Czas na czytanie: „Notatki samobójcy” Michael Thomas Ford

„Wyznam wam coś: widok własnego nazwiska obok słów „oddział psychiatryczny” potrafi człowiekowi zepsuć dzień.”

Na ten tytuł trafiłam na jednej z grup książkowych – pewna mama była zniesmaczona faktem, że w książce dla młodzieży pojawiają się „momenty”. I to w dodatku męsko-męskie. A jak wiadomo, tego rodzaju krytyka to najlepsza reklama. Nie byłam w stanie oprzeć się pokusie sprawdzenia, co to za pornograficzne bezeceństwa kryją „Notatki samobójcy”.

DSC_0822

Na samym początku muszę zaznaczyć, że jak zazwyczaj strasznie nie lubię pierwszoosobowej narracji, tak ten pamiętnik czytało mi się świetnie. Przede wszystkim dlatego, że już od pierwszych stron polubiłam samego narratora – piętnastoletniego Jeffa, który jest po prostu świetnym chłopakiem. Błyskotliwy, trochę zarozumiały, wygadany i pełen uszczypliwego poczucia humoru. Nie brak mu typowego dla nastolatków głodu wiedzy i, co już jest mniej typowe dla młodych chłopców, lubi swoją rodzinę i docenia to, co ma. A zdaje się mieć mnóstwo dystansu do siebie i świata. Okazuje się jednak, że jest pewien szczegół, którego wstydzi się nawet przed sobą.

„Czasami ludzie wyglądają normalnie, ale pewnego dnia robią coś kompletnie zaskakującego – i lądują w miejscu takim, jak ten szpital. Nie sądzę, żeby ktokolwiek, kto mnie zna, podejrzewał, że zrobię to, co zrobiłem.”

Nie jestem pewna, jak to o mnie świadczy, ale czytałam relację młodziutkiego niedoszłego samobójcy z pobytu w szpitalu psychiatrycznym i momentami musiałam powstrzymywać wybuchy śmiechu. Bo ta historia jest naprawdę lekko napisana. Zabawna i nieco zadziorna narracja nie ujmuje jednak powagi samej tematyce, która przedstawiona z wyjątkowo przystępny sposób.

„Dlaczego trzeba ostrzegać ludzi przed tym, kim się jest? Dlaczego nie można po prostu być sobą?”

To całkiem mądra opowieść o samoakceptacji, odkrywaniu własnej seksualności i dystansowaniu się do zdania innych. O ciężarze sekretów i pozornie błahych problemach, które z punktu widzenia nastolatka wydają się być nie do pokonania. I przy okazji ważna lekcja tolerancji – boleśnie uświadamia jak bardzo ludzkie reakcje potrafią wpłynąć wpływać na nas i innych. A o inności świadczą nie tlyko nasze romantyczne wybory.

Tak, w tej książce są sceny czynności seksualnych zarówno w parze hetero, jak i homoseksualnych. Nie nastawiajcie się jednak na wyjątkowo plastyczne opisy, niepewność pierwszych doświadczeń zdecydowanie dominuje tu nad erotyką.

Osobiście odebrałam ta książkę bardzo pozytywnie, wydaje mi się być świetnie wyważona między powagą tematu, a humorystycznym podejściem. Super, że nie jest to romans, pojawiają się pierwsze zauroczenia, jest mnóstwo emocji ale wszystko jest nastawione przede wszystkim na poznawanie siebie, nie na fascynację drugim człowiekiem.

Warto poświęcić jej chwilę. A z punktu widzenia rodzica naprawdę nie ma się czego bać. Chociaż może sądzę tak dlatego, że moja córka jeszcze nie potrafi czytać.

Michael Thomas Ford, Notatki samobójcy, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2012, 272 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

Czas na czytanie: „Dwór szronu i blasku gwiazd” Sarah J. Maas

W tym roku Sarah J. Maas i Wydawnictwo Uroboros, we wprowadzaniu świątecznego klimatu, wyprzedziło ciężarówki Coca-Coli, „Last Christmas”, a nawet centra handlowe! Dzięki nim mogłam poczuć magię świąt już na początku października.

