowania podczas kontaktu z dzikimi zwierzętami.

Bohaterem części pt. „Miron w pułapce” jest młodziutka foka szara, która urodziła się na jednej z bałtyckich plaż. Przez kilka chwil czytelnikowi dane jest obserwować świat z punktu widzenia foczego szczeniaka. Pierwszy, nieszczególnie przyjemny, kontakt z ludźmi, wyczerpująca podróż w kierunku fal, pierwsza złowiona ryba i… pierwszy bardzo groźny wypadek. Miron zaplątuje się w rybackie sieci i cudem uchodzi z życiem. Niezbędna będzie pomoc weterynarzy z ośrodka na Helu!

Bogato ilustrowana książeczka podzielona jest na króciutki rozdziały – każda rozkładówka opatrzona została osobnym tytułem i dotyczy jednego z ważnych etapów życia foczki. Tekst przekazuje mnóstwo informacji o fokach (wiedzieliście, że foki szczekają? A ich szczenięce futerko nazywane jest lanugo?) oraz o destrukcyjnej działalności człowieka na środowisko naturalne i co za tym idzie – życie tych morskich drapieżników.

Po lekturze na maluchy czeka tablica z foczymi ciekawostkami oraz, jak to zwykle bywa w przypadku Akademii Mądrego Dziecka, krótki quiz z pytaniami dotyczącymi tekstu. Sympatyczna (choć nie brak w niej chwil grozy!), pouczająca i rozbudzająca ciekawość.

Ewa Nowak, Miron w pułapce, Warszawa: Wydawnictwo HarperCollins, 2021, 32 s.

„Dobra robota” Elżbiety Pałasz, ilustrowana przez Joannę Czaplewską, to zbiór interesujących i nie do końca typowych zawodów przedstawionych w formie krótkich wywiadów. Wśród ceramików, projektantów mebli, nurków, biologów morza i budowniczych statków znalazła się również rozmowa z opiekunkami fok – Pauliną Bednarek i Wioletą Miętkiewicz. Młodzi czytelnicy dowiedzą się z niej miedzy innymi po co robi się fokom treningi, ile fok mieszka w helskim fokarium (i co to właściwie jest to całe „fokarium”) oraz jak się zachować, kiedy zobaczy się fokę na wolności. Poznają także przepis na… śledziowe lody!

Elżbieta Pałasz, Joanna Czaplewska, Opiekunki fok [w:] Dobra robota. Ceramik, opiekunka fok i inne ciekawe zawody, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2019, s. 25-27.

Fokom jest również poświęcona jedna z książeczek z serii „Czytam sobie” – „Figle w fokarium”. Maja powoli zaczyna łączyć literki, więc myślę, że ten tytuł przyda nam się całkiem niedługo, szczególnie, że to pierwszy poziom wtajemniczenia. Historia jest bardzo prosta – krótkie zdania opisują codzienność w fokarium i pomoc fokom, jaką zajmują się jej pracownicy. Atrakcyjne ilustracje wypełniają całe strony, na dole każdej z nich znajduje się zdanie duża czcionką, opisujące co widzimy na obrazku. Trudniejsze wyrazy zostały wzięte w dymek i podzielone do literowania. Co prawda wydaje mi się, że nie wszystkie wyrazy są adekwatne do tego poziomu odbiorcy, wolałabym chyba, żeby dziecko rozumiało słowa, które czyta, w końcu już samo połączenie ich w wyraz to wyzwanie, lepiej żeby był to wyraz znany. A takie słowa jak „nadobna”, czy „kuruje” mogą stanowić problem. Wolałabym chyba bardziej popularne zamienniki, np. „Medyk leczy” zamiast „Medyk kuruje”. Ale może tak jest bardziej edukacyjnie. Po przeczytaniu tekstu, na dziecko czekają trzy pytania sprawdzające poziom jego zrozumienia. I to, co najważniejsze, czyli naklejki w nagrodę. A te są wybitnie sympatyczne i urocze – dla fana fok po prostu wymarzone.  

Marcin Sendecki, Figle w fokarum. O fokach z Helu, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 32 s.

