Czas na czytanie: „Przedsmak zła” Alex Kava

Jeśli lubicie czasami poczytać o skrupulatnie zaplanowanych polowaniach na ludzi i zabieraniu sobie ich organów i innych części ciała na pamiątkę z tej przygody, to „Przedsmak zła” jest książką dla Was. Nie ma co ukrywać – odpowiednio krwawa zbrodnia jest jedną z podstaw dobrego thrillera. A akurat krwawych zbrodni Ci u nas dostatek.

Maggie O’Dell jest błyskotliwą profilerką stawiającą pierwsze kroki w pracy w terenie. Na swoje (nie)szczęście na pierwszy raz trafia jej się wyjątkowo malownicza kompozycja krwi i ciał i całkiem skomplikowany psychol do rozpracowania. A że gdzie by nie stanęła, trafia na zwłoki, to nie ma najmniejszych szans na nudę, szczególnie, że najwyraźniej wpadła w oko poszukiwanemu seryjnemu mordercy, który z przyjemnością wciąga ją w swoją makabryczna grę. I nie wiadomo już kto tu na kogo poluje. Smaczku jej, i tak już urozmaiconej, codzienności dodają odzywająca się w nienajlepszych momentach trauma z dzieciństwa i dysfunkcyjna matka o zapędach autodestrukcyjnych.

I chociaż momentami bywa przewidywalnie, niemalże do ostatniej strony nie wiadomo, czy morderca zostanie ujęty, czy wymknie się sprawiedliwości. Chociaż muszę przyznać, że zakończenie nieco mnie rozczarowało – okazało się być trochę nieadekwatne do wcześniejszych zbrodni i takie trochę na łapu capu i pozamiatane. Jakby autorka nagle odkryła, że niebezpiecznie zbliża się do limitu słów i musi to wszystko szybciutko zakończyć.

Z podobnych powodów nie do końca pasowały mi pomysły na zwroty akcji, a świetnie zapowiadający się czarny charakter momentami mnie zawodził.

Mimo tego czepialstwa, książkę czyta się całkiem przyjemnie – „łatwo wchodzi” (chociaż mocno irytowały mnie liczne powtórzenia), malownicze opisy zbrodni działają na wyobraźnię, agenci FBI dają się lubić niemalże odkąd tylko mamy szansę ich poznać, a główna bohaterka co jakiś czas podrzuca nam jakąś ciekawostkę z biografii seryjnych morderców.

Zdecydowanym plusem są bohaterowie powieści – zgrany zespół, do którego dołącza agentka Maggie, to składająca się z silnych osobowości drużyna, o której bardzo chętnie dowiedziałabym się więcej. Są świetną zachętą do sięgnięcia po resztę cyklu i coś czuję, że prędzej, czy później jej ulegnę.

Z książkami Kavy tak to już jest, że chociaż pamięta się fakt ich czytania, to ze szczegółami bywa już różnie. Jestem pewna, że czytałam „Kolekcjonera” i wydaje mi się, że „Dotyk zła” też mam już za sobą, chociaż nieszczególnie kojarzę o co chodziło. Niemniej jednak po tym prequelu z przyjemnością sięgnę po niego jeszcze raz. Może więc „ulotność pamięci” w przypadku książek tej autorki jest jednak zaletą? Zawsze można do nich wrócić.

Lekka, krwawa, klimatyczna i niepokojąca. Nie polecam czytania przy jedzeniu na wynos, a szczególnie przy szarlotce z lodami. Za to świetnie sprawdzi się w samolocie, pociągu, czy do poczytywania podczas oczekiwania w kolejce na jakąś wakacyjną atrakcję bo nie wymaga całkowitego skupienia się na fabule, do czerpania przyjemności z lektury.

Alex Kava, Przedsmak zła, Warszawa: Wydawnictwo HarperCollins, 2018, 336 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.

Czas na czytanie: „Szarlatani” Robin Cook

Chociaż jestem pewna, że czytałam bardzo wiele książek napisanych przez tego autora, zaledwie kilka z nich zagościło na dobre w mojej pamięci. Najlepiej pamiętam „Wstrząs”, który za pierwszym razem czytała całemu naszemu rodzinnemu towarzystwu najstarsza kuzynka i który był pierwszą zupełnie „dorosłą” książką, którą wypożyczyłam z biblioteki, żeby dokończyć samodzielnie. Pamiętam też, że i za pierwszym i za drugim razem był równie wstrząsający. Podobne wrażenie zrobiły na mnie tylko „Mutant” i „Coma”, chociaż cykl o patomorfologii swego czasu niesamowicie mnie fascynował i wciąż wspominam go bardzo dobrze.

„Szarlatani” są inni – mniej widowiskowi, bo nie ma w nich ani superinteligentnych sztucznych tworów (chociaż czy aby na pewno?), ani zuchwałych kradzieży narządów, tajnych laboratoriów ani nawet zagadkowych zgonów. Tym razem problem jest znacznie bardziej złożony i dużo bliżej każdego „szarego obywatela”, niż można by się spodziewać. I właśnie to jest najbardziej niepokojące.

Jest to książka, która (jak to określił mój mąż zwinąwszy mi „Szarlatanów” sprzed nosa zanim jeszcze zdążyłam na dobre ją otworzyć) bardzo długo się rozkręca. Główny bohater – pracoholik Noah Rothauser – jest po uszy zanurzony w szpitalnej rutynie, której chcąc nie chcąc doświadczamy razem z nim. I trzeba przyznać, że jeśli nie jest się kompletnie zakręconym na punkcie swojej pracy młodym chirurgiem, taka powtarzalna codzienność może dać się we znaki. Na całe szczęście tragiczne zgony poprzedzone heroiczna walką lekarzy, powtarzające się coraz częściej w otoczeniu rezydenta nie pozwalają czytelnikowi zaznać nudy.

Powiem szczerze, że należę do niechlubnej grupy „wrażliwców” kompletnie nieodpornych na widok krwi, o flakach nawet nie wspominając. Coroczne badania laboratoryjne to jeden z moich największych koszmarów, a do serialu z House’m w roli głównej musiałam się przekonywać naprawdę długo. I był to jedyny serial medyczny, na jaki się w końcu skusiłam.
A że przy tym mam wyjątkowo plastyczną wyobraźnię (a Cook potrafi naprawdę dobrze opisywać!), przez cały prolog walczyłam na przemian z mdłościami i zawrotami głowy. Ale było warto.

