Czas na czytanie: „O wiele więcej” Kim Holden

„(…) moje serce rozpadło się na kawałki. Był to niszczący cios, pozostawiający po sobie jedynie kurz, w którym niemożliwe stało się ponowne poskładanie okruchów”.

Powiem Wam, że ta książka strasznie mnie wymęczyła. Nie zrozumcie mnie źle, lubię urocze, uwznioślone banały i natchnione cytaty o miłości, w gimnazjum chętnie wpisałabym je sobie na ostatniej stronie zeszytu. Problem w tym, że musiałabym mieć bardzo dużo zeszytów, bo ta książka składa się z nich w 75 procentach. Nie żartuję, egzaltowane wywody o  trudach miłości ciągną się tu całymi stronami! I zdradzę wam sekret – w takim natężeniu kompletnie tracą swój urok, bo wyszło z tego coś pomiędzy „Listem do Koryntian”, a Paolo Coelho, a Listem do Koryntian. Z małą domieszką Pawlikowskiej, ale niestety Beaty.

„Odebrałaś mi nienawiść i przekształciłaś ją w miłość”.

Mamy tutaj do czynienia z odwróceniem ról – zazwyczaj pełna dobra i szczerej miłości kobieta trafia na zimnego drania-karierowicza, który ją wykorzystuje, zdradza i nie szanuje. Tutaj sytuacja jest odwrotna – Seamus jest „świętym”, idealnym mężem i ojcem, a jedyne, co leży w zainteresowaniach Mirandy, to pozycja wiceprezesa, nieskazitelna fasada i uwielbienie ze strony męża. Ale szklanki wody w kryzysowej sytuacji, to ona nie poda. Są zdrady, brzydki i bolesny rozwód, sympatyczna striptizerka, szantaż, walka o dzieci, walka z chorobą, pogoń za bogactwem. I niby mamy tu sporo poważnych problemów i mało sympatycznych zagadnień, które budzą sporo emocji, ale mam wrażenie, że przez tą całą pseudofilozoficzną otoczkę coś im odebrano. Że nie zostały potraktowane wystarczająco serio.

Ta historia ma swoje momenty, ale ma ich niewiele. Pięknie przedstawiono rodzicielstwo jako drogę odkupienia. W moim odczuciu to jednak za mało, żeby ją na dłużej zapamiętać.

„Czasami potrzeba niewinności dziecka, by przypomnieć sobie o tym, co istotne”.

Wydaje mi się też, że w tej książce zabrakło odcieni szarości – on jest na wskroś dobry, a los stale go doświadcza, ona to zimna sucz – na wskroś zła i bezduszna, ale w końcu przechodzi wewnętrzną przemianę. Wszystko to w otoczeniu wielkich dramatów i z historią dwóch dobrych i niewinnych, ale skrzywdzonych przez los kobiet w tle. Banał goni banał, a całość jest przewidywalna aż do bólu zębów.

Byłam świadoma, faktu, że po „Promyczku”, każda kolejna książka Kim Holden ma coraz mniej i mniej magii, ale dotychczas żadna z nich mnie nie rozczarowała. Ale chociaż ta jest zupełnie nie w moim guście, to na pewno sięgnę po kolejne tytuły tej autorki, bo bardzo skutecznie skradła moje serce i pewnie dam szansę każdej jej kolejnej książce. Wiem przecież,  że potrafi stwarzać legendy!

Kim Holden, O wiele więcej, Poznań: Wydawnictwo Filia, 2017, 410 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2020 ~

Czas na czytanie: „Księżycowe Miasto. Dwór Ziemi i Krwi” cz.1 i 2”, Sarah J. Maas

„Dzięki miłości wszystko jest możliwe”

Czy opierając się na tak wyświechtanym i banalnym frazesie można zbudować oryginalną historię i nie zanudzić czytelnika na śmierć? I to na prawie 1200 stronach na dwie części podzielonych?

Sarah J. Maas po raz kolejny serwuje nam silną i niezależną bohaterkę (wyjątkowo wrogo nastawioną do samczych alfa dupków), której urządzi w życiu małe piekło. A my będziemy się temu przyglądać, kibicować, trzymać kciuki i potępiająco kręcić głową. Na całe szczęście Bryce irytowała mnie zdecydowanie mniej, niż Aelin, choć niewątpliwie ma z nią sporo wspólnego.

