Czas na czytanie: „Boginie” Alex Michaelides

W przeciwieństwie do debiutu autora, który był przede wszystkim thrillerem psychologicznym, jego druga książka mocno miesza ten gatunek z kryminałem, skłaniając się jednak bardziej ku temu drugiemu.

Mariana jest młodą psychoterapeutką grupową, która nie potrafi pogodzić się z pustką po utracie męża. Kiedy przyjaciółka jej ukochanej siostrzenicy zostaje brutalnie zamordowana, Mariana obsesyjnie angażuje się w śledztwo dążąc do ujęcia i ukarania wykładowcy, o którego winie jest absolutnie przekonana. Tymczasem giną kolejne studentki, członkinie tajemniczego, elitarnego bractwa.

Podobało mi się przedstawienie miejsca akcji, uczelniany klimat starych murów i ciężaru historii, chociaż sama koncepcja tajemnego studenckiego stowarzyszenia dla wybranych, która bardzo mnie zachęciła do lektury została moim zdaniem potraktowana bardzo powierzchownie i „po macoszemu”, a szkoda. Drugim ciekawym motywem było wykorzystanie mitologii i motywów z greckich tragedii jako teatralnej oprawy dla popełnianych zbrodni. Cała ta rytualizacja i fascynacja antykiem przywodziła mi nieco na myśl „Tajemną historię”, choć w tym przypadku została przedstawiona w znacznie mniej mroczny i hipnotyzujący sposób. I tego też trochę mi żal.  

Przez całą książkę Michelides podsuwa nam potencjalnych podejrzanych (poza samym charyzmatycznym, mrocznym wykładowcą) i poszlaki, mogące wskazywać na ich winę, przez co w pewnym momencie miałam aż przesyt mężczyzn kręcących się wokół właściwie nijakiej głównej bohaterki. Niemniej jednak jest się nad czym zastanawiać i kogo podejrzewać. Pojawi się również nawiązanie do „Pacjentki”, bo obie fabuły w niewielkim stopniu się ze sobą splatają.

Z jednej strony takie poszukiwanie sprawcy całkiem mi odpowiadało, chociaż sama bohaterka była raczej męcząca. Niestety wydaje mi się jednak, że przy całym tym skupieniu na generowaniu kolejnych podejrzanych, zabrakło dbałości o realizm, przez co niestety całość wypada dość naiwnie – m.in. obca osoba (nawet, jeśli była studentka) zamieszkuje na uczelni od tak, zaczepia studentów, kręci się po kampusie, kłamie, że działa na zlecenie dziekana i nikt jakoś nie ma z tym problemu. Dziekan też nie reaguje w żaden sposób.

W moim odczuciu wątki związane z domorosłym śledztwem bohaterki trochę za bardzo dominują nad sylwetką złoczyńcy, którego to portret psychologiczny mógłby być bardziej dopracowany. Podobnie brakowało mi nieco pogłębienia psychologicznego samej Mariany i jej siostrzenicy Zoe.

„Pacjentka” miała w sobie element zaskoczenia, który dodawał książce „efektu wow” i stał się jej wyróżnikiem w morzu książek o podobnej tematyce. I chociaż „Boginie” również ofiarują nam plot twist, w tym przypadku już się go jednak trochę spodziewamy i gorączkowo wyczekujemy tego obrotu fabuły o 180 stopni. Czego skutkiem jest zupełny brak zaskoczenia, kiedy ten już nastąpi. Dla mnie okazał się też trochę rozczarowujący, bo udało mi się zdemaskować sprawcę wcześniej, niż zaplanował to autor. Co z drugiej strony zawsze daje czytelnikowi pewną satysfakcję.

Jest pewien rodzaj książki, który lubię określać mianem „idealnej na podróż”, chociaż oczywiście świetnie sprawdzi się również w innych sytuacjach wymagających pewnej podzielności uwagi i częstego przerywania lektury, np. w kolejce do lekarza. I „Boginie” jest jego idealnym przykładem – składa się z króciutkich rozdziałów (czasem nawet dwustronicowych), jest przedstawiona właściwie całkowicie z punktu widzenia jednego bohatera, nie wymaga ciągłego nadążania za fabułą (która też nie jest szczególnie dynamiczna), została napisana prostym językiem i nie trzeba zapamiętywać dużej ilości szczegółów. Przeczytałam ją włócząc się po kawiarniach i wiercąc w poczekalni dla rodziców w oczekiwaniu aż córka skończy swoje rozmaite balety zajęcia plastyczne w Pałacu Młodzieży.

Nie czyta się jej z zapartym tchem, nie jest wolna od niedociągnięć i rozwiązanie zagadki nie jest tak zaskakujące jak w przypadku pierwszej książki autora, niemniej jednak okazała się przyjemną rozrywką na czas oczekiwania.

