Grajki Majki: „Paszczaki”, Tim Roediger

Przesympatyczne Paszczaki żadnej pracy się nie boją! W pudełku znajdziemy 54 karty z przedstawicielami tego przedziwnego gatunku w roli astronautów, superbohaterów, lekarzy, tancerzy, kucharzy, malarzy, nurków, mistrzów walki… w przeróżnych rozmiarach i kolorach. Na początku rozgrywki każdy z graczy otrzyma po 5 losowych kart z paszczakami, a gra polega na naprzemiennym układaniu paszczakowych rzędów na stole przed sobą – w dużej grupie, bo to stworzenia stadne i nie lubią samotności. Jeśli na początku i końcu rzędu znajdą się dwa takie same Paszczaki, gracz może zabrać cały rząd. Kto zbierze najwięcej kart z Paszczakami, wygrywa!

Łatwizna, prawda? Przyda się jednak dobra pamięć i umiejętności strategiczne, bo na każdej karcie mamy podaną informację, ile razy dany Paszczak występuje w talii (1, 2, 3 lub 4 razy) – dobrze więc zapamiętać, czy przypadkiem pozostali przedstawiciele danego zawodu nie zostali już zdobyci przez innego gracza. A niektóre Paszczaki są unikatowe i w ogóle nie mają pary!

Ten tytuł świetnie sprawdzi się jako gra na podróż, bo sam kartonik nie zajmuje wiele miejsca, a jeśli w plecaku wciąż mamy zbyt mało przestrzeni, spokojnie można zabrać same karty spięte gumką recepturką albo w samotnej skarpetce w roli futerału. Bo po jednej rozgrywce reguły zostaną w głowie i pakowanie instrukcji zupełnie nie będzie potrzebne. A do gry wystarczy zaledwie kawałek stołu albo innej w miarę płaskiej powierzchni i dobre towarzystwo.

Ponadto karty z Paszczakami świetnie sprawdzają się u nas również jako nieco udziwniona wersja gry w memory – tym ciekawsza, jako że nie wszystkie paszczaki występują podwójnie i czasem można odszukać trójkę, albo dwie takie same pary. A kilka Paszczaków zostanie samotnych.

Jak to zwykle bywa – ogranicza nas tylko nasza wyobraźnia!

Paszczaki
Autor: Tim Roediger
Ilustracje: Christopher Lee
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Liczba graczy: 2-6
Sugerowany wiek: 5+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Grajki Majki: Podświetlany globus, Alaysky

Już w pierwszych zdaniach zacznę od dzielenia się entuzjazmem, bo szczegół, którym skusiła mnie ta pomoc naukowa – czyli podświetlenie – sprawdza się świetnie. Sam pomysł kuli ziemskiej jako lampki nocnej uważam za genialny i urzekł mnie od pierwszego momentu, a i z wykonania jestem bardzo zadowolona. Globus jest zasilany bateriami (paluszki, więc łatwizna), dzięki czemu można go przenosić bez wyłączania, żaden kabel nie pałęta nam się pod nogami i nie jesteśmy uzależnieni od dostępności wolnego gniazdka w pobliżu. Światło nie razi po oczach, jest dostatecznie jasne, by delikatnie rozproszyć mrok dziecięcego pokoju i by szczegóły zabawki były wystarczająco dobrze widoczne.

Kiedy oglądamy globus bez podświetlenia (można też przy pomocy dotyku, bo wzniesienia zostały trójwymiarowo uwypuklone), widzimy przed sobą mapę geograficzną. Natomiast po włączeniu światła pojawia się mapa polityczna, czyli podział na kraje. Małe czary-mary.

Nie wiem, czy taki szczegół (w sumie przecież bardzo ważny!) powinien mnie zaskakiwać, ale jakoś nie spodziewałam się, że całość będzie w języku polskim. A jest!

Dodatkową atrakcją urozmaicająca korzystanie z globusa jest aplikacja na telefon, dzięki której, po wybraniu odpowiedniej opcji, można poszerzać wiedzę o ciekawostki ze świata zwierząt wodnych i lądowych, odkryć geograficznych, atrakcji turystycznych, czy przestrzeni kosmicznej. A wszystko to pojawia się wokół globusa dzięki wykorzystaniu technologii rozszerzonej rzeczywistości.

Niestety nie jestem w stanie obiektywnie ocenić samej aplikacji, bo mój telefon jest na nią po prostu za słaby. Udało mi się podejrzeć co nieco z trójwymiarowych brył, bo w takiej formie przedstawiono cuda natury i zwierzęta na globusie, a nawet zagrać w prostą grę w kosmosie, ale program za bardzo mi się zacinał i za często wyłączał, żebym dała radę posłuchać ciekawostek, czy po prostu pobawić się nią trochę. Wystarczyło za to, by zirytowały mnie dźwięki w pętli na ekranach menu. Na telefonie męża było trochę lepiej, ale wciąż nie na tyle, by korzystać z przyjemnością. Na szczęście dla mnie aplikacja to tylko dodatek i nie nastawiałam się na niego jakoś szczególnie – ot, ciekawostka. Plusem jest fakt, że aplikację można pobrać w dowolnym momencie, więc być może wykorzystam ją jeszcze w przyszłości – jak maja podrośnie, a ja skuszę się na nowy sprzęt.

