Czas na czytanie: „Zabić drozda” Harper Lee, Fred Fordham

Nowe podejście do klasycznego kanonu zawsze niesie ze sobą pewne ryzyko. Czy adaptacja stanie na wysokości zadania? Czy ponownie opowiadając znaną historię i poszukując nowych środków wyrazu nie przegapimy (świadomie lub nie) jakiejś istotnej treści? Szczególnie w przypadku tekstu poruszającego tak wiele ważnych i trudnych tematów?

Tym razem naprawdę się udało. Sięgając po komiks nie spodziewałam się, że zarówno narracja z punktu widzenia kilkulatki stykającej się z rasizmem, podziałami klasowymi, wykluczeniem społecznym i ludzkim okrucieństwem, jak i sam przekaz będą równie przejmujące, co w książce Harper Lee.

Przedstawione w formie graficznej sytuacje nie straciły nic ze swojej dynamiki i dramatyzmu. Z powodzeniem udało się również pogłębienie psychologiczne postaci, zarysowanie sytuacji społeczno-politycznej Alabamy lat 30. XX wieku i skomplikowanie ludzkiej natury. Jest inaczej, ale w moim odczuciu równie dobrze.

„Zabić drozda” nie znajduje się obecnie na liście lektur, choć powinna, bo przecież większość opisywanych w niej problemów jest wciąż aktualnych, mimo że współcześnie hipokryzja nienawiść do drugiego człowieka wyrażana jest w odmienny sposób. Myślę, że forma komiksu jest dla młodego czytelnika nie tylko bardziej atrakcyjna, ale przede wszystkim łatwiejsza do przyswojenia – zarówno ze względu na krótszy czas, który trzeba spędzić by poznać treść, jak i na dodatkowy środek przekazu, jakim jest obraz. Ta wersja mogłaby się sprawdzić jako przedmiot szkolnej dyskusji równie dobrze, co oryginał. Bo i jest przecież o czym dyskutować.

Harper Lee, Fred Fordham, Zabić drozda, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2020, 278 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Czarny mag. Ostatnia walka” Rachel E. Carter

„Czarny mag” to seria, która rozkręcała się powoli, a autorka stopniowo, z tomu na tom, dawkowała czytelnikom emocje. Aż do czwartej i zarazem ostatniej części, w której akcja pędzi jak lawina – od pierwszej aż do ostatniej strony. A nawet jeśli wydarzenia na chwilę przystopują, to nie ma co liczyć na odpoczynek – wyrzuty sumienia, konieczność podejmowania tragicznych wyborów i mierzenia sie z ich konsekwencjami, intrygi i knowania na pewno na to nie pozwolą.

Jak wiele można poświęcić dla pokoju? Ryiah przysięgała być wierną Koronie i chronić Jerar. Ale co, jeśli to zdradziecki król jest największym zagrożeniem dla państwa, którym włada? I zupełnie przy okazji jest ukochanym bratem twojego ukochanego, żeby przypadkiem nie było za łatwo? Czy szczęście jednego mężczyzny, nawet jeśli to twój mąż, jest ważniejsze od setek istnień, które pochłonie wojna podstępnie wywołana przez chciwego tyrana? Nawet, jeśli odpowiedź wydaje się być oczywista, to podjęcie takiej decyzji wcale oczywiste nie jest. Szczególnie, że nawet tyran wzbudza współczucie.

Trochę było mi żal Mariusa – po poprzednich częściach miałam względem niego pewne podejrzenia, które niestety się nie sprawdziły. Mam więc wrażenie, że potencjał tej postaci, choć epizodycznej, został zmarnowany. Jestem za to bardzo pozytywnie zaskoczona Ianem i Alexem, których gdzieś już w głębi serca spisałam na straty, a dostali takie zakończenia, na jakie w pełni zasługiwali. Teraz spokojnie mogę uważać ich za z moich ulubieńców.

