Czas na czytanie: „Miasto niebiańskiego ognia” Cassandra Clare

Z przykrością muszę przyznać, że to pierwsza z książek Cassandry Clare, która trochę mi się dłużyła, szczególnie w samym środku – już po wielu tragicznych wydarzeniach, ale w momencie oczekiwania na finałową bitwę i ostateczne rozwiązanie całej serii. 700 stron to mimo wszystko trochę za dużo radości. Nie było to jednak na tyle uciążliwe, żebym zdecydowała się odłożyć książkę, wręcz przeciwnie – podobnie jak 5 poprzednich tomów, i ta wchodzi bardzo szybko i lekko, nawet mimo długaśnych momentów mozolnego brnięcia przez pustynię.

Sebastian wyposażony w kielich pozwalający stworzyć Mrocznych Nocnych Łowców wydaje się być niepokonanym przeciwnikiem – szczególnie, że „rekrutuje” swoją armię napadając i przemieniając Nefilim, a nie ma nic trudniejszego, niż walka z wrogiem noszącym twarze naszych najbliższych. Nawet, jeśli to tylko powłoka, której ukradziono duszę, któż byłby w stanie wycelować w nią miecz? Jakby tego było mało, jeden z sojuszników Clave szykuje się do zdrady dołączając do szeregów Morgensterna. Nie da się ukryć, że Valentine był przy swoim synu puszystym kociakiem – chciał odsunięcia Clave od sprawowania rządów, niepodzielnej władzy nad Mrocznymi Łowcami i zerwania Porozumień z Podziemnymi. Cel Jonatana jest znacznie prostszy – zniszczyć świat i rządzić jego popiołami. Koniecznie mając przy sobie siostrę – jedyną osobę, która ma dla niego jakąkolwiek wartość.

Ostatnia część nie tylko domyka historię Clary i Mrocznej Wojny, w którą została wplątana, ale przy okazji otwiera mnóstwo nowych wątków, które będą kontynuowane w kolejnych cyklach, a do głosu dochodzą kolejne rody – pojawia się rodzeństwo Blackthornów i Emma Carstairs z legendarnym mieczem u boku (otrzymali własną historię w trylogii „Mroczne Intrygi”), brat Zachariasz okazuje się jeszcze bardziej intrygującą postacią, niż wcześniej, ze Spiralnego Labiryntu wychodzi czarownica Tessa Gray, której historię możemy poznać w trylogii „Diabelskie Maszyny” (za którą lada moment się zabieram), a Magnus spisze kilka historii ze swojej niekrótkiej młodości („Kroniki Magnusa Bane’a”). Nie ma więc mowy o żadnych pożegnaniach. To dopiero zaproszenie do dalszej przygody.

I z przyjemnością to zaproszenie przyjmuję, bo świat stworzony przez Cassandrę Clare – świat niby najzupełniej normalny, a pełen wilkołaków, wampirów, czarowników i demonów schowanych przed wzrokiem zwykłych śmiertelników, z Nocnymi Łowcami mającymi w żyłach anielską krew i czerpiącymi siłę z magicznych znaków stojącymi na straży porządku – bardzo przypadł mi do gustu, do czego w dużej mierze przyczyniło się poczucie humoru bohaterów (za tak długie zdanie moja polonistka z gimnazjum zrobiłaby mi równie długi wykład, ale jakoś nie mogę go skończyć, to jeszcze dopiszę coś w nawiasie, zawsze miałam słabość do impresjonizmu). Strasznie się cieszę, że jeszcze tyle przede mną, choć jednocześnie długość Kronik Nocnych Łowców troszkę napawa mnie przerażeniem. Ale jestem pewna, że będzie fajnie!