Jeśli znacie wcześniejszą twórczość autorki i w świecie Fae czujecie się już całkiem swobodnie, to czeka Was spora niespodzianka. Co prawda nadęci Fae również się tu pojawiają, ale w Księżycowym Mieście nie są nawet wierzchołkiem góry lodowej. Bo tu po ulicach przechodzą się rozmaite zwierzołaki, wiedźmy, anioły, duchy, żywiołaki, zjawy, demoniaki, kosiarze, upiory, wampiry, demony… Czasami trudno stwierdzić kto tu kogo prowadza na smyczy. Ponadto Lunathion ma w sobie sporo z Sin City – to miasto bardzo względnej sprawiedliwości, okrutnych kar, ponurych mścicieli, Służb Porządkowych składających się z imprezowiczów-zabijaków, dudniące klubową muzyką, płynące alkoholem i znacznie cięższymi używkami – a rozrywkowa główna bohaterka będzie po nim świetną przewodniczką. Jeśli tego wszystkiego wciąż mało, to mamy tu do czynienia z mieszanką magii i nowoczesnych technologii. I widmo nadciągającej wojny.

 

Na tym tle rozgrywa się zbrodnia, która zatrzęsie światem beztroskiej Bryce Quinlan. A szykujące się śledztwo, w którym odegra jedną z głównych ról, obnaży cienie nie tylko miasta i systemu, ale również skrzętnie ukrywane tajemnice jej najbliższych.

Przed czytelnikiem dużo ogarniania – to zupełnie nowy świat, który rządzi się swoimi prawami. Mamy do zapamiętania nie tylko mnóstwo bohaterów przeróżnych ras, kształtów i gatunków, ale również podział owych ras na Domy (a każdy z nich ma swojego władcę), różnice między ludźmi, a Wanami, skomplikowaną hierarchię społeczną i jeszcze bardziej skomplikowany sposób zarządzania miastem, krajem i światem. Do tego czeka nas podróż poprzez dzieje Midgardu od jego zaludnienia, przez konflikty aż do burzliwej sytuacji obecnej (a większość nadprzyrodzonych istot przybyła na tą planetę poprzez Szczelinę w czasoprzestrzeni, więc to wcale nie tak hop), jego wierzenia, sytuację społeczną i polityczną. Czacha paruje. I jak by mnie to wszystko na początku nie przeraziło i przytłoczyło, tak w ostatecznym rozrachunku stwierdzam, że było naprawdę fajnie! Bo i wszystko to zostało przedstawione nie tylko w całkiem przystępny sposób, ale nawet mimochodem – zamiast przydługich wykładów czytelnik poznawał to chaotyczne uniwersum pozostając w samym centrum akcji, nierzadko ucząc się i odkrywając pewne fakty wraz z bohaterami.

Mimo frywolnego podejścia do korzystania z uciech życia, wątek romansowy, choć istotny, jest dodatkiem i mimo silnego przyciągania między bohaterami, seksy nie przesłaniają fabuły. Mimo, że to zdecydowanie powieść dla dojrzałego czytelnika z gatunku seks i przemoc + wulgaryzmy w ilości alarmującej. A mimo to to przyjaźń jest tu najważniejszą wartością i to na tej sile zbudowano całą opowieść. Bardzo podobały mi się również poplątane relacje rodzinne i grzebanie w historii stworzonego świata. I chimera w roli kanapowego pupila!

Kompletny misz-masz, w mojej skali Dziobaków mocna 9!

Jeśli to jest pierwszy tom, to aż boję się myśleć, co nas czeka w kolejnych. Nie mogę się doczekać!

Sarah J. Maas, Księżycowe Miasto. Dwór Ziemi i Krwi, cz. 1, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2020, 560 s.

