Czas na czytanie: „The Foxhole Court” Nora Sakavic

Sporo u mnie ostatnio fantastyki, czas więc odetchnąć przy czymś kompletnie innym. Oj długo ostrzyłam sobie zęby na serię „All for the game” i nareszcie nadszedł czas na ten sportowy romans z gangsterskim wątkiem.

Neil Josten przez całe życie ucieka przed traumatyczną przeszłością. Żyje pod przybranym nazwiskiem, często zmienia miejsce zamieszkania, nie angażuje się w relacje a sztukę wtapiania się w tłum opanował do perfekcji – wszystko to by zapewnić sobie bezpieczeństwo. Jest jednak rzecz, którą kocha – Exy – brutalny sport drużynowy będący czymś w stylu połaczenia lacrosse i hokeja. Dlatego też nie do końca jest w stanie się oprzeć, kiedy trener jednej z drużyn uniwersyteckich, wraz z młodą wzrastającą gwiazdą tego sportu, proponują mu stypendium i miejsce w drużynie. I to nie byle jakiej drużynie, a w okrytych złą sławą Lisach – grupie niebezpiecznych wyrzutków społecznych, dla których sport jest rodzajem rekonwalescencji. Odnalezienie się w takim towarzystwie nie będzie łatwe, co więcej będzie kosztować Neila z trudem wywalczoną anonimowość. Czy sport i możliwość gry w profesjonalnej drużynie będą tego warte?

Mam wrażenie, że tak naprawdę cała książka była swego rodzaju rozbudowanym wstępem, wprowadzeniem do historii – poznajemy bohaterów i ich przeróżne dziwactwa, dowiadujemy się przed czym Neil ucieka i dlaczego, poznajemy zasady i historię Exy oraz samą drużynę Lisów. Poznajemy wrogów i przyjaciół, a ci ostatni wykorzystują ten czas, by się dotrzeć. Mam nadzieję, teraz już zacznie się prawdziwa akcja, bo chociaż wciąż coś się działo (a momentami działo się „grubo”), to jakoś ta historia na razie mnie nie porwała, wciąż czkałam na rozwinięcie, na właściwą akcję.

Dużym plusem są bohaterowie, to prawdziwa plejada barwnych osobowości, a łączące ich relacje nie należą do zdrowych. Sama jednak otoczka i gangsterskie porachunki wydają mi się nieco przekoloryzowane z pewną nuta naiwnego romantyzmu. Mam nadzieję, że kolejne wydarzenia dodadzą im wiarygodności.

Na ten moment jeszcze nie spełniła moich oczekiwań, ale czytało mi się na tyle dobrze, że z przyjemnością dam szansę kolejnym częściom cyklu.

Nie mogę też trochę nie wypomnieć niestarannej korekty, bardzo nie lubię kiedy w zdaniu gubi się podmiot i tak właściwie nie wiadomo kto komu i do kogo albo wyrazy są źle poodmieniane. To rzutuje na odbiór całej historii i jest dla mnie sporym minusem.

Nora Sakavic, The Foxhole Court, Oświęcim: Wydawnictwo NieZwykłe: 2018, 332 s.

Czas na czytanie: Patronat „Flint&Marlow” Silencio

Zawsze, kiedy sięgam po książki Silencio, czuję jak odzywa się głęboko zakorzeniony niepokój. Bardzo cenię jej teksty, ale nie da się ukryć, że przynajmniej połowa złamała mi serce.

Jasper Flint i Cedric Marlow mieli być parą idealną w pełnym obłudy świecie show biznesu. Szybko jednak okazało się, że miłość i wzajemne przyciąganie to za mało, by ich związek miał szansę przetrwać próbę czasu.

Przytłoczony kompleksami gwiazdor rocka po czterdziestce na co dzień nie poświęca mężowi wielu myśli – od lat żyją z dala od siebie, sporadycznie pozując razem do zdjęć dla dobra wspólnych biznesów. Zresztą kto by myślał o starej miłości mając w swoim apartamencie młodziutkiego kochanka? Jednak tajemnicze odwiedziny i następujące po nich szokujące wydarzenia na nowo wzbudzą w nim głęboko zagrzebane emocje związane z Marlowem. Nieszczególnie pozytywne emocje, o czym warto wspomnieć. Czy 10 dni w odosobnieniu podczas ustalania szczegółów rozwodu wystarczy, by pokonać niechęć i przepracować nawarstwiające się latami pretensje, wyrządzone z premedytacją krzywdy i złośliwości oraz starannie pielęgnowane urazy? Czy można wybaczyć złamanie serca? I czy aby na pewno tylko jedna strona ponosi pełną odpowiedzialność za rozpad małżeństwa?

