Czas na czytanie: „PAN. Sekretne dziedzictwo króla elfów” Sandra Regnier

Pod wieloma względami jest to powielanie oklepanego schematu: Felicity – niezdarna brzydula ze szkolnego gangu frajerów i mocno dysfunkcyjnej rodziny oraz Leander – wszechstronnie utalentowany przystojniak, na widok którego uginają się kolana wszystkim niewiastom w promieniu kilkunastu metrów. Łączy ich nie do końca jasna przepowiednia, a dzieli spora dawka niechęci i mnóstwo tajemnic.

Czy wspominałam już, że on jest księciem elfów? I w dodatku tajnym agentem? A ona jest jego narzeczoną, chociaż nie ma o tym zielonego pojęcia?

Tym, co ratuje całą koncepcję, jest spora dawka humoru i olbrzymi dystans, jaki ma do siebie główna bohaterka. Jeśli dodamy do tego jej ognisty charakterek i wyjątkowo cięty język, a także podróże w czasie, sporo magii i odrobinę gorących przystojniaków prosto z hollywoodzkich afiszy otrzymamy całkiem interesującą przygodówkę. Czyta się lekko i mimo przewidywalnych ram, bywa zaskakująco. To szalona mieszanka cyklu o Artemisie Fowlu z przygodami Jamesa Bonda i typowym high school romansem. I „Dziennikiem Bridget Jones” na dokładkę!

I mimo początkowego sceptycyzmu, muszę przyznać, że bohaterowie są naprawdę fajni (a nieczęsto doceniam pierwszoplanowe kobiece postacie!), fabuła ciekawa, a styl całkiem przyjemny. Pod koniec nie mogłam już doczekać się kolejnego tomu, a kiedy usłyszałam o smokach, oficjalnie zostałam wierną fanką tej serii. I na pewno w swoim czasie podsunę ją Majce.

Dobry wybór dla młodzieży i świetny dla nie do końca dorośniętego dorosłego, który ma ochotę na wieczór z wróżkami. Obłędnie przystojnymi, męskimi wróżkami i ich tajnymi misjami :D

Sara Regnier, PAN. Sekretne dziedzictwo króla elfów, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2017, 416 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

Czas na czytanie: „Język cierni” Leigh Bardugo

Leigh Bardugo stworzyła świat griszów, który wciągnął mnie jak mało która książkowa kraina – tak podobny i jednocześnie zupełnie różny od naszego. Świat pełen pragmatycznej magii i zręcznego rzemiosła, głębokiej wiary i kupieckiego sprytu. Teraz to wyjątkowe uniwersum zyskało kolejny element kultury – dydaktyczno-moralizatorskie historie przekazywane z pokolenia na pokolejnie, które doczekały się wreszcie spisania i zamknięcia w tomie „Język Cierni”.

Mieszając w tyglu znanych nam baśni, mitów i przypowieści autorka stworzyła zbiór sześciu opowieści, na których mogli wychowywać się jej bohaterowie. Aż trzy z nich pochodzą z kręgu kulturowego Ravki, i po jednej z Nowoziemia, Kerchu i Fjerdy.

To historie przepełnione magią, chciwością i okrucieństwem. Historie przekazujące spora dawkę babskiej energii – pełne silnych, rozważnych, mądrych i zdeterminowanych kobiet, choć nie jest to bynajmniej jedyny ich przekaz. Wraz z bohaterami znajdziemy się w labiryncie potwora, zaklętym lesie, pracowni zegarmistrza-władcy marionetek, chatce wiedźmy, a nawet zanurzymy się w morskie odmęty wraz z syrenami.

To historie wzbudzające cały wachlarz emocji, wśród których przeważa przejmujące poczucie niepokoju i bliżej niezidentyfikowanego zagrożenia. Historie, w których zło nie zawsze przybiera oczywistą postać potwora i nie zawsze ukrywa się za gładkim licem femme fatale.

Historie, które nigdy nie kończą się tak, jak moglibyśmy się tego po nich spodziewać. A każda z nich niesie ze sobą przestrogę stając się cenną lekcją dla młodych słuchaczy. Lekcją o prawdzie, wolności, przyjaźni i słuchaniu siebie nawzajem.

Poza poruszającą treścią, ta książka jest przepięknie wydana. To prawdziwe gesamtkunstwerk, gdzie bardzo klimatyczne, szczegółowe ilustracje narastają wraz z rozwojem fabuły dodatkowo wzmagając napięcie. Nawet kolor czcionki ma związek z fabułą! A złocona okładka przyciąga jak magnes sprawiając wrażenie zdobionej szkatułki, w której zamknięto opowieści.

Właśnie tak powinny wyglądać książki z baśniami!

Leigh Bardugo, Język cierni, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2017, 294 s.

Czas na czytanie: „Spętani przeznaczeniem” Veronica Roth

„Spróbuj przecierpieć swój los (…). Bo cała reszta jest złudzeniem.”