Sarah J. Maas, Księżycowe Miasto. Dwór Ziemi i Krwi, cz. 2, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2020, 622 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Pięć zauroczeń”, André Aciman

Obawiałam się trochę tej pozycji ze względu na gatunek – nie przepadam za opowiadaniami i rzadko sięgam po książki będące ich zbiorami. Okazuje się jednak, że w tym przypadku spokojnie można traktować opowiadania jako rozdziały – są to po prostu kolejne historie miłostek bohatera i chociaż dzielą je przeskoki czasowe, to jednak czyta się bardzo płynnie i układają się w jedną opowieść o mężczyźnie podążającym za porywami serca.

Uwaga! Wydaje mi się, że kolejny akapit może zawierać spoilery. Ale w sumie to nie jestem pewna.

Chociaż Paul ulega absolutnej fascynacji kolejnymi osobami – zarówno pod względem fizycznym, jak i intelektualnym – tak naprawdę zwraca uwagę wyłącznie na siebie, swoje wyobrażenia i przeżycia emocjonalne. Nie zwraca uwagi na uczucia innych osób, o ile te nie dotyczą bezpośrednio jego, bez chwili zawahania rozbija związki (zarówno swoje, jak i swoich nowych ukochanych). Kiedy kolejny i kolejny raz ktoś wpadnie mu w oko, poświęca tej osobie wszystkie myśli i fantazje – momentalnie wyobraża sobie wspólną przyszłość (ślub, dzieci, wspólne wieczory przed telewizorem), prowadzi z tą osobą wymyślone rozmowy, układa scenariusze spotkań i marzy o wszystkim, co związane z nowym ukochanym. Szkopuł w tym, że chyba lepiej mu w świecie wyobrażeń, bo kiedy jego marzenia stają się rzeczywistością… ktoś nowy zawraca mu w głowie.

Książka jest pełna „emocjonalnej grafomanii” – główny bohater analizuje najmniejsze nawet drżenie serca, a w swych fantazjach buduje całe alternatywne rzeczywistości. I jak przez pierwsze dwa, może nawet trzy opowiadania jest to całkiem urocze, to z każdą kolejną historią, a nawet z każdą kolejną stroną staje się coraz bardziej męczące. Bo Paul z dziecięcych fascynacji i młodzieńczych poszukiwań własnej tożsamości wcale nie wyrasta. Mam wrażenie, że nie dojrzewa emocjonalnie, przez co sam się unieszczęśliwia. Niezależnie od wieku i życiowego doświadczenia, każdy jego związek przypomina wakacyjną miłostkę.

„Naucz się brać rzeczy takimi, jakie są. Wszędzie doszukujesz się czegoś, czego nie ma”.

Może pod względem mentalnym jestem w poprzedniej epoce (zawsze czułam się trochę stara duchem…), ale irytowała mnie jego niestałość – być może wynikająca ze środowiska, w którym zdrady są na porządku dziennym, a znajomi stale się rozstają i wdają w nowe romanse, sam bohater ma zresztą taki przykład bezpośrednio „z góry”, ze strony ojca.

I nie potrafię mu nie współczuć, bo szuka czegoś nieokreślonego, mitycznego „wina życia”. Wciąż czegoś mu brak, przez co nie potrafi docenić tego, co ma i wszystko, co udało mu się zdobyć porzuca bez żalu w imię dalszych poszukiwań. Nie wie do czego dąży i za czym tak tęskni, czego tak zawzięcie szuka, ale nie potrafi być bez tego szczęśliwy. A to wyjątkowo przygnębiająca refleksja.

Po raz kolejny u Acimana porwały mnie malarskie opisy – zarówno miejsc, jak i uczuć. Przekonałam się jednak, że ten rodzaj emocji przemawia do mnie znacznie bardziej, kiedy dotyczy młodości. Może to dyskryminujące, ale moje wymagania rosną wraz z wiekiem bohatera.

André Aciman, Pięć zauroczeń, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B, 2020, 336 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.

Czas na czytanie: PATRONAT „Zimna krew” Inga

Tytuł mojego najnowszego patronatu jest bardzo adekwatny, bo jest to książka, która zmrozi Wam krew w żyłach. I to nie tylko ze względu na bardzo plastyczne opisy nieprzyjaznego północnego krajobrazu , ale przede wszystkim ze względu na moralność zamieszkujących go plemion. Albo jej brak.

