Czas na czytanie: „Las na granicy światów” Holly Black

„Las na granicy światów” to w sumie prequel trylogii o złym księciu, jednak jej znajomość nie jest niezbędna. To odrębna historia Severtina i Króla Olch, a także miecza, który stanie się później orężęm w ostatecznym rozwiązaniu problemów Jude – wytęskniony powrót do dzikiego i okrutnego świata elfów dla fanów serii, ale równie dobrze sprawdzi się jako pierwszy kontakt z tym uniwersum.

Pewnie trudno będzie w to uwierzyć, ale ta książka jest jeszcze bardziej baśniowa. Opowieść o rycerzach przestrzegających kodeksu honorowego, o śpiącym księciu w szklanej trumnie, magicznych darach, sile muzyki, samotnych dzieciach stających do walki ze złem, legendarnych orężach i miłości jak z kart baśni. Właściwie ta przygoda równie dobrze mogłaby być opowieścią na dobranoc dla mieszkańców świata elfów. Bo oba te światy w żadnym innym miejscu nie łączą się ze sobą tak ściśle, jak w Fairfold.

Ben i Hazel, niedopilnowane dzieci wyzwolonych artystów, od małego kręcą się po przydomowym lesie. I od małego są świadomi czających się w nim niebezpieczeństw –ciągłej obecności śmiertelnie groźnych, bezlitosnych elfów, zarówno tych czarownie pięknych wysokiego rodu, jak i szkaradne potwory żywcem wyjęte z najbardziej mrocznych ludowych podań. Jedne bardziej niebezpieczne od drugich. Las ma jednak jeszcze jedną, znacznie bardziej romantyczną tajemnicę i atrakcję turystyczną w jednym – szklaną trumnę z zatopionym w wiecznym śnie rogatym młodzieńcem. Księciem z baśni i głównym bohaterem zabaw i fantazji rodzeństwa. Hazel marzy o byciu rycerzem, Ben kocha muzykę, obydwoje tęsknią do baśniowej miłości. Tylko czy gdyby książę został uwolniony ze swojej pułapki, spełniłby ich oczekiwania?

Jestem jak najbardziej usatysfakcjonowana, bo dostałam bardzo dużą dawkę tego, za co pokochałam Holly Black – nieokiełznaną, piękną i przerażającą siłę natury pełznącą po ścianach miękkość mchu i jego słodki, duszący, nieco gnilny zapach (mam wrażenie, że ten wręcz wychodzi z jej książek). Szczególnie, że inwazyjny rozkwit roślinności został potraktowany jako broń i zwiastun najstraszniejszej potwory z samego serca lasu. Potwory, która wypełzła z jego czeluści i, pogrążona we własnej rozpaczy, terroryzuje miasto.

Holly Black, Las na granicy światów, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar 2020, 328 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Czas na czytanie: „Królestwo popiołów” Sarah J. Maas

Nie mogę uwierzyć, że jednak się skończyło. Niekończąca się seria jednak dobiegła końca. I mimo, że nie byłam do niej do końca przekonana i nie raz miewałam chwile zwątpienia, to jednak trochę będzie mi jej brakować.

Ciężar poświęcenia, ból utraty najbliższych, krew pot i łzy, nieskończona sinusoida nadziei i beznadziei gdy bezduszne, złośliwie okrutne hordy Erawana miażdżą jedną armię po drugiej zmuszając najdzielniejszych nawet wojowników do panicznego odwrotu. Czy jest jakakolwiek szansa przeciwstawić się nieprzeniknionej ciemności Valgów?

 

Najdłuższy z tomów, kulminacja budowanego przez setki stron napięcia, połączenie wszystkich wątków, karkołomny wyścig z czasem i spotkanie wszystkich bohaterów od murami Orynthu i wielka bitwa o wszystko. Czy armia południowego cesarstwa zdąży dotrzeć na czas? Czy uda się odnaleźć trzeci klucz i wykuć zamek? Czy bogowie dotrzymają swojej części umowy? Czy tym razem ktokolwiek odpowie na wezwanie Terrasenu? Kim tak naprawdę jest Maeve i czy uda jej się złamać ducha swojego wieźnia? Czy zadufana w sobie Aelin faktycznie ma plan na wypadek każdej sytuacji?

