Bajki Majki: „Historia kolorów” Clive Gifford

Wiedzieliście, że słowem „pink” bardzo długo określano jeden z żółceni? A różowy był kolorem zarezerwowanym dla małych chłopców? A słyszeliście może o różowej margarynie? Jeśli nie, to wiele ciekawostek w tej książki ma szansę was zaskoczyć. Bo to tylko jedna z całego kalejdoskopu opisanych w niej barw.

Odkąd jako dziecko poznałam dwa „niestandardowe” kolory – pąsowy i indygo – stałam się niepokonana w grze w kolory i nigdy już nie musiałam uciekać przed berkiem wokół piaskownicy. Aż do momentu, w którym, oskarżona o oszustwo, musiałam podzielić się moim kolorystycznym odkryciem z innymi dziećmi i wszystko przepadło. Aż do czasu umbry palonej, która szybko stała się moim kolejnym triumfem. Gwarantuję, że po tej lekturze, waszym latoroślom nigdy już nie zabraknie barwnej elokwencji.

Kto i dlaczego zaczął hodować pomarańczowe marchewki? Ile lat liczy sobie najstarsze pudełko farb? Jaki barwnik powoduje kolejki w toalecie, co groziło za fałszowanie szafranu, jaki barwnik produkuje się z rozgniecionych chrząszczy i dlaczego jeden z prerafaelitów urządził swoim tubkom farb pogrzeb w przydomowym ogródku? Co było na tyle drogocenne, by pokrywać je mieszaniną białka jaj i… woskowiny z ludzkich uszu? Jaki kolor określano jako „pchle plecki”, jak dużo zgniłych ślimaków potrzeba, by uzyskać gram purpury tyryjskiej i do wytwarzania barwnika jakiego koloru używano ludzkiego moczu (podpowiedź: nie, nie był to żaden z żółcieni)?

Fascynująca i fenomenalnie zilustrowana podróż przez historię świata utrwalanego. Od prehistorycznych jaskiń, przez mundury najgroźniejszych armii, suknie Najświętszej Panienki zerkającej z płócien mistrzów, aż po strojne suknie elegantek i barwne tapety modnych mieszkań. Poznacie symbolikę barw, krwawe sekrety historii, kolory tak piękne, że popychające ku zbrodni i tak trujące, że służące za środek owadobójczy. I poznacie też odcień piątku.

Jestem wielką fanką encyklopedii i niejedną już miałam w dłoniach, ale ta jest wyjątkowa. Może to już taka moja słabość, ale dosłownie nie mogłam się oderwać, a kilka informacji naprawdę mnie zaskoczyło. Ta książka to jedna wielka ciekawostka i z całego serca polecam ją każdemu, bo nie ma najmniejszego sensu stawiać tu górnej granicy wieku. Bierzcie i czytajcie, świetna jest!

Clive Gifford, Historia kolorów. Jak kolory kształtowały świat, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2020, 64 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Wotum” Maciej Siembieda

W trzecim tomie przygód prokuratora Kani, autor nie zawahał się podnieść ręki na najświętszą z naszych narodowych świętości.

Pewnego grudniowego dnia 2012 roku, niepoczytalny sprawca usiłuje zniszczyć jasnogórski obraz Czarnej Madonny i tylko cud pancernej szyby chroni najsłynniejszy polski symbol chrześcijaństwa przed niechybną zagładą. To, skądinąd rzeczywiste zdarzenie rozpoczyna kolejne śledztwo mojego ulubionego Pana Samochodzika z IPNu. Na prośbę częstochowskich paulinów ma stwierdzić, czy za zamachem na Najświętszą Panienkę nie kryje się przypadkiem coś więcej, niż tylko religijny szaleniec, co zdają się potwierdzać telefony z pogróżkami skierowane nie tylko do Częstochowy, ale i do niewielkiej parafii w Bogorii. A tam, zupełnym przypadkiem, znajduje się obraz łudząco podobny do jasnogórskiego – pilnie strzeżona przez mieszkańców wsi przed jakąkolwiek ingerencją (a już badaniami szczególnie!), najstarsza kopia słynnej ikony. Oficjalnie, bo parafianie mają na ten temat swoje zdanie.

Który z obrazów ma moc sprawiania cudów? Czy uzdrawiającą moc świętych przedstawień da się zmonopolizować i wykorzystać do własnych celów? Czy istnieje sekta mająca na celu zakończenie kupczenia dewocjonaliami i wykorzystywania świętych wizerunków do bogacenia się? I co wspólnego ma z tym wszystkim bogaty przedsiębiorca fundujący renowację kościelnych fresków?

Będą porwania, uprowadzenia i zuchwałe kradzieże, będą zabójstwa, zakazany romans i historyczne tajemnice. Będzie też zwalczanie raka wahadełkiem i „rękoma, które leczą”, siła pieniądza i kontaktów, oraz uraza chowana w sercu przez całe życie.

Maciej Siembieda ma dla nas kolejną przygodę pełną historycznych ciekawostek, spektakularnych akcji służb specjalnych, bezwzględnych złoczyńców i nieustraszonych obrońców narodowego dziedzictwa z moim ulubionym detektywem-łakomczuchem na czele (dzięki Bogu wciąż z czystymi butami i ani trochę nie na diecie!). Tym razem z gościnnym udziałem potęgi wiary – nie tylko tej religijnej – na której można budować imperia.

