Czas na czytanie: „Fangirl” Rainbow Rowell

Nie wiem, jak to jest możliwe, że przegapiłam tą książkę. Nastąpił chyba jakiś błąd w matrixie, całe szczęście, że jednak się odnalazłyśmy!

Wraz z pójściem do college’u życie Cath całkowicie się zmienia – opuszcza rodzinny dom i wymagającego opieki ojca, a jej siostra bliźniaczka, z którą dotychczas były nierozłączne, nie chce dzielić z nią akademika i znajomych i z każdym dniem oddala się coraz bardziej. Nowe otoczenie, nowe zajęcia i mnóstwo nieznajomych wokół to niezłe wyzwanie. A Cather nie przepada za zmianami i jest tak aspołeczna, że od razu ją polubiłam.

A jak się chwile później okazało, że jedyną stabilną rzeczą w jej życiu jest pisanie homo fanfików do jej ukochanej sagi o czarodziejach, to już musiała być przyjaźń na całe życie i pokrewieństwo dusz. Bo co, jak co, ale fanfikcję szanuję. I sagi o czarodziejach, i psychofanki też.

Super sympatyczna, zabawna powieść o dorastaniu, pasji, przyjaźni, pierwszej miłości i strachu przed rzeczywistością. O stawianiu czoła własnym słabościom, zaufaniu, szukaniu swojego miejsca, poczuciu braku dopasowania i problemach z opuszczeniem fikcyjnego świata. O młodych dorosłych, którzy nie za bardzo potrafią w życie i o starych dorosłych z takim samym problemem.  Okazuje się jednak, że i ta szara, zwyczajna rzeczywistość może być magiczna.

Jestem fangirl bardzo mocno, więc wszystko rozumiem.  Aż muszę sobie teraz poszukać jakiegoś dobrego fanfika . I w ten właśnie sposób góra książek do przeczytania jakoś się nie zmniejsza…

Rainbow Rowell, Fangirl, Kraków: Wydawnictwo Otwarte, 2015, 456 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2020 ~

Czas na czytanie: „Smocza Straż. Pan Widmowej Wyspy” Brandon Mull

Jakoś nie mogę się zdecydować, czy serię „Smoczej Straży” klasyfikować jako Bajki Majki, czy Czas na czytanie. Nie da się ukryć, że to seria dla młodszej młodzieży, osobiście polecałabym ją nawet jeszcze przed lekturą „Harry’ego Pottera”. Ale z drugiej strony, póki Maja do niej nie dorośnie, sama świetnie się bawię podczas lektury. W końcu muszę dokładnie wiedzieć co w przyszłości podsunę dziecku, prawda?

„- (…) Jesteś pewna, że to warte podpadnięcia twojemu ojcu?
– Co, rozmowa ze smokiem? Nie pozwolę, by ojciec pozbawił mnie tego doświadczenia. Chcę mieć swój udział w ratowaniu Gadziej Opoki. Fascynują mnie smoki. No i studiuję historię”.

W trzeciej już części „Smoczej Straży” samych smoków jest zdecydowanie mniej, niż w poprzednich tomach – tym razem prym wiodą wszelkiego rodzaju umarlaki, bo śledząc losy porwanego Setha ograbionego wspomnień trafimy do podziemnej dziedziny pełnej zombie, liczów i upiorów.

Jest też nieco mniej brutalnie, niż w poprzednim tomie, choć i tym razem nie obejdzie się bez ofiar. Nie ma jednak obaw – nie zabraknie wrednego Celebranta, a już sama okładka zdradza pojawienie się na arenie morskiego smoka Jibarro. W smoczym świecie pojawi się również ktoś zupełnie nowy…

„Nie mówimy o złu. Mówimy o ciemności jako źródle mocy. Czy dzień jest dobry, a noc zł? Nie. To niedorzeczne rozróżnienie. Nocą lepiej widać gwiazdy. Czy nocny chłód nie jest korzystniejszy podczas podróży przez pustynię? Zapewne tak. Czy spanie w ciemnym pokoju to zło, a w jasnym to dobro? Nie, i byłbym zdania, że mrok lepiej nadaje się do snu. Istnieje pewien rodzaj ciemności, z której można czerpać jak ze źródła. Możesz ja wykorzystać do dobrych lub do złych celów”.