Sporym minusem całej serii było dla mnie bardzo przeciętne tłumaczenie i niestaranna korekta – pojawiało się naprawdę sporo błędów i wyłapałam kilka może nie szczególnie ważnych, ale kulawo brzmiących błędów w tłumaczeniu. Na przykład zamiast słowa „brokat” pojawia się „błyszczyk”, w związku z czym Magnus pociera oko i w związku z tym palce lśnią mu od błyszczyku, pokój Isabelle jest cały obsypany błyszczykiem itp. Tego rodzaju nieznaczne, ale w całokształcie męczące szczegóły. Zwłaszcza, gdy pojawiają się w tekście niejednokrotnie.

W ostatnim tomie strasznie za to drażnił mnie pewien błąd rzeczowy – ważna dla fabuły jest pewna sala w Gard, która opisywana w następujący sposób:

„(…) zbudowana jak amfiteatr: półokrąg ław otaczający podium z dwiema mównicami, jedną dla Konsula, drugą dla Inkwizytora. Znajdujące się za duże prostokątne okna wychodziły na Alicante”.

I ja wiem, że w tym momencie pewnie jestem zbyt czepialska, ale tego rodzaju konstrukcja na planie półokręgu to teatr. Przedrostek „amfi-” oznacza podwojenie, czyli amfiteatr jest budowlą na planie zbliżonym do okręgu (podwójny teatr). Jak na przykład Amfiteatr Flawiuszów, zwany potocznie Koloseum. I za pierwszym razem tylko trochę mnie to zirytowało, ale to porównanie pojawia się w tekście dwa lub nawet trzy razy, więc musiałam podzielić się frustracją :)

Podsumowując – było długo, ale fajnie i chcę więcej. To jedna z tych autorek, której książki właściwie czytają się same – bardzo łatwo wchodzą i nie wymagają od czytelnika zbyt wiele wysiłku, to po prostu czysta, dobra rozrywka. Świetnie mi się przy nich odpoczywa.

Cassandra Clare, Dary anioła T. 6: Miasto niebiańskiego ognia, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2014, 704 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Wezwij sokoła” Maggie Stiefvater

Macie takich autorów, po których sięgacie w ciemno? Maggie Stiefvater jest jednym z moich pewniaków. I chociaż jej książki nie zajmują może miejsc w Top10 moich ulubionych, to tworzone przez nią światy mają w sobie coś hipnotyzującego i zawsze potrafią zaskoczyć.

Kruczy Cykl („Król Kruków”, „Złodzieje snów”, „Wiedźma z lustra”, „Przebudzenie króla”) wspominam z nostalgią, więc na jego kontynuację, tym razem poświęconą przede wszystkim Ronanowi zaświeciły mi się oczy.

Ktoś zabija Śniących. Bezwzględnie i bez litości. I to nie jeden jakiś pojedynczy szaleniec, a zorganizowana grupa z ponadnaturalnym wsparciem. Co gorsza, z przekonaniem, że robi dobrze, a ich misja ma dla świata najwyższą wagę. Jej członkowie pozostawiają więc swoim ofiarom ultimatum – przestajesz śnić, albo umierasz. Szkoda tylko, że Śniący, który powstrzymuje się od śnienia umiera. Umiera również kiedy oddali się za bardzo od źródła swojej mocy.

Wraz ze śmiercią Śniącego wszystkie wyśnione przez niego stworzenia zapadają w nieprzerwany, wieczny sen – niczym Śpiące Królewny. To smutne, kiedy dotyczy krów, czy wyśnionego kota. Co jednak czuć, gdy taki los czeka wyśnioną osobę? Osobę, którą zdążyłeś pokochać? Czy sny mają prawo żyć własnym życiem, czy już na zawsze powinny być zależne od swoich stwórców? Czy czyhający na życie Śniących Moderatorzy faktycznie walczą o przetrwanie świata?

Nie było mi się łatwo wkręcić w tą opowieść, ale też byłam tego świadoma już do niej siadając – poprzednie przygody Kruczych Chłopców czytałam dobre cztery lata temu (to były moje początki przelewania wrażeń po lekturze w „recenzje”, są takie nieporadne! Ale jest w nich coś uroczego), jestem więc baaaardzo nie na bieżąco, a oniryzm i przenikanie się różnych rzeczywistości nigdy nie były moimi ulubionymi konwencjami w literaturze.