Na całe szczęście złośliwa, męcząca i niedojrzała Celeana z pierwszego tomu nie ma już zbyt wiele wspólnego z bohaterką ostatnich części. Rosnąca odpowiedzialność, już nie tylko za życie przyjaciół, sojuszników a nawet wysyłanych do walki armii, ale również ciężar przeznaczenia, niewola i tortury, kolejne porażki oraz niezachwiana potęga przeciwników, z którymi przyszło jej się mierzyć odcisnęły trwałe piętno na charakterze zaginionej księżniczki. I moim zdaniem wyszło jej to na dobre.

Osobiście jednak zdecydowanie bardziej przypadła mi do gustu przemiana Doriana i to jemu kibicowałam najbardziej. Przynajmniej odkąd minęła mi sympatia do Rowana, która malała wprost proporcjonalnie do jego fascynacji królową Terrasenu.

Bywało zaskakująco i bywało przewidywalnie. Były momenty, które niemożebnie mi się dłużyły, były i takie, przez które nie mogłam odłożyć książki do późnej nocy. Były wybuchy radości, bgorycz porażki. Siedmiotomowy cykl (ponad 5000 stron!) dobiegł wreszcie końca, wszystkie wątki zostały wyjaśnione, przeznaczenie się dokonało, każdy z bohaterów dostał swoje własne zakończenie. A i tak o większości z nich chętnie bym jeszcze co nieco przeczytała.

Pisany przez 10 lat „Szklany Tron” jest doskonałym przykładem rozwoju nie tylko warsztatu pisarskiego autorki, ale także jej koncepcji świata przedstawionego, pomysłu na fabułę i podejścia do bohaterów. Tak naprawdę prawdziwą przyjemność z lektury zaczęłam czerpać w okolicach czwartego tomu, kiedy cała dziejowa intryga zaczęła się choć odrobinę rozjaśniać, a historia stała się bardziej spójna, mimo, ze z każdym tomem była bardziej i bardziej rozbudowywana. To był moment, w którym już wiedziałam, że nie będę potrafiła się wycofać, nie ważne ile tomów pojawi się jeszcze przede mną – zżyłam się z bohaterami i naprawdę zaczęłam być ciekawa, jak to wszystko się skończy.

Według mnie skończyło się odpowiednio i „Królestwo Popiołów” okazało się jednym (jednymi?) z najlepszych tomów tego cyklu, choć śmierć dwóch postaci sprawiła mi nielichą przykrość, a zabicia jednej z nich chyba nigdy autorce nie wybaczę. Chociaż rozumiem, dlaczego postąpiła tak a nie inaczej. Ale i tak, nie wybaczę! I nic więcej nie powiem, żeby nie zepsuć zabawy niepotrzebnymi spoilerami.

Sarah J. Maas, Królestwo popiołów. Część 1, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2019, 735s.

Sarah J. Maas, Królestwo popiołów. Część 2, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2019, 512s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Bajki Majki: „Guzikowa książka”, Sally Nicholls, Bethan Woollvin

Nie zwróciłam początkowo większej uwagi na ta pozycję, bo schematyczne, nieco abstrakcyjne ilustracje nie bardzo przypadły mi do gustu, ale książka zebrała tyle pozytywnych recenzji, że musiałam ją wypróbować.

I faktycznie jest bardzo sympatyczna! I bardzo, bardzo interaktywna.

Na każdej kolejnej stronie czekają na małego czytelnika zwierzątka i guzik, który trzeba pomóc im wcisnąć, a każdy z guzików jest innej wielkości, koloru i kształtu. Do koloru guzika natomiast jest dopasowana kolorystyka całej strony. Po wciśnięciu przez dziecko guzika i przewróceniu strony dowiadujemy się, jaką akcję wywołaliśmy.

Jest więc guzik, który wydaje głośny dźwięk, czy wystawianie języka, ale są również guziki do klaskania, skakania, śpiewania piosenek, przytulania, czy łaskotek. I chociaż ostatni z przycisków to guzik do spania, bynajmniej nie jest to książka do czytania przed snem, o nie! No, chyba, ze mamy na celu wymęczenie malucha przed zaśnięciem.

Bo podczas czytania nie sposób pozostać w miejscu. Bo i jak tu siedzieć w bezruchu, skoro możemy wcisnąć przycisk podskakiwania? Jak nie śmieć się w głos, skoro właśnie wcisnęliśmy guzik łaskotek?

