Czas na czytanie: „Obsesja Lydii” Liz Nugent

Przyznaję, że dałam się zwieść tej książce.

Od jakiegoś czasu romansuję z thrillerami psychologicznymi ale tak naprawdę tylko dwie z przeczytanych przeze mnie pozycji naprawdę zapadły mi w pamięć i bardzo chętnie dorzuciłabym kolejną bardzo dobrą książkę na podium tego gatunku. Podeszłam więc do „Obsesji Lydii” ze sporymi oczekiwaniami. Szczególnie, że bardzo zaciekawił mnie blurb, a zwykle za nimi nie przepadam.

I przez sporą część książki zdawało mi się, że Liz Nugent tym oczekiwaniom jednak nie sprosta.

Zazwyczaj w kryminałach i innych powieściach z dreszczykiem mamy zbrodnię i towarzyszymy bohaterom podczas śledztwa mającego na celu pochwycenie mordercy, najchętniej zanim zdąży bardziej narozrabiać. Tutaj sytuacja jest jakby odwrotna – od razu wiemy kto zabił i jak, po czym całkiem szybko dowiadujemy się również dlaczego. Śledztwo co prawda jest, ale ze względu na tożsamość ofiary tak naprawdę nikomu nie zależy na odkryciu tożsamości zbrodniarza. I wydaje się, że będzie nuda, bo wszystko zdaje się jasne, a tu przeczytana dopiero 1/3 książki.

Nic z tych rzeczy.

Ta historia ma trzech narratorów: tytułową Lydię, jej syna Laurence’a i siostrę ofiary – Karen. Te zmiany perspektywy i możliwość poznawania sytuacji z kilku różnych punktów widzenia (i kilku poziomów wiedzy o wydarzeniu) nie tylko dodaje opowieści głębi, jak i bardziej porusza odbiorcę. Bo bywa i tak, że wartości fundamentalne dla Laurence’a mogą nie być ani trochę ważne dla innych bohaterów. I odwrotnie. A z każdym kolejnym rozdziałem historia robi się coraz smutniejsza i coraz bardziej zagmatwana, choć tak naprawdę każdy z bohaterów postępuje w dobrej wierze, a sprawca równie często budzi w odbiorcy przerażenie i złość, co współczucie. Niemniej jednak przerażenie wygrywa.

Jedna z najważniejszych postaci – Lydia – jest kobietą „z dobrego domu” przywykłą do wygodnego i wystawnego życia i jednocześnie niewolnicą własnych nerwic, obsesji i przyzwyczajeń, których źródła przyjdzie nam poszukiwać w jej wczesnym dzieciństwie. To osoba, do której powiedzenie „my home is my castle” pasuje jak ulał – nie przepada za opuszczaniem domu i cały jej wszechświat kręci się wokół rodziny i rodzinnej posiadłości. Co może nie byłoby takie złe (choć wciąż mało zdrowe), gdyby nie fakt, że pragnie mieć nad swoim małym światem całkowitą kontrolę i sprawować w nim niepodzielną władzę, więc zrobi wszystko, by nagiąć rzeczywistość do swojej wizji idealnej rodziny. Perfekcyjna w manipulowaniu ludźmi i faktami, kłamczyni doskonała, potrafi tkać intrygi latami i uzależniać od siebie ludzi. A wszystko to pod pretekstem miłości i oddania. I chyba faktycznie wierzy, że wszystkie jej intrygi powstają z tych właśnie pobudek. Ale że rzeczywistość nie ma ochoty się naginać, kolejne osoby z jej bliższego i dalszego otoczenia będą płacić za to straszliwą cenę.

Wielki wpływ na rozwój wydarzeń ma również presja otoczenia. Akcja powieści zaczyna się w 1980 roku i tamtejsze realia okazały się być dla czymś kompletnie archaicznym. Analfabetyzm wśród niższych warstw społecznych, nielegalne rozwody (i co za tym idzie całkowita władza mężczyzny nad kobietą) i wszechobecne „co ludzie powiedzą”, gdzie reputacja osoby ma wpływ nawet na działalność policji wydaje się być dzisiaj nie do pomyślenia. A to przecież czasy młodości moich rodziców, równolatków Laurence’a! Coś strasznego.