Sam globus oceniam bardzo dobrze i z czystym sumieniem polecam, bo jest lekki, starannie wykonany i z „efektem łał”, jaki daje podświetlenie i wypukłe elementy. A sama aplikacja może zainteresuje technomaniaków i łowców nowinek.

Globus występuje w trzech rozmiarach – 21 cm (ten niestety bez podświetlenia), 25 cm i 32 cm. My mamy ten środkowy i moim zdaniem jest w sam raz.

„Globus 25 cm z mapą geograficzną, polityczną i aplikacją”
Firma: Alaysky
Sugerowany wiek: 5+.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości dystrybutora zabawek Dante.

Grajki Majki: Crazy Science. Fabryka potworów. Embriony

Już sama nazwa tej zabawki wzbudza we mnie niepokój – nie dość, że w opakowaniu mam znaleźć embrion, to jeszcze embrion potwora… Czy dodatkowa zachęta jest tu jeszcze potrzebna?

W niewielkim kartoniku znajdziemy kolorową kulę (jajo!) i odpowiadający jej kolorowi barwnik w płynie zamknięte w plastikowym słoiczku z podziałką oraz spis potworków.

Wszystko, co należy zrobić, to nalać wody do słoika (my wykorzystałyśmy nieco większą miseczkę, żeby było łatwiej w niej grzebać), odpakować kulkę z folii zabezpieczającej i wrzucić ją do wody. A potem można obserwować musujący spektakl nabierającej coraz intensywniejszego koloru wody, bąbelków i pianki, wśród których pojawi się jedna z 24 szkaradek. Moje dziecię uwielbia musujące kule i była trochę rozczarowana, że tym razem bawimy się nimi w słoiku, zamiast w wannie, ale dała się przekonać i do tego sposobu. Szczególnie, kiedy zaczęłyśmy robić eksperymenty z kolorami i do niebieskiej wody po pierwszym z potworków włożyłyśmy żółtą kulkę w celu uzyskania pięknie toksycznej zieleni (to musi być magia! :D ).

Po wyłowieniu potworka przyszedł czas na szukanie jego nazwy na ulotce. Każda z figurek ma zabawne, zakręcone imię, groźną moc i neutralizującą ją słabość. Każdej z nich poświęcono akapit opisu, do stworzenia którego inspiracją były realnie istniejące zwierzęta. Trafił nam się na przykład Mimetyczny Spryciarz – kuzyn pustynnego fenka, czy Uzbrojony Irokezik – potomek stegozaurów. Chociaż na pierwszy rzut oka opisy wydają się głupiutkie, dla nas stały się punktem wyjścia nie tylko do poszukiwań zwierzęcych pierwowzorów potwornych stworków, jak i do rozmowy o takich zjawiskach jak mimetyzm, czy daltonizm.

Teoretycznie wyklute potwory powinno przechowywać się w dołączonych słoiczkach – w „formalinie” z wody zabarwionej pigmentem. My jednak przechowujemy je na sucho – takie figurki służą nam czasami jako pionki do gry, albo w pracach plastycznych. Jak zrobi się cieplej, mam w planie zamrozić je w foremce do lodu z wykorzystaniem odrobiny barwnika albo farbki i wykorzystać do lodowego malowania w ogródku.

Fajna alternatywa dla czekoladowego jajka z niespodzianką, jeśli nie chcemy futrować dziecka olejem palmowym. Niestety, od słodycza jest też sporo droższa, podobnie, jak od ulubionych biedronkowych kulek do kąpieli Majki z dinozaurami i jednorożcami. Wielkim atutem jest natomiast oznaczenie każdej kulki i kartonika numerem – dzięki temu możemy uniknąć kupienia dwóch kulek z takim samym potworkiem i kompletowanie kolekcji będzie sporo łatwiejsze. A element niespodzianki i tak zostaje zachowany, bo nie wiemy, który ze stworków kryje się pod daną cyfrą, dopóki sami tego nie sprawdzimy!

Z niecierpliwością czekamy na jednorożcowo-księżniczkową wersję!

„Crazy science. Fabryka potworów. Embriony”
Firma: Lisciani
Sugerowany wiek: 3+.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości dystrybutora zabawek Dante.

Grajki Majki: „Bójka na czytanie”, „Bójka na mnożenie”, Edgard Games

Dla nas to propozycje jeszcze trochę na wyrost, ale myślę, że świetnie się sprawdzą w czasach edukacji zdalenej i domowej. A ja wyjątkowo doceniam gry, przy których nauka jest właściwie „efektem ubocznym” dobrej zabawy.

„Bójka na czytanie” i „Bójka na mnożenie” to wariacje na temat popularnej gry dobble. Tylko jeszcze bardziej rozwijające i wymagające większego wysiłku, bo i nieco bardziej skomplikowane. Nie wystarczy tu w jak najszybszym czasie wypatrzeć dwa identyczne obrazki, co to, to nie! Tutaj trzeba dodatkowo czytać i liczyć!