Siedemnastoletni Tepu jest synem wodza plemienia Lisska, ma żonę, córeczkę, wielu braci i całkiem stabilną pozycję w swoim niewielkim społeczeństwie. Wszystko to ulegnie zmianie, gdy ojciec wyśle go na samobójczą misję zgładzenia zdrajcy.

Charyzmatyczny przywódca z głową pełną wizjonerskich planów, który nie cofnie się przed niczym, by osiągnąć swoje cele oraz młodzieniec obdarzony zbyt dużą dawką empatii i przyzwoitości, jak na otaczającą go rzeczywistość. Razem łatwiej przetrwać, ale czy zdołają wcześniej nie pozabijać się nawzajem? Szczególnie, że między nimi stoi wszystko – od demonów przeszłości, przez przekonania, wybory i tradycję, aż po życiowe doświadczenie.

Jak daleko jest w stanie posunąć się człowiek, by przetrwać? I co byłby w stanie zrobić, by móc ocalić swoich bliskich? Złamać tabu, zbratać się z wrogiem, przymknąć oko na barbarzyńskie zwyczaje, zabić z zimna krwią? Gdzie jest granica, po przekroczeniu której człowiek przestaje być sobą?

Mroczna historia rozgrywająca się wśród wszechobecnej bieli. Bezwzględni wojownicy, zemsta, krwawe rytuały, okrutna gra losu, pierwotne wierzenia, fantastyczne stwory, surowa siła natury i tajemnica, której trzeba strzec za wszelką cenę.

Uwaga! Książka dla dorosłego czytelnika.

Inga, Zimna Krew, 2020, 196 s.
(premiera 16.03.2020)

Książkę możecie kupić w przedsprzedaży TUTAJ. Kupując przed premierą otrzymujecie wersję elektroniczną gratis!

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.

Czas na czytanie: „Światło w środku nocy” Jojo Moyes

„My, kobiety, stajemy przed rozlicznymi niespodziewanymi wyzwaniami, gdy postanawiamy przekroczyć to, co uważa się za obowiązujące nas zwyczajowe granice”.

Książki Jojo Moyes pokochałam przede wszystkim za szalone i rozbrajające poczucie humoru, dlatego też moimi ulubionymi tytułami z miejsca zostały „Razem będzie lepiej” i „Zanim się pojawiłeś”. Sięgając po „Światło w środku nocy” spodziewałam się zupełnie innego klimatu – i słusznie. Nie miałam jednak pojęcia, że już od pierwszych stron trafi do panteonu moich najukochańszych i to z zupełnie innego powodu, niż książki wymienione powyżej.

Moyes pisze o silnych babkach, więc to w sumie nic nowego. Ale takiej kumulacji girl power i bohaterek, które nie tylko polubiłam, ale i całym serduchem kibicowałam im na każdym kroku nie spotkałam chyba nigdy. To chyba nagroda za te wszystkie lata rozczarowania nudnymi, kiepsko wykreowanymi i potraktowanymi sztampowo postaciami kobiecymi. Było warto!

Ponadto koniecznie trzeba zaznaczyć, że to nie tylko książka o kobietach, ale o bibliotekarkach. Konnych bibliotekarkach. W czasach kryzysu dwudziestolecia międzywojennego. W górach Kolorado. Czy słyszeliście kiedykolwiek o piękniejszej i bardziej karkołomnej idei? Idei walki z wyobcowaniem, analfabetyzmem, surową siłą natury i lękiem przed nieznanym?

Niesamowicie wciągająca opowieść o przyjaźni, miłości, oddaniu i potrzebie posiadania misji. O poszukiwaniu swojego miejsca w świecie, w świecie rządzonym przez mężczyzn i to najczęściej ciężką ręką. W świecie, którym wszystko trzeba wyszarpywać – nie tylko wytrwałością ciężką pracą, ale często również zębami i pazurami. O prawach kobiet, edukacji, tolerancji, despotyzmie, rządzy pieniądza i nieposzanowaniu środowiska naturalnego. O sprawiedliwości, kobiecości, macierzyństwie i tworzeniu domu. O pokonywaniu przeciwności losu. Małymi krokami i wielkimi susami. Każdego dnia.

