Czas na czytanie: „Hurt comfort” Weronika Łodyga

Tytułowe hurt/comfort to w fanfiction określenie konwencji, w której relacja bohaterów opiera się na pocieszaniu w cierpieniu.

Adam nie jest kimś, kogo łatwo da się wpisać w kalkę osoby „normalnej”. Zamknięty w sobie, cierpiący na fobię społeczną, od dzieciństwa zmagający się z mutyzmem wybiórczym i skomplikowaną sytuacja rodzinną. I chociaż życie z takimi atrakcjami nie jest łatwe, całkiem nieźle radzi sobie w swojej skorupie, ma niewielkie grono dobrych przyjaciół, pasję i ściśle określone plany na przyszłość. I z pewnością nie ma ochoty wpuszczać nikogo do swojego skrzętnie uporządkowanego wszechświata.

Janek jest za to chodzącą tęczową kulką optymizmu i wiary w siebie (chyba, że akurat chodzi o pisanie matury z matematyki). Kiedy w autobusie wpada mu w oko mało przyjazny chłopak, który woli udawać głuchoniemego, niż porozmawiać z nieznajomym, ani myśli się poddać.

Jakiś czas temu moje serce kompletnie skradła książka „Twój Simon”. Dziś mogę powiedzieć, że ma bardzo silną konkurencję. Jestem zachwycona, że tak sympatyczna i przy tym naprawdę dobra książka wyszła spad pióra polskiej autorki.

Tak naprawdę homoseksualizm jest chyba ostatnim z problemów głównego bohatera. Bo czymże jest wizja zakochania się w innym chłopaku, kiedy wisi nad tobą widmo matury (szczególnie z polskiego), ojciec bywa w domu tylko na weekendy a ty wciąż nie potrafisz z nim rozmawiać (dosłownie), wciąż jeszcze przeżywasz zdradę najlepszego przyjaciela i codziennie musisz wychodzić z domu by obcować z innymi ludźmi. Co gorsza wchodzić z nimi w relacje i interakcje. W liceum.

I to jest super, bo orientacja seksualna jest zwykle w tego rodzaju literaturze cechą definiującą bohatera i głównym problemem książki. Tutaj jest raczej tłem, jedną z wielu cech i to raczej ta mniej ważną. Warto sobie czasem przypomnieć, że brak akceptacji i rozumienia ze strony otoczenia może porządnie dokuczyć na długo wcześniej, niż zaczniemy w ogóle myśleć o swojej seksualności. Wystarczy być choć odrobinę innym od pozostałych.

Fantastycznie humorystyczna książka podejmująca naprawdę trudne i przygnębiające tematy. Cała lektura to był jeden wielki comfort, jak gorące kakao z piankami w zimny dzień, a podczas czytania nie sposób się nie szczerzyć. Bohaterowie są świetni (kocham ich wszystkich!), licealna rzeczywistość została wykreowana w sposób do bólu autentyczny (jeszcze nie jestem taka stara, prawie nic się nie zmieniło. Tylko nie wiem co to jest Tumblr, ale chyba jednak ta wiedza nie jest mi potrzebna do szczęścia) i przy tym uszczypliwie ironiczny, a problemy nastolatków są bardzo realne.

Lekka, przyjemna, urocza komedia romantyczna z maturą w tle. Skrada serce niezależnie od wieku czytelnika.

Weronika Łodyga, Hurt comfort, Białystok: Wydawnictwo Kobiece Young, 2020, 420 s.

Czas na czytanie: „Inne zasady lata”, Benjamin Alire Saenz

To właśnie cała ja – bożonarodzeniowe książki w kwietniu, a na powieści o wakacjach nachodzi mnie w środku zimy.

Angel Arystoteles Mendoza ma 15 lat i nie jest najbardziej towarzyskim typem w El Paso. Z natury raczej samotnik, raczej zamknięty w sobie, tłumiący emocje, nie najlepiej radzi sobie z dbaniem o relacje i nawiązywaniem przyjaźni głębszych niż powierzchowne koleżeństwo. Na co dzień milcząco zmaga się z problemami rodzinnymi – brakiem płaszczyzny porozumienia z ojcem milcząco przeżywającym traumę wojny w Wietnamie oraz tęsknotą za ukochanym bratem, który został całkowicie wykreślony z historii rodziny.

„Problem z moim życiem polegał na tym, że było ono pomysłem kogoś innego”.