Maciej Siembieda, Wotum, Warszawa: Wydawnictwo Agora, 2020, 380 s.
(premiera 11.03.2020)

Za możliwość zapoznania się z książką jeszcze przed oficjalną premierą serdecznie dziękuję autorowi i Wydawnictwu Agora.

Czas na czytanie: „Włoski nauczyciel” Tom Rachman

„W młodości Pinch uważał relacje między ludźmi za azyl dla tych, którzy nie potrafią tworzyć sztuki. Może sztuka jest azylem dla tych, który nie potrafią się wiązać z innymi ludźmi?

Nie dajcie się zwieść ślicznej okładce w energetycznych barwach – tuż za nią kryje się opis wyjątkowo smutnego życia. Życia chłopca, który nie potrafi definiować siebie bez wpływu swego ojca, słynnego na cały świat malarza, niestałego w uczuciach i obietnicach egotyka. Ojca nawykłego traktować dzieci jak nudzące się i wychodzące z mody przedmioty średniej wartości, od czasu do czasu łaskawie obdarzający swój stale powiększający się przychówek ochłapami uwagi. Łamacza serc i żyć.

Co wolno artyście? Czy geniusz jest usprawiedliwieniem dla arogancji, ignorancji i okrucieństwa? Czy wrażliwość artystyczna idzie w parze z wrażliwością na drugiego człowieka?

Jak łatwo zniszczyć młodego człowieka już na samym początku jego drogi? Jak to możliwe, że mijają całe lata rozczarowań, nim pewne autorytety wreszcie upadają?

Świetnie napisana opowieść obnażająca nie tylko bezwzględność wybitnych umysłów i kapryśnego świata sztuki, ale przede wszystkim ciężar odpowiedzialności, który spoczywa na rodzicach w procesie kształtowania się dziecka.

To książka o poszukiwaniu własnej tożsamości, potrzebie akceptacji, złych decyzjach, ślepym oddaniu fałszywym idolom, braku wiary we własne możliwości, niespełnieniu i oszałamiającej samotności. O zgubnych skutkach dążenia do ideału za wszelka cenę. O pragnieniu nieśmiertelności i nieodpowiednio ustawionych priorytetach. O genialnym fałszerstwie i gigantycznym przekręcie popełnionym ze szlachetnych pobudek. O prawdziwej przyjaźni, potrzebie miłości i wielkości, która nigdy nie doczeka się poklasku.

Porywająca, ekscytująca i jednocześnie strasznie smutna. Dramat, kryminał, romans i powieść psychologiczna jednocześnie. Niedefiniowalna, jak zresztą większość sztuki współczesnej.

Tom Rachman, Włoski nauczyciel, Kraków: Wydawnictwo Znak Literanova, 2019, 445 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak Literanova.

Czas na czytanie: „Tajemna historia” Donna Tartt

Dobra książka, to taka, która zostawia czytelnika bez słów. Kiedy ten po przeczytaniu ostatniego zdania zamyka powieść i siedzi w bezruchu, bo brutalnie wyrwany ze świata przedstawionego nie wie, co ma teraz zrobić ze swoim życiem. Siedzę tak już prawie od tygodnia. I wciąż nie mam pojęcia co powiedzieć. Nie czuję się też wystarczająco kompetentna, by popełnić jakąkolwiek merytoryczną formę recenzji. To po prostu dla mnie za wysokie progi.

Wiem za to, że to jedna z najlepszych książek, jakie czytałam. Ostatnio tak piorunujące wrażenie zrobiło na mnie „Małe życie” nieco ponad dwa lata temu.

„Tajemna historia” jest napisana tak dobrze, że każde kolejne zdanie to czysta przyjemność. Nie mogłam się doczekać kontynuowania przerwanej lektury i nie mogłam wyrzucić jej z głowy, niezależnie od wykonywanej w ciągu dnia czynności. A na wieczorne czytanie w fotelu pędziłam w podskokach. Dosłownie! To nie jest przecież tak, że na co dzień czytam kiepskie książki, bo w większości przypadków jestem zadowolona z wyboru, lubię to, co czytam i samo czytanie sprawia mi mnóstwo frajdy. W końcu to w właśnie z tego powodu sięgam po książki. Ale Donna Tartt ustanowiła zupełnie inny poziom. Bo mam wrażenie, że dotychczas nie wiedziałam czym jest przyjemność płynąca z lektury.

Rewelacyjnie wyważona – pełna malarskich opisów, uczuć i emocji, trzymająca w napięciu i rozbrajająco zabawna w zupełnie niespodziewanych momentach. Hipnotyzująca do tego stopnia, że nie mam pojęcia kiedy minęło to 600 stron, a przecież czytałam je prawie tydzień. Właściwie reszty tego tygodnia też nie bardzo mogę sobie przypomnieć…

Uniwersalna historia o młodości wypełnionej poszukiwaniami wzniosłych ideałów i pogardzającej przyziemną codziennością. O bezkompromisowym dążeniu do wyidealizowanego celu. O kuszeniu losu i winie niezawinionej. O radzeniu sobie z konsekwencjami i przeżywaniu traumy. O bezrefleksyjnym podążaniu za charyzmatycznymi przywódcami i o upadaniu autorytetów. O wytrzymałości gumowych zasad moralnych, uporczywości sumienia i lęku przed karą.

