Czas na czytanie: Trylogia „Someone” Laura Kneidl

Trylogia „Someone” to trzy bardzo przyjemne i sympatyczne samodzielne powieści w nurcie young adult poświęcone różnym bohaterom z jednego kręgu przyjaciół. Każda para mierzy się z innymi problemami i wyzwaniami dotykającymi młodych ludzi stojących u progu dorosłości – między innymi z brakiem tolerancji, podejmowaniem własnych wyborów i mierzeniem się z ich konsekwencjami czy wyrobieniem sobie tolerancji na szkodliwe opinie innych, czasem nawet najbliższych. Oczywiście wątki romantyczne pełnią w nich bardzo istotne role.

Uwaga! Jak zwykle każda recenzja kolejnego tomu może zawierać spoilery do treści poprzednich. Recenzje są umieszczone zgodnie z kolejnością czytania. Jeśli wiec nie czytaliście tomu pierwszego, uważajcie na recenzję drugiego itp.

„Someone new” to książka o odmienności i różnych na nią reakcjach oraz o akceptacji – zarówno innych ludzi, jak i własnych potrzeb oraz pragnień.

Wychowana pod kloszem osiemnastoletnia Micah jest konformistką i dla szczęścia swojej rodziny jest gotowa znieść naprawdę wiele – znienawidzone studia prawnicze wraz z wizją przejęcia po rodzicach kancelarii adwokackiej, nadęte przyjęcia pełne zarozumiałych gości z „wyższych sfer”, czy rezygnację z marzeń o studiowaniu sztuk pięknych. Szybko okaże się jednak, że rodzice nie są skłonni do podobnych ustępstw i kiedy coś nie pasuje do ich obrazka idealnej rodziny, nie zawahają się ani chwili, by usunąć problem. Nawet jeśli wiąże się to z wyrzuceniem z domu własnego dziecka. Kiedy Adrian – brat bliźniak bohaterki zostaje wykreślony z rodziny z powodu homoseksualizmu, Micah nie ma już ochoty mieszkać dłużej z rodzicami.

Pierwszy krok w kierunku samodzielnego życia nie jest łatwy – to nie tylko konieczność obsługi pralki, czy złożenia sobie mebli, ale również nauka podążania własną drogą i powoli odkrywana świadomość, że próbując zadowolić wszystkich wokół nie sposób osiągnąć szczęścia. Tymczasem problemy uprzedzeniami i wyrywanie się ze szponów toksycznych relacji dotyczy nie tylko tej jednej rodziny. Co wcale nie znaczy, że rozczarowanie boli mniej.

Autorka zostawia czytelnikowi tak dużo wskazówek, że sam plot twist nie jest tak naprawdę wielkim zaskoczeniem i jednego z głównych, jeśli nie najważniejszej tematów tej powieści domyśliłam się jakoś w 2/3 książki. Niemniej jednak sam pomysł „podania” problemu – postawienia czytelnika nie w miejscu osoby, której dotyczy on bezpośrednio, a bohatera poznającego go niejako z zewnątrz, okazał się strzałem w dziesiątkę.

To jednocześnie lekkie, nieco naiwne, czasami głupiutkie czytadło i całkiem mądra książka o wsparciu i odrzuceniu oraz o odkrywaniu siebie. Znajdziemy tu sporo o poszukiwaniu własnej drogi, dbaniu o swój komfort psychiczny, wydostawaniu się ze szkodliwych związków i odróżnianiu naszych marzeń od wizji innych ludzi.

Laura Kneidl, Someone New, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2020, 480 s.

 „Someone else” jest historią Cassie i Auriego – sąsiadów Micah z pierwszej części trylogii. Choć pozornie wszystko ich dzieli – wysoki, dobrze zbudowany czarnoskóry chłopak i delikatna, bardzo blada rudowłosa dziewczyna, on dusza towarzystwa, ona z lekką fobią społeczną, pełen energii sportowiec i domatorka ceniąca sobie długie spanko i całe dnie spędzone na kanapie przed ulubionym serialem. Połączyło ich współdzielone mieszkanie oraz miłość do książek i filmów. Auri chętnie „dał się zarazić” pasją współlokatorki do cosplay’u i LARP i szybko stworzyli świetnie zgrany duet najlepszych przyjaciół, w którym wszyscy widzą parę idealną. Czy jednak warto ryzykować tak fantastyczną przyjaźń dla porywów serca i hormonów? Szczególnie, że otwarty i szczery przy Cassie Auri, poza bezpieczną przystanią ich mieszkania zdaje się być innym człowiekiem, poświęcając się budowaniu wizerunku sportowca-twardziela i gwiazdy futbolu.