I chociaż cała intryga staje się coraz ciekawsza wraz z rozwojem sytuacji, dopiero zakończenie świadczy o tym, jak dobra jest to książka i zostawia czytelnika z lodowatym dreszczem na plecach.

Nie był to wbijający w fotel plot twist, jak w przypadku „Pacjentki”, prawdę mówiąc zakończenie, choć zaskakująco ponure, tak naprawdę mnie nie zaskoczyło – dokładnie tego można się było po Lydii spodziewać. A jednak mimo to się nie spodziewałam, bo chyba nawet najbardziej wprawiony w bojach czytelnik gdzieś tam kibicuje bohaterom, w których historię się wczuwa i życzy im tego „happy endu”.

Dobra. Mocna. Szokująca. Chyba właśnie dlatego, że tak niepozorna.

Liz Nugent, Obsesja Lydii, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2021, 358 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wielka Litera.

Czas na czytanie: „Dywan z wkładką” Marta Kisiel

Do gatunku „komedia kryminalna” podchodzę zawsze ze sporą rezerwą, bo choć bardzo cenię sobie książki z humorem, a nawet „z jajem”, to jednak za bardzo lubię dobre kreacje psychopatów i zagmatwane intrygi, by lekko podchodzić do kryminałów. Nic więc dziwnego, że tytuły komedii kryminalnych, które naprawdę mi się podobały mogę policzyć na placach jednej ręki.

Niemniej jednak „Marta Kisiel” jest marką, po którą sięgam (a nawet polecam!) w ciemno i jeszcze nie zdarzyło mi się na tym zwyczaju przejechać. Tym razem nie było inaczej.

Kiedy z lodówki rodziny Trawnych zaczyna wydobywać się entuzjastyczna wokalizacja erotyczna nowej sąsiadki, wyprowadzka „w dzicz” nie wydaje się wcale a wcale przesadzoną reakcją. Szybko okazuje się jednak, że podmiejski „koniec świata” to ni mniej ni więcej, jak siedlisko występku, a motywy ukatrupienia uciążliwego sąsiada może mieć właściwie każdy z sąsiedztwa. Kto z nich jest tajemniczym zbrodzieniem? I czy to aby na pewno nie szanowny małżonek? W takich okolicznościach nawet dobrze mieć przy sobie przygotowaną na każdą sytuację teściową – pożeraczkę męskich serc, joginkę i wytrawnego stratega wyćwiczonego w licznych planszówkowych bitwach. W jednej osobie! Szczególnie, kiedy twoje ciekawskie dzieciaki – pogromczyni stereotypów, hejterka różu i obrończyni klimatu (również jedna osoba) oraz oddany minecraftowicz dominującym charakterem siostry przytłoczony – depczą Ci po piętach.

O tym, że rekreacyjne bieganie po lesie ” dla zdrowia” prowadzi do samych kłopotów nie trzeba mnie długo (w sumie to wcale) przekonywać, ani że może się to skończyć trupem też nie, jak dla mnie całkiem realna sytuacja. Niemniej jednak, jak to w komediach kryminalnych bywa, przede wszystkim jest to komedia, a dopiero potem kryminalna, więc i sama intryga należy raczej do tych raczej mało poważnych, choć po słowo „infantylna” raczej bym nie sięgnęła. Jest to też jak najbardziej lektura dla dorosłego odbiorcy, chociaż raczej dla takiego bez kijaszka w życi.

Mimo początkowych obaw, że bez fantastyki, kichających aniołów, romantycznych widm, podróży w czasie, półglutów i tym podobnych klimatów to już nie będzie to samo i zabraknie magii, jest kiślowato od pierwszego do ostatniego zdania. Cudowne poczucie humoru, bohaterowie, których kochasz z całego serducha i masz ochotę udusić jednocześnie oraz nieprzewidywalnie absurdalne zwroty akcji to przepis na sukces. Znowu. Nawet odrobina poezji romantycznej zaplącze się to tu, to tam i Alleluja też!