Tym bardziej, że poza samym Ronanem i jego braćmi oraz incydentalnie pojawiającym się Adamem, pozostali bohaterowie znani z pierwszej serii, w pierwszej części „Śniącego” nie występują. Natomiast sporą rolę otrzymuje Declan, pojawia się również sporo nowych bohaterów pretendujących do miana „głównych”. Płynności w śledzeniu historii nie ułatwia zmieniająca się narracja, pozwala ona jednak obserwować wydarzenia i motywy działania z różnych perspektyw.

Został za to utrzymany klimat niesamowitości – gdzieś na granicy cudowności i grozy, jest i po raz kolejny zdumiewający koktajl charakterów, bo i autorka wciąż fantastycznie buduje swoje postacie. Jest też całkiem dużo na temat amerykańskiej sztuki nowoczesnej, można więc fajnie poszerzyć horyzonty, googlowałam z przyjemnością.

Poza tym, jeśli na jednej szali postawi się wszystkie „przeciwności”, a na drugiej Ronana, Ronan zawsze wygrywa, nie ma innej opcji. Ten bohater w pełni zasługiwał na swoją własną trylogię, liczę, że w kolejnych częściach poznamy go jeszcze bardziej. I że będzie zdecydowanie więcej Adama.

A przede wszystkim liczę na to, że druga część pojawi się już wkrótce. Mam nadzieje, że po „klątwie pierwszego tomu’, w drugi już wczuję się już od pierwszej strony.

Maggie Stiefvater, Wezwij sokoła, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2021, 510 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Siostra gwiazd” Marah Woolf

Zazwyczaj, kiedy sięgam po nową serię fantastyczną – czy to dla dorosłych, czy dla młodzieży, potrzebuję dłuższego „rozpędu” żeby wczuć się w świat, poznać jego realia i szerszy kontekst. W „Siostrze gwiazd”, pierwszej części trylogii „Trzy siostry” było natomiast coś takiego, że już od pierwszych stron wciągnęłam się w akcję, a różne aspekty i wcale skomplikowaną sytuację świata przedstawionego przyswajałam jakby mimochodem.

To całkiem zręcznie i naprawdę ciekawie skonstruowane uniwersum – czerpiące z legend arturiańskich i mitologii celtyckiej, pełne magów, czarownic i czarodziejów, chroniących ludzkość przed demonami od tysiącleci. W dodatku na samej krawędzi tragedii, bo zapoczątkowany przez Merlina, trwający od niemalże tysiąca pięciuset lat pokój zbliża się ku końcowi i coraz więcej wygnanych przed wiekami demonów przedostaje się do świata ludzi.

Jednym z tematów, które lubię wyjątkowo, szczególnie w fantastyce, są pałacowe intrygi. A te w rzeczywistości „Trzech czarownic” nie ograniczają się do murów jednego pałacu, a właściwie rozciągają nie tylko na cały kraj, ale i świat. Mamy dwie główne siły w magicznym świecie, dwa ośrodki władzy – Lożę stojącą na straży mistycznego Źródła – bramy do świata demonów – i Kongregację będącą czymś w rodzaju magicznego rządu. Oczywiście oba ośrodki mają odmienne zdanie co do polityki i kierunku negocjacji z okrutnym i bezkompromisowym Królem Demonów.

Pomiędzy tymi siłami zaplątana jest Vianne – najlepsza przyjaciółka z dzieciństwa Wielkiego Mistrza Loży, wraz z siostrami staje się jednocześnie wysłanniczką Kongregacji, do której została wysłana przed kilku laty, by ta pomogła jej wyjść ze śmiertelnej choroby. A że ani jedna, ani druga ze stron nie jest do końca szczera w swoich zamiarach, Vi nie potrafi określić po której ze stron konfliktu chce stać. A prawdziwy przeciwnik nie zamierza czekać na decyzję.

