Czas na czytanie: „Felix ever after” Kacen Callender

Bardzo cenię i po prostu strasznie lubię sięgać po młodzieżówki „społecznie zaangażowane”, czyli takie, które poza opowiedzeniem danej historii pełnią rolę dydaktyczną podejmując temat ważny i trudny dla młodego czytelnika – tym razem są to transpłciowość i niebinarność – po czym przedstawiają go w sposób daleki od wykładu, czy moralizacji.

I „Felix ever after” robi to świetnie. Sama, choć zawsze wydawało mi się, ze jestem raczej świadoma, niż nie, podczas lektury co chwila chwytałam za telefon by sprawdzić jakieś pojęcie lub o czymś doczytać. A jednocześnie całkowicie wciągnęłam się w historię o sztuce, tożsamości, odrzuceniu, podejmowaniu niesamowicie trudnych życiowych decyzji, o porównywaniu się z innymi, o odkrywaniu samego siebie, o przemocy, która nie zawsze musi być fizyczną, o życiu w świecie dalekim od tolerancji, o byciu ważnym, wartościowym i wystarczającym, o tęsknocie za miłością i jednoczesnym strachu przed nią, aż wreszcie – o odwadze próbowania mimo wizji niepowodzenia. Oraz w szkolne love story oczywiście!

„(…) za bardzo się boję na serio zacząć – boję się spróbować i zaliczyć porażkę.”

To książka która na pewno w pewien sposób otwiera oczy – nie tylko na różnorodność ludzi i opcji, której nie jesteśmy świadomi, dopóki nie zaczyna dotykać nas bezpośrednio, ale również na dylematy i poszukiwania tak charakterystyczne dla wieku nastoletniego. I chociaż bohaterowie, jak na licealistów, wydawali mi się momentami nieco zbyt dojrzali, zbyt świadomi, zbyt mądrze i zrozumiale wyrażający swoje myśli, z ich wątpliwości i emocji przebija się prawda, a pytania, jakie sobie zadają chyba nikomu nie będą obce. A na pewno nie są obce mi – osobie białej, raczej hetero i cispłciowej. Nie bez znaczenia jest tu z pewnością fakt, iż jest to książka napisana przez osobę niebinarną, znającą wszystkie te rozważania i dylematy z autopsji.

Poza niewątpliwie imponującą dyskusją o tożsamości płciowej, potrzebie korzystania z etykietek, przynależenia do wspólnoty, dopasowania, akceptacji drugiego człowieka i nie zawsze zdrowej miłości, zaimponowała mi również całkiem fajnym wykładem na temat granic sztuki i tego, co wolno artyście.  

Nie sposób też nie wspomnieć, że jest to książka absolutnie przeurocza. Bohaterowie i ich relacje są cudowni i do serca przytul, nie można ich nie polubić i im nie kibicować. Znajdziemy tu fantastyczną przyjaźń, nie zawsze łatwe relacje z rodzicami, słodkie pierwsze kroki w zakochaniu i kilka niezaprzeczalnych prawd o pierwszej miłości. I tych kolejnych też.

Przyjemna. Sympatyczna. Ważna. Prawdziwa. I nie wiem, jak to możliwe, ale ciężka i cudownie lekka jednocześnie.

Polecam nie tylko zagubionym i nie tylko nastolatkom.

Kacen Callender, Felix ever after. Na zawsze Felix, Poznań: Wydawnictwo We Need YA, 2021, 360 s.

Czas na czytanie: „Pierre i Raimundo. Cztery pory roku” Bartosz Brzeziński

Przeczytałam książkę i nie wiem co napisać. Z jednej strony, pod względem fabuły, kreacji bohaterów, rozwoju akcji, ta pozycja jest zupełnie nijaka.

Introwertyk i ekstrawertyk, sportowiec i mózgowiec, humanista i umysł ścisły, licealny romans, walka o akceptację otoczenia. Oklepane schematy są fajne, jeśli w jakiś sposób nowa historia w jakiś sposób się wyróżnia, a w tym przypadku tego wyróżnika mi zabrakło. I to nie tylko jeśli porównam ją z ulubionymi tytułami tego gatunku, ale również z opowiadaniami, które nigdy nie zostały wydane, nawet w formie selfpublishingu.

Z drugiej jednak czytało się w sumie ok. Mnie nie porwała, ale może kogoś innego urzeknie? Znalazłam też kilka plusów, choć może podchodząc do tej książki bardziej od strony społecznej.

