Czas na czytanie: „Pustka. Tom 2” Silencio

Fakt, że na większości książek Silencio powinna być informacja „Jeśli szukasz szczęśliwych zakończeń, to szukaj ich gdzie indziej” nie jest dla mnie niczym zaskakującym, wręcz przeciwnie. Zaskakujące natomiast okazało się to, jak bardzo właściwe i adekwatne zakończenie otrzymała „Pustka” oraz że można złamać czytelnikowi serce i usatysfakcjonować go jednocześnie.

Na drugi tom przyszło nam kilka lat poczekać, dlatego jeśli czytaliście „Pustkę” już jakiś czas temu, to polecam zrobić sobie powtórkę przed sięgnięciem po drugi tom, jest on bowiem bezpośrednią kontynuacją pierwszego. Bez chwili rozgrzewki wskakujemy w rozdział XIII i od razu musimy się orientować w akcji, nie ma miejsca na przypomnienia w stylu „w poprzednim odcinku”, żadnej taryfy ulgowej. Jesteśmy w końcu w Metrolicie. I nie zwalniamy ani na chwilę.

Próby odgadnięcia tożsamości nieuchwytnego Vaina nie posuwają się do przodu ani odrobinę, Wydział do Spraw Seryjnych Zabójców jest w rozsypce, a Departament Orłów zdaje się robić wszystko, by uprzykrzyć a wręcz udaremnić śledczym pracę. Tymczasem makabryczne morderstwa nie ustają a pozbawiona hamulców gra czerwonowłosego następcy Voida z każdą zbrodnią staje się bardziej personalna.

Sprawa okazuje się być znacznie bardziej skomplikowana, niż mogłoby się to wydawać na pierwszy rzut oka. Poszukiwanie mordercy staje się nie tylko pościgiem za niebezpiecznym szaleńcem i jego pomocnikami, ale walką z samymi podwalinami funkcjonowania miasta. Niezbędne stanie się stawienie czoła nietykalnym elitom przy jednoczesnej niechęci właściwie całego społeczeństwa. W końcu zbrodnia to przede wszystkim sprawa medialna. Bez poparcia, bez środków, z coraz mniejszą nadzieją na sukces. Czy mordercę o właściwie nieograniczonym wpływie na rzeczywistość, mogącego kryć się za właściwie każdą twarzą i cieszącego się niewątpliwymi koneksjami w ogóle można pojmać?

Tym razem, podczas niezbędnego dla śledztwa grzebania w przeszłości, dowiemy się więcej o historii samego Metrolitu i zasadach działania miasta zdającego się być olbrzymią cybernetyczną maszyną i stającego się tu właściwie jednym z ważniejszych bohaterów. To będzie też wędrówka w głąb psychiki (niejednego) zbrodniarza w poszukiwaniu motywów działania i wydarzeń, które go ukształtowały. A także test dla emocji – zarówno bohaterów, jak i czytelnika – w poszukiwaniu mściwości, litości, współczucia czy potrzeby sprawiedliwości.

Czy nieustanny kontakt z pewnym zgorzkniałym śledczym będzie w stanie sprawić, że wiecznie znudzony, pozbawiony uczuć psychopata wreszcie będzie w stanie cokolwiek poczuć? Czy czytelnik będzie w stanie poczuć cokolwiek poza wstrętem i niepokojem?

Przekonajcie się sami!

Mocna, trzymająca w napięciu wędrówka w dysopijny świat postępu, korupcji i zbrodni, w którym wciąż jednak żyją jednostki poszukujące sprawiedliwości. Gotham i Sin City mogą się uczyć od Metrolitu.

Silencio, Pustka. Tom 2, 2022, 530 s.

Czas na czytanie: „Efekt pandy” Marta Kisiel

Z Tereską Trawną to jest w sumie tak, jak z pewnym specyficznym rodzajem przyjaciółki – bawicie się ze sobą świetnie ale spokojnie możecie nie się widzieć przez dłuższy okres czasu bez wielkiej tęsknoty i sercowych rozterek. A kiedy już spotkacie się ponownie i znów jest genialnie czas nie możecie dojść do tego, dlaczego właściwie nie widujecie się częściej. Więcej takich spotkań, poproszę!

Po wybitnie stresujących wydarzeniach związanych z joggingiem, morderstwem i dywanem Teresa daje się namówić na tydzień relaksu w luksusowym górskim ośrodku spa. W końcu odpoczynek to coś, co zdecydowanie jej się należy. Nawet, jeśli zaprasza ją na ten wypad nie kto inny, jak własna matka rodzona, niezbyt często widywana i posługująca się trzema językami jednocześnie. Nawet jeśli na babski relaksujący wypad ostatecznie wybierają się w zestawie matka, córka, babka, teściowa i pies (w końcu psica też równa babeczka!). Co może pójść nie tak?