Pewnego lata przez jego mur przebija się Dante – ciekawy świata, uśmiechnięty artysta z awersją do noszenia butów. Szybko okazuje się, że prawdziwa przyjaźń to nie tylko przywiązanie i związane z drugą osobą uczucia i emocje, ale również zyskanie zupełnie nowego spojrzenia na świat. A ten może okazać się naprawdę zdumiewający i faktycznie tylko czekać na odkrycie. W końcu zdecydowanie łatwiej rozwiązywać tajemnice wszechświata z przyjacielem.

To opowieść o poczuciu osamotnienia, różnych rodzajach odmienności, o poszukiwaniu tożsamości, potrzebie wolności i akceptacji, o młodości, głodzie świata i wcale nie tak przyjemnym dorastaniu, o strachu i stawianiu mu czoła, o poznawaniu i definiowaniu siebie – od swoich uczuć i emocji, przez relacje z innymi, aż po cielesność.

Świetnie napisana, jednocześnie lekka i skłaniająca do refleksji, przyjemna w odbiorze i poruszająca poważne problemy. Raz przyziemna, raz poetycka, pełna uczuć i dominującego poczucia zagubienia, o naprawdę mądrym przekazie. Nie jest łatwo być nastolatkiem, dobrze sobie o tym czasem przypomnieć. A jeśli akurat jest się w tym wieku, pocieszająca będzie świadomość, że nie jest się w tym wszystkim samym.

Benjamin Alire Saenz, Inne zasady lata, Bielsko-Biała: Wydawnictwo Rodzinne, 2013, 339 s.

Czas na czytanie: „Dary anioła. Miasto szkła” Cassandra Clare

W trzecim tomie Darów Anioła nareszcie dane nam będzie zobaczyć osławione Alicante – stolicę ojczyzny Nocnych Łowców, Szklane Miasto i najlepiej chronione przed demonami miejsce na świecie. Do czasu, bo tak się akurat składa, że stoi na skraju wojny, ale nikt przecież nie mówił, że Clary ma szczęście do podróżowania.

A nasza bohaterka wyjątkowo będzie zachodzić wszystkim za skórę – nawet Lukowi, któremu tym razem rodzicielstwo nieźle da w kość. Znaczy jeszcze bardziej, niż dotychczas. Bo za ulotną nadzieją na uratowanie matki Clary pójdzie wszędzie i na oślep – nie patrząc jakie szkody może wyrządzić po drodze i kogo dotkną konsekwencje jej czynów.

Dowiemy się więcej na temat przeszłości bohaterów – zarówno Luka i Jocelyn, jak i przeklętego rodzeństwa. Historia ich narodzin i nadnaturalnych zdolności wreszcie złoży się w logiczną całość.

Będzie też oczywiście pełen dramatów ciąg dalszy romantycznych rozterek bohaterów, ale tym razem (uwaga spoiler!) wreszcie znajdą szczęście zakończenie. Cóż, w pewnym sensie i przynajmniej dla niektórych.

Starcie jest nieuniknione, Nocni Łowcy szykują się do wojny z Valentinem. Czy będą zmuszeni stawić mu czoła osamotnieni? Bolesne straty pojawią się zarówno po stronie wrogów, jak i przyjaciół. Będzie jatka, będą tortury, mnóstwo demonów, eksperymenty na dzieciach, wredne wampiry, czarna magia, podstępni szpiedzy, najprawdziwsze anioły i zuchwałe nastolatki. Będzie siła przyjaźni i solidarności, będą tez próby zniesienia podziałów i stworzenia nowych Porozumień i generalnie próby zaprowadzenia pokoju i miłości wśród zwaśnionych. Czy to możliwe, by Podziemni i Łowcy współegzystowali odpuściwszy wiekowy konflikt? Czy wspólny wróg to dość, by zapomnieć o pełnej urazy historii dwóch stron barykady?

Przekonajcie się!