Velaris szykuje się do świętowania Przesilenia – najdłuższej nocy w roku. Jego mieszkańcy poszukują prezentów dla najbliższych, zdobią domy wszelakimi badylami i łańcuchami, przygotowują wystawną kolację i piją zastraszające ilości wina i zachwycają się padającym śniegiem.

I jednocześnie podnoszą swoje miasto z gruzów. Pierwsze przesilenie po wojnie nie może być łatwe. Nie, kiedy tylu mieszkańców nie wróciło do domów, nie kiedy dorośli i dzieci zmagają się z rozpaczą i tęsknotą za utraconymi rodzinami.

Smutek przeplata się z nadzieją, a nostalgia z entuzjazmem. Ferya zmaga się z nowymi obowiązkami, Ryhs z zarzewiem buntu, a wywalczony z takim poświęceniem pokój jest nietrwały jak płatki prószącego śniegu. Wszyscy zasługują na spokojne święta w gronie rodziny. Cóż jednak poradzić na to, że nie ma porządnych świąt bez świątecznej katastrofy? A o katastrofę nie trudno, kiedy ma się w rodzinie Nestę.

Opowieść o rodzinie i domowym ognisku, o pustce i nadziei. Bywa zabawnie i namiętnie, bywa ciepło i przytulnie, bywa uroczo i roztkliwiająco. Bywa też przewidywalnie. Ale jest to przede wszystkim pachnąca apetycznie przekąska wzmagająca tylko apetyt na koleją część „Dworów”. I kończy się zdecydowanie zbyt szybko.

Jest tu też duża dawka sztuki, która tak mnie urzekła u Maas. Tym razem twórczość artystyczna okazuje się być katalizatorem emocji, sposobem na przepracowanie wojennej traumy i misją na kolejne powojenne miesiące.

„Dwór szronu i blasku gwiazd” to krótki przerywnik, małe czekadełko wciśnięte między właściwe tomy powieści, niepozwalające fanom zapomnieć o tej serii. I mam wrażenie, że po tej lekturze jeszcze bardziej burczy mi w brzuchu.

Sarah J. Maas, Dwór szronu i blasku gwiazd, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2018, 320 s.

 

Czas na czytanie: „Gus” Kim Holden

Wydawało mi się, że bez Promyczka dalsze opowiadanie tej historii nie ma sensu, bo… no właśnie, była jej promyczkiem. Okazuje się jednak, że Gus też całkiem nieźle sobie radzi.

Nie jest łatwo towarzyszyć głównemu bohaterowi przez pierwszy rok po śmierci najlepszej przyjaciółki i jedynej miłości. Bardzo długo jest to opowieść o bólu, frustracji i nieutulonej tęsknocie, a sam Gus zdaje się staczać po równi pochyłej prosto ku samozagładzie.

To również historia radzenia sobie z żałobą, godzenia się z losem, walki o własne życie i nadawanie mu sensu na nowo. O pokonywaniu traumy. O odwadze doświadczania życia. Każdego dnia, w każdej minucie.

„(…)Masz tylko jedną szansę w tym cyrku zwanym życiem. Nie siedź na widowni, przyglądając się przedstawieniu. Wskakuj na arenę i bądź wielki.”

I przede wszystkim to fantastyczna książka o niekonwencjonalnych rodzinach i miłości, która czasami przychodzi niespodziewanie. O miłości rodzicielskiej i miłości przyjaciół. Nie wiem, jak to możliwe, ale to druga książka autorki, która podejmuje strasznie smutny temat w niesamowicie pozytywny sposób. Od samego czytania na nowo chce się żyć, a jej bohaterów nie można nie lubić. I to wszystkich – od narkomanki, przez gwiazdy rocka aż po poturbowanego kota.

„W końcu coś sobie uświadomiłam. Może brak normalności jest w porządku. Może rodzina nie musi być idealna, żeby w ogóle istniała.”