Pierwsza część dylogii o Cyrze i Akosie – kosmicznych Romeo i Julii (a może efektach syndromu sztokholmskiego?) – wciągnęła mnie przede wszystkim dzięki mnogości indywidualnych, genialnie przedstawionych światów i wyjątkowemu podejściu do kwestii magii i religii, które stale wzajemnie się przeplatają. Kontynuacja przyniosła mi jeszcze więcej tego, co ukochałam – agresywna, niezdobyta, żarząca się bajecznymi kolorami dżungla planety Ogra to niesamowite miejsce, szczególnie w kontraście do pragmatycznego, wielbiącego technologiczne zdobycze Othyru.

„- Daj mi tyk – mówię.
– Tyk – uśmiecha się. – To jedno z moich ulubionych hessańskich słów.”

Moich też!

DSC_0210

Jest coraz więcej zawiłości natury nurtu, a dary bohaterów ciągle ich zaskakują zmieniając się i kształtując wraz z charakterami swych nosicieli. Wkrada się coraz więcej polityki, a podział na wyznawców losu i przeciwników wyroczni jest coraz bardziej widoczny.

Jednak tym, co nie pozwala odłożyć tej książki ani na chwilę, jest krwawa, stale gnająca do przodu fabuła pełna pościgów, wybuchów, walki o życie i władzę. Rozpoczyna się wojna, tyran wraca na tron, a po kilkuset stronach zmienia się nasze spojrzenie na niemalże każdego z bohaterów. Zdecydowanie pani Roth wygrywa pierwszą nagrodę w konkurencji „najbardziej szokujący zwrot akcji”. I to nie jeden. „Spętani przeznaczeniem” to pozycja absolutnie nieprzewidywalna. Nie spełniło się ani jedno z moich założeń, co już samo w sobie sprawiło mi nielichą niespodziankę, bo zazwyczaj jestem w stanie przewidzieć dalszy ciąg chociaż fragmentarycznie.

Autorka nie oszczędza nikogo i perfekcyjnie pozbawia czytelnika nadziei. Nie boi się zabijać, torturować ani okaleczać swoich bohaterów, niszczyć związków i sojuszy. I tym samym czyni ich głębszymi, wielowymiarowymi osobowościami, pełnymi konfliktów związanych z tożsamością, przynależnością etniczną, etyką, miłością i ludzką naturą.

„Gorliwość to podnoszenie się raz za razem z kolejnych problemów. To wytrwałość, akceptacja ryzyka i niechęć do poddania się.”

Nieczęsto zdarza się, że drugi tom jest lepszy od pierwszego, ale w tym przypadku właśnie tak jest. „Naznaczeni śmiercią” zdają mi się teraz tylko wstępem do całej akcji pozwalającej odbiorcy poznać realia przedstawionych światów i same „postaci dramatu”, przez to też zapewne tamta część jest trudniejsza w odbiorze – jednak potrzeba trochę czasu, by poczuć się swobodnie w galaktyce tak odległej od naszej, zapamiętać imiona, określenia i zasady rządzące światami. Za to „Spętani przeznaczeniem” są jak powrót do domu. Pogrążonego w okrutnej wojnie, ale wciąż domu.

I tak, ta pozycja zdecydowanie przekonała mnie do nadrobienia wcześniejszej twórczości autorki. Jeśli takich zaskoczeń jest więcej, to ja się na nie piszę! Chociaż już tęsknię za nieźle pokomplikowanymi relacjami tych pokomplikowanych nacji. Kosmiczna lektura.

P.S. A nie, jednak udało mi się przewidzieć Vakreza, chociaż już prawie zwątpiłam w mój osąd.

P.S. 2. Okładka jest mega kosmiczna!

Veronica Roth, Spętani przeznaczeniem, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2018, 472 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Czas na czytanie: „Naznaczeni śmiercią” Veronica Roth

Jak uwielbiam fantastykę z jej magami, elfami i innymi krasnoludami, tak do science fiction spod znaku statków kosmicznych i międzyplanetarnych podróży zawsze podchodziłam ze sporą dawką sceptycyzmu (poza Gwiezdnymi Wojnami, Gwiezdne Wojny są super!), głównie za sprawą Pana Lema, który zniszczył mi dzieciństwo.

A jednak świat (wszechświat?) stworzony przez Veronicę Roth zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie wraz ze swymi różnorodnymi roślinami, różnicami między zamieszkanymi przez ludzkość planetami o ekstremalnych klimatach, zdobyczami techniki, językami, wierzeniami i… magią. I to chyba właśnie magia pasuje mi w tym wszystkim najbardziej łącząc całe to uniwersum w niepowtarzalną całość.

„Nurt przepływa przez wszystko, co ma w sobie życie (…). Tworzy przestrzeń, w której życie może rozkwitać. Nurt płynie przez każdego, kto oddycha powietrzem i u każdego objawia się w inny sposób, przesiany przez sito danego umysłu. Nurt przepływa przez każdy z kwiatów kwitnących w lodzie.”