No i nareszcie mam książkę dla wszystkich tych znajomych, którym uparcie polecam jedną z moich ulubionych autorek, a oni „nie lubią fantastyki…”!

Uśmiałam się jak norka, polecam.

Marta Kisiel, Dywan z wkładką, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B, 2021, 333 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.

Czas na czytanie: „Pokaż mi” Marcel Moss

Całkiem lubię thrillery medyczne i psychologiczne, ale z thrillerem erotycznym spotkałam się po raz pierwszy i w sumie wciąż nie jestem pewna, czy ten podgatunek zdołał mnie do siebie przekonać.

„Pokaż mi” swego czasu po prostu wyskakiwało mi z lodówki. Gdzie się nie obróciłam, tam spotykałam się z opiniami i recenzjami o tej książce, co ciekawe głównie pozytywnymi. I ten rodzaj sposób promocji okazał się skuteczny, bo zapragnęłam sprawdzić na własnej skórze o co tyle zamieszania. A kiedy udało mi się wygrać ten tytuł u Matka Puchatka, trafił prosto na regał wstydu na kilka miesięcy.

Niemniej jednak w końcu się za nią zabrałam i… okazał się zupełnie bez szału.

„Internet to największe zło tego świata. Ludzie z natury są kłamcami, ale ekran oddzielający ich od prawdziwego życia sprawia, że puszczają im wszystkie hamulce. Nabierają odwagi i stopniowo toną w bagnie własnych iluzji”.

Łukasz Sierp jest ambitnym marketingowcem w bezpiecznym, pozornie idealnym związku, który uzależnia się od aplikacji randkowej. Im dalej w las, tym bardziej dowiadujemy się, jak dużo ma za uszami i jak daleko jest w stanie się posunąć dla spełnienia swoich samolubnych fantazji. I kiedy tajemnicza Królowa, z którą czatuje tygodniami i której polecenia wykonuje nie okazuje się ani spełnieniem marzeń o skoku w bok, ani tym bardziej botem odpowiadającym przygotowanymi wcześniej kwestiami, za to zaczyna go prześladować i szantażować, czytelnikowi wydaje się, że nasz bohater dostał dokładnie na co zasłużył. Autor podrzuca nam sporo poszlak, a mimo to nie udało mi się odgadnąć kto jest odpowiedzialny za pogłębiający się koszmar niewiernego narzeczonego i jego pogłębiającą się paranoję.

Mimo to thriller erotyczny to chyba nie jest koncepcja dla mnie. Ten thriller rzeczywiście tam jest, bywa strasznie, zdecydowanie jest okrutnie i nie ma wątpliwości, że mamy w nim do czynienia z psychopatą. Jest też dobrze zarysowany kontekst psychologiczny sprawcy. A i sama intryga została całkiem dobrze skonstruowana – zarówno jeśli chodzi o planowane przestępstwo, jak i niefortunne zbiegi okoliczności.

Męczyły mnie jednak ciągłe przeskoki w czasie bełtające fabułę i irytujący bohaterowie. Jestem usatysfakcjonowana zarówno rozwiązaniem zagadki, jak i samym zakończeniem, ale niczym mnie ta książka nie porwała i nie czytałam jej z zapartym tchem, co tak bardzo cenię w thrillerach. W końcu maja trzymać w napięciu. A filozoficzno-intelektualne wywody Łukasza z ostatnich stron przyprawiły mnie raczej o suchy śmiech, niż refleksję nad życiem.

Marcel Moss, Pokaż mi, Poznań: Wydawnictwo Filia, 2020, 382 s.

Czas na czytanie: „The Raven King” Nora Sakavic

Po pierwszym tomie chciałam akcji, to mam!