Chciałam tu też napisać „zakazany romans”, ale w sumie to nie wiem, o którą relację miałoby chodzić, bo każda z nich kolejno burzy wszystkie granice. Jest tu jednak co nieco i z mitu o Helenie Trojańskiej i szczypta „Romea i Julii”. A przy tym całkiem sporo „Zbrodni i Kary”. Pomnożonej przez 6.

Pełna młodzieńczego idealizmu, szukania drogowskazów w mrokach antyku, pierwszych prób dorosłego życia.

Jest tu mnóstwo studenckich imprez, geniusz-socjopata, bogate dzieciaki, morze alkoholu i nadmiar szkodliwych używek. Są porywy serca, duże braki we wsparciu rodziny i potrzeba akceptacji. Jest szóstka oddanych sobie przyjaciół i szalony plan, który kończy się tragicznie. A tragedia to dopiero początek.

Donna Tartt, Tajemna Historia, Kraków: Wydawnictwo Znak Literanowa, 2017, 608 s.

Czas na czytanie: „Królowa Salwatora” Emma Popik

Poza jednym wyczerpującym spacerem z lokalnym przewodnikiem i kilkoma informacjami zapamiętanymi jeszcze ze studiów nie mogę się pochwalić jakąś szczególną wiedzą na temat Biskupiej Górki, chociaż był taki czas, że przejeżdżałam przez nią autobusem dwa razy dziennie.

Zarówno chęć pogłębienia wiedzy na temat tego miejsca, sama tematyka ratowania i odbudowy zabytków, jak i umiejscowienie akcji w moim kochanym Gdańsku sprawiły, że nie byłam w stanie przejść obok tej książki obojętnie.

Bardzo odpowiada mi podejście do problemu, bo jużna pierwszy rzut oka widać, że dla Emmy Popik najważniejsi są ludzie. Bez nich dzielnica byłaby jedynie pusta wydmuszką. Zarówno społeczny kontekst odbudowy i oddolna potrzeba ocalenia miejsca ważnego dla lokalnej wspólnoty są wielką siłą tej książki. Nie do końca zdefiniowana wewnętrzna potrzeba oraz towarzysząca jej niemoc mieszkańców i brak umiejętności zwerbalizowania problemu to głos, który z pewnością charakteryzuje nie tylko to miejsce. Uniwersalne wołanie o ratunek ludzi, którzy możliwości ratunku nie widzą.

To zainspirowany zbyt dynamicznymi zmianami i intensywną rozbudową terenów wokół dzielnicy. Dzielnicy tak atrakcyjnej ze względu na umiejscowienie w ścisłym centrum miasta, jak i uciążliwej poprzez przepiękne historyczne zabudowania w potwornym stanie. Zmianami budzącymi opór nie tylko niewykształconej i biednej społeczności lokalnej.

Autorka dorzuca do tego tajemniczą aurę miejscowych podań tchniętych w postać półrealnego dobrego ducha Biskupiej Górki uzyskując dzięki temu klimat romantycznej niesamowitości z malowniczymi ruinami w tle.

Książka zdaje się więc składać z samych zalet – bardzo „mój” temat, poruszenie aktualnego, „gorącego” problemu, kontekst społeczno-kulturowy, a nawet świetna okładka i zaskakująco zachęcający blurb (i to piszę ja – wielka przeciwniczka blurbów!) przemawiają na jej korzyść. Ale niestety mimo wszystko nie mogę zaliczyć tej lektury do udanych.

Nie do przeskoczenia okazał się być dla mnie specyficzny styl autorki, który wyjątkowo mi nie odpowiada. Uwznioślona forma balansująca na granicy patosu nie pozwalała mi brać opisywanych wydarzeń na poważnie. Krótkie, pourywane zdania o nienaturalnej konstrukcji, z czasownikami w dziwnych miejscach były dla mnie niesamowicie uciążliwe, a nieskończona liczba krótkich podrozdziałów szatkujących powieść na miazgę uniemożliwiały mi płynne czytanie i „wczucie się” w klimat historii.

Ciężkostrawnemu stylowi towarzyszą histeryczni bohaterowie – główna bohaterka tak szybko zmienia swoje nastawienie, że już w pierwszym rozdziale zaczęłam ją podejrzewać o zaburzenia dwubiegunowe. I chociaż ten brak zdecydowania, uleganie emocjom i problemy z occeną intencji innych ludzi czynią ją bohaterką bardzo prawdziwą, to również niezwykle męczącą. Nie lubię obcować z tego rodzaju osobami w rzeczywistości, teraz już wiem, że nie lubię również o nich czytać.

Jestem pewna, że nie każdy odbierze to w ten sam sposób. Co więcej, ten typ narracji z pewnością ma swoich fanów. Dlatego też nie chciałabym Was zniechęcić, wręcz przeciwnie! – sięgnijcie po tą pozycję podczas wizyty w księgarni i poświęćcie chwilę na przeczytanie kilku stron. Przekonajcie się sami, czy dacie się porwać Emmie Popik i jej pełnej sprzeczności opowieści o jednej z bardziej zaniedbanych dzielnic Gdańska, czy odłożycie ją na półkę przekonani, że dobry pomysł został zaduszony przez grafomański bełkot. Próbujcie, doświadczajcie i koniecznie podzielcie się wrażeniami!

Emma Popik, Królowa Salwatora, Gdańsk: Wydawnictwo Marpress, 2019, 342s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Marpress.