Jeśli ktoś spodziewa się słodko-cukierkowego zakończenia, w którym dobro zwycięża nad złem, a prawdziwa miłość przetrwa wszystko, to raczej się rozczaruje. To trudna i brutalna część – pełna tortur, frustracji, samotności, zdrady, poczucia winy, samoobrzydzenia i wybierania między złem, a złem, które wcale nie jest mniejsze. Bezwzględny świat kołyszący się na skraju wyniszczającego konfliktu, w którym nic nie jest czarno-białe, a każda decyzja okupiona zostanie cierpieniem. Aż w końcu trzeba będzie pozbierać i poskładać do kupy gruzy, które z niego zostaną. Czy miłość naprawdę jest w stanie wybaczyć każdy błąd?

P.S. Nikt z Was nie zgadnie, kto będzie rządził Jerarem. A jakby ktoś przez przypadek jednak zgadł, to stawiam mu frytki!

Rachel E. Carter, Czarny Mag. Ostatnia walka, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2020, 280 s. (premiera 25.03.2020)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Zagubione siostry” Holly Black

„Zagubione siostry” to niewielki objętościowo dodatek do trylogii „Okrutnego księcia”. Ma formę zbliżoną do listu z przeprosinami i ofiaruje czytelnikom nową perspektywę, bo jego autorką jest Taryn. Bohaterka opisuje w niej historię swojego zakochania i romansu z Lokim dając się trochę lepiej poznać i tłumacząc motywy swojego postępowania. Rzuca też odrobinę światła na wredne zachowanie „bandy Cardana” wobec Jude w pierwszym tomie.

Ze względu na krótką formę i skupienie na uczuciach, zabrakło mi trochę tego, co w tej serii uwiodło mnie najbardziej – rozbuchanego świata elfów pełnego odurzającego piękna i szokującej bezwzględności. Świetnie ma się za to baśniowość, dodatkowo tu podkreślona i okrucieństwo – zarówno fizyczne, jak i psychiczne – a tego w tym świecie zabraknąć przecież nie może.

Świetnie sprawdzi się jako szybkie przypomnienie pierwszego tomu, kiedy po dłuższej przerwie zapragniemy sięgnąć po kolejne części cyklu. Warto poświęcić godzinkę na tego rodzaju streszczenie jednego z ważniejszych wątków.

Książka została wydana wyłącznie jako e-book i niestety nie jest dostępna (a przynajmniej nie była na stronie Empiku) jako pdf – możemy wybierać między formatami MOBI i EPUB. Dużym plusem jest cena, bo można ją kupić za mniej, niż 5 zł.

Holly Black, Zagubione siostry, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2020, 98 s.

Bajki Majki: „Dom na kurzych łapach” Sophie Anderson

Mam ostatnio wyjątkowe szczęście do współczesnych baśni. Najpierw „Lodowy smok”, a teraz kolejna poruszająca historia. Może nawet piękniejsza, bo bardziej rozbudowana i porusza więcej problemów istotnych dla małego czytelnika.

„(…) nie liczy się to, jak długie jest życie, tylko jak jest dobre; chyba to samo stosuje się do przyjaźni. Nie wiem, ile czasu będę mogła spędzić z Benjaminem, ale docenię każdą sekundę. (…) Nikt nie jest niczyją własnością, nie da się go zatrzymać na zawsze. Nic nie trwa wiecznie.”

Czytałam tą książkę i zaczęłam pisać recenzję akurat w najbardziej słoneczne, najładniejsze dni tej zimy-niezimy. I w związku z tym w pierwszej chwili pomyślałam, że nie najlepiej trafiłam z klimatem, bo tematyka śmierci i przemijania, palenie świeczek w czaszkach, przeprowadzanie zmarłych na „drugą stronę” i tęsknota za bliskimi, którzy odeszli przedwcześnie jest raczej kojarzone z jesienną pluchą, okolicami Halloween i Święta Zmarłych. Ale czy śmierć przychodzi tylko jesienią? Czy nie można przeżywać żałoby wiosną, a największe tragedie nie wydarzają się na rajskich plażach nad oceanem?