To, co na pewno można o tej pozycji powiedzieć, to że jest szalenie nierówna. Powstawała przez wiele lat, w odcinkach, jako blogowe opowiadanie i to mocno daje się odczuć podczas lektury. Niemniej jednak wspomniana nierówność jest w tym wypadku plusem, bo mamy szansę przyjrzeć się rozwojowi warsztatu pisarskiego autora. To, co wypisałam sobie jako męczące uchybienia w początkowych rozdziałach (na przykład brak pogłębienia psychologicznego bohaterów), pod koniec nie jest już wcale takie aktualne.

Momentami naiwna, bardzo tendencyjna, z niedojrzałymi bohaterami i „serialowymi” przeskokami od dramatu do dramatu – gdzie dramaty zwiększają się wprost proporcjonalnie do ilości przeczytanych stron – którym brak płynnego połączenia fabułą. Jest to jednak książka pisana przez nastolatka (jak przypuszczam) w formie pamiętnika nastolatka właśnie. Nastolatka, który przeżywa pierwsze porywy serca i odkrywa swoją seksualność. I chociaż jak na pamiętnik mało było mi przeżyć wewnętrznych, dylematów, przemyśleń i emocji, nie sposób odmówić Pierrowi pewnego autentyzmu.

Nawet, jeśli trudno mi uwierzyć w osiemnastolatka piszącego o nauczycielach z przedrostkiem „Pani”. Bo serio, kto mówi o swojej wychowawczyni „pani Siekierska”, skoro można powiedzieć „Siekiera” a o szkolnym psychologu „pani psycholog”? Jaki nastolatek, nawet Kujon Grzeczny Chłopiec, używa w ogóle przedrostka „pani”? Gdzie się podziały wszystkie „facetki” i plejada mniej lub bardziej sympatycznych ksywek?

No i w sumie nie wiem. Nic mnie w tej książce nie zaskoczyło, była typowa i przewidywalna. Nie zmieniła mojego życia, nie znalazłam w niej ani tematów do przemyśleń, ani poczucia humoru, częściej też byłam zażenowana zachowaniem i decyzjami bohaterów, niż budzili we mnie jakiekolwiek inne odczucia. Jedna z tych książek mało wymagających książek, które fajnie przeczytać latem, w parku albo na plaży, bo przypominają trochę o szkolnych latach, ale po skończonym urlopie nie za wiele się już z nich pamięta. Wiecie, takie typowe „bez szału”. Niemniej jednak poczułam nutkę nostalgii za śledzeniem blogowych opowiadań – kilka czytam po dziś dzień, chociaż ten sposób chyba już odchodzi trochę do lamusa na rzecz Wattpadów i innych nowoczesnych wymysłów. To też fajny wgląd w proces rozwoju stylu autora, bardzo lubię to obserwować. Szczególnie, że rozwój jest na tyle znaczący, że z pewnością sięgnę również po późniejsze książki autora. Kilka z nich już czeka na regale wstydu.

A traktując ta książkę jako spełnione marzenie o wydaniu historii, która powstawała latami i towarzyszyła podczas pierwszych kroków z pisaniem, nie sposób nie kibicować i nie trzymać kciuków. Nie można też nie docenić zmiany społecznej – jeszcze kilka lat temu, zapewne, kiedy Pierre i Raimundo zaczynali powoli kształtować się w pierwszych rozdziałach, opowiadania z wątkami lgtb+ można było przeczytać niemalże wyłącznie na blogach albo kupić niszowe selfublishingi o maleńkich nakładach. A teraz powstaje coraz więcej pełnoprawnych książek o tej tematyce, coraz częściej wydawanych również przez duże i znane wydawnictwa. Nareszcie!

Bartosz Brzeziński, Pierre i Raimundo. Cztery pory roku, Warszawa: 2019, 450 s.

Czas na czytanie: seria „Pokusa” Ella Frank

Ocena pierwszej części serii „Pokusa” niewątpliwie zależy od oczekiwań, z jakimi się do niej podchodzi. Zanim po nią sięgnęłam, wiedziałam mniej więcej czego się spodziewać – zostałam ostrzeżona, że „Try” nie ma fabuły, więc jej brak nie był dla mnie zaskoczeniem i, co za tym idzie, rozczarowaniem.

Dlatego ostrzegam również Was – nie spodziewajcie się fabuły, nie znajdziecie jej tutaj. To książka o dwóch facetach spotykających się pewnego dnia w barze – przystojnego prawnika-lowelasa biorącego z życia pełnymi garściami i nie szczędzącego sobie uroków obcowania z rozmaitymi przedstawicielami płci obojga tak często, jak to tylko fizycznie możliwe (Logan) oraz heteroseksualnego barmana w trakcie brzydkiego rozwodu z jędzowatą żoną (Tate). Jeden chce, drugi niby nie chce, więc pierwszy będzie go intensywnie przekonywał. Z jakim skutkiem, możecie się zapewne domyślić.