Akcja powieści i wszystkie niedopowiedzenia kręcą się wokół tematyki zdobywanych latami i, nie ma co ukrywać, heroicznym wysiłkiem lekarskich uprawnień, co przeplata się z koncepcją kradzieży tożsamości. Z tego powodu „Szarlatani” skojarzyli mi się z „Rozbitym oknem” Deavera, choć w tym przypadku sprawa jest jeszcze bardziej niepokojąca. W grę wchodzą bowiem przepastne archiwa sieci (a jak wiadomo w internecie nic nie ginie), coraz popularniejsze social media i problem poprawiania swojego wizerunku w wirtualnej rzeczywistości. A świat realny i internetowa rzeczywistość coraz bardziej się przeplatają…

„Mamy dwudziesty pierwszy wiek; pora dołączyć do ery cyfrowej! Paradygmat wiedzy uległ zmianie. Wiedza przestała być zazdrośnie strzeżonym sekretem jakichś tajemnych korporacji czy gildii; w każdej chwili praktycznie w całości jest dostępna online i każdy może po nią sięgnąć (…).”

Pełna konfliktów etycznych i moralnych, powoli rozwijająca się powieść, w której największą potęgą okazuje się nie wykształcenie, a umiejętność zdobywania informacji. A najmniejsza nawet skaza na opinii jest w stanie zrujnować wieloletnie wysiłki poświęcone ciężkiej pracy i wymagającej nauce.

„(…) został uwięziony gdzieś między przeszłością, a przyszłością; między dawną etyką, a nową rzeczywistością, w nieustannie rozwijającym się świecie nowoczesnej techniki i łączności, gdzie to, co rzeczywiste i to, co wirtualne zlewa się w jedną całość.”

Niniejsza książka jest jednocześnie, jak pisze sam autor, głosem w coraz częściej podejmowanej dyskusji na temat potrzeby modernizacji systemu kształcenia lekarzy, który jest jednym z najbardziej konserwatywnych i przestarzałych modeli nauczania (wciąż opiera się na zasadach z 1910 roku, które uległy zaledwie niewielkim modyfikacjom). Podczas gdy cały świat w każdej sekundzie gna do przodu, ta dziedzina skutecznie opiera się zmianom metodologii, choć przecież pod względem technicznym medycyna bardzo chętnie korzysta z nowych wynalazków.

„Możesz mnie nazywać współczesnym szarlatanem, choć wypada zaznaczyć, że z dawnymi szarlatanami nie mam nic wspólnego (…). Nie mam też na myśli szarlatanów, którymi z wolna staje się każdy z nas, ubarwiając swoje życie w mediach społecznościowych drobnymi kłamstwami. Mówię o bycie szarlatanem pełną gębą, ale zupełnie nowego rodzaju. Jestem bowiem szarlatanem niezwykle kompetentnym.”

Nie jest to porywająca lektura od której nie sposób się oderwać, ale z pewnością daje do myślenia.

Ach, no i oczywiście muszę się do czegoś przyczepić. W końcu dzień bez krytyki, to dzień stracony!

„Salę zbudowano na planie półkola, typowym dla audytoriów w uczelniach medycznych, a rzędy siedzeń wznosiły się wokół sceny na wysokość całej kondygnacji, niczym w greckim lub rzymskim amfiteatrze.”

Jeśli jest to budowla na planie półkola, to mówimy o teatrze. Przedrostek –amfi znaczy podwójny, a podwójne półkole daje koło. Amfiteatr jest budowlą na planie zbliżonym do okręgu, jak rzymskie Koloseum. To niewielki detal i uwaga skierowana zapewne do tłumacza, ale chyba bym się pochorowała, gdybym nie miała czego wytknąć ;)

Robin Cook, Szarlatani, Poznań: Dom Wydawniczy Rebis, 2018, 504 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.

 

Czas na czytanie: „Sąd ostateczny” Anna Klejzerowicz

„Morze ognia falowało w ciemnościach nocy.”

Czasami pierwsze zdanie wystarczy, by wyrobić sobie opinię o książce. Niestety w tym przypadku dokładnie oddaje charakter całego utworu.

 

 

Sam pomysł na powieść bardzo mi się spodobał i od razu wzbudził skojarzenia z serialem „Castle”, gdzie morderca, pozując swoje ofiary, inspirował się scenami z kryminałów poczytnego pisarza. A kiedy nieuchwytny zbrodniarz układa ciała brutalnie zamordowanych wzorując się postaciami potępionych z Sądu Ostatecznego Memlinga, może być tylko ciekawiej – dlatego mimo nie do końca pozytywnego pierwszego wrażenia podeszłam do tej książki z wielką dawką entuzjazmu.

Jednak toporny styl autorki, męczący główny bohater i mnogość błędów logicznych odebrały historii sporo czaru.

Emil Żądło podążając (chyba) za marzeniami rezygnuje z posady w policji na rzecz kariery dziennikarskiej. Tym samym traci żonę, syna i źródło utrzymania, bo choć (podobno) reporterem jest dobrym i cieszy się „wyrobioną marką”, to od dłuższego czasu nie ma pracy. Co z kolei wpędza go w depresję, nędzę i pierwsze symptomy choroby alkoholowej.

Z marazmu wyciąga go dopiero tajemnicze morderstwo znajomej, tuż po ich spotkaniu po latach.

I mogłoby się wydawać, że jest to dobry materiał na kultowego bohatera (na podobnej zasadzie Rowling wykreowała Cormorana Strike’a), gdyby nie to, że Emilowi brakuje pewnej… lotności umysłu i smykałki do kojarzenia faktów, cechującej poczytnego detektywa. Pojawiają się co prawda trafne przeczucia, ale jego zdolność do ignorowania ostrzeżeń i porywania się do akcji bez chwili pomyślunku są porażające.

Co tu dużo mówić, to egoista i użalający się nad sobą mizantrop, który stale gubi się w zeznaniach – w jednej chwili narzeka, że zła żona ogranicza mu kontakty z ukochanym synkiem, a kilka stron później oświadcza, że jak dla niego koniec świata może nadejść i dziś, bo na niczym mu nie zależy. Cóż moim zdaniem Armagedon to raczej kiepski prezent dla malucha, ale co ja tam wiem.

Nie ogarnia własnego życia, jest nie przedsiębiorczy i nie myśli o przyszłości. Jest głodny, więc za ostatnie pieniądze kupuje ciastko i kawę w kawiarni. Najtańsza kawa to koszt około 7 zł, a za tyle można ugotować całkiem sycący obiad (ale co ja tam wiem). Ciastka i kanapek na bułkach z Biedronki nie będę nawet porównywać. Alimentów nie płaci, bo nie ma za co, ale na piwo i papierosy jakoś się fundusze znajdują. Mimo szczerych wysiłków nie potrafię obdarzyć sympatią takiego bohatera.

