Czas na czytanie: „Zły król” Holly Black

Pierwszą trylogii cyklu czytałam ponad rok temu i prawdę mówiąc nie do końca pamiętałam fabułę. Natomiast tym, co na dobre zapisało się w mojej pamięci i co jednocześnie zrobiło na mnie największe wrażenie, jest klimat stworzonego przez autorkę świata elfów. Świata czarownego, dusząco wilgotnego, pełnego niebezpieczeństw i bezwzględnego zarówno dzikością natury, jak i pełnym zepsucia okrucieństwem jego mieszkańców. Cudownie, że drugi tom nie tylko utrzymuje, ale nawet wzmaga atmosferę pierwszego – bo i poszerza baśniową krainę o śmiertelnie lodowate Królestwo Toni.

„Władzę znacznie łatwiej jest zdobyć, niż ją utrzymać”.

Szczególnie, kiedy nie możesz zaufać nikomu, a każdy tylko czeka, by wbić ci nóż w plecy. A potem wbić jeszcze raz, tak dla pewności. I kiedy tak łatwo pogubić się we własnej potrzebie kontrolowania wszystkich i wszystkiego wokół.

Nie zabraknie tu pałacowych spisków, najbardziej nawet bolesnych i podstępnych zdrad, hedonistycznych biesiad, skomplikowanej polityki, heroicznych pojedynków, wysokiego ryzyka publicznego blamażu, pogoni za uczuciami i złamanych serc. Ot, dzień jak co dzień, jeśli tylko żyjesz w tak potwornym miejscu, jak bezduszna kraina elfów. Nie sposób zazdrościć nawet samym elfom, nie wspominając nawet o śmiertelnikach. Jude świetnie sobie radzi w całej tej dworskiej żonglerce sprawowania władzy nad nieprzewidywalnym, ale jej upór i przywiązanie do tego świata z każdą stroną zdumiewają mnie na nowo. Cóż, może to jest właśnie bohaterstwo? Chociaż bardziej chyba syndrom sztokholmski.

Zdecydowanie najbardziej pozytywnym zaskoczeniem tej części jest Cardan, który bardzo zyskał w moich oczach, kiedy tylko przez chwilę musiał zacząć sam się sobą zajmować. I chociaż pod względem romansowym wciąż pozostawia co nieco do życzenia (a może po prostu drażni mnie, że Jude jednak nie jest w stanie radzić sobie ze wszystkim?), to jednak największym rozczarowaniem okazał się wątek zdrady – widać coś zawsze musi być tendencyjne i przewidywalne.

Po raz kolejny jestem pod wrażeniem tego, jak lekko o szybko minęła mi lektura, najwyraźniej książki tej autorki faktycznie czyta się jednym tchem. A ręka sama wyciąga się po kolejny tom.

Holly Black, Zły król, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2019, 392 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2020 ~

Czas na czytanie: „Okrutny książę” Holly Black

Spotkałam się z tak wieloma pełnymi zachwytów opiniami na temat tej książki, że kiedy dostałam ją na święta, nie mogła czekać długo na przeczytanie. Szczególnie, że to gatunek i tematyka, do których mam słabość.

Nie da się ukryć, że książka wchodzi tak dobrze, że praktycznie czyta się sama. Mimo sporej objętości i konstrukcji świata, w której trzeba się odnaleźć, po prostu znika w oczach i najchętniej odłożyłabym ją dopiero po przeczytaniu. Ale chociaż całkiem mi się podobała i za jakiś czas chętnie sięgnę po drugą część, to nie zrobiła na mnie tak piorunującego wrażenia, że entuzjazm aż mnie roznosi. Raczej poczekam, aż kolejny tom trafi do biblioteki, niż pobiegnę do empiku w dniu premiery.

DSC_1533.jpg

Nastoletnia Jude zostaje we wczesnym dzieciństwie porwana do świata elfów i to właśnie w tym czarownym, śmiertelnie niebezpiecznym i niegościnnym miejscu przyszło jej dorastać. A że przy tym nie ma specjalnej ochoty, by głowę nosić dostatecznie nisko, aż prosi się o kłopoty. I, wedle życzenia, dostanie ich całkiem sporo.