Minimum tekstu, maksimum zabawy. A w gratisie walory edukacyjne, bo to świetna pozycja do nauki kolorów, kształtów i przeciwieństw.

Bardzo podoba mi się, że nie jest to wyłącznie przegląd guzików i ich funkcji, ale część z nich się powtarza, co zachęca do przełamywania schematu i samodzielnego wybierania ulubionych przycisków – nawet, jeśli w tym celu trzeba się nieco cofnąć.

I chociaż to kartonowa pozycja dla najnajów – ślinoodporna i z bezpiecznie zaokrąglonymi brzegami – to i moja przedszkolaczka przez jakiś czas bawiła się świetnie przy wspólnym czytaniu. Szczególnie podczas łaskotek.

Sally Nicholls, Bethan Woollvin, Guzikowa książka, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2020, 26 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Ksiegarnia.

Czas na czytanie: „Wieża świtu” Sarah J. Maas

Bardzo pozytywne zaskoczenie!

Nie byłam entuzjastycznie nastawiona do tego przerywnikowego tomu Szklanego Tronu. Przede wszystkim, jak można przerwać akcję w takim momencie i na prawie 850 stron przenieść ją w zupełnie inny czas i miejsce? Poza tym obawiałam się, że tom poświęcony tylko i wyłącznie Chaolowi zanudzi mnie na śmierć, bo też nigdy nie przepadałam za bardzo za tym bohaterem wraz z jego dąsami, specyficznym podejściem do honoru i oddania oraz tendencją do obwiniania o wszystko każdego wokół siebie z mentalnym samobiczowaniem włącznie.

DSC_0275

I to nie tak, że były kapitan gwardii królewskiej Adarlanu zyskał moją sympatię, chociaż czekająca go walka nie tylko z kalectwem, ale przede wszystkim z demonami przeszłości i wyniszczającym poczuciem winy będzie go sporym wyzwaniem. Odświerzająca okazała się zmiana otoczenia. Kaganat z brutalnym sposobem dziedziczenia władzy, miasto pokoju, dobrobytu i uzdrowicieli, jeźdźcy ruków rodem z opowiadanych w Adarlanie baśni i tak lubiane przeze mnie dworskie intrygi. A do tego oczywiście egzotyczne romanse. I rola dyplomaty, tak bardzo niepasująca do głównego bohatera.

Cieszący się dobrobytem południowy kontynent, bezpiecznie oddalony do wojny, wcale się do niej nie spieszy. Szczególnie, że członkowie rodziny królewskiej zmagają się w z własną, osobistą tragedią i codzienną rywalizacją. Tymczasem nie ma kontynentu, na którym na naszych bohaterów nie czyhałoby pradawne zło. Czyżby sama ich obecność ściągnęła szpiegów Erawana, czy może jego macki sięgają aż tak daleko już od dawna, a pogrążona w wojnie północ to dopiero początek?

Kraina za Wąskim Morzem kryje w sobie znacznie więcej, niż tylko potęgę militarną. Czy to tutaj narodzi się szansa na ostateczne pokonanie Valgów?

Sarah J. Maas, Wieża świtu, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2018, 843 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Grajki Majki: „Spacer po Burano”, Wei-Min Ling

„Spacer po Burano” jest oparty na bardzo podobnym mechanizmie, co opisywany w zeszłym tygodniu „Boarding”, tylko zamiast w rolę pracowników linii lotniczych wcielamy się w architektów i urbanistów, a zamiast sadzania pasażerów budujemy kamienice. Ale i tu będziemy musieli się nieźle nakombinować, żeby osiągnąć określony cel!

Owym celem jest zbudowanie rzędu pięciu trzypiętrowych kamienic o kolorowych fasadach i bogatych dekoracjach, z elementów, które losowo pojawiają się na stole. Jak to w architekturze – ogranicza nas masa ściśle określonych zasad – między innymi trzeba budować od dołu, kamienice muszą mieć fasady w jednym kolorze, a dwa budynki jednakowego koloru nie mogą stać obok siebie. No, chyba, że wykorzystamy jedno z pozwoleń na budowę (chociaż mi to brzmi bardziej jak łapówka) w celu ominięcia pewnych ograniczeń (na przykład ustawy krajobrazowej…).