Jedna z najbardziej dojrzałych historii Silencio, zarówno pod względem podjętej problematyki, jak i samych bohaterów (choć na Flinta patrząc nikt nie spodziewałby się po nim dojrzałości ;)). Opowieść o ciężarze wzajemnych oczekiwań, nadziei, kolejnych szansach, walce do samego końca i o tym, że czasami trzeba pozwolić sobie odpuścić.

Tej niedługiej nowelce daleko do słodkiej cukierkowości, ale i tak stoi w kontraście do bardziej krwawych tytułów spod pióra tej autorki. To jeden z tych tekstów, które trzymam gdzieś w czeluściach pamięci telefonu i wracam do niego co jakiś czas – najczęściej, kiedy potrzebuję podnoszącego na duchu „plasterka na serduszko”. Strasznie się cieszę, że pojawiła się wersja drukowana i z przyjemnością objęłam ją patronatem.

Silencio, Flint&Marlow, 2020, 150 s.
(premiera 12.11.2020)

Zarówno wersję drukowaną, jak i ebooka znajdziecie na Bucketbook.pl

Czas na czytanie: „Totalna magia” Alice Hoffman

„W końcu kłopoty są całkiem jak miłość, przychodzą niezapowiedziane i przejmują władzę, zanim zdążysz się opamiętać czy w ogóle pomyśleć”.

Dopiero pod koniec lektury zorientowałam się, że chociaż chronologicznie „Totalna magia” dzieje się po wydarzeniach z „Zasad magii”, to była pisana jako pierwsza. Z tego powodu wymieniane w niej fakty z życia cioteczek Owens nie do końca zgadzają się z tymi opisanymi w „Zasadach”.

I co ciekawe, to prequel podobał mi się bardziej. Może dlatego, że czytałam go jako pierwszego, a może ze względu na Vincenta, który był moją ulubioną postacią i w „Totalnej magii” strasznie mi go brakowało.

Jak w przypadku pierwszej części nie przeszkadzało mi długie rozkręcanie się akcji, tak tym razem strasznie mnie to nużyło, interesująco zaczęło się robić dopiero jakoś w 2/3 powieści, przez co po odłożeniu książki choć na chwilę, bardzo trudno było mi do niej wrócić.

Chociaż i ta książka ma swój urok i nie sposób nie skończyć jej z uśmiechem na ustach, to jednak została napisana dużo bardziej „po łebkach”, mnóstwo wątków aż prosi się o pociągnięcie i dopełnienie, a to, co w poprzednim tomie było urocze i magiczne, w tym jest prostackie i patetyczne. „Zasady magii” były bardziej dopracowane, miały bardziej charyzmatycznych bohaterów i spójniejszą fabułę. Drugą część ratuje zbrodnia (w końcu nie ma nic lepszego, niż dobre morderstwo) i będące jej konsekwencją nadprzyrodzone zdarzenia.

Niezmiennie podobało mi się potraktowanie magii będącej wypadkową ludowych przesądów i rodowego dziedzictwa, spora dawka girl power i skupienie na relacji rodzinnych między kobietami – wielki plus za najeżone kolcami, ale pełne zaufania siostrzane relacje.

Bardzo babskie, ale nieco nużące czytadło, które rozkręca się dopiero pod koniec. Koniecznie muszę obejrzeć film, który wszyscy mi polecają. Mam wrażenie, że może być jednym z tych niewielu przypadków lepszych od książki.

Swoją drogą zupełnie nie rozumiem, dlaczego „Practical Magic” przetłumaczono na „Totalną magię”. Czemu akurat totalną?

Alice Hoffman, Totalna Magia, Warszawa: Wydawnictwo Albatros, 2020, 322 s.