Polecam jako lekkie czytadło pochłaniane niejako „mimochodem” i radzę nie nastawiać się na poruszający thriller, od którego nie sposób się oderwać i który nie da o sobie zapomnieć. Takie nastawienie wydaje mi się być gwarantem satysfakcji z lektury.

Alex Michaelides, Boginie, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B, 2021, 368 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.

Czas na czytanie: „Druga szansa” Katarzyna Berenika Miszczuk

Julia budzi się po wypadku w dość niestandardowym ośrodku psychiatrycznym. Nie pamięta niczego ze swojego życia ani pożaru, w którym podobno zginęła cała jej rodzina. Mimo obietnic personelu utracone wspomnienia nie powracają, pojawiają się natomiast upiorne wizje i nawołujące ją głosy rodem z horrorów. Czy oniryczna, coraz bardziej koszmarna rzeczywistość to efekt halucynogennych leków, urazu głowy, postępującej choroby psychicznej, a może podejrzana terapeutka nie mówi Julii całej prawdy? Jak to możliwe, że w ośrodku zaczynają dziać się coraz bardziej niepokojące rzeczy, a poznany w nim chłopak wydaje się dzielić omamy bohaterki?

Nie potrafię określić w czym dokładnie leży problem tej książki – może brakowało mi bardziej plastycznych opisów, może kompletny brak sympatii do głównej bohaterki nie pozwalał mi uczestniczyć w jej rozchwianych emocjach i poczuciu zagubienia, a może sposób prowadzenia narracji był zbyt leniwy i mało emocjonujący – ale przez większą część lektury ta historia zupełnie mnie nie porwała. Brakowało mi tego dreszczyku nie pozwalającego odłożyć książki ani na moment i każącego siedzieć jak na szpilkach, bo „co będzie dalej, co będzie dalej”, wręcz przeciwnie – kolejne naiwne podejrzenia i posunięcia bohaterki budziły we mnie raczej zniechęcenie, niż chęć poznania dalszego ciągu. Z drugiej strony pogłębiające się wizje sprawiały raczej groteskowe, niż straszne wrażenie.

Drażniło mnie oderwanie książkowych realiów od rzeczywistości – niestety nie w formie prześladującego czytelnika przeczucia „dzieje się tutaj coś dziwnego, zaraz z szafy wyskoczy jakiś szkielet”, a raczej w formie ignorowania podstawowych zasad. Na przykład pozostawianie przyjmowania psychotropów w gestii pacjenta (wyobrażacie sobie zostawienie pacjentowi całej fiolki leków? Nie tylko niezrównoważonemu psychicznie, ale jakiemukolwiek? Przecież w szpitalach nawet paracetamol i czopki glicerynowe wydają pojedynczo i pod kontrolą lekarza!), psychiatrę zwracającego się do pacjentki słowami „Co ty bredzisz?” czy mocno zaburzonych pacjentów poruszających się po terenie ośrodka bez żadnej kontroli. Terenie zalesionym i z jeziorem pośrodku.

Niemniej jednak samo zakończenie, choć dla mnie bez „efektu wow”, okazało się całkiem ciekawa koncepcją – zarówno pod względem wytłumaczenia stanów psychicznych bohaterki, jak i niepozbawionej fantastycznej niesamowitości historii ośrodka – i to ono niewątpliwie ratuje całą książkę.

Największym plusem, poza rozwiązaniem zagadki, była postać Edytki – autystycznej córki właściciela ośrodka, której niepokojące zachowanie robiło zdecydowanie większe wrażenie niż wszystkie ośrodkowe koszmary. Moim zdaniem to jedyna dobrze wykreowana postać tej książki.

Największym minusem natomiast okazał się płaski, wymuszony wątek romantyczny, przypominający bardziej napastowanie (raz z jednej, raz z drugiej strony), niż relację opartą na emocjach i wspólnych doświadczeniach.

Podsumowując – pomysł dobry, wykonanie takie sobie. Trochę thriller psychologiczny, trochę horror, a jednak nie wzbudził we mnie szczególnych emocji.

Niemniej jednak bardzo chętnie obejrzę serial inspirowany powieścią. Wydaje mi się, że dobrze przygotowana warstwa wizualna może poprawić niedociągnięcia książki i faktycznie zmienić groteskowe w straszne i nudnawe w intrygujące. Wiążę z nim spore nadzieje!

Katarzyna Berenika Miszczuk, Druga szansa, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2021, 336 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Bezgwiezdne morze” Erin Morgenstern

Książka, która zachwyciła mnie od pierwszych stron, znużyła w połowie i udobruchała zakończeniem.

„Bądź dzielna (…). Bądź odważna. Nie bój się głośno mówić. Nigdy się nie zmieniaj, chyba że dla samej siebie (…). Nie trać czasu na nikogo, kto ci nie wierzy, kiedy mówisz, co czujesz”.

Cudownie napisana, od pierwszych zdań obiecuje wyjątkową przygodę i, co jeszcze ważniejsze, spełnia tą obietnicę.