Czy to klątwa, czy raczej paranoja, że zbrodnia depcze Trawnym po piętach? Czy mieszkający po sąsiedzku buc z włosami na żel to zwykły szowinistyczny bubek, czy może zbrodzień zdolny do morderstwa? Choć nie da się ukryć, że jak niewinna osoba się bynajmniej nie zachowuje i z pewnością knuje coś nielegalnego.

O tym, że trio Teresa-Mira-Zoja w tropieniu złoczyńców ma już i doświadczenie i sukcesy nie trzeba nikomu tłumaczyć. Czy jednak uda im się ukryć swoje podejrzenia przed nieświadomą niczego mamą Teresy – dystyngowaną starszą panią o jasno sprecyzowanych oczekiwaniach wobec świata?

Szykuje się kolejna świetna przygoda – pełna girl power, podejrzanych nocnych przechadzek po lesie, ekskluzywnych zabiegów, zapomnianych cmentarzy, międzypokoleniowych niesnasek i porozumień, głęboko skrywanych uraz z przeszłości, wpadek z laktozą w roli głównej, instynktu macierzyńskiego, ciosów prosto w szczękę, buzującego temperamentu Tereski i księgowania na żywo.

Tak samo dobra, jak pierwsza część (nie spodziewałam się, że to w ogóle możliwe!). Idealna lektura, jeśli przypadkiem planujecie wypad do górskiego resortu, choć i pod kocykiem z gorącą czekoladą zwieńczoną górką bitej śmietany też świetnie się sprawdzi.

Marta Kisiel, Efekt pandy, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B., 2021, 352 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.

Czas na czytanie: „Nie moja matka” Miranda Smith

Uwaga uwaga, dziś będzie o książce, która okazała się bardzo pozytywnym zaskoczeniem!

Kiedy Marion świętuje z najbliższymi pierwsze urodziny córeczki, zupełnie niespodziewane wydarzenie wyjęte żywcem z jednego z tandetnych filmów sensacyjnych sprawia, że jej świat się wali, a ona sama zaczyna kwestionować wszystko, w co kiedykolwiek wierzyła.

Czy to możliwe, że jedyna osoba, jaką ma na świecie nigdy nie była z nią szczera? Czy jej mama – przyjaciółka i podpora – była w przeszłości zdolna do popełnienia straszliwych zbrodni? I okłamywała ją przez całe życie podając się za kogoś zupełnie innego?

„Nie moja matka” to jedna z tych fabuł, w których na samym początku otrzymujemy nie tylko zbrodnię, ale również jej sprawcę, a następnie przez całą książkę, wraz z bohaterami, staramy się dojść do tego, dlaczego do tego wszystkiego doszło, kto tak naprawdę jest ofiarą, a kto sprawcą.

Skonfrontowana z kłamstwami matki, pozostawiona ze strasznymi podejrzeniami Marion nie może uwierzyć w zapewnienia policji. Zarzuty wydają się jej absurdalne, ale jednocześnie wszystko to zaczyna w przerażający sposób pasować do wszystkich niedomówień i dziwnych sytuacji, które pamięta z dzieciństwa, składając się w pokręconą, ale logiczną całość.

Komu ma wierzyć, skoro najbliższa jej osoba może wcale nią nie być, a otaczający ją przyjaciele ukrywają przed nią prawdę? Jedyne, czego pragnie, to chronić własną córkę przed każdym zagrożeniem, jakie szykuje im los i dowiedzieć się co tak naprawdę się wydarzyło, kiedy sama była zaledwie niemowlęciem.

Bardzo podbiał mi się sposób budowania klimatu. To nie jest jeden z tych thrillerów, w których krew leje się litrami i psychopatyczni mordercy biegają po ulicach, mamy tu raczej do czynienia z przesyconymi emocjami wspomnieniami z trudnego dzieciństwa (zarówno głównej bohaterki, jak i jej matki, bo akcja toczy się dwutorowo), koniecznością kompletnej zmiany myślenia o całym swoim życiu i związaną z tym utratą poczucia bezpieczeństwa. Przyznam, że to dość mocno na mnie podziałało, bo mimo, że akcja jest raczej spokojna, to jednak cały czas coś się dzieje – mimochodem – niby niegroźnego i pozbawionego znaczenia, a mającego ogromny wpływ na losy bohaterów. Na jaw wychodzą nowe fakty a na pierwszy plan wysuwa się dojmujące poczucie niepewności i osamotnienia. Zarówno wobec skomplikowanej sytuacji rodzinnej, jak i nowej wiedzy, z którą bohaterka musi się zmierzyć. A wszystko to kontrastuje z sielskim klimatem niewielkiej nadmorskiej miejscowości, pełnym prezentów i baloników przyjęciem urodzinowym malucha, spacerami po plaży z wózkiem z niemowlakiem i morską bryzą we włosach.