Styl autorki ma w sobie coś magicznego – jej książki praktycznie czytają się same. I to w błyskawicznym tempie. Kiedy opadam w fotel łapiąc oddech po gonitwie codzienności i obiecuję sobie w nagrodę chociaż kilka akapitów, do 22:00, a o 22:00 okazuje się, że minęło 200 stron. Jak i kiedy? Nie wiadomo. Czary.

Ciepła, wzruszająca, przywracająca wiarę w ludzkość.

Uwaga! Nie zaleca się czytania przez kobiety niezamężne – zawiera nieprzyzwoite opisy nierealnie przyzwoitych mężczyzn idealnych, które mogą utrudniać przyszłe zamążpójście niezdrowo zawyżając standardy podatnych na wpływy umysłów młodych panien!

Jojo Moyes, Światło w środku nocy, Kraków: Wydawnictwo Znak Literanova, 2020, 560 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak.

Czas na czytanie: „Znajdź mnie” André Aciman

Kiedy rok temu czytałam „Tamte dni, tamte noce”, oddałabym wszystko za takie zakończenie drogi Elia i Olivera, jakie właśnie dostałam. Minęło jednak trochę czasu, emocje okrzepły, a historia zdążyła na dobre zapisać się w  moim sercu. I nie jestem już tak entuzjastycznie nastawiona.

Przede wszystkim dlatego, że tamta historia była zamkniętą całością. Bez cukierkowego szczęśliwego zakończenia, ale była pełna, wyważona i, choć smutna, to jednak idealna. Kiedy już się z tym pogodziłam myśl o kontynuacji zaczęła wzbudzać we mnie spory niepokój. Tak łatwo przecież zburzyć tą równowagę i zepsuć to, co jest dobre. Czy tak się stało?

Nie do końca, choć książka jest zdecydowanie słabsza od swojej poprzedniczki. Tym razem mamy przed sobą trzy opowiadania – trzy urywki z codzienności trojga bohaterów. Trzy momenty graniczne ich żyć.

W przypadku pierwszej części poznawaliśmy zarówno świat przedstawiony, jak i innych bohaterów oczami Elia. I dopiero, kiedy pozwolono każdemu mówić o sobie, okazało się jak bardzo nastolatek ich idealizował. Bo i ojciec Elia – Samuel, i Oliver nagle bardzo stracili w moich oczach. Samuel szczególnie, bo coś, co wcześniej było elokwencją i życiowym doświadczeniem zmieniło się w egzaltowane i przerysowane bajdurzenie na granicy śmieszności.

Wciąż mamy tu do czynienia z łamaniem konwenansów, głównie jeśli chodzi o posiadanie starszego partnera (jeśli kogoś szokowała wcześniej różnica wieku między Eliem, a Oliverem, a podobno były takie osoby, to zdecydowanie nie polecam kontynuacji), pogonią za szczęściem i pragnieniem czerpania z życia pełnymi garściami.

Moim zdaniem ta książka nie była potrzeba, choć oczywiście pobiegłam ją kupić zaraz po premierze. Momentami mocno mnie zmęczyła, momentami mocno mnie wciągnęła (szczególnie wycinek z życia Elia i jego małe historyczne śledztwo) i nie da się ukryć, że ja jednak lubię takie zakończenia. Ale zdecydowanie nie było już tych emocji, uczuć i wzruszeń, które chwyciły mnie za serce w pierwszej części. Może jestem jeszcze za młoda, by docenić problemy dojrzałych bohaterów i znaleźć w nich odniesienia do własnego życia? Kto wie, może kiedyś jeszcze to przyjdzie.

André Aciman, Znajdź mnie, Warszawa: Wydawnictwo Poradnia K, 2019, 312 s.

Czas na czytanie: „Narodziny królów” C.S. Pacat

Oto i ostatni tom – w którym wszystkie tajemnice zostaną rozwikłane, rozpaczliwe wybory zostaną podjęte, ostateczne walki stoczone, a demony przeszłości nie odpuszczą ani na chwilę.