Zachary Ezra Rawlins jest synem wróżbiarki, trochę odludkiem, fanem wymyślnych drinków, studentem „gier komputerowych” i zapalonym bywalcem biblioteki. Aż do dnia, w którym dowiaduje się, że jest także bohaterem niebanalnej opowieści. Tym bardziej niesamowitej, że dziejącej się naprawdę. O ile tylko zdecyduje się wziąć w niej udział.

„(…) jest wyznawcą słuchania z zapartym tchem opowieści, ekstazy z dzwonieniem w uszach na przeciągających się do późna koncertach i perfekcyjnych kombinacji przycisków w walkach z bossami. Że jego religia jest pod ciszą warstwy świeżego śniegu, w skrupulatnie sporządzonym koktajlu, między stronami książki gdzieś za początkiem, ale jeszcze przed końcem”.

Zdumiewająca kraina nad Bezgwiezdnym Morzem to prawdziwy raj dla bibliofilów, pełen nawiązań do najulubieńszych powieści, gdzie każdy szczegół to jest mrugnięciem oka w kierunku czytelnika. Gdzie baśnie mają własne życie, a życie jest baśnią i wszystko to przeplata się wzajemnie w ogromną fantasmagorię pochłaniającą bohaterów w całości i nieoddającą ani kosteczki. Gdzie tajemnica goni tajemnicę, inkluzywne mistyczne stowarzyszenia czekają na rozszyfrowanie, śmiertelnie groźni wrogowie depczą po piętach, a widmo zagłady wisi nad światem (jakże by inaczej?). Gdzie w żaden sposób nie jesteśmy w stanie przewidzieć kolejnych zdarzeń, a co krok czeka nowe zaskoczenie.

Był jednak moment (mam silne podejrzenia, że autorsko zamierzony), kiedy tułaczka po tym niesamowitym świecie – choć coraz trudniejsza i potworniejsza, obfitująca w dramatyczne zwroty akcji – zaczęła mnie nużyć. Przyszedł moment, kiedy cały ten miód baśniowości zaczął mnie dławić i ulewać mi się uszami i chciałam już tylko jak najszybciej znaleźć wyjście z tej króliczej nory. W końcu jak to mówili w świecie Wiedźmina – każdy sen, nawet ten najpiękniejszy, zbyt długo śniony w końcu musi się zmienić w koszmar. Każda historia potrzebuje swojego finału, a każdy świat fantazji trzeba kiedyś opuścić, choćbyśmy nie wiem jak bardzo zżyli się z bohaterami. I Erin Morgenstern daje nam opowieść, która rozpaczliwie dąży do zakończenia.

„Finały nadają sens opowieściom”.

Zdecydowanie fantastyka, ale w kierunku baśniowej, romantycznej niesamowitości. Bardzo magiczna, niesamowicie erudycyjna, ze sporą rolą bibliotekarsko-detektywistycznego śledztwa i szczyptą romansu. Bo co to za opowieść bez romantycznego wątku? W końcu wszystkie historie tak naprawdę są o miłości.

„Dziwne, prawda? Kochać książkę. Kiedy wyrazy na stronie stają się tak ważne, jakby były częścią twojej własnej historii, którą zresztą są”.

I jeszcze ostatnie przemyślenie, które dotarło do mnie właściwie dopiero trochę po lekturze, a w sumie bardzo to doceniam – mianowicie główni bohaterowie są homoseksualni. I ten homoseksualizm został tu potraktowany jako fakt, a nie temat, czy problem. To chyba pierwszy raz, kiedy czytałam książkę, w której osoby nieheteronormatywne zostały potraktowane tak naturalnie – bez związanych z tym dramatów, zmagania się z nietolerancją i przeciwnościami losu, odkrywania tożsamości czy własnej wartości – po prostu jak każda inna książkowa para. Orientacja seksualna nie wybija się ponad ich charaktery, i nie dominuje nad opisanymi przygodami. Właściwie nie ma znaczenia, jest tylko jedną z wielu cech postaci. Śmiem rzec, że tą mniej znaczącą.

Mam nadzieję, że niedługo przyjedzie nam żyć w czasach, w których nie będzie to niczym odmiennym ani zaskakującym. Czego życzę Wam i sobie.

Erin Morgenstern, Bezgwiezdne morze, Warszawa: Wydawnictwo Świat Książki, 2020, 608 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Znaleziona” Gytha Lodge

Podczas zakrapianego alkoholem biwaku grupki nastolatków najmłodsza z jego uczestniczek – Aurora – znika bez śladu i mimo rozpaczy przyjaciół nie udaje jej się odnaleźć. 30 lat później ciało dziewczyny zostaje znalezione w niepokojących okolicznościach i śledztwo w sprawie jej śmierci zostaje wznowione. Szybko okazuje się jednak, że zeznania jej towarzyszy coraz bardziej zaczynają się wykluczać, a każdy z nich wydaje się coś ukrywać. Czy ktoś z nich jest zabójcą?