Za piękną i klimatyczną okładką kryje się piękna i klimatyczna powieść. Marinka ma dwanaście lat, mieszka w domu, który potrafi chodzić i zabiera ją w przeróżne zakątki świata, a do tego można się z nim bawić!, ma oswojonego kruka i Babę Jagę – Strażniczkę Bramy dzielącej świat żywych i umarłych za babcię. Każdego dnia buduje ogrodzenie z kości, a każdego wieczora przygotowuje biesiadę dla zagubionych dusz, by dodać im sił na ostatnią podróż – podróż ku gwiazdom. I jedyne o czym marzy, to wieść normalne, nudne życie wśród rówieśników. Najlepiej żywych, jeśli można prosić.

Czasami potrzeba tragicznego wydarzenia, by docenić to, co się ma. A czasami trzeba z kimś szczerze porozmawiać, by móc poczynić jakieś zmiany.

Baśniowa opowieść pełna mądrości uniwersalnych – przeczytamy tu o samotności, niedopasowaniu, poszukiwaniu swojego miejsca w świecie, przeznaczeniu, przeżywaniu żałoby i mozolnym radzeniu sobie ze stratą, dorastaniu, odpowiedzialności, dążeniu do szczęścia, podejmowaniu własnych wyborów i mierzeniu się z ich konsekwencjami, bezwarunkowej miłości i trosce o tych, których kochamy. O przywiązaniu do tradycji i o jej zmienianiu. O doświadczaniu życia, bo to w końcu nasze doświadczenia są tym, co nas kształtuje. Zarówno te dobre, jak i te złe.

Malownicza, bardzo klimatyczna, baśniowa i erudycyjna historia oparta na słowiańskim folklorze i opowieściach naszego dzieciństwa. Momentami trochę strasznych, ale fascynujących i niosących ze sobą sporo mądrości.

Sophie Anderson, Dom na kurzych łapach, Białystok: Wydawnictwo Kobiece Young, 2020, 325 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Kobiecego.

Czas na czytanie: „Królowa niczego” Holly Black

Lubię to, fajnie się skończyło! – jeśli to spojler, to przepraszam. Postaram się powiedzieć jak najwięcej zdradzając jak najmniej.

W ostatniej części trylogii jest co prawda mniej hipnotyzujących opisów elfowego świata, które mnie tak urzekły – przede wszystkim dlatego, że część akcji przeniosła się do krainy ludzi, a część na mroźną północ, gdzie o rozbuchaną, nieco nadgnitą przyrodę nieco trudniej, ale wszystko nadrabiają spiski, niecne plany i niespodziewane zwroty akcji.

Madok, zbuntowany dowódca armii, nie przebiera w środkach – zrobi wszystko, by obalić Cardana i zdobyć koronę. A jeśli przy okazji wywoła wojnę domową, to w sumie nawet lepiej, w końcu czerwone kaptury kochają przelew krwi i bitewny szał. I zjadać pokonanych przeciwników też. Tych kreatur poznamy więcej, więc fani brutalnej makabry z pewnością będą zadowoleni. Podobnie jak wielbiciele wielopoziomowych intryg, bo podstępy, zagadki i knowania towarzyszą elfom na każdym kroku. Czy Jude zdoła przejrzeć je wszystkie? I czy sprawi, że jej stanowisko faktycznie będzie coś znaczyć? A może popełni kolejny błąd, by stać się marionetką w dłoniach tych bezdusznych istot, albo pośmiewiskiem i krótką rozrywką w ich nieśmiertelnym życiu?

Będą wygnania, porwania, zabójstwa, niespodziewane ciąże, bitwy, podstępy, łamigłówki, biesiady, dochodzenia, elementy chrystologiczne/kanibalistyczne, wyroki, przewroty i romanse. Nawet pizza będzie.