Nastawiałam się na epickie bitwy z demonami i to był trochę błąd, bo cały czas czekałam na prawdziwą akcję – a chociaż w pierwszym tomie sporo się dzieje, jest on jednak jakby wstępem do eskalacji konfliktu, który zaczyna się dopiero na ostatnich stronach książki (swoją drogą dla autorów kończących w ten sposób z pewnością czeka specjalne miejsce w piekle…), swoistą ciszą przed burzą. Dowiadujemy się tu jednak sporo o bohaterach, samym świecie, rządzących nimi siłach, boginiach, mocach czarownic, polityce, historii, mitach i relacjach międzyludzkich.

Bo i jest to w dużej mierze opowieść o emocjach. Na pierwszy plan oczywiście wysuwa się magiczny romans – nieszczęśliwa miłość Vi do mężczyzny, który zachowuje się trochę jak pies ogrodnika. To przyciągając ją do siebie, to odpychając rani ją raz po raz. To ciągła walka między tym, co osobiste, a tym, co polityczne. Poszukiwanie mniejszego zła i poświęcanie własnego szczęścia dla dobra ogółu. A jak to zwykle bywa z nastoletnimi pierwszymi miłościami do szaleństwa, i ta popycha do popełnienia niejednej głupoty.

Jednak równie ważna jest relacja między samymi siostrami. Choć każda z nich jest inna – zarówno pod względem wyglądu, charakteru, jak i mocy, którą włada – w każdym momencie są gotowe stanąć za sobą murem.

A i mieszkańcy miasteczka, w chwilach największego zagrożenia wypracowali sobie fajną dynamikę, która dodaje całej opowieści pewnej siły i spójności. To niewielka społeczność dbająca o siebie wzajemnie i  gotowa stanąć na drodze demonom by ocalić świat i siebie nawzajem.

Nie mam pojęcia jak będę do tego podchodzić za te 8-10 lat, kiedy moja córka dorośnie do tego rodzaju książek, ale jak na razie rekomenduję ją dla nieco starszej młodzieży – powiedzmy jakoś od 15 roku życia, ze względu na ładnie, ale przy tym dokładnie opisany stosunek seksualny, co zazwyczaj nie jest praktykowane w książkach skierowanych typowo do młodzieży. Szczególnie, że sama relacja bohaterów jest dość toksyczna. Jeśli chodzi o mnie, to chyba nie mam nic przeciwko, żeby moja córka właśnie w taki sposób dowiedziała się „co i jak”, ale to już kwestia indywidualna.

No i jeszcze na koniec nie sposób nie wspomnieć o okładkach tej serii. Są po prostu boskie!.

Marah Woolf, Siostra gwiazd. O runach i cieniach, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2021, 452 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Czas na czytanie: „Miasto zagubionych dusz” Cassanda Clare

Pamiętacie, jak w poprzedniej części pisałam, że udało mi się polubić Aleca? Totalnie zmieniam zdanie, w „Mieście zaginionych dusz” mocno mi podpadł, właściwie od samego początku. I to nie tylko mi… Moja sympatia całkowicie przerzuciła się na Simona. Nawet Magnus wylądował na drugim miejscu!

Jace zniknął razem z Sebastianem, a Clave szybko zaczyna mieć na głowie poważniejsze problemy, niż szukanie uprowadzonego Nocnego Łowcy. W związku z tym misja poszukiwawcza spoczywa na barkach jego najbliższych. A że wydaje się karkołomna, samozwańcza „Drużyna Dobra” nie będzie stronić od niekonwencjonalnych i nielegalnych metod i samobójczych misji. Tylko czy połączony z Sebastianem, skarżony demoniczną krwią  Jace ma szansę jeszcze kiedykolwiek stać się naprawdę sobą? Czy właściwie jest jeszcze o co walczyć?