Zdecydowanie nie był to trzymający w napięciach thriller, którego się spodziewałam, wręcz przeciwnie – aż do kulminacyjnej sceny czytałam raczej bez większych emocji. A to dlatego, że „Znaleziona” jest raczej statecznym opisem prowadzonego śledztwa pełnego przeglądania akt, porównywania informacji sprzed 30 lat i kolejnych przesłuchań świadków.

Fabuła opiera się na dość oklepanym, ale sprawdzonym schemacie, przez co podczas lektury miałam wrażenie, że skądś już znam tą historię – mamy tu hermetyczny krąg przyjaciół w zmowie milczenia, bezwzględnie stojących za sobą murem, gdzie mimo różnych animozji każdy zdaje się chronić innych. Kiedy jednak tragiczna historia wraca do nich po latach, wzmagają się podejrzenia, wzrasta niepewność i niechęć, powracają dawne urazy. Przez co podejrzenia padają właściwie na każdego z nich, po kolei. I mimo wielu wskazówek, które autorka pozostawia czytelnikowi po drodze, nie udało mi się odgadnąć tożsamości mordercy niemalże do samego końca.

Chociaż zazwyczaj nie przepadam za przeskokami w czasie, tym razem prowadzona dwutorowo narracja wychodzi powieści na plus – toczące się śledztwo i mozolnie rekonstruowany przez detektywów opis wieczoru, w którym doszło do zbrodni, uzupełniają retrospektywne wstawki opowiedziane z punktu widzenia ofiary. Co w tym przypadku jest istotnym urozmaiceniem akcji.

Nie jest to typ książki, którą czyta się z zapartym tchem, ale mimo to czyta się bardzo dobrze. Mam wrażenie, że to wstęp do cyklu powieści kryminalnych i chętnie sięgnę po kolejne części, tym razem już z nieco innym nastawieniem.

Gytha Lodge, Znaleziona, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B, 2021, 430 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.

Czas na czytanie: „Vicious: Nikczemni”, „Vengful: Mściwi” V. E. Schwab

Do twórczości V. E. Schwab już od dawna chciałam zrobić podejście, a że (jak dziwnie by to nie brzmiało) lubię czytać o psychopatach, wybór tytułu stał się oczywisty. Szczególnie, ze udało mi się upolować egzemplarz w ramach ostatniej edycji Wielkiej Wymiany Książkowej.

Eliot Cardale i Victor Vale – dwoje zdolnych i ambitnych przyjaciół oraz niestandardowy projekt badawczy. W istnienie osób o Ponad Przeciętnych zdolnościach mało kto wierzy, dlatego praca dyplomowa mająca na celu nie tyle udowodnienie ich istnienia, a odkrycie sposobu nabywania tych szczególnych, ponadnaturalnych zdolnościach budzi tylko uśmieszki politowania. Czy to wypada, by najlepszy uczeń zajmował się taką farsą?

Kiedy jednak najlepszy uczeń, za namową i pomysłem socjopatycznego najlepszego przyjaciela, podda się pragnieniu wiedzy i udowodnienia niemożliwego eksperyment może wyrwać się spod kontroli. A jeśli biorą w nim udział dwie równie uparte i dumne jednostki, przekonane o sile swoich racji, nie trudno o tragedię. A to będzie dopiero początek…

Znajdziemy tu osoby PonadPrzeciętne władające supermocami i eksperymenty naukowe, bezrefleksyjnych, nieco (przynajmniej na początku) szalonych geniuszy absolutnie pewnych siebie i swoich teorii, zazdrosnych i niespecjalnie przejmujących się etyką oraz sporą dawkę religijnego fanatyzmu. Będzie igranie z zżyciem i śmiercią, sporo strzelania, głęboko chowanej urazy, zdrady, potrzeby poklasku i poczucia misji, bardzo względnie postrzeganej moralności, pogoni za zemstą i wreszcie – intrygujących bohaterów, którzy zaczynają zyskiwać dopiero po dłuższym czasie. Na co niewątpliwy wpływ ma dwutorowo prowadzona narracja, w której chwila obecna przenika się ze wspomnieniami przeszłości.

Trochę mroczne urban fantasy, trochę thriller psychologiczny, trochę komiksowa historia z superbohaterami w roli głównej. Tylko w tym przypadku nie bardzo wiadomo kto jest bohaterem, a kto złoczyńcą.

I jak pierwszą połowę książki raczej przemęczyłam rozczarowana bardzo powierzchowną kreacją bohaterów i brakiem głębi w ich relacji, tak pod koniec zaczęłam wkręcać się na tyle, że od razu zarezerwowałam w bibliotece drugi tom. Jak dla mnie trochę za długo się rozkręcała i chyba nie do końca odpowiadają mi tego rodzaju skoki w czasie, ale cieszę się, że jednak dałam jej szansę. Na pewno nie trafi na moją listę ulubionych, ale jednocześnie byłam strasznie ciekawa ciągu dalszego tej historii.