Ustęp o fokach znajdziemy również w przesympatycznej pozycji „Bałtyckie zwierzaki”, którą również przywieźliśmy kiedyś z Helu w ramach pamiątki. Na książkę składa się 30 niedługich rymowanek – każda poświęcona innemu bałtyckiemu stworzeniu. Czy w naszym morzu mieszkają… pchły? A diabły? Zające? Mitologiczne nereidy? I czy spodziewaliście się, że odpowiedź na wszystkie te pytania będzie twierdząca? Dowiedziałam się również, że przez 28 lat życia (nad morzem!) myliłam sercówkę z rogowcem bałtyckim. I nie miałam pojęcia, że mamy swoje własne krewetki.

Poza ogromnym potencjałem poznawczym w wyjątkowo przystępnej formie, ta pozycja to jednocześnie piękny picturebook. W formacie nieco większym niż A4, wypełniona po brzegi całkiem wiernymi, a jednocześnie budzącymi sympatię przedstawieniami morskich stworów spod ręki Olgi Demidovy. I cudownymi odcieniami błękitów, zieleni i turkusów, od samego patrzenia czuć słony posmak na czubku języka.

Patrycja Wojtkowiak-Skóra, Bałtyckie zwierzaki, Warszawa: Wydawnictwo Dwukropek, 2019, 32 s.

Znacie jeszcze jakieś książki z fokami w roli głównej? Albo focze gadżety do naszej kolekcji? Koniecznie dajcie znać, bo ten szał chyba szybko nie minie ;)

Wpis powstał we współpracy z dystrybutorem zabawek Dante.

Grajki Majki: „Eksplodujące kotki”

Dzisiaj zdecydowanie tytuł z cyklu „Grajki Matki”.

Eksplodujące kotki” to taka sympatyczna wersja rosyjskiej ruletki, tylko zamiast pistoletu są w niej karty, a zamiast kul kotki. Bardzo przyjazne kotki, które wysadzą Cię w powietrze.

Gra polega na tym, żeby przetrwać jak najdłużej. I można w tym celu robić co tylko się da, by utrzymać się na powierzchni, albo próbować wsadzić na minę innych graczy, by poszli na dno szybciej od Ciebie.

W talii są 4 eksplodujące kotki. Każdy z graczy w swojej kolejce losuje kartę z wierzchu talii. Jeśli wyciągnie eksplodującego kotka, przegrywa. Ale żeby nie było nudno, każdy ma też w ręku karty, których zagranie (dopuszczalne przed dobraniem karty ze stosu) może nieco zmienić los i uchronić go przed okrutną śmiercią. Przy pomocy odpowiednich kart można rozbroić wybuchającego kotka, podejrzeć co kryje się na szczycie stosu, wykpić się z dobrania karty korzystając z karty ataku lub pominięcia, można też podebrać karty przeciwnikowi albo pokrzyżować mu szyki kartą negującą jego rozpaczliwe działania albo potasować talię.

Świetnie, że działanie każdej karty jest opisane bezpośrednio na niej, w związku z czym instrukcja mogła zostać skrócona do minimum. A jak nie za dobrze nam idzie w czytanie, to i tak można ją obejrzeć w formie filmu. A wszystko i tak sprowadza się do „Zagraj albo spasuj, a potem dobierz”.

Niewątpliwym plusem jest fakt, że nawet kiedy akurat padło na Ciebie i spektakularnie wybuchasz, jest to na tyle satysfakcjonujące, że nie sposób czuć goryczy porażki. Nie udało mi się wygrać ani jednej rozgrywki, a i tak bawiłam się przednio. No i rozgrywka jest na tyle dynamiczna, że nawet osoba, która odpadła pierwsza nie wynudzi się za bardzo czekając na kolejne rozdanie.

A jeśli chodzi o humor i estetykę ilustracji? Hmmm… niektóre z memów na kartach faktycznie są zabawne ale większość jest dość kontrowersyjna, jako że uskutecznia się tu humor raczej kloaczny. Znajdzie się sporo włosów na plecach i brodzie, enchilada z mięsem jednorożca, królikoraptory, Kartoflokot Włochaty, kozi mag, niepokojące wiewiórki, dużo krabów, pierdzenie i rzyganie tęczą. Ale będą też słodkie Tacokoty, Kotowoce Arbuzowate i kototerapia.