Dla kontrastu Kendra zabierze nas w iście rajskie klimaty – wraz z przyjaciółmi będzie ratować smoczy azyl na jednej z tropikalnych wulkanicznych wysp. Będą ludożerne rośliny, poszukiwania legendarnego skarbu, domy w koronach drzew, moai, wulkaniczni cyklopi, syreny, selkie, ogniołazy, eksplorowanie morskiego dna, walki z demonami i odzyskiwanie ogromnej perły. I żadna z tych atrakcji nie będzie miała nic wspólnego z wakacyjnym wylegiwaniem się na plaży, bo każda misja to bardziej niebezpieczna przygoda.

Czy Seth odzyska swoje wspomnienia? A może pod wpływem swoich oprawców stanie się łotrem? Czy rozdzielone rodzeństwo zdoła utrzymać pokój w Gadziej Opoce?

Jak zwykle doskonałe proporcje grozy, humoru i przygody!

Ta książka była w tym roku moim plażowym wyborem, ale chyba jednak jeszcze lepiej sprawdzi się jako rozgrzewające pocieszenie po minionych wakacjach – kiedy w okna stuka już jesienny deszcz, a stopy skrywamy pod kocem, zamiast wyciągać je w kierunku słonecznych promieni. Oj tak, w takie wieczory przyda się nieco wulkanicznego żaru!

Brandon Mull, Smocza straż. Pan Widmowej Wyspy, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2019, 496 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

Czas na czytanie: PATRONAT „Krąg. Nieproszeni goście”, Silencio

Lata 60. ubiegłego wieku, chłopięcy sierociniec w środku lasu i sześciu bohaterów o różnych charakterach, przeżyciach i traumach.

Czeka ich nawiązywanie przyjaźni, budowanie relacji i gruntowanie swojej pozycji w grupie, radzenie sobie z sympatiami i antypatiami. Zmierzą się z niejednym problemem wieku nastoletniego – od niezadowolenia ze swojego wyglądu, przez pakowanie się w kłopoty i bójki ze „starszymi chłopakami”, próby ucieczki od nauki i obowiązków, brak empatii ze strony dorosłych, aż po dylematy związane z odkrywaniem własnej seksualności i tożsamości płciowej. I choć wszystko to byłoby wyzwaniem dla każdej osoby na progu dorosłości, w tamtych czasach i bez wsparcia najbliższych wydaje się być szczególnie dotkliwe.

Jakby tego całego dorastania w nieszczególnie przyjaznych warunkach było mało, wokół zaczynają dziać się dziwne rzeczy – czy to możliwe, że korytarzami sierocińca przechadzają się potwory, czy po prostu chorowity i nieszczególnie lubiany nastolatek ma urojenia albo próbuje zwrócić na siebie uwagę otoczenia?

Ciemny las, niepokojące zdarzenia, owiana legendami okolica, ludowe przesądy i przekazy o magicznych paktach i rytuałach oraz brak dostępu do jakichkolwiek rzetelnych informacji potrafią rozbudzić wyobraźnię. Może się jednak okazać, że rzeczywistość jest znacznie bardziej przerażająca, niż wszystkie straszne historie opowiadane wieczorami.

Jaka tragedia wydarzyła się wcześniej w budynku sierocińca i czy aby na pewno był to wypadek? Co się stało z Whitewood – niegdyś tętniącym życiem miasteczkiem, dziś zarośniętym ośrodkiem dla niechcianej młodzieży? I co tak naprawdę czai się w lesie?