Warto jednak pamiętać, że stawiając nasze kamienice musimy się liczyć nie tylko z regułami sztuki i prawami fizyki, ale również z gustem mieszkańców i turystów, którzy będą mieszkać na naszej ulicy. A te są bardzo zróżnicowane – niektórzy turyści doceniają kwiaty zdobiące ich kamienice, inni doniczki pełne ziół różnorodnej proweniencji, a jeszcze inni towarzystwo kotów. Podobnie z mieszkańcami – krawcowa zwraca uwagę na kolorowe markizy, policjant na odpowiednie oświetlenie budynków, burmistrz na dużą liczbę przechodniów, a Święty Mikołaj na obecność kominów. Nie jesteśmy w stanie zadowolić wszystkich, dlatego nasze wybory muszą być przemyślane, bo to od zadowolenia turystów i mieszkańców zależy końcowa punktacja!

Sielskie, pełne nasyconych kolorów ilustracje, wysoka jakość wydania (te błyszczące pieniążki!) i duża ilość kotków bardzo dobrze zaspokajają moje potrzeby estetyczne, a element losowości i konieczność opracowania odpowiedniej strategii nie pozwoli za szybko się znudzić.

Co istotne w czasach pandemii, gra ma również wariant jednoosobowy. Rozgrywka trwa około 30 minut (w zależności od ilości graczy) i jest rekomendowana dla graczy od 10 roku życia.

Spacer po Burano
Autor: Wei-Min Ling
Ilustracje: Maisherly Chan
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Liczba graczy: 1-4
Sugerowany wiek: 10+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Czas na czytanie: „Imperium burz” Sarah J. Maas

Już wiem, dlaczego Aelin tak bardzo działała mi na nerwy w „Królowej cieni”! Po prostu wszystko szło jej tam zbyt łatwo! I chociaż wciąż nie dzieli się z nikim swoimi planami, a przyjaciół traktuje raczej przedmiotowo, niż jest wobec nich fair, to jednak zdecydowanie łatwiej mi ją lubić, kiedy nie wszystko idzie po jej myśli. A ta część to prawdziwe pasmo niepowodzeń. Może mam trochę duszę sadystki, ale czytanie, jak to zabójczyni idealnej nie wypala jeden plan, po drugim, było całkiem odświeżające. I dzięki temu znowu zaczęłam jej kibicować.

To już piąty tom serii i nareszcie co nieco zaczęło się wyjaśniać. Dowiemy się kto uknuł całą tą dziejową intrygę, skąd wypełzł Erawan, i dlaczego bogowie wtrącają się w życie bohaterów, a każdy z nich jest czyimś wybrańcem. Wyjaśni się też, dlaczego Aelin od już od małego ma tak bardzo pod górkę, komu została obiecana i jaką cenę przyjdzie jej zapłacić. Oraz za czyje błędy.

Im dalej w las, tym więcej mam sympatii dla pozostałych bohaterów. I jak Rowan, lądując pod pantoflem, sporo stracił w moich oczach, tak pod koniec książki ma szansę się wykazać. Obecnie jestem zdecydowanie #teamDorian, który znacznie zyskał na atrakcyjności, odkąd zaczął więcej myśleć i rzadziej się odzywać. No i zabijać przeciwników dusząc ich widmowymi dłońmi. Przywiązałam się też do Leandry, mam nadzieję, że nie zginie.

Ten tom jest zdecydowanie bardziej różnorodny od poprzedniego – zarówno, jeśli chodzi o działania wojenne, jak i o landszafty. Dlatego też jeśli „Królowa cieni” trochę was znużyła, to „Imperium burz” będzie dobre na rozruszanie.

Sarah J. Maas, Imperium burz, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2017, 862 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Królowa cieni” Sarah J. Maas

Ostatnie tomy „Szklanego tronu” to prawdziwe cegły, nie trudno więc o lepszą lekturę na czas kwarantanny.

Już trzeci tom czytało mi się już naprawdę dobrze, akcja wreszcie się rozkręciła, więc  do tego usiadłam pełna entuzjazmu. I mogę Wam powiedzieć, że autorce udało się utrzymać moje zainteresowanie, bo przez ponad 800 stron ani razu nie poczułam zniechęcenia, czy nudy, chociaż tym razem akcja ponownie dzieje się na nowo tylko w dwóch miejscach – w Adarlanie, który widzimy oczami Aelin i w Morath, w którym przebywa Manon ze swoją Trzynastką. Oczywiście i jedną i drugą czeka na jej drodze mnóstwo problemów. Włącznie ze spotkaniem, które, jak można się spodziewać, nie przebiegnie w specjalnie pokojowej atmosferze.