Twór dziwny, ale im dalej w las, tym bardziej pociągający. W ten niepokojący sposób.
Dołączam do mojej kolekcji książkowych dziobaków.

V. E. Schwab, Vicious: Nikczemni, Poznań: Wydawnictwo We Need YA, 2019, 448 s.

UWAGA, dalsza część recenzji odnosi się do tomu drugiego, jeśli nie czytaliście jeszcze „Nikczemnych”, możecie trafić na SPOILERY!

Od razu na wstępie mogę powiedzieć, że w drugim tomie „Złoczyńców” znalazłam to, czego tak bardzo brakowało mi w pierwszym – pogłębienie psychologiczne naszego psychopaty. Czytelnik dostaje szansę poznania dzieciństwa Elia, jego sytuacji rodzinnej, wydarzeń i decyzji, które ukształtowały jego charakter i wiarę. Będziemy obserwować sposób, w jaki nauczył się nakładać maskę młodzieńca idealnego oraz początki jego relacji z Victorem, który od samego początku potrafił ta maskę przejrzeć.

To właśnie te elementy były dla mnie fabularną dziurą w pierwszej części i wypłaszczały mi kreację bohaterów. I dzięki nim „Mściwych” zaczęłam czytać od pierwszej strony z zapartym tchem.

Jak można było się spodziewać po zakończeniu „Nikczemnych”, wskrzeszenie nie odbiło się dobrze na mocach Victora, a znalezienie lekarstwa na szwankującą moc osoby PP to nie jest spacer po parku. Szczególnie, kiedy po piętach zaczyna Ci deptać nowy-stary wróg, tym razem ze zdecydowanie lepszym zapleczem, a w mieście Merit (coraz bardziej przypominającym mi Sin City), na gruzach mafijnego świata powstaje nowa, wyjątkowo potężna Ponad Przeciętna. I to taka, która nie zamierza kryć się w cieniu i nie waha się używać swojej niszczycielskiej nocy ani przeciwko ludziom, ani przeciwko innym osobom obdarzonym wyjątkowymi umiejętnościami. A nic nie potrafi tak dobrze zjednoczyć, jak wspólny wróg. Czy jednak sojusze oparte na takich fundamentach okażą się mniej ulotne niż mgnienie oka?

Po raz kolejny będziemy świadkami krwawego i bezwzględnego pościgu, w którym jest się jednocześnie i łowcą i zwierzyną. Nie zabraknie eksperymentów medycznych – jeszcze okrutniejszych niż te, których dopuszczali się Elio z Victorem w akademiku, wyścigu analitycznych umysłów, nieprzedawnionych uraz i pogoni za zemstą.

Tym razem, dla odmiany trochę dłużył mi się środek, myślę, że obie książki spokojnie mogłyby być nieco szczuplejsze, a bardziej skondensowane, w tym przypadku dłużyzna nie wychodzi historii na dobre. Mimo to wciągnęła mnie już od pierwszych stron, nie brakuje w niej  akcji ani spektakularnych atrakcji, a i zakończenie było satysfakcjonujące.

Dziwna, ale ciekawa seria, z taką mieszanką jeszcze nie miałam do czynienia. I chociaż nie muszę mieć jej na półce i raczej nigdy już do niej nie wrócę, to był dobrze spędzony czas.

V. E. Schwab, Vengful: Mściwi, Poznań: Wydawnictwo We Need YA, 2020, 544 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Pod skórą” Liz Nugent

Po raz kolejny Liz Nugent stworzyła bohaterkę, której się nie znosi właściwie od pierwszej chwili i przy tym nie można powstrzymać się od współczucia. Przede wszystkim kata, ale pośrednio również ofiarę. Postać tragiczną na każdej płaszczyźnie, przynoszącą nieszczęście sobie i innym. Zagubioną, skrzywdzoną i krzywdzącą każdego, kogo potka na swej drodze.

Z jednej strony, mimo widma morderstwa (opisanego na pierwszych stronach, więc to żaden spam) przez sporą część książki miałam wrażenie, że czytam nie thriller, a obyczajówkę – relację z życia nieszczęśliwej kobiety od wczesnego dzieciństwa aż do śmierci. Ale wystarczy sama postać głównej bohaterki, jej sposób postrzegania świata, nieświadomość i ważkie podejście wobec zła, jakie wyrządza innym i tragiczne w skutkach decyzje, jakie podejmuje potrafią przyprawić o zimny dreszcz na plecach. Szczególnie, gdy do czytelnika dociera jak wielki i zarazem druzgocący wpływ na nasze życie może mieć zupełnie przypadkowo poznana osoba…

Niestabilny, zagmatwany umysł wahający się stale między olbrzymimi kompleksami a patologicznym poczuciem wyższości i narcyzmem. Socjopatka nie rozumiejąca emocji innych, nie mająca w sobie kropli empatii i nie znajdująca w sobie żadnych wyższych uczuć poza przywiązaniem do morza. I może do wystawnego życia też. Archetypiczna femme fatale nie dbająca o nic i nikogo poza samą sobą.

