Czas na czytanie: „Jezioro Ciszy” Anne Bishop

Nigdy szczególnie nie ciągnęło mnie do najsłynniejszej chyba serii Anne Bishop o Innych, ale jakiś czas temu skusiłam się na pierwszy tom innej serii tej samej autorki – „Filary Świata” i to była całkiem przyjemna, magiczna przygoda. Kiedy więc pojawiła się okazja rozejrzenia się po innym uniwersum autorki bez konieczności rozpoczynana wielotomowego cyklu, chętnie z niej skorzystałam.

DSC_0352

Jak tylko udało mi się już w miarę zrozumieć zasady funkcjonowania tego świata i poczułam się w nim całkiem pewnie – na tyle, na ile pewnie może poczuć się człowiek, który w dość brutalny sposób dowiaduje się, że jego miejsce jest niemalże na samym na końcu łańcucha pokarmowego – okazało się, że Anne Bishop idealnie wpasowała się w moje poczucie humoru. Bo humoru jest tu mnóstwo – makabrycznego, z dużą dawką autoironii i przejawiającego się gdzie tylko się da. Od kreacji postaci (i w opisie wizualnym i w cechach charakteru), przez przedziwne stworzenia, specyficzne nazwy, ciętą ironię aż po humor sytuacyjny. A przy tym porusza sporo całkiem poważnych tematów, jak brak pewności siebie, przemoc psychiczna, czy napady lękowe. I robi to z klasą! To wyjątkowe połączenie komedii z horrorem można porównać do „Najgłupszego Anioła”, ale to raczej dalecy krewni. Bo w świecie innych jest zdecydowanie bardziej… niezwykle.

Trzydziestoletnia Vicki, w ramach ugody rozwodowej, otrzymuje zrujnowany ośrodek wypoczynkowy nad malowniczym jeziorem, który planuje przekształcić w dobrze prosperujący biznes. Szybko okazuje się jednak, że to nie ludzie będą jej pierwszymi interesantami, otaczają ją bardzo specyficzni sąsiedzi, a rozwód wcale nie oznacza końca kłopotów z byłym mężem. Jak żyć, gdy wszystko wokół (z powietrzem włącznie!) obserwuje każdy twój krok, ciemność roi się od zmiennokształtnych (od wron, przez kucyki aż po niedźwiedzie i dzikie koty), twoim prawnikiem jest wyjątkowo wyględny krwiopijca, można nawet nie zauważyć, kiedy zostanie się czyimś obiadem, a śmiesznie podskakujące cosie codziennie przychodzą po haracz w postaci marchewki?

Życie w małej społeczności nie jest łatwe. Szczególnie, kiedy przychodzi się do niej z zewnątrz, a większość jej członków nie ma pojęcia o ludzkich zwyczajach.

„Nie wiedziałabym o martwym człowieku, gdybym nie weszła do kuchni w chwili, gdy moja jedyna lokatorka właśnie zamierzała podgrzać gałkę oczną w kuchence mikrofalowej”.

– kiedy książka zaczyna się od takiego zdania, to znak, że będzie dobrze. A potem jest tylko lepiej!

No i klops, bo teraz czeka mnie 8 tomów serii do wyczytania. Z jednej strony ekstra, witaj przygodo! Z drugiej mój regał wstydu zanosi się żałosnym łkaniem. Życie jest zdecydowanie za krótkie, jak na liczbę książek, które chcę przeczytać!

Jeśli ktoś ma ochotę niezobowiązująco sprawdzić, czy specyficzna kreacja świata Innych jest dla niego, „Jezioro Ciszy” jest bardzo dobrym wyborem. To niezależna historia, która nie wymaga znajomości pozostałych tomów serii, a daje spore pojęcie o jej klimacie.

Anne Bishop, Jezioro Ciszy, Kraków: Wydawnictwo Initium, 2019, 480 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Initium.

Czas na czytanie: „Zbrodnia po irlandzku” Aleksandra Rumin

Minęło raptem pół roku od poprzedniej książki, a pani Rumin już popełniła kolejną zbrodnię. I to z dużo mocniejszym przytupem!