Czas na czytanie: PATRONAT „Między palcami a ciszą kolory jej duszy się kołyszą” Anna Lisowiec, Aleksandra Anna Sikorska

Zdarzyło Wam się kiedyś stanąć przed dziełem sztuki współczesnej i, nie będąc w stanie uchwycić całościowej koncepcji, stwierdzić „nawet dziecko tak potrafi”? Mam przyjemność przedstawić właśnie TO dziecko.

Ola ma siedem lat i postrzega świat zupełnie inaczej niż wszyscy wokół. Ze względu na autyzm dziecięcy jeszcze nie mówi – wypracowała jednak odmienny sposób komunikacji. Robi to poprzez swoją sztukę.

Duży i wygodny format A4 książki pozwala dobrze przyjrzeć się feerii kształtów, faktur i przenikaniu się barw na reprodukcjach prac małej malarki, które na pierwszy rzut oka zawsze przywodzą mi na myśl zaglądanie w zabawkowy kalejdoskop – kiedy to za każdym razem możemy dostrzec coś nowego. Każdemu obrazowi towarzyszy wiersz będący komentarzem jednej z fanek artystki – poetki – która postanowiła przedstawić twórczość Oli szerszej publiczności.

Przyznam uczciwie, że warstwa poetycka Anny Lisowiec zupełnie do mnie nie przemówiła. Możliwe, że nie jestem wspomnianą w wierszach „bratnią duszą”, ale zabrakło mi w nich jakiejś delikatności, wydały mi się zbyt natarczywe i agresywne wobec odbiorcy. Może takie było zamierzenie, a postawa zaczepno-obronna miała być punktem wyjścia całej koncepcji, ale na mnie to niestety nie działa. Mam wrażenie, że w zestawieniu z warstwą malarską (tym bardziej imponującą, bo spod ręki dziecka), poetka po prostu nie daje rady – proste, momentami infantylne utwory zupełnie nie oddają wieloznacznej głębi obrazów. Nie można jej jednak odmówić budzenia w czytelniku emocji. A przecież nikt nie powiedział, że te muszą być pozytywne.

Jednak to nie o jakość poezji się tu rozchodzi, a o jej cel – 30 wierszy Anny Lisowiec składające się na ten tomik są bardzo intymną próbą wejścia w świat małej dziewczynki, postrzegającej rzeczywistość w zupełnie odmienny sposób. Więcej! Chce ten świat pokazać innym – właśnie dzięki temu tutaj trafiamy!

Każdy z wierszy jest bowiem zainspirowany jednym z obrazów tej nadzwyczajnej malarki – to nie pierwszy raz, kiedy jedna dziedzina sztuki inspiruje drugą, ale pierwszy, kiedy doświadczam tego z tak bliska. I w pewien sposób czuję się zaszczycona, że mogę uczestniczyć w tej osobistej relacji między dwoma artystkami.

Chęć zrozumienia tego, czego zrozumieć nie sposób od samego początku zdaje się być skazana na porażkę, co jednak nikogo nie zniechęca. I za to mam ogromny szacunek do każdej osoby zaangażowanej w powstanie tej pozycji. Ta sama ciekawość jest również siłą napędzającą widza – mnogość interpretacji, jakie daje sztuka abstrakcyjna zostaje tu dodatkowo zwielokrotniona przez tajemniczą osobę młodziutkiej artystki. Przyjrzyjcie się dokładnie jej pracom, a może uda Wam się dostrzec kawałek świata jej oczami.

Anna Lisowiec, Aleksandra Anna Sikorska, Między palcami a ciszą kolory jej duszy się kołyszą, Góra 2019, 67 s.

Całkowity dochód ze sprzedaży książki zostanie przeznaczony na leczenie i terapię Oli.

Wciąż można wziąć udział w procesie wydania tej wyjątkowej książki -> O TU.

Więcej na temat książki możecie przeczytać TUTAJ, a w poszukiwaniu informacji na temat małej artystki zajrzyjcie koniecznie na BLOGA JEJ MAMY i JEJ PROFIL NA FACEBOOKU.

Czas na czytanie: „Twarz Grety di Biase” Magdalena Knedler

Co tu dużo mówić – ta książka urzekła mnie już samą dedykacją. A potem było jeszcze lepiej.

„- Dlaczego Ty chcesz pojechać do tych cholernych Włoch? Przez nią, prawda? Siedzi Ci w głowie? Zabujałeś się w obrazie?
– Nie zabujałem się w obrazie.
– Mnie też się to kiedyś zdarzyło.”

Dobiegający już czterdziestki Adam żyje w świecie ograniczonym uciążliwymi fobiami. Je tylko kilka wybranych produktów, czuje lęk przed wyjściem z domu, liczy kroki, za każdym razem kilkukrotnie upewnia się, czy aby na pewno zamknął drzwi i bardzo źle znosi najmniejsze nawet zmiany w swojej codziennej rutynie. Prowadzi niewielką galerię na wrocławskim rynku, gdzie każdego dnia układa długopisy w idealnie równym szeregu i dokładnie wyciera kurze. I gdzie raz na jakiś czas wpada jego jedyny przyjaciel – Zygmunt – obiecujący malarz i prawdziwie artystyczna dusza. Tam również trafiają dwa tajemnicze portrety równie tajemniczej włoskiej malarki. Przedstawione na obrazach, przepełnione trudno uchwytnymi emocjami oblicza tej samej modelki nie dają o sobie zapomnieć i popychają Adama do rozpoczęcia intymnej korespondencji z autorką dzieł.