Zawieszenie broni między dwoma krnąbrnymi książętami o kiepskiej przeszłości to jedno, ale nakłonienie do współpracy dwóch zwaśnionych armii to już nie lada wyzwanie. Szczególnie kiedy nie jest się oficjalnie uznanym następcą tronu, a dawne przyjaźnie i poczucie lojalności zostały wystawione na ciężką próbę.

I będą wystawiane na próby każdego dnia, bo demoniczny regent nie ustaje w dążeniu do osłabienia morale, zszargania opinii wśród ludności i zniszczenia tak kruchego porozumienia. Pojawią się też krwawe bitwy, sportowe igrzyska, nieślubne dzieci, faceci w sukienkach, publiczne procesy, gorące noce w przydrożnych zajazdach, bezczeszczenie świętego sanktuarium, podróżowanie w przebraniu, pojedynki i jeszcze więcej podstępów.

Patrząc z perspektywy całej serii, jest to raczej romansidło z przygodą, niż typowy erotyk, co mocno zapowiadał pierwszy tom. Najwięcej „momentów” od których pieką uszy pojawia się pod koniec trzeciego tomu, ale jest ich zdecydowanie mniej, niż się spodziewałam. Poza napięciem między głównymi bohaterami, które potrafi momentami doprowadzić czytelnika do frustracji, najbardziej „podpadającym pod paragraf” jest stworzenie kultury, w której niewolnictwo – również seksualne jest na porządku dziennym.

Literacko raczej słabo, autorka wybroniła się jednak całkiem dobrymi opisami, a opisy to coś, co lubię. Za to tendencyjni, ale dający się lubić bohaterowie zbudowani na zasadzie kontrastu i reprezentujący sobą całe zbiory cech narodowych rekompensują niedociągnięcia fabuły i zagrywki godne superbohaterów.

Nieszczególnie ambitne, ale całkiem przyjemne czytadła do pochłonięcia w jeden jesienny wieczór. W końcu nic nie rozgrzewa tak dobrze, jak półnadzy niewolnicy karmiący swych panów oliwkami i zupełnie nadzy, wysmarowani olejkami zapaśnicy siłujący się na arenie. A do tego dwie zwaśnione nacje toczące wojnę nie tylko ze sobą wzajemnie, ale również wewnętrzne spory o władzę. Konflikty moralne, nieprawdopodobne sojusze, plany tak zagmatwane, że wyplątanie się z sieci intryg zdaje się niemożliwością, całkiem sporo humoru i puchate, romantyczne zakończenie. Czego chcieć więcej?

C.S. Pacat, Narodziny królów, Warszawa: Studio JG, 2019, 388 s.

Czas na czytanie: „Książęcy gambit” C.S. Pacat

Minął prawie rok odkąd sięgnęłam po pierwszą część, minęło też kilka prezentowych okazji, dzięki którym skompletowałam resztę trylogii. Można w sumie powiedzieć, że recenzja powstała dzięki uprzejmości Eweliny, która przynosi mi takie brzydkie prezenty (zawsze będę Cię za to kochać!).

Opuszczenie pałacowych murów nie gwarantuje wcale ucieczki od zagmatwanych politycznych intryg, wręcz przeciwnie!

Jak z bandy wrogich sobie nieudaczników nie mających za grosz szacunku do dowódcy zrobić sprawny oddział? Zdobyć niezdobytą twierdzę? Wygrać walkę z góry skazaną na porażkę? Uciekać przed brutalną śmiercią częściej, niż spać w wygodnym łóżku?

Tym razem mamy przed sobą 400 stron użerania się z opornymi żołdakami, widowiskowych ucieczek po dachach, żmudnej musztry, leśnych podchodów, delikatnych sojuszy, misternych planów, walki o wpływy, bolesnych zdrad. I rodzącej się powoli przyjaźni, bo dwaj książęta różni jak ogień i woda mają ze sobą więcej wspólnego, niż mogłoby to się wydawać. A wszystko to podszyte erotycznym napięciem. Ale czy zaufanie zbudowane na kłamstwie ma szansę przetrwać dłużej, niż mgnienie oka?