Witajcie na wakacjach z piekła rodem! Deszczowa Irlandia powita was z otwartymi ramionami, zamglonymi klifami, rozpadającym się busikiem, hotelami na końcu świata i tłumami turystów. Będziecie mieli okazję zwiedzać to niezwykłe miejsce wraz z ośmiorgiem szczęśliwców, którzy wygrali wczasy biurze podróży Hej Wakacje! No, na początku z ośmiorgiem. Bo już od pierwszego dnia  wyprawy szczęśliwcy znaczną ginąć w wyjątkowo niecodziennych okolicznościach…

W porównaniu ze „Zbrodnią i Karasiem”, wakacyjna powieść jest znacznie bardziej uniwersalna. Tym razem autorka nie pije do określonych sytuacji z pierwszych stron gazet, a piętnuje określone zachowania… narodowe, że tak to określę. A mianowicie perypetie różnorakie rodaków na wakacjach. Spokojnie, innym nacjom też się odrywa. I hotelowemu jedzeniu, biurom podróży, pilotom wycieczek, transportowi zorganizowanemu, pogodzie, klifom, owcom, komarom-ludożercom…  W końcu człowiek na wyjeździe głupieje z zasady, a spod skóry wychodzi mu wewnętrzny buc. Ale wygląda na to, że w takich warunkach inaczej się nie da.

Wbrew symfonii uszczypliwego narzekania, jaką w gruncie rzeczy jest ta książka, czyta się ją bardzo dobrze. Chociaż przesadzona do granic możliwości, wciąż jest zabawna, a i nie sposób powstrzymać się od mechanicznego kiwania głową od czasu do czasu. Każdy z nas z pewnością na własnej skórze doświadczył choć jednej z opisanych sytuacji, w końcu przedstawiono ich aż tyle!

Zagubiony pilot wycieczki, demoniczna staruszka, bojowo nastawione kozy, napięty program, malownicze widoki, złodzieje literek, ciągłe ulewy, albo mgły, zabieranie „na pamiątkę” wszystkiego, co nie jest przybite gwoździami (chociaż to, co jest przybite również można zabrać, ale trudniej) i rybki lepszego sortu. A wszystko to przy radosnych dźwiękach harfy i klikającej raz po raz migawki aparatu.

Ta książka naprawdę świetnie nadaje się na wakacje – lekka, humorystyczna i całkiem błyskotliwa. Aż człowiek nabiera ochoty na wyprawę do Irlandii. Tylko może lepiej bez opieki biura podróży.

Kto przed końcem lektury zgadnie, kto jest mordercą, ma u mnie ciacho! I to z bitą śmietaną, a co! Gwarantuję, że nikomu się nie uda!

Aleksandra Rumin, Zbrodnia po irlandzku, Kraków: Wydawnictwo Initium, 2019, 300 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Initium.

Czas na czytanie: PATRONAT „Gaming house” Dominika Smoleń

O twórczości Dominiki Smoleń pisałam już tutaj nie raz i, jak wiecie, mam do niej pewną słabość i sporo sentymentu. Do tego stopnia, że „Gaming House” ukazała się pod moim patronatem. Zdecydowałam się na ten krok nie dlatego, że jest najlepszą książką autorki (za taką wciąż zdecydowanie uważam „Bieg do gwiazd”), ale dlatego, że jest najtrudniejsza do zrozumienia. Jeśli spodziewacie się po niej lekkiej komedii pełnej błyskotliwego humoru, na pewno będziecie rozczarowani. Jeśli nastawicie się na przyjemną, niezobowiązującą lekturę, na pewno będziecie rozczarowani. Bo w czytelniku, który ma już w miarę poukładane w głowie (nigdy nawet nie sądziłam, że kiedykolwiek pomyślę o sobie w taki sposób…) „Gaming House” budzi irytację, niechęć i zażenowanie. Częściej, niż uśmiech wzbudza chęć mocnego potrząśnięcia bohaterami i wysłania ich na trochę do roboty w kopalni. Albo do wojska. Ot tak, wychowawczo.

Tytułowy Gaming House to coś w stylu współczesnej hipisowskiej komuny – ośmioro jego mieszkańców spędza młodość na wałkonieniu się, alkoholizowaniu i uprawianiu stosunków seksualnych z przypadkowymi partnerami i sobą nawzajem. Tym, co różni ich od prawilnych dzieci-kwiatów, jest silne uzależnienie od gier komputerowych i wyjątkowo emocjonalne podejście do spraw błahych i, przynajmniej z punktu widzenia kosmosu, zupełnie nieznaczących – jak na przykład ranking w LOLu i stały dostęp do internetu. Sprawy te mają dla nich oczywiście znaczenie elementarne.