Czy stworzenie związku z osobą skaczącą z kwiatka na kwiatek jest w ogóle możliwe?

Nie spodziewajcie się jakichkolwiek opisów miejsc akcji, pogłębienia psychologicznego bohaterów, bardziej zaawansowanych dylematów moralnych, zaskakujących (albo jakichkolwiek innych) zwrotów akcji, czy wydarzeń nie związanych z czynnościami okołoseksualnymi. Nie ma ich tu. Relacja między dość schematycznie i stereotypowo zarysowanymi postaciami – garniturowiec vs. barman na motorze. Mają swoje charakterki ale jednak to ogień ich pożądania jest jedynym tematem powieści.

Nie brak tu za to oczywiście szczegółowych opisów seksów w rozmaitych miejscach i konfiguracjach.

Czy w związku z tym to kiepska książka? Moim zdaniem nie, jeśli tylko nie będziemy oczekiwać od niej, by była czymkolwiek poza erotykiem. Była za to całkiem dobrą towarzyszką piątkowego wieczoru z kieliszkiem wina.

Jak na książkę tego typu jest całkiem dobrze napisana, bez gloryfikacji gwałtów bez nadnaturalnych właściwości ludzkiego organizmu, z rzetelnie wykonaną korektą. Co prawda nazywanie męskiego członka we wzwodzie „masztem” niezmiennie mnie bawiło, a natrętne nazywania całowania „opadaniem na usta” drugiej osoby trochę mnie męczyło, ale mimo to czytało się bardzo ok. Tate trochę rozczarował mnie pod koniec płytkim zakończeniem kłótni, która miała znamiona poważnej, ale to przecież nie pierwszy książkowy bohater, z którego wyborami nie do końca się zgadzam.

Nie wiem, czy gdybym nie miała już przygotowanych pod ręką kolejnych części serii, zdecydowałabym się na ich zakup, ale skoro już mam, to chętnie poznam ciąg dalszy historii.

Tym razem będę już jednak miała pewne oczekiwania, bo tego rodzaju formuła powieści jest dobra na odstresowanie, ale nie może występować w nadmiarze. Liczę więc, że w kolejnych tomach fabuła jednak się pojawi i po tym całkiem długim wstępie opisującym początki związku bohaterów coś jeszcze zacznie się dziać w ich wspólnym życiu.

Ella Frank, Pokusa T.1: Try, Białystok: Wydawnictwo Kobiece, 2020, 488 s.

Uwaga, poniższe opisy dotyczą kolejnych części serii. Mogą zawierać (zapewne szokująco zaskakujące, w końcu tyle tam było fabuły…) spoilery. You have been warned.

Ok, jeśli chodzi o poziom fabuły, w „Take” zdecydowanie widać poprawsę. Oczywiście wciąż dominują seksy w miejscach wszelakich (żeby nie było nudno, pojawiają się takie urozmaicenia, jak samochód, czy domek letniskowy), ale zostają również określone dwa główne problemy, z którymi bohaterowie będą musieli zmierzyć się w tej części. I to problemy tylko pośrednio z seksem związane! Oba zostały już wcześniej zarysowane w „Try”, nie będzie więc wielkim nietaktem, jeśli Wam je zdradzę. Pierwsza duża burza czeka bohaterów w związku z ultrakatolicką rodziną Tate’a i jej średnio entuzjastycznym podejściem do objawionego nagle homoseksualizmu syna. Czy związek z niedawno poznanym mężczyzną jest wart przekreślenia relacji rodzinnych i zerwania kontaktów z najbliższymi?

Logan będzie musiał natomiast zmierzyć się z demonami przeszłości – czy raz zraniony będzie potrafił ponownie zaufać i otworzyć swoje serce dla nowego partnera? I czy Tate będzie chciał mieć cokolwiek do czynienia z facetem po takich przejściach?

Nie są to wciąż emocjonalne wyżyny a głębia relacji bohaterów wciąż przypomina brodzenie po mokrym chodniku, ale jakieś bardziej skomplikowane emocje i uczucia wreszcie się pojawiają. Poza pożądaniem i zaborczością znaczy. Będą pierwsze wyznania, zranienia i rozczarowania. Będzie też nadzieja, wsparcie i nareszcie odrobina nie łóżkowej akcji. Zostaną również wprowadzeni bohaterowie poboczni, którzy otrzymają nieco większą rolę, niż dotychczasowe cześć-cześć, a Tate z Loganem zaczną wchodzić z nimi w relacje.