Cassandra Clare, Dary anioła T. 3: Miasto szkła, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2018, 544 s
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Dary anioła. Miasto popiołów” Cassandra Clare

Jak w pierwszym tomie moją uwagę przyciągnęły przede wszystkim powtarzające się co jakiś czas pojedynki z demonami, wampirami i innymi mrocznymi stworzeniami z pogranicza światów, tak tym razem na prowadzenie wysuwają się miłosne rozterki. Od samego początku mieliśmy w tej serii do czynienia z romantycznym trójkątem i przynajmniej trzema osobami utkniętymi we friendzone, a im dalej w las, tym sytuacja coraz bardziej się plącze, zamiast rozjaśniać. Chyba nie ma tu nikogo, kto obdarza uczuciami właściwą osobę, a nawet jeśli, to bez wzajemności. A jeśli z wzajemnością, to akurat tak się składa, że są rodzeństwem, więc dylemat natury społeczno-moralno-genetycznej jak się patrzy. I nikt tak właściwie nie wie czego chce, poza Simonem, ale on akurat dostaje tylko to, czego bardzo nie chce. Trochę w więc z „Miasta popiołów” opera mydlana, ale w sumie kto nie lubi takich klimatów od czasu do czasu? Wszyscy lubią, tylko nikt się nie przyznaje!

I może faktycznie byłoby to męczące, gdyby nie toczący się wokół konflikt. Zły ojciec rośnie w siłę i buduje armię gotową zrównać z powierzchni ziemi nie tylko Clave i wszystkich Podziemnych, ale również każdego wyznającego inne ideały. I każdego kto się nawinie też. Ponura Inkwizytorka dokłada wszelkich starań, by zrobić piekło z życia Jace’a (przy jednoczesnym ignorowaniu prawdziwego zagrożenia), bo jak powszechnie wiadomo to dzieci powinni być obarczani winą za zbrodnie rodziców, a pobudki osobiste zawsze powinny przeważać nad bezpieczeństwem ogółu. Natomiast jeśli chodzi o sprawy natury rodzinno-osobistej, to i rodzinę Lightwoodów czeka niemały kryzys, po tym, jak okazało się, że adoptowany przez nich chłopiec jest synem nie tego przyjaciela, co powinien. O bałaganie w życiu Simona nawet nie będę wspominać, zdradzę tylko, że będzie… mrocznie.

Będą ciemne lochy, demony żywiące się strachem, zuchwałe kradzieże i brutalne morderstwa, masa uczuciowego bałaganu i krwawa final battle bez nadziei na zwycięstwo. Nie zabraknie jednak i charakterystycznego poczucia humoru, które zdążyłam tak polubić.

A na końcu czeka uroczy bonus z pierwszej randki Magnusa i Aleca.

Bardzo podoba mi się pomysł autorki na magię zawartą w słowie pisanym, czyli run jako źródła siły, mocy i szczególnych umiejętności Nocnych Łowców. A że nadnaturalne zdolności, które powoli odkrywa w sobie Clary są z tym silnie związane, zapowiada się rozwinięcie tego tematu w kolejnych tomach, na co bardzo czekam.

Cassandra Clare, Dary anioła T. 2: Miasto popiołów, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2018, 464 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Dary anioła. Miasto kości” Cassandra Clare

W zeszłym sezonie zima-wiosna zmierzyłam się z monumentalną serią Sarah J. Maas „Szklany Tron” i myślałam, że na jakiś czas jestem nasycona fantastycznie magicznymi przygodówkami dla młodzieży. Ale minęło trochę czasu i strasznie zatęskniłam za moją prywatną akcją nadrabiania młodzieżówek. Tym razem biorę na warsztat kolejnego tasiemca, o którym słyszeli chyba wszyscy, a ja kompletnie nie wiem o co chodzi – „Kroniki Nocnych Łowców” Cassandry Clare. Z tego, co widzę, czeka mnie w sumie 21 książek, co już samo w sobie brzmi imponująco, a do tego są wcale grubaśne. Nie wiem, czy dam radę dotrwać do końca, ale pierwszy tom pierwszej serii pochłonęłam w dwa wieczory, a to dobra wróżba. Szkoda tylko, że recenzja po kilku miesiącach… Ale wreszcie jest, liczy się! :D

Bo i książka właściwie czyta się sama – jest napisana z lekkością i mało wymagająca, bardzo dobrze mi się przy niej odpoczywało.

„Wszystkie bajki są prawdziwe”.

Chociaż mamy tu do czynienia z fantastycznym światem – ze swoimi regułami, hierarchią, stworzeniami i brudnymi sekrecikami – całkiem łatwo przyswoić rządzące nim zasady i w miarę szybko ogarnęłam kto jest kim, z kim i dlaczego. Może z tego powodu, że świat Nocnych Łowców, wojowników broniących świata przed demonami, nakłada się na nasz – jest ukryty przed oczami zwykłych śmiertelników (zwanych tu „Przyziemnymi”) pozbawionych daru Widzenia i umiejętności zaglądania pod osłonę rzeczywistości. A tam się dzieje, oj dzieje.