Podobną fuszerkę odstawia „prowadząc śledztwo”. Ważne dla fabuły objawienie nachodzi go na widok „witraża” z reprodukcją Sądu Ostatecznego, który od 2006 do 2011 roku wypełniał jedno z okien Dworca Głównego w Gdańsku. Wobec tego nasz detektyw „dokładnie mu się przygląda”, a nawet robi zdjęcia i dostrzega szczegóły. Nie bardzo rozumiem dlaczego marnuje tyle energii i ekscytacji na analizę repliki wydrukowanej na przezroczystej folii i umieszczonej dobrych kilkadziesiąt metrów nad ziemią zamiast przejść się kawałek (ewentualnie przejechać dwa przystanki tramwajem) i poświęcić swoją uwagę oryginałowi, do którego można podejść na odległość kilku centymetrów. Okazuje się, Emil- Gdańszczanin nie ma pojęcia gdzie ów oryginał się znajduje (nie, żeby na reprodukcji wisiała tabliczka z wymownym napisem „Muzeum Narodowe w Gdańsku”. Najwidoczniej podczas swoich gruntownych oględzin obrazu jej obecność jakoś mu umknęła, podobnie jak autorce…), więc zanim wreszcie trafia do muzeum zaspokaja swoją ciekawość fragmentami z kupionej na szybko broszurki (siedząc w kawiarni kilka metrów od Biblioteki Gdańskiej oferującej większość literatury na temat tryptyku) i bardzo kiepskiej jakości kopią z Bazyliki Mariackiej. Nie mogę się też nadziwić, że szukając informacji żaden z bohaterów nie sięga po Wikipedię, co na pewno bardzo usprawniłoby śledztwo. Swoją drogą zjawisko internetu pojawia się dopiero na 105 stronie, a wcześniej jako źródła informacji używa się książek telefonicznych (sic!). Uprzedzając argumenty o kiepskiej sytuacji finansowej głównego bohatera informuję szanownego pana Emila, że zarówno dworzec pkp, jak i Literacka oferują darmowe wi-fi, a biblioteka również dostęp do komputera. [edit: Faktycznie, pod koniec 2006 roku dostęp do internetu nie był tak powszechny jak dziś, choć można było z niego skorzystać na przykład w bibliotece. Ale, jako że książka została wydana w 2014 roku, przyjęłam za czas akcji mniej więcej lata 2010-2011. Być może w tym tkwi mój błąd.] Ale nasz ekspolicjant i samozwańczy śledczy zgrabnie omija wszystkie łatwo dostępne źródła informacji o obrazie… Z biblioteką przeprasza się dwa dni później (zaraz po przypomnieniu sobie o dobrodziejstwie internetu), tuż po zakupieniu pięknego (i drogiego) albumu na temat obrazu w księgarni. Pisałam już o przedsiębiorczości i priorytetach bohatera?

Autorka podaje w tekście tytuł bardzo dobrego opracowania na temat obrazu i sama przytaczana przez nią historia tryptyku, choć bardzo skrótowa i opowiedziana raczej w sposób „przewodnikowy”, niż porywający, nie budzi zastrzeżeń. Główny bohater podchodzi do dzieła sztuki w sposobu bardzo emocjonalny i może właśnie przez skupienie się na sferze wrażeń zdarzają się błędy w szczegółach – między innymi pisarka myli ołtarzyk z relikwiarzem (sic!), a Rogiera van der Weyden przechrzciła na angielsko brzmiącego Rogera.

Ale najbardziej zabolał mnie absurd wyjątkowo dramatycznej, kulminacyjnej sceny spotkania z mordercą. Poszukiwany zbrodniarz spotyka się z główną bohaterką w jej pracowni konserwatorskiej po godzinach zamknięcia muzeum, gdzie wchodzi podając się za przedstawiciela firmy produkującej odczynniki, czy inną chemię. Po czym ganiają się po całym muzeum, od części administracyjnej, do ekspozycyjnej, od sali do sali, od rzeźby do obrazu.

Szkoda tylko, że autorka zupełnie pomija wszystkie procedury bezpieczeństwa panujące w tego rodzaju instytucjach. Interesant przychodzący do muzeum poza godzinami jego otwarcia wchodzi wejściem administracyjnym, gdzie ochrona, po konsultacji z pracownikiem, z którym był wcześnie umówiony, wystawia mu przepustkę na podstawie dowodu osobistego. Następnie interesant jest z tego miejsca odbierany przez owego pracownika – nie ma takiej opcji, że osoba nie zatrudniona w instytucji swobodnie porusza się po jej korytarzach po zamknięciu. Drugim dużym zgrzytem jest domniemana pogoń, w której autorka zupełnie ignoruje istnienie wielkiej metalowej kraty oddzielającej część ekspozycyjną i administracyjną muzeum oraz fakt zamykania i pieczętowania każdego pomieszczenia ekspozycyjnego każdego wieczora. W powieści Anny Klejzerowicz drzwi, kraty i rolety nie istnieją… Za to w sklepie z pamiątkami można kupić relikwie Archanioła Michała.

Jasne – mam do czynienia z fikcją literacką. Ale jednak kiedy owa fikcja dzieje się w realnej przestrzeni wymagam od autora zachowania jak największego autentyzmu. Bez tego nie ma szans na „wczucie się” w powieść i, co za tym idzie, nie ma dobrej powieści. A w tym przypadku najwyraźniej po prostu odpuszczono wywiad środowiskowy, choć sam bohater historii o niego zadbał. I owszem, w tym przypadku może dopadła mnie słynna „klątwa wiedzy”, ale to naprawdę nie są trudno dostępne informacje. Wystarczy trochę zainteresowania i jedna wizyta w muzeum.

Jeśli zaś chodzi o styl autorki, szczególnie męczyły mnie momenty krótkich, bełkotliwych zdań i wyjątkowo patetyczne, górnolotne wtrącenia. Nie bardzo rozumiem sens tych zabiegów.

„Światło gubiło się gdzieś pośród potężnych sklepień i kolumn, podobnie jak echo kroków Emila. A kolor to w końcu światło. Światło przyjazne człowiekowi. Gra świateł. Bez światła barwy przecież gasną.”