Jak na mój gust „Take” okazało się bardziej zachęcające do kontynuowania serii niż „Try”. Okazuje się, że fabuła, nawet w erotykach, jednak bardziej pomaga, niż szkodzi.

Ella Frank, Pokusa T.2: Take, Białystok: Wydawnictwo Kobiece, 2020, 390 s.

Z każdym kolejnym tomem współczynnik zawartości fabuły do seksów jest coraz bardziej wyrównany. W „Trust” naprawdę już coś zaczyna się dziać. Wciąż jest to akcja dość sztampowa, typowa dla tego rodzaju historii – jest ocieranie się o śmierć, pojawiają się konflikty z rodziną, wspólne przedsięwzięcia i potencjalni konkurenci dla wzbudzenia zazdrości – ale to naprawdę robi różnicę, w porównaniu do pierwszego tomu jest zdecydowanie ciekawiej i mniej monotonnie. Po jak przy pierwszych kilku zbliżeniach bohaterów czerwienieją policzki i nie można się oderwać od czytania, tak przy kolejnych kilkunastu czytelnik zaczyna się nudzić. Szczególnie kiedy są pod rząd. W trzeciej części jesteśmy już raczej nasyceni łóżkowymi ekscesami Tate’a i Logana, więc coraz dłuższe chwile odpoczynku są bardziej niż mile widziane, to zdecydowanie duży plus.

A im więcej wyzwań dla związku, tym bardziej cementuje się związek i pojawia się więcej dojrzałych uczuć, jak tytułowe zaufanie, zaangażowanie, strach o ukochaną osobę czy poszukiwania złotego środka między samodzielnością, a zależnością. Coraz większą rolę zaczynają też pełnić w ich życiu przyjaciele i relacje z innymi ludźmi.

W ten sposób mamy też szansę lepiej poznać, a co za tym idzie, polubić bohaterów i przywiązać się do nich. I jak po pierwszym tomie nie byłam do końca przekonana względem kontynuowania tej przygody, tak teraz z przyjemnością sięgnęłabym po kolejne tomy. Seria „Pokusa” składa się z sześciu (!) części, jak na razie w języku polskim mamy trzy. Mam nadzieję, że już niedługo kolejne trzy pojawią się nakładem Wydawnictwa Kobiecego.

Ella Frank, Pokusa T.3: Trust, Białystok: Wydawnictwo Kobiece, 2020, 390 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Kobiecego.

Czas na czytanie: „Rozmowy z przyjaciółmi” Sally Rooney

Dwudziestojednoletnia Frances jest studentką, wrażliwą debiutującą poetką i dość zamkniętą w sobie wnikliwą obserwatorką. Pozostając w cieniu przebojowej przyjaciółki, którą podziwia tak jawnie, jak i skrycie, przygnieciona ciężarem licznych kompleksów, większość emocji zamyka głęboko w sobie nie dając ich po sobie poznać.

Kiedy wdaje się w romans z jedenaście lat starszym atrakcyjnym aktorem, mężem znanej pisarki pracującej nad artykułem o wspólnej twórczości Frances i jej przyjaciółki Bobbi, emocje zaczynają brać górę nad studentką i próbują wyrwać się spod jej żelaznej kontroli. Czy tego rodzaju związek ma szanse na przetrwanie? Szczególnie, kiedy w strachu przed byciem zranionym wolimy otoczyć się murem obojętności albo zaatakować jako pierwsi?

To opowieść o młodości, pierwszych krokach w dorosłe życie, poszukiwaniu pomysłu na siebie, trudnym dzieciństwie, braku wsparcia i dojrzewaniu emocjonalnym, ale również o ogromnej samotności, poczuciu wyobcowania nawet w gronie najbliższych, trudnościach w nawiązywaniu relacji, bezbronności wobec bólu i choroby oraz braku umiejętności poproszenia o pomoc.

„Chciałam jej wyjaśnić, że nie wiem, co mi było wolno czuć ani co z tego, co wtedy czułam wolno mi czuć, gdy teraz spoglądam wstecz”.

Znajdziemy tu obraz młodzieńczego buntu przeciwko normom społecznym i tak pociągającego pseudointelektualizmu, gdzie pod górnolotnymi i filozoficznymi deklaracjami odrzucenia opresyjnych konstruktów kulturowych – jak monogamia, czy związek – młodzi dorośli za wszelką cenę starają się uniknąć odpowiedzialności za swoje życie i ponoszenia konsekwencji podejmowanych decyzji. Wraz z trudnościami w komunikowaniu swoich potrzeb i uzewnętrznianiu uczuć otrzymamy emocjonalny mętlik będący nie tylko cechą charakterystyczną głównej bohaterki, ale również ponurą diagnozą sporej części społeczeństwa.