To wyjątkowo smutny obraz części pokolenia kompletnie nieprzystosowanego do prawdziwego życia, niezaradnego, rozchwianego emocjonalnie, pozbawionego wyższych zasad i wartości, nie robiącego planów, nie mającego ambicji, hedonistycznie skupionego na sobie i chwilowych przyjemnościach. Jeśli mieszkańcy GH mieliby sporządzić swój manifest, brzmiałby on zapewne „Seksu i internetu!”. A przy sporządzaniu go zdążyliby się pięć razy pokłócić, dwa razy urządzić orgię, poobrażać się na siebie i zrobić błąd ortograficzny. I trwałoby to dobry tydzień.

Nasuwa się zatem pytanie – po co męczyć się z tymi zakałami społeczeństwa jeszcze w książce, skoro jest tyle innych, mniej frustrujących pozycji? Odpowiem na to prosto – ta pozycja jest potrzebna. Bo tego rodzaju hikikomori (posługując się tak lubianymi przez bohaterów domu gier słówkami pochodzenia japońskiego) mnożą się coraz bardziej rosnąc pomału do rangi poważnego problemu społecznego. I do takiej młodzieży (i w sumie każdej innej też) nie ma się co zbliżać z umoralniającymi monologami. Co innego podsunąć im pozycję o klawym życiu fikcyjnych (mam taką nadzieję!) bohaterów, którzy „mają niezłe przypały”. I pozwolić im samym wyciągnąć wnioski. Bo ta wymarzona ucieczka od wyzwań dorosłości okraszonej prawdziwymi problemami okazuje się tak naprawdę strasznie żałosna. A wyśniona Arkadia jest tylko wydmuszką – strojną, ale pustą w środku.

Powieść dydaktyczno-moralizatorska na miarę epoki LOLa.

Dominika Smoleń, Gaming house, Warszawa: Wydawnictwo WasPos, 2019, 370 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa WasPos i autorki.

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Zbrodnia i Karaś” Aleksandra Rumin

Spójrzcie na nagłówek mojego bloga. A potem trochę niżej, na wizerunek kota na okładce, a potem jeszcze raz na nagłówek. To musi być rodzina, chociaż mój Figiel do niczego się nie przyznaje! Tej pogardy wobec świata wymalowanej na kocim pyszczku nie da się podrobić.

Już dla samej okładki musiałam mieć tą książkę na moim uginającym się i łkającym cicho z bólu dźwigania tylu tomiszcz regale! A i czytało się całkiem dobrze.

To pełna absurdów i nawiązań do obecnej (i świeżo przekwitniętej) śmietanki celebryckiej satyra społeczno-uczelniana z trupem w tle.

Mamy tu uczelnię z piekła rodem, jej głodujących absolwentów wybierających ścieżkę kariery menela (albo inne gorzej płatne), patologiczną wręcz kadrę profesorską, kota gardzącego ludźmi, przynajmniej dwie wyjątkowe szuje, ducha w toalecie i tajemnicze morderstwo.

Całą intrygę poznajemy z aż 11 (!) odmiennych perspektyw, według których te same zdarzenia momentami różnią się tak bardzo, jak i sami bohaterowie. Zdecydowanie nie można się nudzić. To elegia dla elastyczności podstawowego instynktu przetrwania absolwentów kierunków humanistycznych i wredny chichot zawrotnej gry losu. A do tego sytuacje tak kosmiczne, że musiały się gdzieś kiedyś zdarzyć (gdzieś, czyli u nas), bo nikt nie byłby w stanie wymyślić czegoś takiego

Nie jest to porywająca książka, którą czyta się jednym tchem. Wręcz przeciwnie – dzięki dużej ilości krótkich, kilkustronicowych rozdziałów jest wyjątkowo dobrze „odkładalna”, co czyni z niej wymarzonego towarzysza komunikacji miejskiej i innych podróży małych i dużych.

Nie wiem, czy tej historii uda się przetrwać próbę czasu – jest tak naszpikowana zawoalowanymi prztykami ściśle powiązanymi ze współczesną sytuacją polityczno-brukowcową, że za kilka lat może być już nieczytelna. Skojarzenia przestaną być tak oczywiste i istniej ryzyko, że cały urok książki może się po prostu wypalić. W końcu gwiazdeczki od fitnessów i zdrowych produktów żywnościowych zwiększające swoją popularność dzięki urodzeniu dziecka, królowe kryminału oraz piramidy finansowe o dwukruszcowych nazwach nie zostaną w pamięci gawiedzi na wieki wieków (amen!). Dlatego też czytajcie szybko, nie ma czasu do stracenia! Bo jednak szkoda byłoby to przegapić.

Aleksandra Rumin, Zbrodnia i Karaś, Kraków: Wydawnictwo Initium, 2019, 300 s.
(premiera 15.03.2019)

Czas na czytanie: „Prymityw. Epopeja narodowa” Marcin Kołodziejczyk.