Jest też muzyka, twórczy szał i chęć zmieniania świata. Cokolwiek robimy, stwarzajmy legendę!

Przy okazji Kim Holden napisała chyba pierwsze książki z narracją pierwszoosobową, która naprawdę mi odpowiada! Jestem pod wrażeniem.

Kipiąca emocjami, podnosi na duchu i zaraża chęcią do działania.

„Jeśli postarasz się wystarczająco mocno, każdy dzień może być legendarny.”

Kim Holden, Gus, Poznań: Wydawnictwo Filia, 2016, 500 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

Czas na czytanie: „Akuszer bogów” Aneta Jadowska

„Nie bawmy się w bogów. Oni bawią się nami wystarczająco.”

W pierwszym momencie było mi strasznie żal, że wraz z rozpoczęciem drugiego tomu opuszczamy Wars – miasto, które w swej przedziwnej potworności tak bardzo zafascynowało mnie w tym magicznym uniwersum. Teraz z czystym sumieniem mogę Wam odrobinę zaspoilerować – Skandynawia Nikity jest równie zdumiewająca, co Polska. Posunę się nawet do stwierdzenia, że to podróż przez norweskie bezludzia podobała mi się jeszcze bardziej, bo tam magia i codzienność zmieszane były jakoś bardziej naturalnie – być może ze względu na ograniczenie technologii i wielkomiejskiego szumu na rzecz więzi z przyrodą (najbardziej magicznymi stworzeniami okazały się być pszczoły!) i czerpania z ludowych podań.

Zdecydowanie nie jestem specjalistką od skandynawskiej mitologii, ale z mojego laickiego punktu widzenia bogowie i mistyczne kreatury zostały bardzo zręcznie przedstawione i wpisane w XXI wiek. A sposób, w jaki atrakcji turystycznych zrobiono miejsca tętniące prastarą magią to po prostu nieodparta zachęta do podróży.

A jak z samą akcją? Miało się rozkręcić.

Mam jednak wrażenie, że czytanie tej książki jest trochę podobne do oglądania jak ktoś gra w grę komputerową. Niby cały czas coś się dzieje, niby bywa groźnie ale tak naprawdę nie jest się uczestnikiem wydarzeń, a raczej biernym obserwatorem – podziwia widoczki, śledzi akcję, czasami krzyknie „uważaj!”. Ale brakowało mi jakiegoś większego zaangażowania, emocji, zaskoczeń, wysiłku, jakiego wymaga od czytelnika rozwiązywanie zagadki. Bo tu zagadka rozwiązuje się sama.

Zwróciłam już na to uwagę przy okazji pierwszej części przygód Nikity i w tym względzie nic się nie zmieniło – wciąż strasznie irytowało mnie, że głównej bohaterce wszystko przychodzi bez wysiłku. A skoro z góry wiemy, że choćby nie wiem co się działo, nasza niezniszczalna bohaterka sobie z tym poradzi (albo wyjdzie z niej potwór, który sobie z tym poradzi), to i emocje jak na grzybach. Więc pod względem akcji nie za wiele się zmieniło.

Mam też nadzieję, że w kolejnym tomie Nikicie przejdzie trochę etap marudzenia – bo ona stale narzeka! – głównie na skopane dzieciństwo, patologiczną relację z rodzicami i samotność, bo wychodzi z założenia, że nikt jej nie kocha i ona sama nikogo do siebie nie dopuszcza. Co jest w sumie mało uprzejme wobec wszystkich tych krewnych i przyjaciół, którzy się o nią troszczą i stale nadstawiają za nią karku. Oby szybko zauważyła te tłumy, bo w końcu ją zadepczą.