Chociaż to środkowy, „przejściowy” tom, sporo się w nim dzieje. I to na różnych płaszczyznach, bo bohaterowie się rozdzielają – wilkołaki poszukają pomocy u Praetor Lupus, Simon z Magnusem i rodzeństwem Lightwoodów będą szukali sposobu na rozłączenie Jonatanów, a Clary jak zwykle rzuci się w niebezpieczeństwo na łeb na szyję i praktycznie bez asekuracji. Będzie więc trochę potyczek z demonami, mroczne plany i sporo makabry zakończonej kolejną epicką bitwą dobra ze złem. I po raz kolejny nie obejdzie się bez ofiar wśród przyjaciół. A ponure zakończenie nie pozwala czekać ani chwili z zatopieniem się w ostatnią cześć tego cyklu.

A jeśli chodzi o odmianę imienia Jace’a, to jednak miałam rację! W tej części już zarzucono pomysł tej dziwnej odmiany, która tak drażniła mnie w „Mieście upadłych aniołów”, może to był jakiś średnio udany eksperyment? Co ciekawe tłumaczka przez wszystkie tomy pozostaje ta sama. Niestety i tym razem wyłapałam całkiem sporo błędów, które powinna wymieść korekta, na szczęście nie na tyle dużo, żeby popsuć przyjemność z lektury.

Cassandra Clare, Dary anioła T. 5: Miasto zagubionych dusz, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2013, 550 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Miasto upadłych aniołów” Cassanda Clare

Myślałam, że Dary Anioła to trylogia (swoją drogą wydaje mi się, że był tak napisane w jednym z blurbów pierwszych części) i to już koniec przygód Clary i Jace’a jako pierwszoplanowych bohaterów. A tu niespodzianka, mają dla siebie kolejne 3 książki! To znaczy mają je dla siebie od lat, ale ja mam taki szybki czas reakcji…

Jeśli czytelnik spodziewa się, że po pokonaniu Valentina i ostatecznym rozwiązaniu kwestii bycia i nie bycia rodzeństwem Jace i Clary nareszcie będą mogli w spokoju randkować i cieszyć się urokami miłości i młodości, to oczywiście jest w błędzie. Jace jest dręczony przez koszmary i obawy, które nie pozwalają mu zbliżyć się do ukochanej. A nocne mary mają coraz większy wpływ na rzeczywistość. Tymczasem Simon nie do końca odnajduje się w byciu wampirem – mimo niespodziewanej eksplozji zainteresowania płci przeciwnej jego osobą nie radzi sobie z samotnością – coraz mniej pasuje do świata Przyziemnych i nie jest w stanie dłużej oszukiwać swojej rodziny, w klanie wampirów nie ma dla niego miejsca, a Nocni Łowcy nie traktują jego gatunku z sympatią. Dlatego kiedy otrzymuje nieoczekiwaną propozycję, będzie musiał dobrze się zastanowić, czy jej nie przyjąć. Nawet w idealnym związku Aleca i Magnusa pojawiają się zgrzyty. Swoją drogą jak dotychczas najbardziej na świecie lubiłam czarownika, tak zaczynam mieć również coraz więcej sympatii do Alexandra, to zdecydowanie moi ulubieńcy. Chociaż Simona też nie sposób nie polubić.

Podczas czytania tej części niesamowicie drażniły mnie błędy, których niestety całkiem sporo umknęło w korekcie. I odmiana imienia „Jace”. Jakoś naturalniej wydaje mi się odmienianie „zmierzyła wzrokiem Jace’a” niż „Jace’ego”. Niestety nie pamiętam, jak było w poprzednich częściach, a zdążyłam już oddać je do biblioteki. Może ustalono tak od początku, a dopiero teraz zaczęło mi przeszkadzać?

Mimo to strasznie fajnie wrócić do tego świata. Są demony, spiski, tajemnicze morderstwa, chłopięce przekomarzania, sporo mrożącej krew w żyłach masakry i niezła dawka poczucia humoru, które tak mi w tej serii pasuje.