DSC_0272

„Bójka na czytanie” to 31 kart pokrytych mieszaniną obrazków i słów – pisanych odpowiedników osób, zwierząt i przedmiotów przedstawionych na ilustracjach. Karty występują w trzech poziomach trudności: najłatwiejsze – żółte – poza ilustracjami zawierają słówka jednosylabowe (jak dom, kot czy ul) lub dwusylabowe z sylabami otwartymi (jak mama, czy ryba); średnie – różowe – to już słówka dwu- i trzysylabowe z sylabami otwartymi i zamkniętymi (jak wanna czy krokodyl) oraz poziom trudny – niebieski – gdzie znajdziemy słówka z polskimi znakami (jak gęś czy ślimak) oraz dwuznakami (mysz, czy kaczka).

Poza kartami do gry, w pudełku znajdziemy również karty pełniące funkcje słowniczka, na których umieszczono ilustracje z podpisami.

Gra polega na jak najszybszym odnajdywaniu par. Możemy szukać słówko-słówko, rysunek-rysunek lub słówko-rysunek. Chociaż pełna nazwa gry to „Bójka na czytanie na 3 sposoby”, tak naprawdę zaproponowano aż różnych 5 wariantów rozgrywek – łatwiutką dla dzieci uczących się czytać, grę na rozgrzewkę, grę na czas (to chyba najpopularniejsza wersja), grę w „na środku”, gdzie szukamy elementów wspólnych aż dla trzech kart jednocześnie, a nawet pojedynek, który czeka nas w przypadku remisu.

Bardzo podoba mi się szata graficzna – cała seria jest bardzo estetycznie zaprojektowana (a sprawdzić by karty, na których planuje kompletny chaos były jednocześnie czytelne i przejrzyste to wyzwanie!), ale ilustracje w „czytaniu” skradły moje serce!

„Bójka na czytanie na 3 sposoby”
Autor: Ewa Norman, Ewa Leszczyńska
Ilustracje: Joanna Gwis
Wydawnictwo: Edgard Games
Sugerowany wiek: 6+

„Bójka na mnożenie” analogicznie zawiera 31 kart, tym razem jednak znajdziemy na nich działania i liczby będące wynikiem owych działań. Również tutaj karty są na trzech poziomach trudności: poziom łatwy – żółty – obejmuje mnożenie przez 1, 2, 3, 4, 5 i 10; poziom średni – niebieski – to działania mnożenia przez 6, 7, 8 i 9; trudny poziom – fioletowy – to calutka tabliczka mnożenia w zakresie 100.

Poza kartami do gry, dołączono też czwarty rodzaj – zielony – będący „ściągą” z tabliczki mnożenia. I ja bardzo to szanuję, bo nie ukrywam, że to zawsze była moja pięta achillesowa i ta gra wciąż stanowi dla mnie wyzwanie, nawet 20 lat po osiągnięciu wieku minimalnego. Zasady gier są tak naprawdę takie same, jak w wersji z czytaniem – jest coś dla uczących się mnożenia, mała rozgrzewka, gra na czas, wersja z trzema kartami i remisowy pojedynek. A mimo to jakoś trudniej… Czymże byłoby jednak życie bez stawiania sobie wyzwań! Może w końcu będę miała tą tabliczkę mnożenia w „małym paluszku”, czego wymagano ode mnie zanim skończyłam podstawówkę. Nieskutecznie, choć nie bez starań.

W mnożenie można grać w więcej osób (6, zamiast 4, jak w czytaniu), chociaż prawdę mówiąc nie jestem pewna od czego to zależy.

„Bójka na mnożenie na 3 sposoby”
Autor: Ewa Norman, Patrycja Wysocka
Wydawnictwo: Edgard Games
Sugerowany wiek: 8+

Poza samą spostrzegawczością, obie gry rozwijają umiejętności czytania i liczenia, działania pod presją czasu, skupienia uwagi na szczegółach, szybkiego reagowania i… radzenia sobie z ewentualną porażką. Rozgrywki są dynamiczne, a całe partie nie grają długo, dzięki czemu nie tylko dziecko nie zdąży się znudzić, ale i rozkojarzyć, bo wbrew pozorom te gry są całkiem męczące – wymagają od dziecka sporo skupienia. Cóż, ta z mnożeniem nie tylko od dziecka…

Dodatkowym atutem jest „kieszonkowy” format. Sam kartonik, choć sam w sobie niewielki, można zostawić w domu, a spięte recepturką karty dorzucić do kosza piknikowego, plecaka lub torby i grać właściwie wszędzie.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Edgard Games.

Grajki Majki: Playbio Tecno Jumbo, Quercetti

Niedawno na rynku pojawiła się nowa seria od firmy Quercetti, w której elementy nie są już wykonane w 100% plastiku, a z materiału z recyklingu.