„To bardzo piękny obraz. Podobno czyni cuda. On sam jest cudem, ale to nikogo nie obchodzi! Mnie tam już nic nie zdziwi.”

„Dopóki facet bawi się z nami w kotka i myszkę, ona jest bezpieczna. Tak czuję. To jest jego gra. Dlatego telefonował. Rajcuje go to. Poza tym będę chronił Martę. Czekaj, musze do niej zadzwonić!”

„Odpuścić nie zamierza. Dorwie sukinsyna. Choćby nawet miał postradać przy tym własne życie. Ono nie jest w końcu aż tak wiele warte.”

I tak co kilka stron…

Podsumowując: sam pomysł bardzo mi się podoba – zarówno na zbrodnię, jak i na sylwetkę samego mordercy – jego motyw, historię i chorobę. Podobnie jak umiejscowienie akcji na ulicach Gdańska. Główny bohater niestety nie przypadł mi do gustu – miałam wrażenie, że wciąż wyprzedzam go o krok, a w przypadku powieści detektywistycznej chyba powinno być dokładnie odwrotnie? Irytujące zabiegi językowe mogłyby zostać wygładzone na etapie korekty, ale samej korekty chyba nie było, co tłumaczy również niewyłapane drobne błędy rzeczowe. Ale brak dbałości o realizm istotnych szczegółów zabija potencjał książki. Strasznie szkoda.

Anna Klejzerowicz, Sąd Ostateczny, Zakrzewo: Wydawnictwo Replika, 2014, 316 s.

Książkę dostałam podczas spotkania „A może nad morze? Z książką!”, serdecznie dziękuję organizatorom imprezy i sponsorom za możliwość lektury i zrecenzowania tej pozycji.

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Miejsce i imię” Maciej Siembieda

Najlepszym sposobem napisania recenzji dobrej książki jest napisanie recenzji dobrej książki.

Nareszcie doczekałam się drugiej części przygód mojego ulubionego skrzyżowania Pana Samochodzika z Robertem Langdonem. Przed Kubą Kanią, znanym czytelnikom z książki „444”, kolejna zagadka z przeszłości. Instytut Jad Waszem zleca swojemu detektywowi odnalezienie pochówku holenderskich szlifierzy diamentów, którzy zginęli w obozie pracy na górze Świętej Anny. Pozornie niewinne zlecenie szybko okazuje się być czymś znacznie bardziej skomplikowanym – kolejną pogonią za legendą i poszukiwaniem bezcennego skarbu. A na to odkrycie czai się więcej niż jeden czarny charakter.

 

Tym razem autor przenosi nas w ponure czasy drugiej wojny światowej, a równoprawnymi bohaterami książki czyni tzw. amsterdamskich „diamentowych Żydów”. Partie powieści pełniące rolę „legendy” zajmują tak samo dużą, lub nawet większą część powieści, a czytlenik poznaje obie historie równolegle. I tym razem to właśnie kwestia przeszłości szczególnie przyciągnęła moją uwagę. XX-wieczny Amsterdam, kunszt rzemieślników wydobywających z grudek surowca brylantowy blask i nieszczęścia, które ów blask ściąga na człowieka niezależnie od czasów, w których przyszło mu żyć to opowieść, obok której nie można przejść obojętnie.

Część „historyczna” powieści jest niesamowicie wciągająca i może właśnie z tego względu było mi trochę mało Jakuba – całe śledztwo przez większość czasu głównie toczy się samo, a nasz bohater albo korzysta z pomocy ABW albo bywa uprzedzony przez Wojciecha Palucha. Tak naprawdę dopiero w ostatnim rozdziale detektyw Kania pokazuje na co go stać.

Przyznam, że Kuba jako bożyszcze sklepowych ekspedientek nieco mnie początkowo zniechęcił, ale jego ortodoksyjna mięsożerność i bezwzględna waga łazienkowa pozwoliły mi pokochać go na nowo. Mam nadzieję, że z tą jazdą na rowerze szybko mu przeszło, bo bycie fit jest strasznie passé!

Swoją drogą uwielbiam motyw prześcigania się w poszukiwaniach skarbu. Podobnie jak Pan Tomasz, Kuba również rywalizuje ze swoim antagonistą na polu wiedzy i umiejętności. I na podobnej zasadzie on sam postępuje zawsze poprawnie i zgodnie z prawem, a jego łasy zysku przeciwnik bez większych wyrzutów sumienia dopuszcza się nieuczciwych, i często nierozważnych, zagrań. Szkoda tylko, że Paluchowi brakuje klasy Waldemara Batury, bo choć skuteczności działania na pewno nie można mu odmówić, to pod względem ogłady, prezencji, czy chociażby pobudek zostaje daleko w tyle za swoim pierwowzorem. Ale może to i dobrze? Nie chodzi tu przecież o produkowanie kolejnych kalek, a zupełnie nową kreację.

Jest niedoceniony geniusz skazany za niewinność, są naziści okradający swój własny naród, jest ucieczka z więzienia o zaostrzonym rygorze, są nielegalne szlifiernie i tragiczna obozowa rzeczywistość, są służby specjalne i nielegalne ekshumacje, są młodzi pasjonaci historii i rosyjscy przemytnicy, są gangsterzy, bezwzględni bogacze i humorzasta kobieta w ciąży zapijająca ogórki kiszone kakaem. Są mroczne aspekty historii i kosztowności zrabowane podczas wojny. Jest wszystko, za co kochamy powieści sensacyjne!

„Diamenty są symbolem szczęścia i luksusu, choć powinny kojarzyć się z cierpieniem i śmiercią (…). Zabiły więcej ludzi, niż niejedna epidemia. Zawsze stała za nimi chciwość i bezwzględność.”

Świetnie napisana, trzymająca w napięciu, zaskakująca do ostatniej strony. A ponadto przezbawna w momentach, których czytelnik kompletnie się nie spodziewa (pozdrawiam Brajanka i jego pączka!). Nie sposób jej odłożyć, więc lepiej przygotujcie się na nieprzespaną noc!

 

P.S. Chociaż uliczki i kanały Amsterdamu wspaniale działały na moją wyobraźnię, odrobinę brakowało mi mazurskich jezior – mam nadzieję, że w kolejnej książce Kuba chociaż zabierze tam rodzinę na wakacje!

Maciej Siembieda, Miejsce i imię, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2018, 488 s.
(premiera 14 marca 2018)

Za możliwość zapoznania się z książką jeszcze przed oficjalną premierą serdecznie dziękuję autorowi i Wydawnictwu Wielka Litera, jesteście super!