Cassandra Clare, Dary Anioła T. 4: Miasto upadłych aniołów, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2013, 438 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Serce trolla” Holly Black

Kiedy nastoletnia Val zostaje zdradzona przez najbliższych w wyjątkowo paskudy sposób, obraca się na pięcie, wychodzi z domu, wsiada do pociągu i pozwala pożreć się demonom wielkiego miasta. Już drugiego dnia na gigancie przyłącza się do grupki młodych bezdomnych koczujących na zamkniętej stacji metra. Szybko orientuje się, że towar, którym dilują nowi znajomi jest nie do końca z tego świata, jednak by w to uwierzyć, musi zobaczyć dowód na własne oczy. Czy istnieje łatwiejsza droga by wpakować się w kłopoty? Nadnaturalne kłopoty, o tym warto wspomnieć.

Chociaż sama książka nie jest długa, i jak zwykle czytało mi się błyskawicznie, ze wszystkich książek Holly Black, które dotychczas czytałam, ta podobała mi się najmniej. Z dwóch powodów.

Przede wszystkim u tej autorki najbardziej ze wszystkiego uwielbiam magiczną niesamowitość krainy elfów, z otumaniającą i niepokojącą siłą przyrody na czele. A tu kicha – cała akcja powieści toczy się w pełnym żelaza Nowym Jorku i tylko na kilka chwil przyjdzie nam zawitać na Dwór Termitów pod cmentarnym pagórkiem. Więc pod tym względem rozczarowanko.

Drugim zgrzytem jest moja nieco absurdalna obrzydliwość względem żył i igieł. Jest mi słabo na sam dźwięk tych słów, a kiedy występują w parze to już w ogóle mogiła. A to jest książka o narkomanii. Z pięknymi, plastycznymi opisami. Musiałam wyglądać bardzo zabawnie podczas lektury.

Czuć też trochę, że to jedna z pierwszych książek Holly Black – już orbitująca wokół tematyki, która niemal dekadę później znajdzie rozwinięcie w „Okrutnym księciu” i zdobędzie serca fanów, ale jeszcze sprzed ukształtowania charakterystycznego dla niej stylu. Niemniej jednak jest to historia warta uwagi – z jednej strony bardzo lekka do czytania, „na jeden wieczór” (chyba, że ktoś jest równie obrzydliwy jak ja), z drugiej porusza poważną tematykę zagubienia, bezsilności, utraty kontroli nad swoim życiem, opierania się uzależnieniu, odpowiedzialności i podejmowaniu walki o siebie i o to, co dla nas ważne. Z trzeciej zaś ciekawa wersja świata przedstawionego, gdzie elfowa potworna niesamowitość przenika do świata rzeczywistego, a zwykły człowiek nie zdaje sobie sprawy z niebezpieczeństwa czyhającego na niego właściwie na każdym kroku.

Czy brak odpowiedzialności faktycznie jest tożsamy z wolnością?

Podobnie, jak reszta elfowej serii wydawanej przez Wydawnictwo Jaguar, doczekała się świetnej szaty graficznej, szczególnie w zestawieniu z pierwszym polskim wydaniem z 2007 roku („Waleczna”, wydawnictwo Dolnośląskie).

Holly Black, Serce Trolla, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2021, 288 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Czas na czytanie: „Hurt comfort” Weronika Łodyga

Tytułowe hurt/comfort to w fanfiction określenie konwencji, w której relacja bohaterów opiera się na pocieszaniu w cierpieniu.

Adam nie jest kimś, kogo łatwo da się wpisać w kalkę osoby „normalnej”. Zamknięty w sobie, cierpiący na fobię społeczną, od dzieciństwa zmagający się z mutyzmem wybiórczym i skomplikowaną sytuacja rodzinną. I chociaż życie z takimi atrakcjami nie jest łatwe, całkiem nieźle radzi sobie w swojej skorupie, ma niewielkie grono dobrych przyjaciół, pasję i ściśle określone plany na przyszłość. I z pewnością nie ma ochoty wpuszczać nikogo do swojego skrzętnie uporządkowanego wszechświata.