„Bałam się, że moja osobowość, gdyby się okazało, że ją mam, będzie z gatunku tych niedobrych. Czy martwiłam się tym jedynie dlatego, że byłam kobietą i czułam presję, by przedkładać cudze potrzeby nad własne? Czy ‚dobroć‚ była tylko innym słowem na określenie uległości w sytuacji konfliktu? Podobne rzeczy pisałam jako nastolatka w swoim pamiętniku: jestem feministką i mam prawo nie kochać nikogo”.

Niby nic nowego ani odkrywczego, jednak bez wątpienia dylematy i problemy Frances niejednemu czytelnikowi wydadzą się znajome – w końcu zarówno strach, jak i poszukiwanie to nieodłączne części młodości. Chociaż w moim przypadku ten etap miał miejsce dużo wcześniej (ale też ja urodziłam się stara duchem), raczej w wieku licealnym, niż studenckim i może dlatego chroniczne niezdecydowanie i niedojrzałość Frances mocno działało mi na nerwy. Nie sposób jej jednak nie współczuć. I nie kibicować jej poszukiwaniom szczęścia.

Nie mogę powiedzieć, że to książka, która porwała mnie od pierwszej strony, całkiem długo się do niej przekonywałam. Ale mniej więcej w połowie, kiedy już udało mi się wkręcić w całą historię, mocno mnie wciągnęła i resztę pochłonęłam jednym tchem.

Warto wspomnieć, że jest naprawdę dobrze napisana – czytałam egzemplarz recenzencki, jeszcze przed ostateczną korektą i bez choćby wyodrębnienia dialogów, a mimo to czytało się lekko, płynnie i interesująco. Pod względem literackim to była przyjemność.

No i uwielbiam tą okładkę!

Polecam, z pewnością sięgnę również po drugą pozycję tej autorki, bo nie miałam dotąd jeszcze okazji czytać „Normalnych ludzi”, a słyszałam, że robią wrażenie.

Sally Rooney, Rozmowy z przyjaciółmi, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B, 2021, 336 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.

Czas na czytanie: „Miasto zagubionych dusz” Cassanda Clare

Pamiętacie, jak w poprzedniej części pisałam, że udało mi się polubić Aleca? Totalnie zmieniam zdanie, w „Mieście zaginionych dusz” mocno mi podpadł, właściwie od samego początku. I to nie tylko mi… Moja sympatia całkowicie przerzuciła się na Simona. Nawet Magnus wylądował na drugim miejscu!

Jace zniknął razem z Sebastianem, a Clave szybko zaczyna mieć na głowie poważniejsze problemy, niż szukanie uprowadzonego Nocnego Łowcy. W związku z tym misja poszukiwawcza spoczywa na barkach jego najbliższych. A że wydaje się karkołomna, samozwańcza „Drużyna Dobra” nie będzie stronić od niekonwencjonalnych i nielegalnych metod i samobójczych misji. Tylko czy połączony z Sebastianem, skarżony demoniczną krwią  Jace ma szansę jeszcze kiedykolwiek stać się naprawdę sobą? Czy właściwie jest jeszcze o co walczyć?

Chociaż to środkowy, „przejściowy” tom, sporo się w nim dzieje. I to na różnych płaszczyznach, bo bohaterowie się rozdzielają – wilkołaki poszukają pomocy u Praetor Lupus, Simon z Magnusem i rodzeństwem Lightwoodów będą szukali sposobu na rozłączenie Jonatanów, a Clary jak zwykle rzuci się w niebezpieczeństwo na łeb na szyję i praktycznie bez asekuracji. Będzie więc trochę potyczek z demonami, mroczne plany i sporo makabry zakończonej kolejną epicką bitwą dobra ze złem. I po raz kolejny nie obejdzie się bez ofiar wśród przyjaciół. A ponure zakończenie nie pozwala czekać ani chwili z zatopieniem się w ostatnią cześć tego cyklu.

A jeśli chodzi o odmianę imienia Jace’a, to jednak miałam rację! W tej części już zarzucono pomysł tej dziwnej odmiany, która tak drażniła mnie w „Mieście upadłych aniołów”, może to był jakiś średnio udany eksperyment? Co ciekawe tłumaczka przez wszystkie tomy pozostaje ta sama. Niestety i tym razem wyłapałam całkiem sporo błędów, które powinna wymieść korekta, na szczęście nie na tyle dużo, żeby popsuć przyjemność z lektury.