 Ta część jest poświęcona przede wszystkim dojrzewaniu do bycia sobą i nie przejmowania się opinią innych oraz odwadze, jakiej wymaga taka postawa. Podobnie, jak w pierwszym tomie, pojawi się wątek dyskryminacji, choć tym razem z nieco innych powodów – głównie związanych z kolorem skóry i odmiennymi zainteresowaniami podszytą stereotypową wizją „męskiego mężczyzny”. Pojawi się również wątek życia z chorobą, bo główna bohaterka cierpi na cukrzycę. No i oczywiście jest to super słodki romans, bo to naprawdę urocza para jest!

Laura Kneidl, Someone Else, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2020, 392 s.

Trzecia i ostatnia część serii – „Someone to stay” – choć równie przyjemna w lekturze, przemówiła do mnie chyba najmniej. Pewnie dlatego, że z wiecznie przepracowanymi i superambitnymi bohaterami – pracoholikami zdecydowanie trudniej było mi się utożsamić, niż z przyklejoną do kanapy i książki Cassie ;)

Aliza ma jasno wyznaczony cel – chce zmienić świat. Jako wnuczka pakistańskiej emigrantki dobrze wie jak wiele niesprawiedliwości i przeciwności losu czeka na kobiety próbujące ułożyć sobie nowe życie w USA. By mieć realny wpływ na zmianę szkodliwych przepisów decyduje się na studiowanie prawa, by w przyszłości móc współpracować z jedną z fundacji wspierających kobiety w podobnych sytuacjach. Okazuje się jednak, że bardzo wymagające studia nie sprawiają jej tyle radości, co na początku, a do tego bardzo trudno pogodzić naukę z działalnością na bardzo poczytnym blogu i w social mediach oraz z ostatnimi szlifami wydawanej właśnie książki kucharskiej. Czy jednak rozsądna droga z prawem w roli głównej jest jedyną możliwością dotarcia do upragnionego celu?

Przygnieciona obowiązkami Aliza nie ma zbyt wiele czasu na przyjemności, pielęgnowanie przyjaźni, a już na pewno nie na randkowanie. To w sumie całkiem pasuje równie zaganianemu Lucienowi, który równie ambitne studia łączy z opieką nad nastoletnią siostrą, dla której dobra musiał poświęcić swoje marzenia. Czy związek między osobami mającymi tak wiele ważniejszych priorytetów ma szansę nie tylko przetrwać, ale w ogóle powstać?

Tym razem głównym tematem książki jest ciężar ambicji, umiejętność odpuszczania sobie, szukania różnych dróg do osiągnięcia celu, mądrego ustalania priorytetów, zaufaniu drugiemu człowiekowi i zwracaniu się o pomoc, kiedy brakuje już sił.

Laura Kneidl, Someone to stay, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2021, 400 s.

~ Książki przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Dywan z wkładką” Marta Kisiel

Do gatunku „komedia kryminalna” podchodzę zawsze ze sporą rezerwą, bo choć bardzo cenię sobie książki z humorem, a nawet „z jajem”, to jednak za bardzo lubię dobre kreacje psychopatów i zagmatwane intrygi, by lekko podchodzić do kryminałów. Nic więc dziwnego, że tytuły komedii kryminalnych, które naprawdę mi się podobały mogę policzyć na placach jednej ręki.

Niemniej jednak „Marta Kisiel” jest marką, po którą sięgam (a nawet polecam!) w ciemno i jeszcze nie zdarzyło mi się na tym zwyczaju przejechać. Tym razem nie było inaczej.

Kiedy z lodówki rodziny Trawnych zaczyna wydobywać się entuzjastyczna wokalizacja erotyczna nowej sąsiadki, wyprowadzka „w dzicz” nie wydaje się wcale a wcale przesadzoną reakcją. Szybko okazuje się jednak, że podmiejski „koniec świata” to ni mniej ni więcej, jak siedlisko występku, a motywy ukatrupienia uciążliwego sąsiada może mieć właściwie każdy z sąsiedztwa. Kto z nich jest tajemniczym zbrodzieniem? I czy to aby na pewno nie szanowny małżonek? W takich okolicznościach nawet dobrze mieć przy sobie przygotowaną na każdą sytuację teściową – pożeraczkę męskich serc, joginkę i wytrawnego stratega wyćwiczonego w licznych planszówkowych bitwach. W jednej osobie! Szczególnie, kiedy twoje ciekawskie dzieciaki – pogromczyni stereotypów, hejterka różu i obrończyni klimatu (również jedna osoba) oraz oddany minecraftowicz dominującym charakterem siostry przytłoczony – depczą Ci po piętach.