Choć po pierwszych rozdziałach miałam wrażenie, że ta książka Silencio będzie skierowana do nieco młodszych czytelników, końcówka wyprowadziła mnie z błędu. Bo i kiedy potworności – czy to ze strony dorosłych, czy sił nadprzyrodzonych – dotyczą dzieci, mające często jeszcze niewielkie pojęcie o świecie, są jeszcze bardziej poruszające. A jak już zapewne wiecie, ta autorka nie oszczędza ani swoich bohaterów, ani czytelników.

Podobno cała ta książka, jest tylko rozbudowanym wstępem do całej historii chłopców z ośrodka Whitewood. I oczywiście kończy się w taki sposób, że nie sposób powstrzymać się od wyrzutów, bo „jak można przerywać w TAKIM momencie?!”. Aż strach pomyśleć co będzie dalej, nie mogę się już doczekać!

Silencio, Krąg. Nieproszeni goście, 2020, 558 s.
(premiera: 20.08.2020)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.
Tą i poprzednie ksiązki Silencio możecie znaleźć na bucketbook.pl

Czas na czytanie: „PAN. Tom 3. Ukryte insygnia króla elfów”, Sandra Regnier

Na pewno znacie to uczucie, kiedy kończycie przygodę z jakąś serią i przez jakiś czas nie możecie znaleźć dla siebie miejsca. Szczególnie, kiedy Wasz ulubiony bohater ginie. Nie raz już miałam większego lub mniejszego książkowego kaca, ale nigdy nie sądziłam, że złapię go po sympatycznej i humorystycznej młodzieżówce. A tu okazuje się, ze mimo lekkości lektury i tak będę musiała odczekać kilka dni, zanim wybiorę się na podbój kolejnego książkowego świata. Strasznie mi żal, że już się skończyło.

Bo też to jedna z fajniejszych serii dla „młodszej młodzieży”. Pełna magii, elfów, smoków (a jak tak kocham smoki!) i starożytnych przepowiedni. I mimo tej całej baśniowości i ciężaru przeznaczenia tryskająca humorem, najeżona nawiązaniami do popkultury, z pełną dystansu do siebie bohaterką „z krwi i kości”, którą naprawdę da się lubić. Bardzo podobał mi się motyw podróży w czasie (a przecież zazwyczaj za tym nie przepadam!) w celu „poprawiania historii” i poszukiwania zaginionych insygniów nie tylko w przestrzeni fizycznej, ale również na przestrzeni dziejów. Tym razem odwiedzimy las Sherwood, dwór Eleonory Akwitańskiej i Czechy czasów Krwawej Hrabiny z Krummau.

Jak zwykle ostatnie tomy są najbardziej rozwlekłe, tak pod względem ilości stron „Ukryte insygnia króla elfów” są „najszczuplejszą” z części. I przy tym chyba najbogatszą w treść, bo też wreszcie wszystkie tajemnice zostają rozwiązane, a intrygi obnażone. Okaże się wreszcie kim tak naprawdę jest Felicity i dlaczego to akurat jej przeznaczono los wybranki. Dowiemy się ile naprawdę jest insygniów, do kogo należały i jaką mają moc. Spotkamy więcej smoków i mnóstwo innych mniej lub bardziej przyjaźnie nastawionych stworzeń. Zazwyczaj jednak mniej.

Przed bohaterką nie lada zadanie – odnalezienie insygniów okaże się tym mniejszym z problemów, kiedy stanie przed decyzją co z nimi uczynić. Opowiedzenie się po którejkolwiek ze stron przedwiecznego konfliktu przyczyni się do zagłady tej drugiej. Zarówno wśród smoków, jak i elfów są jej przyjaciele, szpiedzy i wrogowie, a nadciągająca wojna jest nieunikniona.