Czas na czytanie: „Zasady magii” Alice Hoffman

„Pamiętaj, że jedynym lekarstwem na miłość, jest kochać bardziej”.

Lata 50., troje rodzeństwa i tajemnicza klątwa.

Franny, Jet i Vincent od zawsze wiedzieli, że są nieco inni od reszty dzieci. I reszty ludzi. Od dawna przeczuwali, co to może oznaczać, ale nie wszyscy z rodzeństwa od razu byli gotowi to zaakceptować. Szczególnie, że ich rodzice bardzo ostro reagowali na wszelkie odstępstwa od normy i starali się chronić dzieci przed wszelkimi ryzykownymi zachowaniami.

Kiedy od nestorki rodu przychodzi list z zaproszeniem na wakacje, wszystkie wątpliwości przestają mieć znaczenie. Czary ma się we krwi i nie sposób się ich wyrzec, jeśli kiedykolwiek jeszcze ma się zamiar być szczęśliwym. Jednak wraz z magią, w rodzinie Owensów przekazywana jest również okrutna klątwa, przez którą nie wolno się zakochać. Oczywiście serce nie sługa, a i młodość nie jest czasem skłonnym do kompromisów. Czy rodzeństwu uda się przełamać ciążące na nich fatum?

„(…) Franny doszła do wniosku, że magia niewiele się różni od nauki. Obie szukały sensu tam, gdzie go nie było, światła w ciemności, odpowiedzi na pytania zbyt trudne, żeby śmiertelnicy mogli je zrozumieć”.

Często sięgam po książki magiczne, bardzo lubię ten motyw. Zazwyczaj są to jednak pozycje z gatunku fantastyki i przygody, dlatego też dość długo nie mogłam przywyknąć do magicznego romansu. A jednak ta książka ma coś, co potrafi urzec i człowiek nawet nie zauważy, kiedy wsiąknie – pełna miłości, nadziei, utraty, przeciwności losu, uprzedzeń i nienawiści, przywiązania, walki o marzenia, przyjaźni i cierpienia – cała tętni życiem. I magią, bo życie jest jej pełne, nie ważne, czy akurat urodziłeś się czarownicą, czy nie.

– „Jestem skazana, żeby stracić wszystkich, których kocham – oświadczyła April – Już o tym wiem.
– Oczywiście – potwierdziła Jet spokojnym, wyważonym tonem.  – Na tym polega życie.”

Alice Hoffman, Zasady magii, Warszawa: Wydawnictwo Albatros, 2019, 384 s.

Czas na czytanie: „W samym sercu morza” Jojo Moyes

„Zostawiłyśmy wszystko, wszystkich, których kochamy, nasze domy, nasze bezpieczeństwo. W imię czego? Żeby nas napadnięto i nazwano ladacznicą (…)? Żeby przeklęta marynarka wojenna odpytywała nas z przeszłości jak jakieś przestępczynie? Żeby płynąc tak daleko, a na końcu usłyszeć, że cię tu nie chcą? Bo przecież nie ma żadnej gwarancji, prawda?”

Jeśli chodzi o książki idealne na wakacje, bez najmniejszych wątpliwości polecam pozycje Jojo Moyes – przyjemne, babskie, wciągające, zawsze z piękną historią miłosną, sporą dawką girl power i choć odrobiną humoru. Tak jest i tym razem.

Po zakończeniu II wojny światowej Królewska Marynarka Wojenna organizowała transport tak zwanych „wojennych żon” – kobiet, które w czasie wojny wyszły za brytyjskich żołnierzy poza granicami kraju. Najczęściej wykorzystywano do tej misji luksusowe liniowce i wojskowe transportowce, odbył się jednak jeden wyjątkowy kurs – 2 lipca 1946 roku jeden z ostatnich rejsów żon z Australii do Wielkiej Brytanii odbył się na pokładzie lotniskowca HMS Victorious, brała w nim udział babcia autorki. To właśnie w owym czasie, na tym statku Jojo Moyes umieszcza fabułę powieści inspirowanej tymi niezwykłymi wydarzeniami.