Każdą z dziewięciu planet krążących wokół jednego słońca owija mieniąca się kolorami wstęga tajemniczego nurtu mająca wpływ na życie każdej istoty, obdarzająca ludzi wyjątkowymi, pomocnymi lub całkiem absurdalnymi, darami i determinująca unikalne losy wybrańców. Na każdej w planet żyją zupełnie odmienne etnicznie narody, a podróż przez nie to prawdziwa przygoda. Gorąco liczę na to, że w kolejnej części (lub częściach) cyklu będzie mi dane odwiedzić kolejne z nich.

Ta historia skupia się na dwojgu wybrańców losu – Akosie i Cyrze, urodzonych we wrogich sobie nacjach zamieszkujących planetę Thuvhe. Dzieli ich wszystko – charaktery, sytuacja rodzinna, dzieciństwo, życiowa filozofia i nastawienie do ludzi. Łączy ich fatum i przewidziany z góry los. Niczym starożytny Edyp mkną ku określonemu przeznaczeniu bez najmniejszych szans na ucieczkę.

 „(…) dla różnych ludzi nurt znaczył co innego. Rodzice Akosa wyrażali się o nim jak o przywódcy duchowym, którego nie do końca rozumieją, wiedział jednak, że wielu mieszkańców Shotet, w zależności od sekty, oddaje cześć nurtowi bądź czemuś jeszcze wyższemu, co nim kieruje. Niektórzy uważali, że to po prostu zjawisko naturalne i nie ma w nim nic nadprzyrodzonego.”

buntownicy, wszystkowiedzące wyrocznie, terror, kosmiczne podróże, kidnaping, brutalne zbrodnie, obalanie reżimu, klasowość i niesprawiedliwość społeczna, walki na arenie, ważenie śmiertelnych trucizn, skomplikowane więzi rodzinne i miłość ponad podziałami.

No i wszyscy bohaterowie stale żują liście o podejrzanych właściwościach albo piją uspokajające i dodające wigoru napary. Nie ma co ukrywać – wszyscy tam stale są na haju.

Jest akcja, sceny walk, wycieczki krajoznawcze i odrobina romansu. Heroiczność, starcia charakterów, walka o bliskich i zmagania z nieprzejednanym losem. A wszystko to w idealnie wyważonych proporcjach.

„Chcesz widzieć ludzi jako skrajności. Dobry albo zły, godny zaufania, albo niegodny (…). Rozumiem. Tak jest prościej. Ale to nie zgadza się z rzeczywistością.”

Intrygujący bohaterowie, których dobrze pozwala poznać narracja prowadzona z obu perspektyw,  i wyczerpujący, choć dawkowany z umiarem opis przedstawionego świata to dla mnie główne argumenty przemawiające za tą pozycją. Jeśli dodamy do tego podłą intrygę i małą rebelię wyjdzie dobrze skonstruowana powieść.

Fajna przygoda, nawet dla osoby stroniącej od tego gatunku. „Naznaczeni śmiercią” skutecznie zachęcili mnie do zapoznania się z pozostałym dorobkiem autorki. Mam nadzieję na jeszcze więcej wrażeń. I więcej magicznych światów.

Veronica Roth, Naznaczeni śmiercią, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2017, 538 s.

Czas na czytanie: „Bieg do gwiazd” Dominika Smoleń

O tym, jak podziwiam Dominikę – pełną zapału młodziutką autorkę dążącą do wydania swoich książek pisałam już przy okazji recenzji „Ceny naszych pragnień”. Nic więc dziwnego, że nie mogłam doczekać się jej drugiej książki i kiedy tylko trafiła w moje ręce, od razu zabrałam się za czytanie. Po trzech stronach upchnęłam ją gdzieś na pokryte pajęczynami dno „stosu wstydu” odrzucona nadmiarem werterycznego emo patosu, który uderzył mnie prosto w twarz.

„Wegetowałam –  nie znajdowałam na to innego określenia. To, co ciągnęło mnie do tego, by przekroczyć granicę, by udać się w bezkresną i nieopisaną otchłań – w ramiona samej śmierci – nigdy nie zniknie (…). Istniałam już tylko w mroku i nic mnie nie trzymało na tym świecie. Wierzyłam z całego serca, że to, co czeka mnie dalej i tak będzie lepsze od cierpienia i agonii, które spotkały mnie na ziemi”.

Jasne, zdawałam sobie sprawę, że to książka podejmująca trudne tematynieuleczalna choroba mocno utrudniająca życie zmieszana z ciężką depresją doprawioną szpitalem psychiatrycznym to gorzka mieszanka. Szczególne, że gówna bohaterka jest bardzo daleka od traktowania swojej sytuacji ze spokojem i dojrzałością. To samotna, wystraszona nastolatka, której życie spłatało brzydkiego psikusa już na samym starcie.