Wielowarstwowa intryga, mnóstwo emocji, najtrudniejsze życiowe wybory, nieoczekiwane zwroty akcji i zaskakujące zakończenie, demony przeszłości i dojmujące poczucie niepokoju oraz dobrze przygotowany portret psychologiczny sprawcy jako wisienka na torcie.

Bardzo satysfakcjonujące lektura.

Miranda Smith, Nie moja matka, Poznań: Wydawnictwo FILIA, 2021, 352 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Filia.

Czas na czytanie: „Boginie” Alex Michaelides

W przeciwieństwie do debiutu autora, który był przede wszystkim thrillerem psychologicznym, jego druga książka mocno miesza ten gatunek z kryminałem, skłaniając się jednak bardziej ku temu drugiemu.

Mariana jest młodą psychoterapeutką grupową, która nie potrafi pogodzić się z pustką po utracie męża. Kiedy przyjaciółka jej ukochanej siostrzenicy zostaje brutalnie zamordowana, Mariana obsesyjnie angażuje się w śledztwo dążąc do ujęcia i ukarania wykładowcy, o którego winie jest absolutnie przekonana. Tymczasem giną kolejne studentki, członkinie tajemniczego, elitarnego bractwa.

Podobało mi się przedstawienie miejsca akcji, uczelniany klimat starych murów i ciężaru historii, chociaż sama koncepcja tajemnego studenckiego stowarzyszenia dla wybranych, która bardzo mnie zachęciła do lektury została moim zdaniem potraktowana bardzo powierzchownie i „po macoszemu”, a szkoda. Drugim ciekawym motywem było wykorzystanie mitologii i motywów z greckich tragedii jako teatralnej oprawy dla popełnianych zbrodni. Cała ta rytualizacja i fascynacja antykiem przywodziła mi nieco na myśl „Tajemną historię”, choć w tym przypadku została przedstawiona w znacznie mniej mroczny i hipnotyzujący sposób. I tego też trochę mi żal.  

Przez całą książkę Michelides podsuwa nam potencjalnych podejrzanych (poza samym charyzmatycznym, mrocznym wykładowcą) i poszlaki, mogące wskazywać na ich winę, przez co w pewnym momencie miałam aż przesyt mężczyzn kręcących się wokół właściwie nijakiej głównej bohaterki. Niemniej jednak jest się nad czym zastanawiać i kogo podejrzewać. Pojawi się również nawiązanie do „Pacjentki”, bo obie fabuły w niewielkim stopniu się ze sobą splatają.

Z jednej strony takie poszukiwanie sprawcy całkiem mi odpowiadało, chociaż sama bohaterka była raczej męcząca. Niestety wydaje mi się jednak, że przy całym tym skupieniu na generowaniu kolejnych podejrzanych, zabrakło dbałości o realizm, przez co niestety całość wypada dość naiwnie – m.in. obca osoba (nawet, jeśli była studentka) zamieszkuje na uczelni od tak, zaczepia studentów, kręci się po kampusie, kłamie, że działa na zlecenie dziekana i nikt jakoś nie ma z tym problemu. Dziekan też nie reaguje w żaden sposób.

W moim odczuciu wątki związane z domorosłym śledztwem bohaterki trochę za bardzo dominują nad sylwetką złoczyńcy, którego to portret psychologiczny mógłby być bardziej dopracowany. Podobnie brakowało mi nieco pogłębienia psychologicznego samej Mariany i jej siostrzenicy Zoe.

„Pacjentka” miała w sobie element zaskoczenia, który dodawał książce „efektu wow” i stał się jej wyróżnikiem w morzu książek o podobnej tematyce. I chociaż „Boginie” również ofiarują nam plot twist, w tym przypadku już się go jednak trochę spodziewamy i gorączkowo wyczekujemy tego obrotu fabuły o 180 stopni. Czego skutkiem jest zupełny brak zaskoczenia, kiedy ten już nastąpi. Dla mnie okazał się też trochę rozczarowujący, bo udało mi się zdemaskować sprawcę wcześniej, niż zaplanował to autor. Co z drugiej strony zawsze daje czytelnikowi pewną satysfakcję.