Największe zalety? Dworskie intrygi, czyli coś, co uwielbiam, a tutaj znalazłam ich sporo i to nieźle zagmatwanych, choć kazały na siebie trochę czekać. I sam pomysł na elfy, które, choć oczywiście niebezpiecznie czarujące i bezdyskusyjnie zjawiskowo piękne, są również zielonkawe, rogate, kopytne, ogoniaste, czy porośnięte mchem. Nieoczywiste piękno i znacznie większy związek z naturą są właśnie tym, czego od tych stworzeń oczekuję, natomiast elfom będącym po prostu ładniejszymi ludźmi mówię zdecydowane nie. A im bardziej są przy okazji są cudownie wredne, brutalne i rządne krwi, tym bardziej jest baśniowo.

Minusy? Mocno przewidywalny wątek romantyczny i tendencyjny czarny charakter będący bardziej bohaterem romantycznym, niż materiałem na prawdziwego badassa z charakterem.

„Okrutny książę” to trochę baśń z gatunku tych bez cenzury, trochę perypetie licealistki, której dokuczają wredni koledzy, i trochę Gra o Tron.

Przez większość czasu jest ciekawie, czyta się świetnie, a plastyczny język opisu bardzo pomaga wczuć się w świat. Warta uwagi.

Holly Black, Okrutny książę, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2018, 425 s.

Bajki Majki: „Lodowy smok” George R.R. Martin

Długo zastanawiałam się do jakiej kategorii zaliczyć tą baśń – nie mogłam zdecydować, czy to książka dziecięca, czy raczej już dla dojrzałego czytelnika. Już samo nazwisko autora zwiastuje sporą dozę brutalności – znajdziemy tu palenie żywcem, okrucieństwa wojny i mówienie dzieciom, że nie potrafią kochać. Tym bardziej są to aspekty przejmujące, bo dokładnie ukazane na ilustracjach. Zawsze jednak w takich mementach staram się sobie przypominać rzeczy, które ja czytałam będąc dzieckiem i zawsze na nowo odkrywam, jak bardzo granica wrażliwości przesunęła mi się, odkąd jestem mamą.

„Lodowy smok” wylądował więc jednak wśród książek dziecięcych, ale mocno na wyrost. No, może dla tzw. młodszej młodzieży.

I oczywiście dla dorosłych, którzy lubią czasem sięgnąć po ten rodzaj literatury. Na przykład dla mnie, bo nie dość, że mam wyjątkową słabość do literatury dziecięcej (nawet bez udziału dziecka), to przede wszystkim KOCHAM SMOKI! Mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem, że dostałam takiego smoka, jakiego lubię – groźną, legendarną, niezależną jaszczurę nie dającą się udomowić, a samo jej wspomnienie budzi postrach. I dla odmiany – przynoszącą zimę.

Choć pod względem objętości, jest to niedługa opowieść – weźcie pod uwagę, że przynajmniej połowę ze 100 stron książki w większej, lub mniejszej części zajmują ilustracje – na godzinkę czytania przed snem, kreuje przed czytelnikiem wyjątkowo plastyczny świat. I wzbudza mnóstwo emocji.

Adara urodziła się w najmroźniejszy dzień, jaki tylko pamiętają mieszkańcy jej wioski. Zimno naznaczyło ją od pierwszych chwil życia, dlatego zawsze była nieco inna, niż jej rodzeństwo i rówieśnicy. Jako zimowe dziecko nigdy nie cieszyło jej upalne lato, odżywała za to z nadejściem zimy, kiedy to całymi dniami poświęcała się budowaniu śnieżnych zamków, a lodowe jaszczurki chętnie wchodziły na jej dłonie. Dłonie, które, w przeciwieństwie do innych ludzi, nie raniły drobnych ciał jaszczurek swym ciepłem. Chłodna w dotyku i oszczędna w uczuciach, rzadko uśmiechająca się dziwna dziewczynka. I to właśnie jej trafiła się najniezwyklejsza przyjaźń na świecie.

Poruszająca opowieść o niedopasowaniu, poszukiwaniu swojego miejsca, miłości, okropnościach wojny i sile poświęcenia. Rozmalowana zarówno słowem, jak i zapierającymi dech w piersiach ilustracjami – tak pięknymi, jak przerażającymi. Ta pięknie wydana książka zmrozi Wasze serca, by roztopić je, gdy tylko nadejdzie odpowiedni moment. Jeśli tęsknie za bielą śnieżnego puchu za oknem – sięgnijcie po nią koniecznie!

George R.R. Martin, Lodowy smok, Poznań: Wydawnictwo Zysk i s-ka, 2019, 114 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zysk i s-ka.

Czas na czytanie: „Ciężko być najmłodszym” Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa

Pierwsza książka w 2020 roku okazała się być wypasionym okazem Dziobaka*, czy można sobie wymarzyć lepszą wróżbę?