Z drugiej strony jednak to przygnębiający obraz zaniedbań związanych ze zdrowiem psychicznym, przemocy i potwornym dzieciństwem, destrukcyjny wpływ postrzegania kobiety jedynie w roli matki, nawet jeśli ta otwarcie mówi o swojej niechęci do dziecka i dzieci w ogóle oraz karkołomna walka z koniecznością sprostania wymaganiom, dopasowania do społecznych konwenansów. Jakże inaczej mogłaby się potoczyć ta historia, gdyby Delia mogła zostać rybaczką, żeglarką albo właścicielką nadmorskiego pensjonatu?

To też surowa, ale liryczna opowieść o wymierającej społeczności, przywiązaniu do natury i małej ojczyzny oraz całkiem moralizatorski przykład niebezpieczeństwa nacjonalizmu w skali mikro.

A pojawiające się co jakiś czas we wspomnieniach bohaterki upiorne bajki z dzieciństwa dodają książce poczucia niepokojącej niesamowitości. Nie zabraknie też wstrząsającego plot twistu na zakończenie.

Bardzo dobra książka, nie mogłam się oderwać. Chyba podobała mi się nawet jeszcze bardziej niż „Obsesja Lydii”.

Liz Nugent, Pod skórą, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2021, 368 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wielka Litera.

Czas na czytanie: „Zamieć” Christian Unge

Od wydania pierwszego tomu „Czarnej Trylogii” minął już ponad rok i trochę już straciłam nadzieję na poznanie dalszych przygód Tekli Berg. A tu proszę, nareszcie pojawił się kolejny tom.

Jako, że z akcji „Przejdź przez wodę, krocz przez ogień” nie za wiele już pamiętałam, poza ogólnymi wrażeniami z lektury towarzyszyła mi obawa, że będzie mi się trudno na nowo wczuć w ten klimat. Okazało się jednak, że nawet nie miałam kiedy się tym zmartwić – Christian Unge po raz kolejny rzucił czytelników w sam środek dramatycznej akcji. I chociaż to kolejna część serii (zdecydowanie warto więc znać poprzednią!), to jednak odrębna historia, zupełnie nowy przypadek do rozwiązania i zarazem nowa sprawa z cyklu tych kryminalnych.

Genialna i nieco szalona Tekla – moja ulubiona „córka doktora House’a i Lisbeth Salander” – po raz kolejny daje czadu. Kompletnie nie radzi sobie z relacjami społecznymi, za nic ma te zasady i nakazy, które uważa za bezsensowne i nie bardzo potrafi w autorytety za to jest świetna w karkołomne i ryzykowne decyzje. Odżywiając się niemal wyłącznie kofeiną i amfetaminą zawsze stawia na pierwszym miejscu dobro pacjenta i nie zawaha się walczyć o nie jak lwica. Walczyć zarówno z naturą, dosłownie wyrywając rannych i chorych ze szponów śmierci, jak i z bezwzględnością biurokracji i przepychanek.

„(…) nie chciała do końca uchodzić za odludka, którym była w głębi serca. Dlaczego cały ten świat pomyślano dla par? Dlaczego jeśli ktoś wolał żyć sam, był z definicji przegrany? Ofiara? Tekla nie uważała się za ofiarę, miała mnóstwo kontaktów z lekarzami i pielęgniarkami, nie chciała po prostu uprawiać z nimi seksu. Dlaczego to nie wystarczyło, żeby wszystkich zadowolić?”

Na oddział trafia dwóch mężczyzn z wypadku samochodowego, dzięki swojej fotograficznej pamięci, Tekla cudem ratuje życie jednego z nich. W podziemiach szpitala, gołymi rękami (tak się tylko mówi, w „rzeczywistości” miała rękawiczki – aseptyka przede wszystkim!).

Tymczasem do szpitala wchodzi dziwnie zachowująca się kobieta z małym chłopcem. Czego szuka błąkając się po korytarzach budynku? Jaki cel jest na tyle ważny, by zignorować objawy chorobowe nękające jej ciało i uparcie przeć do przodu? Czy Tekla zdoła rozwikłać zagadkę tajemniczych wypadków i ocalić osobę, która zupełnie nagle stanie się dla niej bardzo ważna? I czy uda się tego dokonać w nie do końca sprzyjającym czasie remontów, zmian organizacji szpitala i zakusów ku jego prywatyzacji?

Będzie mnóstwo krwi i naturalistycznych opisów grzebania pacjentom we flakach. Będzie przejmująca samotność osoby niedopasowanej społecznie, przytłoczonej wymaganiami „normalnego” świata, nie radzącej sobie z odczuwanymi emocjami. Będzie szokująca historia dziewczyny ze wschodu, której największym marzeniem było zostać matką. Będzie nieustanny wyścig z czasem, śmiertelne zagrożenie i służby specjalne, nie zabraknie też obowiązkowego udziału groźnych rosyjskich mafiozów.