Jest pewien rodzaj książki, który lubię określać mianem „idealnej na podróż”, chociaż oczywiście świetnie sprawdzi się również w innych sytuacjach wymagających pewnej podzielności uwagi i częstego przerywania lektury, np. w kolejce do lekarza. I „Boginie” jest jego idealnym przykładem – składa się z króciutkich rozdziałów (czasem nawet dwustronicowych), jest przedstawiona właściwie całkowicie z punktu widzenia jednego bohatera, nie wymaga ciągłego nadążania za fabułą (która też nie jest szczególnie dynamiczna), została napisana prostym językiem i nie trzeba zapamiętywać dużej ilości szczegółów. Przeczytałam ją włócząc się po kawiarniach i wiercąc w poczekalni dla rodziców w oczekiwaniu aż córka skończy swoje rozmaite balety zajęcia plastyczne w Pałacu Młodzieży.

Nie czyta się jej z zapartym tchem, nie jest wolna od niedociągnięć i rozwiązanie zagadki nie jest tak zaskakujące jak w przypadku pierwszej książki autora, niemniej jednak okazała się przyjemną rozrywką na czas oczekiwania.

Polecam jako lekkie czytadło pochłaniane niejako „mimochodem” i radzę nie nastawiać się na poruszający thriller, od którego nie sposób się oderwać i który nie da o sobie zapomnieć. Takie nastawienie wydaje mi się być gwarantem satysfakcji z lektury.

Alex Michaelides, Boginie, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B, 2021, 368 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.

Czas na czytanie: „Druga szansa” Katarzyna Berenika Miszczuk

Julia budzi się po wypadku w dość niestandardowym ośrodku psychiatrycznym. Nie pamięta niczego ze swojego życia ani pożaru, w którym podobno zginęła cała jej rodzina. Mimo obietnic personelu utracone wspomnienia nie powracają, pojawiają się natomiast upiorne wizje i nawołujące ją głosy rodem z horrorów. Czy oniryczna, coraz bardziej koszmarna rzeczywistość to efekt halucynogennych leków, urazu głowy, postępującej choroby psychicznej, a może podejrzana terapeutka nie mówi Julii całej prawdy? Jak to możliwe, że w ośrodku zaczynają dziać się coraz bardziej niepokojące rzeczy, a poznany w nim chłopak wydaje się dzielić omamy bohaterki?

Nie potrafię określić w czym dokładnie leży problem tej książki – może brakowało mi bardziej plastycznych opisów, może kompletny brak sympatii do głównej bohaterki nie pozwalał mi uczestniczyć w jej rozchwianych emocjach i poczuciu zagubienia, a może sposób prowadzenia narracji był zbyt leniwy i mało emocjonujący – ale przez większą część lektury ta historia zupełnie mnie nie porwała. Brakowało mi tego dreszczyku nie pozwalającego odłożyć książki ani na moment i każącego siedzieć jak na szpilkach, bo „co będzie dalej, co będzie dalej”, wręcz przeciwnie – kolejne naiwne podejrzenia i posunięcia bohaterki budziły we mnie raczej zniechęcenie, niż chęć poznania dalszego ciągu. Z drugiej strony pogłębiające się wizje sprawiały raczej groteskowe, niż straszne wrażenie.

Drażniło mnie oderwanie książkowych realiów od rzeczywistości – niestety nie w formie prześladującego czytelnika przeczucia „dzieje się tutaj coś dziwnego, zaraz z szafy wyskoczy jakiś szkielet”, a raczej w formie ignorowania podstawowych zasad. Na przykład pozostawianie przyjmowania psychotropów w gestii pacjenta (wyobrażacie sobie zostawienie pacjentowi całej fiolki leków? Nie tylko niezrównoważonemu psychicznie, ale jakiemukolwiek? Przecież w szpitalach nawet paracetamol i czopki glicerynowe wydają pojedynczo i pod kontrolą lekarza!), psychiatrę zwracającego się do pacjentki słowami „Co ty bredzisz?” czy mocno zaburzonych pacjentów poruszających się po terenie ośrodka bez żadnej kontroli. Terenie zalesionym i z jeziorem pośrodku.

Niemniej jednak samo zakończenie, choć dla mnie bez „efektu wow”, okazało się całkiem ciekawa koncepcją – zarówno pod względem wytłumaczenia stanów psychicznych bohaterki, jak i niepozbawionej fantastycznej niesamowitości historii ośrodka – i to ono niewątpliwie ratuje całą książkę.