Cassandra Clare, Dary anioła T. 5: Miasto zagubionych dusz, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2013, 550 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Tam, gdzie topnieje lód T. 2” S. L. Leśna

Znacie to uczucie, kiedy zakończenie jest tak bardzo idealne i doskonale pasuje do całej historii, a w pewien sposób i tak łamie wam serce? Jeśli nie, to po tej książce będziecie je znać już bardzo dobrze.

Drugi tom „Tam gdzie topnieje lód” zamyka historię nie tylko Suena i Asury, ale również Kahena i Hakana oraz Vildara i Rakku. Przyznajecie się, kto liczył, że którakolwiek z tych par doczeka się szczęśliwego zakończenia? Obawiam się, że prawie wszyscy będą zdziwieni tym, jak potoczą się losy poszczególnych bohaterów i komu jest pisane „i żyli długo i szczęśliwie”. Albo chociaż „żyli”, bo „szczęśliwie” to w końcu bonus, który w surowym klimacie A-Hanu mało się trafia.

Na książkę składa się III i IV księga historii, fabuła jest kontynuowana bez żadnego dodatkowego wprowadzenia i przypomnienia, dlatego polecam przed lekturą powtórzyć sobie pierwszy tom i czytać ciągiem. Jest też spora niespodzianka – w przeciwieństwie do poprzedniej części, w tej zostały zachowane sceny erotyczne. Można wobec tego odczuć znaczący kontrast między tomami i nie jest to już książka dla stroniących od dosłowności, ale nie oszukujmy się – wszyscy dobrze wiemy, po co tu jesteśmy.

Z drugiej strony jednak nie ma obaw – amory nie przyćmiewają fabuły. Jasne, romanse kwitną i sercowych dram nie brakuje, ale i poza tym sporo się dzieje – Suen będzie musiał odnaleźć się w rzeczywistości Wilczej Twierdzy, wywalczyć w niej miejsce dla siebie i zdobyć szacunek plemienia, a ani szaman, ani wódz nie będą mu tego ułatwiać. Ani właściwie żaden inny Ragh, jeśli mamy być szczerzy. Poza Asurą, ale i on będzie miał sporo na głowie – od lęku o zdrowie brata, przez wciąż nierozwiązaną tajemnicę ataku Kuruk, spory z ojcem i Radą Plemienia aż po walki o władzę i równie przerażające obowiązki wynikające  z przedłużeniem rodu. Tymczasem Pożeracz nie odpuszcza i ma nad swoim nosicielem coraz większą władzę, odzyskanie wspomnień to nie taka prosta sprawa a prawda może wcale nie być upragnionym wyzwoleniem. Ponadto moc Uzdrowiciela stale rośnie i rozwija się w nie do końca bezpiecznym kierunku. Szykuje się niejedna wojna i niejedna ofiara.

Jestem bardzo zadowolono zarówno z rozwinięcia i zakończenia historii, jak i z samego wydania – korekta jest świetna, nie dopatrzyłam się żadnych błędów, tekst jest bardzo wygodny do czytania, a Asura na okładce prezentuje się perfekcyjnie.

Ta historia, choć z różną intensywnością, towarzyszyła mi przez wiele lat – najpierw jako niszowe blogowe opowiadanie pojawiające się w odcinkach, a następnie jako pełnowymiarowe książki. Jakoś wciąż do mnie nie dociera, że to już koniec, jak ostateczny by nie był. Będzie mi brakowało lodowatych ziem i zimnych obyczajów Raghów, ale z pewnością jeszcze kiedyś wrócę do tej opowieści, będzie bezpiecznie czekać na półce.

S. L. Leśna, Tam, gdzie topnieje lód. Tom 2, 2021, 336 s.

Pierwsze rozdziały i dodatki do historii możecie znaleźć na blogu autorki.
Książkę można nabyć droga kupna w księgarni bucketbook.pl.

Czas na czytanie: „Hurt comfort” Weronika Łodyga

Tytułowe hurt/comfort to w fanfiction określenie konwencji, w której relacja bohaterów opiera się na pocieszaniu w cierpieniu.

Adam nie jest kimś, kogo łatwo da się wpisać w kalkę osoby „normalnej”. Zamknięty w sobie, cierpiący na fobię społeczną, od dzieciństwa zmagający się z mutyzmem wybiórczym i skomplikowaną sytuacja rodzinną. I chociaż życie z takimi atrakcjami nie jest łatwe, całkiem nieźle radzi sobie w swojej skorupie, ma niewielkie grono dobrych przyjaciół, pasję i ściśle określone plany na przyszłość. I z pewnością nie ma ochoty wpuszczać nikogo do swojego skrzętnie uporządkowanego wszechświata.