Mimo tych kilku zastrzeżeń, książkę czyta się naprawdę dobrze, zdecydowanie lepiej niż pierwszą część. Są strzelaniny, trolle pożerające zwłoki, podróże motorem w nieznane, duża dawka girl power, seksowne boginie, podejrzane rogate osobniki, wewnętrzna przemiana i okiełznanie potwora, wyprawa do korzeni, wojenki i przepychanki bogów, boscy championi i nieustraszeni porywacze. Znajdzie się kilka mądrych słów o poszukiwaniu prawdy i cenie, jaką przychodzi zapłacić za marzenia. Kawał dobrej przygody, całe szczęście, że czeka na mnie jeszcze jedna część.

Aneta Jadowska, Akuszer bogów, Kraków: Wydawnictwo SQN, 2017, 396 s.

Recenz powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa SQN.

Książka na weekend: „Piotruś Pan i Wendy” James Matthew Barrie

Lato, urlop, długi weekend czy wakacje to idealny czas nadrabiania książkowych zaległości. Tym razem zabrałam się za naprawdę konkretny wyrzut sumienia, bo sięgający aż dzieciństwa. Dlatego też wakacyjny cykl „Książka na weekend” zakończę w magicznie bajkowym stylu.

Swego czasu uwielbiałam disneyowską wersję przygód Piotrusia Pana (a już szczególnymi uczuciami darzyłam tykającego krokodyla), nigdy jednak nie sięgnęłam po oryginalną wersję i prawdę mówiąc nawet nie czułam takiej potrzeby. Aż do momentu, w której usłyszałam straszną plotkę o tym, co Piotruś robił swoim zaginionym chłopcom, kiedy Ci, wbrew zakazom, zaczynali dorastać. I od tego czasu ogarnęła mnie obsesja dowiedzenia się, czy to najprawdziwsza prawda. A mimo to po samą baśń sięgnęłam dopiero teraz, skuszona nowym wydaniem klasyki (UWAGA SPOILER: To była prawda).

Trudno mi powiedzieć, czy gdybym czytała Piotrusia mając lat naście bawiłabym się lepiej, ale mając już ponad ćwierć wieku i własne dziecię w pokoju obok byłam wręcz porażona brutalnością całej historii. Zdaję sobie sprawę, że jest to opowieść chłopca dla chłopców, która została spisana ponad sto lat temu, ale trup sieje się szokująco gęsto, a zabijanie i tortury (momentami całkiem obrazowo opisane) traktowane są jako forma zabawy i powód do przechwałek. Kojarzycie scenę Bitwy o Helmowy Jar z filmowej wersji „Władcy Pierścieni”, gdzie Legolas i Gimli rywalizują ze sobą licząc na głos zabitych przez siebie orków? Piotruś robi podobnie z piratami Haka.

„Walcząc jeden na jedenego [piraci] byliby silniejsi, ale teraz walczyli tylko we własnej obronie, co pozwoliło chłopcom polowac na nich parami i po kolei wybierać sobie ofiary (…). Słychać było właściwie tylko szczęk broni, od czasu do czasu jakiś wrzask lub plusk i monotonne liczenie Kruszyny: – pięć… sześć… siedem… osiem… dziewięć… dziesięć… jedenaście…”

I powiem szczerze, że jestem w rozterce. Bo to piękna, świetnie napisana, pełna uczuć książka o tęsknocie za mamą i głębokiej potrzebie posiadania kogoś, kto otoczy czułą opieką. Szczególnie, że Barrie napisał ją dla synów przyjaciółki, którymi opiekował się po jej śmierci, więc już sama motywacja chwyta za serce. Ale z drugiej strony poziom przemocy i sposób jej przedstawienia (nikt tam nikogo nie opłakuje!) mocno mnie zniechęca. Podobnie jak sposób traktowania kobiet (który jednak wybaczam ze względu na to sto lat różnicy kulturowej i elementy krytycznej satyry). Trudno też żywić jakiekolwiek cieplejsze uczucia dla bufonowatego, zarozumiałego do granic możliwości i kompletnie pozbawionego empatii głównego bohatera, czy wrednego Dzwoneczka (ale jej nie trawiłam nawet w filmowej wersji). Za to Wendy polubiłam bardziej, niż w kreskówce, a Nana jest cudowna zawsze. No i sama koncepcja wiary z magię i wróżki, przekazywana z matki na córkę, to coś cudowanego.

