Czas na czytanie: PATRONAT „Zimna krew” Inga

Tytuł mojego najnowszego patronatu jest bardzo adekwatny, bo jest to książka, która zmrozi Wam krew w żyłach. I to nie tylko ze względu na bardzo plastyczne opisy nieprzyjaznego północnego krajobrazu , ale przede wszystkim ze względu na moralność zamieszkujących go plemion. Albo jej brak.

Siedemnastoletni Tepu jest synem wodza plemienia Lisska, ma żonę, córeczkę, wielu braci i całkiem stabilną pozycję w swoim niewielkim społeczeństwie. Wszystko to ulegnie zmianie, gdy ojciec wyśle go na samobójczą misję zgładzenia zdrajcy.

Charyzmatyczny przywódca z głową pełną wizjonerskich planów, który nie cofnie się przed niczym, by osiągnąć swoje cele oraz młodzieniec obdarzony zbyt dużą dawką empatii i przyzwoitości, jak na otaczającą go rzeczywistość. Razem łatwiej przetrwać, ale czy zdołają wcześniej nie pozabijać się nawzajem? Szczególnie, że między nimi stoi wszystko – od demonów przeszłości, przez przekonania, wybory i tradycję, aż po życiowe doświadczenie.

Jak daleko jest w stanie posunąć się człowiek, by przetrwać? I co byłby w stanie zrobić, by móc ocalić swoich bliskich? Złamać tabu, zbratać się z wrogiem, przymknąć oko na barbarzyńskie zwyczaje, zabić z zimna krwią? Gdzie jest granica, po przekroczeniu której człowiek przestaje być sobą?

Mroczna historia rozgrywająca się wśród wszechobecnej bieli. Bezwzględni wojownicy, zemsta, krwawe rytuały, okrutna gra losu, pierwotne wierzenia, fantastyczne stwory, surowa siła natury i tajemnica, której trzeba strzec za wszelką cenę.

Uwaga! Książka dla dorosłego czytelnika.

Inga, Zimna Krew, 2020, 196 s.
(premiera 16.03.2020)

Książkę możecie kupić w przedsprzedaży TUTAJ. Kupując przed premierą otrzymujecie wersję elektroniczną gratis!

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.

Czas na czytanie: „Światło w środku nocy” Jojo Moyes

„My, kobiety, stajemy przed rozlicznymi niespodziewanymi wyzwaniami, gdy postanawiamy przekroczyć to, co uważa się za obowiązujące nas zwyczajowe granice”.

Książki Jojo Moyes pokochałam przede wszystkim za szalone i rozbrajające poczucie humoru, dlatego też moimi ulubionymi tytułami z miejsca zostały „Razem będzie lepiej” i „Zanim się pojawiłeś”. Sięgając po „Światło w środku nocy” spodziewałam się zupełnie innego klimatu – i słusznie. Nie miałam jednak pojęcia, że już od pierwszych stron trafi do panteonu moich najukochańszych i to z zupełnie innego powodu, niż książki wymienione powyżej.

Moyes pisze o silnych babkach, więc to w sumie nic nowego. Ale takiej kumulacji girl power i bohaterek, które nie tylko polubiłam, ale i całym serduchem kibicowałam im na każdym kroku nie spotkałam chyba nigdy. To chyba nagroda za te wszystkie lata rozczarowania nudnymi, kiepsko wykreowanymi i potraktowanymi sztampowo postaciami kobiecymi. Było warto!

Ponadto koniecznie trzeba zaznaczyć, że to nie tylko książka o kobietach, ale o bibliotekarkach. Konnych bibliotekarkach. W czasach kryzysu dwudziestolecia międzywojennego. W górach Kolorado. Czy słyszeliście kiedykolwiek o piękniejszej i bardziej karkołomnej idei? Idei walki z wyobcowaniem, analfabetyzmem, surową siłą natury i lękiem przed nieznanym?

Niesamowicie wciągająca opowieść o przyjaźni, miłości, oddaniu i potrzebie posiadania misji. O poszukiwaniu swojego miejsca w świecie, w świecie rządzonym przez mężczyzn i to najczęściej ciężką ręką. W świecie, którym wszystko trzeba wyszarpywać – nie tylko wytrwałością ciężką pracą, ale często również zębami i pazurami. O prawach kobiet, edukacji, tolerancji, despotyzmie, rządzy pieniądza i nieposzanowaniu środowiska naturalnego. O sprawiedliwości, kobiecości, macierzyństwie i tworzeniu domu. O pokonywaniu przeciwności losu. Małymi krokami i wielkimi susami. Każdego dnia.