To zdecydowanie nie jest gra familijna, chyba że ktoś ma już rodzinę raczej wyrośniętą. Albo bardzo wyluzowaną. W moim odczuciu to typowa imprezówka, a im więcej osób, tym ciekawiej. Warto zaopatrzyć się do niej w jakiś alkohol (chyba, że faktycznie macie 12 lat, jak napisano na opakowaniu, to wtedy nie), bo chociaż sama grałam na trzeźwo, to w pewnym momencie brakowało mi tego rodzaju wsparcia.

Jestem szczęśliwą posiadaczką wersji gry 12+, wolę się nawet nie zastanawiać co się wyprawia w edycji dla dorosłych, bo jest i taka 18+.

Eksplodujące kotki. Gra karciana dla ludzi, którzy kochają koty i wybuchy i lasery i czasem kozy.
Autor: Asmodee Group
Wydawnictwo: Rebel
Liczba graczy: 2-5
Sugerowany wiek: 12+

Grajki Majki: „Plus minus. Nauka liczenia” oraz „SY-LA-BY. Nauka czytania”

„Kluczem do zwycięstwa jest szybkie liczenie”

No dobra, nie oszukujmy się – szybkie liczenie nigdy nie było moją mocną stroną… ale podobno człowiek uczy się całe życie! I na całe szczęście gra obejmuje wyłącznie dodawanie i odejmowanie, bo rozłożyć się na tabliczce mnożenia przez swoim własnym dzieckiem to byłaby trochę siara. Zwłaszcza, że za kilka lat będę musiała ją przekonywać, że znajomość tabliczki mnożenie jest nie tylko niezbędnie potrzeba do przeżycia, jak i do uzyskania promocji do kolejnej klasy.

Dobrze, że ten etap jeszcze daleko przede mną. Dodawanie i odejmowanie to bardziej mój poziom. Szczególnie w zakresie 10.

W pudełku znajdziemy aż 110 kart w trzech rodzajach – zielone karty dodawania (z pomarańczowym paskiem) i odejmowania (z fioletowym paskiem) oraz nieco wyróżniające się wyglądem, bo niebieskie karty celów (z różowym paskiem). Karty dodawania i odejmowania składają się z dwóch wartości – umieszczonego w centralnej części karty wyniku oraz fragmenty równania w rogu.

Gra ma trzy warianty różniące się poziomem zaawansowania gracza – na rozgrzewkę, standardowy i dla wymiataczy.

W najłatwiejszym wariancie nie korzystamy z kart celów. Jeden z graczy (np. rodzic) wykłada karty działań i podaje cyfrę, a pozostali gracze muszą jak najszybciej wskazać kartę, na której znajduje się reszta działania.

W standardowej rozgrywce układamy karty działań w kwadrat. Następnie gracz losuje cel z talii kart celów i musi wyszukać jak najwięcej kart, spełniających wylosowany warunek (np. zbiera wszystkie karty, których wynik daje liczbę parzystą, jest mniejszy niż 5, jest identyczny, albo w inny sposób określony wylosowanym celem).

Najtrudniejsza wersja również nie wymaga użycia kart celów – z potasowanych kart działań każdy z graczy dostaje po 6 i w ramach kolejnych akcji w kolejce układa określony kilkoma zasadami ciąg w taki sposób, by na koniec gry zebrać jak najwięcej kart.

Dzięki prostym zasadom uczestnikom zostaje sporo energii na główkowanie podczas gry. Element rywalizacji zmusza do szybkiego myślenia i, choć bywa frustrująco, jest to zdecydowanie ciekawsza i bardziej motywująca opcja, niż rozwiązywanie kolejnych rzędów przykładów z zeszytu ćwiczeń. Można dopasować poziom trudności zarówno do początkujących w liczeniu, jak i do wprawionych matematyków wymagających zaledwie małej powtórki ;)

Plus minus. Nauka liczenia
Autor: Marcin Dudek
Ilustracje: Joanna Kłos
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Liczba graczy: 2-4
Sugerowany wiek: 7+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Z tej samej serii mamy również, analogicznie, grę do nauki czytania.