„Knot nadawał sympatyczne imiona przedmiotom i jego szable nosiła imię Jasia Korkociąga, ponieważ obracał nią, zadając ciosy. Można by wymienić wiele uroczych cech Knota. Na przykład po zabójczej walce wycierał nie broń, a okulary.”

Pod względem samych przygód, filmowa wersja jest całkiem dobrym odwzorowaniem oryginału, co było dla mnie sporym zaskoczeniem. Zazwyczaj traktuję łagodną cukierkowość Disneya z lekkim pobłażaniem, ale w tym przypadku mocno za nią tęskniłam i mimo wszystko wolę jednak wtórną, bajkową wersję. W swoim czasie będę miała spory dylemat, czy podsunąć tą książkę swojej córce.

Najnowsze wydanie książki „Piotruś Pan i Wendy” przyciągnęło mnie cudowną, minimalistyczną okładką, ale mocno rozczarowały mnie ilustracje, które są zupełnie nie w moim guście i nijak mają się do samej okładki. Podobnie jak wklejka, która nie pasuje mi ani do treści, ani do ilustracji. Tekst jest za to na całkiem wysokim poziomie – tłumaczenie czyta się bardzo dobrze i dopatrzyłam się tylko trzech błędów redakcyjnych. Więc i tutaj na dwoje babka wróżyła.

Nie da się ukryć, że ta niepozorna lektura wzbudziła we mnie mnóstwo sprzecznych emocji pod chyba każdym względem – od treści, po samo wydanie.

James Matthew Barrie, Piotruś Pan i Wendy, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2018, 224 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

Książka na weekend: „Twój Simon. Simon oraz inni homo sapiens” Becky Albertalli

Ta książka jest po prostu urocza. I słodka. I strasznie sympatyczna. I chociaż wiem, że nie każdy gustuje w literaturze młodzieżowej, to moim zdaniem mała wizyta w świecie Simona to relaks idealny na piątkowy wieczór. I idealna do pokazania w moje urodziny, bo tak bardzo przypomina mi piękne czasy młodości, że ach!

„- Co to jest Dementor?
Nie. Nie wierzę.
– Nie jesteś już moją siostrą.
– Acha, czyli coś z Harrego Pottera.”

Największym atutem tej historii jest zdecydowanie jej główny bohater i narrator – Simon Spier – którego nie można nie polubić. Niewymuszone poczucie humoru objawiające się w bardzo dziwnych momentach, osobny żołądek na słodycze, fantastyczne relacje z rodzicami i rodzeństwem, umiejętność porównania kształtu psiego pyska do butelki po coca-coli, miłość do Harrego Pottera i słabość do opowiadań yaoi. Normalnie Simon jest moim sobowtórem. Tylko męskim, amerykańskim, homoseksualnym i o 10 lat młodszym (10 lat młodszym! Teraz to poczułam się staro…).

„Są też dziewczyny takie jak Lea, które rysują ołówkiem yaoi i publikują obrazki w sieci. (…)
Lea uwielbia także fanfiki w wersji slash, co mnie na tyle zaintrygowało, że w zeszłe lato zacząłem grzebać w Internecie. Nie mogłem uwierzyć, ile tego jest – do wyboru, do koloru: Harry Potter i Draco Malfoy oraz ich zbliżenia w każdej możliwej formie, w każdej możliwej komórce na miotły w Hogwarcie.” – to zdecydowanie moja ulubiona część internetu odkąd byłam mniej więcej w wieku Simona ;)

Równie łatwo żywić ciepłe uczucia do niesamowicie pozytywnej, nieźle zakręconej rodziny Simona i jego nieco obsesyjnych, hipsterskich rodziców. Rodziny, która ze wszystkiego robi „coś wielkiego”.