Rico nie jest osobą, która przywykła do słuchania zniewag, a Neil nie należy do potulnych chłopaków. I na pewno nie zamierza siedzieć cicho, nawet jeśli wszystko, w co dotąd wierzył nie do końca jest zgodne z prawdą. Czy niestabilny psychicznie Andrew faktycznie zdoła ocalić go przed okrutną zemstą bezlitosnej rodziny Moriyama? Ma może razem z resztą Lisów sam padnie jej ofiarą? Jaką decyzję podejmie Neil, kiedy okaże się, ze tym razem to inni potrzebują jego pomocy, a ich los będzie leżał w jego rękach? Czy zdołał na tyle poczuć się częścią drużyny, by nie uciec, co robił przez całe życie? W końcu właśnie to rozwiązanie podpowiada mu instynkt. I suma summarum chyba tak byłoby dla niego najlepiej.

Jest brutalnie, krwawo i bezwzględnie. Jeśli czytelnik obstawiał, że któryś z bohaterów jest bezpieczny to najprawdopodobniej był w dużym błędzie. Chociaż styl powieści wciąż nie do końca mi odpowiada, to jednak jest zdecydowanie lepiej, niż w pierwszym tomie. Jeśli chodzi o fabułę, to wreszcie wszystko nabrało odpowiedniego tempa, być może faktycznie pierwszy tom był „na rozruszanie” , wczucie się w klimat i poznanie tego świata. Gangsterskie aspekty wciąż wydają mi się być nieco zbyt teatralne i przerysowane i już strasznie nie mogę się doczekać wątku romansowego, chociaż już raczej wiem co jest na rzeczy. Ale tuż po zakończeniu czytania od razu mam ochotę sięgnąć po ostatni tom, więc są emocje. I bardzo dobrze, bo emocje w książkach cenie najbardziej. Idę czytać dalej.

Nora Sakavic, The Raven King, Wydawnictwo NieZwykłe: Oświęcim 2018, 416 s.

Czas na czytanie: „The Foxhole Court” Nora Sakavic

Sporo u mnie ostatnio fantastyki, czas więc odetchnąć przy czymś kompletnie innym. Oj długo ostrzyłam sobie zęby na serię „All for the game” i nareszcie nadszedł czas na ten sportowy romans z gangsterskim wątkiem.

Neil Josten przez całe życie ucieka przed traumatyczną przeszłością. Żyje pod przybranym nazwiskiem, często zmienia miejsce zamieszkania, nie angażuje się w relacje a sztukę wtapiania się w tłum opanował do perfekcji – wszystko to by zapewnić sobie bezpieczeństwo. Jest jednak rzecz, którą kocha – Exy – brutalny sport drużynowy będący czymś w stylu połaczenia lacrosse i hokeja. Dlatego też nie do końca jest w stanie się oprzeć, kiedy trener jednej z drużyn uniwersyteckich, wraz z młodą wzrastającą gwiazdą tego sportu, proponują mu stypendium i miejsce w drużynie. I to nie byle jakiej drużynie, a w okrytych złą sławą Lisach – grupie niebezpiecznych wyrzutków społecznych, dla których sport jest rodzajem rekonwalescencji. Odnalezienie się w takim towarzystwie nie będzie łatwe, co więcej będzie kosztować Neila z trudem wywalczoną anonimowość. Czy sport i możliwość gry w profesjonalnej drużynie będą tego warte?

Mam wrażenie, że tak naprawdę cała książka była swego rodzaju rozbudowanym wstępem, wprowadzeniem do historii – poznajemy bohaterów i ich przeróżne dziwactwa, dowiadujemy się przed czym Neil ucieka i dlaczego, poznajemy zasady i historię Exy oraz samą drużynę Lisów. Poznajemy wrogów i przyjaciół, a ci ostatni wykorzystują ten czas, by się dotrzeć. Mam nadzieję, teraz już zacznie się prawdziwa akcja, bo chociaż wciąż coś się działo (a momentami działo się „grubo”), to jakoś ta historia na razie mnie nie porwała, wciąż czkałam na rozwinięcie, na właściwą akcję.

Dużym plusem są bohaterowie, to prawdziwa plejada barwnych osobowości, a łączące ich relacje nie należą do zdrowych. Sama jednak otoczka i gangsterskie porachunki wydają mi się nieco przekoloryzowane z pewną nuta naiwnego romantyzmu. Mam nadzieję, że kolejne wydarzenia dodadzą im wiarygodności.