Kto nie miał tego w szkole? Kto nie męczył się dukając sylabę za sylabą na głos przed snem? To był mój koszmar i strasznie się cieszę, że coraz częściej w nauce wykorzystuje się zabawę. W zeszłym tygodniu pokazywałam Wam grę w sylabizowanie z Felusiem i Guciem dla początkujących maluszków – spokojniejszą, ilustrowaną i ze zdecydowanie bardziej wytrzymałych materiałów. Ta propozycja skierowana jest do starszych dzieci i została oparta na rywalizacji, jest więc zdecydowanie bardziej dynamiczna i wymaga od uczestników posiadania już pewnych podstawowych umiejętności w zakresie sylabizowania.

„Odczytywanie całego słowa, jest jak budowanie domu z klocków. Łatwiej i szybciej buduje się dom z kilku dużych bloków, niż z wielu malutkich cegiełek”.

Ten zestaw również składa się ze 110 kart – 55 kart sylab i 55 kart spółgłosek. Można je wykorzystać do czterech różnych wariantów gry. Super fajnie, że litery na kartach są zarówno pisane (w centrum karty), jak i drukowane (na rogach).

W pierwszej propozycji wszystko polega na tym, żeby układać słowa z dwóch sylab (a w trudniejszej wersji również z użyciem spółgłosek). Im więcej kombinacji w jednej turze, tym lepiej, byle jak najszybciej wykorzystać (i tym samym pozbyć się ich) wszystkie karty z ręki.

Druga propozycja rozgrywki jest kooperacyjna, więc prawdopodobnie nie skończy się rodzinną awanturą. Wszyscy uczestnicy mają przed sobą te same karty i w określonym czasie muszą wspólnie ułożyć z nich jak najwięcej wyrazów.

Trzecia to sylabowa wariacja na temat gry w makao, a czwarta polega na jak najszybszym podaniu słowa zawierającego sylabę widniejącą na karcie, w celu jej zdobycia. Tym razem wygrywa te, kto zbierze najwięcej kart.

Ale tak naprawdę zasady gry nie muszą nas ograniczać. Spokojnie możemy wymyślać własne, albo po prostu ćwiczyć układanie wyrazów. Jak najdłuższych, jak najśmieszniejszych, byle zawsze poprawnych!

SY-LA-BY. Nauka czytania
Autor: Agnieszka Łubkowska, Michał Szewczyk
Ilustracje: Joanna Kłos
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Liczba graczy: 2-5
Sugerowany wiek: 7+

P.S. Mój mąż zgłasza pewne zastrzeżenie do tej serii, obiecałam przekazać: „Dlaczego wszyscy mają nos jak Pucio, skoro nikt tu nie jest Puciem?”.

Grajki Majki: „Feluś i Gucio grają w sylaby. Gra edukacyjna”

Fenomenalna sprawa, idealna na aktualny etap rozwoju mojej przedszkolaczki. Już w pierwszej rozgrywce mogłam usłyszeć, jak moje dziecię czyta! I rozumie sens przeczytanego słowa! Duma x3000!

Ale od początku.

Gra edukacyjna „Feluś i Gucio grają w sylaby” to zestaw 108 kafelków z obrazkami i sylabami oraz 4 plansze do układania na nich wyrazów z płytek z sylabami. Tematycznie i wizualnie nawiązująca do popularnej serii kartonówek dla najmłodszych z Felusiem i Guciem w roli głównej (Recenzje książeczek o Felusiu i Guciu znajdziecie TU i TU ).

Jest rekomendowana dla dzieci od 5 roku życia i rewelacyjnie ułatwia składanie liter w sylaby i samych sylab w słowa. Czyli to, z czym maluchy mają na pewnym etapie sporo problemów – rozpoznają wszystkie litery, ale nie potrafią połączyć ich w wyraz.