Styl autorki ma w sobie coś magicznego – jej książki praktycznie czytają się same. I to w błyskawicznym tempie. Kiedy opadam w fotel łapiąc oddech po gonitwie codzienności i obiecuję sobie w nagrodę chociaż kilka akapitów, do 22:00, a o 22:00 okazuje się, że minęło 200 stron. Jak i kiedy? Nie wiadomo. Czary.

Ciepła, wzruszająca, przywracająca wiarę w ludzkość.

Uwaga! Nie zaleca się czytania przez kobiety niezamężne – zawiera nieprzyzwoite opisy nierealnie przyzwoitych mężczyzn idealnych, które mogą utrudniać przyszłe zamążpójście niezdrowo zawyżając standardy podatnych na wpływy umysłów młodych panien!

Jojo Moyes, Światło w środku nocy, Kraków: Wydawnictwo Znak Literanova, 2020, 560 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak.

Czas na czytanie: „Znajdź mnie” André Aciman

Kiedy rok temu czytałam „Tamte dni, tamte noce”, oddałabym wszystko za takie zakończenie drogi Elia i Olivera, jakie właśnie dostałam. Minęło jednak trochę czasu, emocje okrzepły, a historia zdążyła na dobre zapisać się w  moim sercu. I nie jestem już tak entuzjastycznie nastawiona.

Przede wszystkim dlatego, że tamta historia była zamkniętą całością. Bez cukierkowego szczęśliwego zakończenia, ale była pełna, wyważona i, choć smutna, to jednak idealna. Kiedy już się z tym pogodziłam myśl o kontynuacji zaczęła wzbudzać we mnie spory niepokój. Tak łatwo przecież zburzyć tą równowagę i zepsuć to, co jest dobre. Czy tak się stało?

Nie do końca, choć książka jest zdecydowanie słabsza od swojej poprzedniczki. Tym razem mamy przed sobą trzy opowiadania – trzy urywki z codzienności trojga bohaterów. Trzy momenty graniczne ich żyć.

W przypadku pierwszej części poznawaliśmy zarówno świat przedstawiony, jak i innych bohaterów oczami Elia. I dopiero, kiedy pozwolono każdemu mówić o sobie, okazało się jak bardzo nastolatek ich idealizował. Bo i ojciec Elia – Samuel, i Oliver nagle bardzo stracili w moich oczach. Samuel szczególnie, bo coś, co wcześniej było elokwencją i życiowym doświadczeniem zmieniło się w egzaltowane i przerysowane bajdurzenie na granicy śmieszności.

Wciąż mamy tu do czynienia z łamaniem konwenansów, głównie jeśli chodzi o posiadanie starszego partnera (jeśli kogoś szokowała wcześniej różnica wieku między Eliem, a Oliverem, a podobno były takie osoby, to zdecydowanie nie polecam kontynuacji), pogonią za szczęściem i pragnieniem czerpania z życia pełnymi garściami.

Moim zdaniem ta książka nie była potrzeba, choć oczywiście pobiegłam ją kupić zaraz po premierze. Momentami mocno mnie zmęczyła, momentami mocno mnie wciągnęła (szczególnie wycinek z życia Elia i jego małe historyczne śledztwo) i nie da się ukryć, że ja jednak lubię takie zakończenia. Ale zdecydowanie nie było już tych emocji, uczuć i wzruszeń, które chwyciły mnie za serce w pierwszej części. Może jestem jeszcze za młoda, by docenić problemy dojrzałych bohaterów i znaleźć w nich odniesienia do własnego życia? Kto wie, może kiedyś jeszcze to przyjdzie.

André Aciman, Znajdź mnie, Warszawa: Wydawnictwo Poradnia K, 2019, 312 s.

Czas na czytanie: „Narodziny królów” C.S. Pacat

Oto i ostatni tom – w którym wszystkie tajemnice zostaną rozwikłane, rozpaczliwe wybory zostaną podjęte, ostateczne walki stoczone, a demony przeszłości nie odpuszczą ani na chwilę.