„Produkty przygotowane są z kompozytu biologicznego pochodzącego z włókien drewnianych i specjalnego plastiku. Drewniane włókna, które zwykle są utylizowane jako odpady pochodzą z tartaków, które posiadają odpowiednie certyfikaty środowiskowe. Większa zawartość drewna pozwala o zredukowanie ilości dwutlenku węgla niezbędnej przy produkcji aż o 80%. Po użyciu, zabawka może być 100% poddana recyklingowi.”

Przy poprzednich recenzjach zwracałam już uwagę, że zabawki tej firmy pakowane są w wytrzymałe tekturowe kartoniki z niewielką plastikową rączką – walizeczki wielorazowego użytku (i prawdę mówiąc jeszcze żadna nam się nie zużyła, choć pierwsze zestawy towarzyszą nam już od ponad dwóch lat) i rzadko są dodatkowo owinięte folią. Bardzo podoba mi się ten sposób myślenia i szukanie bardziej ekologicznych rozwiązań. Okazuje się, że są one możliwe nawet w przypadku firmy produkującej plastikowe zabawki.

I tylko na dobre im to wyszło, bo moim zdaniem ten materiał sprawdza się lepiej. Elementy są przyjemniejsze w dotyku, dobrze do siebie pasują i bez problemu można je skręcać i rozkręcać – a w przypadku tego zestawu to szczególnie istotne. Mam wrażenie, że są mniej podatne na pęknięcia i złamania i mi osobiście zdecydowanie bardziej podobają się pod względem wizualnym – są matowe, nieprzezroczyste, w stonowanych kolorach, a niektóre z nich mają nieco „mozaikowy efekt” przypominający trochę papier maché. Jedynym minusem jest dość intensywny zapach materiału, przypominający trochę jakby spaleniznę. Mam nadzieję, że po kilkunastu zabawach się wywietrzy.

Wróćmy jednak do samego zestawu. Tecno Jumbo to pudełko pełne elementów konstrukcyjnych: śrubek, nakrętek i dziurawych „blaszek” różnego kształtu i wielkości, które można przy pomocy owych śrubek łączyć. A można to robić na dwa sposoby – w figurki przestrzenne, jak na przykład roboty, albo w płaskie obrazki, przy pomocy dziurkowanej podkładki, na której możemy zakomponować obrazek.

Bardzo fajny sposób na rozwinięcie motoryki małej, cierpliwości, wyobraźni, myślenia przestrzennego i bardzo podstawowych podstaw mechaniki. Wszystkie części zestawu łączą się ze sobą bez problemu, łatwo się wkręcają i nie wymagają użycia siły.

Jedyne, czego mi zabrakło, to książeczki z inspiracjami na budowle, bo moje dziecię bardzo lubi odtwarzać i najdłużej skupia się na zabawkach konstrukcyjnych właśnie podążając za instrukcją. Tym razem będzie musiała jednak trochę pogłówkować i wysilić wyobraźnię, by po kilku propozycjach z pudełka stworzyć coś swojego.

Ach, i jeszcze szalenie mi się podoba, że na zabawce konstrukcyjnej, manualnej, z robotami umieszczono zdjęcie dziewczynki!

„Tecno Jumbo”
Firma: QUERCETTI Playbio
Sugerowany wiek: 3-6 lat.

Zestaw znajdziecie na przykład TUTAJ.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości dystrybutora zabawek Dante.

Grajki Majki: Carotina, czyli nauka poprzez zabawę.

Na pewno znacie z autopsji taką sytuację, kiedy przychodzi co Was dawno nie widziana ciocia, albo znajomy rodziny, który wie, że macie na stanie malucha i chciałby sprawić mu jakąś drobną przyjemność, powiedzmy w granicy 20 zł, żeby nie przychodzić z pustymi rękami. Może sami jesteście czasami takim gościem i nie wiecie co by tu na wejściu dziecku sprezentować? Sytuacja wygląda podobnie w przypadku pomniejszych świąt, jak imieninki, Mikołajki, czy nadciągający Dzień Dziecka. Bardzo często wybór pada wtedy na słodycze (zazwyczaj średniej jakości, bo te wyglądają najbardziej atrakcyjnie. Dam głowę, że za moich czasów czekoladki Kidera miały lepszy skład!), na co rodzice coraz bardziej kręcą nosem, bo muszą potem dziecku cichaczem podjadać (przecież dzieci nie mogą jeść tak dużo słodyczy!), co kończy się nadprogramowymi kilogramami. Jeśli nie chcemy mieć grubych znajomych, zawsze dobrym pomysłem są bańki mydlane, naklejki, czy pomysłowe artykuły plastyczne. My bardzo chętnie przyjmujemy też puzzle, bo Majka ostatnio szczególnie ceni tą rozrywkę. A jeśli chcecie być bardziej pomysłowi, albo możecie podszepnąć swoim gościom pomysł na niewielki upominek, to przygotowałam dla Was listę gier i zestawów edukacyjnych Carotiny, które fanie sprawdzą się w roli atrakcyjnego drobiazgu dla dziecka nie będąc jednocześnie jakimś dużym, zobowiązującym prezentem.