DSC_0996

Do lektury powróciłam dopiero po kilku miesiącach, co zaskakuje tym bardziej, że nie znoszę zostawiać niedokończonych książek i unikam tego jak ognia. Jednak kiedy już przebrnęłam przez te kilka pierwszych, pełnych weltschmerzu rozdziałów, połknęłam resztę jednym tchem. I długo nie mogłam otrząsnąć się z zaskoczenia.

Dziewiętnastoletnią Adę poznajemy w momencie, w którym szykuje się do wyjścia ze szpitala psychiatrycznego, do którego trafiła z powodu ponawianych prób samobójczych. Bohaterka nie radzi sobie z koniecznością życia z cukrzycą, na którą zachorowała w wieku siedmiu lat i z którą została całkiem sama, gdy kiedy najbliżsi odmówili jej pomocy. Kiedy dowiaduje się o śmierci ukochanej babci, jest w kompletnej rozsypce. Przy życiu utrzymuje ją jedynie ostatnia wola staruszki –  przez 30 dni ma żyć jak zwykła nastolatka i spróbować odnaleźć szczęście.

Z pewnością trudno mi wczuć się w sytuację Ady, bo sama nie zmagałam się z tą chorobą nawet w ciąży, a moi bliscy i znajomi chorujący na cukrzycę to prawdziwi tytani codzienności – wspaniała mama trójki dzieci obdarzona anielską niemal codziennością i artystka osiągająca sportowe sukcesy.

Pewnie dlatego tak rozczarowywała mnie niewdzięczność bohaterki za to, co ma. Zdawało mi się, że nadmiernie demonizuje chorobę, z którą można żyć i po prostu wybiera łatwiejszą drogę nurzając się w egzaltacji. Długo zajęło mi odkrycie, że dziewczyna reaguje w tak beznadziejny sposób, bo nikt nigdy nie pomógł jej dorosnąć. Kluczowym jest tu ostracyzm i odrzucenie, które spotkało ją ze strony rodziców. I to właśnie ten aspekt całej powieści wydał mi się najbardziej tragiczny.

Skojarzenie „Biegu do gwiazd” z „Zanim się pojawiłeś” nasuwa się samo, choć porównywanie obu tych książek chyba mijałoby się z celem, bo mimo wielu podobieństw, zarówno ich autorki, jak i bohaterowie są na zupełnie innych etapach życiowego rozwoju. Uzmysłowiają jednak, że tragedie i myśli o samobójstwie mogą dopaść każdego – niezależnie od wieku, kraju zamieszkania, sytuacji rodzinnej i majątkowej.

To książka o rozpaczliwym poszukiwaniu szczęścia i akceptacji. O samotności braku wsparcia ze strony najbliższych, którego nie mogłam zrozumieć przez całą lekturę. O tęsknocie za normalnością. O zawiązujących się powoli przyjaźniach i kiełkujących uczuciach. O poważnej chorobie i o zupełnie błahych licealnych dramatach. O tym, że nikomu nie jest w życiu lekko i każdy ma swoje demony. O braniu życia w swoje ręce.

I do samego końca nie sposób chyba odgadnąć jaką Ada podejmie decyzję, a samo zakończenie to prawdziwy chichot losu.

Jednak tym, co ciekawiło mnie najbardziej podczas oczekiwania na wydanie drugiej powieści Dominiki był rozwój jej warsztatu. I porównując obie jej książki bez najmniejszego wahania mogę stwierdzić, że zrobiła olbrzymie postępy. To prawda, wciąż trafiają się błędy gramatyczne i językowe, a częste powtórzenia wyjątkowo działały mi na nerwy, myślę jednak, że naprawdę dobra (a może po prostu bardziej ingerująca w tekst) korekta zrobiłaby z tej książki prawdziwą żyletę. Tak, wciąż bywa naiwnie i trochę nieprawdopodobnie – zdarzają się sceny rodem z głupawych amerykańskich filmów, ale chyba pod każdym względem – tematyki, rozwoju fabuły, kreacji bohaterów i łączących ich relacji – jest nieporównywalnie lepiej. Tą książkę po prostu bardzo dobrze się czyta i wzbudza w odbiorcy sporo emocji.

Gratulacje! Nie jest to jeszcze arcydzieło, ale książka, którą z czystym sumieniem mogę polecić mimo stylistycznych niedociągnięć. Szczególnie, że Dominika nie spoczywa na laurach i kolejna powieść już się pisze – liczę, że będzie jeszcze lepsza.

Dominika Smoleń, Bieg do gwiazd, Katowice: Wydawnictwo Szara Godzina, 2018, 318 s.

Czas na czytanie: „Pamiątka z Paryża” Ewa Formella + BOOK TOUR

Czy może być coś bardziej oklepanego, niż miłość od pierwszego wejrzenia, która zdarza się w samym sercu Paryża? Są jednak książki irytująco tendencyjne i sympatycznie tendencyjne. A ta zdecydowanie należy do drugiej kategorii.