Znajdziemy tu tak naprawdę wszystko, czego można oczekiwać od dobrej młodzieżówki – jest humor, szkolny romans, przystojni młodzieńcy, wojna, trudne wybory, magia i wielka przygoda. A do tego autorka przemyca nieco wiedzy historycznej i całkiem sporo brytyjskiego folkloru. Super sprawa, polecam z całego serca. Za kilka lat na pewno podsunę córce!

Recenzje poprzednich części możecie przeczytać TU i TU.

Sandra Regnier, PAN. Tom 3. Ukryte insygnia króla elfów, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2019, 360 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2020 ~

Czas na czytanie: „Klątwa Kreatorów” Trudi Canavan

Obawiałam się, że po prawie trzech latach oczekiwania na ostatni tom Prawa Milenium nie będę mogła się wkręcić i minie przynajmniej pół książki, zanim przypomnę sobie o co chodziło w poprzednich tomach. Nic bardziej mylnego. Nie jestem pewna, czy to dlatego, że miałam na podorędziu recenzję „Obietnicy następcy”, która pomogła mi wczuć się w klimat, czy raczej to wszystko zasługa autorki, która w pierwszych rozdziałach nienachalnie naprowadziła czytelnika na właściwe tory przypominając wydarzenia z poprzednich tomów, ale właściwie od samego początku wiedziałam gdzie jestem i co się wokół mnie dzieje.

A dzieje się sporo, bo i wszyscy mają pełne ręce roboty. Tyen, wraz z uczniami, ucieka przed prześladowaniami byłych kolegów z Liftre zazdrośnie strzegących przywileju naucznia, Rielle – najpotężniejsza kreatorka – zajmuje się odnawianiem martwych światów, a przed Baluką i Odnowicielami niełatwe wyzwanie utrzymania pokoju we wszechświecie. Tymczasem magia mechaniczna rozprzestrzenia się w zastraszającym tempie i jest wykorzystywana do tworzenia coraz potworniejszych machin bojowych. Pojawia się nowy wróg, który niesie zagładę na każdy świat, który napotka na swej drodze. Rozpoczyna się wyścig z czasem – czy ktokolwiek jest w stanie pokonać stale ewoluujący postęp wojennej mechaniki? Czy można się oprzeć mocy bezwzględnego uzurpatora podbijającego świat za światem?

By mieć jakiekolwiek szanse, trzeba będzie pokonać uprzedzenia, sprzymierzyć się z byłym wrogiem, zjednoczyć się  i zaryzykować poświęcenie tego, co jest bohaterom najdroższe.

„Żuczek jest trochę podobny do mnie (…). Jest starszy, umie więcej, ale zasadniczo wciąż ma tę samą postać. Choć potrafię dużo więcej, mam nadzieję, że takie skromne zajęcia, jak zabawianie dzieci i dbanie o rodzinę nigdy nie będą mi się wydawały zbyt trywialne”.

Powrócą pradawne przepowiednie, epickie bitwy magów – tym razem z rojami maszyn, wyścig zbrojeń, pogoń za wiedzą i zapomnianymi tajemnicami wymarłych cywilizacji. Pacyfistyczne przekonania Tyena zostaną wystawione na próbę, gdy wojna zagrozi jego najbliższym, Quall będzie musiał bardzo szybko dorosnąć, a Rielle… stać się jeszcze potężniejsza, niż jest dotychczas. Przed czytelnikami wizja świata rodem z Terminatora wymieszana z dążeniem do stworzenia nadczłowieka, wypaczonymi ideami socjalizmu i nienawiścią wobec magii, jako przewagi dostępnej jedynie nielicznym. Będą pościgi, wybuchy, rozrywanie światów i magia generowana podczas tworzenia piękna. To jedna z tych książek, które nie zwalniają ani przez chwilę.

Jak zwykle nie zabraknie też ogromnej dawki girl power!, pochwały różnorodności oraz walki z dyskryminacją i uprzedzeniami.

Oj, będzie mi brakować tego fascynującego wszechświata!