Ta seria zrobiła na mnie piorunujące wrażenie jeszcze pod jednym aspektem – jest pełna silnych, świetnie skonstruowanych postaci kobiecych. Nigdy nie ukrywałam, że nie przepadam za babeczkami w literaturze, z mało którą potrafię się utożsamić, jeszcze mniej wzbudza moją sympatię. A w trylogii o okrutnym księciu co kobieta, to świetna postać. I nie ważne, czy mówimy tu o śmiertelniczce z przerostem ambicji wydrapującej sobie szacunek pazurami, jej wiarołomnej siostrze (o tak, Taryn też bardzo zyskała w moich oczach w tej części), jej beztroskiej siostrze, a nawet nieświadomej istnienia magii dziewczynie siostry, nie dającej sobie w kaszę dmuchać służącej, nieszczęśliwie zakochanym szpiegu, wrednej antagonistce i konkurentce o serca króla, zimnej macosze, czy wyjętej spod prawa dowódczyni wojsk – mają swoje wady i zalety, słabości i atuty, ale każda babeczka, to żelazny charakter i po prostu nie sposób ich wszystkich nie polubić. To chyba faktycznie jakieś czary.

Z pewnością sięgnę po inne tytuły autorki – muszę się dowiedzieć, czy to specyfika tego świata, czy Holly Black po prostu czaruje słowem.

Holly Black, Zły król, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2019, 392 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Czas na czytanie: „Zły król” Holly Black

Pierwszą trylogii cyklu czytałam ponad rok temu i prawdę mówiąc nie do końca pamiętałam fabułę. Natomiast tym, co na dobre zapisało się w mojej pamięci i co jednocześnie zrobiło na mnie największe wrażenie, jest klimat stworzonego przez autorkę świata elfów. Świata czarownego, dusząco wilgotnego, pełnego niebezpieczeństw i bezwzględnego zarówno dzikością natury, jak i pełnym zepsucia okrucieństwem jego mieszkańców. Cudownie, że drugi tom nie tylko utrzymuje, ale nawet wzmaga atmosferę pierwszego – bo i poszerza baśniową krainę o śmiertelnie lodowate Królestwo Toni.

„Władzę znacznie łatwiej jest zdobyć, niż ją utrzymać”.

Szczególnie, kiedy nie możesz zaufać nikomu, a każdy tylko czeka, by wbić ci nóż w plecy. A potem wbić jeszcze raz, tak dla pewności. I kiedy tak łatwo pogubić się we własnej potrzebie kontrolowania wszystkich i wszystkiego wokół.

Nie zabraknie tu pałacowych spisków, najbardziej nawet bolesnych i podstępnych zdrad, hedonistycznych biesiad, skomplikowanej polityki, heroicznych pojedynków, wysokiego ryzyka publicznego blamażu, pogoni za uczuciami i złamanych serc. Ot, dzień jak co dzień, jeśli tylko żyjesz w tak potwornym miejscu, jak bezduszna kraina elfów. Nie sposób zazdrościć nawet samym elfom, nie wspominając nawet o śmiertelnikach. Jude świetnie sobie radzi w całej tej dworskiej żonglerce sprawowania władzy nad nieprzewidywalnym, ale jej upór i przywiązanie do tego świata z każdą stroną zdumiewają mnie na nowo. Cóż, może to jest właśnie bohaterstwo? Chociaż bardziej chyba syndrom sztokholmski.

Zdecydowanie najbardziej pozytywnym zaskoczeniem tej części jest Cardan, który bardzo zyskał w moich oczach, kiedy tylko przez chwilę musiał zacząć sam się sobą zajmować. I chociaż pod względem romansowym wciąż pozostawia co nieco do życzenia (a może po prostu drażni mnie, że Jude jednak nie jest w stanie radzić sobie ze wszystkim?), to jednak największym rozczarowaniem okazał się wątek zdrady – widać coś zawsze musi być tendencyjne i przewidywalne.

Po raz kolejny jestem pod wrażeniem tego, jak lekko o szybko minęła mi lektura, najwyraźniej książki tej autorki faktycznie czyta się jednym tchem. A ręka sama wyciąga się po kolejny tom.

Holly Black, Zły król, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2019, 392 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2020 ~

Czas na czytanie: „Okrutny książę” Holly Black

Spotkałam się z tak wieloma pełnymi zachwytów opiniami na temat tej książki, że kiedy dostałam ją na święta, nie mogła czekać długo na przeczytanie. Szczególnie, że to gatunek i tematyka, do których mam słabość.