„(…) potrzeba jakiegokolwiek powstania jest u nas paląca. Tylko przejściowy kłopot z wyborem wroga. Raczej z nadmiarem wrogów spiskujących zewsząd przeciw polskości, a spiskują, bo nam wszystkiego zazdroszczą”.

Kiedy zobaczyłam na okładce słowa „Na miłość boską, nie chcesz czytać tej powieści”, uznałam to za przewrotną zachętę i oczywiście nabrałam wielkiej ochoty na przeczytanie właśnie tej książki. A jednak trzeba było posłuchać ostrzeżenia.

DSC_1387

„Prymityw” to bardzo dziwny i ciężkostrawny twór – trochę antyutopia, trochę przerysowany (mam nadzieję!) obraz polskiego społeczeństwa, trochę kryminał, trochę historia nieszczęśliwej miłości, trochę załamywanie rąk nad polityczną niedojrzałością, trochę parodia, trochę kafkowska komedia absurdów i trochę „Z kamerą wśród zwierząt”. A właściwie „Z kamerą na warszawskiej Pradze”. I dużo czarnego humoru. W sumie, to nie wiadomo – śmiać się, czy płakać.

„Jest nieswojo i przedziwnie (…). Dzieją się jednocześnie rzeczy poważne i niepoważne”.

Główne pytanie, niepozwalające czytelnikowi na porzucenie tej lektury w połowie, to „Co uczynił Jan Kwas?”. Główny bohater, emigrant ekonomiczny z rodzinnej wsi do wsi Warszawa miota się w życiu jak ślimak posypany solą. Współczesny romantyk, konformista przytłoczony ciężarem egzystencji, własnych uczuć i szarej rzeczywistości. Pracownik fizyczny próbujący swych sił w branży chemicznej i funeralnej, przewlekle chorujący na polskość, wieczny wędrowiec, zakochany jeleń, prawie mesjasz.

„Przypominał yorka, który otarł się o schronisko, został adoptowany, a następnie znowu porzucony w lesie bródnowskim, żeby ktoś mógł go znaleźć, ale nie przychodził”.

Poznając Janka, małymi kroczkami poznajemy również jego nowe środowisko północnopraskiej żulerii, gdzie każdy ma swoją własną historię, proste marzenia i własny sposób na miotanie się w osnowie rzeczywistości. Wiktoria Wiedeńska szukająca szczęścia w wielkim mieście, Robert Poczęty – ograniczony, ale pełen narodowo katolickich ideałów – idealny do polityki, Andrzej Drella – pół pisarz, pół pijak i cały korowód równie barwnych postaci ubarwiających swoją rzeczywistość denaturatem na parkowych ławkach. W końcu w Polsce nikomu nie jest lekko.

„Bo nie ma się co oczarowywać – cała ta Warszawa (…) to była istna spółka ZOO. Ludzie się głównie mijali, ale czasami na siebie wpadali i wówczas tworzyli nowe dzikie roje, które obrastały nowymi fatumami; niebieskie karty, policja i nuda siedzenia – tyle o tym”.

Ale tym, co sprawia czytelnikowi najwięcej cierpienia, jest język powieści. Stylizacja, której miałam serdecznie dość już po trzech stronach i do którą mój mózg nauczył się ignorować dopiero w ostatnich rozdziałach (w których okazało się, że może być jeszcze gorzej!). Bełkotliwa mieszanka, która jest przeintelektualizowana i rynsztokowa jednocześnie. Kosmiczne słowotwórstwo, zbrodnie gramatyczne, maksimum słów, minimum treści i całe rozdziały o niczym. To prawda, już na samym początku zostałam ostrzeżona, że „Prymityw rządzi się własnymi zasadami interpunkcji i ortografii” ale czegoś takiego się jednak nie spodziewałam. Wróciły moje licealne koszmary – kiedyś po nocach śnił mi się Gombrowicz, od dzisiaj będzie mnie prześladował Kołodziejczyk wraz ze swoimi gębami i szaleństwami.

„ Lecz nie ulegało wątpliwości, że dopóty dzban wodę nosi, dopóki człowiek z nim nie poleci na mordę ze schodów. Pozbawiona rozwoju dzisiejszość wcześniej czy później musiała znaleźć sobie jakieś najprostsze zapasowe ujście, dlatego że taka jest kolej rzeczy, że woda płynie w najprostszy dostępny sposób i każdy się powinien rozwijać, a nie stagnować się, tak, czy nie?”