Tak właśnie zaczyna się nieprawdopodobna historia internetowego romansu, która zmusza go do wyrwania się ze szponów nerwicy natręctw i podjęcia korków, na które w innych okolicznościach nigdy by się nie odważył.

„(…) boimy się samych siebie. Tego, co jest w naszych głowach. Mówisz, że w Twojej jest piekło, a ja mogę powiedzieć to samo o sobie.”

Zostawia dorobek swojego życia w rękach znajomej prostytutki oraz oddanego, choć niefrasobliwego przyjaciela i decyduje się na szaloną wyprawę, goniąc za ulotnymi wspomnieniami nieznajomej. To podróż pełna pięknych widoków, artystycznych wzruszeń, ciasnych, brudnych uliczek i smaku smażonych bakłażanów. To również wyprawa głęboko egzystencjalna, wypełniona refleksją nad procesem tworzenia, namysłem nad sztuką będącą gwarancją nieśmiertelności twórcy i nostalgią po artystach, którzy na zawsze osunęli się w mrok zapomnienia.

Zachwycające widoki i zdumiewające efekty wysiłku ludzkich rąk i wyobraźni z umęczonym Chrystusem rozciągniętym na krzyżu w tle. Przedstawienia Zbawiciela w typie krucyfiksu widlastego za każdym razem robią na mnie piorunujące wrażenie. Czasem dobrze sobie przypomnieć, że nie tylko mnie poruszają takie rzeczy jak mistyka wczesnego gotyku. Wspólnota odczuwania podnosi na duchu.

„Adam odnajdywał podobny smutek na wielu obrazach i zawsze wtedy myślał, że jeśli idzie o emocje, istnieje pewien uniwersalizm i pewna ponadczasowość. Ludzie czują tak samo, niezależnie od dekoracji i systemu obowiązujących reguł, a każdy jest bezsilny wobec śmierci, utraty, czy rezygnacji. Jego uwagę przykuło wiele par oczu wyrażających żal, wiele nieruchomych twarzy i ust niewykrzywionych przez uśmiech. Myślał w takich momentach o ogromnej mocy malarza, który nie tylko odtwarza obiekty, ale przede wszystkim je stwarza.”

Kim jest tajemnicza Greta i jakie dramaty doprowadziły ją do namalowania tak przejmujących obrazów?

DSC_1012

To opowieść o cierpieniu, niesprawiedliwości losu i niespełnionej miłości. O fascynacji, obsesji, oddaniu i pokonywaniu własnych słabości. O prawdziwej przyjaźni i uczuciu dla którego warto rzucić wszystko. O pamięci i zapomnieniu. O przemocy i krzywdzie. O nieco naiwnym idealizmie młodości i jego zderzeniu z tragedią. O genialnych twórcach naznaczonych piętnem nieszczęśliwego życia.

„Może chodzi o jedną z tych banalnych i wyświechtanych życiowych prawd, że nie ma ludzi idealnych i trzeba się nauczyć akceptować siebie nawzajem. Bo lepiej już nie będzie, a teraz i tak nie jest źle. Bo razem jest zawsze trochę łatwiej.”

I może przede wszystkim o miłości do sztuki. Dopóki są na tym świecie ludzie przykładający tak dużą wagę do twórczości artystycznej, dopóty jest jeszcze dla nas nadzieja.

„Na tym chyba polegała sztuka – na odnalezieniu własnej drogi lub przynajmniej na jej szukaniu. Może nawet błądzeniu.”

Po raz kolejny jestem pod wrażeniem solidnego przygotowania Magdaleny Knedler do stworzenia tej historii. Pisze o rzeczach, na których się zna, o miejscach, w których była osobiście i emocjach, jakie sama odczuwała. I ten autentyzm naprawdę czuć podczas lektury.  A o poziomie literackim autorki najlepiej świadczy fakt, że tekst przed korektą właściwie nie potrzebuje korekty. Jej lekkość słowa i poważne tematy podszyte nutką humoru osiadają niczym przysłowiowa wisienka na zawijasie z bitej śmietany.

Książka, która wciąga i nie chce puścić. Ale warto zarwać dla niej noc, bo jest jeszcze lepsza, niż „Dziewczyna z daleka”.

„Mógłbyś znaleźć osobę, która przynajmniej trochę zna temat. No nie wiem, choćby jakiegoś studenta historii sztuki. Wszyscy szukają pracy, a humanistów nikt nigdzie nie chce…”

Magdalena Knedler, Twarz Grety di Biase, Gdynia: Wydawnictwo Novae Res, 2018, 396 s.
(data premiery 9.05.2018)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Novae Res.

Czas na czytanie: „Sąd ostateczny” Anna Klejzerowicz

„Morze ognia falowało w ciemnościach nocy.”

Czasami pierwsze zdanie wystarczy, by wyrobić sobie opinię o książce. Niestety w tym przypadku dokładnie oddaje charakter całego utworu.

 

 

Sam pomysł na powieść bardzo mi się spodobał i od razu wzbudził skojarzenia z serialem „Castle”, gdzie morderca, pozując swoje ofiary, inspirował się scenami z kryminałów poczytnego pisarza. A kiedy nieuchwytny zbrodniarz układa ciała brutalnie zamordowanych wzorując się postaciami potępionych z Sądu Ostatecznego Memlinga, może być tylko ciekawiej – dlatego mimo nie do końca pozytywnego pierwszego wrażenia podeszłam do tej książki z wielką dawką entuzjazmu.