DSC_1079

Na samym początku czuję moralną potrzebę potępienia głównej bohaterki, bo stanowi ona bardzo zły przykład dla młodzieży. Kochane młode czytelniczki – jeśli kiedyś zgubicie się w Paryżu, albo jakimkolwiek innym miejscu na świecie, bez pieniędzy i telefonu, przyjmowanie pomocy i oferty noclegu od przystojnego nieznajomego to naprawdę zły pomysł. Ktoś w biurze obsługi podróżnych/informacji turystycznej/na posterunku policji na pewno wam pomoże. Może i jestem #staraduchem, ale uznałam, że muszę to zaznaczyć, bo podczas czytania pierwszych rozdziałów przed oczami stawały mi sceny z filmu „Uprowadzona” z Liamem Neesonem. Serio, ufanie nieznajomym może się skończyć czymś znacznie gorszym, niż nieplanowana ciąża!

Niemniej jednak mamy tu do czynienia z fikcją literacką (zresztą to były zupełnie inne czasy!) i spotkanie pomocnego nieznajomego staje się początkiem niesamowitej przygody – pełnej żywych emocji, zaskakujących zdarzeń, miłości do tańca i pogoni za marzeniami. A wszystko to w magicznym otoczeniu paryskich uliczek, miejskich legend i opowieści ulicznych grajków, gdzie wspomnienia z beztroskiej młodości splatają się z rzeczywistością.

Tym, co wyróżnia książkę Ewy Formelli na tle setek podobnych pomysłów, jest zgrabne wplatanie historycznych ciekawostek i paryskich mitów wprost w fabułę. Dzięki temu powstało unikalne połączenie romansu dla nastolatek z niepowtarzalnym (bo opartym na własnych wspomnieniach) przewodnikiem turystycznym. Z takim sposobem kreacji miejsca akcji jeszcze się nie spotkałam, ale to naprawdę działa. Czego najlepszym dowodem jest moja narastająca chęć na kolejną wycieczkę do Paryża.

„- Oj Michèl! Nie obrażaj się, tylko spróbuj mnie zrozumieć. Jestem na wakacjach. Chciałabym odpocząć, a ty przez cały dzień karzesz mi biegać, schodami w górę, schodami w dół, i jeszcze zasypujesz mnie informacjami jak nauczyciel historii.”

Takie zwiedzanie jest najfajniejsze! Zresztą kurczę, każda nastolatka (i nie tylko!) marzy o takim przewodniku jak Michèl! Szczególnie, jeśli można z nim, zupełnie przy okazji, tańczyć na mostach i spać pod gwiazdami.

Tak, ta książka jest naiwna. Ale jest też lekka jak piórko i wydaje mi się, że takie właśnie miało być jej założenie – to niewymagająca, przyjemna lektura pomyślana jako prosta rozrywka na wakacje – do samolotu, czy pociągu albo na leniwy wieczór nad mazurskim jeziorem. Świetnie sprawdziłaby się jako dodatek do wakacyjnego numeru młodzieżowej gazety.

Podczas lektury niejednokrotnie odniosłam wrażenie, że czyta się ją bardziej jak internetowe opowiadanie niż książkę per se i długo zastanawiałam się dlaczego. Teraz już wiem – czuć, że ta historia, od początku do końca, została napisana z przyjemnością i dla przyjemności. Nie dla zysku, sławy, czy spełnienia ambicji. Dla przyjemności samej autorki. A skoro można się nią podzielić z innymi, to dlaczego nie?

Zresztą przekazuje też kilka bardzo ważnych życiowych prawd!

„Życie jest zbyt krótkie,  żeby przestrzegać takich bzdur jak godziny picia wina.”

Przyjemna historia nastoletniej wakacyjnej miłostki i radzenia sobie z jej konsekwencjami. Nie bierzmy jej do końca na poważnie (a już na pewno nie jako wzorzec postępowania!), a wszystko będzie super.

Podobno ta książka lubi wędrować, postanowiłam zatem wysłać ją na małe zwiedzanie, czyli Book Tour. Jeśli zatem macie ochotę zawitać na kilka chwil do Paryża autorki, serdecznie zapraszam do udziału w akcji – zgłoszenia w komentarzu (2 tyg. na przeczytanie i podanie dalej, max. 7 osób).

Ewa Formella, Pamiątka z Paryża, książka wydana nakładem własnym autora, 2017, 350 s.

Książkę dostałam podczas spotkania „A może nad morze? Z książką!”, serdecznie dziękuję organizatorom imprezy i sponsorom za możliwość lektury i zrecenzowania tej pozycji. I samej autorce, za bycie absolitnie wystrzałową babką!

Jest to również mój wybór na kwiecień w Book Challenge „Czytelnicze podróże w nieznane” z Uwaga Czytam – self publishing.