Janek jest za to chodzącą tęczową kulką optymizmu i wiary w siebie (chyba, że akurat chodzi o pisanie matury z matematyki). Kiedy w autobusie wpada mu w oko mało przyjazny chłopak, który woli udawać głuchoniemego, niż porozmawiać z nieznajomym, ani myśli się poddać.

Jakiś czas temu moje serce kompletnie skradła książka „Twój Simon”. Dziś mogę powiedzieć, że ma bardzo silną konkurencję. Jestem zachwycona, że tak sympatyczna i przy tym naprawdę dobra książka wyszła spad pióra polskiej autorki.

Tak naprawdę homoseksualizm jest chyba ostatnim z problemów głównego bohatera. Bo czymże jest wizja zakochania się w innym chłopaku, kiedy wisi nad tobą widmo matury (szczególnie z polskiego), ojciec bywa w domu tylko na weekendy a ty wciąż nie potrafisz z nim rozmawiać (dosłownie), wciąż jeszcze przeżywasz zdradę najlepszego przyjaciela i codziennie musisz wychodzić z domu by obcować z innymi ludźmi. Co gorsza wchodzić z nimi w relacje i interakcje. W liceum.

I to jest super, bo orientacja seksualna jest zwykle w tego rodzaju literaturze cechą definiującą bohatera i głównym problemem książki. Tutaj jest raczej tłem, jedną z wielu cech i to raczej ta mniej ważną. Warto sobie czasem przypomnieć, że brak akceptacji i rozumienia ze strony otoczenia może porządnie dokuczyć na długo wcześniej, niż zaczniemy w ogóle myśleć o swojej seksualności. Wystarczy być choć odrobinę innym od pozostałych.

Fantastycznie humorystyczna książka podejmująca naprawdę trudne i przygnębiające tematy. Cała lektura to był jeden wielki comfort, jak gorące kakao z piankami w zimny dzień, a podczas czytania nie sposób się nie szczerzyć. Bohaterowie są świetni (kocham ich wszystkich!), licealna rzeczywistość została wykreowana w sposób do bólu autentyczny (jeszcze nie jestem taka stara, prawie nic się nie zmieniło. Tylko nie wiem co to jest Tumblr, ale chyba jednak ta wiedza nie jest mi potrzebna do szczęścia) i przy tym uszczypliwie ironiczny, a problemy nastolatków są bardzo realne.

Lekka, przyjemna, urocza komedia romantyczna z maturą w tle. Skrada serce niezależnie od wieku czytelnika.

Weronika Łodyga, Hurt comfort, Białystok: Wydawnictwo Kobiece Young, 2020, 420 s.

Czas na czytanie: „The King’s Men” Nora Sakavic

Zdecydowanie najlepsza część trylogii. W sumie trudno się dziwić – o bohaterach i ich sytuacji wiemy już naprawdę dużo, a w ostatnim tomie czeka nas kulminacja wydarzeń. I jak pierwsza książka przypominała mi bardziej wattpadowe opowiadanie, tak trzecia to już całkiem dojrzała i dopracowana historia.

Drużyna potworów nie tylko musi się zmierzyć z całą masą genialnych drużyn na kolejnych etapach mistrzostw, by w finale utrzeć nosa swoim prześladowcom. Najpierw zawodnicy muszą stawić czoło sobie nawzajem i nie tylko się przy tym nie pozabijać, ale w dodatku zintegrować. Tajemnice, obietnice, układy i skomplikowane relacje między nimi z pewnością niczego nie ułatwią.

Oczywiście czas ucieka, a po piętach drepcze im mafia, bo choć Neil cudem przetrwał ścieżkę zdrowia w Gnieździe kruków, to przy jego psychopatycznym ojcu Riko wydaje się być przedszkolakiem w piaskownicy. A ten z pewnością nie zamierza puścić Juniorowi płazem ośmiu lat ucieczek, skazy na reputacji i ukradzionych pięciu milionów. I nie, Rzeźnik też nie jest najbardziej niebezpieczną figurą na szachownicy!

A skoro już o psychopatach mowa, to do drużyny wraca Andrew – pierwszy raz od lat całkowicie trzeźwy. I raczej nie spodoba mu się to, co zastanie. Co za szczęście, że tak bardzo lubię czytać o socjopatach i maniakach, bo tu ich z pewnością nie brakuje!

Po poprzednich częściach nie muszę ostrzegać, że będzie brutalnie, krwawo i wszyscy skoczą sobie do gardeł, prawda? Ale momentami będzie też sympatycznie, a nawet słodko (!), będzie mnóstwo woli walki, nadziei, prawdziwej przyjaźni i instynktu przetrwania.