Mnóstwo się dzieje i wiele wątków zdaje się być wrzuconych do fabuły zupełnie przypadkowo – a to karkołomna walka o milionera spragnionego trzeciej wątroby, a to przyjmowanie porodu w samym środku śnieżnej zamieci. Zdaje się, że te nie połączone z główną osią powieści przypadki zostały poupychane nieco na siłę, by uzmysłowić czytelnikowi rollercoaster pracy w medycynie ratunkowej. Wydaje mi się jednak, że „Zamieć” jest swego rodzaju tomem przejściowym i te pozornie mniej znaczące ale bardzo obrazowo przedstawione incydenty jeszcze mogą nabrać znaczenia w przyszłości.

Czyta się świetnie. Stęskniłam się już trochę za thrillerami medycznymi, a połączenie, które serwuje nam Unge to dla mnie strzał w dziesiątkę. W dodatku Tekla, w całym swoim pełnym słabości geniuszu naprawdę da się lubić. I nie sposób jej nie kibicować. Mam nadzieję, że trzecia część pojawi się szybciej, bo już nie mogę się doczekać.

Christian Unge, Zamieć, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2021, 496 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wielka Litera.

Czas na czytanie: „Obsesja Lydii” Liz Nugent

Przyznaję, że dałam się zwieść tej książce.

Od jakiegoś czasu romansuję z thrillerami psychologicznymi ale tak naprawdę tylko dwie z przeczytanych przeze mnie pozycji naprawdę zapadły mi w pamięć i bardzo chętnie dorzuciłabym kolejną bardzo dobrą książkę na podium tego gatunku. Podeszłam więc do „Obsesji Lydii” ze sporymi oczekiwaniami. Szczególnie, że bardzo zaciekawił mnie blurb, a zwykle za nimi nie przepadam.

I przez sporą część książki zdawało mi się, że Liz Nugent tym oczekiwaniom jednak nie sprosta.

Zazwyczaj w kryminałach i innych powieściach z dreszczykiem mamy zbrodnię i towarzyszymy bohaterom podczas śledztwa mającego na celu pochwycenie mordercy, najchętniej zanim zdąży bardziej narozrabiać. Tutaj sytuacja jest jakby odwrotna – od razu wiemy kto zabił i jak, po czym całkiem szybko dowiadujemy się również dlaczego. Śledztwo co prawda jest, ale ze względu na tożsamość ofiary tak naprawdę nikomu nie zależy na odkryciu tożsamości zbrodniarza. I wydaje się, że będzie nuda, bo wszystko zdaje się jasne, a tu przeczytana dopiero 1/3 książki.

Nic z tych rzeczy.

Ta historia ma trzech narratorów: tytułową Lydię, jej syna Laurence’a i siostrę ofiary – Karen. Te zmiany perspektywy i możliwość poznawania sytuacji z kilku różnych punktów widzenia (i kilku poziomów wiedzy o wydarzeniu) nie tylko dodaje opowieści głębi, jak i bardziej porusza odbiorcę. Bo bywa i tak, że wartości fundamentalne dla Laurence’a mogą nie być ani trochę ważne dla innych bohaterów. I odwrotnie. A z każdym kolejnym rozdziałem historia robi się coraz smutniejsza i coraz bardziej zagmatwana, choć tak naprawdę każdy z bohaterów postępuje w dobrej wierze, a sprawca równie często budzi w odbiorcy przerażenie i złość, co współczucie. Niemniej jednak przerażenie wygrywa.

Jedna z najważniejszych postaci – Lydia – jest kobietą „z dobrego domu” przywykłą do wygodnego i wystawnego życia i jednocześnie niewolnicą własnych nerwic, obsesji i przyzwyczajeń, których źródła przyjdzie nam poszukiwać w jej wczesnym dzieciństwie. To osoba, do której powiedzenie „my home is my castle” pasuje jak ulał – nie przepada za opuszczaniem domu i cały jej wszechświat kręci się wokół rodziny i rodzinnej posiadłości. Co może nie byłoby takie złe (choć wciąż mało zdrowe), gdyby nie fakt, że pragnie mieć nad swoim małym światem całkowitą kontrolę i sprawować w nim niepodzielną władzę, więc zrobi wszystko, by nagiąć rzeczywistość do swojej wizji idealnej rodziny. Perfekcyjna w manipulowaniu ludźmi i faktami, kłamczyni doskonała, potrafi tkać intrygi latami i uzależniać od siebie ludzi. A wszystko to pod pretekstem miłości i oddania. I chyba faktycznie wierzy, że wszystkie jej intrygi powstają z tych właśnie pobudek. Ale że rzeczywistość nie ma ochoty się naginać, kolejne osoby z jej bliższego i dalszego otoczenia będą płacić za to straszliwą cenę.