Mój ulubiony lodowaty książę trochę topnieje, choć zdecydowanie łatwiej przychodzi mu przeskakiwanie z arktycznego zimna po kipienie gniewem. Nie odejmuje mu to jednak uroku. Tak jak grzechotnikowi nie odejmuje uroku hipnotyczne kiwanie się przy dźwiękach fujarki.

Nie nastąpił niestety żaden zdumiewający rozwój pod względem językowym, imiona głównych bohaterów wciąż pojawiają się w co drugim zdaniu. Ale opisy scen batalistycznych, choć długie strasznie, są również bardzo plastycznie opisane i całkiem wciągające. I całe szczęście, bo to właśnie one dominują w tej części. I splątane intrygi oczywiście.

C.S. Pacat, Książęcy gambit, Warszawa: Studio JG, 2018, 427 s.

Czas na czytanie: „Czarny Mag. Adeptka” Rachel E. Carter

„Każda dziewczyna chce mieć księcia. Każdy książę pragnie dziewczyny, której mieć nie może. To żadne zaskoczenie”.

Mój główny niedosyt po pierwszym tomie – mało rozwinięty opis świata, a „Adeptce” zostaje w pełni zaspokojony. Okazuje się, że morderczy trening pierwszego tomu był tylko łagodnym wstępem do prawdziwego magicznego szkolenia, frakcja bojowa to nie przelewki. Nie mówiąc już o prawdziwym życiu… Opuszczając przytulne mury Akademii wraz z Ryiah mamy szansę dowiedzieć się więcej nie tylko o geografii, czy stosunkach społeczno-politycznych Jeraru, ale również o poszczególnych miastach, w których stacjonują adepci, sposobach życia i metodach walki zależnych od danego ośrodka, funkcjonowaniu dworu, życiu wojska i ludności cywilnej, kruchych sojuszach z państwami ościennymi i punktach zapalnych. A nawet co nieco o sukniach i dworskiej etykiecie.

A i porywcza Ryiach nie rozczarowuje pakując się stale w nowe tarapaty i doświadczając jednego przypału za drugim. Na szczęście z prawie każdego potrafi wyciągnąć nieco mądrości na przyszłość.

Zarówno metody nauki, jak i relacje między bohaterami stają się zdecydowanie ciekawsze i bardziej urozmaicone. Całkiem jeszcze subtelny i niewinny wątek romantyczny z „Pierwszego roku” ulega rozwinięciu gwałtownemu jak sami jego uczestnicy. Zakazana miłość w końcu musi być burzliwa i emocjonująca. Przyciągają się i odpychają, raz wygrywają porywy serca, raz rozsądek, jednego dnia się kochają, drugiego nienawidzą. Uszczęśliwiają się i ranią na przemian, nie oszczędzając przy tym osób postronnych, bo przez większość czasu to nawet nie jest miłosny trójkąt, a czworokąt. Czy taki emocjonalny galimatias może prowadzić do szczęśliwego zakończenia? I dla kogo właściwie okaże się ono szczęśliwe? Oj tak, ten tom to zdecydowanie romansidło z nutą brazylijskiego serialu, gdzie ekscytacja miesza się z odrobiną zażenowania i szczyptą zniecierpliwienia. Ale za to je w końcu kochamy. A fantastyczni bohaterowie (choć nie raz miałam ochotę pourywać mi głowy) i coraz ciekawiej prezentujący się świat wynagradzają wszystkie chwile, w których przewracałam oczami nad głupimi miłostkami.

Również akcja mocno przyspiesza – pierwszy tom opisywał rok próby, w drugim przyglądamy się reszcie edukacji głównej bohaterki przez cztery kolejne lata dzielące ją od upragnionej szaty maga. I choć autorka stosuje całkiem sporo czasowych przeskoków, są to lata bogate nie tylko w doświadczenia teoretyczne, symulowane bitwy i burzę nastoletnich hormonów.  Ignorowane dotychczas sabotaże wrogiego sąsiada Jeraru przybierają na sile, a ich coraz bardziej zuchwałe ataki zaczynają uderzać bezpośrednio w bohaterów. Nerwy związane ze szkolnymi testami zaczyna przesłaniać widmo wojny.

Rachel E. Carter, Czarny Mag. Adeptka, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2019, 447 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.