Janek jest za to chodzącą tęczową kulką optymizmu i wiary w siebie (chyba, że akurat chodzi o pisanie matury z matematyki). Kiedy w autobusie wpada mu w oko mało przyjazny chłopak, który woli udawać głuchoniemego, niż porozmawiać z nieznajomym, ani myśli się poddać.

Jakiś czas temu moje serce kompletnie skradła książka „Twój Simon”. Dziś mogę powiedzieć, że ma bardzo silną konkurencję. Jestem zachwycona, że tak sympatyczna i przy tym naprawdę dobra książka wyszła spad pióra polskiej autorki.

Tak naprawdę homoseksualizm jest chyba ostatnim z problemów głównego bohatera. Bo czymże jest wizja zakochania się w innym chłopaku, kiedy wisi nad tobą widmo matury (szczególnie z polskiego), ojciec bywa w domu tylko na weekendy a ty wciąż nie potrafisz z nim rozmawiać (dosłownie), wciąż jeszcze przeżywasz zdradę najlepszego przyjaciela i codziennie musisz wychodzić z domu by obcować z innymi ludźmi. Co gorsza wchodzić z nimi w relacje i interakcje. W liceum.

I to jest super, bo orientacja seksualna jest zwykle w tego rodzaju literaturze cechą definiującą bohatera i głównym problemem książki. Tutaj jest raczej tłem, jedną z wielu cech i to raczej ta mniej ważną. Warto sobie czasem przypomnieć, że brak akceptacji i rozumienia ze strony otoczenia może porządnie dokuczyć na długo wcześniej, niż zaczniemy w ogóle myśleć o swojej seksualności. Wystarczy być choć odrobinę innym od pozostałych.

Fantastycznie humorystyczna książka podejmująca naprawdę trudne i przygnębiające tematy. Cała lektura to był jeden wielki comfort, jak gorące kakao z piankami w zimny dzień, a podczas czytania nie sposób się nie szczerzyć. Bohaterowie są świetni (kocham ich wszystkich!), licealna rzeczywistość została wykreowana w sposób do bólu autentyczny (jeszcze nie jestem taka stara, prawie nic się nie zmieniło. Tylko nie wiem co to jest Tumblr, ale chyba jednak ta wiedza nie jest mi potrzebna do szczęścia) i przy tym uszczypliwie ironiczny, a problemy nastolatków są bardzo realne.

Lekka, przyjemna, urocza komedia romantyczna z maturą w tle. Skrada serce niezależnie od wieku czytelnika.

Weronika Łodyga, Hurt comfort, Białystok: Wydawnictwo Kobiece Young, 2020, 420 s.

Czas na czytanie: „Inne zasady lata”, Benjamin Alire Saenz

To właśnie cała ja – bożonarodzeniowe książki w kwietniu, a na powieści o wakacjach nachodzi mnie w środku zimy.

Angel Arystoteles Mendoza ma 15 lat i nie jest najbardziej towarzyskim typem w El Paso. Z natury raczej samotnik, raczej zamknięty w sobie, tłumiący emocje, nie najlepiej radzi sobie z dbaniem o relacje i nawiązywaniem przyjaźni głębszych niż powierzchowne koleżeństwo. Na co dzień milcząco zmaga się z problemami rodzinnymi – brakiem płaszczyzny porozumienia z ojcem milcząco przeżywającym traumę wojny w Wietnamie oraz tęsknotą za ukochanym bratem, który został całkowicie wykreślony z historii rodziny.

„Problem z moim życiem polegał na tym, że było ono pomysłem kogoś innego”.