„Piszę pierwsze słowa” to niewielki zestaw łączący dwie najbardziej chyba popularne propozycje wśród pierwszych gier maluszka – puzzle i loteryjkę – z nauką literek. Pierwszym zadaniem, które czeka na maluszka, jest ułożenie dziesięciu obrazków ze zwierzętami. Każdy z nich został podzielony na puzzle-paski, na których przedstawiono fragment ilustracji i jedną literkę. Puzzle mają różny poziom trudności – do wyboru są wyrazy trzy-, cztero- i sześcioliterowe, a poza znanymi zwierzętami, jak kot, czy pies, znajdziemy tu również bardziej „egzotycznych” delfina, czy murenę.

Tak ułożone puzzle staną się naszymi planszami do drugiej gry – loteryjki.  Kiedy gracze mają już przed sobą ułożone puzzle wraz z podpisem, naprzemiennie losują kartoniki z literkami. Jeśli wylosowana literka powtarza się z tymi na planszy gracza, może ją zatrzymać, jeśli nie, odkłada ją do pudełka. Wygrywa ten, kto jako pierwszy ułoży nazwę zwierzątka ze swojej planszy.

Proste i sprawdzone rozwiązania często są tymi skradającymi serca. Sympatyczna, edukacyjna i w cenie lepszej czekolady – dobry pomysł na drobny upominek. Dzięki niewielkiemu formatowi sprawdzi się również w podróży, czy podczas rodzinnego pikniku. Jedynym, czego mi zabrakło, jest woreczek do loteryjki – podczas losowania z pudełka moje dziecię strasznie podgląda!

Carotina. Piszę pierwsze słowa. Układanka i loteryjka „Czytam i piszę”
Firma: Lisciani
Sugerowany wiek: 3-6 lat.
Grę możecie kupić TUTAJ.

Drugą bardzo trafioną propozycją dla maluchów o cenie i formacie przypominającym kartonik Ptasiego Mleczka, jest „Logika 3 w 1”. To 24 trzyelementowe puzzle, w których elementy dopasowuje się nie jako części większego obrazka, a na podstawie trzech różnych relacji logicznych.

Pierwszym z nich – oznaczonym kolorem niebieskim – jest konstrukcja ciągu przyczynowo skutkowego, czyli „przed i po”. Mamy tu do ułożenia w odpowiedniej kolejności na przykład trzy etapy palenia się świecy, albo proces wykluwania się pisklaka, gdzie na pierwszym elemencie mamy jajko, na drugim pękające jajko z wyłaniającym się dzióbkiem, a na trzecim pisklaka.

Druga zagadka –zielona – polega na dopasowywaniu narzędzi do przedstawicieli różnych zawodów, czyli „co jest czyje”. Na przykład do wędkarza należy dopasować wędkę i haczyk na ryby, do kucharza garnek i chochlę.

Trzecie zadanie – różowe – polega na grupowaniu zwierząt pod względem cech wizualnych, czyli „kogo to przypomina”. Należy połączyć ze sobą na przykład różne dzikie koty, owady, jaszczurki albo „rogate parzystokopytne”.

Pomysłowa układanka zmieniająca nieco nasze myślenie o puzzlach, jako o okładaniu podzielonego na części obrazka. Poza wspomnianej w tytule umiejętności logicznego kojarzenia faktów, ćwiczy również spostrzegawczość, zwracanie uwagi na szczegóły, skupienie i cierpliwość.

Carotina. Logika 3 w 1
Firma: Lisciani
Sugerowany wiek: 3-6 lat.
Grę możecie kupić TUTAJ.

Mieliśmy już grę oswajającą z literkami i grę rozwijającą logiczne myślenie. Nadszedł czas na kolejne umiejętności – ćwiczenie pamięci i koncentracji. Nie da się ukryć, że z koncentracją i cierpliwością u maluchów raczej krucho, byłam za to zdumiona umiejętnością zapamiętywania, jaką zauważyłam u mojej przedszkolaczki – ta mała gadzina potrafi ograć mojego męża w memory, a i mnie czasami uda jej się wyprzedzić! I to bez „dawania forów”! Bardzo zależy mi na podtrzymaniu i rozwijaniu tej umiejętności, dlatego też chętnie sięgam po tego rodzaju tytuły, a i Majka lubi gry oparte na mechanizmach szukania i zapamiętywania.

„Ćwiczę pamięć” na pierwszy rzut oka przywodzi na myśl znaną grę „Bystre oczko”, jest bowiem oparta na tym samym schemacie. Zestaw składa się z 72 par kartoników z obrazkami podzielonymi na oznaczone kolorami kategorie  – zwierzęta, żywność, zawody, odzież, środki transportu i fantazja (my nazywamy je „bajkowymi) oraz planszy w kształcie kotka, na którego brzuszku przedstawiono 72 ilustracje odpowiadające tym na kartach. W pazurkach kotek trzyma spinner z ruchomą strzałką i kołem do losowania podzielonym na kolory odpowiadające kategoriom kart.