Nie wiem, czy da się być przygotowanym na tą serię – ja nie byłam, ale podejrzewam, że po prostu nie jestem „w temacie”, bo to moja pierwsza… no właśnie… parodia? Komedia fantastyczna? Chyba jednak to drugie.

Jasna drużyna zniewolona przez Ciemnego Władcę zostaje uwolniona z okowów przez jego najmłodszego syna, który pragnie poczuć zew wolności i wydostać się spod skrzydeł nadopiekuńczej rodziny. Tak też zaczyna się epicka wyprawa ze zrabowanym niecnie artefaktem w kierunku Zagubionej Świątyni, przez magiczne portale, statki przemytników, zapomniane kopalnie pełne kultystów i inne radosne przygodny. Mroczny książę szybko orientuje się jednak, że drużyna, którą tak niefrasobliwie ocalił należy raczej do tych pechowych. Bardzo pechowych. A on tylko chciał dostać się do szkoły!

Przez pierwsze 100 stron czytało mi się bardzo specyficznie – nie było mi łatwo przywyknąć do konwencji, która wydawała mi się bardziej infantylna, niż zabawna. Ale kiedy już nieco się z nią oswoiłam, rozejrzałam po świecie, zapamiętałam kto jest kim i jakie panują tu zasady, zaczęłam się coraz lepiej bawić. A emocji nie brakuje, bo ta specyficzna wyprawa to prawdziwy lep na kłopoty.

Jest dziwnie, nietypowo, ale fajnie. Sporo przyjaźni, dorastania, potrzeby sprawdzenia się w samodzielnym życiu i patrzenia ponad stereotypami. I są smoki!

Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa, Ciężko być najmłodszym, Słupsk: Wydawnictwo Papierowy Księżyc, 2017, 406 s.

Książka wyczytana z Regału Wstydu.

*Dziobaki Roku to niekończące się zestawienie najniezwyklejszych pozycji, na jakie trafiłam. Nietypowych, niestandardowych, wymykających się jakiejkolwiek klasyfikacji. Unikatowych. Dziwnych, ale mających mnóstwo uroku. Zaiste dumny to tytuł.

Czas na czytanie: „Dziedzictwo ognia” Sarah J. Maas

Dobra, w tym momencie naprawdę mogę zgodzić się z twierdzeniem, że ta seria się jednak rozkręci. W drugiej połowie trzeciego tomu naprawdę się wkręciłam i po czwarty sięgnę z prawdziwą przyjemnością!

DSC_1114.jpg

Celaena, niezupełnie zgodnie ze swoją wolą, zostaje wyrwana ze szklanego pałacu i wraz z nią zmieniamy nieco otoczenie. Czego, jak czego, ale ciepłego klimatu to jej zazdroszczę! Dzięki temu zmianie ulega również narracja, a czytelnik zyskuje nowe punkty widzenia, gdyż akcja powieści toczy się jednocześnie w Adarlanie, Górach Białego Kła i Mistward – przedsionku krainy Fae. A to same plusy – zyskujemy większe rozeznanie nie tylko w aktualnej sytuacji przedstawionego świata, ale także w jego historii i codzienności, poznajemy bliżej innych bohaterów i możemy trochę odpocząć od naszej zagubionej, wiecznie sfoszonej zabójczyni. A ta trafia wreszcie na godnych przeciwników – zarówno jeśli chodzi o wrogów, jak i o przyjaciół. Ją również mamy szansę poznać bliżej, a że los nie ma najmniejszego zamiaru jej oszczędzać, Aelin będzie musiała wreszcie dorosnąć i rozprawić się z demonami przeszłości. Czy podoła temu zadaniu? Okoliczności nie będą sprzyjające użalaniu się nad sobą, bo król Adarlanu, nie ustając w swoich zapędach zdobywcy, uwalnia zło, którego te krainy nie widziały od wieków. Ciotunia-Królowa Fae również nie należy do sympatycznych, a rządne krwi wiedźmy otrzymują możliwość ponownego wzbicia się w przestworza.