Zawieszenie broni między dwoma krnąbrnymi książętami o kiepskiej przeszłości to jedno, ale nakłonienie do współpracy dwóch zwaśnionych armii to już nie lada wyzwanie. Szczególnie kiedy nie jest się oficjalnie uznanym następcą tronu, a dawne przyjaźnie i poczucie lojalności zostały wystawione na ciężką próbę.

I będą wystawiane na próby każdego dnia, bo demoniczny regent nie ustaje w dążeniu do osłabienia morale, zszargania opinii wśród ludności i zniszczenia tak kruchego porozumienia. Pojawią się też krwawe bitwy, sportowe igrzyska, nieślubne dzieci, faceci w sukienkach, publiczne procesy, gorące noce w przydrożnych zajazdach, bezczeszczenie świętego sanktuarium, podróżowanie w przebraniu, pojedynki i jeszcze więcej podstępów.

Patrząc z perspektywy całej serii, jest to raczej romansidło z przygodą, niż typowy erotyk, co mocno zapowiadał pierwszy tom. Najwięcej „momentów” od których pieką uszy pojawia się pod koniec trzeciego tomu, ale jest ich zdecydowanie mniej, niż się spodziewałam. Poza napięciem między głównymi bohaterami, które potrafi momentami doprowadzić czytelnika do frustracji, najbardziej „podpadającym pod paragraf” jest stworzenie kultury, w której niewolnictwo – również seksualne jest na porządku dziennym.

Literacko raczej słabo, autorka wybroniła się jednak całkiem dobrymi opisami, a opisy to coś, co lubię. Za to tendencyjni, ale dający się lubić bohaterowie zbudowani na zasadzie kontrastu i reprezentujący sobą całe zbiory cech narodowych rekompensują niedociągnięcia fabuły i zagrywki godne superbohaterów.

Nieszczególnie ambitne, ale całkiem przyjemne czytadła do pochłonięcia w jeden jesienny wieczór. W końcu nic nie rozgrzewa tak dobrze, jak półnadzy niewolnicy karmiący swych panów oliwkami i zupełnie nadzy, wysmarowani olejkami zapaśnicy siłujący się na arenie. A do tego dwie zwaśnione nacje toczące wojnę nie tylko ze sobą wzajemnie, ale również wewnętrzne spory o władzę. Konflikty moralne, nieprawdopodobne sojusze, plany tak zagmatwane, że wyplątanie się z sieci intryg zdaje się niemożliwością, całkiem sporo humoru i puchate, romantyczne zakończenie. Czego chcieć więcej?

C.S. Pacat, Narodziny królów, Warszawa: Studio JG, 2019, 388 s.

Czas na czytanie: „Książęcy gambit” C.S. Pacat

Minął prawie rok odkąd sięgnęłam po pierwszą część, minęło też kilka prezentowych okazji, dzięki którym skompletowałam resztę trylogii. Można w sumie powiedzieć, że recenzja powstała dzięki uprzejmości Eweliny, która przynosi mi takie brzydkie prezenty (zawsze będę Cię za to kochać!).

Opuszczenie pałacowych murów nie gwarantuje wcale ucieczki od zagmatwanych politycznych intryg, wręcz przeciwnie!

Jak z bandy wrogich sobie nieudaczników nie mających za grosz szacunku do dowódcy zrobić sprawny oddział? Zdobyć niezdobytą twierdzę? Wygrać walkę z góry skazaną na porażkę? Uciekać przed brutalną śmiercią częściej, niż spać w wygodnym łóżku?

Tym razem mamy przed sobą 400 stron użerania się z opornymi żołdakami, widowiskowych ucieczek po dachach, żmudnej musztry, leśnych podchodów, delikatnych sojuszy, misternych planów, walki o wpływy, bolesnych zdrad. I rodzącej się powoli przyjaźni, bo dwaj książęta różni jak ogień i woda mają ze sobą więcej wspólnego, niż mogłoby to się wydawać. A wszystko to podszyte erotycznym napięciem. Ale czy zaufanie zbudowane na kłamstwie ma szansę przetrwać dłużej, niż mgnienie oka?

Mój ulubiony lodowaty książę trochę topnieje, choć zdecydowanie łatwiej przychodzi mu przeskakiwanie z arktycznego zimna po kipienie gniewem. Nie odejmuje mu to jednak uroku. Tak jak grzechotnikowi nie odejmuje uroku hipnotyczne kiwanie się przy dźwiękach fujarki.