Wielki wpływ na rozwój wydarzeń ma również presja otoczenia. Akcja powieści zaczyna się w 1980 roku i tamtejsze realia okazały się być dla czymś kompletnie archaicznym. Analfabetyzm wśród niższych warstw społecznych, nielegalne rozwody (i co za tym idzie całkowita władza mężczyzny nad kobietą) i wszechobecne „co ludzie powiedzą”, gdzie reputacja osoby ma wpływ nawet na działalność policji wydaje się być dzisiaj nie do pomyślenia. A to przecież czasy młodości moich rodziców, równolatków Laurence’a! Coś strasznego.

I chociaż cała intryga staje się coraz ciekawsza wraz z rozwojem sytuacji, dopiero zakończenie świadczy o tym, jak dobra jest to książka i zostawia czytelnika z lodowatym dreszczem na plecach.

Nie był to wbijający w fotel plot twist, jak w przypadku „Pacjentki”, prawdę mówiąc zakończenie, choć zaskakująco ponure, tak naprawdę mnie nie zaskoczyło – dokładnie tego można się było po Lydii spodziewać. A jednak mimo to się nie spodziewałam, bo chyba nawet najbardziej wprawiony w bojach czytelnik gdzieś tam kibicuje bohaterom, w których historię się wczuwa i życzy im tego „happy endu”.

Dobra. Mocna. Szokująca. Chyba właśnie dlatego, że tak niepozorna.

Liz Nugent, Obsesja Lydii, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2021, 358 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wielka Litera.

Czas na czytanie: „Dywan z wkładką” Marta Kisiel

Do gatunku „komedia kryminalna” podchodzę zawsze ze sporą rezerwą, bo choć bardzo cenię sobie książki z humorem, a nawet „z jajem”, to jednak za bardzo lubię dobre kreacje psychopatów i zagmatwane intrygi, by lekko podchodzić do kryminałów. Nic więc dziwnego, że tytuły komedii kryminalnych, które naprawdę mi się podobały mogę policzyć na placach jednej ręki.

Niemniej jednak „Marta Kisiel” jest marką, po którą sięgam (a nawet polecam!) w ciemno i jeszcze nie zdarzyło mi się na tym zwyczaju przejechać. Tym razem nie było inaczej.

Kiedy z lodówki rodziny Trawnych zaczyna wydobywać się entuzjastyczna wokalizacja erotyczna nowej sąsiadki, wyprowadzka „w dzicz” nie wydaje się wcale a wcale przesadzoną reakcją. Szybko okazuje się jednak, że podmiejski „koniec świata” to ni mniej ni więcej, jak siedlisko występku, a motywy ukatrupienia uciążliwego sąsiada może mieć właściwie każdy z sąsiedztwa. Kto z nich jest tajemniczym zbrodzieniem? I czy to aby na pewno nie szanowny małżonek? W takich okolicznościach nawet dobrze mieć przy sobie przygotowaną na każdą sytuację teściową – pożeraczkę męskich serc, joginkę i wytrawnego stratega wyćwiczonego w licznych planszówkowych bitwach. W jednej osobie! Szczególnie, kiedy twoje ciekawskie dzieciaki – pogromczyni stereotypów, hejterka różu i obrończyni klimatu (również jedna osoba) oraz oddany minecraftowicz dominującym charakterem siostry przytłoczony – depczą Ci po piętach.

O tym, że rekreacyjne bieganie po lesie ” dla zdrowia” prowadzi do samych kłopotów nie trzeba mnie długo (w sumie to wcale) przekonywać, ani że może się to skończyć trupem też nie, jak dla mnie całkiem realna sytuacja. Niemniej jednak, jak to w komediach kryminalnych bywa, przede wszystkim jest to komedia, a dopiero potem kryminalna, więc i sama intryga należy raczej do tych raczej mało poważnych, choć po słowo „infantylna” raczej bym nie sięgnęła. Jest to też jak najbardziej lektura dla dorosłego odbiorcy, chociaż raczej dla takiego bez kijaszka w życi.

Mimo początkowych obaw, że bez fantastyki, kichających aniołów, romantycznych widm, podróży w czasie, półglutów i tym podobnych klimatów to już nie będzie to samo i zabraknie magii, jest kiślowato od pierwszego do ostatniego zdania. Cudowne poczucie humoru, bohaterowie, których kochasz z całego serducha i masz ochotę udusić jednocześnie oraz nieprzewidywalnie absurdalne zwroty akcji to przepis na sukces. Znowu. Nawet odrobina poezji romantycznej zaplącze się to tu, to tam i Alleluja też!

No i nareszcie mam książkę dla wszystkich tych znajomych, którym uparcie polecam jedną z moich ulubionych autorek, a oni „nie lubią fantastyki…”!

Uśmiałam się jak norka, polecam.

Marta Kisiel, Dywan z wkładką, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B, 2021, 333 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.