W takim przypadku pierwszym sposobem wykorzystania zestawu zawsze jest ulubiona gra mojego dziecka, czyli memory. Dopiero później możemy dowiadywać się co twórca gry miał na myśli. W tym przypadku gra pamięciowa jest urozmaicona o losowanie kategorii za pomocą spinnera, dzięki czemu w każdej rozgrywce wykorzystuje się tylko jedną talię kartoników jednocześnie, a nie wszystkich 72 za jednym zamachem, poza tym nie ma znaczących różnic podczas rozgrywki. I dobrze, bo kochamy tą grę taką, jaka jest!

Druga propozycja gry odbywa się z wykorzystaniem kociej planszy. W ty przypadku gracze naprzemiennie losują kartonik z obrazkiem, by jak najszybciej odnaleźć jego odpowiednik na planszy. Ten, kto znajdzie go jako pierwszy, zdobywa kartonik. Wygrywa osoba, która pierwsza zdobędzie 5 kartoników (albo 10, albo 15, jeśli chcemy, by gra była dłuższa). Oczywiście możemy też sami wymyślać kolejne warianty, na przykład losując kolor i starając się jak najszybciej odnaleźć i nazwać pięć przedmiotów z wylosowanej kategorii. Ogranicza nas tylko wyobraźnia.

Poza treningiem pamięci, spostrzegawczości i cierpliwości, to również dobra powtórka słownictwa i ćwiczenie refleksu. Kolejnymi atutami są atrakcyjna forma (kotki zawsze cieszą się u nas powodzeniem) i niewielka cena (zazwyczaj poniżej 20 zł).

Carotina. Ćwiczę pamięć
Firma: Lisciani
Sugerowany wiek: 3-6 lat
Grę możecie kupić TUTAJ.

Jeśli natomiast szukamy nieco większego prezentu (okolice 50 zł), albo chcielibyśmy na przykład jednym upominkiem zająć na dłuższą chwilę rodzeństwo, warto zwrócić uwagę na zestawy łączące w sobie kilka z wymienionych powyżej gier i rozwijających różne kompetencje.

„Labolatorium 20 gier” to zestaw pomagający poznać alfabet, pierwsze słowa i liczby, ćwiczący pamięć i logikę oraz wprowadzający pierwsze słówka w języku angielskim. Tematem przewodnim są tutaj owady (chociaż Majka mówi raczej „robale”), dlatego też znajdziemy stonogę z alfabetem, której trzeba podoczepiać zagubione słówka, gąsienicę z cyframi, motylka, który pomoże powtórzyć kształty i kolory, połączenie motylkowych memorów z kwiatkową loteryjką, a także ślimaka do nauki angielskiego i biedronkę do odkrycia z marchewką Carotiną, czyli elektronicznym piórem, które wydaje charakterystyczne dźwięki przy wybraniu prawidłowej lub błędnej odpowiedzi. Wszystkie elementy są dwustronne, dzięki czemu można wykorzystać je na różny sposób – często kolejnym poziomem zabawy są właśnie quizy z elektronicznym piórem w kształcie marchewki.

Jedyny minus jest taki, że quizy – zarówno angielskie, jak i polskie – w zdecydowanej większości wymagają umiejętności czytania, przez co rodzice nie uciekną do swoich spraw. My zostawiamy quizy na koniec – najpierw Maja sama składa wszystkie plansze, dopasowuje literki, cyferki i obrazki, liczy kropki biedronki, a na koniec wspólnie rozwiązujemy zagadki Carotiny. Myślę, że bardzo fajnie może się to sprawdzić, kiedy zaangażujemy do zabawy nieco starsze, czytające już rodzeństwo.

Carotina. Laboratorium 20 gier
Firma: Lisciani
Sugerowany wiek: 3-6 lat
Grę możecie kupić TUTAJ.

A jeśli to wciąż za mało wrażeń, jest jeszcze „50 gier” i to zdecydowany faworyt mojej córki. Podobnie, jak w przypadku powyższego zestawu, dwustronne gry i plansze rozwijają różne kompetencje – oswajają z literami i liczbami, uczą myślenia logicznego i ćwiczą pamięć. Są też zadania stanowiące powtórkę kolorów, kształtów i przeciwieństw.

Tym razem tematem przewodnim jest farma, i pod względem wizualnym ten zestaw podoba mi się najbardziej.

W opakowaniu znajdziemy między innymi memory (tym razem w formie kurczaczków), pawia z wielobarwnym ogonem, minipuzzle z wiejskimi zwierzątkami, kurkę-grę planszową, traktor wiozący całą menażerię, warzywne puzzle i wielką planszę pełną quizów z wykorzystaniem długopisu Carotiny. A instrukcja z propozycjami zabaw jest tak obszerna, że przypomina całkiem konkretną książeczkę!

Chociaż sugerowany wiek odbiorcy to 3+, moim zdaniem niektóre aktywności spokojnie można zaproponować i młodszemu dziecku – na przykład proste puzzle, czy grę w pamięć.