Czas na czytanie: „Smocza straż” Brandon Mull + „Księga wyobraźni”

Raz na jakiś czas lubię sobie zrobić przerwę od tej potwornie stresującej dorosłości. Czasami udaje mi się wygospodarować dwie godzinki podczas wyjątkowo długiej majkowej drzemki, kiedy po prostu niczym się nie przejmuję i nic nie muszę. Robię sobie wtedy kakao ze zdecydowanie zbyt słodkimi, piankami rozpuszczającymi się sukcesywnie od gorąca napoju, rozszczelniam okno, by w kontrolowany sposób wpuścić do mieszkania nieco zimowo-jesiennego chłodu, moszczę się wygodnie w puchatym kocyku i sięgam po jakąś magiczną lekturę.

Pierwsze chwile takiego odprężenia w 2018 roku spędziłam czytając „Smoczą Straż” i od razu mogę Wam zaspoilerować, że sprawdziła się świetnie.

DSC_0447

Nie ma co ukrywać – smoki zawsze były moją straszną słabością. Uwielbiam książki młodzieżowe czerpiące pełnymi garściami z powieści fantasy (bo na przykład za sci-fi do dziś nie przepadam – chyba Pan Lem zrobił mi traumę w dzieciństwie). Lasy pełne niesamowitych stworzeń, wróżek, jednorożców, czarodziei, centaurów i innych hybryd, przy których tworzeniu autora ograniczała wyłącznie wyobraźnia to krajobraz, w którym czuję się jak w domu. No i smoki. Pamiętam, jak ponad 10 lat temu, z wypiekami na twarzy czytałam Eragona (pamiętam również, że z jakiegoś powodu robiłam to z latarką pod kołdrą – zapewne odbywałam akurat jeden z moich słynnych szlabanów na czytanie – to jakby ktoś jeszcze nie wiedział z jakiego powodu noszę okulary) – najnowszy cykl Mulla sprawił, że jeszcze raz poczułam się jak książkożerna małolata odkrywająca kolejny zaczarowany świat. I przypomniał mi jakie to fajne uczucie!

„Smocza Straż” otwiera nową, pięciotomową serię, której akcja toczy się w świecie „Baśnioboru”. Martwiłam się trochę, że będą to trochę odgrzewane kotlety, bo jednak tasiemce mają to do siebie, że w pewnym momencie formuła i pomysł się wyczerpują i autor stara się wszystko ciągnąć trochę na siłę. Zapewniam jednak, że ten moment jeszcze nie nadszedł – choć trzymam w dłoniach pierwszy tom serii będącej kontynuacją innej serii, to wciąż jest to porywająca przygoda przypominająca nieco grę w podchody, gdzie każda wskazówka kieruje nas do kolejnej, a do ich znalezienia wykorzystać trzeba sporo sprytu i umiejętności. Smoki przyciągają, to fakt, ale kto raz odwiedził Baśniobór, nie będzie chciał go opuścić – jest niezwykle malowniczy, baśniowy, bardzo rozbudowany i bogaty w przeróżne stworzenia, a jednocześnie rządzi się jasno określonymi, choć momentami naprawdę skomplikowanymi zasadami.

To kolejny cykl skierowany do młodszej młodzieży, który za kilka lat bez wahania podsunę mojej córce – emanujący poczuciem zagrożenia, niepewności i licznych niebezpieczeństw, ale jednoczenie pozbawiony elementów poważnej grozy i masakry, charakterystycznej na przykład dla serii „Pax”. Choć śmierć i żałoba są obecne, oszczędzono młodemu czytelnikowi plastycznych opisów drastycznych scen i widoków. Występują zombie, widma, ożywieńcy i demony, ale nie przyprawią małych moli książkowych o przewlekłą bezsenność. Jedną z niewątpliwych zalet tego autora jest umiejętność znalezienia złotego środka. Podobnie jest z wątkiem romansowym, który występuje w niewinnej, mocno emocjonalnej, ale nie zbyt naiwnej i wyidealizowanej formie (chociaż mnie osobiście zawsze trochę wkurzało, kiedy nadnaturalne, kilkusetletnie istoty zakochują się w nastolatkach, jakoś jest w tym dla mnie coś niewłaściwego).

Kolejnym aspektem, który przypadł mi do gustu jest fakt, że opisywane dzieci cały czas są dziećmi – rozumują i zachowują się jak dzieci. Popełniają błędy, bywają impulsywne, zazdrosne, czy nierozważne. Przejmują się głupstwami i miewają szalone pomysły. A jednocześnie wciąż uczą się, dojrzewają, pokonują własne słabości. To sztuka napisać całkiem niegłupią książkę dla kilkunastoletniego odbiorcy, przekazać określone wartości i wykreować swoich bohaterów jako wzór dla czytelników nie wciskając im jednocześnie dorosłych w dziecięcych przebraniach.