Czas na czytanie: „Dwa oblicza” Agnieszka Bednarska

Ja pierniczę (w końcu idą Święta), ale czytałam straszną książkę!

A powiem Wam, że ani trochę się na to nie zanosiło. Do „Dwóch oblicz” podeszłam bardzo entuzjastycznie i z dużą ciekawością – pierwsza książkowa realizacja nowego wydawnictwa musi być czymś super – wymuskana pozycja stworzona z pasją i miłością do czytania.

Zatem zabrałam się za czytanie. I ku mojemu zdumieniu trzymałam w dłoniach horror klasy C – opowieść o dziewczynie, która odkrywszy niegodziwe plany rodziny wobec swojego nienarodzonego jeszcze dziecka wybiega z domu nawet bez portfela. I zamiast udać się na policję/pogotowie opiekuńcze/do domu samotnej matki decyduje się przyjąć bezinteresowną pomoc przypadkowo poznanej staruszki mieszkającej w zrujnowanym, pachnącym śmiercią budynku szpitala.

„Już nie wydawała się jej taka dostojna i szykowna, pozbawiwszy się wierzchniego odzienia, czapki i rękawiczek znacznie straciła na urodzie. Jej włosy były cienkie i przerzedzone, a padające zza pleców słońce obnarzało miejsca na głowie zupełnie  owłosienia pozbawione. Dłonie, które ukryte w drogich rękawiczkach zdawały się być gładkie i smukłe, w tej chwili straszyły pokrytąbrązowymi plamami, cienką jak pergamin skórą, spod której wystawały nabrzmiałe, granatowe żyły. Pożółkłe paznokcie, mimo że schludnie przycięte i opiłowane, jednoznacznie potwierdzały, że są już jedynie zbiorem stwardniałych, martwych komórek.”

To jeden z tych horrorów, w których widz krzyczy do bohatera „Nie, nie wchodź tam, uciekaj!”, a bohater ewidentnie go słyszy, bo robi coś zupełnie przeciwnego. A im dalej w las, tym więcej dramatycznych wspomnień, krwawych zbrodni rodem z Cell Block Tango i naiwności bohaterki ślepej na przeczucia i ostrzeżenia, szafującej bezpieczeństwem swoim i dziecka.

I tak to wygląda aż do pozornie szczęśliwego zakończenia – zła wiedźma zostaje pokonana, a sierota znajduje miłość i szczęśliwie wychodzi za mąż. I dopiero tutaj zaczyna robić się naprawdę strasznie. To jeden z tych zwrotów akcji, które następują powoli i spokojnie, a czytelnik ani trochę się ich nie spodziewa. Przez ostatnie 100 stron po prostu nie da się odłożyć tej, jeszcze przed chwilą zupełnie przeciętnej powieści – ostatnią część czyta się po prostu jednym tchem. I potem trochę strach zasnąć.

Pełna dramatów historia, w której tak naprawdę trudno jest znaleźć winnego – bo winny jest każdy i jednocześnie nikt. Pełną grzechów i grzeszków, poświęceń i moralnej względności. Gdzie brak szczerej rozmowy, brak zaufania, nieumiejętność pójścia na kompromis i nadmiar ambicji staje się przyczyną niejednej tragedii. Bardzo dobrze napisana, pełna plastyczny opisów, kipiąca niepokojącym klimatem. Psychologicznie zagmatwana, podburzająca poczucie bezpieczeństwa, zaskakująca, straszna. Strasznie dobra.

Ponadto jestem bardzo mile zaskoczona dbałością o szczegóły – błędy ortograficzne i językowe można policzyć na palcach jednej ręki (co w przypadku pierwszego wydania jest prawdziwą rzadkością), projekt okładki robi niesamowite wrażenie (chociaż osobiście nie przepadam za papierem, na którym zostają odciski palców – wpędza mnie w nerwicę natręctw i co chwila biegam umyć ręce), a jakość wydruku jest idealna. Wspaniale się prezentuje. Polecam na świąteczny prezent dla fana thrillerów psychologicznych, szczególnie, że Ogień i Woda, czyli Wydawnictwo Zaklęty Papier pięknie pakują książki, które docierają do adresata w idealnym stanie i eleganckiej oprawie.

I tylko jednego małego szczegółu nie potrafię zrozumieć:

„Sonia z wazy nalała mi ciepłej owsianki, sama jadła musli z zimnym mlekiem”.

kto podaje owsiankę w wazie? Owsiankę. Dla jednej osoby. W wazie?

Agnieszka Bednarska, Dwa oblicza, Świdnica: Wydawnictwo Zaklęty papier, 2017, 304 s.

Czas na czytanie: „Świt, który nie nadejdzie” Remigiusz Mróz

A oto moje pierwsze spotkanie z twórczością Pana Mroza. Już myślałam, że się nie ugnę i tym razem uda mi się nie podążyć za mainstreamem ale jednak ciekawość robi swoje i kiedy trafiłam na Book Tour z książką tak popularnego ostatnio autora nie zastanawiałam się długo. W końcu trzeba sprawdzić o co tyle hałasu ;)

Poświęciłam zatem kilka deszczowych ostatnio wieczorów na historię upartej jak diabli i niezwykle przejętej swoją rolą policjantki i zbira spod ciemnej gwiazdy, który co prawda marudzi co jakiś czas o chęci całkowitej zmiany swojego życia i podejmuje przez to głupawe decyzje na miarę filantropa, ale suma summarum wszystko wychodzi jak zwykle i zbir jednak pozostaje zbirem.

Tym, co wysuwa się na pierwszy plan wśród moich „wrażeń z lektury” jest wielki plus za konstrukcję świata przedstawionego. Co prawda nie jestem szczególnie obeznana w realiach dwudziestolecia międzywojennego, ale naprawdę udało mi się poczuć ten klimat. Słownictwo, muzyka, ubiór, zwyczaje, topografia i infrastruktura miasta, smaki i zapachy oraz przewijające się tu i ówdzie znane osobistości pozostawiają wyobraźni spore pole do popisu i tworzą naprawdę wyjątkową atmosferę kraju zrujnowanego przez rozbiory i powoli podnoszącego się z gruzów. Kraju, który nie radzi sobie z samym sobą, uczy się na popełnianych co rusz błędach i zmuszony jest budować od zera wszystkie struktury państwowości. Kraju, w którego stolicy króluje nierząd, przestępczość i korupcja.

IMG_20170829_131226_677

I wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, że przez pierwsze 400 stron… książka jest po prostu nijaka.