„- Wiem o co chodzi – mówi mój tata. – Niech zgadnę. Jesteś gejem. Twoja dziewczyna jest w ciąży. Ty jesteś w ciąży.
– Tato, przestań – odzywa się Alice.
Zamykam oczy.
– Jestem w ciąży.
– Wiedziałem – mówi tata. – Cały promieniejesz.
Patrzę mu prosto w oczy.
– A tak naprawdę jestem gejem.”

Wdając się w mailową rozmowę z osobą poznaną przypadkowo na szkolnym czacie, Simon przekonuje się o tym, że nie trzeba wcale znać tożsamości ani wyglądu, by całkiem dobrze kogoś poznać i poczuć szybsze bicie serca. Co swoją drogą doskonale rozumiem, bo swojego szanownego męża również znalazłam sobie w internecie.

To pełna ciepła historia o pierwszym zauroczeniu, tym trudniejszym, że w osobie tej samej płci i to poznanej epistolarnie, o coming outach, które nie powinny dotyczyć jedynie homoseksualistów i o ocenianiu po pozorach. O zawirowaniach nastoletnich przyjaźni, o zazdrości i świństwach, jakie można zrobić drugiej osobie pod wpływem emocji, a także o konsekwencjach, jakie niesie takie zachowanie.

I przede wszystkim o tym, co chyba podobało mi się najbardziej – o idealnej postawie dorosłych – wsparciu rodziny, szkoły i nauczycieli otwarcie przeciwstawiających się prześladowaniu. Zdaję sobie sprawę, że to raczej sielanka, która nie zawsze ma wiele wspólnego z rzeczywistością, ale to postawa wzorcowa, do której wszyscy powinniśmy dążyć. A świat Simona ma w sobie to coś, co niesamowicie podnosi czytelnika na duchu.

Wraz z książką dostałam materiały edukacyjne dla nauczycieli do wykorzystania na godzinach wychowawczych oraz języka polskiego w ostatnich klasach podstawówki (bo gimnazjów już chyba nie ma?) i w liceum. Na podstawie filmu „Twój Simon” proponuje się nastolatkom ćwiczenia na temat sekretów i ujawniania cudzych tajemnic, cybrprzemocy, czy różnic między książką a ekranizajcę. Fajna sprawa, aż mi trochę żal przez chwilę żal, że nie chodzę już do szkoły. Ale tylko przez chwilę :D

Becky Albertalli, Twój Simon. Simon i inni homo sapiens, Słupsk: Wydawnictwo Papierowy Księżyc, 2018, 304 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papierowy Księżyc.

Czas na czytanie: „PAN. Tom 2. Mroczna przepowiednia króla elfów” Sandra Regnier

O tym, jak bardzo uwielbiam smoki, pisałam już w recenzji „Smoczej straży”. Kiedy odnalazłam mój ulubiony motyw w drugiej części trylogii PAN, nie mogłam powstrzymać entuzjazmu.

Lee, chcąc odszukać prawdziwego mordercę elfiego strażnika i ostatecznie oczyścić z zarzutów swoją przyszłą żonę, znika bez śladu. Ale Felicyty bynajmniej się bez niego nie nudzi. W końcu spotyka się z super sławnym aktorem, gra na nerwach Ciaranowi, który rolę nauczyciela bierze sobie bardzo do serca i oczywiście próbuje odszukać przyjaciela. Przez co (oczywiście) pakuje się w kłopoty, dzięki którym zyskuje szansę poznania całej bandy czystokrwistych, nadętych jak balony elfów, a nawet (równie nadętego) Merlina. Księga przepowiedni jak zwykle miesza, Felicity dowiaduje się coraz więcej o całej tej aferze i dochodzi do wniosku, że wolałaby jednak żyć w błogiej nieświadomości, a cała historia zyskuje znamiona epickiej wyprawy na poszukiwanie legandarnego skarbu, której nie powstydziłby się sam Indiana Jones.