Na ten moment jeszcze nie spełniła moich oczekiwań, ale czytało mi się na tyle dobrze, że z przyjemnością dam szansę kolejnym częściom cyklu.

Nie mogę też trochę nie wypomnieć niestarannej korekty, bardzo nie lubię kiedy w zdaniu gubi się podmiot i tak właściwie nie wiadomo kto komu i do kogo albo wyrazy są źle poodmieniane. To rzutuje na odbiór całej historii i jest dla mnie sporym minusem.

Nora Sakavic, The Foxhole Court, Oświęcim: Wydawnictwo NieZwykłe: 2018, 332 s.

Bajki Majki: „Artemis Fowl” Eoin Colfer

Artemis Fowl jest bohaterem jednej z ulubionych serii mojego dzieciństwa (młodszej młodzieży?). Strasznie się cieszę, że pojawiło się kolejne (zdaje się, że już trzecie?) wydanie przygód tego młodego geniusza. Tym razem w filmowej okładce.

Artemis ma 12 lat, błyskotliwy umysł, wiernych ochroniarzy i niecny plan. Żeby uratować ojca z rąk porywaczy i odbudować fortunę rodziny decyduje się wkroczyć na drogę przestępstwa z przytupem – postanawia szantażować cywilizację, o której istnieniu większość ludzi nie ma zielonego pojęcia. Mało tego, przekazy o elfach wkłada się między bajki! Warto dodać, że ta cywilizacja jest na zdecydowanie wyższym poziomie rozwoju technologicznego, niż moglibyśmy sądzić kierując się opowiastkami dla dzieci. Ale kiedy w grę wchodzi legendarny skarb, zarozumiały dziedzic rodu Fowlów nie zamierza się wahać. W końcu złoto to władza!

Fantastyczna mieszanka science fiction z powieścią przygodową, sensacją i kropelką kryminalnej zagadki inspirowana irlandzkim folklorem. To już propozycja dla bardziej zaawansowanych i zupełnie samodzielnych czytaczy – rekomenduję tak od 10 roku życia.

Pyskaty dzieciak o babskim imieniu, wróżkowa agentka, poszukiwany złoczyńca, mafia, fantastyczne stwory, wyprawa do wnętrza ziemi i latające pojazdy – gdyby ktoś mi o tym opowiadał, nie uwierzyłabym, że można to wszystko sprawnie połączyć w pasującą do siebie całość. A jednak! Bardzo dobrze wspominam ta lekturę z „młodszej młodości”, a powrót po latach był równie przyjemny. Zapnijcie pasy i bądźcie gotowi na jazdę bez trzymanki. I pamiętajcie, ze to dopiero pierwsza część siedmiotomowej serii!

Który pomysł na okładki najbardziej Wam się podoba? Ja mam wielki sentyment do pierwszej wersji (to ta, gdzie pierwsza część jest żółta) i chyba już zawsze będzie moją ulubioną. Przyznaję, że filmu nie obejrzałam – widziałam zwiastun i doszłam do wniosku, że to nie na moje nerwy. Nie powinno się krzywdzić dobrych książek kiepskimi filmami, wolałam sobie tego nie robić. Jeśli chcecie poznać Artemisa, koniecznie sięgnijcie po książkę. Od niedawna nie trzeba już szukać jej po bibliotekach!

Eoin Colfer, Artemis Fowl, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2020, 304 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak Emotikon.

Czas na czytanie: „Psychoterapeutka” Helene Flood

Sara i jej mąż wzięli na siebie sporo wyzwań jednocześnie, nie tylko obydwoje postanowili otworzyć własne biznesy – Sara gabinet psychoterapeutyczny dla młodzieży, a jej mąż Sigurd biuro architektoniczne – ale również przeprowadzili się do starej willi po dziadku i rozpoczęli jej generalny remont własnymi siłami. Nic więc dziwnego, że szybko stali się przemęczeni i sfrustrowani, przez co niełatwo o nieporozumienia w całkiem jeszcze świeżym małżeństwie. Kiedy jednak wydaje się, że wszystko nareszcie zaczyna się układać, Sigurd, zamiast wyjechać na weekend z przyjaciółmi, znika bez śladu, a ostatnia wiadomość, którą zostawia żonie okazuje się być kłamstwem. Początkowe niedowierzanie szybko przemienia się w niepokój, a kiedy bohaterka zaczyna czuć się obserwowana i prześladowana w swoim własnym domu, a nie ma do kogo zwrócić się o pomoc, powoli zaczyna wątpić w swoje zdrowie psychiczne.