O tym, że rekreacyjne bieganie po lesie ” dla zdrowia” prowadzi do samych kłopotów nie trzeba mnie długo (w sumie to wcale) przekonywać, ani że może się to skończyć trupem też nie, jak dla mnie całkiem realna sytuacja. Niemniej jednak, jak to w komediach kryminalnych bywa, przede wszystkim jest to komedia, a dopiero potem kryminalna, więc i sama intryga należy raczej do tych raczej mało poważnych, choć po słowo „infantylna” raczej bym nie sięgnęła. Jest to też jak najbardziej lektura dla dorosłego odbiorcy, chociaż raczej dla takiego bez kijaszka w życi.

Mimo początkowych obaw, że bez fantastyki, kichających aniołów, romantycznych widm, podróży w czasie, półglutów i tym podobnych klimatów to już nie będzie to samo i zabraknie magii, jest kiślowato od pierwszego do ostatniego zdania. Cudowne poczucie humoru, bohaterowie, których kochasz z całego serducha i masz ochotę udusić jednocześnie oraz nieprzewidywalnie absurdalne zwroty akcji to przepis na sukces. Znowu. Nawet odrobina poezji romantycznej zaplącze się to tu, to tam i Alleluja też!

No i nareszcie mam książkę dla wszystkich tych znajomych, którym uparcie polecam jedną z moich ulubionych autorek, a oni „nie lubią fantastyki…”!

Uśmiałam się jak norka, polecam.

Marta Kisiel, Dywan z wkładką, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B, 2021, 333 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.

Czas na czytanie: „Nie mogę, trzymam dziecko” Ksenia Potępa

„Nie mogę, trzymam dziecko” towarzyszy mi właściwie od samych początków macierzyństwa – Mysza, pierworodna autorki, jest tylko kilka miesięcy młodsza od mojej Majki i rysunkowy pamiętnik Kseni zaczął powstawać mniej więcej w okresie, kiedy udało mi się względnie opanować umiejętność operowania telefonem komórkowym podczas karmienia i innego ogarniania dziecka, a moje umiejętności umysłowe wróciły do stanu, w którym byłam w stanie rozumieć żarty.

A że na większość przedstawionych sytuacji reagowałam entuzjastycznym szeptem „tak, ja też tak mam!” (żeby przypadkiem nie obudzić niemowlaka), bardzo szybko zapałałam do drugiej początkującej mamy spora sympatią. W końcu to prawdziwa ulga, kiedy nie jest się jedyną matką, która nie zawsze ogarnia wszechświat.

Dlatego też chętnie, choć nie bez obaw, sięgnęłam po tą książkę. Nie bez obaw bo znacie moje podejście po poradników (nie lubię, nie ufam, demotywują mnie), no i nierzadko zdarza się, że blogerzy piszący własne książki nie są już w tak fajni, jak w krótkich formach, jakim są posty na Instagramie.

Na całe szczęście „Nie mogę, trzymam dziecko” pozostała sobą. Jest więc obowiązkowa dawka luzu i humoru, a codzienne zmagania z rzeczywistością młodych rodziców zostały sprytnie sprowadzone do rangi użytecznych wymówek – w końcu najlepszym wytłumaczeniem na poplamione ubrania, mówienie do siebie, czy nie do końca wytłumaczalne zachowania jest posiadanie dziecka. I to podejście bardzo mi się podoba. Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nie zawołał nigdy do sprzedawczyni w piekarni „Papa, do jutra!”. Z dzieckiem wygląda to dobrze. Bez dziecka nieszczególnie (tak, byłam bez dziecka. Tak, później chodziłam już tylko do piekarni na drugim końcu osiedla).

Jak to określił szanowny małżonek, dla nas ta książka jest już trochę postdated, więc jako mama prawie pięciolatki zrobiłam sobie wieczorem kubeł herbaty, i kiedy moja odchowana latorośl grzecznie spała we własnym łóżeczku, spędziłam z „Nie mogę, trzymam dziecko” miły i zabawny wieczór, czyli pochłonęłam „na raz”. Ale jak najbardziej jest to książka dla rodziców pociech w stadium larwalnym – nieodkładanych i pochłaniających uwagę 38 godzin na dobę. Została podzielona na 27 (!) króciutkich tematycznych rozdziałów, które można przyswoić rzutem oka i w stanie nie do końca obudzonym na przykład podczas gotowania wody na kawę, która i tak nam ostygnie. Albo podczas, gdy wokół wszystko płonie, ale my już potrafimy się z tym pogodzić. Rozdziały są poprzetykane 13 „wstawkami bonusowymi” – między innymi przepisem na ciasteczka zawierającym wskazówki dla malucha odnośnie nie jedzenia surowego ciasta, pozycjami z mamojogi, wskazówkami odnośnie pakowania rodziny na wyjazd, czy definicją głuchoty wybiórczej. I oczywiście komiksowymi scenkami spod pióra autorki. W ogóle cała książka jest bardzo ładnie wydana. Ma też duże literki i sporo obrazków!