Trudi Canavan, Klątwa Kreatorów (Prawo Milenium – księga czwarta), Kraków: Wydawnictwo Galeria Książki, 2020, 616 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Galeria Książki.

Czas na czytanie: „Las na granicy światów” Holly Black

„Las na granicy światów” to w sumie prequel trylogii o złym księciu, jednak jej znajomość nie jest niezbędna. To odrębna historia Severtina i Króla Olch, a także miecza, który stanie się później orężęm w ostatecznym rozwiązaniu problemów Jude – wytęskniony powrót do dzikiego i okrutnego świata elfów dla fanów serii, ale równie dobrze sprawdzi się jako pierwszy kontakt z tym uniwersum.

Pewnie trudno będzie w to uwierzyć, ale ta książka jest jeszcze bardziej baśniowa. Opowieść o rycerzach przestrzegających kodeksu honorowego, o śpiącym księciu w szklanej trumnie, magicznych darach, sile muzyki, samotnych dzieciach stających do walki ze złem, legendarnych orężach i miłości jak z kart baśni. Właściwie ta przygoda równie dobrze mogłaby być opowieścią na dobranoc dla mieszkańców świata elfów. Bo oba te światy w żadnym innym miejscu nie łączą się ze sobą tak ściśle, jak w Fairfold.

Ben i Hazel, niedopilnowane dzieci wyzwolonych artystów, od małego kręcą się po przydomowym lesie. I od małego są świadomi czających się w nim niebezpieczeństw –ciągłej obecności śmiertelnie groźnych, bezlitosnych elfów, zarówno tych czarownie pięknych wysokiego rodu, jak i szkaradne potwory żywcem wyjęte z najbardziej mrocznych ludowych podań. Jedne bardziej niebezpieczne od drugich. Las ma jednak jeszcze jedną, znacznie bardziej romantyczną tajemnicę i atrakcję turystyczną w jednym – szklaną trumnę z zatopionym w wiecznym śnie rogatym młodzieńcem. Księciem z baśni i głównym bohaterem zabaw i fantazji rodzeństwa. Hazel marzy o byciu rycerzem, Ben kocha muzykę, obydwoje tęsknią do baśniowej miłości. Tylko czy gdyby książę został uwolniony ze swojej pułapki, spełniłby ich oczekiwania?

Jestem jak najbardziej usatysfakcjonowana, bo dostałam bardzo dużą dawkę tego, za co pokochałam Holly Black – nieokiełznaną, piękną i przerażającą siłę natury pełznącą po ścianach miękkość mchu i jego słodki, duszący, nieco gnilny zapach (mam wrażenie, że ten wręcz wychodzi z jej książek). Szczególnie, że inwazyjny rozkwit roślinności został potraktowany jako broń i zwiastun najstraszniejszej potwory z samego serca lasu. Potwory, która wypełzła z jego czeluści i, pogrążona we własnej rozpaczy, terroryzuje miasto.

Holly Black, Las na granicy światów, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar 2020, 328 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Czas na czytanie: „Królestwo popiołów” Sarah J. Maas

Nie mogę uwierzyć, że jednak się skończyło. Niekończąca się seria jednak dobiegła końca. I mimo, że nie byłam do niej do końca przekonana i nie raz miewałam chwile zwątpienia, to jednak trochę będzie mi jej brakować.

Ciężar poświęcenia, ból utraty najbliższych, krew pot i łzy, nieskończona sinusoida nadziei i beznadziei gdy bezduszne, złośliwie okrutne hordy Erawana miażdżą jedną armię po drugiej zmuszając najdzielniejszych nawet wojowników do panicznego odwrotu. Czy jest jakakolwiek szansa przeciwstawić się nieprzeniknionej ciemności Valgów?