Chociaż w tej książce brak zaskakującego zwrotu akcji, jak w „Pacjentce” i traumatycznej przyczyny problemu, jak w „Kobiecie z okna”, jest równie przejmująca, przede wszystkim ze względu na smutny portret kobiety nie potrafiącej odnaleźć się wśród ludzi. To rozwijająca się spokojniejszym tempem opowieść o samotności i pielęgnowaniu relacji. O potrzebie przyjaźni i kontaktu z innymi ludźmi, radzeniu sobie z traumą, psychologii kłamstwa, wpływie życia rodzinnego na rozwój jednostki, zazdrości i dylematach moralnych.

Nie wybitna, ale warta uwagi. Niedługa pozycja idealna na jesienny wieczór – trochę kryminał, trochę thriller, gdzie dzięki wspomnieniom bohaterki akcja toczy się w dwóch czasach, które w pewnym momencie składają się w pełny obraz małżeństwa.

Minusy? Nie wiem, czy to kwestia tłumaczenia, czy styl autorki, ale przez bardzo długie zdania podrzędnie złożone czyta się ją dość specyficznie. Nieco drażniło mnie też, że wszyscy, niezależnie od stopnia zażyłości, zwracają się do siebie na „ty”, gdzie w języku polskim (kulturze?), stosujemy raczej formy grzecznościowe pan, pani, kiedy zwracamy się na przykład do komisarza policji. I jeszcze ten nieszczęsny „tiszert” zapisany fonetycznie – być może poprawnie, ale jakoś boli w oczy.

Helene Flood, Psychoterapeutka, Warszawa: Wydawnictwo Agora, 2020, 340 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Agora.

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Mandragora”, Inga

UWAGA! Recenzja zawiera SPOILERY odnoszące się do fabuły i bohaterów, co może nieco zepsuć element niespodzianki – czytacie na własną odpowiedzialność!

Jeśli macie ochotę poczytać o nostalgicznych, targanych namiętnościami, romantycznych wampirach, to trafiliście pod zły adres. Stworzonym przez Ingę kreaturom zdecydowanie bliżej do kultowego Nosferatu niż lśniącego w słońcu Edwarda ze „Zmierzchu”. Mamy tu do czynienia z pozbawionymi ludzkich emocji, lodowato zimnymi i bezwzględnymi stworami nie odczuwającymi niczego poza głodem krwi. A przy tym na tyle inteligentnymi, by stworzyć całą organizację dbającą o ich komfort i interesy.

DSC_0410c

Jeśli słysząc o transseksualiście przeprowadzającym podejrzane eksperymenty na ludziach staje Wam przed oczami Sweet Transvestite from Transsexual Transylvania prosto z „The Rocky Horror Picture Show” to również nie tutaj. Jessie jest nie tylko pełnowymiarową famme fatale ale również pozbawionym skrupułów intrygantem na usługach przedwiecznego sabatu, wodzącym na manowce ofiary przeznaczone na wampirzą przekąskę.

Ponura wizja świata w którym galopujący postęp technologiczny zastępuje ludziom nawet światło dnia.  A przecież trudno o lepsze warunki dla drapieżników, które zdają się istnieć już tylko w podaniach i legendach. Czy w świecie ciągłego nadzoru kamer i broni odbezpieczanej odciskiem palca  łatwiej jest prowadzić śledztwo? Przekona się o tym Hunter Osborn, brytyjski agent przysłany do zbadania sprawy handlu ludźmi, o który podejrzany jest warszawski biznesmen, potentat branży modowej o szerokich wpływach. Śledczy nie ma jednak pojęcia, że przyjdzie mu gonić za potworami rodem z ludowych wierzeń, a skala zbrodni, jej motywy i przebieg przekroczą jego wyobraźnię. Jakie sekrety kryje wyrafinowana partnerka podejrzanego? I co tak naprawdę mieści się w podziemiach jego posiadłości na Zagórzu?