Jednak toporny styl autorki, męczący główny bohater i mnogość błędów logicznych odebrały historii sporo czaru.

Emil Żądło podążając (chyba) za marzeniami rezygnuje z posady w policji na rzecz kariery dziennikarskiej. Tym samym traci żonę, syna i źródło utrzymania, bo choć (podobno) reporterem jest dobrym i cieszy się „wyrobioną marką”, to od dłuższego czasu nie ma pracy. Co z kolei wpędza go w depresję, nędzę i pierwsze symptomy choroby alkoholowej.

Z marazmu wyciąga go dopiero tajemnicze morderstwo znajomej, tuż po ich spotkaniu po latach.

I mogłoby się wydawać, że jest to dobry materiał na kultowego bohatera (na podobnej zasadzie Rowling wykreowała Cormorana Strike’a), gdyby nie to, że Emilowi brakuje pewnej… lotności umysłu i smykałki do kojarzenia faktów, cechującej poczytnego detektywa. Pojawiają się co prawda trafne przeczucia, ale jego zdolność do ignorowania ostrzeżeń i porywania się do akcji bez chwili pomyślunku są porażające.

Co tu dużo mówić, to egoista i użalający się nad sobą mizantrop, który stale gubi się w zeznaniach – w jednej chwili narzeka, że zła żona ogranicza mu kontakty z ukochanym synkiem, a kilka stron później oświadcza, że jak dla niego koniec świata może nadejść i dziś, bo na niczym mu nie zależy. Cóż moim zdaniem Armagedon to raczej kiepski prezent dla malucha, ale co ja tam wiem.

Nie ogarnia własnego życia, jest nie przedsiębiorczy i nie myśli o przyszłości. Jest głodny, więc za ostatnie pieniądze kupuje ciastko i kawę w kawiarni. Najtańsza kawa to koszt około 7 zł, a za tyle można ugotować całkiem sycący obiad (ale co ja tam wiem). Ciastka i kanapek na bułkach z Biedronki nie będę nawet porównywać. Alimentów nie płaci, bo nie ma za co, ale na piwo i papierosy jakoś się fundusze znajdują. Mimo szczerych wysiłków nie potrafię obdarzyć sympatią takiego bohatera.

Podobną fuszerkę odstawia „prowadząc śledztwo”. Ważne dla fabuły objawienie nachodzi go na widok „witraża” z reprodukcją Sądu Ostatecznego, który od 2006 do 2011 roku wypełniał jedno z okien Dworca Głównego w Gdańsku. Wobec tego nasz detektyw „dokładnie mu się przygląda”, a nawet robi zdjęcia i dostrzega szczegóły. Nie bardzo rozumiem dlaczego marnuje tyle energii i ekscytacji na analizę repliki wydrukowanej na przezroczystej folii i umieszczonej dobrych kilkadziesiąt metrów nad ziemią zamiast przejść się kawałek (ewentualnie przejechać dwa przystanki tramwajem) i poświęcić swoją uwagę oryginałowi, do którego można podejść na odległość kilku centymetrów. Okazuje się, Emil- Gdańszczanin nie ma pojęcia gdzie ów oryginał się znajduje (nie, żeby na reprodukcji wisiała tabliczka z wymownym napisem „Muzeum Narodowe w Gdańsku”. Najwidoczniej podczas swoich gruntownych oględzin obrazu jej obecność jakoś mu umknęła, podobnie jak autorce…), więc zanim wreszcie trafia do muzeum zaspokaja swoją ciekawość fragmentami z kupionej na szybko broszurki (siedząc w kawiarni kilka metrów od Biblioteki Gdańskiej oferującej większość literatury na temat tryptyku) i bardzo kiepskiej jakości kopią z Bazyliki Mariackiej. Nie mogę się też nadziwić, że szukając informacji żaden z bohaterów nie sięga po Wikipedię, co na pewno bardzo usprawniłoby śledztwo. Swoją drogą zjawisko internetu pojawia się dopiero na 105 stronie, a wcześniej jako źródła informacji używa się książek telefonicznych (sic!). Uprzedzając argumenty o kiepskiej sytuacji finansowej głównego bohatera informuję szanownego pana Emila, że zarówno dworzec pkp, jak i Literacka oferują darmowe wi-fi, a biblioteka również dostęp do komputera. [edit: Faktycznie, pod koniec 2006 roku dostęp do internetu nie był tak powszechny jak dziś, choć można było z niego skorzystać na przykład w bibliotece. Ale, jako że książka została wydana w 2014 roku, przyjęłam za czas akcji mniej więcej lata 2010-2011. Być może w tym tkwi mój błąd.] Ale nasz ekspolicjant i samozwańczy śledczy zgrabnie omija wszystkie łatwo dostępne źródła informacji o obrazie… Z biblioteką przeprasza się dwa dni później (zaraz po przypomnieniu sobie o dobrodziejstwie internetu), tuż po zakupieniu pięknego (i drogiego) albumu na temat obrazu w księgarni. Pisałam już o przedsiębiorczości i priorytetach bohatera?

Autorka podaje w tekście tytuł bardzo dobrego opracowania na temat obrazu i sama przytaczana przez nią historia tryptyku, choć bardzo skrótowa i opowiedziana raczej w sposób „przewodnikowy”, niż porywający, nie budzi zastrzeżeń. Główny bohater podchodzi do dzieła sztuki w sposobu bardzo emocjonalny i może właśnie przez skupienie się na sferze wrażeń zdarzają się błędy w szczegółach – między innymi pisarka myli ołtarzyk z relikwiarzem (sic!), a Rogiera van der Weyden przechrzciła na angielsko brzmiącego Rogera.