Czego nie lubię? Czekania na kolejny tom. Jednak najprzyjemniejsze na świecie uczucie to to, kiedy przeczytasz naprawdę wciągającą książkę ze świadomością, że na półce czekają kolejne części. Niestety w tym przypadku trzeba będzie poczekać na ich napisanie, chociaż autor obiecał utrzymać tempo jednej książki rocznie. Ale dla mnie to wciąż strasznie dużo czekania!

Na innych równie zniecierpliwionych czeka niespodzianka – „Baśniobór. Księga Wyobraźni” osłodzi czas oczekiwania wciągając fana serii w proces tworzenia tego niezwykłego świata. To zbiór kreatywnych zadań dla młodszych fanów serii. Przed otwarciem warto zaopatrzyć się w dobrze wyposażony piórnik!

Znajdziemy w nim zarówno proste i powszechnie znane aktywności, jak labirynty, kolorowanki, rebusy, czy modele do wycinania i sklejania, jak i bardziej zaskakujące pomysły, jak na przykład instrukcja wiązania węzła ratowniczego, tkania pajęczej sieci, a nawet przepisy kulinarne (i to nie tylko na niepokojąco składem eliksiry i czarodziejski szlam). Są zadania, które rozbawią, nad którymi trzeba będzie się pogłowić i takie, które wystawią na próbę zdolności manualne książkowych moli.

A wszystko to uzupełniono inspirującymi cytatami i klimatycznymi ilustracjami. Szczególnie spodobały mi się kolorowanki – są niebanalne szczegółowe oraz możliwość umieszczenia swojego imienia na okładce – tuż pod nazwiskiem autora (a to jest już COŚ!). Pozytywnie zaskoczył mnie również pomysł wyzwania książki na pojedynek spojrzeń jako trening cierpliwości.

Brandon Mull, Smocza straż, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B., 2017, 385 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.

Książkę przeczytałam biorąc udział w Olimpiadzie Czytelniczej.

Czas na czytanie: „Dwór skrzydeł i zguby” Sarah J. Maas

Nie ma pojęcia, jak to się stało, ale byłam przekonana, że „Dwory” są trylogią i że trzymam w rękach ostatnią część przygód Feyri Archeron. Zapewne właśnie dlatego żadne z moich przypuszczeń względem tej książki się nie spełniło.

Mimo wszystko spodziewałam się większej ilości masakry. Musiałam być naprawdę krwiożerczo nastawiona, skoro wyjątkowo nierówna wojna z udziałem potworów i bóstw śmierci, która pochłonęła mnóstwo, ofiar to dla mnie za mało. A jednak – dwie postacie, które typowałam do uśmiercenia i już zdążyłam opłakać rzewnymi łzami, wyszły ze wszystkich starć niemalże bez szwanku. Zaskoczyło mnie za to, jak bardzo potrafią dotknąć śmierci postaci tak naprawdę nawet nie drugo-, a trzecioplanowych, które choć pojawiały się sporadycznie, znacząco zmieniły bieg fabuły. I to jak bardzo mylna bywa definicja potwora.

Mam wrażenie, że to był tak naprawdę tom przejściowy – autorka definitywnie zakończyła jeden wątek szykując sobie pole dla wielu kolejnych przygód – czytelnik poznaje książąt pozostałych dworów, pojawiają się intrygi, ploteczki, romanse i rodzinne sekrety. Jednocześnie wszystko ułatwia i komplikuje. A Prythian okazuje się być znacznie bardziej tolerancyjnym miejscem niż można się było dotąd spodziewać, co daje sporo nowych możliwości.

Tym razem u Pani Maas mamy mniej płomiennego romansu, za to więcej polityki i batalistyki. I może dlatego nie był on tak porywający jak poprzedni. Były momenty, w których taktyczne ruchy wojsk, porwania i zasadzki nieco mnie nużyły (to nie do końca moje klimaty), ale to ani trochę nie przeszkodziło mi w pochłonięciu niemalże 900 stron w niecałe dwa dni. I to jeszcze z buntem dwulatka w moim małym domu wariatów. Trochę tęskniłam za opisami miasta, które tak bardzo urzekły mnie w drugim tomie, choć rzut oka na weduty Dworów Jesieni, Świtu i Zimy dopieściły moją spragnioną piękna wyobraźnię i dały nadzieję na kolejne wycieczki krajoznawcze w przyszłości.

Chyba faktycznie łaknę krwi, bo przyznaję, że (choć kocham słodkaśne happy endingi) tym razem trochę rozdrażniło mnie landrynkowe zakończenie. Zły został pokonany, a większość moralnie względnych bohaterów otrzymała szansę na rehabilitację albo chociaż na ponowne rozważenie ich motywów. Co jakoś nie do końca mi leży.

No i znowu to sobie zrobiłam, choć tym razem zupełnie nieświadomie – nie zważając na nic rzuciłam się na kolejny tom niezakończonej serii. I teraz jak ta lama będę czekała rok na kontynuację. A już nie mogę się doczekać!

Sarah J. Maas, Dwór skrzydeł i zguby, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2017, 848 s.