Cztery dziewczyny, które dzieli wszystko – od statusu społecznego i majątkowego, przez wiek, doświadczenie życiowe, plany na przyszłość czy wykonywany zawód aż po charakter i wyznawane wartości – w normalnych warunkach nigdy nie miałyby szansy się spotkać. Zadzierającą nosa, rozpieszczoną Avice, niedojrzałą, pełną entuzjazmu Jean, ciepłą i swojską Margaret oraz wycofaną i szorstką w obyciu Frances łączy jednak wspólna kabina podczas rejsu mającego odmienić ich życia.

Rywalizacja, zawiść, strach o przyszłość, nadzieja na lepsze jutro, całkowity brak wpływu na własny los, zależność od nieobecnych mężów, mężczyzn przebywających z nimi na statku i bezmiaru oceanów oraz nawiązywane niepewnie przyjaźnie – ponad 600 młodych kobiet stłoczonych na nieprzystosowanej do tego niewielkiej przestrzeni wojskowego okrętu przez prawie dwa miesiące, traktowanych jak towar, który trzeba dostarczyć do adresata to prawdziwa mieszanka wybuchowa. Na pewno nie będzie więc nudno! Podczas lektury będziecie świadkami niejednego ludzkiego dramatu, mnóstwa emocji i zaskakujących, jak na takie warunki wydarzeń (jak na przykład wybory miss pięknych nóg, wyrzucanie samolotów za burtę czy wiązanie szalup ratunkowych nylonowymi rajstopami). I gwarantuję, że będziecie kibicować dziewczynom z całych sił podczas tej podróży w nieznane, choć nie koniecznie podczas konkursów piękności.

Zastrzeżenia? Dawno nie widziałam okładki tak nieadekwatnej do treści książki. To historia o trudach i niebezpieczeństwach podróży na okręcie wojennym o bardzo zaawansowanym stopniu zużycia, gdzie widmo i trauma wojny wciąż jest żywe. O samotności i niepewnej przyszłości. Pełna nierozbrojonych bomb, plam paliwa lotniczego i smaru, moralnych dylematów, spoconych mechaników, tropikalnych upałów i piekielnych maszynowni. A na okładce umieszczono uśmiechniętą i w pełni zrelaksowaną babeczkę w niewielkiej łódeczce do pływania po stawie. Jeśli chodzi o okładkę, jestem na nie.

Ale sama książka jest bardzo dobra i świetnie zbilansowana – jest przygoda, jest trudna przeszłość i lepsza przyszłość na horyzoncie, są emocje i nuta romansu. A inspiracja prawdziwymi wydarzeniami tylko dodaje powieści niesamowitości. W końcu najbardziej niezwykłe historie pisze życie.

Jojo Moyes, W samym sercu morza, Kraków: Wydawnictwo Znak Literanova, 2020, 544 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak Literanova.

Czas na czytanie: „O wiele więcej” Kim Holden

„(…) moje serce rozpadło się na kawałki. Był to niszczący cios, pozostawiający po sobie jedynie kurz, w którym niemożliwe stało się ponowne poskładanie okruchów”.

Powiem Wam, że ta książka strasznie mnie wymęczyła. Nie zrozumcie mnie źle, lubię urocze, uwznioślone banały i natchnione cytaty o miłości, w gimnazjum chętnie wpisałabym je sobie na ostatniej stronie zeszytu. Problem w tym, że musiałabym mieć bardzo dużo zeszytów, bo ta książka składa się z nich w 75 procentach. Nie żartuję, egzaltowane wywody o  trudach miłości ciągną się tu całymi stronami! I zdradzę wam sekret – w takim natężeniu kompletnie tracą swój urok, bo wyszło z tego coś pomiędzy „Listem do Koryntian”, a Paolo Coelho, a Listem do Koryntian. Z małą domieszką Pawlikowskiej, ale niestety Beaty.

„Odebrałaś mi nienawiść i przekształciłaś ją w miłość”.