Największym plusem, poza rozwiązaniem zagadki, była postać Edytki – autystycznej córki właściciela ośrodka, której niepokojące zachowanie robiło zdecydowanie większe wrażenie niż wszystkie ośrodkowe koszmary. Moim zdaniem to jedyna dobrze wykreowana postać tej książki.

Największym minusem natomiast okazał się płaski, wymuszony wątek romantyczny, przypominający bardziej napastowanie (raz z jednej, raz z drugiej strony), niż relację opartą na emocjach i wspólnych doświadczeniach.

Podsumowując – pomysł dobry, wykonanie takie sobie. Trochę thriller psychologiczny, trochę horror, a jednak nie wzbudził we mnie szczególnych emocji.

Niemniej jednak bardzo chętnie obejrzę serial inspirowany powieścią. Wydaje mi się, że dobrze przygotowana warstwa wizualna może poprawić niedociągnięcia książki i faktycznie zmienić groteskowe w straszne i nudnawe w intrygujące. Wiążę z nim spore nadzieje!

Katarzyna Berenika Miszczuk, Druga szansa, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2021, 336 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Bezgwiezdne morze” Erin Morgenstern

Książka, która zachwyciła mnie od pierwszych stron, znużyła w połowie i udobruchała zakończeniem.

„Bądź dzielna (…). Bądź odważna. Nie bój się głośno mówić. Nigdy się nie zmieniaj, chyba że dla samej siebie (…). Nie trać czasu na nikogo, kto ci nie wierzy, kiedy mówisz, co czujesz”.

Cudownie napisana, od pierwszych zdań obiecuje wyjątkową przygodę i, co jeszcze ważniejsze, spełnia tą obietnicę.

Zachary Ezra Rawlins jest synem wróżbiarki, trochę odludkiem, fanem wymyślnych drinków, studentem „gier komputerowych” i zapalonym bywalcem biblioteki. Aż do dnia, w którym dowiaduje się, że jest także bohaterem niebanalnej opowieści. Tym bardziej niesamowitej, że dziejącej się naprawdę. O ile tylko zdecyduje się wziąć w niej udział.

„(…) jest wyznawcą słuchania z zapartym tchem opowieści, ekstazy z dzwonieniem w uszach na przeciągających się do późna koncertach i perfekcyjnych kombinacji przycisków w walkach z bossami. Że jego religia jest pod ciszą warstwy świeżego śniegu, w skrupulatnie sporządzonym koktajlu, między stronami książki gdzieś za początkiem, ale jeszcze przed końcem”.

Zdumiewająca kraina nad Bezgwiezdnym Morzem to prawdziwy raj dla bibliofilów, pełen nawiązań do najulubieńszych powieści, gdzie każdy szczegół to jest mrugnięciem oka w kierunku czytelnika. Gdzie baśnie mają własne życie, a życie jest baśnią i wszystko to przeplata się wzajemnie w ogromną fantasmagorię pochłaniającą bohaterów w całości i nieoddającą ani kosteczki. Gdzie tajemnica goni tajemnicę, inkluzywne mistyczne stowarzyszenia czekają na rozszyfrowanie, śmiertelnie groźni wrogowie depczą po piętach, a widmo zagłady wisi nad światem (jakże by inaczej?). Gdzie w żaden sposób nie jesteśmy w stanie przewidzieć kolejnych zdarzeń, a co krok czeka nowe zaskoczenie.

Był jednak moment (mam silne podejrzenia, że autorsko zamierzony), kiedy tułaczka po tym niesamowitym świecie – choć coraz trudniejsza i potworniejsza, obfitująca w dramatyczne zwroty akcji – zaczęła mnie nużyć. Przyszedł moment, kiedy cały ten miód baśniowości zaczął mnie dławić i ulewać mi się uszami i chciałam już tylko jak najszybciej znaleźć wyjście z tej króliczej nory. W końcu jak to mówili w świecie Wiedźmina – każdy sen, nawet ten najpiękniejszy, zbyt długo śniony w końcu musi się zmienić w koszmar. Każda historia potrzebuje swojego finału, a każdy świat fantazji trzeba kiedyś opuścić, choćbyśmy nie wiem jak bardzo zżyli się z bohaterami. I Erin Morgenstern daje nam opowieść, która rozpaczliwie dąży do zakończenia.

„Finały nadają sens opowieściom”.