Czas na czytanie: „Obietnica następcy” Trudi Canavan

Nie cierpię u siebie pewnej cechy – braku cierpliwości. Po prostu jak zobaczę, że pojawiła się nowa książka jednego z moich ulubionych autorów, nie potrafię przejść obok niej obojętnie, nie ważne ile trzeba będzie czekać na kolejny tom. A z Trudi Canavan jest taki problem, że pisze jedną książkę rocznie i czytając ją bezpośrednio po premierze skazuję się na minimum rok oczekiwania na ciąg dalszy. A niestety tego rodzaju „stosunek przerywany” to jedno z najgorszych świństw, jakie czytelnik może zrobić samemu sobie.

Pamiętam swoje pierwsze spotkanie z twórczością tej autorki – koleżanka z liceum pożyczała mi „Trylogię Czarnego Maga” po książce dziennie – rano dostawałam w swoje łapki pierwszą część, czytałam non stop (pod ławką na lekcjach, na szkolnym korytarzu, w autobusie i w domu), po czym kolejnego dnia wymieniałam przeczytaną książkę na kolejny tom. Tym oto sposobem przez trzy dni żyłam w ciągu i właśnie tak przeżyłam jedną z najfajniejszych przygód, jakie pamiętam. Oczywiście miało to swoją cenę – kiedy nauczyciel zadawał mi pytanie uśmiechałam się i kiwałam głową udając że wszystko wiem i uważam na lekcjach ani na chwilę nie opuszczając magicznego świata. W ten sposób zapewne utrwaliłam swoje zagrożenie z matematyki i zupełnie przypadkowo zostałam klasowym gospodarzem. Ale niczego nie żałuję!

Wiadomo przecież, że jednym z najlepszych rzeczy jakie mogą się zdarzyć człowiekowi jest czytanie dobrej książki ze świadomością, że czekają na niego kolejne tomy.

Dlaczego więc nie potrafiłam zaczekać?

Na swój brak cierpliwości wkurzałam się przez całą „Trylogię Zdrajcy”, ale przy „Prawie Millenium” moje wkurzenie osiągnęło swoje apogeum. „Obietnica następcy” jest świetna, ale jak wspaniała to byłaby lektura, gdybym dokładnie pamiętała co było w trzech poprzednich tomach?

Uwielbiam Trudi Canavan za jej umiejętność kreacji światów. Bo choć w czterech cyklach jej powieści można znaleźć wspólne cechy – zawsze bohaterką jest młoda dziewczyna, fabuła obraca się wokół magii i jej poznawania (często zinstytucjonalizowanego), jest miłość, wojny i relacja uczeń-mentor, to każdy z nich jest wyjątkowy i każdy potrafi zaskoczyć. Przez pierwsze kilka stron jeszcze byłam na siebie zła za „wyrwanie z ciągu”, ale te książki mają w sobie coś tak wciągającego, że szybko o tym zapomniałam dając się pochłonąć przerwanej rok wcześniej przygodzie. A luki w pamięci powoli uzupełniały się same.

Trzecia księga „Prawa Millenium” zapewnia nam mały czasowy przeskok – czytelnik poznaje dalsze losy bohaterów pięć lat po śmierci Raena. Pragnienie odnalezienia własnego miejsca, przystosowania się i spokojnego życia na przymusowym wygnaniu oraz próby ogarnięcia chaosu powstałego po zniknięciu uzurpatora.

To także dalsze zgłębianie istoty magii i zmagania z własnymi ograniczeniami. Szalone podróże między światami, ucieczki i pościgi, szpiegowanie i wybuchy, bunty i spiski, ciche szantaże i epickie bitwy magów. Jeśli to wciąż za mało wrażeń, to smaczku z pewnością dodaje koncepcja wskrzeszenia zmarłego i eksperymenty magiczno-mechaniczne, przez co całość zyskuje bardzo niepokojący klimat, gdzie podrasowany czarami stempunk łączy się z nekromancją. A brzydzący się przemocą Tyen, podkręcony determinacją Dalego pogrążonego w rozpaczy po śmierci ukochanego, ma szansę zostać następcą Frankensteina. Oczywiście wszystko to w imię większego dobra. To książka pełna akcji, trudnych miłości i moralnych dylematów. Porywa od pierwszej strony.

„Sęk w tym, ze nie da się jednoznacznie stwierdzić, co jest tu dobre, a co złe. Nic nie jest bezsprzecznym dobrem lub czystym złem.”

Zakochałam się w tym świecie dzięki przekonaniu, że twórczość generuje magię. Teraz kocham go każdą przygodę, którą miałam okazję przeżyć podczas jego przemierzania.

A wiecie co jest najgorsze? To mi nie wygląda na koniec. Coś czuję, że znowu to sobie zrobiłam!

Trudi Canavan, Obietnica następcy (Prawo Millenium – księga trzecia), Kraków: Wydawnictwo Galeria Książki, 2017, 618 s.