Pewnego lata przez jego mur przebija się Dante – ciekawy świata, uśmiechnięty artysta z awersją do noszenia butów. Szybko okazuje się, że prawdziwa przyjaźń to nie tylko przywiązanie i związane z drugą osobą uczucia i emocje, ale również zyskanie zupełnie nowego spojrzenia na świat. A ten może okazać się naprawdę zdumiewający i faktycznie tylko czekać na odkrycie. W końcu zdecydowanie łatwiej rozwiązywać tajemnice wszechświata z przyjacielem.

To opowieść o poczuciu osamotnienia, różnych rodzajach odmienności, o poszukiwaniu tożsamości, potrzebie wolności i akceptacji, o młodości, głodzie świata i wcale nie tak przyjemnym dorastaniu, o strachu i stawianiu mu czoła, o poznawaniu i definiowaniu siebie – od swoich uczuć i emocji, przez relacje z innymi, aż po cielesność.

Świetnie napisana, jednocześnie lekka i skłaniająca do refleksji, przyjemna w odbiorze i poruszająca poważne problemy. Raz przyziemna, raz poetycka, pełna uczuć i dominującego poczucia zagubienia, o naprawdę mądrym przekazie. Nie jest łatwo być nastolatkiem, dobrze sobie o tym czasem przypomnieć. A jeśli akurat jest się w tym wieku, pocieszająca będzie świadomość, że nie jest się w tym wszystkim samym.

Benjamin Alire Saenz, Inne zasady lata, Bielsko-Biała: Wydawnictwo Rodzinne, 2013, 339 s.

Czas na czytanie: „Dary anioła. Miasto szkła” Cassandra Clare

W trzecim tomie Darów Anioła nareszcie dane nam będzie zobaczyć osławione Alicante – stolicę ojczyzny Nocnych Łowców, Szklane Miasto i najlepiej chronione przed demonami miejsce na świecie. Do czasu, bo tak się akurat składa, że stoi na skraju wojny, ale nikt przecież nie mówił, że Clary ma szczęście do podróżowania.

A nasza bohaterka wyjątkowo będzie zachodzić wszystkim za skórę – nawet Lukowi, któremu tym razem rodzicielstwo nieźle da w kość. Znaczy jeszcze bardziej, niż dotychczas. Bo za ulotną nadzieją na uratowanie matki Clary pójdzie wszędzie i na oślep – nie patrząc jakie szkody może wyrządzić po drodze i kogo dotkną konsekwencje jej czynów.

Dowiemy się więcej na temat przeszłości bohaterów – zarówno Luka i Jocelyn, jak i przeklętego rodzeństwa. Historia ich narodzin i nadnaturalnych zdolności wreszcie złoży się w logiczną całość.

Będzie też oczywiście pełen dramatów ciąg dalszy romantycznych rozterek bohaterów, ale tym razem (uwaga spoiler!) wreszcie znajdą szczęście zakończenie. Cóż, w pewnym sensie i przynajmniej dla niektórych.

Starcie jest nieuniknione, Nocni Łowcy szykują się do wojny z Valentinem. Czy będą zmuszeni stawić mu czoła osamotnieni? Bolesne straty pojawią się zarówno po stronie wrogów, jak i przyjaciół. Będzie jatka, będą tortury, mnóstwo demonów, eksperymenty na dzieciach, wredne wampiry, czarna magia, podstępni szpiedzy, najprawdziwsze anioły i zuchwałe nastolatki. Będzie siła przyjaźni i solidarności, będą tez próby zniesienia podziałów i stworzenia nowych Porozumień i generalnie próby zaprowadzenia pokoju i miłości wśród zwaśnionych. Czy to możliwe, by Podziemni i Łowcy współegzystowali odpuściwszy wiekowy konflikt? Czy wspólny wróg to dość, by zapomnieć o pełnej urazy historii dwóch stron barykady?

Przekonajcie się!

Cassandra Clare, Dary anioła T. 3: Miasto szkła, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2018, 544 s
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~