Mamy tutaj do czynienia z odwróceniem ról – zazwyczaj pełna dobra i szczerej miłości kobieta trafia na zimnego drania-karierowicza, który ją wykorzystuje, zdradza i nie szanuje. Tutaj sytuacja jest odwrotna – Seamus jest „świętym”, idealnym mężem i ojcem, a jedyne, co leży w zainteresowaniach Mirandy, to pozycja wiceprezesa, nieskazitelna fasada i uwielbienie ze strony męża. Ale szklanki wody w kryzysowej sytuacji, to ona nie poda. Są zdrady, brzydki i bolesny rozwód, sympatyczna striptizerka, szantaż, walka o dzieci, walka z chorobą, pogoń za bogactwem. I niby mamy tu sporo poważnych problemów i mało sympatycznych zagadnień, które budzą sporo emocji, ale mam wrażenie, że przez tą całą pseudofilozoficzną otoczkę coś im odebrano. Że nie zostały potraktowane wystarczająco serio.

Ta historia ma swoje momenty, ale ma ich niewiele. Pięknie przedstawiono rodzicielstwo jako drogę odkupienia. W moim odczuciu to jednak za mało, żeby ją na dłużej zapamiętać.

„Czasami potrzeba niewinności dziecka, by przypomnieć sobie o tym, co istotne”.

Wydaje mi się też, że w tej książce zabrakło odcieni szarości – on jest na wskroś dobry, a los stale go doświadcza, ona to zimna sucz – na wskroś zła i bezduszna, ale w końcu przechodzi wewnętrzną przemianę. Wszystko to w otoczeniu wielkich dramatów i z historią dwóch dobrych i niewinnych, ale skrzywdzonych przez los kobiet w tle. Banał goni banał, a całość jest przewidywalna aż do bólu zębów.

Byłam świadoma, faktu, że po „Promyczku”, każda kolejna książka Kim Holden ma coraz mniej i mniej magii, ale dotychczas żadna z nich mnie nie rozczarowała. Ale chociaż ta jest zupełnie nie w moim guście, to na pewno sięgnę po kolejne tytuły tej autorki, bo bardzo skutecznie skradła moje serce i pewnie dam szansę każdej jej kolejnej książce. Wiem przecież,  że potrafi stwarzać legendy!

Kim Holden, O wiele więcej, Poznań: Wydawnictwo Filia, 2017, 410 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2020 ~

Czas na czytanie: „Księżycowe Miasto. Dwór Ziemi i Krwi” cz.1 i 2”, Sarah J. Maas

„Dzięki miłości wszystko jest możliwe”

Czy opierając się na tak wyświechtanym i banalnym frazesie można zbudować oryginalną historię i nie zanudzić czytelnika na śmierć? I to na prawie 1200 stronach na dwie części podzielonych?

Sarah J. Maas po raz kolejny serwuje nam silną i niezależną bohaterkę (wyjątkowo wrogo nastawioną do samczych alfa dupków), której urządzi w życiu małe piekło. A my będziemy się temu przyglądać, kibicować, trzymać kciuki i potępiająco kręcić głową. Na całe szczęście Bryce irytowała mnie zdecydowanie mniej, niż Aelin, choć niewątpliwie ma z nią sporo wspólnego.

Jeśli znacie wcześniejszą twórczość autorki i w świecie Fae czujecie się już całkiem swobodnie, to czeka Was spora niespodzianka. Co prawda nadęci Fae również się tu pojawiają, ale w Księżycowym Mieście nie są nawet wierzchołkiem góry lodowej. Bo tu po ulicach przechodzą się rozmaite zwierzołaki, wiedźmy, anioły, duchy, żywiołaki, zjawy, demoniaki, kosiarze, upiory, wampiry, demony… Czasami trudno stwierdzić kto tu kogo prowadza na smyczy. Ponadto Lunathion ma w sobie sporo z Sin City – to miasto bardzo względnej sprawiedliwości, okrutnych kar, ponurych mścicieli, Służb Porządkowych składających się z imprezowiczów-zabijaków, dudniące klubową muzyką, płynące alkoholem i znacznie cięższymi używkami – a rozrywkowa główna bohaterka będzie po nim świetną przewodniczką. Jeśli tego wszystkiego wciąż mało, to mamy tu do czynienia z mieszanką magii i nowoczesnych technologii. I widmo nadciągającej wojny.

 

Na tym tle rozgrywa się zbrodnia, która zatrzęsie światem beztroskiej Bryce Quinlan. A szykujące się śledztwo, w którym odegra jedną z głównych ról, obnaży cienie nie tylko miasta i systemu, ale również skrzętnie ukrywane tajemnice jej najbliższych.