Nie wiem, czy to akurat ten tom był bardziej felerny pod względem redakcyjnym, czy czerpiąc więcej przyjemności z lektury automatycznie zaczęły mi bardziej przeszkadzać niedociągnięcia w warstwie językowej, ale nagle pojawiło się wokół całkiem sporo błędów. Zarówno literówek, czy nieodpowiednio odmienionych czasowników, jak i pomylonych słów (na przykład kiedy w pewnym krótkim momencie „skórozdziercy” zmieniają się w „skórożerców”, a nie jest to bynajmniej związane z upodobaniami kulinarnymi tych stworów. Za to ładnie obrazuje klimat przygód naszej bohaterki). Męczyły mnie też trochę stale powtarzające się zwroty. Kiedy trzecia z postaci (włącznie ze zwierzęciem) „wyrysowała linię na piasku”, moja dusza zaczęła łkać z tęsknoty za synonimami. Wiem jednak, że zaczęło wychodzić nowe wydanie „Szklanego Tronu”, mam nadzieję, że poza odświeżeniem okładki, wydawnictwo rozprawi się z tymi małymi wpadkami.

P.S. W końcu trafił się tom, którego tytuł jest adekwatny do treści!
P.S. 2. W końcu pojawił się bohater, którego naprawdę lubię! #teamrowan

Sarah J. Maas, Dziedzictwo ognia, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2015, 656 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Korona w mroku” Sarah J. Maas

Mniej więcej dwa lata temu czytałam pierwszą część i zupełnie nie przypadła mi do gustu, porzuciłam więc tą serię bez żalu. Spotkałam się jednak z wieloma opiniami, że z każdym kolejnym tomem jest lepiej, a seria jako całość jest świetna i przestając ją czytać przegrywam życie. Jako, że „Dwory” bardzo lubię, postanowiłam i Celaenie dać jeszcze jedną szansę.

Zaczęłam od powtórzenia sobie „Szklanego Tronu” i niestety za drugim razem był tak samo męczący i nieciekawy, co za pierwszym. Ale kiedy już przez niego przebrnęłam, faktycznie jestem skłonna podejrzewać, iż zadziałała tu tzw. „klątwa pierwszego tomu”.

Bo dalej faktycznie jest lepiej. I ta różnica jest zauważalna już od pierwszych stron „Korony w mroku”.

Przede wszystkim główna bohaterka, choć wciąż zarozumiała i irytująca, przestaje być taką gęsią. Oczywiście mają na to wpływ wydarzenia radosne i wydarzenia traumatyczne, ale nie jestem pewna dlaczego akurat teraz – w końcu i jednych i drugich dotychczas w jej życiu nie brakowało. Najprawdopodobniej ten jej paskudny charakter zaczął irytować również samą autorkę, więc Celaena musiała się zmienić. Dobrze, że stosunkowo szybko!

Poza tym nareszcie zaczęło się coś dziać. Nasza zabójczyni dostaje królewskie zlecenia, odcina głowy, rozpracowuje konspiratorów, znajduje swój sposób na bunt (oczywiście bardzo nieprzemyślany i niesamowicie lekkomyślny…), a nawet udaje jej się zdecydować na się na jednego z adoratorów!

W wolnych chwilach natomiast zgłębia katakumby, zapomniane korytarze i tajemne przejścia. A, jak wiadomo, wciskając nos w ciemne i podejrzane miejsca, możemy natrafić na coś, czego wcale nie mieliśmy w planie szukać…

Jest tu jeszcze więcej krwawych starć, demonów z innych wymiarów, brutalnych mordów i epickich pościgów. Chociaż turniej się skończył, czające się w okolicy zło wcale nie zamierza się oszczędzać – wręcz przeciwnie – dopiero się przeciąga.

Kim tak naprawdę jest Zabójczyni Adarlanu? Komu można zaufać? Przyjaciołom sprzed lat? A może niedawno odkrytym sojusznikom? Czy fakt posiadania wspólnego wroga automatycznie czyni sprzymierzeńcami? Kto tak naprawdę jest winien? I czy to tylko jedna osoba?

Świetnie, że Celaena przestała być wreszcie nadnaturalnie niezwyciężona (bo jak się okazuje, nadnaturalna nie przestanie być nigdy). W drugim tomie główna bohaterka nieznacznie odkrywa przed nami swoje karty – a mając niewielki nawet wgląd do jej przeszłości, łatwiej zrozumieć jej obawy i niezdecydowanie. Mamy też szansę poznać lepiej świat przedstawiony – jego konstrukcję, wierzenia i historię, czego bardzo brakowało mi w pierwszej części.

I mimo, że zakończenie nie wbiło mnie w fotel i nie zmusiło do natychmiastowego porzucenia wszystkich obowiązków na rzecz dalszej lektury, to tym razem po kolejny tom sięgnę z przyjemnością i lekkim zainteresowaniem. Mam nadzieję, że będzie coraz lepiej i lepiej, bo postępem, jaki uczyniła autorka między pierwszą, a drugą częścią jestem bardzo mile zaskoczona.