Aż trudno w to uwierzyć, ale z 27 tematów – od spania i jedzenia, przez kupę, ubieranie, granice cierpliwości, aż po dobre rady i typowe zachowania rodziców tylko 2 (słownie dwa) problemy nie dotknęły mnie osobiście – nie wiem, czy nie strach się do tego przyznawać, ale macierzyństwo oszczędziło mi współspania (z wyboru, bardzo się przed tym broniłam i Majka spędziła z nami tylko jedną noc we wspólnym łóżku) i uciążliwego ząbkowania – Czasami miałam wrażenie, że Ksenia po prostu siedziała mi w głowie. Albo podglądała mnie gdzieś przez ukrytą kamerę, co jest dość niepokojącym pomysłem. Zdecydowanie wolę myśleć, że po prostu wszystkie mamy tak mają. Nie jesteś jedyną nieidealną i nieogarniającą matką na świecie! A to myśl, która szalenie podnosi na duchu.

Fantastyczny pomysł na prezent dla młodych rodziców. Polecam bardzo i żałuję, ze sama jej nie miałam podczas zmagań z początkami rodzicielstwa. Sama sobie zostawię na półce „na wszelki wypadek” i czekam na kolejną część poświęconą przedszkolakom!

Ksenia Potępa, Nie mogę, trzymam dziecko. Rodzicielstwo bez instrukcji obsługi, Warszawa: Wydawnictwo Znak Literanova, 2020, 240 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak Literanova.

Czas na czytanie: „Siła złego na jednego” Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa

Już na samym wstępie muszę zaznaczyć, że znając już ten świat – jego absurdy, groteski i pokręcone charaktery bohaterów, drugi tom czyta się zdecydowanie łatwiej. Po prostu nie trzeba już zastanawiać się o co w tym wszystkim chodzi, całą energię poświęcając na cieszenie się tą niebanalną lekturą.

Drużyna ulega rozpadowi – większość Jasnych musi jechać do Dąbrowy, zdać władcy relację z podstępnej zdrady Wlariela. Świta Dirana kurczy się znacznie, ale chyba jedna elfka, jeden zmienny i jedna mroczna wystarczą, by doprowadzić nowego Władcę do szkoły? Oczywiście nudno nie będzie, bo, choć zmniejszona, wyprawa nie traci ani odrobiny ze swojej pechowej aury. Sytuacje, które w pierwszym tomie skutkowały sprzedaniem w niewolę, tym razem kończą się nieplanowanymi małżeństwami (a może to bez różnicy?). Di odkrywa w sobie pierwiastek, jakiego odkryć nigdy się nie spodziewał, a do tego przyrzeka uwolnić duszę swojego miecza od wiecznej niedoli. Ponadto spotyka kuzyna, który ewidentnie jest jego jasną bratnią duszą i mają szansę zostać bff. Cesarzowa Ciemności kontratakuje, ojcowie czuwają, a podstępny imperator Dobroziemi knuje kolejną intrygę.

Podobnie, jak w przypadku pierwszej części, fabuła wypełniona jest nie mającymi większego znaczenia zdarzeniami – ot tak, żeby podróż się nie dłużyła warto porobić poboczne questy dla rozprostowania skrzydeł, wyczerpania mocy i efektownego omdlenia. Jestem strasznie ciekawa, czy wszystkie te niepozorne zdarzenia prowadzą do jakiejś wielkiej puenty w ostatnim tomie, czy to po prostu przygody wzbogacające doświadczenie młodego bohatera.

Pojawią się akcenty, których dotychczas mogło czytelnikom zabraknąć – blond książęta jeżdżący na jednorożcach, zaginione boskie korony, karawany przez przeklęte pustkowia, olbrzymie robale, wyklęci rycerze przedwiecznych zakonów i porzucone demoniczne dzieci.

Czy najmłodszemu synowi Ciemnego Władcy uda się wreszcie dotrzeć do szkoły? Czy zawiązane przyjaźnie przetrwają? Czy uda się zapobiec wojnie? Czy Jaśni i Ciemni mogą się przyjaźnić? Nie niszcząc przy tym świata?

Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa, Siła złego na jednego, Słupsk: Wydawnictwo Papierowy Księżyc, 2019, 346 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papierowy Księżyc.