Podobnie jest ze skaczącą narracją która, jak czkawka, urywa i dorzuca wątki by wrócić do nich, lub zupełnie je porzucić już kilka stron później.

W niesamowitych bólach zmęczyłam te niecałe 500 stron, a czuję się, jakbym przeczytała przynajmniej trzy razy tyle. I chociaż doceniam zawartą w nich przestrogę i ponurą diagnozę, to jednak nie da się ukryć, że to była droga przez mękę. Ale z epopejami narodowymi to tak już chyba jest, tak czy nie? Mam przynajmniej nadzieję, że cierpiałam za miliony.

„(…) patos chamstwa zdobywa świat, bo jest głośny, drze mordę i ma tak mało dumy, że odczuwa dumę z byle czego, a zwłaszcza z bycia dumnym”.

Marcin Kołodziejczyk, Prymityw. Epopeja narodowa, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2018, 496 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wielka Litera.

Czas na czytanie: „Wielki ogarniacz życia” Pani Bukowa

Nie przepadam za poradnikami, bo poradniki wpędzają mnie w depresję. Najpierw wrednie wytykają mi wszystkie błędy, które popełniam w życiu, a potem drażnią wyrzutami gdzieś z tyłu głowy, kiedy nie stosuję się do wyszczególnionych w nich zaleceń. Jak być super mamą, jak karmić dziecko nie dając mu papek i klapsów, jak mieć zgrabny tyłek supermodelki, jak się zdrowo odżywiać, jak być lubianym i przebojowym i jak organizować swój czas, żeby zdołać to wszystko zrobić – są setki książek, które wtykają nam do głów swoje oświecone filozofie starając się ustawić nasze życia pod linijkę.

Ale ja nie za bardzo lubię pod linijkę. Lubię za to niezdrowe jedzenie, ułatwianie sobie życia gotowymi rozwiązaniami i swoją aspołeczność. No i jakby to powiedzieć… jestem też trochę leniwa. Trochę bardzo. W końcu najlepszy sport to taki, który można na spokojnie obejrzeć w telewizji, a jedzenie to najważniejszy posiłek dnia.

I wiecie co? Pani Bukowa też. Jest tak cudownie normalna – lubi spać, lubi jeść, lubi wypić i kiedy akurat nie śpi wypełnia sobie wolny czas oglądaniem zabawnych kotków w internetach. Nareszcie ktoś napisał książkę o mnie i dla mnie! I to kto? Celebryta!

Oglądasz sobie memy w internecie, śmieszkujesz, polubiasz, zapisujesz i wysyłasz znajomym. Jakiś czas później memy robią się sławne, więc widzisz je na kubkach, koszulkach i empikowych duperelach. A potem nagle bach – okazuje się, że śmieszne obrazki mają świadomość i właśnie wydają książkę. A że Panią Bukową uwielbiam, nie mogłam jej nie przeczytać.

Przyznaję jednak, że „Wielki ogarniacz życia” otwierałam ze sporymi obawami – często przecież bywa tak, że osoba racząca publiczność ciętymi uwagami i genialnymi ripostami, w dłuższej wypowiedzi okazuje się być po prostu nudna. Albo co gorsza nadęta. Całe szczęście nie tym razem.

Bo ten poradnik – choć bardziej chyba zbiór felietonów, bo rolę poradnika odgrywają tak naprawdę tytuły rozdziałów i trzy ostatnie strony – jest po prostu G E N I A L N Y. Szczery, uszczypliwy i zabawny. Autorka podchodzi do życia z dużym dystansem, nie rozpamiętuje swoich wad i porażek. Nie podąża za trendami ani niedoścignionym ideałem kobiecości. Jeśli lubi pizzę – nie rezygnuje z glutenu, jeśli nie lubi jarmużu, to go nie je, jeśli nie lubi się męczyć, to nie katuje się ćwiczeniami. Co wcale nie znaczy, że nie próbowała żadnej z tych rzeczy, wręcz przeciwnie – próbuje odnaleźć się w coraz to kolejnych nowych modach i sarkastycznie, choć bez złośliwości obnaża ich bezsensowność. Nie bez wpadek i publicznego blamażu rzecz jasna. Ale której z nas nie zdarzają się takie wpadki?

Przyjemnie swojska, trochę zwariowana, pełna dystansu do samej siebie Brigdet Jones codzienności. Bohaterka, z którą identyfikuję się w 100%, choć tak naprawdę sporo brakuje mi do jej luzu.