Piętnastoletnia Clary Fray żyje w przekonaniu, że jest najzwyklejszą ze zwykłych dziewczyn. Musi jednak zrewidować ten pogląd, kiedy na jednej z imprez jest światkiem morderstwa. Tylko że nikt poza nią nie widzi napastników, a ciało ofiary rozpływa się w nicości. Kiedy następnego dnia jej mama zostaje porwana, a ją atakuje potwór rodem z koszmarów zostaje siłą wciągnięta w świat, o którego istnieniu nie zdawała sobie sprawy, choć jest z nim nierozerwalnie związana właściwie od urodzenia.

Kto grzebał w jej umyśle nakładając na niego kolejne blokady? Co ukrywała przed nią matka i dlaczego nigdy nie wspominała ani słowem o swojej przeszłości?

Jest tu sporo widowiskowych pojedynków z mrocznymi siłami i całkiem paskudnych stworów, są drobne rodzinne sekrety (ach, która rodzina nie ma trupa w szafie?) i spiski dążące do przewrotu i zachwiania ustalonym porządkiem. Są wredni, ale przystojni młodzi wojownicy o ciętym poczuciu humoru i swojski, oddany przyjaciel we frienzonie. Są bajkowe historie, wilkołaki, wampiry na demonicznych motocyklach, ekscentryczny czarownik i wróżka-oszustka. Jest intryga, poszukiwanie skradzionego skarbu, spora dawka przyjaźni (nawet jeśli ta czasami rodzi się zupełnie mimo woli) i heroiczna misja ratunkowa.

I miłosne rozterki, więc mamy właściwie wszystko, co potrzebne w dobrej fantastycznej przygodówce. Co prawda bywa trochę przewidywalnie – spodziewałam się kto będzie zdrajcą (uwaga, spoiler – będzie zdrada!), ale plot twist na końcu książki mnie zaskoczył. Całość okazała się też dobrze zbalansowana, bo chociaż jestem usatysfakcjonowana zakończeniem, to z przyjemnością sięgnę po drugą część.

Cassandra Clare, Dary anioła T. 1: Miasto kości, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2013, 512 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Quidditch przez wieki – wydanie ilustrowane” J. K. Rowling, Emily Gravett

To już trzecie wydanie „Quidditcha przez wieki” w mojej kolekcji i nie da się ukryć, że z każdym kolejnym gabaryty książki rosną, a estetyka wydania i atrakcyjność wizualna się podnoszą (porównanie dwóch pierwszych wydań znajdziecie TUTAJ). I tym razem chyba nie uda się już tego przebić, bo wersja ilustrowana to kosmos.

Jeśli chodzi o tekst, nie ma go wcale więcej, niż w broszurce z 2002 roku, rozrosła się za to forma. I to konkretnie, teraz przyjemność z poznawania tajników najlepszej gry drużynowej na świecie jest nieporównywalnie większa.

Bo też ilustrowana wersja „Quidditcha przez wieki” to już nie tylko cienki podręcznik, a pełnowymiarowe kompendium wiedzy o tej dyscyplinie – pełne artykułów prasowych, listów, fragmentów z dziennika, archiwalnych zdjęć, rycin, maskotek drużyn, reprodukcji dzieł sztuki z czarodziejami na miotłach w roli głównej i w tle (już widać od kogo ściągali słynni mugolscy artyści!) i innych eksponatów prosto z muzeum Quidditcha w Londynie, a nawet rysunki piłek do gry w ich rzeczywistej wielkości. Piękne wydanie.

Książka ma tylko 114 stron, ale dzięki wydaniu na eleganckim, sztywnym papierze, bardzo licznym ilustracjom i rozkładówkom, wyszedł z tego naprawdę urozmaicony i widowiskowy album. I wciąż mam magiczną moc niesienia pomocy, bo środki ze sprzedaży również tego wydania zostaną przekazane organizacjom charytatywnym Comic Relief i Lumos.

Właśnie tak wyobrażałam sobie „Quidditcha przez wieki”, kiedy Harry z Ronem czytali go wspólnie przed kominkiem w pokoju wspólnym.

Nie ważne, czy kibicujesz Armatom z Chudley, Nietoperzom z Ballycastle czy Harpiom z Holyhead, jeśli jesteś prawdziwym fanem Quidditcha, koniecznie musisz mieć tą książkę!