Nie brakuje również spięć ze szkolną bandą gwiazd, jeszcze większych spięć z rodziną (która okazuje się jeszcze bardziej koszmarna, niż Adamsowie), podejrzanych obrazów, bardziej lubi mniej intencjonalnych podróży w czasie (często będących wpływem nadmiernego imprezowania), prób rozwinięcia swoich umiejętności i… bohatera rodem z książki o Piotrusiu Panie.

Gdybym już nie była wielką zwolenniczką tej serii, pokochałabym ją za pracę głównej bohaterki w National Gallery i magię, z którą autorka traktuje malarstwo. Konia z rzędem temu, kto nie miał nigdy wrażenia, że postać z portretu zaczyna nas obserwować, gdy tylko się odwrócimy. Albo temu, kto nie czuł nigdy na twarzy wiatru powiewającego liśćmi wyjątkowo malowniczego pejzażu. Ja tam całkowicie wierzę, obrazy żyją naprawdę. A że można przez nie przejść do innego świata nie dziwi mnie ani odrobinę.

A jeśli o pejzażach mowa, to wielkomiejskim Londynem, dane jest czytelnikowi odwiedzić podczas lektury znacznie bardziej nietypowe miejsca – między innymi Wersal Marii Antoniny, obłędnie zieloną krainę elfów i spowity mgłami zamek Avalonu.

I pojawiają się SMOKI! Czy wspominałam już, jak bardzo KOCHAM smoki? A te, choć jak na razie pojawiły się zaledwie w kilku scenach, zapowiadają się obłędnie. Przede wszystkim są zmiennokształtne (mogą przyjmować zarówno formę bestii, jak i ludzką), co daje nam jeszcze więcej zabójczo przystojnych młodzieńców gotowych łamać niewiaście serca. A przynajmniej mam taką nadzieję.

W pewnym momencie obawiałam się trochę, że Felicyty, która jest jedną z niewielu naprawdę fajnych kobiecych postaci w tego typu literaturze młodzieżowej, straci swój pazur i będzie ją czekał los jednej z awanturujących się, kochliwych nastolatek. W końcu schudła, wyładniała, zaczęła pamiętać o porannym prysznicu (a nawet o uczesaniu włosów!) i nagle cała rzesza facetów (i półelfów) traci dla niej głowę. Całe szczęście, chociaż robi naprawdę głupawe rzeczy, nie ma najmniejszego zamiaru przytemperować swojego charakterku. I chociaż odrobinę bardziej lubiłam potykającą się o własne nogi City-grubaskę przyciągającą publiczne blamaże niczym magnes opiłki żelaza, to jej metamorfoza nie aż tak bardzo mi nie przeszkadza. Oby tylko jej cięty język nie uległ stępieniu!

To prawda, bywa przewidywalna. Ale jest też zabawna, magiczna i intrygująca. Idealna lektura dla „młodszej młodzieży” (w końcu siebie wciąż uważam za odrobinę tylko starszą młodzież). Gwarancja przyjemnego oderwania się od szarej rzeczywistości chociaż na jeden wieczór. W końcu miłość, humor, magia i przygoda to połączenie idealne.

Sara Regnier, PAN. Tom 2. Mroczna przepowiednia króla elfów, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2018, 400 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.

Czas na czytanie: „PAN. Sekretne dziedzictwo króla elfów” Sandra Regnier

Pod wieloma względami jest to powielanie oklepanego schematu: Felicity – niezdarna brzydula ze szkolnego gangu frajerów i mocno dysfunkcyjnej rodziny oraz Leander – wszechstronnie utalentowany przystojniak, na widok którego uginają się kolana wszystkim niewiastom w promieniu kilkunastu metrów. Łączy ich nie do końca jasna przepowiednia, a dzieli spora dawka niechęci i mnóstwo tajemnic.

Czy wspominałam już, że on jest księciem elfów? I w dodatku tajnym agentem? A ona jest jego narzeczoną, chociaż nie ma o tym zielonego pojęcia?