Carotina. 50 gier
Firma: Lisciani
Sugerowany wiek: 3-6 lat
Grę możecie kupić TUTAJ.

Oczywiście seria z Carotiną to wiele więcej tytułów dla maluchów w różnym wieku. Jeśli wciąż czujecie niedosyt, przypominam o starszych recenzjach:
Carotina Baby. Mata wodna do rysowania
Carotina Preschool. Alfabet. Słowa i liczby
Carotina Preschool. Tablica fluorescencyjna LED
Carotina Preschool. Gry dla przedszkolaków. Język angielski

Recenzja powstała dzięki uprzejmości dystrybutora zabawek Dante.

Grajki Majki: „Spacer po Burano”, Wei-Min Ling

„Spacer po Burano” jest oparty na bardzo podobnym mechanizmie, co opisywany w zeszłym tygodniu „Boarding”, tylko zamiast w rolę pracowników linii lotniczych wcielamy się w architektów i urbanistów, a zamiast sadzania pasażerów budujemy kamienice. Ale i tu będziemy musieli się nieźle nakombinować, żeby osiągnąć określony cel!

Owym celem jest zbudowanie rzędu pięciu trzypiętrowych kamienic o kolorowych fasadach i bogatych dekoracjach, z elementów, które losowo pojawiają się na stole. Jak to w architekturze – ogranicza nas masa ściśle określonych zasad – między innymi trzeba budować od dołu, kamienice muszą mieć fasady w jednym kolorze, a dwa budynki jednakowego koloru nie mogą stać obok siebie. No, chyba, że wykorzystamy jedno z pozwoleń na budowę (chociaż mi to brzmi bardziej jak łapówka) w celu ominięcia pewnych ograniczeń (na przykład ustawy krajobrazowej…).

Warto jednak pamiętać, że stawiając nasze kamienice musimy się liczyć nie tylko z regułami sztuki i prawami fizyki, ale również z gustem mieszkańców i turystów, którzy będą mieszkać na naszej ulicy. A te są bardzo zróżnicowane – niektórzy turyści doceniają kwiaty zdobiące ich kamienice, inni doniczki pełne ziół różnorodnej proweniencji, a jeszcze inni towarzystwo kotów. Podobnie z mieszkańcami – krawcowa zwraca uwagę na kolorowe markizy, policjant na odpowiednie oświetlenie budynków, burmistrz na dużą liczbę przechodniów, a Święty Mikołaj na obecność kominów. Nie jesteśmy w stanie zadowolić wszystkich, dlatego nasze wybory muszą być przemyślane, bo to od zadowolenia turystów i mieszkańców zależy końcowa punktacja!

Sielskie, pełne nasyconych kolorów ilustracje, wysoka jakość wydania (te błyszczące pieniążki!) i duża ilość kotków bardzo dobrze zaspokajają moje potrzeby estetyczne, a element losowości i konieczność opracowania odpowiedniej strategii nie pozwoli za szybko się znudzić.

Co istotne w czasach pandemii, gra ma również wariant jednoosobowy. Rozgrywka trwa około 30 minut (w zależności od ilości graczy) i jest rekomendowana dla graczy od 10 roku życia.

Spacer po Burano
Autor: Wei-Min Ling
Ilustracje: Maisherly Chan
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Liczba graczy: 1-4
Sugerowany wiek: 10+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Grajki Majki: „Boarding”, Daryl Chow

Dla odmiany przychodzę dziś z propozycją gry „dla starszaków”, czyli 10+. I dla rodziców, bo na kwarantannie wieczór przy planszówce w ramach randki to szczyt romantyzmu.

W grze „Boarding” wcielamy się w stewardów i stewardes obarczonych obowiązkiem usadzenia wszystkich pasażerów samolotu. Oczywiście w sposób jak najbardziej ekonomiczny i zgodny z preferencjami klientów linii lotniczych. W końcu zakochani życzą sobie siedzieć obok siebie, dzieci nie powinny zostać bez opieki dorosłych, a biznesmeni, turyści i ekolodzy najlepiej czują się w swoim towarzystwie. Jeśli dorzucimy do tego wymagania odnośnie miejsc przy oknie, przy wyjściu, czy w środku rzędu, wychodzi z tego niezła układanka! Tym trudniejsza, że kolejność usadzania pasażerów zależy od losu – nie sposób bowiem przewidzieć jakie trafimy karty. Wyjątkowo problematycznych pasażerów możemy wyprosić z samolotu, ale uwaga!, otrzymamy za to punkty ujemne.

W pudełku znajdziemy cztery dwustronne plansze samolotów, 96 kart pasażerów, 150 drewnianych znaczników pasażerów (po 30 w 5 kolorach) oraz vouchery na posiłek, którymi będziemy mogli przebłagać problematycznych pasażerów, by poczekali jeszcze trochę na usadzenie.