Ale najbardziej zabolał mnie absurd wyjątkowo dramatycznej, kulminacyjnej sceny spotkania z mordercą. Poszukiwany zbrodniarz spotyka się z główną bohaterką w jej pracowni konserwatorskiej po godzinach zamknięcia muzeum, gdzie wchodzi podając się za przedstawiciela firmy produkującej odczynniki, czy inną chemię. Po czym ganiają się po całym muzeum, od części administracyjnej, do ekspozycyjnej, od sali do sali, od rzeźby do obrazu.

Szkoda tylko, że autorka zupełnie pomija wszystkie procedury bezpieczeństwa panujące w tego rodzaju instytucjach. Interesant przychodzący do muzeum poza godzinami jego otwarcia wchodzi wejściem administracyjnym, gdzie ochrona, po konsultacji z pracownikiem, z którym był wcześnie umówiony, wystawia mu przepustkę na podstawie dowodu osobistego. Następnie interesant jest z tego miejsca odbierany przez owego pracownika – nie ma takiej opcji, że osoba nie zatrudniona w instytucji swobodnie porusza się po jej korytarzach po zamknięciu. Drugim dużym zgrzytem jest domniemana pogoń, w której autorka zupełnie ignoruje istnienie wielkiej metalowej kraty oddzielającej część ekspozycyjną i administracyjną muzeum oraz fakt zamykania i pieczętowania każdego pomieszczenia ekspozycyjnego każdego wieczora. W powieści Anny Klejzerowicz drzwi, kraty i rolety nie istnieją… Za to w sklepie z pamiątkami można kupić relikwie Archanioła Michała.

Jasne – mam do czynienia z fikcją literacką. Ale jednak kiedy owa fikcja dzieje się w realnej przestrzeni wymagam od autora zachowania jak największego autentyzmu. Bez tego nie ma szans na „wczucie się” w powieść i, co za tym idzie, nie ma dobrej powieści. A w tym przypadku najwyraźniej po prostu odpuszczono wywiad środowiskowy, choć sam bohater historii o niego zadbał. I owszem, w tym przypadku może dopadła mnie słynna „klątwa wiedzy”, ale to naprawdę nie są trudno dostępne informacje. Wystarczy trochę zainteresowania i jedna wizyta w muzeum.

Jeśli zaś chodzi o styl autorki, szczególnie męczyły mnie momenty krótkich, bełkotliwych zdań i wyjątkowo patetyczne, górnolotne wtrącenia. Nie bardzo rozumiem sens tych zabiegów.

„Światło gubiło się gdzieś pośród potężnych sklepień i kolumn, podobnie jak echo kroków Emila. A kolor to w końcu światło. Światło przyjazne człowiekowi. Gra świateł. Bez światła barwy przecież gasną.”

„To bardzo piękny obraz. Podobno czyni cuda. On sam jest cudem, ale to nikogo nie obchodzi! Mnie tam już nic nie zdziwi.”

„Dopóki facet bawi się z nami w kotka i myszkę, ona jest bezpieczna. Tak czuję. To jest jego gra. Dlatego telefonował. Rajcuje go to. Poza tym będę chronił Martę. Czekaj, musze do niej zadzwonić!”

„Odpuścić nie zamierza. Dorwie sukinsyna. Choćby nawet miał postradać przy tym własne życie. Ono nie jest w końcu aż tak wiele warte.”

I tak co kilka stron…

Podsumowując: sam pomysł bardzo mi się podoba – zarówno na zbrodnię, jak i na sylwetkę samego mordercy – jego motyw, historię i chorobę. Podobnie jak umiejscowienie akcji na ulicach Gdańska. Główny bohater niestety nie przypadł mi do gustu – miałam wrażenie, że wciąż wyprzedzam go o krok, a w przypadku powieści detektywistycznej chyba powinno być dokładnie odwrotnie? Irytujące zabiegi językowe mogłyby zostać wygładzone na etapie korekty, ale samej korekty chyba nie było, co tłumaczy również niewyłapane drobne błędy rzeczowe. Ale brak dbałości o realizm istotnych szczegółów zabija potencjał książki. Strasznie szkoda.

Anna Klejzerowicz, Sąd Ostateczny, Zakrzewo: Wydawnictwo Replika, 2014, 316 s.

Książkę dostałam podczas spotkania „A może nad morze? Z książką!”, serdecznie dziękuję organizatorom imprezy i sponsorom za możliwość lektury i zrecenzowania tej pozycji.

Czas na czytanie: „Architektura jest najważniejsza. Rozmowy drugie” red. Ewa Mańkowska-Grin

„Powstaje tak mało realizacji, które dają satysfakcję estetyczną i jednocześnie komfort życiowy.”

„Rozmowy drugie”, czyli cykl wywiadów Ewy Mańkowskiej-Grin z historykami sztuki i krytykami architektury to moje drugie spotkanie z serią Architektura jest najważniejsza. Cykl książek skupionych wokół problemów nowoczesnej i współczesnej architektury zaczęłam od tomu „Architektki” i po tej lekturze od razu sięgnęłam po „Rozmowy drugie” pomijając pierwszą część wywiadów. Zatem już na samym początku pozbawiłam architektów (bo to oni byli partnerami rozmów w pierwszym tomie) prawa głosu oraz wyjaśnienia i umotywowania sytuacji urbanistycznej w Polsce, wolałam jednak zacząć od zapoznania się z poglądami strony, które (jak sądzę)  będą bliższe moim własnym opiniom.