Niby mamy porachunki gangów, pierwsze kroki stawiane przez nowoutworzoną kobiecą formację policyjną, strzelaniny, działalność pod przykrywką, chytre plany, podwójną (a momentami nawet poczwórną!) grę, masę fałszywej lojalności i sporą dawkę mordobicia, to jednak coś jest nie tak. Mimo naprawdę dobrej konstrukcji, ta książka po prostu nie wzbudziła we mnie emocji – nawet w momentach dramatycznych zwrotów akcji przyglądałam się wszystkiemu raczej beznamiętnie – nie byłam zszokowana, nie byłam wzruszona. I mimo naprawdę atrakcyjnej szansy przyglądania się ówczesnej rzeczywistości z punktu widzenia elementu przestępczego półświatka oraz z karkołomnej pozycji stróża prawa w mieście opanowanym przez bezprawie, bohaterowie i ich życiowe sytuacje nie wzbudzili we mnie ani sympatii ani współczucia. Ani ekscytacji podczas ich wzajemnej gry w uwodzenie.

Być może na moje dość znudzone odczucia miało wpływ stosowanie „zaskakujących zwrotów akcji”, które pewnie by mnie zszokowały, gdybym nie widziała siedmiu sezonów Gry o Tron – czyli skoro czytelnik zdążył się już jako tako przyzwyczaić do jakiegoś bohatera, to znak, że najwyższy czas go ukatrupić. Albo przynajmniej poudawać. I może pierwszy z nich był nawet całkiem zaskakujący, ale autor próbował skorzystać kilkukrotnie z tego samego fortelu. Za drugim razem nikt już się chyba nie dał nabrać, a trzecie próba to już naprawdę przesada…

Tak naprawdę cała opowieść wciągnęła mnie mniej więcej na ostatnie 100 stron. I gdyby cała książka tak samo trzymała w napięciu jak jej zakończenie, to byłabym naprawdę pod wrażeniem.

Bo na tle całej powieści, jej zakończenie jest trochę jak upadek z urwiska – i całe szczęście, bo czwartego dowodu na nieśmiertelność moja cierpliwość mogłaby już nie zdzierżyć. A brak sielskiego happy endu odbieram raczej pozytywnie, bardzo pasuje do klimatu.

Podsumowując jest to raczej ponura historia o szukaniu swojego miejsca na świecie, o bijatykach, walce o wpływy, mafii, zemście, specyficznej miłości, poczuciu beznadziei i braku perspektyw na lepsze jutro. W gruncie rzeczy jest to powieść feministyczna, co doceniam jako kobiet i co mnie męczyło jako czytelniczkę nieumiejącą identyfikować się z postaciami kobiecymi (ach ta dusza szowinisty!). Nie jest ani nudna, ani porywająca, ani zaskakująca, ani przewidywalna. Warto przeczytać choćby dla samego klimatu, ale moim zdaniem nie ma co nastawiać się na fajerwerki, bo to jednak chyba bardziej powieść fantastyczno-historyczna, niż sensacyjna.

Z pewnością jeszcze kiedyś dam Mrozowi szansę, jednak nie sięgam po kolejną jego książkę z poczuciem niedosytu po poprzedniej.

Remigiusz Mróz, Świt, który nie nadejdzie, Poznań: Wydawnictwo Czwarta Strona, 2016, 528 s.

Za możliwość lektury dziękuję Joannie Hilińskiej, autorce bloga Subiektywnik Literacki i organizatorce Book Touru, w którym miałam przyjemność wziąć udział.

Czas na czytanie: „444” Maciej Siembieda

Burzliwe losy dzieł sztuki, zarówno tych szczęśliwie zachowanych w zbiorach polskich, jak i utraconych podczas niejednej wojennej zawieruchy, bywają gotowymi scenariuszami filmów akcji, lub tylko czekają na spisanie w powieści sensacyjnej (osobiście nie mogę się doczekać, aż ktoś w końcu sfabularyzuje losy „Sądu Ostatecznego” Memlinga, który wreszcie doczekał się porządnej popularyzacji. Bo historia jest genialna, ale i piekielnie trudna do przedstawienia.). Inspirują tajemnicze okoliczności powstania obrazów, niejasne pobudki fundatorów, rozbudowana symbolika, grabieże, oferty kupna, nanoszone poprawki i przemalowania, aż w końcu całkiem częste przypadki zniknięcia z kart historii, urwane tropy, domysły, trwające latami poszukiwania i cudowne odzyskiwanie skradzionych dóbr kultury, które co jakiś czas wypływają na aukcjach albo odnajdują się na strychu wiekowego esesmana.

„Portret młodzieńca” Rafaela, Bursztynowa Komnata, działalność słynnych „The Monuments Men” i w końcu „Chrzest Warneńczyka” Matejki pociągają nie tylko ze względu na kunszt artystyczny dzieł sztuki i nostalgię po ich utracie, ale również swoją historią, tajemniczością i obietnicą przygody.

Siembieda urzekł mnie ironicznym poczuciem humoru i zgrabnym połączeniem faktów historycznych z własnymi domysłami i czystą literacką fikcją. I genialnymi porównaniami!

„Po namyśle i przeliczeniu kalorii zdecydował się na kawałek francuskiego sera, którego nazwa w wolnym tłumaczeniu brzmiała: „nogi listonosza w sierpniu”, ale smakował wyśmienicie.”

Głównego bohatera naprawdę da się lubić. Ja polubiłam go momentalnie, gdy wykazał się  perfekcyjną znajomością moich ukochanych lektur z dzieciństwa. Bądźmy szczerzy – ludzi zaczytanych w „Tajemniczej Wyspie” nie można nie lubić.

„Tom – wyblakłej żółtej oprawie był tak zaczytany, że przypominał solidną porcję lasagne.”

– i choć miłośnicy książek „bez śladów użytkowania” i czciciele wszelkiego-słowa-jakie-kiedykolwiek-zostało-wydrukowane zapewne złapią się za głowy, to moje wydanie trylogii Verne’a wygląda bardzo podobnie.

Wracając do bohatera – Jakub Kania jest błyskotliwym prokuratorem IPNu specjalizującym się w ściganiu zbrodniarzy i odzieraniu z fałszu względnej prawdy historycznej, który zupełnym przypadkiem i całkiem prywatnie zaczyna interesować się sprawą zaginionego przed laty „Chrztu Warneńczyka” Matejki. Rozpoczyna więc poszukiwania w stylu Pana Samochodzika – zawędruje nawet na mazurskie wyspy! (A seria Nienackiego była, tuż obok Verne’a, drugą moją zaczytaną na śmierć, najulubieńszą lekturą beztroskich lat. Pewnie podobnie jak u większości historyków sztuki.).