Zdecydowanie fantastyka, ale w kierunku baśniowej, romantycznej niesamowitości. Bardzo magiczna, niesamowicie erudycyjna, ze sporą rolą bibliotekarsko-detektywistycznego śledztwa i szczyptą romansu. Bo co to za opowieść bez romantycznego wątku? W końcu wszystkie historie tak naprawdę są o miłości.

„Dziwne, prawda? Kochać książkę. Kiedy wyrazy na stronie stają się tak ważne, jakby były częścią twojej własnej historii, którą zresztą są”.

I jeszcze ostatnie przemyślenie, które dotarło do mnie właściwie dopiero trochę po lekturze, a w sumie bardzo to doceniam – mianowicie główni bohaterowie są homoseksualni. I ten homoseksualizm został tu potraktowany jako fakt, a nie temat, czy problem. To chyba pierwszy raz, kiedy czytałam książkę, w której osoby nieheteronormatywne zostały potraktowane tak naturalnie – bez związanych z tym dramatów, zmagania się z nietolerancją i przeciwnościami losu, odkrywania tożsamości czy własnej wartości – po prostu jak każda inna książkowa para. Orientacja seksualna nie wybija się ponad ich charaktery, i nie dominuje nad opisanymi przygodami. Właściwie nie ma znaczenia, jest tylko jedną z wielu cech postaci. Śmiem rzec, że tą mniej znaczącą.

Mam nadzieję, że niedługo przyjedzie nam żyć w czasach, w których nie będzie to niczym odmiennym ani zaskakującym. Czego życzę Wam i sobie.

Erin Morgenstern, Bezgwiezdne morze, Warszawa: Wydawnictwo Świat Książki, 2020, 608 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Znaleziona” Gytha Lodge

Podczas zakrapianego alkoholem biwaku grupki nastolatków najmłodsza z jego uczestniczek – Aurora – znika bez śladu i mimo rozpaczy przyjaciół nie udaje jej się odnaleźć. 30 lat później ciało dziewczyny zostaje znalezione w niepokojących okolicznościach i śledztwo w sprawie jej śmierci zostaje wznowione. Szybko okazuje się jednak, że zeznania jej towarzyszy coraz bardziej zaczynają się wykluczać, a każdy z nich wydaje się coś ukrywać. Czy ktoś z nich jest zabójcą?

Zdecydowanie nie był to trzymający w napięciach thriller, którego się spodziewałam, wręcz przeciwnie – aż do kulminacyjnej sceny czytałam raczej bez większych emocji. A to dlatego, że „Znaleziona” jest raczej statecznym opisem prowadzonego śledztwa pełnego przeglądania akt, porównywania informacji sprzed 30 lat i kolejnych przesłuchań świadków.

Fabuła opiera się na dość oklepanym, ale sprawdzonym schemacie, przez co podczas lektury miałam wrażenie, że skądś już znam tą historię – mamy tu hermetyczny krąg przyjaciół w zmowie milczenia, bezwzględnie stojących za sobą murem, gdzie mimo różnych animozji każdy zdaje się chronić innych. Kiedy jednak tragiczna historia wraca do nich po latach, wzmagają się podejrzenia, wzrasta niepewność i niechęć, powracają dawne urazy. Przez co podejrzenia padają właściwie na każdego z nich, po kolei. I mimo wielu wskazówek, które autorka pozostawia czytelnikowi po drodze, nie udało mi się odgadnąć tożsamości mordercy niemalże do samego końca.

Chociaż zazwyczaj nie przepadam za przeskokami w czasie, tym razem prowadzona dwutorowo narracja wychodzi powieści na plus – toczące się śledztwo i mozolnie rekonstruowany przez detektywów opis wieczoru, w którym doszło do zbrodni, uzupełniają retrospektywne wstawki opowiedziane z punktu widzenia ofiary. Co w tym przypadku jest istotnym urozmaiceniem akcji.

Nie jest to typ książki, którą czyta się z zapartym tchem, ale mimo to czyta się bardzo dobrze. Mam wrażenie, że to wstęp do cyklu powieści kryminalnych i chętnie sięgnę po kolejne części, tym razem już z nieco innym nastawieniem.

Gytha Lodge, Znaleziona, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B, 2021, 430 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.

Czas na czytanie: „Vicious: Nikczemni”, „Vengful: Mściwi” V. E. Schwab

Do twórczości V. E. Schwab już od dawna chciałam zrobić podejście, a że (jak dziwnie by to nie brzmiało) lubię czytać o psychopatach, wybór tytułu stał się oczywisty. Szczególnie, ze udało mi się upolować egzemplarz w ramach ostatniej edycji Wielkiej Wymiany Książkowej.