Czas na czytanie: „Jezioro Ciszy” Anne Bishop

Nigdy szczególnie nie ciągnęło mnie do najsłynniejszej chyba serii Anne Bishop o Innych, ale jakiś czas temu skusiłam się na pierwszy tom innej serii tej samej autorki – „Filary Świata” i to była całkiem przyjemna, magiczna przygoda. Kiedy więc pojawiła się okazja rozejrzenia się po innym uniwersum autorki bez konieczności rozpoczynana wielotomowego cyklu, chętnie z niej skorzystałam.

DSC_0352

Jak tylko udało mi się już w miarę zrozumieć zasady funkcjonowania tego świata i poczułam się w nim całkiem pewnie – na tyle, na ile pewnie może poczuć się człowiek, który w dość brutalny sposób dowiaduje się, że jego miejsce jest niemalże na samym na końcu łańcucha pokarmowego – okazało się, że Anne Bishop idealnie wpasowała się w moje poczucie humoru. Bo humoru jest tu mnóstwo – makabrycznego, z dużą dawką autoironii i przejawiającego się gdzie tylko się da. Od kreacji postaci (i w opisie wizualnym i w cechach charakteru), przez przedziwne stworzenia, specyficzne nazwy, ciętą ironię aż po humor sytuacyjny. A przy tym porusza sporo całkiem poważnych tematów, jak brak pewności siebie, przemoc psychiczna, czy napady lękowe. I robi to z klasą! To wyjątkowe połączenie komedii z horrorem można porównać do „Najgłupszego Anioła”, ale to raczej dalecy krewni. Bo w świecie innych jest zdecydowanie bardziej… niezwykle.

Trzydziestoletnia Vicki, w ramach ugody rozwodowej, otrzymuje zrujnowany ośrodek wypoczynkowy nad malowniczym jeziorem, który planuje przekształcić w dobrze prosperujący biznes. Szybko okazuje się jednak, że to nie ludzie będą jej pierwszymi interesantami, otaczają ją bardzo specyficzni sąsiedzi, a rozwód wcale nie oznacza końca kłopotów z byłym mężem. Jak żyć, gdy wszystko wokół (z powietrzem włącznie!) obserwuje każdy twój krok, ciemność roi się od zmiennokształtnych (od wron, przez kucyki aż po niedźwiedzie i dzikie koty), twoim prawnikiem jest wyjątkowo wyględny krwiopijca, można nawet nie zauważyć, kiedy zostanie się czyimś obiadem, a śmiesznie podskakujące cosie codziennie przychodzą po haracz w postaci marchewki?

Życie w małej społeczności nie jest łatwe. Szczególnie, kiedy przychodzi się do niej z zewnątrz, a większość jej członków nie ma pojęcia o ludzkich zwyczajach.

„Nie wiedziałabym o martwym człowieku, gdybym nie weszła do kuchni w chwili, gdy moja jedyna lokatorka właśnie zamierzała podgrzać gałkę oczną w kuchence mikrofalowej”.

– kiedy książka zaczyna się od takiego zdania, to znak, że będzie dobrze. A potem jest tylko lepiej!

No i klops, bo teraz czeka mnie 8 tomów serii do wyczytania. Z jednej strony ekstra, witaj przygodo! Z drugiej mój regał wstydu zanosi się żałosnym łkaniem. Życie jest zdecydowanie za krótkie, jak na liczbę książek, które chcę przeczytać!

Jeśli ktoś ma ochotę niezobowiązująco sprawdzić, czy specyficzna kreacja świata Innych jest dla niego, „Jezioro Ciszy” jest bardzo dobrym wyborem. To niezależna historia, która nie wymaga znajomości pozostałych tomów serii, a daje spore pojęcie o jej klimacie.

Anne Bishop, Jezioro Ciszy, Kraków: Wydawnictwo Initium, 2019, 480 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Initium.

Czas na czytanie: „Zbrodnia po irlandzku” Aleksandra Rumin

Minęło raptem pół roku od poprzedniej książki, a pani Rumin już popełniła kolejną zbrodnię. I to z dużo mocniejszym przytupem!

Witajcie na wakacjach z piekła rodem! Deszczowa Irlandia powita was z otwartymi ramionami, zamglonymi klifami, rozpadającym się busikiem, hotelami na końcu świata i tłumami turystów. Będziecie mieli okazję zwiedzać to niezwykłe miejsce wraz z ośmiorgiem szczęśliwców, którzy wygrali wczasy biurze podróży Hej Wakacje! No, na początku z ośmiorgiem. Bo już od pierwszego dnia  wyprawy szczęśliwcy znaczną ginąć w wyjątkowo niecodziennych okolicznościach…

W porównaniu ze „Zbrodnią i Karasiem”, wakacyjna powieść jest znacznie bardziej uniwersalna. Tym razem autorka nie pije do określonych sytuacji z pierwszych stron gazet, a piętnuje określone zachowania… narodowe, że tak to określę. A mianowicie perypetie różnorakie rodaków na wakacjach. Spokojnie, innym nacjom też się odrywa. I hotelowemu jedzeniu, biurom podróży, pilotom wycieczek, transportowi zorganizowanemu, pogodzie, klifom, owcom, komarom-ludożercom…  W końcu człowiek na wyjeździe głupieje z zasady, a spod skóry wychodzi mu wewnętrzny buc. Ale wygląda na to, że w takich warunkach inaczej się nie da.