Swojej filozofii nikomu nie wciska na siłę – niczego nie nakazuje, na udziela złotych porad, nie przekazuje niezawodnego przepisu na życie – jedyne co robi, to dzieli się z czytelnikami swoimi zakręconymi, podszytymi ironicznym poczuciem humoru doświadczeniami i udziela kilku drobnych wskazówek.

Z lektury dowiemy się miedzy innymi jak nie zakładać firmy, jak marnować czas w pracy, jak nie biegać, jak zestresować się antystresową kolorowanką, jak dobyć fejm na instagramie i jak się zmęczyć na wakacjach.

Okazuje się, że sposób na życie wg Pani Bukowej, to:

„… robić to, czego się chce TERAZ”.

„… jeśli zdecydowałaś się coś robić i to nie działa, to nic nie szkodzi! (…) O wiele lepiej jest wiedzieć, co mniej więcej chce się robić, ale jeśli w praktyce wychodzi coś innego, co też jest fajne, to nie odrzucać tego tylko z tego powodu, że nie pasuje do pierwotnego założenia. Plany to przereklamowana sprawa.”

I szczerze wierzę, że właśnie mi (z moim usposobieniem typowego prymusa z zeszytem pełnym kolorowych szlaczków, starannych notatek i równo popodkreślanych tematów) z takim nastawieniem żyłoby się dużo lepiej. I na pewno spróbuję.

Ale jak nie do końca się uda, to przecież nic nie szkodzi.

Pani Bukowa, Wielki ogarniacz życia, Kraków: Flow Books, 2017, 304 s.

Książkę przeczytałam przedpremierowo dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak.

Czas na czytanie: „W zasadzie tak” Jacek Fedorowicz

Jako osoba całkiem jeszcze młoda, urodzona po ’89 roku, nie mam prawa pamiętać życia w absurdalnej rzeczywistości PRLu. Ledwo pamiętam też autora książki (który przecież wciąż jeszcze żyje!) – mętnie kojarzę jego głos, twarz i butelkowe okulary jako nierozerwalnie związane z wejściową melodyjką Dziennika Telewizji.

Moi rodzice nigdy nie byli szczególnie skorzy do opowieści o tym „jak to się kiedyś żyło”, zawsze przełączali namiętnie powtarzanego w telewizji „Misia” i zdecydowanie woleli patrzeć w przyszłość, niż rozpamiętywać przeszłość. Między innymi dlatego książka Federowicza odsłania przede mną fragment historii, którego nie dane mi było poznać. Oczywiście – szkolne podręczniki przekazały mi wiedzę dotyczącą hiperinflacji, braku dostępności towarów na sklepowych półkach, czy nadmiernie rozbudowanych aparatów administracji państwowej, ale to wciąż wiedza „papierowa” i mocno abstrakcyjna dla osoby dorastającej w dobrodziejstwach kapitalizmu. Dla przeciętnego ucznia rzeczywistość naszych rodziców jest naprawdę trudna do wyobrażenia. Dlatego też proponuję wprowadzić „W zasadzie tak” do licealnego kanonu lektur – może być nieobowiązkowa, bo wiadomo przecież, że te czyta się znacznie chętniej.

Ta niedługa książeczka jest zbiorem felietonów, w których autor stawia sobie za cel udzielenie odpowiedzi na ponadczasowe pytanie „Jak żyć?”. I faktycznie takiej odpowiedzi udziela – ba! – daje gotowy przepis, niemalże instrukcję obsługi życia, stając się przewodnikiem po absurdach codzienności. Kreuje satyryczny obraz epoki starając się jednocześnie utrzymać czytelnika przy zdrowych zmysłach, jak i (a może przede wszystkim) oszczędzić mu nerwów podczas codziennej szarpaniny z systemem. Cudowny sposób na osiągnięcie zen w kontaktach ze światem zewnętrznym opiera się na koncepcji „niczego dobrego się nie spodziewam, więc nie dam się niemile zaskoczyć”. I faktycznie, przypominam sobie, że tego rodzaju nastawienie przychodziło mi kiedyś instynktownie, chociaż poszło się paść w starciu z macierzyństwem. I faktycznie wcześniej byłam znacznie mniej zestresowanym człowiekiem.

Sama lektura działa zaskakująco odprężająco i ma pocieszycielską moc – poza oczywistym rozbawieniem, niejednokrotnie odczułam prawdziwą ulgę, że jednak przyszło mi żyć w takich, a nie innych czasach. Chociaż podejrzewam, że te 50 lat temu czytanie o nowoczesnych sprzętach kupowanych do pokoi hotelowych, po to, by były, a nie po to, by działały, o znakach drogowych, które stoją, żeby stać, a nie po to, by były respektowane i o ekspedientkach, które zdecydowanie nie mają na celu sprzedaży dóbr i usług mogło być znacznie mniej zabawne.