Nie da się ukryć, że książka wchodzi tak dobrze, że praktycznie czyta się sama. Mimo sporej objętości i konstrukcji świata, w której trzeba się odnaleźć, po prostu znika w oczach i najchętniej odłożyłabym ją dopiero po przeczytaniu. Ale chociaż całkiem mi się podobała i za jakiś czas chętnie sięgnę po drugą część, to nie zrobiła na mnie tak piorunującego wrażenia, że entuzjazm aż mnie roznosi. Raczej poczekam, aż kolejny tom trafi do biblioteki, niż pobiegnę do empiku w dniu premiery.

DSC_1533.jpg

Nastoletnia Jude zostaje we wczesnym dzieciństwie porwana do świata elfów i to właśnie w tym czarownym, śmiertelnie niebezpiecznym i niegościnnym miejscu przyszło jej dorastać. A że przy tym nie ma specjalnej ochoty, by głowę nosić dostatecznie nisko, aż prosi się o kłopoty. I, wedle życzenia, dostanie ich całkiem sporo.

Największe zalety? Dworskie intrygi, czyli coś, co uwielbiam, a tutaj znalazłam ich sporo i to nieźle zagmatwanych, choć kazały na siebie trochę czekać. I sam pomysł na elfy, które, choć oczywiście niebezpiecznie czarujące i bezdyskusyjnie zjawiskowo piękne, są również zielonkawe, rogate, kopytne, ogoniaste, czy porośnięte mchem. Nieoczywiste piękno i znacznie większy związek z naturą są właśnie tym, czego od tych stworzeń oczekuję, natomiast elfom będącym po prostu ładniejszymi ludźmi mówię zdecydowane nie. A im bardziej są przy okazji są cudownie wredne, brutalne i rządne krwi, tym bardziej jest baśniowo.

Minusy? Mocno przewidywalny wątek romantyczny i tendencyjny czarny charakter będący bardziej bohaterem romantycznym, niż materiałem na prawdziwego badassa z charakterkiem.

„Okrutny książę” to trochę baśń z gatunku tych bez cenzury, trochę perypetie licealistki, której dokuczają wredni koledzy, i trochę Gra o Tron.

Przez większość czasu jest ciekawie, czyta się świetnie, a plastyczny język opisu bardzo pomaga wczuć się w świat. Warta uwagi.

Holly Black, Okrutny książę, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2018, 425 s.

Bajki Majki: „Lodowy smok” George R.R. Martin

Długo zastanawiałam się do jakiej kategorii zaliczyć tą baśń – nie mogłam zdecydować, czy to książka dziecięca, czy raczej już dla dojrzałego czytelnika. Już samo nazwisko autora zwiastuje sporą dozę brutalności – znajdziemy tu palenie żywcem, okrucieństwa wojny i mówienie dzieciom, że nie potrafią kochać. Tym bardziej są to aspekty przejmujące, bo dokładnie ukazane na ilustracjach. Zawsze jednak w takich mementach staram się sobie przypominać rzeczy, które ja czytałam będąc dzieckiem i zawsze na nowo odkrywam, jak bardzo granica wrażliwości przesunęła mi się, odkąd jestem mamą.

„Lodowy smok” wylądował więc jednak wśród książek dziecięcych, ale mocno na wyrost. No, może dla tzw. młodszej młodzieży.

I oczywiście dla dorosłych, którzy lubią czasem sięgnąć po ten rodzaj literatury. Na przykład dla mnie, bo nie dość, że mam wyjątkową słabość do literatury dziecięcej (nawet bez udziału dziecka), to przede wszystkim KOCHAM SMOKI! Mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem, że dostałam takiego smoka, jakiego lubię – groźną, legendarną, niezależną jaszczurę nie dającą się udomowić, a samo jej wspomnienie budzi postrach. I dla odmiany – przynoszącą zimę.