Wbrew symfonii uszczypliwego narzekania, jaką w gruncie rzeczy jest ta książka, czyta się ją bardzo dobrze. Chociaż przesadzona do granic możliwości, wciąż jest zabawna, a i nie sposób powstrzymać się od mechanicznego kiwania głową od czasu do czasu. Każdy z nas z pewnością na własnej skórze doświadczył choć jednej z opisanych sytuacji, w końcu przedstawiono ich aż tyle!

Zagubiony pilot wycieczki, demoniczna staruszka, bojowo nastawione kozy, napięty program, malownicze widoki, złodzieje literek, ciągłe ulewy, albo mgły, zabieranie „na pamiątkę” wszystkiego, co nie jest przybite gwoździami (chociaż to, co jest przybite również można zabrać, ale trudniej) i rybki lepszego sortu. A wszystko to przy radosnych dźwiękach harfy i klikającej raz po raz migawki aparatu.

Ta książka naprawdę świetnie nadaje się na wakacje – lekka, humorystyczna i całkiem błyskotliwa. Aż człowiek nabiera ochoty na wyprawę do Irlandii. Tylko może lepiej bez opieki biura podróży.

Kto przed końcem lektury zgadnie, kto jest mordercą, ma u mnie ciacho! I to z bitą śmietaną, a co! Gwarantuję, że nikomu się nie uda!

Aleksandra Rumin, Zbrodnia po irlandzku, Kraków: Wydawnictwo Initium, 2019, 300 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Initium.

Czas na czytanie: PATRONAT „Gaming house” Dominika Smoleń

O twórczości Dominiki Smoleń pisałam już tutaj nie raz i, jak wiecie, mam do niej pewną słabość i sporo sentymentu. Do tego stopnia, że „Gaming House” ukazała się pod moim patronatem. Zdecydowałam się na ten krok nie dlatego, że jest najlepszą książką autorki (za taką wciąż zdecydowanie uważam „Bieg do gwiazd”), ale dlatego, że jest najtrudniejsza do zrozumienia. Jeśli spodziewacie się po niej lekkiej komedii pełnej błyskotliwego humoru, na pewno będziecie rozczarowani. Jeśli nastawicie się na przyjemną, niezobowiązującą lekturę, na pewno będziecie rozczarowani. Bo w czytelniku, który ma już w miarę poukładane w głowie (nigdy nawet nie sądziłam, że kiedykolwiek pomyślę o sobie w taki sposób…) „Gaming House” budzi irytację, niechęć i zażenowanie. Częściej, niż uśmiech wzbudza chęć mocnego potrząśnięcia bohaterami i wysłania ich na trochę do roboty w kopalni. Albo do wojska. Ot tak, wychowawczo.

Tytułowy Gaming House to coś w stylu współczesnej hipisowskiej komuny – ośmioro jego mieszkańców spędza młodość na wałkonieniu się, alkoholizowaniu i uprawianiu stosunków seksualnych z przypadkowymi partnerami i sobą nawzajem. Tym, co różni ich od prawilnych dzieci-kwiatów, jest silne uzależnienie od gier komputerowych i wyjątkowo emocjonalne podejście do spraw błahych i, przynajmniej z punktu widzenia kosmosu, zupełnie nieznaczących – jak na przykład ranking w LOLu i stały dostęp do internetu. Sprawy te mają dla nich oczywiście znaczenie elementarne.

To wyjątkowo smutny obraz części pokolenia kompletnie nieprzystosowanego do prawdziwego życia, niezaradnego, rozchwianego emocjonalnie, pozbawionego wyższych zasad i wartości, nie robiącego planów, nie mającego ambicji, hedonistycznie skupionego na sobie i chwilowych przyjemnościach. Jeśli mieszkańcy GH mieliby sporządzić swój manifest, brzmiałby on zapewne „Seksu i internetu!”. A przy sporządzaniu go zdążyliby się pięć razy pokłócić, dwa razy urządzić orgię, poobrażać się na siebie i zrobić błąd ortograficzny. I trwałoby to dobry tydzień.