Sarah J. Maas, Korona w mroku, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2014, 494 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

 

Bajki Majki: PRZEDPREMIEROWO „Małe Licho i anioł z kamienia” Marta Kisiel

Moja ukochana, nadprzyrodzona hipisowska komuna powraca!

I na dzień dobry ulega rozbiciu. Ze względu na zupełnie niespodziewane okoliczności spowodowane podstępnym wirusem VZV (tak właśnie kończy się nadmierna integracja ze światem zewnętrznym…) Bożek, coraz rzadziej zwany Niebożątkiem, musi zostać ewakuowany z domu w trybie pilnym. A czy może być lepszy pomysł na pozbycie się dziecka w zimowe ferie, jak zesłanie go do zamieszkałej w ciemnej, leśnej głuszy ciotki-lekarki, z olbrzymim zapasem ocieplanych majtek w torbie i aniołem stróżem do kompletu? Nic nie zapowiada, że spokojne, leniwe wakacje bez bieżącej wody i energii elektrycznej mogą stać się prawdziwym piekłem

Druga książka Marty Kisiel dedykowana dzieciom łączy ze sobą dwa podcykle „Dożywocia”, nie ma przecież lepszego miejsca na spotkanie sił niebiańskich i piekielnych, niż zgliszcza Lichotki.

Jak na mój gust było nieco za mało Licha, ale dzięki temu Bożek – nieco na siłę wyciągnięty spod opiekuńczych skrzydeł Liszka i Konrada – nie tylko ma szansę rozwinąć relacje z innymi bohaterami, ale również nieco dorosnąć. Na tyle, na ile dorosnąć może ośmioletni pół chłopiec, pół widmo, pół glut z romantycznej krwi zrodzony.

Po raz kolejny błyskotliwa i zabawna opowieść ocieka życiową mądrością (i glutami). To chyba najfajniejszy (a na pewno najbardziej nadprzyrodzony) wykład o empatii, trosce, nie ocenianiu po pozorach, dbaniu o własną indywidualność i odpowiedzialności za drugiego człowieka (istotę?), z jakim miałam do czynienia. I przy okazji cenna nauczka, że próby zadowolenia innych nie zawsze przynoszą oczekiwane efekty. A nadopiekuńcza troska nigdy chyba nie będzie pozytywnie odbierana. Szczególnie przez przedstawicieli młodszej młodzieży. Oj tak, tego rodzaju lekcje potrzebne są nie tylko dzieciom!

Pełna indywidualności aż po same brzegi, kipiąca humorem i doprawiona do smaku klimatyczną, grobową poezją. Świetna zabawa murowana, niezależnie od wieku czytelnika.

Eh, do Czorta! To po prostu kolejna świetna książka!

Marta Kisiel, Małe Licho i anioł z kamienia, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2019,  304 s. (premiera 30.10.2019)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

 

Czas na czytanie: „Czarny Mag. Kandydatka” Rachel E. Carter

„I tak to właśnie jest z wrogami. Nigdy nie wiadomo kim tak naprawdę są”.

Stopniowanie poziomu emocji między kolejnymi częściami „Czarnego Maga” jest niesamowite. „Pierwszy rok” był zupełnie spokojny, bez większych wzruszeń, z lekkim dreszczykiem przedegzaminacyjnego stresu na końcu. „Adeptka” do frustracji i nerwów związanymi z przechodzeniem przez kolejne etapy edukacji dorzuciła uczuciowy rollercoaster zakazanego romansu, niepokój związany z nadciągającą wojną i żałobę pierwszych strat. A „Kandydatka”? „Kandydatka” trzyma w napięciu niemalże przez cały czas. Jak się czytelnik nie wkurza na główną bohaterkę przechodzącą trudny okres i próbującą swoich sił w czasie prawdziwej służby, to kibicuje jej podczas królewskich negocjacji z ambasadorem potencjalnego sojusznika. Jak nie śledzi z zapartym tchem wyjątkowo brutalnego magicznego turnieju (Te opisy walk! Ciągnęły się przez wiele stron, a nie były ani trochę monotonne!), to próbuje połapać się w międzynarodowym spisku. I wewnętrznym spisku również.