„… architektura (…) to kreacja wyższego rzędu, w którą musi być wcielona pewna idea.”

Osiem rozmów przeprowadzonych przez Ewę Mańkowską-Grin z autorytetami zajmującymi się pisaniem o architekturze – Martą Leśniakowską, Małgorzatą Omilanowską, Martą A. Urbańską, Grzegorzem Piątkiam, Jackiem Purchlą, Romanem Rutkowskim, Kubą Snopkiem i Andrzejem Szczerskim – ma na celu zdiagnozowanie stanu urbanistycznego współczesnej Polski i określenie przyczyn wszechobecnego chaosu w projektowaniu przestrzeni i degeneracji krajobrazu.

„Zanikły wszelkie idee, które rządziły architekturą od antyku po modernizm.”

Z rozmów tych wynurza się ponury obraz architektury polskich miast jako bezwładnych i chaotycznie „rozlewających się” na przedmieścia, pozbawionych dobrego planowania i myślenia przyszłościowego, gdyż decydującym kryterium podejmowanych decyzji jest cena, nie zaś dbałość o komfort i potrzeby mieszkańców.

„… świat wartości przegrywa (…) ze światem pogoni za doraźnym zyskiem, a rola urbanisty podlega radykalnej marginalizacji…”

„Dzisiaj kształtowanie przestrzeni oparte jest głównie na biznesplanie i kalkulacji zysków z każdego metra kwadratowego sprzedanej powierzchni mieszkaniowej.”

Gdzie zunifikowana architektura stała się elementem kultury masowej, a urbanistyka jako wiedza o potrzebach społecznych jest nauką na wymarciu. Będących polem folgowania niesłabnącej potrzebie indywidualizacji jednostek nie gotowych na ograniczenie ich wolności poprzez regulacje prawne narzucające określone standardy. Jednostek nie posiadających wykształconego zmysłu estetycznego, skłonnych do ulegania kiczowatym, krzykliwym modom.

„… ludzie budują w taki sposób, jakby się ścigali z sąsiadami na absurdalne pomysły.”

Polska rozwija się dynamicznie, ale bezmyślnie, w odmętach bezsensownych i przestarzałych przepisów. Umierają historyczne centa miast, przy jednoczesnym rozszerzaniu się suburbiów i niedostatecznej rozbudowie transportu publicznego, co doprowadza do wielokilometrowych korków w godzinach szczytu i wiecznych niedogodności związanych z parkowaniem niekończących się ilości samochodów.

„Komfort życia upada, ograniczony przez nieprzemyślane planowanie.”

 Tym, co podobało mi się szczególnie podczas lektury, jest przemyślany wybór rozmówców zapewniający interdyscyplinarność prowadzonych dyskusji. Choć zadawane pytania oscylują wokół tych samych tematów i są bardzo podobne, każdy z wywiadów kładzie nacisk na inne aspekty problemu – jednych badaczy bardziej interesuje podejście historyczne, drugich trudności o charakterze politycznym i legislacyjnym, jeszcze innych kwestie natury technicznej i społecznej. Małgorzata Omilanowska i Andrzej Szczerski podkreślają dotkliwy brak instytucji państwowej zajmującej się architekturą i urbanistyką, będącej organem eksperckim, doradczym i opiniotwórczym, do którego można by się odwołać i który zajmowałby się weryfikacją powstających koncepcji – postulują powstanie narodowego instytutu architektury mającego realny wpływ na realizowane projekty. Kuba Snopek skupia się natomiast przede wszystkim na socjologicznej koncepcji „ochrony zabytków rozumianej jako ochrona substancji” – nie postuluje otoczenia opieką budowli samych w sobie, a ochronę relacji społecznych, kultury i historii ich mieszkańców, specyficznej atmosfery, traktowanie mitu miejsca i ludzi jako zabytku. I choć kierunki, w których podążają poszczególne rozmowy bywają kompletnie różne, wynikają z nich te same wnioski i diagnozy – brak spójności i lokalnego charakteru powstających współcześnie realizacji, problem przedmieść poszerzających się bez ładu i pomyślunku, słabość państwa i brak odpowiednich regulacji prawnych pozwalających stanowić kontrolę bezwładem rozwoju urbanistycznego oraz potrzebę edukacji artystycznej i estetycznej w Polsce.

To książka, która pozwala zrozumieć wieloaspektowość sytuacji, w jakiej znalazła się Polska pod względem rozwoju architektoniczno-wizualnego. Pomaga nazwać i określić to, co coraz większa część obywateli zaczyna dostrzegać wokół siebie – kraj będący w głębokim kryzysie planowania przestrzennego po przerwaniu ciągłości planistycznej, rozpaczliwie potrzebujący uproszczenia legislacyjnego i wartościowej edukacji. Chaos, który zaczyna przeszkadzać coraz większej części społeczeństwa.

„Miasto to przecież zwierciadło cywilizacji.”

Architektura jest najważniejsza. Rozmowy Drugie, red. Ewa Mańkowska-Grin, Kraków: Wydawnictwo EMG, 2017, 132 s.

Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości portalu sztukater.pl.