I przy tym jest to powieść sensacyjna z prawdziwego zdarzenia – jest pilnie strzeżona przepowiednia, przedwieczne bractwo, tajemnicze zabójstwa, wojny religijne, wyścig z czasem i agenci potrafiący pokonać przeciwnika przy użyciu jednego palca. Tym, co szczególnie mi się podobało, jest brak „oszołomstwa”, często charakteryzującego książki tego gatunku – bohater nie jest mitycznym herosem (choć jak na mój gust jest nieco zbyt przystojny), popełnia błędy, bywa niepewny i nie zawsze rozwiązuje postawione przed nim zagadki. Dzięki bogatemu czerpaniu z historii (której wyobraźnia autora dodaje drugie dno) i zachowaniu umiaru podczas korzystania z efektów specjalnych jest to opowieść, w która naprawdę łatwo uwierzyć. Mimo pewnych bardzo sprzyjających bohaterowi zbiegów okoliczności – no bo kto z nas ma w rodzinie dwóch tajnych agentów zupełnie różnych wywiadów? Z drugiej strony ostatnie pięćdziesięciolecie to były naprawdę ciekawe czasy.

Wplatając w fabułę wiele pobocznych, pozornie nieistotnych wątków, Siembieda buduje historie kreowanych przez siebie postaci robiąc z nich osoby z krwi i kości – stworzone ze swych marzeń, doświadczeń, przeżyć, sukcesów i rozczarowań.

Duży plus również za nienachalny wątek romantyczny, który, choć bardzo istotny, w żadnym wypadku nie wysuwa się na pierwszy plan (chociaż Kasia również jest nieco zbyt urodziwa jak na mój gust. Ja chyba po prostu preferuję brzydali).

Podążając za słowami przedwiecznego proroctwa autor przenosi nas z miejsca na miejsce – od współczesnej Warszawy, gdzie dzieje osadzony został trzon fabularny historii, przez średniowieczne tereny dzisiejszej Portugalii, wojny Władysława Warneńczyka, dwór cara Aleksandra I, krakowską pracownię Matejki i powstanie styczniowe aż do odległej przyszłości. To prawdziwa żonglerka czasów, miejsc i kultur, gdzie wspólnym mianownikiem jest konflikt religijny między światami chrześcijaństwa i islamu. Niezwykle wciągająca podróż, którą pochłania się jednym tchem.

Jeśli coś mi się w tej książce nie podobało, to przeskok w przyszłość. Rozumiem konieczność tego zabiegu dla zamknięcia fabuły, podoba mi się również koncepcja, zgodnie z którą w ostatecznym rozrachunku bogaci będą biednymi, a pierwsi ostatnimi. Jednak tunele czasoprzestrzenne, awatary i skanowanie fal mózgowych to zupełnie nie moje klimaty. A i wizja potęgi, jaką w przyszłości (wreszcie) osiągnąć ma nasz kraj zdaje się być nieco zbyt utopijna. Chociaż moralizatorskiemu Matejce z pewności by się spodobała. Osobiście wolę jednak, żeby niektóre nierozwiązywalne tajemnice zostały tajemnicami.

Bardzo się cieszę z „odczarowania” Matejki, który dotychczas wrzucany był do jednego worka z malarstwem historycznym i „malarzami końskich zadów”, przez co odbierany jest jako artysta po prostu nudny i nieciekawy. Ba, pamiętam nawet, że niektórymi jego dziełami narracyjnymi ilustrowane były moje podręczniki do historii (sic! a przecież nie jestem jeszcze bardzo stara!), choć trudno o malarza bardziej ahistorycznego niż właśnie Matejko. Fantastycznie, że ktoś w końcu sięgnął po mistycyzm i historiozofię „malarza straconych szans”.

Polecam fanom historycznych zagadek i niewyjaśnionych tajemnic. Sama z wielką chęcią sięgnę po kolejny tom przygód prokuratora Kani.

Maciej Siembieda, 444, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2017, 560 s.

Za przyjemność lektury dziękuję wydawnictwu Wielka Litera.

Czas na czytanie: „Przeczucie” Tetsuya Honda

„Japoński kryminał” – to brzmi dziwnie. Skandynawskie, brytyjskie, francuskie czy amerykańskie obiły mi się o uszy (i oczy), ale japońskie? Może to kwestia zatrważających braków w edukacji, ale Japończycy kojarzą mi się raczej z minimalizmem, literaturą filozoficzną (egzystencjonalną?) i lapidarną poezją, z historiami wojennymi i opowieściami miłosnymi z dworskim życiem w tle, a także z nieco dziwacznym science-fiction. Jednocześnie dobrze wiem, że ten kraj potrafi szokować, tym chętniej sięgnęłam po książkę Hondy. W końcu z im bardziej odległą kulturą mamy do czynienia, tym bywa ciekawiej. I nie zawiodłam się ani odrobinę.

Wydało mi się niezwykle egzotyczne, że policjanci częściej poruszają się pociągami, niż radiowozem, wszyscy się wszystkim kłaniają i stale ktoś kogoś przeprasza. A jednocześnie motyw zbrodni, jak i sama jej realizacja są naprawdę chore – nikt nie podejrzewałby o takie pomysły grzecznych, ułożonych i honorowych mieszkańców Kraju Kwitnącej Wiśni. Nie ma co, Japonia jest ewidentnie krajem pełnym sprzeczności.

Historia „Przeczucia” jest przedstawiona z trzech punktów widzenia – młodziutkiej komisarz-prymuski prędko pnącej się po szczeblach kariery, starego policyjnego wygi o podwójnej moralności i nie do końca określonej sprawczyni. Dzięki temu nie tylko jesteśmy na bieżąco z rozwojem sytuacji i tokiem śledztwa, ale poznajemy również samych bohaterów, ich odczucia, emocje, charaktery oraz wspomnienia i doświadczenia, które ukształtowały ich osobowości.

Reiko Himekawa jest obdarzoną wyjątkową intuicją śledczą, która szybko wywalczyła sobie miejsce w zdominowanej przez mężczyzn policyjnej hierarchii.  Twarda, zdeterminowana i niezależna, całe serce oddaje pracy. Z drugiej strony prowadzi prywatną walkę z zaniżonym poczuciem własnej wartości po traumatycznym zdarzeniu sprzed lat, podsycanym natrętnymi nagabywaniami rodziny i przyjaciół o zamążpójście. Bardzo przejmuje się zdaniem innych, niemal obsesyjnie myśli o własnej prezencji. W życiu prywatnym trochę chce, a trochę nie chce wahając się między adoratorami i własnymi chęciami-niechęciami.