Nie nastąpił niestety żaden zdumiewający rozwój pod względem językowym, imiona głównych bohaterów wciąż pojawiają się w co drugim zdaniu. Ale opisy scen batalistycznych, choć długie strasznie, są również bardzo plastycznie opisane i całkiem wciągające. I całe szczęście, bo to właśnie one dominują w tej części. I splątane intrygi oczywiście.

C.S. Pacat, Książęcy gambit, Warszawa: Studio JG, 2018, 427 s.

Czas na czytanie: „Czarny Mag. Adeptka” Rachel E. Carter

„Każda dziewczyna chce mieć księcia. Każdy książę pragnie dziewczyny, której mieć nie może. To żadne zaskoczenie”.

Mój główny niedosyt po pierwszym tomie – mało rozwinięty opis świata, a „Adeptce” zostaje w pełni zaspokojony. Okazuje się, że morderczy trening pierwszego tomu był tylko łagodnym wstępem do prawdziwego magicznego szkolenia, frakcja bojowa to nie przelewki. Nie mówiąc już o prawdziwym życiu… Opuszczając przytulne mury Akademii wraz z Ryiah mamy szansę dowiedzieć się więcej nie tylko o geografii, czy stosunkach społeczno-politycznych Jeraru, ale również o poszczególnych miastach, w których stacjonują adepci, sposobach życia i metodach walki zależnych od danego ośrodka, funkcjonowaniu dworu, życiu wojska i ludności cywilnej, kruchych sojuszach z państwami ościennymi i punktach zapalnych. A nawet co nieco o sukniach i dworskiej etykiecie.

A i porywcza Ryiach nie rozczarowuje pakując się stale w nowe tarapaty i doświadczając jednego przypału za drugim. Na szczęście z prawie każdego potrafi wyciągnąć nieco mądrości na przyszłość.

Zarówno metody nauki, jak i relacje między bohaterami stają się zdecydowanie ciekawsze i bardziej urozmaicone. Całkiem jeszcze subtelny i niewinny wątek romantyczny z „Pierwszego roku” ulega rozwinięciu gwałtownemu jak sami jego uczestnicy. Zakazana miłość w końcu musi być burzliwa i emocjonująca. Przyciągają się i odpychają, raz wygrywają porywy serca, raz rozsądek, jednego dnia się kochają, drugiego nienawidzą. Uszczęśliwiają się i ranią na przemian, nie oszczędzając przy tym osób postronnych, bo przez większość czasu to nawet nie jest miłosny trójkąt, a czworokąt. Czy taki emocjonalny galimatias może prowadzić do szczęśliwego zakończenia? I dla kogo właściwie okaże się ono szczęśliwe? Oj tak, ten tom to zdecydowanie romansidło z nutą brazylijskiego serialu, gdzie ekscytacja miesza się z odrobiną zażenowania i szczyptą zniecierpliwienia. Ale za to je w końcu kochamy. A fantastyczni bohaterowie (choć nie raz miałam ochotę pourywać mi głowy) i coraz ciekawiej prezentujący się świat wynagradzają wszystkie chwile, w których przewracałam oczami nad głupimi miłostkami.

Również akcja mocno przyspiesza – pierwszy tom opisywał rok próby, w drugim przyglądamy się reszcie edukacji głównej bohaterki przez cztery kolejne lata dzielące ją od upragnionej szaty maga. I choć autorka stosuje całkiem sporo czasowych przeskoków, są to lata bogate nie tylko w doświadczenia teoretyczne, symulowane bitwy i burzę nastoletnich hormonów.  Ignorowane dotychczas sabotaże wrogiego sąsiada Jeraru przybierają na sile, a ich coraz bardziej zuchwałe ataki zaczynają uderzać bezpośrednio w bohaterów. Nerwy związane ze szkolnymi testami zaczyna przesłaniać widmo wojny.

Rachel E. Carter, Czarny Mag. Adeptka, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2019, 447 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Achilles w pułapce przeznaczenia” Madeline Miller

Wyobraźcie sobie moje zaskoczenie, gdy odkładając „Kirke” na regał znalazłam literacki debiut Medeline Miller dwie półki wyżej. Już sama nie wiem co mam na regale wstydu, trudno chyba o większy wstyd? W ramach zadośćuczynienia zabrałam się za nią od razu – w końcu idealnie wpasowała się w mój greckowakacyjny nastrój.