„Korzystając z naszej uaktualnionej mapy, znacznie rzadziej spoglądamy na drogowskazy, ponieważ na naszych szosach daje się zaobserwować pewne zachwianie proporcji między drogowskazami drogowymi, a drogowskazami dyktowanymi przez chęć uzewnętrznienia naszych uczuć. Tak więc czasem znacznie łatwiej przeczytać, którędy wiedzie droga do lepszego jutra, natomiast trudniej się zorientować, którędy do Sosnowca.”

W niektóre aspekty socrealistycznej rzeczywistości trudno uwierzyć, inne zdają się być czymś zupełnie oczywistym. Lektura pozwala docenić zmiany społeczne i kulturowe, które nastąpiły w przeciągu ostatnich dziesięcioleci – od stosunku do pieniądza, przez powszechną dostępności samochodów aż po jakość obsługi klienta w sklepach i restauracjach. Pomaga też dostrzec rzeczy niezmienne, jak opieszałość urzędów, czy opryskliwość taksówkarzy.

A „umiejętność życia”, którą stara się w nas wytrenować Fedorowicz jest wartością uniwersalną i przyda się zawsze. Warto zatem poćwiczyć!

Ach! I jeszcze bardzo bardzo podoba mi się okładka – nowoczesna wersja zgrabnie nawiązująca do pierwszego wydania, naprawdę eleganckie rozwiązanie.

Jacek Fedorowicz, W zasadzie tak, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2017, 152 s.

Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Wielka Litera.

Czas na czytanie: „Fak maj lajf” Marcin Kącki

To moje pierwsze spotkanie z Marcinem Kąckim, zarówno jeśli chodzi o książki, jak i gazety (z którymi jakoś nigdy nie było mi po drodze), dlatego zupełnie nie wiedziałam czego się spodziewać po tej pozycji o wiele obiecującym tytule.

_20170404_194116

Otwarta kompozycja powieści pozwala uczestniczyć czytelnikowi tylko w niewielkim (choć burzliwym) wycinku życia bohaterów. Autor wrzuca nas na krótką chwilę do świata celebrytów – zarówno tych związanych z polityką czy filmem, jak i osób ledwie pretendujących do tego miana – czyli prosto na okładki kolorowych magazynów. Poznajemy telewizyjne gwiazdki, które zrobiłyby wszystko, by nie schodzić z przed obiektywów paparazzi i polityków, który oddaliby sporo, żeby owych paparazzi uniknąć. Naciągaczki i krętaczy marzących o sztucznych piersiach i lepszym życiu. Paparazzi gotowych sprzedać wszystko i każdemu kto tylko da wyższą cenę, którzy bez najmniejszych skrupułów, kilkoma zdjęciami niszczą innym życie i dziennikarzy, którzy jeszcze odrobinę wierzą w etykę i prawdę.  Kontakty, układy, pogoń za medialną sensacją (nie ważne, czy prawdziwą, czy kompletnie zmyśloną) i niesamowity wpływ, jaki wywierają media – nie bez powodu nazywane „czwartą władzą”.

Okrutna gra losu i ludzi na wysokich stanowiskach. A z drugiej strony prosty, niewyedukowany odbiorca, który z przyjemnością o takiej medialnej sensacji poczyta (a jeszcze chętniej posłucha, bo w końcu kultura czytanie odchodzi już do lamusa). Siła mediów i internetu, portali społecznościowych, mocnego hasła i umiejętnej manipulacji – siła słowa. Karykaturalnie przerysowana, a jednak coś w tym jest. A przynajmniej brzmi jakoś znajomo.

Wieloosobowa narracja ukazuje zepsuty świat sławy z kilku perspektyw – telewizyjnej gwiazdy i oszusta, dziewczyny ze wsi i młodego reportera, polityka i paparazzi – ponury świat, w którym nastąpiło kompletne przewartościowanie podstawowych wartości, a każdy myśli tylko o tym, żeby jak najwięcej zagarnąć dla siebie (sławy, pieniędzy, władzy), nie przejmując się za bardzo skutkami jakie odczują inni.

Zgorzkniała satyra, w której próżno szukać małych bohaterów wygrywających z systemem, czy szczęśliwego zakończenia, obnażająca absurdy manipulacji społeczeństwem. I trudno uniknąć porównania z Syzyfem pchającym kamień pod stromy szczyt tylko po to, by ten z łoskotem stoczył się w dół. I choć bohaterowie są świadomi bezsensu swojej pracy, choć wieczorem ogarnia ich nostalgia, od rana na nowo zaczynają pchać swój kamień.