Kensaku Katsumata to na pierwszy rzut oka (na drugi i trzeci również) cham i burak. Komisarz, zdegradowany członek służb specjalnych. Szowinistyczna świnia, gruboskórny drań zamknięty w klatce własnych uprzedzeń. Zapatrzony w siebie skrajny egoista i narcyz. Nie szanuje chyba nikogo, dla rozwiązania sprawy nie cofnie się przed niczym… poza oddaniem tropu kogoś innemu. Pełen pogardy dla świata i każdego napotkanego człowieka. W ramach rozrywki znęca się nad słabszymi, co choć na chwilę poprawia mu humor. Kompletnie pozbawiony taktu i wrażliwości gbur – oto szybka charakterystyka rywala i zaciekłego wroga Himekawy. Które z nich wygra wyścig o chwałę i jako pierwsze rozwikła zagadkę tajemniczego mordercy?

A im dalej posuwa się śledztwo, tym zbrodnia staje się brutalniejsza, dziwniejsza i bardziej niepokojąca angażując więcej i więcej pozornie zwykłych szarych obywateli.

Moim zdaniem to naprawdę dobry kryminał – spójny i przemyślany, usiany drobnymi wskazówkami i czasem nawet zbyt narzuconymi fałszywymi tropami, praktycznie przez cały czas trzyma w niepewności. Dopracowany pod względem ciekawostek z zakresu kryminologii i patologii sądowej oraz zaburzeń psychicznych (największe wrażenie zrobił na mnie pozornie łagodny i mało morderczy mutyzm). Do samego końca nie domyśliłam się kto był wspólnikiem w zbrodni, a i w tożsamość samej morderczyni zdążało mi się powątpiewać.

Super, że Pani Detektyw, mimo niewątpliwego instynktu, nie jest ani pozbawiona słabości, ani nadnaturalnie błyskotliwa ani wszechwiedząca. A zakończenie jest zaskoczeniem nie tylko pod względem tożsamości sprawcy, ale również i samego jej rozwiązania.

Tetsuya Honda, Przeczucie, Kraków: Wydawnictwo Znak Literanova, 2017, 350 s.
(premiera książki 16 sierpnia 2017)

Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak Literanova.

Czas na czytanie: „Dziewczyna z pociągu” Paula Hawkins

„Dziewczynę z pociągu” zabrałam ze sobą w drogę do Warszawy – trzy godziny w jedną stronę, wciągający kryminał powinien sprawić, że kompletnie stracę poczucie czasu. A że pociągiem podróżuję raz na kilka lat, jest to spore wyróżnienie. „Będzie klimatycznie!” – pomyślałam. Ale niestety. Z ręką na sercu przyznaję, że ta książka zmieniła moje trzy godziny jazdy w najdłuższą podróż świata – jest po prostu przeraźliwie nudna! Po 120 stronach liczyłam pola rzepaku za oknem, żeby tylko nie wracać do Rachel i jej żałosnego, samotnego i szaro-burego jak flaki z olejem życia. W drodze powrotnej (jako że było już ciemno za oknem i rzepak był już niewidoczny) zasnęłam w trakcie lektury. Dwa razy.

I nie mówię, że pomysł jest zły – sama fabuła jest całkiem ciekawie skonstruowana, intryga, motyw, rodzinne problemy i sama zagadka naprawdę miały potencjał. Ale moim zdaniem wszystko zostało zaprzepaszczone przez zdecydowanie za długi wstęp, kiedy to niby coś się dzieje, ale tak naprawdę słychać cykającego w tle świerszcza (spokojnie można czytać tą książkę mniej więcej od 200 strony bez większych strat w fabule) i płytkich, nieciekawych bohaterów. Sam morderca pod koniec robi się całkiem ciekawy, ale cała akcja trwa może ze 3 strony. I to jest jedyny przykład jakiejkolwiek próby pogłębienia psychologicznego postaci.

IMG_20170520_051922_899

Rozczarowana swoim nieudanym życiem Rachel uprzyjemnia sobie egzystencję obserwując jeden z mijanych domów, widoczny przez okno pociągu. Fantazje na temat życia pewnej, oglądanej dwa razy dziennie pary są jej sposobem na radzenie sobie z rutyną, a ucieczka w świat wyobraźni pomaga jej nieco rozwiać mroki samotnej codzienności. Pewnego dnia dostrzega jednak coś, czego widzieć nie powinna i okazuje się, że jej wyidealizowana historia nie ma za wiele wspólnego z rzeczywistością. Pogrążona w depresji i chorobie alkoholowej bohaterka znajduje cel, a pomoc w odkryciu prawdy staje się jej motorem do działania. Niestety, Rachel – detektyw jest równie nudna, pozbawiona refleksji i głębi, co bierna Rachel – skopofilka.

To smutna historia o uzależnianiach – od alkoholu, od mężczyzny i od kłamstwa. Po tak zachwalanej i rozdmuchanej medialnie pozycji spodziewałam się jednak znacznie więcej – dreszczu niepokoju, demonicznego czarnego charakteru, narodzin geniusza zła. Tymczasem, mimo coraz większej ilości informacji, które czytelnik ma szanse poznać, same postacie stoją w miejscu. Mimo kolejnych życiowych doświadczeń, ich charaktery nie ulegają zmianom, nie rozwijają się, nie ewoluują – jedna wielka stagnacja. I choć pod koniec okazuje się, że psychika zbrodniarza jest całkiem ciekawa i naprawdę przerażająca, w jego przypadku nie zostaje nam dane dowiedzieć się przyczyn tych odchyłów. Szkoda.

Zakończenie również wydaje mi się nieco naiwne, szczególnie jeśli chodzi o działanie wymiaru sprawiedliwości, kiedy to osoba winna zabójstwu wieczorem jest już na wolności i w dodatku opuszcza miasto. Nie wydaje mi się, żeby w rzeczywistości wszystko poszło równie gładko.

Dobry pomysł, świetny marketing, duże litery, zmarnowany potencjał i sporo nudy. Nawet nie chcę sobie wyobrażać filmu na podstawie tej pozycji.

Paula Hawkins, Dziewczyna z pociągu, Warszawa: Świat Książki, 2016, 328 s.