Eliot Cardale i Victor Vale – dwoje zdolnych i ambitnych przyjaciół oraz niestandardowy projekt badawczy. W istnienie osób o Ponad Przeciętnych zdolnościach mało kto wierzy, dlatego praca dyplomowa mająca na celu nie tyle udowodnienie ich istnienia, a odkrycie sposobu nabywania tych szczególnych, ponadnaturalnych zdolnościach budzi tylko uśmieszki politowania. Czy to wypada, by najlepszy uczeń zajmował się taką farsą?

Kiedy jednak najlepszy uczeń, za namową i pomysłem socjopatycznego najlepszego przyjaciela, podda się pragnieniu wiedzy i udowodnienia niemożliwego eksperyment może wyrwać się spod kontroli. A jeśli biorą w nim udział dwie równie uparte i dumne jednostki, przekonane o sile swoich racji, nie trudno o tragedię. A to będzie dopiero początek…

Znajdziemy tu osoby PonadPrzeciętne władające supermocami i eksperymenty naukowe, bezrefleksyjnych, nieco (przynajmniej na początku) szalonych geniuszy absolutnie pewnych siebie i swoich teorii, zazdrosnych i niespecjalnie przejmujących się etyką oraz sporą dawkę religijnego fanatyzmu. Będzie igranie z zżyciem i śmiercią, sporo strzelania, głęboko chowanej urazy, zdrady, potrzeby poklasku i poczucia misji, bardzo względnie postrzeganej moralności, pogoni za zemstą i wreszcie – intrygujących bohaterów, którzy zaczynają zyskiwać dopiero po dłuższym czasie. Na co niewątpliwy wpływ ma dwutorowo prowadzona narracja, w której chwila obecna przenika się ze wspomnieniami przeszłości.

Trochę mroczne urban fantasy, trochę thriller psychologiczny, trochę komiksowa historia z superbohaterami w roli głównej. Tylko w tym przypadku nie bardzo wiadomo kto jest bohaterem, a kto złoczyńcą.

I jak pierwszą połowę książki raczej przemęczyłam rozczarowana bardzo powierzchowną kreacją bohaterów i brakiem głębi w ich relacji, tak pod koniec zaczęłam wkręcać się na tyle, że od razu zarezerwowałam w bibliotece drugi tom. Jak dla mnie trochę za długo się rozkręcała i chyba nie do końca odpowiadają mi tego rodzaju skoki w czasie, ale cieszę się, że jednak dałam jej szansę. Na pewno nie trafi na moją listę ulubionych, ale jednocześnie byłam strasznie ciekawa ciągu dalszego tej historii.

Twór dziwny, ale im dalej w las, tym bardziej pociągający. W ten niepokojący sposób.
Dołączam do mojej kolekcji książkowych dziobaków.

V. E. Schwab, Vicious: Nikczemni, Poznań: Wydawnictwo We Need YA, 2019, 448 s.

UWAGA, dalsza część recenzji odnosi się do tomu drugiego, jeśli nie czytaliście jeszcze „Nikczemnych”, możecie trafić na SPOILERY!

Od razu na wstępie mogę powiedzieć, że w drugim tomie „Złoczyńców” znalazłam to, czego tak bardzo brakowało mi w pierwszym – pogłębienie psychologiczne naszego psychopaty. Czytelnik dostaje szansę poznania dzieciństwa Elia, jego sytuacji rodzinnej, wydarzeń i decyzji, które ukształtowały jego charakter i wiarę. Będziemy obserwować sposób, w jaki nauczył się nakładać maskę młodzieńca idealnego oraz początki jego relacji z Victorem, który od samego początku potrafił ta maskę przejrzeć.

To właśnie te elementy były dla mnie fabularną dziurą w pierwszej części i wypłaszczały mi kreację bohaterów. I dzięki nim „Mściwych” zaczęłam czytać od pierwszej strony z zapartym tchem.

Jak można było się spodziewać po zakończeniu „Nikczemnych”, wskrzeszenie nie odbiło się dobrze na mocach Victora, a znalezienie lekarstwa na szwankującą moc osoby PP to nie jest spacer po parku. Szczególnie, kiedy po piętach zaczyna Ci deptać nowy-stary wróg, tym razem ze zdecydowanie lepszym zapleczem, a w mieście Merit (coraz bardziej przypominającym mi Sin City), na gruzach mafijnego świata powstaje nowa, wyjątkowo potężna Ponad Przeciętna. I to taka, która nie zamierza kryć się w cieniu i nie waha się używać swojej niszczycielskiej nocy ani przeciwko ludziom, ani przeciwko innym osobom obdarzonym wyjątkowymi umiejętnościami. A nic nie potrafi tak dobrze zjednoczyć, jak wspólny wróg. Czy jednak sojusze oparte na takich fundamentach okażą się mniej ulotne niż mgnienie oka?