Nasuwa się zatem pytanie – po co męczyć się z tymi zakałami społeczeństwa jeszcze w książce, skoro jest tyle innych, mniej frustrujących pozycji? Odpowiem na to prosto – ta pozycja jest potrzebna. Bo tego rodzaju hikikomori (posługując się tak lubianymi przez bohaterów domu gier słówkami pochodzenia japońskiego) mnożą się coraz bardziej rosnąc pomału do rangi poważnego problemu społecznego. I do takiej młodzieży (i w sumie każdej innej też) nie ma się co zbliżać z umoralniającymi monologami. Co innego podsunąć im pozycję o klawym życiu fikcyjnych (mam taką nadzieję!) bohaterów, którzy „mają niezłe przypały”. I pozwolić im samym wyciągnąć wnioski. Bo ta wymarzona ucieczka od wyzwań dorosłości okraszonej prawdziwymi problemami okazuje się tak naprawdę strasznie żałosna. A wyśniona Arkadia jest tylko wydmuszką – strojną, ale pustą w środku.

Powieść dydaktyczno-moralizatorska na miarę epoki LOLa.

Dominika Smoleń, Gaming house, Warszawa: Wydawnictwo WasPos, 2019, 370 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa WasPos i autorki.

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Zbrodnia i Karaś” Aleksandra Rumin

Spójrzcie na nagłówek mojego bloga. A potem trochę niżej, na wizerunek kota na okładce, a potem jeszcze raz na nagłówek. To musi być rodzina, chociaż mój Figiel do niczego się nie przyznaje! Tej pogardy wobec świata wymalowanej na kocim pyszczku nie da się podrobić.

Już dla samej okładki musiałam mieć tą książkę na moim uginającym się i łkającym cicho z bólu dźwigania tylu tomiszcz regale! A i czytało się całkiem dobrze.

To pełna absurdów i nawiązań do obecnej (i świeżo przekwitniętej) śmietanki celebryckiej satyra społeczno-uczelniana z trupem w tle.

Mamy tu uczelnię z piekła rodem, jej głodujących absolwentów wybierających ścieżkę kariery menela (albo inne gorzej płatne), patologiczną wręcz kadrę profesorską, kota gardzącego ludźmi, przynajmniej dwie wyjątkowe szuje, ducha w toalecie i tajemnicze morderstwo.

Całą intrygę poznajemy z aż 11 (!) odmiennych perspektyw, według których te same zdarzenia momentami różnią się tak bardzo, jak i sami bohaterowie. Zdecydowanie nie można się nudzić. To elegia dla elastyczności podstawowego instynktu przetrwania absolwentów kierunków humanistycznych i wredny chichot zawrotnej gry losu. A do tego sytuacje tak kosmiczne, że musiały się gdzieś kiedyś zdarzyć (gdzieś, czyli u nas), bo nikt nie byłby w stanie wymyślić czegoś takiego

Nie jest to porywająca książka, którą czyta się jednym tchem. Wręcz przeciwnie – dzięki dużej ilości krótkich, kilkustronicowych rozdziałów jest wyjątkowo dobrze „odkładalna”, co czyni z niej wymarzonego towarzysza komunikacji miejskiej i innych podróży małych i dużych.

Nie wiem, czy tej historii uda się przetrwać próbę czasu – jest tak naszpikowana zawoalowanymi prztykami ściśle powiązanymi ze współczesną sytuacją polityczno-brukowcową, że za kilka lat może być już nieczytelna. Skojarzenia przestaną być tak oczywiste i istniej ryzyko, że cały urok książki może się po prostu wypalić. W końcu gwiazdeczki od fitnessów i zdrowych produktów żywnościowych zwiększające swoją popularność dzięki urodzeniu dziecka, królowe kryminału oraz piramidy finansowe o dwukruszcowych nazwach nie zostaną w pamięci gawiedzi na wieki wieków (amen!). Dlatego też czytajcie szybko, nie ma czasu do stracenia! Bo jednak szkoda byłoby to przegapić.

Aleksandra Rumin, Zbrodnia i Karaś, Kraków: Wydawnictwo Initium, 2019, 300 s.
(premiera 15.03.2019)

Czas na czytanie: „Prymityw. Epopeja narodowa” Marcin Kołodziejczyk.

„(…) potrzeba jakiegokolwiek powstania jest u nas paląca. Tylko przejściowy kłopot z wyborem wroga. Raczej z nadmiarem wrogów spiskujących zewsząd przeciw polskości, a spiskują, bo nam wszystkiego zazdroszczą”.

Kiedy zobaczyłam na okładce słowa „Na miłość boską, nie chcesz czytać tej powieści”, uznałam to za przewrotną zachętę i oczywiście nabrałam wielkiej ochoty na przeczytanie właśnie tej książki. A jednak trzeba było posłuchać ostrzeżenia.