Na samym początku trochę się zdemotywowałam, bo jako najbardziej genialna matka pod słońcem, nie oświeciłam mojego dziecka co do istnienia liter małych, czyli pisanych. Nauczyłam Majkę tylko wielkich, drukowanych! A tutaj cała gra oparta jest o litery pisane, więc szykowałam się do zaserwowania mojemu dziecku sporej zmiany światopoglądowej jak na operację wojenną. Na szczęście moja chłonna gąbeczka przyjęła ta rewelację bez większych sprzeciwów i bardzo szybko zaczęła kojarzyć małe litery z dużymi. Ufff….

W pudełku znajdziemy 4 dwustronne plansze, gdzie jedna strona służy do układania słów dwusylabowych a druga trójsylabowych. My na razie gramy na tym łatwiejszym poziomie – Maja wybiera sobie trzy obrazki układa je na stronie z podpisami, a następnie szuka odpowiednich kafelków z sylabami. Tak ułożone słowo najpierw literuje, później czyta sylabami, aż wreszcie łączy w całe słowa! I to naprawdę działa, sama doszła do tego, że „ten dziwny kot z obrazka” to puma, a „różowy cukierek” to guma. Serce rośnie!

Bardziej zaawansowani gracze mogą obrócić płytki z obrazkami na stronę bez napisów i próbować układać słowa z pamięci. Można też wybrać stronę planszy ze słowami trójsylabowymi, gdzie jedna z sylab została już podpowiedziana. Można w ten sposób ćwiczyć czytanie samodzielnie, albo grać w maksymalnie 4 osoby (bo i tyle mamy plansz).

Do zestawu opracowano 7 propozycji zabaw na różnym poziomie trudności – gdzie składa się słowa dwu lub trzysylabowe, z podpowiedzą w formie podpisu lub bez, wybierając sylaby z mniejszej lub większej liczby kafelków, i tak dalej i tak dalej.

Wszystkie elementy zostały wykonane z naprawdę grubej tektury i wydają się być całkiem wytrzymałe. Wszystkie rogi są bezpiecznie zaokrąglone, a to dla mnie zawsze duży plus. Szata graficzna jest pastelowo-urocza, bardzo w moim typie, a obrazki na ilustracjach są łatwo rozpoznawalne.

I jeszcze na koniec wisienka na torcie – w całym tym wielkim zestawie wykorzystano dwa maleńkie kawałki plastikowego przylepca do złączenia pudełka. A poza tym nie było w nim grama plastiku – nawet opakowania. Da się? Da się!

Świetne narzędzie do nauki czytania przez zabawę. Myślę, że taka pomoc edukacyjna równie dobrze sprawdzi się też w przedszkolu. Bardzo polecam!

Feluś i Gucio grają w sylaby. Gra edukacyjna
Ilustracje: Marianna Schoett
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Liczba graczy: 1-4
Sugerowany wiek: 5+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Grajki Majki: „Najlepsza gra o kotach. Pudełko łakoci”

Uwaga! „Najlepsza gra o kotach. Pudełko łakoci” jest dodatkiem do „Najlepszej gry o kotach”. Podstawowa wersja jest niezbędna do gry dodatkiem.

Jeszcze więcej kotów (w tym zupełnie nowe szare koty), nowe gadżety (szczotka, laser i papierowa torba na zakupy), nowe przysmaki (łakocie – pozwalające nakarmić kota z dowolnymi wymaganiami żywieniowymi, ale obniżające wartość jego karty i dezaktywujące jej zdolności oraz kurczak z tuńczykiem) i oczywiście nowe kocie wymagania i zdolności. No i najważniejsze – karty pudełek, w których możemy umieszczać określone koty i w ten sposób mnożyć ich wartość. Liczenie punktów to teraz konkretna matematyka!

Dodatek otwiera przed nami zupełnie nowe możliwości – nie tylko zwiększa maksymalną liczbę graczy do 6 osób, ale również wprowadza wariant jednoosobowy dzięki specjalnej talii kart. I opcję współpracy między graczami!