Tym, co ratuje całą koncepcję, jest spora dawka humoru i olbrzymi dystans, jaki ma do siebie główna bohaterka. Jeśli dodamy do tego jej ognisty charakterek i wyjątkowo cięty język, a także podróże w czasie, sporo magii i odrobinę gorących przystojniaków prosto z hollywoodzkich afiszy otrzymamy całkiem interesującą przygodówkę. Czyta się lekko i mimo przewidywalnych ram, bywa zaskakująco. To szalona mieszanka cyklu o Artemisie Fowlu z przygodami Jamesa Bonda i typowym high school romansem. I „Dziennikiem Bridget Jones” na dokładkę!

I mimo początkowego sceptycyzmu, muszę przyznać, że bohaterowie są naprawdę fajni (a nieczęsto doceniam pierwszoplanowe kobiece postacie!), fabuła ciekawa, a styl całkiem przyjemny. Pod koniec nie mogłam już doczekać się kolejnego tomu, a kiedy usłyszałam o smokach, oficjalnie zostałam wierną fanką tej serii. I na pewno w swoim czasie podsunę ją Majce.

Dobry wybór dla młodzieży i świetny dla nie do końca dorośniętego dorosłego, który ma ochotę na wieczór z wróżkami. Obłędnie przystojnymi, męskimi wróżkami i ich tajnymi misjami :D

Sara Regnier, PAN. Sekretne dziedzictwo króla elfów, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2017, 416 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

Czas na czytanie: „Język cierni” Leigh Bardugo

Leigh Bardugo stworzyła świat griszów, który wciągnął mnie jak mało która książkowa kraina – tak podobny i jednocześnie zupełnie różny od naszego. Świat pełen pragmatycznej magii i zręcznego rzemiosła, głębokiej wiary i kupieckiego sprytu. Teraz to wyjątkowe uniwersum zyskało kolejny element kultury – dydaktyczno-moralizatorskie historie przekazywane z pokolenia na pokolejnie, które doczekały się wreszcie spisania i zamknięcia w tomie „Język Cierni”.

Mieszając w tyglu znanych nam baśni, mitów i przypowieści autorka stworzyła zbiór sześciu opowieści, na których mogli wychowywać się jej bohaterowie. Aż trzy z nich pochodzą z kręgu kulturowego Ravki, i po jednej z Nowoziemia, Kerchu i Fjerdy.

To historie przepełnione magią, chciwością i okrucieństwem. Historie przekazujące spora dawkę babskiej energii – pełne silnych, rozważnych, mądrych i zdeterminowanych kobiet, choć nie jest to bynajmniej jedyny ich przekaz. Wraz z bohaterami znajdziemy się w labiryncie potwora, zaklętym lesie, pracowni zegarmistrza-władcy marionetek, chatce wiedźmy, a nawet zanurzymy się w morskie odmęty wraz z syrenami.

To historie wzbudzające cały wachlarz emocji, wśród których przeważa przejmujące poczucie niepokoju i bliżej niezidentyfikowanego zagrożenia. Historie, w których zło nie zawsze przybiera oczywistą postać potwora i nie zawsze ukrywa się za gładkim licem femme fatale.

Historie, które nigdy nie kończą się tak, jak moglibyśmy się tego po nich spodziewać. A każda z nich niesie ze sobą przestrogę stając się cenną lekcją dla młodych słuchaczy. Lekcją o prawdzie, wolności, przyjaźni i słuchaniu siebie nawzajem.

Poza poruszającą treścią, ta książka jest przepięknie wydana. To prawdziwe gesamtkunstwerk, gdzie bardzo klimatyczne, szczegółowe ilustracje narastają wraz z rozwojem fabuły dodatkowo wzmagając napięcie. Nawet kolor czcionki ma związek z fabułą! A złocona okładka przyciąga jak magnes sprawiając wrażenie zdobionej szkatułki, w której zamknięto opowieści.

Właśnie tak powinny wyglądać książki z baśniami!

Leigh Bardugo, Język cierni, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2017, 294 s.