DSC_1387

„Prymityw” to bardzo dziwny i ciężkostrawny twór – trochę antyutopia, trochę przerysowany (mam nadzieję!) obraz polskiego społeczeństwa, trochę kryminał, trochę historia nieszczęśliwej miłości, trochę załamywanie rąk nad polityczną niedojrzałością, trochę parodia, trochę kafkowska komedia absurdów i trochę „Z kamerą wśród zwierząt”. A właściwie „Z kamerą na warszawskiej Pradze”. I dużo czarnego humoru. W sumie, to nie wiadomo – śmiać się, czy płakać.

„Jest nieswojo i przedziwnie (…). Dzieją się jednocześnie rzeczy poważne i niepoważne”.

Główne pytanie, niepozwalające czytelnikowi na porzucenie tej lektury w połowie, to „Co uczynił Jan Kwas?”. Główny bohater, emigrant ekonomiczny z rodzinnej wsi do wsi Warszawa miota się w życiu jak ślimak posypany solą. Współczesny romantyk, konformista przytłoczony ciężarem egzystencji, własnych uczuć i szarej rzeczywistości. Pracownik fizyczny próbujący swych sił w branży chemicznej i funeralnej, przewlekle chorujący na polskość, wieczny wędrowiec, zakochany jeleń, prawie mesjasz.

„Przypominał yorka, który otarł się o schronisko, został adoptowany, a następnie znowu porzucony w lesie bródnowskim, żeby ktoś mógł go znaleźć, ale nie przychodził”.

Poznając Janka, małymi kroczkami poznajemy również jego nowe środowisko północnopraskiej żulerii, gdzie każdy ma swoją własną historię, proste marzenia i własny sposób na miotanie się w osnowie rzeczywistości. Wiktoria Wiedeńska szukająca szczęścia w wielkim mieście, Robert Poczęty – ograniczony, ale pełen narodowo katolickich ideałów – idealny do polityki, Andrzej Drella – pół pisarz, pół pijak i cały korowód równie barwnych postaci ubarwiających swoją rzeczywistość denaturatem na parkowych ławkach. W końcu w Polsce nikomu nie jest lekko.

„Bo nie ma się co oczarowywać – cała ta Warszawa (…) to była istna spółka ZOO. Ludzie się głównie mijali, ale czasami na siebie wpadali i wówczas tworzyli nowe dzikie roje, które obrastały nowymi fatumami; niebieskie karty, policja i nuda siedzenia – tyle o tym”.

Ale tym, co sprawia czytelnikowi najwięcej cierpienia, jest język powieści. Stylizacja, której miałam serdecznie dość już po trzech stronach i do którą mój mózg nauczył się ignorować dopiero w ostatnich rozdziałach (w których okazało się, że może być jeszcze gorzej!). Bełkotliwa mieszanka, która jest przeintelektualizowana i rynsztokowa jednocześnie. Kosmiczne słowotwórstwo, zbrodnie gramatyczne, maksimum słów, minimum treści i całe rozdziały o niczym. To prawda, już na samym początku zostałam ostrzeżona, że „Prymityw rządzi się własnymi zasadami interpunkcji i ortografii” ale czegoś takiego się jednak nie spodziewałam. Wróciły moje licealne koszmary – kiedyś po nocach śnił mi się Gombrowicz, od dzisiaj będzie mnie prześladował Kołodziejczyk wraz ze swoimi gębami i szaleństwami.

„ Lecz nie ulegało wątpliwości, że dopóty dzban wodę nosi, dopóki człowiek z nim nie poleci na mordę ze schodów. Pozbawiona rozwoju dzisiejszość wcześniej czy później musiała znaleźć sobie jakieś najprostsze zapasowe ujście, dlatego że taka jest kolej rzeczy, że woda płynie w najprostszy dostępny sposób i każdy się powinien rozwijać, a nie stagnować się, tak, czy nie?”

Podobnie jest ze skaczącą narracją która, jak czkawka, urywa i dorzuca wątki by wrócić do nich, lub zupełnie je porzucić już kilka stron później.

W niesamowitych bólach zmęczyłam te niecałe 500 stron, a czuję się, jakbym przeczytała przynajmniej trzy razy tyle. I chociaż doceniam zawartą w nich przestrogę i ponurą diagnozę, to jednak nie da się ukryć, że to była droga przez mękę. Ale z epopejami narodowymi to tak już chyba jest, tak czy nie? Mam przynajmniej nadzieję, że cierpiałam za miliony.

„(…) patos chamstwa zdobywa świat, bo jest głośny, drze mordę i ma tak mało dumy, że odczuwa dumę z byle czego, a zwłaszcza z bycia dumnym”.

Marcin Kołodziejczyk, Prymityw. Epopeja narodowa, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2018, 496 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wielka Litera.