Przed czytelnikiem dużo ogarniania – to zupełnie nowy świat, który rządzi się swoimi prawami. Mamy do zapamiętania nie tylko mnóstwo bohaterów przeróżnych ras, kształtów i gatunków, ale również podział owych ras na Domy (a każdy z nich ma swojego władcę), różnice między ludźmi, a Wanami, skomplikowaną hierarchię społeczną i jeszcze bardziej skomplikowany sposób zarządzania miastem, krajem i światem. Do tego czeka nas podróż poprzez dzieje Midgardu od jego zaludnienia, przez konflikty aż do burzliwej sytuacji obecnej (a większość nadprzyrodzonych istot przybyła na tą planetę poprzez Szczelinę w czasoprzestrzeni, więc to wcale nie tak hop), jego wierzenia, sytuację społeczną i polityczną. Czacha paruje. I jak by mnie to wszystko na początku nie przeraziło i przytłoczyło, tak w ostatecznym rozrachunku stwierdzam, że było naprawdę fajnie! Bo i wszystko to zostało przedstawione nie tylko w całkiem przystępny sposób, ale nawet mimochodem – zamiast przydługich wykładów czytelnik poznawał to chaotyczne uniwersum pozostając w samym centrum akcji, nierzadko ucząc się i odkrywając pewne fakty wraz z bohaterami.

Mimo frywolnego podejścia do korzystania z uciech życia, wątek romansowy, choć istotny, jest dodatkiem i mimo silnego przyciągania między bohaterami, seksy nie przesłaniają fabuły. Mimo, że to zdecydowanie powieść dla dojrzałego czytelnika z gatunku seks i przemoc + wulgaryzmy w ilości alarmującej. A mimo to to przyjaźń jest tu najważniejszą wartością i to na tej sile zbudowano całą opowieść. Bardzo podobały mi się również poplątane relacje rodzinne i grzebanie w historii stworzonego świata. I chimera w roli kanapowego pupila!

Kompletny misz-masz, w mojej skali Dziobaków mocna 9!

Jeśli to jest pierwszy tom, to aż boję się myśleć, co nas czeka w kolejnych. Nie mogę się doczekać!

Sarah J. Maas, Księżycowe Miasto. Dwór Ziemi i Krwi, cz. 1, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2020, 560 s.

Sarah J. Maas, Księżycowe Miasto. Dwór Ziemi i Krwi, cz. 2, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2020, 622 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Pięć zauroczeń”, André Aciman

Obawiałam się trochę tej pozycji ze względu na gatunek – nie przepadam za opowiadaniami i rzadko sięgam po książki będące ich zbiorami. Okazuje się jednak, że w tym przypadku spokojnie można traktować opowiadania jako rozdziały – są to po prostu kolejne historie miłostek bohatera i chociaż dzielą je przeskoki czasowe, to jednak czyta się bardzo płynnie i układają się w jedną opowieść o mężczyźnie podążającym za porywami serca.

Uwaga! Wydaje mi się, że kolejny akapit może zawierać spoilery. Ale w sumie to nie jestem pewna.

Chociaż Paul ulega absolutnej fascynacji kolejnymi osobami – zarówno pod względem fizycznym, jak i intelektualnym – tak naprawdę zwraca uwagę wyłącznie na siebie, swoje wyobrażenia i przeżycia emocjonalne. Nie zwraca uwagi na uczucia innych osób, o ile te nie dotyczą bezpośrednio jego, bez chwili zawahania rozbija związki (zarówno swoje, jak i swoich nowych ukochanych). Kiedy kolejny i kolejny raz ktoś wpadnie mu w oko, poświęca tej osobie wszystkie myśli i fantazje – momentalnie wyobraża sobie wspólną przyszłość (ślub, dzieci, wspólne wieczory przed telewizorem), prowadzi z tą osobą wymyślone rozmowy, układa scenariusze spotkań i marzy o wszystkim, co związane z nowym ukochanym. Szkopuł w tym, że chyba lepiej mu w świecie wyobrażeń, bo kiedy jego marzenia stają się rzeczywistością… ktoś nowy zawraca mu w głowie.