Poza nowymi kartami w dodatku znajdziemy również żetony-łapki wspólnych celów, dzięki którym będziemy mogli współpracować graczami siedzącymi obok nas i zdobyć dodatkowe punkty. I to jest moim zdaniem super sprawa, bo elementy współpracy w grze opartej na rywalizacji to dla mnie coś zupełnie nowego.

Drugim świetnym rozwiązaniem jest wprowadzenie wariantu jednoosobowego. Szczególnie w dzisiejszych czasach, kiedy nigdy nie wiesz, czy przypadkiem nie trafi Ci się izolacja i nie zostaniesz rozdzielony nie tylko z rodziną, ale nawet ze swoim osobistym kotem. W tym celu pojawiła się postać Futrzastego gracza, kierującego się kilkoma szczególnymi zasadami, i zastępującego przeciwnika. To właśnie ten element gry jest najbardziej skomplikowanym novum dodatku, ale po kilku próbach bez problemu można ogarnąć również ten typ rozgrywki. Poza tym rozszerzenie gry o zawartość dodatku nie sprawi fanom „Najlepszej gry o kotach” najmniejszego kłopotu, a fajnie odświeży i urozmaici rozgrywkę.

Karty dodatku zostały oznaczone serduszkowymi kwiatuszkami w lewym dolnym rogu, dzięki czemu łatwo je oddzielić od kart z wersji podstawowej.

Fajna sprawa z tym dodatkiem – zasady gry zostają właściwie takie same, a otrzymujemy cały wachlarz nowych możliwości. A żeby się nie pogubić, na ostatniej stronie instrukcji przygotowano ściągę ze skrótem zasad.

Najlepsza gra o kotach. Pudełko łakoci
Autor: Josh Wood
Ilustracje: Marco Morte
Wydawnictwo Foxgames
Liczba graczy: 1-6
Sugerowany wiek: 8+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Foxgames.

„Dziadek do orzechów”

Niewielką, ale uroczą i bardzo klimatyczną grę „Dziadek do orzechów” polecałam Wam już w zestawieniu najpiękniejszych książek o zimie i świętach IV, ale zdecydowanie zasługuje na wyróżnienie samodzielnym postem.

Ta przesympatyczna gra karciana w pierwszym momencie przypominała mi świąteczną i uproszczoną wersję „Spaceru po Burano”. Po wysłuchaniu fragmentu historii „Dziadka do orzechów” gracze wcielają się w konstruktorów zabawek. Z częściowo wylosowanych, częściowo wybranych elementów (kart głowy, kart tułowia i kart nóg) muszą złożyć jak najwięcej figurek – najlepiej punktowane są te jednakowego koloru, ale najważniejsze, żeby były kompletne. A wśród kart mogą trafić się również prezenty podnoszące punktację określonych dziadków. Gra ma dwa poziomy trudności – podstawowy oraz z wykorzystaniem kart prezentów. To dobry trening kolorów i liczenia (w podsumowaniu punktacji pomagają rysunki orzeszków na każdym elemencie, które wygodnie można sumować wskazując paluszkiem) oraz podejmowania decyzji. Bardzo sympatyczna rozrywka dla całej rodziny w formacie kieszonkowym – zmieści się i do buta (albo do skarpety, gdzie wy znajdujecie swoje prezenty 5-go grudnia?) i do plecaka, jeśli wybieramy się spędzić Święta w domu babci.

Chociaż gra jest polecana dla dzieci od 6 roku życia, moja prawie pięciolatka całkiem nieźle sobie radzi (gramy w wersję bez prezentów), chociaż strasznie nie pasuje jej zasada, która nie dopuszcza przekładania raz położonych części ciała dziadków i próbuje oszukiwać :)

Dziadek do orzechów
Autor: Jan Madejski
Ilustracje: Agata Zarzycka
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Liczba graczy: 2-4
Sugerowany wiek: 6+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zielona Sowa.

Grajki Majki: Koty. Smart Bingo

Czy może być coś łatwiejszego niż gra w bingo? Oczywiście! Gra w bingo z kolorami i słodkimi kotkami. Minimum zasad, urocza szata graficzna i staranne, wytrzymałe wykonanie to zalety, dzięki którym ta nieskomplikowana gra może umilić wieczór całej rodzinie kociarzy – wraz z jej najmłodszymi członkami.