 „Achilles w pułapce przeznaczenia” to (co za niespodzianka!) historia greckiego herosa Achillesa opowiadana na gorąco przez widza z pierwszego rzędu – jego najdroższego przyjaciela Patroklosa.

To w sumie fascynujące, jak historia znana każdemu od podstawówki potrafi wciągnąć. Znałam przecież tych bohaterów, tą wojnę wraz z jej powodami, przebiegiem i zakończeniem, a ten retelling czytałam z zapartym tchem i oczywiście ryczałam jak bóbr, gdy nadszedł – spodziewany przecież i zupełnie niezaskakujący! – koniec.

Madeline Miller potrafi opowiadać – przekuwa chłodne wzmianki z „Iliady” i „Odysei” (czy tylko mi mitologia zawsze wydawała się strasznie zimna, choć o wzburzonej krwi i upalnych krajach?) w ponad 400-stu stronicową historię pełną przyjaźni, oddania i wrażliwości. I jak to już z mitami bywa, o ponadczasowym przesłaniu.

Legendę niezwyciężonego wojownika, Największego z Greków, autorka zmienia w opowieść o zagubionym chłopaku. Dziecku – sympatycznym, czułym, uważnym, dobrym – które dorasta w przekonaniu o własnej wyjątkowości i to w niej upatruje swoją jedyną wartość. Przygnębiająca przypowieść o konieczności podejmowania dramatycznych wyborów, chciwości, pokusie sławy, urażonej dumie, manii wielkości i demoralizującej sile władzy. A także o miłości silniejszej niż śmierć, litości, współczuciu i stawianiu na swoim.

Troska o dobro innych Patroklosa i naiwna prostolinijność Achillesa stanowią szokujący kontrast z brutalnością świata, w którym przyszło im żyć. Jednak bardzo dobrze się do tego świata adaptują i, z głowami pełnymi marzeń, ramię w ramię piszą swoją historię.

„ – Wymień jednego bohatera, który był szczęśliwy.
Myślałem. Herakles oszalał i zabił swoją rodzinę; dzieci Jazona i jego nowa żona zostały zamordowane przez jego byłą; Bellerofontowi udało się zabić Chimerę, ale przez upadek z grzbietu Pegaza został kaleką.
– Nikt nie przychodzi ci do głowy (…). Nikomu nie pozwalają być sławnym i szczęśliwym. (…) Powiem ci coś w sekrecie(…). Będę tym pierwszym.

Bardzo starożytna – nie uciekniemy tu od fatum, przepowiedni i nieprzeniknionej gry losu. A przy tym przerażająco współczesna, bo przenoszenie ambicji na dzieci, nieszczególnie czuli rodzice i dylematy moralne związane z dorastaniem bywają niezmienne, niezależnie od czasów, w których przyszło nam żyć.

Madeline Miller, Achilles w pułapce przeznaczenia, Warszawa: Burda Publishing Polska, 2014, 424 s.

Czas na czytanie: „Kirke” Madeline Miller

Nie da się ukryć, że jak na poważną srokę przystało, do tej książki przyciągnęła mnie okładka. Połyskująca arabeska odcinająca się miedzianym złotem od czarnego tła, połączona z tematyką mitologiczną musiała stopić moją silną wolę jak masełko na gorącej grzance. I jak to już bywa ze smokami siedzącymi kuprami na swoich stosach skarbów, przez dobry rok tylko cieszyłam nią oczy. Na szczęście przypomniałam sobie o niej wprowadzając się pomału w klimat wyczekiwanych z utęsknieniem wakacji na Krecie.

I chociaż hasło z okładki „Jedna z najbardziej wyczekiwanych książek 2018 roku” jest mocno przesadzone, to jednak jako czytelniczy prequel do greckich wakacji sprawdziła się bardzo dobrze.

To wybrane mity przedstawione z nowej perspektywy. Narratorką jest córka Heliosa – Kirke, która ze względu na odmienną wrażliwość (jakąkolwiek wrażliwość?), traktowana jest jako boskie popychadło. Powszechnie wiadomo, że antyczni bogowie, dumni i obrażalscy, targani emocjami i namiętnościami, są niezwykle podobni śmiertelnikom. Nasza bohaterka dla odmiany, jest po prostu po ludzku ludzka. Nie ma co się dziwić, że w świecie tytanów to olbrzymia słabość i powód do społecznego ostracyzmu. Nie ma jednak takiej słabości, której nie można przekuć w siłę.