Książka jest pełna „emocjonalnej grafomanii” – główny bohater analizuje najmniejsze nawet drżenie serca, a w swych fantazjach buduje całe alternatywne rzeczywistości. I jak przez pierwsze dwa, może nawet trzy opowiadania jest to całkiem urocze, to z każdą kolejną historią, a nawet z każdą kolejną stroną staje się coraz bardziej męczące. Bo Paul z dziecięcych fascynacji i młodzieńczych poszukiwań własnej tożsamości wcale nie wyrasta. Mam wrażenie, że nie dojrzewa emocjonalnie, przez co sam się unieszczęśliwia. Niezależnie od wieku i życiowego doświadczenia, każdy jego związek przypomina wakacyjną miłostkę.

„Naucz się brać rzeczy takimi, jakie są. Wszędzie doszukujesz się czegoś, czego nie ma”.

Może pod względem mentalnym jestem w poprzedniej epoce (zawsze czułam się trochę stara duchem…), ale irytowała mnie jego niestałość – być może wynikająca ze środowiska, w którym zdrady są na porządku dziennym, a znajomi stale się rozstają i wdają w nowe romanse, sam bohater ma zresztą taki przykład bezpośrednio „z góry”, ze strony ojca.

I nie potrafię mu nie współczuć, bo szuka czegoś nieokreślonego, mitycznego „wina życia”. Wciąż czegoś mu brak, przez co nie potrafi docenić tego, co ma i wszystko, co udało mu się zdobyć porzuca bez żalu w imię dalszych poszukiwań. Nie wie do czego dąży i za czym tak tęskni, czego tak zawzięcie szuka, ale nie potrafi być bez tego szczęśliwy. A to wyjątkowo przygnębiająca refleksja.

Po raz kolejny u Acimana porwały mnie malarskie opisy – zarówno miejsc, jak i uczuć. Przekonałam się jednak, że ten rodzaj emocji przemawia do mnie znacznie bardziej, kiedy dotyczy młodości. Może to dyskryminujące, ale moje wymagania rosną wraz z wiekiem bohatera.

André Aciman, Pięć zauroczeń, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B, 2020, 336 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.

Czas na czytanie: PATRONAT „Zimna krew” Inga

Tytuł mojego najnowszego patronatu jest bardzo adekwatny, bo jest to książka, która zmrozi Wam krew w żyłach. I to nie tylko ze względu na bardzo plastyczne opisy nieprzyjaznego północnego krajobrazu , ale przede wszystkim ze względu na moralność zamieszkujących go plemion. Albo jej brak.

Siedemnastoletni Tepu jest synem wodza plemienia Lisska, ma żonę, córeczkę, wielu braci i całkiem stabilną pozycję w swoim niewielkim społeczeństwie. Wszystko to ulegnie zmianie, gdy ojciec wyśle go na samobójczą misję zgładzenia zdrajcy.

Charyzmatyczny przywódca z głową pełną wizjonerskich planów, który nie cofnie się przed niczym, by osiągnąć swoje cele oraz młodzieniec obdarzony zbyt dużą dawką empatii i przyzwoitości, jak na otaczającą go rzeczywistość. Razem łatwiej przetrwać, ale czy zdołają wcześniej nie pozabijać się nawzajem? Szczególnie, że między nimi stoi wszystko – od demonów przeszłości, przez przekonania, wybory i tradycję, aż po życiowe doświadczenie.

Jak daleko jest w stanie posunąć się człowiek, by przetrwać? I co byłby w stanie zrobić, by móc ocalić swoich bliskich? Złamać tabu, zbratać się z wrogiem, przymknąć oko na barbarzyńskie zwyczaje, zabić z zimna krwią? Gdzie jest granica, po przekroczeniu której człowiek przestaje być sobą?

Mroczna historia rozgrywająca się wśród wszechobecnej bieli. Bezwzględni wojownicy, zemsta, krwawe rytuały, okrutna gra losu, pierwotne wierzenia, fantastyczne stwory, surowa siła natury i tajemnica, której trzeba strzec za wszelką cenę.

Uwaga! Książka dla dorosłego czytelnika.

Inga, Zimna Krew, 2020, 196 s.
(premiera 16.03.2020)

Książkę możecie kupić w przedsprzedaży TUTAJ. Kupując przed premierą otrzymujecie wersję elektroniczną gratis!

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.