Gra ma wiele różnych wariantów – z osobnymi planszami dla rozgrywek w 1-3 osoby i osobnymi dla 4-osobowych, z opcjonalnymi kartami trudnymi i kartami wydarzeń. Zasady, choć na pierwszy rzut oka skomplikowane, szybko dają się oswoić i po pierwszej rozgrywce nie stanowią już problemu. „Boarding” wymaga trochę szczęścia, dużo kombinowania i… talentu do porządków. Rozgrywka jest płynna, nie ma w niej długiego oczekiwania na ruch przeciwnika, ale zdarzają się kapryśni pasażerowie gotowi przyprawić nas o pierwsze siwe włosy.

Zawsze doceniam przemycone nutki poczucia humoru – w tej grze uwielbiam nazwy linii lotniczych, w których pracowników się wcielamy. Osobiście najbardziej lubię usadzać pasażerów Bryanaira, natomiast mąż mój wdziewa zazwyczaj uniform linii NIELOT. Do wyboru jest jeszcze SOS i RadomGlobalAir. Złoto!

Jeśli jednak nie macie drugiej połówki, a izolacja dłuży wam się niemożebnie, albo nie wiecie czym zainteresować plączące się pod nogami dziecko, podczas, gdy wy ślęczycie przed ekranami pracy zdalnej, ten tytuł też świetnie się sprawdzi, bo gra ma również wariant jednoosobowy. Przypomina wtedy nieco skrzyżowanie układania pasjansa z tetrisem.

Jak zawsze starannie i estetycznie wydana, chociaż ograniczyłabym nieco jednorazowy plastik przy pakowaniu.

Boarding
Autor: Daryl Chow
Ilustracje: Roman Kucharski
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Liczba graczy: 1-4
Sugerowany wiek: 10+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Grajki Majki: „Pierwszy zegar” Quercetti

Internet aż kipi od pomysłów, na kreatywne zajęcia podczas przymusowego zamknięcia w czterech ścianach. Można nauczyć się nowego języka, robienia na drutach, pieczenia tortów, tańczenia samby, można przebierać się za postaci z arcydzieł malarstwa dawnego, nauczyć kota aportowania, nadrobić zaległości w serialach albo ćwiczyć z Chodakowską. Chyba, że jest się matką, wtedy sukcesem jest wzięcie prysznica w ciszy i samotności.

Skoro jednak przez najbliższy czas nie ma co liczyć na chwilę choćby ucieczki od naszych małych koali, może warto postawić na wspólne zdobywanie jakiejś ambitnej umiejętności?

U nas stanęło na nauce odczytywania godzin z zegarka. Pod koniec stycznia Majeczka dostała na urodzinki uroczy zegarek na rękę z Myszką Minnie, najwyższy czas przestać traktować go wyłącznie jako ozdobę! Szczególnie, że w obecnej sytuacji, bez przedszkola i z rodzicami, którzy niby są cały czas w obok, ale jednak jednocześnie w pracy, kompletnie runęła nasza domowa rutyna i Majka zupełnie straciła poczucie czasu. Czy można sobie wymarzyć lepszy moment na wgłębienie tajemnic zegara?

Z pomocą przyszedł nam zestaw edukacyjny od Quercetti. Znajdziemy w nim wszystko co niezbędne do złożenia zegara demonstracyjnego – co ciekawe, tekturową tarczę zegara montujemy na takiej samej planszy z dziurkami, którą wykorzystujemy w mozaice „Pixel Daisy”, bardzo lubię takie uniwersalne rozwiązania. Do tarczy, doczepiamy ręcznie obracane wskazówki w dwóch kolorach i 12 gwoździków z naklejanymi cyferkami. My korzystamy na ten moment z czerwonych gwoździków z cyframi od 1-12, ale dla bardziej zaawansowanych są również niebieskie kołeczki z godzinami popołudniowymi, od 13 do 24. Na tarczy zaznaczono również minuty.

Zegar służy nam na razie przede wszystkim do określania czasu – zaznaczam na nim o której trzeba przyjść na śniadanie, do której jest czas na zabawę, a kiedy będzie można obejrzeć bajkę i godzinę zakończenia mojej pracy. Ale w zestawie znajdują się jeszcze karty z markerem suchościeralnym o gąbką do nauki zapisywania godzin zapakowane w zamykanym koszyczku. Karty występują w dwóch wersjach – mniejsze z dodatkowym obrazkiem pomocniczym i większe z samym przedstawieniem zegarka. Naszym zadaniem jest zapisać cyframi godzinę, którą wyznaczają wskazówki na tarczy zegara, lub odwrotnie – zaznaczyć na zegarku godzinę zapisaną poniżej cyframi. Karty zostały oznaczone kolorami – na żółto godziny przedpołudniowe i na granatowo godziny popołudniowe.

Do zestawu dołączono instrukcję wprowadzającą podstawowe pojęcia i tłumaczącej w jaki sposób odczytywać godziny. Znajdziemy tu również dodatkową instrukcję (w językach włoskim i angielskim) dotyczącą zabawy z dzieckiem w duchu Montessori

„Pierwszy zegar”
Firma: QUERCETTI Play Montessori
Sugerowany wiek: 4-8 lat.

Zestaw znajdziecie TUTAJ.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości dystrybutora zabawek Dante.