J. K. Rowling, Emily Gravett, Quidditch przez wieki – wydanie ilustrowane, Poznań: Wydawnictwo Media Rodzina, 2020, 144 s.

Czas na czytanie: „Dlaczego król elfów nie znosił baśni”, Holly Black

Ta niedługa historia poboczna dzieje się po wydarzeniach z „Królowej niczego”. Cardan towarzyszy Jude podczas wycieczki do świata śmiertelników. Dawny zleceniodawca obecnej Najwyższej Królowej prosić Dwór o pomoc – na jego ziemie sprowadził się potwór, który beztrosko przerabia kości swych ofiar na mąkę chlebową. Okazuje się, że rzeczona trollowa wiedźma to ktoś, kogo książę zna od wczesnego dzieciństwa. A to budzi wspomnienia. I popycha do podejmowania nierozsądnych kroków.

„Jednak zanim złu zostanie wymierzona przykładna kara, powiedzcie przecie, czyż nie zło jest najpiękniejsze na świecie?”

Otrzymujemy więc garść opowieści w opowieści w opowieści. Czyli w sumie opowieść do sześcianu. Będziemy mieli szansę przyjrzeć się dzieciństwu Cardana z jego własnej perspektywy i dowiedzieć się jakie wydarzenia ukształtowały jego uroczą osobowość. Wraz z nim usłyszymy też baśń, która dojrzewa i zmienia się wraz ze słuchającym. I z intencjami opowiadającego.

„Chłopcy się zmieniają. (…) Baśnie również”.

Chociaż to książka do pochłonięcia w jeden wieczór, piękna oprawa graficzna i bogactwo klimatycznych ilustracji Roviny Cai czyni z niej prawdziwą gratkę dla fana Holly Black. Jeśli macie takiego w swoim otoczeniu, to już nie musicie martwić się o pomysł na prezent. W końcu trudno o lepszy czas na zagłębienie się w świat baśni, niż długie i ponure jesienno-zimowe wieczory. Ponura i jednocześnie piękna baśń prosto z czarownie mrocznego świata elfów będzie pasować idealnie.

Jedyny drobny zgrzyt to format wydania. Nie przepadam, kiedy jedna część serii odstaje wielkością od pozostałych tomów, psuje mi to koncepcję ustawiania na półce.

„- Nie wolno zjadać kawałka pieroga i potem go odkładać – poucza go Dąb. – To obrzydliwe.

Cardan z satysfakcją stwierdza, że zło ma wiele imion, a on zna je wszystkie”.

Holly Black, Dlaczego król elfów nie znosił baśni, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2020, 192 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Czas na czytanie: „The King’s Men” Nora Sakavic

Zdecydowanie najlepsza część trylogii. W sumie trudno się dziwić – o bohaterach i ich sytuacji wiemy już naprawdę dużo, a w ostatnim tomie czeka nas kulminacja wydarzeń. I jak pierwsza książka przypominała mi bardziej wattpadowe opowiadanie, tak trzecia to już całkiem dojrzała i dopracowana historia.

Drużyna potworów nie tylko musi się zmierzyć z całą masą genialnych drużyn na kolejnych etapach mistrzostw, by w finale utrzeć nosa swoim prześladowcom. Najpierw zawodnicy muszą stawić czoło sobie nawzajem i nie tylko się przy tym nie pozabijać, ale w dodatku zintegrować. Tajemnice, obietnice, układy i skomplikowane relacje między nimi z pewnością niczego nie ułatwią.

Oczywiście czas ucieka, a po piętach drepcze im mafia, bo choć Neil cudem przetrwał ścieżkę zdrowia w Gnieździe kruków, to przy jego psychopatycznym ojcu Riko wydaje się być przedszkolakiem w piaskownicy. A ten z pewnością nie zamierza puścić Juniorowi płazem ośmiu lat ucieczek, skazy na reputacji i ukradzionych pięciu milionów. I nie, Rzeźnik też nie jest najbardziej niebezpieczną figurą na szachownicy!

A skoro już o psychopatach mowa, to do drużyny wraca Andrew – pierwszy raz od lat całkowicie trzeźwy. I raczej nie spodoba mu się to, co zastanie. Co za szczęście, że tak bardzo lubię czytać o socjopatach i maniakach, bo tu ich z pewnością nie brakuje!