Książka nie rzuciła mnie na kolana i chyba nie zaszokowała tak bardzo jak miała, to jednak czytało się dobrze i dała co nieco do myślenia. Chociaż daleko mi do utożsamiania się z którymkolwiek z bohaterów, a Ci raczej niesamowicie mnie irytowali (już ja bym ich wychowała!), to jednak mimo braku sympatii trochę mi ich żal. Chyba każdego z nich. Pewnie gdybym oglądała telewizję i czytała plotkarską prasę, to po tej książce zaprzestałabym tych czynności i może taki był jej cel. Tylko czy fani długaśnych seriali, obecnych wydań „Wiadomości” i artykułów o ludziach, którzy „Nie śpią, bo trzymają sufit” sięgają po książki? Nawet pod tak chwytliwym tytułem?

Za lekturę dziękuję Wydawnictwu Znak Literanowa.

Marcin Kącki, Fak maj lajf, Kraków: Znak Literanowa, 2017, 368 s.

Czas na czytanie: „Najgłupszy anioł” Christophera Moore’a

Choć na tegoroczną majówkę zapowiadali 30 stopni (10 w piątek, 10 w sobotę i 10 w niedzielę), słonko rano nieśmiało wyglądało zza „stopniowego zachmurzenia” i przygrzewało przyjemnie do śniadania. Uznałam zatem, iż to najlepsza pora na chwilę z książką w klimacie Bożego Narodzenia. A odpowiednio hipsterski filtr doda zdjęciu świątecznego klimatu:

0 (2)  ->  DSC_1284~2

Chociaż uważam, iż fragmenty recenzji przytoczone z tyłu owijki są zdecydowanie przesadzone – szczególnie ta z Denver Post: „Christopher Moore szybko staje się pisarzem kultowym, zajmując miejsce, na którym ostatnio znajdował się Kurt Vonnegut”to jednak tym razem humor pana Moora naprawdę mi podpasował.

Wielką siłą tej pozycji są bardzo barwni i, co najważniejsze, sympatyczni bohaterowie. Posterunkowy o proporcjach ciała modliszki i słabością do trawki, była aktorka filmów klasy B, która bez swoich leków słyszy głosy i nie odróżnia siebie od Kendry – Wojowniczej Laski z Pustkowi oraz lotnik będący opiekunem nietoperza owocożernego noszącego stylowe okulary przeciwsłoneczne to tylko początek korowodu osobistości. Każde kolejne indywiduum jest większym cudakiem i (co mnie zaskoczyło – rzadko lubię więcej niż jednego bohatera) każdego lubi się bardziej. Jeśli do tej mieszanki dodamy ciamajdowatego anioła, który, chcąc spełnić świąteczne życzenie pewnego chłopca, nierozważnie wskrzesza wszystkich zmarłych z pobliskiego cmentarza… W końcu co to za Świąteczne Przyjęcie dla Samotnych bez apokalipsy zombie w roli głównej atrakcji?

Autor wrzucił do jednego dzbanka charakterystycznych bohaterów, huragan, turystyczną miejscowość, świąteczny cud, apetyt na świeże mózgi i sporą dawkę szaleństwa, po czym dokładnie to wszystko zmiksował -> powstało coś w stylu koktajlu ze szpinaku i selera – dość paskudne, wygląda nieapetycznie i człowiek nie jest pewien, czy aby na pewno wyjdzie mu na zdrowie, ale i tak pije z ciekawości, a kiedy okazuje się, że jest smaczniejsze niż można się było spodziewać, po jakimś czasie ponownie ma na niego ochotę.

Absurdalna, przerysowana, ale w granicach dobrego smaku. Rozśmieszająca, zaskakująca i odświeżająca, chociaż gdybym czytała ją faktycznie w ferworze przygotowań do Świąt, mogłabym nie podejść do treści z równym dystansem – w końcu zimą każdy jest nieco poirytowany (zwłaszcza, kiedy na dworze jest minus milion, a akurat trzeba umyć okna dla Jezusa).

Duża dawka amerykańskiej, bożonarodzeniowej komerchy – idealna rozrywka na początek wiosny.

DSC_1267~2
#kanapinkg

Christopher Moore, Najgłupszy anioł. Podnosząca na duchu opowieść o bożonarodzeniowej grozie *wersja 2.0*, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2006; 300 stron (absurdu).