Wątek romantyczny został potraktowany subtelnie, ale jest jak najbardziej satysfakcjonujący. Wreszcie się go doczekałam! Jak na mój gust mamy tu do czynienia z nadmiarem „syndromu męczennika” – i nie tylko mam tu na myśli historię i wybory Neila – w ogólnym rozrachunku jestem w stanie to zaakceptować.

Chociaż wciąż zdarzały się błędy, to pod względem korekty jest dużo lepiej, szczególnie w porównaniu z pierwszym tomem. Czytało się świetnie, chyba sama zdołałam zgrać się z drużyną i udzieliły mi się sportowe emocje. I mimo, że zakończenie może się wydawać przewidywalne, nie zabraknie drobnych zaskoczeń i nagłych zwrotów akcji, dzięki którym fabuła zyskuje na atrakcyjności.

Po „The Foxhole Court” nie byłam przekonana do kontynuacji, ale po przeczytaniu całości bardzo się cieszę, że nie odpuściłam tej serii. W gruncie rzeczy to fajna historia o trudnych dzieciakach, które za nic w świecie nie chcą się poddać, o tym, że poza naprawdę paskudnymi draniami są na tym świecie też porządni ludzie, o drugich szansach i o sporcie, który jednoczy. Warto poświęcić Lisom kilka długich jesiennych wieczorów.

Nora Sakavic, The King’s Men, Wydawnictwo NieZwykłe: Oświęcim 2020, 480 s.

Czas na czytanie: „The Foxhole Court” Nora Sakavic

Sporo u mnie ostatnio fantastyki, czas więc odetchnąć przy czymś kompletnie innym. Oj długo ostrzyłam sobie zęby na serię „All for the game” i nareszcie nadszedł czas na ten sportowy romans z gangsterskim wątkiem.

Neil Josten przez całe życie ucieka przed traumatyczną przeszłością. Żyje pod przybranym nazwiskiem, często zmienia miejsce zamieszkania, nie angażuje się w relacje a sztukę wtapiania się w tłum opanował do perfekcji – wszystko to by zapewnić sobie bezpieczeństwo. Jest jednak rzecz, którą kocha – Exy – brutalny sport drużynowy będący czymś w stylu połaczenia lacrosse i hokeja. Dlatego też nie do końca jest w stanie się oprzeć, kiedy trener jednej z drużyn uniwersyteckich, wraz z młodą wzrastającą gwiazdą tego sportu, proponują mu stypendium i miejsce w drużynie. I to nie byle jakiej drużynie, a w okrytych złą sławą Lisach – grupie niebezpiecznych wyrzutków społecznych, dla których sport jest rodzajem rekonwalescencji. Odnalezienie się w takim towarzystwie nie będzie łatwe, co więcej będzie kosztować Neila z trudem wywalczoną anonimowość. Czy sport i możliwość gry w profesjonalnej drużynie będą tego warte?

Mam wrażenie, że tak naprawdę cała książka była swego rodzaju rozbudowanym wstępem, wprowadzeniem do historii – poznajemy bohaterów i ich przeróżne dziwactwa, dowiadujemy się przed czym Neil ucieka i dlaczego, poznajemy zasady i historię Exy oraz samą drużynę Lisów. Poznajemy wrogów i przyjaciół, a ci ostatni wykorzystują ten czas, by się dotrzeć. Mam nadzieję, teraz już zacznie się prawdziwa akcja, bo chociaż wciąż coś się działo (a momentami działo się „grubo”), to jakoś ta historia na razie mnie nie porwała, wciąż czkałam na rozwinięcie, na właściwą akcję.

Dużym plusem są bohaterowie, to prawdziwa plejada barwnych osobowości, a łączące ich relacje nie należą do zdrowych. Sama jednak otoczka i gangsterskie porachunki wydają mi się nieco przekoloryzowane z pewną nuta naiwnego romantyzmu. Mam nadzieję, że kolejne wydarzenia dodadzą im wiarygodności.

Na ten moment jeszcze nie spełniła moich oczekiwań, ale czytało mi się na tyle dobrze, że z przyjemnością dam szansę kolejnym częściom cyklu.

Nie mogę też trochę nie wypomnieć niestarannej korekty, bardzo nie lubię kiedy w zdaniu gubi się podmiot i tak właściwie nie wiadomo kto komu i do kogo albo wyrazy są źle poodmieniane. To rzutuje na odbiór całej historii i jest dla mnie sporym minusem.

Nora Sakavic, The Foxhole Court, Oświęcim: Wydawnictwo NieZwykłe: 2018, 332 s.