Plany płomiennej królowej są dość określone: ocalić kuzyna przed egzekucją, obalić tyranię, zabić króla. Oczywiście wszystko tylko brzmi prosto, szczególnie kiedy najbardziej zaufana osoba w Ritfhold  nie pała do niej szczególnym entuzjazmem i obwinia o całe zło, które wydarzyło się pod jej nieobecność, najlepszy przyjaciel nosi w sobie demona, intrygi byłego mistrza oplatają ją niczym kokon, a jeden z legendarnych zabójców Maeve depcze jej po piętach.

Manon też nie ma lekko. Zmuszona do bezwzględnego posłuszeństwa babce ma coraz większe wątpliwości odnośnie jej poleceń. Wiedźmy nie są stworzone do wypełniania rozkazów kogokolwiek, a służenie królowi i życzenia księcia Perringtona budzą sprzeciw jej sabatu. Niepokonana Trzynastka jest o krok od wypowiedzenia dziedziczce władzy.

Kto okaże się przyjacielem, a kto prawdziwym wrogiem? Jakie okropieństwa kryją się w czeluściach twierdzy Morath? Do czego dąży król Adarlanu, a czego chcą Valgowie? Bo działania „czarnych charakterów” coraz mniej przypominają przygotowania do wojny, a coraz bardziej do eksterminacji

Niestety w tym tomie główna bohaterka znowu zaczęła mnie irytować. Nie aż tak, jak na samym początku (to właśnie ze względu na jej dziecinny i rozkapryszony charakterek porzuciłam tą serię), ale przebłyski dawnej Zabójczyni dały mi się we znaki. Mam szczerą nadzieję, że nie będzie szła w tym kierunku.

Porównując z poprzednią częścią, w tym tomie rzuciło mi się w oczy zdecydowanie mniej błędów. Zdarzały się literówki i powtarzające się wyrażenia, nie było to jednak na tyle nagminne, by przeszkadzać w lekturze.

Sarah J. Maas, Królowa cieni, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2016, 843 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Dziewczyna, którą znałeś” Nicola Rayner

Kiedy Alice zaczyna na poważnie umawiać się ze szkolnym Don Juanem i łamaczem kobiecych serc, nie dziwi się szczególnie, że jej popularność wśród płci pięknej znacznie spada. Czasem jednak trzeba poświęcić pewne rzeczy w imię miłości.

Kiedy po latach wydaje jej się, że widzi w tłumie znajomą ze szkoły, jedną z całego tabunu byłych dziewczyn jej męża, która zaginęła podczas imprezy absolwentów, ta nierozwikłana historia nie może dać jej spokoju. Czy zmienianie partnerek jak rękawiczki mogło nie być jedynym przewinieniem jej ukochanego?

Historia dzieje się w dwóch czasach, teraźniejszym, kiedy to Alice prowadzi swoje małe śledztwo, i podczas lat szkolnej beztroski. Ponadto mamy szansę poznać ją z wielu perspektyw – nie tylko z punktu widzenia głównej bohaterki, ale także… samej ofiary, oraz jej młodszej siostry i najlepszej przyjaciółki. Wychodzi więc z tego połączenie czterech opowieści. Opowieści o pierwszych miłościach, przyjaźni, zazdrości, rozczarowaniach i spełnianiu marzeń. O szkole, imprezach i „fajnych dzieciakach” z bogatych rodzin. O obsesji, podnoszeniu się po traumie i wydarzeniach, które potrafią naznaczyć na całe życie.

Podczas czytania męczył mnie sposób narracji, która co chwilę zmieniała się z pierwszo-, na trzecioosobową. Nie mam pojęcia, czym te zmiany były uwarunkowane, ale dały dość dziwny efekt i zaburzały mi płynność lektury.

To nie była zła książka, a już na pewno nie była tak nudna i nijaka, jak „Dziewczyna w pociągu”, do której jest porównywana. Nie było w niej jednak nic porywającego i w żadnym momencie nie wciągnęła mnie na tyle, żebym nie mogła się oderwać. Co prawda nie odgadłam zakończenia intrygi, ale też nie byłam nim jakoś specjalnie zszokowana i choć rozwiązanie zagadki okazało się bardzo smutne, to jednak nie na tyle, żeby fabuła została w mojej głowie na dłużej niż kilka chwil po zamknięciu książki. Nie wywołała też we mnie żadnej głębszej refleksji.