Gra ma dwa warianty, łatwiutki dla początkujących i wymagający odrobinę więcej spostrzegawczości – zarówno na kole do losowania ze strzałką, jak i na dwóch stronach plansz mamy do wyboru kolory kłębuszków lub rysunki kotów. W zależności od wybranego wariantu zaznaczamy przy pomocy żetonów z łapkami, każdy na swojej planszy, wylosowany obiekt – kotka lub kłębuszek. Celem jest zaznaczenie 4 pól w rzędzie przy pomocy paska zwycięstwa.

Łatwiejszy wariant, z kłębkami wełny, jest całkowicie losowy – po wylosowaniu koloru każdy z graczy zaznacza na swojej planszy oba kłębki danego koloru. W wariancie z kotkami dochodzi element prostej strategii – po wylosowaniu kociego pyszczka można zaznaczyć tylko jeden (z dwóch) obrazek odpowiadający temu kotu, a podjęty wybór może mieć bezpośredni wpływ na zwycięstwo lub przegraną. Jest też możliwość gry jednoosobowej – może któremuś z rodziców uda się w tym czasie wypić ciepłą kawę? ;)

Wszystkie element wykonano z grubej tekturki, dzięki czemu są odporne na wyzwania stawiane im przez małych graczy – zarówno tych biorących jeszcze czasem niektóre rzeczy do ust, jak i do tych polujących pazurkami na kręcącą się strzałkę.

Bardzo sympatycznie zilustrowana, w żywych, ale nie rażących kolorach rozwija spostrzegawczość, umiejętność skupienia się na szczegółach, kojarzenie faktów, refleks, nazwy kolorów i sprawność manualną. I oczywiście umiejętność radzenia sobie z przegraną, z czym ostatnio moja mała prymuska ma pewien problem.

Gra jest propozycją dla dzieci od 3go roku życia, ale moim zdaniem spokojnie można po nią sięgnąć nieco wcześniej, szczególnie jeśli chodzi o wariant z kolorowymi kłębuszkami. Świetnie sprawdzi się w roli pierwszej gry maluszka.

Smart bingo. Koty
Redakcja: Izabela Gołaszewska
Ilustracje: Kinga Spiczko
Wydawnictwo Kapitan Nauka
Liczba graczy: 1-4
Czas rozgrywki: 10-20’
Sugerowany wiek: 3-7

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Kapitan Nauka.

Grę możecie kupić TUTAJ.

Grajki Majki: Puzzle 3D

Nie wiem, czy to przez pandemię, czy przez Majkę, która wyjątkowo lubi ten sposób spędzania czasu, ale puzzle przezywają w naszym domu swój renesans. Nawet ja, osoba o najmniejszej dawce cierpliwości na świecie (jak rozdawali cierpliwość, musiałam stać w kolejce po lenistwo, nie ma innej opcji!), miałam ostatnio ochotę coś poukładać. I jak zobaczyłam, że mogę sobie ułożyć Hogwart, to przepadłam.

Puzzle 3D kiedyś już się u nas pojawiły – sprawiłam mężowi Pałac Kultury kilka lat temu, ale sama dotychczas nie mierzyłam się z takim wyzwaniem. Skoczyłam więc na głęboką wodę, bo zestaw, który wybrałam – „Wieża Astronomiczna” – liczy sobie, bagatelka, 237 elementów. Jedne trzeba złożyć przed dołączeniem do układanki, z innych składa się wieloelementowe obiekty (na przykład wieże), by doczepić je do innych części budowli. Niektóre są całkiem spore, a inne są wielkości mojego paznokcia. Na szczęście obrazkowa instrukcja prowadzi krok po kroku Myślałam, że jak zestaw jest oznaczony jako 8+, to usiądę, złożę i będę zadowolona, szybko jednak okazało się, że jeden wieczór to zdecydowanie za mało. Ale satysfakcja po ułożeniu niesamowita.