Po raz kolejny będziemy świadkami krwawego i bezwzględnego pościgu, w którym jest się jednocześnie i łowcą i zwierzyną. Nie zabraknie eksperymentów medycznych – jeszcze okrutniejszych niż te, których dopuszczali się Elio z Victorem w akademiku, wyścigu analitycznych umysłów, nieprzedawnionych uraz i pogoni za zemstą.

Tym razem, dla odmiany trochę dłużył mi się środek, myślę, że obie książki spokojnie mogłyby być nieco szczuplejsze, a bardziej skondensowane, w tym przypadku dłużyzna nie wychodzi historii na dobre. Mimo to wciągnęła mnie już od pierwszych stron, nie brakuje w niej  akcji ani spektakularnych atrakcji, a i zakończenie było satysfakcjonujące.

Dziwna, ale ciekawa seria, z taką mieszanką jeszcze nie miałam do czynienia. I chociaż nie muszę mieć jej na półce i raczej nigdy już do niej nie wrócę, to był dobrze spędzony czas.

V. E. Schwab, Vengful: Mściwi, Poznań: Wydawnictwo We Need YA, 2020, 544 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Pod skórą” Liz Nugent

Po raz kolejny Liz Nugent stworzyła bohaterkę, której się nie znosi właściwie od pierwszej chwili i przy tym nie można powstrzymać się od współczucia. Przede wszystkim kata, ale pośrednio również ofiarę. Postać tragiczną na każdej płaszczyźnie, przynoszącą nieszczęście sobie i innym. Zagubioną, skrzywdzoną i krzywdzącą każdego, kogo potka na swej drodze.

Z jednej strony, mimo widma morderstwa (opisanego na pierwszych stronach, więc to żaden spam) przez sporą część książki miałam wrażenie, że czytam nie thriller, a obyczajówkę – relację z życia nieszczęśliwej kobiety od wczesnego dzieciństwa aż do śmierci. Ale wystarczy sama postać głównej bohaterki, jej sposób postrzegania świata, nieświadomość i ważkie podejście wobec zła, jakie wyrządza innym i tragiczne w skutkach decyzje, jakie podejmuje potrafią przyprawić o zimny dreszcz na plecach. Szczególnie, gdy do czytelnika dociera jak wielki i zarazem druzgocący wpływ na nasze życie może mieć zupełnie przypadkowo poznana osoba…

Niestabilny, zagmatwany umysł wahający się stale między olbrzymimi kompleksami a patologicznym poczuciem wyższości i narcyzmem. Socjopatka nie rozumiejąca emocji innych, nie mająca w sobie kropli empatii i nie znajdująca w sobie żadnych wyższych uczuć poza przywiązaniem do morza. I może do wystawnego życia też. Archetypiczna femme fatale nie dbająca o nic i nikogo poza samą sobą.

Z drugiej strony jednak to przygnębiający obraz zaniedbań związanych ze zdrowiem psychicznym, przemocy i potwornym dzieciństwem, destrukcyjny wpływ postrzegania kobiety jedynie w roli matki, nawet jeśli ta otwarcie mówi o swojej niechęci do dziecka i dzieci w ogóle oraz karkołomna walka z koniecznością sprostania wymaganiom, dopasowania do społecznych konwenansów. Jakże inaczej mogłaby się potoczyć ta historia, gdyby Delia mogła zostać rybaczką, żeglarką albo właścicielką nadmorskiego pensjonatu?

To też surowa, ale liryczna opowieść o wymierającej społeczności, przywiązaniu do natury i małej ojczyzny oraz całkiem moralizatorski przykład niebezpieczeństwa nacjonalizmu w skali mikro.

A pojawiające się co jakiś czas we wspomnieniach bohaterki upiorne bajki z dzieciństwa dodają książce poczucia niepokojącej niesamowitości. Nie zabraknie też wstrząsającego plot twistu na zakończenie.

Bardzo dobra książka, nie mogłam się oderwać. Chyba podobała mi się nawet jeszcze bardziej niż „Obsesja Lydii”.

Liz Nugent, Pod skórą, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2021, 368 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wielka Litera.