 

Najdłuższy z tomów, kulminacja budowanego przez setki stron napięcia, połączenie wszystkich wątków, karkołomny wyścig z czasem i spotkanie wszystkich bohaterów od murami Orynthu i wielka bitwa o wszystko. Czy armia południowego cesarstwa zdąży dotrzeć na czas? Czy uda się odnaleźć trzeci klucz i wykuć zamek? Czy bogowie dotrzymają swojej części umowy? Czy tym razem ktokolwiek odpowie na wezwanie Terrasenu? Kim tak naprawdę jest Maeve i czy uda jej się złamać ducha swojego wieźnia? Czy zadufana w sobie Aelin faktycznie ma plan na wypadek każdej sytuacji?

Na całe szczęście złośliwa, męcząca i niedojrzała Celeana z pierwszego tomu nie ma już zbyt wiele wspólnego z bohaterką ostatnich części. Rosnąca odpowiedzialność, już nie tylko za życie przyjaciół, sojuszników a nawet wysyłanych do walki armii, ale również ciężar przeznaczenia, niewola i tortury, kolejne porażki oraz niezachwiana potęga przeciwników, z którymi przyszło jej się mierzyć odcisnęły trwałe piętno na charakterze zaginionej księżniczki. I moim zdaniem wyszło jej to na dobre.

Osobiście jednak zdecydowanie bardziej przypadła mi do gustu przemiana Doriana i to jemu kibicowałam najbardziej. Przynajmniej odkąd minęła mi sympatia do Rowana, która malała wprost proporcjonalnie do jego fascynacji królową Terrasenu.

Bywało zaskakująco i bywało przewidywalnie. Były momenty, które niemożebnie mi się dłużyły, były i takie, przez które nie mogłam odłożyć książki do późnej nocy. Były wybuchy radości, bgorycz porażki. Siedmiotomowy cykl (ponad 5000 stron!) dobiegł wreszcie końca, wszystkie wątki zostały wyjaśnione, przeznaczenie się dokonało, każdy z bohaterów dostał swoje własne zakończenie. A i tak o większości z nich chętnie bym jeszcze co nieco przeczytała.

Pisany przez 10 lat „Szklany Tron” jest doskonałym przykładem rozwoju nie tylko warsztatu pisarskiego autorki, ale także jej koncepcji świata przedstawionego, pomysłu na fabułę i podejścia do bohaterów. Tak naprawdę prawdziwą przyjemność z lektury zaczęłam czerpać w okolicach czwartego tomu, kiedy cała dziejowa intryga zaczęła się choć odrobinę rozjaśniać, a historia stała się bardziej spójna, mimo, ze z każdym tomem była bardziej i bardziej rozbudowywana. To był moment, w którym już wiedziałam, że nie będę potrafiła się wycofać, nie ważne ile tomów pojawi się jeszcze przede mną – zżyłam się z bohaterami i naprawdę zaczęłam być ciekawa, jak to wszystko się skończy.

Według mnie skończyło się odpowiednio i „Królestwo Popiołów” okazało się jednym (jednymi?) z najlepszych tomów tego cyklu, choć śmierć dwóch postaci sprawiła mi nielichą przykrość, a zabicia jednej z nich chyba nigdy autorce nie wybaczę. Chociaż rozumiem, dlaczego postąpiła tak a nie inaczej. Ale i tak, nie wybaczę! I nic więcej nie powiem, żeby nie zepsuć zabawy niepotrzebnymi spoilerami.

Sarah J. Maas, Królestwo popiołów. Część 1, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2019, 735s.

Sarah J. Maas, Królestwo popiołów. Część 2, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2019, 512s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Wieża świtu” Sarah J. Maas

Bardzo pozytywne zaskoczenie!

Nie byłam entuzjastycznie nastawiona do tego przerywnikowego tomu Szklanego Tronu. Przede wszystkim, jak można przerwać akcję w takim momencie i na prawie 850 stron przenieść ją w zupełnie inny czas i miejsce? Poza tym obawiałam się, że tom poświęcony tylko i wyłącznie Chaolowi zanudzi mnie na śmierć, bo też nigdy nie przepadałam za bardzo za tym bohaterem wraz z jego dąsami, specyficznym podejściem do honoru i oddania oraz tendencją do obwiniania o wszystko każdego wokół siebie z mentalnym samobiczowaniem włącznie.