Będzie niepokojąco, krwawo, makabrycznie, obrzydliwie i oburzająco. Co gorsza w ten fascynujący sposób przywodzący na myśl drapanie się po strupie – kiedy wiemy, że powinniśmy przestać drapać, ale jakoś nie sposób.

I będzie strasznie strasznie, bo to horror pełną gębą.

Inga, Mandragora, 2020, 382 s.
(premiera: 30.07.2020)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.
Książkę możecie kupić na Bucketbook.

Czas na czytanie: „Kwestia ceny”, Zygmunt Miłoszewski

Dawno już nie trafiłam na książkę, którą przeżywałoby się jak powieści przygodowe z dzieciństwa, kiedy to kolejne tytuły Juliusza Verne’a były oknem na dziki, nieznany świat, a z każdej kolejnej strony wzywa nowa przygoda.

Bo tu jest wszystko – naukowa ekspedycja na tereny nietknięte współczesną cywilizacją w poszukiwaniu zaginionego artefaktu bardzo w stylu Indiany Jonesa skutkująca odkryciami niczym z „Wyprawy do wnętrza ziemi”, piraci i bitwy morskie, zuchwałe rabunki, niepozorne skarby mogące mieć wpływ na przyszłość ludzkości, pościgi, strzelaniny, sekretne laboratoria, połączenie historii i antropologii z osiągnięciami współczesnej nauki i spisek w stylu Dana Browna. Z nadciągającą wielkimi krokami katastrofą klimatyczną nie tyle w tle, co w samym centrum.

Czy totem dawno zaginionej kultury z dalekiego wschodu, przywieziony w ubiegłym wieku do Europy przez niedocenionego pioniera antropologii może być lekarstwem na problem przeludnienia Ziemi? Jakie konsekwencje przyniesie „epidemia długowieczności” i czy faktycznie osiągnięcie 120 lat życia w dobrej kondycji psychofizycznej warte jest każdego poświęcenia? Co koncerny farmaceutyczne zrobiłyby z lekiem mogącym odmienić losy ludzkości i istnieje coś takiego, jak „wolna nauka”?

Fabuła powieści jest bardzo mocno osadzona we współczesności, pełna nawiązań do obecnej sytuacji społecznej i politycznej, co czyta się bardzo dobrze, ale nie jestem pewna, czy przetrwa próbę czasu. W końcu jak długo będziemy pamiętać o bananowej aferze (oby jak najkrócej, bo wstyd!) i ile czasu jeszcze spojrzenie Adriana Zandberga pozostanie skojarzeniem, które czytelnik łatwo obrazuje w wyobraźni?

Pamiętam, że „Bezcenny” mi się podobał, ale „Kwestia ceny” chyba podobała mi się jeszcze bardziej. To idealna pozycja na wakacje – przygodowa, pełna akcji, bardzo dobrze napisana, skłaniająca do refleksji i całkiem przerażająca w swoim katastroficznym wydźwięku. Szczególnie, że przedstawiony scenariusz może nie „lekarstwa”, ale samej „choroby” już pomału zaczynamy oglądać „na żywo”.

„Nie można się bać cały czas. Strach to jeden z najważniejszych mechanizmów wykształconych w procesie ewolucji, powstrzymuje nas przed głaskaniem jadowitego węża i każe uciekać, kiedy stado słoni rusza galopem w nasza stronę, zwiększa to szanse przetrwania i sprzyja reprodukcji genów w przyszłych pokoleniach. Ale jest to tryb awaryjny, nie można mieć go uaktywnionego cały czas…”

Zygmunt Miłoszewski, Kwestia ceny, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B, 2020, 528 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa W.A.B.