Choć pod względem objętości, jest to niedługa opowieść – weźcie pod uwagę, że przynajmniej połowę ze 100 stron książki w większej, lub mniejszej części zajmują ilustracje – na godzinkę czytania przed snem, kreuje przed czytelnikiem wyjątkowo plastyczny świat. I wzbudza mnóstwo emocji.

Adara urodziła się w najmroźniejszy dzień, jaki tylko pamiętają mieszkańcy jej wioski. Zimno naznaczyło ją od pierwszych chwil życia, dlatego zawsze była nieco inna, niż jej rodzeństwo i rówieśnicy. Jako zimowe dziecko nigdy nie cieszyło jej upalne lato, odżywała za to z nadejściem zimy, kiedy to całymi dniami poświęcała się budowaniu śnieżnych zamków, a lodowe jaszczurki chętnie wchodziły na jej dłonie. Dłonie, które, w przeciwieństwie do innych ludzi, nie raniły drobnych ciał jaszczurek swym ciepłem. Chłodna w dotyku i oszczędna w uczuciach, rzadko uśmiechająca się dziwna dziewczynka. I to właśnie jej trafiła się najniezwyklejsza przyjaźń na świecie.

Poruszająca opowieść o niedopasowaniu, poszukiwaniu swojego miejsca, miłości, okropnościach wojny i sile poświęcenia. Rozmalowana zarówno słowem, jak i zapierającymi dech w piersiach ilustracjami – tak pięknymi, jak przerażającymi. Ta pięknie wydana książka zmrozi Wasze serca, by roztopić je, gdy tylko nadejdzie odpowiedni moment. Jeśli tęsknie za bielą śnieżnego puchu za oknem – sięgnijcie po nią koniecznie!

George R.R. Martin, Lodowy smok, Poznań: Wydawnictwo Zysk i s-ka, 2019, 114 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zysk i s-ka.

Czas na czytanie: „Ciężko być najmłodszym” Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa

Pierwsza książka w 2020 roku okazała się być wypasionym okazem Dziobaka*, czy można sobie wymarzyć lepszą wróżbę?

Nie wiem, czy da się być przygotowanym na tą serię – ja nie byłam, ale podejrzewam, że po prostu nie jestem „w temacie”, bo to moja pierwsza… no właśnie… parodia? Komedia fantastyczna? Chyba jednak to drugie.

Jasna drużyna zniewolona przez Ciemnego Władcę zostaje uwolniona z okowów przez jego najmłodszego syna, który pragnie poczuć zew wolności i wydostać się spod skrzydeł nadopiekuńczej rodziny. Tak też zaczyna się epicka wyprawa ze zrabowanym niecnie artefaktem w kierunku Zagubionej Świątyni, przez magiczne portale, statki przemytników, zapomniane kopalnie pełne kultystów i inne radosne przygodny. Mroczny książę szybko orientuje się jednak, że drużyna, którą tak niefrasobliwie ocalił należy raczej do tych pechowych. Bardzo pechowych. A on tylko chciał dostać się do szkoły!

Przez pierwsze 100 stron czytało mi się bardzo specyficznie – nie było mi łatwo przywyknąć do konwencji, która wydawała mi się bardziej infantylna, niż zabawna. Ale kiedy już nieco się z nią oswoiłam, rozejrzałam po świecie, zapamiętałam kto jest kim i jakie panują tu zasady, zaczęłam się coraz lepiej bawić. A emocji nie brakuje, bo ta specyficzna wyprawa to prawdziwy lep na kłopoty.

Jest dziwnie, nietypowo, ale fajnie. Sporo przyjaźni, dorastania, potrzeby sprawdzenia się w samodzielnym życiu i patrzenia ponad stereotypami. I są smoki!

Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa, Ciężko być najmłodszym, Słupsk: Wydawnictwo Papierowy Księżyc, 2017, 406 s.

Książka wyczytana z Regału Wstydu.

*Dziobaki Roku to niekończące się zestawienie najniezwyklejszych pozycji, na jakie trafiłam. Nietypowych, niestandardowych, wymykających się jakiejkolwiek klasyfikacji. Unikatowych. Dziwnych, ale mających mnóstwo uroku. Zaiste dumny to tytuł.