Mamy tu sporą dawkę girl power w starożytnym świecie męskiej dominacji, nastoletni bunt przedwiecznej istoty, parujące kotły czarownic, romanse, złamane serca, zdrady, zemstę i wyrzuty sumienia. I chociaż to bardziej mitologia w stylu Parandowskiego, niż Gravesa, to jednak w jakimś stopniu oddaje ten fascynująco krwawy klimat antycznej bezwzględności.

A to, co mi się podobało najbardziej, to odczucia Kirke względem macierzyństwa. W końcu jakieś realistyczne przedstawienie życia z bobasem!

Mimo, iż większość historii, będących udziałem boskiej narratorki jest czytelnikowi dobrze znana, nie powoduje to zniecierpliwienia, wręcz przeciwnie – akcja jest wciągająca, czyta się lekko i przyjemnie. Chociaż nie wszystkie opisywane wydarzenia do przyjemnych należą.

No i jest pięknie wydana – szyta, z piękną wyklejką i stroną tytułową. Co prawda w obwolucie (eleganckiej, błyszczącej i tłoczonej), za czym nie przepadam, ale i bez niej prezentuje się bardzo dobrze. Jak nie lepiej. Nie bardzo tylko rozumiem podtytuł/blurb(?) „Daj się jej oczarować”, który występuje wyłącznie na obwolucie i moim zdaniem zupełnie nie jest związany z tekstem.

Z taką książką to się można na plaży pokazać, i to w stylu glamour!

Madeline Miller, Kirke, Warszawa: Wydawnictwo Albatros, 2018, 414 s.

Czas na czytanie: „Franco” Kim Holden

Wesoły i beztroski Franco, był dotychczas dla bohaterów duchowym wsparciem i przyjacielem, na którym zawsze można polegać. Tym razem to on stanie przed możliwością napisania własnej historii. I to jemu przyda się wsparcie przyjaciół.

Jeśli miałabym podsumować książki Kim najkrócej, jak tylko się da, to „Promyczek” był o radości życia, „Gus” o życiu po stracie, „Franco” o nadawaniu swojemu życiu sensu. Czy można to zrobić w piękniejszy sposób, niż będąc sobą dla innych?

Czysty przypadek i jeden palant sprawiają, że na drodze naszego bohatera staje jego bratnia dusza – idealnie dopasowana przyjaciółka. Przyjaciółka mieszkająca na drugim końcu świata. Która potrzebuje pomocy w wyjątkowo specyficznej sprawie. Wspólne zmagania z losem bardzo ich do siebie zbliżą, ale jednocześnie całkowicie zmienią ich relację. Czy przyjaźń, która zaznała intymności, ma prawo przetrwać? Do czego człowiek jest w stanie się posunąć, by spełnić swoje marzenia? I czy jest jakaś wartość większa, niż rodzina?

I tak, jak w poprzednich częściach, tutaj również pojawia się groźba nowotworu kładąca się cieniem na marzeniach bohaterów.

Franco jest bohaterem, którego nie sposób było nie polubić już jako postać poboczną, a jako główny bohater tylko zyskuje. Pozytywny, wytrwały i przyjacielski, bywa też w swoich rozważaniach najbardziej filozoficzny, czasami aż do granicy patetycznej wzniosłości. Jest w tym jednak jakaś taka prostoduszność, wiara w ludzi i sympatyczna misiowatość. A kiedy dodamy do tego świetne poczucie humoru, sporą dawkę luzu i uwielbienie do taco, a na dodatek posadzimy go na perkusją rockowego zespołu, Franco okazuje się naprawdę fajnym facetem. Nie, żebym spodziewała się czegoś innego.

To najmniej zarażająca emocjami (co wcale nie znaczy, że ich pozbawiona!), najspokojniejsza, najbardziej przegadana i przewidywalna z książek Kim Holden. I jednocześnie stanowi najwłaściwsze zakończenie promyczkowej trylogii, jakie tylko można sobie wymarzyć. Ciepłe, rodzinne i pełne muzyki, przyjaźni i dobrych wspomnień.

Kim Holden, Franco, Poznań: Wydawnictwo Filia, 2017, 313s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2019 ~