Puzzle są wykonane z usztywnionej pianki, bez problemu odchodzą od formy i są już odpowiednio ponacinane, by łatwo się zginać, więc do zbudowania modelu nie potrzeba nożyczek ani kleju. Nie jestem jednak najdelikatniejszą (ani najcierpliwszą, czy już o tym wspominałam?) i dwa razy musiałam poratować się taśmą klejącą, bo niestety urwałam kawałek studni i dachu szklarni. Ale nic nie widać!

Bardzo fajna zabawka konstrukcyjna i spore wyzwanie, nawet dla nieco wyrośniętych fanów Harry’ego Pottera. Zbudowaną Wieżę Astronomiczną można połączyć z zestawem zawierającym Wielką Salę i zbudować cały Hogwart.

A jeśli wciąż mało nam atrakcji, to są też zestawy z Hogwart Expressem (kusi mnie bardzo!), czy kamieniczkami z ulicy Pokątnej.

„Harry Potter. Wieża Astronomiczna” Puzzle 3D
Firma: Cubic Fun
Liczba elementów: 237
Sugerowany wiek: 8+

Kto to jednak słyszał, żeby tylko mama miała zabawę? Dla Majki Hogwart to wciąż jeszcze pieśń przyszłości, usiadłyśmy więc razem do składania z puzzli domku dla lalek. Zestaw „Sweet Villa” również jest przeznaczony dla dzieci od 8 roku życia, ale ze względu na mniejszą liczbę elementów (i co za tym idzie mniejsze wymiary). Złożenie domku z 84 puzzli zajęło nam nieco ponad godzinę.

Złożony domek można otwierać, dzięki czemu zyskujemy dostęp do 4 pomieszczeń wewnątrz – jest salon, kuchnia, sypialnia i strych, a także spory taras. Dodatkową atrakcją są otwierane okiennice i kinkiety podświetlane kolorowymi diodami – do zestawu są dołączone dwa światełka na baterie – całość ukrywamy w kominie, a wystające lampki oświetlają dwa pokoje zmieniającymi się kolorami.

Fantastycznie, że poza samą konstrukcją budynku, do złożenia były również mebelki i drobne elementy wyposażenia, jak książki, czy skrzynka na listy. Do zestawu dołączono również piankową „laleczkę”, ale Maja szybko o niej zapomniała i wprowadziła do domku swoją kolekcję „słodziaków” z Sylvanian Famillies.

Fajny pomysł na rodzinne popołudnie i jednocześnie zestaw, który skupiony i zawzięty ośmiolatek faktycznie jest w stanie ułożyć samodzielnie, chociaż w tym przypadku polecenia w instrukcji pozostawiają nieco miejsca na domysły.

„Sweet Villa” Puzzle 3D
Firma: Cubic Fun
Liczba elementów: 84
Sugerowany wiek: 8+

Jest też propozycja dla najmłodszych! Zestawy prostych trójwymiarowych puzzli dla maluchów są dodatkowo do kolorowania – najpierw trzeba upiększyć wszystkie element za pomocą dołączonych do zestawu flamastrów lub farb, jak to wymyśliła Maja, a następnie złożyć je w prostą konstrukcję. Z naszego zestawu „Pszczółka i ślimak” powstał pszczółkowy stojak na długopisy dla dziadka i ślimacza ramka na zdjęcie dla babci. Zestaw jest przeznaczony dla dzieci od 5 do 11 lat i składa się z 22 elementów, czyli wychodzi mniej więcej po 10 elementów na jedną konstrukcję.

To z kolei super sympatyczny pomysł na prezent od dziecka dla najbliższych diy (lada moment będzie dzień babci!) albo kreatywna, konstrukcyjna zabawka, która nie tylko zajmie uwagę, ale i jej efekty będą ozdobą dziecięcego pokoiku.

„Zestaw do kolorowania – pszczółka i ślimak” Puzzle 3D
Firma: Cubic Fun
Liczba elementów: 22
Sugerowany wiek: 5-11 lat

Recenzja powstała dzięki uprzejmości dystrybutora zabawek Dante.