Dla mnie przeciętna, bo nie wywołała we mnie żadnych większych emocji, ale całkiem dobrze się czytało, a zarówno cała intryga, jak i relacje między bohaterami są przekonujące i logicznie skonstruowane. Czasami może nie potrzeba genialnego psychopaty, by zniszczyć życie kilku osobom. Wystarczą znajomi ze szkoły.

Nicola Rayner, Dziewczyna, którą znałeś, Warszawa, Wydawnictwo WAB, 2020, 368 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa WAB.

Grajki Majki: „Pierwszy zegar” Quercetti

Internet aż kipi od pomysłów, na kreatywne zajęcia podczas przymusowego zamknięcia w czterech ścianach. Można nauczyć się nowego języka, robienia na drutach, pieczenia tortów, tańczenia samby, można przebierać się za postaci z arcydzieł malarstwa dawnego, nauczyć kota aportowania, nadrobić zaległości w serialach albo ćwiczyć z Chodakowską. Chyba, że jest się matką, wtedy sukcesem jest wzięcie prysznica w ciszy i samotności.

Skoro jednak przez najbliższy czas nie ma co liczyć na chwilę choćby ucieczki od naszych małych koali, może warto postawić na wspólne zdobywanie jakiejś ambitnej umiejętności?

U nas stanęło na nauce odczytywania godzin z zegarka. Pod koniec stycznia Majeczka dostała na urodzinki uroczy zegarek na rękę z Myszką Minnie, najwyższy czas przestać traktować go wyłącznie jako ozdobę! Szczególnie, że w obecnej sytuacji, bez przedszkola i z rodzicami, którzy niby są cały czas w obok, ale jednak jednocześnie w pracy, kompletnie runęła nasza domowa rutyna i Majka zupełnie straciła poczucie czasu. Czy można sobie wymarzyć lepszy moment na wgłębienie tajemnic zegara?

Z pomocą przyszedł nam zestaw edukacyjny od Quercetti. Znajdziemy w nim wszystko co niezbędne do złożenia zegara demonstracyjnego – co ciekawe, tekturową tarczę zegara montujemy na takiej samej planszy z dziurkami, którą wykorzystujemy w mozaice „Pixel Daisy”, bardzo lubię takie uniwersalne rozwiązania. Do tarczy, doczepiamy ręcznie obracane wskazówki w dwóch kolorach i 12 gwoździków z naklejanymi cyferkami. My korzystamy na ten moment z czerwonych gwoździków z cyframi od 1-12, ale dla bardziej zaawansowanych są również niebieskie kołeczki z godzinami popołudniowymi, od 13 do 24. Na tarczy zaznaczono również minuty.

Zegar służy nam na razie przede wszystkim do określania czasu – zaznaczam na nim o której trzeba przyjść na śniadanie, do której jest czas na zabawę, a kiedy będzie można obejrzeć bajkę i godzinę zakończenia mojej pracy. Ale w zestawie znajdują się jeszcze karty z markerem suchościeralnym o gąbką do nauki zapisywania godzin zapakowane w zamykanym koszyczku. Karty występują w dwóch wersjach – mniejsze z dodatkowym obrazkiem pomocniczym i większe z samym przedstawieniem zegarka. Naszym zadaniem jest zapisać cyframi godzinę, którą wyznaczają wskazówki na tarczy zegara, lub odwrotnie – zaznaczyć na zegarku godzinę zapisaną poniżej cyframi. Karty zostały oznaczone kolorami – na żółto godziny przedpołudniowe i na granatowo godziny popołudniowe.

Do zestawu dołączono instrukcję wprowadzającą podstawowe pojęcia i tłumaczącej w jaki sposób odczytywać godziny. Znajdziemy tu również dodatkową instrukcję (w językach włoskim i angielskim) dotyczącą zabawy z dzieckiem w duchu Montessori

„Pierwszy zegar”
Firma: QUERCETTI Play Montessori
Sugerowany wiek: 4-8 lat.

Zestaw znajdziecie TUTAJ.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości dystrybutora zabawek Dante.