DSC_0275

I to nie tak, że były kapitan gwardii królewskiej Adarlanu zyskał moją sympatię, chociaż czekająca go walka nie tylko z kalectwem, ale przede wszystkim z demonami przeszłości i wyniszczającym poczuciem winy będzie go sporym wyzwaniem. Odświerzająca okazała się zmiana otoczenia. Kaganat z brutalnym sposobem dziedziczenia władzy, miasto pokoju, dobrobytu i uzdrowicieli, jeźdźcy ruków rodem z opowiadanych w Adarlanie baśni i tak lubiane przeze mnie dworskie intrygi. A do tego oczywiście egzotyczne romanse. I rola dyplomaty, tak bardzo niepasująca do głównego bohatera.

Cieszący się dobrobytem południowy kontynent, bezpiecznie oddalony do wojny, wcale się do niej nie spieszy. Szczególnie, że członkowie rodziny królewskiej zmagają się w z własną, osobistą tragedią i codzienną rywalizacją. Tymczasem nie ma kontynentu, na którym na naszych bohaterów nie czyhałoby pradawne zło. Czyżby sama ich obecność ściągnęła szpiegów Erawana, czy może jego macki sięgają aż tak daleko już od dawna, a pogrążona w wojnie północ to dopiero początek?

Kraina za Wąskim Morzem kryje w sobie znacznie więcej, niż tylko potęgę militarną. Czy to tutaj narodzi się szansa na ostateczne pokonanie Valgów?

Sarah J. Maas, Wieża świtu, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2018, 843 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Imperium burz” Sarah J. Maas

Już wiem, dlaczego Aelin tak bardzo działała mi na nerwy w „Królowej cieni”! Po prostu wszystko szło jej tam zbyt łatwo! I chociaż wciąż nie dzieli się z nikim swoimi planami, a przyjaciół traktuje raczej przedmiotowo, niż jest wobec nich fair, to jednak zdecydowanie łatwiej mi ją lubić, kiedy nie wszystko idzie po jej myśli. A ta część to prawdziwe pasmo niepowodzeń. Może mam trochę duszę sadystki, ale czytanie, jak to zabójczyni idealnej nie wypala jeden plan, po drugim, było całkiem odświeżające. I dzięki temu znowu zaczęłam jej kibicować.

To już piąty tom serii i nareszcie co nieco zaczęło się wyjaśniać. Dowiemy się kto uknuł całą tą dziejową intrygę, skąd wypełzł Erawan, i dlaczego bogowie wtrącają się w życie bohaterów, a każdy z nich jest czyimś wybrańcem. Wyjaśni się też, dlaczego Aelin od już od małego ma tak bardzo pod górkę, komu została obiecana i jaką cenę przyjdzie jej zapłacić. Oraz za czyje błędy.

Im dalej w las, tym więcej mam sympatii dla pozostałych bohaterów. I jak Rowan, lądując pod pantoflem, sporo stracił w moich oczach, tak pod koniec książki ma szansę się wykazać. Obecnie jestem zdecydowanie #teamDorian, który znacznie zyskał na atrakcyjności, odkąd zaczął więcej myśleć i rzadziej się odzywać. No i zabijać przeciwników dusząc ich widmowymi dłońmi. Przywiązałam się też do Leandry, mam nadzieję, że nie zginie.

Ten tom jest zdecydowanie bardziej różnorodny od poprzedniego – zarówno, jeśli chodzi o działania wojenne, jak i o landszafty. Dlatego też jeśli „Królowa cieni” trochę was znużyła, to „Imperium burz” będzie dobre na rozruszanie.

Sarah J. Maas, Imperium burz, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2017, 862 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.