Są bale i bajkowe śluby, teściowie z piekła rodem i urocze księżniczki, gorące momenty w bibliotece i mordercze treningi. I przede wszystkim to, co tak bardzo lubię – pałacowe intrygi. Bardzo, bardzo dużo pałacowych intryg, walki o tron i pragnienia władzy. Prowokacje, ataki, kruche sojusze i głód zemsty. Wyścig chorobliwie ambitnych, zakompleksionych i niedocenianych osób osiąga punkt krytyczny. A większe i mniejsze potyczki toczą się o coś znacznie więcej, niż satysfakcja i połyskująca klejnotami szata Czarnego Maga.

Leje się krew i wszyscy tracą bliskich. Rozpadają się rodziny i przyjaźnie, jedne marzenia rozwiewają się w pył, a inne – cudem osiągnięte – mają gorzki smak rozczarowania. Buntownicy mogą czaić się wcześnie i nie wiadomo kto jest wrogiem, a kto przyjacielem. Ryiah jak zwykle stoi w samym oku cyklonu. Ryzykuje wszystkim i w którą stronę się nie obróci, konsekwencje będą tragiczne.

Nie wiem, jak ja doczekam do premiery kolejnego tomu…

Rachel E. Carter, Czarny Mag. Kandydatka, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2019, 415 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Czarny Mag. Adeptka” Rachel E. Carter

„Każda dziewczyna chce mieć księcia. Każdy książę pragnie dziewczyny, której mieć nie może. To żadne zaskoczenie”.

Mój główny niedosyt po pierwszym tomie – mało rozwinięty opis świata, a „Adeptce” zostaje w pełni zaspokojony. Okazuje się, że morderczy trening pierwszego tomu był tylko łagodnym wstępem do prawdziwego magicznego szkolenia, frakcja bojowa to nie przelewki. Nie mówiąc już o prawdziwym życiu… Opuszczając przytulne mury Akademii wraz z Ryiah mamy szansę dowiedzieć się więcej nie tylko o geografii, czy stosunkach społeczno-politycznych Jeraru, ale również o poszczególnych miastach, w których stacjonują adepci, sposobach życia i metodach walki zależnych od danego ośrodka, funkcjonowaniu dworu, życiu wojska i ludności cywilnej, kruchych sojuszach z państwami ościennymi i punktach zapalnych. A nawet co nieco o sukniach i dworskiej etykiecie.

A i porywcza Ryiach nie rozczarowuje pakując się stale w nowe tarapaty i doświadczając jednego przypału za drugim. Na szczęście z prawie każdego potrafi wyciągnąć nieco mądrości na przyszłość.

Zarówno metody nauki, jak i relacje między bohaterami stają się zdecydowanie ciekawsze i bardziej urozmaicone. Całkiem jeszcze subtelny i niewinny wątek romantyczny z „Pierwszego roku” ulega rozwinięciu gwałtownemu jak sami jego uczestnicy. Zakazana miłość w końcu musi być burzliwa i emocjonująca. Przyciągają się i odpychają, raz wygrywają porywy serca, raz rozsądek, jednego dnia się kochają, drugiego nienawidzą. Uszczęśliwiają się i ranią na przemian, nie oszczędzając przy tym osób postronnych, bo przez większość czasu to nawet nie jest miłosny trójkąt, a czworokąt. Czy taki emocjonalny galimatias może prowadzić do szczęśliwego zakończenia? I dla kogo właściwie okaże się ono szczęśliwe? Oj tak, ten tom to zdecydowanie romansidło z nutą brazylijskiego serialu, gdzie ekscytacja miesza się z odrobiną zażenowania i szczyptą zniecierpliwienia. Ale za to je w końcu kochamy. A fantastyczni bohaterowie (choć nie raz miałam ochotę pourywać mi głowy) i coraz ciekawiej prezentujący się świat wynagradzają wszystkie chwile, w których przewracałam oczami nad głupimi miłostkami.

Również akcja mocno przyspiesza – pierwszy tom opisywał rok próby, w drugim przyglądamy się reszcie edukacji głównej bohaterki przez cztery kolejne lata dzielące ją od upragnionej szaty maga. I choć autorka stosuje całkiem sporo czasowych przeskoków, są to lata bogate nie tylko w doświadczenia teoretyczne, symulowane bitwy i burzę nastoletnich hormonów.  Ignorowane dotychczas sabotaże wrogiego sąsiada Jeraru przybierają na sile, a ich coraz bardziej zuchwałe ataki zaczynają uderzać bezpośrednio w bohaterów. Nerwy związane ze szkolnymi testami zaczyna przesłaniać widmo wojny.

Rachel E. Carter, Czarny Mag. Adeptka, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2019, 447 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.