Po poprzednich częściach nie muszę ostrzegać, że będzie brutalnie, krwawo i wszyscy skoczą sobie do gardeł, prawda? Ale momentami będzie też sympatycznie, a nawet słodko (!), będzie mnóstwo woli walki, nadziei, prawdziwej przyjaźni i instynktu przetrwania.

Wątek romantyczny został potraktowany subtelnie, ale jest jak najbardziej satysfakcjonujący. Wreszcie się go doczekałam! Jak na mój gust mamy tu do czynienia z nadmiarem „syndromu męczennika” – i nie tylko mam tu na myśli historię i wybory Neila – w ogólnym rozrachunku jestem w stanie to zaakceptować.

Chociaż wciąż zdarzały się błędy, to pod względem korekty jest dużo lepiej, szczególnie w porównaniu z pierwszym tomem. Czytało się świetnie, chyba sama zdołałam zgrać się z drużyną i udzieliły mi się sportowe emocje. I mimo, że zakończenie może się wydawać przewidywalne, nie zabraknie drobnych zaskoczeń i nagłych zwrotów akcji, dzięki którym fabuła zyskuje na atrakcyjności.

Po „The Foxhole Court” nie byłam przekonana do kontynuacji, ale po przeczytaniu całości bardzo się cieszę, że nie odpuściłam tej serii. W gruncie rzeczy to fajna historia o trudnych dzieciakach, które za nic w świecie nie chcą się poddać, o tym, że poza naprawdę paskudnymi draniami są na tym świecie też porządni ludzie, o drugich szansach i o sporcie, który jednoczy. Warto poświęcić Lisom kilka długich jesiennych wieczorów.

Nora Sakavic, The King’s Men, Wydawnictwo NieZwykłe: Oświęcim 2020, 480 s.

Bajki Majki: „Artemis Fowl” Eoin Colfer

Artemis Fowl jest bohaterem jednej z ulubionych serii mojego dzieciństwa (młodszej młodzieży?). Strasznie się cieszę, że pojawiło się kolejne (zdaje się, że już trzecie?) wydanie przygód tego młodego geniusza. Tym razem w filmowej okładce.

Artemis ma 12 lat, błyskotliwy umysł, wiernych ochroniarzy i niecny plan. Żeby uratować ojca z rąk porywaczy i odbudować fortunę rodziny decyduje się wkroczyć na drogę przestępstwa z przytupem – postanawia szantażować cywilizację, o której istnieniu większość ludzi nie ma zielonego pojęcia. Mało tego, przekazy o elfach wkłada się między bajki! Warto dodać, że ta cywilizacja jest na zdecydowanie wyższym poziomie rozwoju technologicznego, niż moglibyśmy sądzić kierując się opowiastkami dla dzieci. Ale kiedy w grę wchodzi legendarny skarb, zarozumiały dziedzic rodu Fowlów nie zamierza się wahać. W końcu złoto to władza!

Fantastyczna mieszanka science fiction z powieścią przygodową, sensacją i kropelką kryminalnej zagadki inspirowana irlandzkim folklorem. To już propozycja dla bardziej zaawansowanych i zupełnie samodzielnych czytaczy – rekomenduję tak od 10 roku życia.

Pyskaty dzieciak o babskim imieniu, wróżkowa agentka, poszukiwany złoczyńca, mafia, fantastyczne stwory, wyprawa do wnętrza ziemi i latające pojazdy – gdyby ktoś mi o tym opowiadał, nie uwierzyłabym, że można to wszystko sprawnie połączyć w pasującą do siebie całość. A jednak! Bardzo dobrze wspominam ta lekturę z „młodszej młodości”, a powrót po latach był równie przyjemny. Zapnijcie pasy i bądźcie gotowi na jazdę bez trzymanki. I pamiętajcie, ze to dopiero pierwsza część siedmiotomowej serii!

Który pomysł na okładki najbardziej Wam się podoba? Ja mam wielki sentyment do pierwszej wersji (to ta, gdzie pierwsza część jest żółta) i chyba już zawsze będzie moją ulubioną. Przyznaję, że filmu nie obejrzałam – widziałam zwiastun i doszłam do wniosku, że to nie na moje nerwy. Nie powinno się krzywdzić dobrych książek kiepskimi filmami, wolałam sobie tego nie robić. Jeśli chcecie poznać Artemisa, koniecznie sięgnijcie po książkę. Od niedawna nie trzeba już szukać jej po bibliotekach!

Eoin Colfer, Artemis Fowl, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2020, 304 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak Emotikon.