Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Czarne morze” Karolina Macios

Bardzo niepokojąca pozycja z pogranicza thrillera psychologicznego i horroru.

Joanna nie ma swojego miejsca na świecie – naznaczona piętnem choroby psychicznej i nieuchwytnego nadprzyrodzonego daru od dzieciństwa skazana jest na wieczne ucieczki i ciągłe przeprowadzki. Zła passa zdaje się minąć, kiedy wyjeżdża z Trójmiasta do Wrocławia, gdzie zakochuje się w synu swojej lekarki, z którym zakłada dom i szczęśliwą rodzinę. Jednak im starsza jest jej córka, tym bardziej stabilny dotąd stan Joasi zdaje się pogarszać. Coraz częściej nawiedzają ją koszmary i nie do końca zdefiniowane wspomnienia zaczynają przenikać się z rzeczywistością. Całe z mozołem poukładane życie zmienia się diametralnie podczas rodzinnego spaceru po orłowskim klifie i następującego po nim wypadku samochodowego. Krótkotrwała amnezja, mająca być skutkiem wstrząśnienia mózgu, zdaje się tylko pogłębiać. Asia ma coraz większe zaniki pamięci krótkotrwałej, a pełne krwi i poczucia zagrożenia koszmary mieszają się z jawą. Nie może pozbyć się przeczucia, że podczas wspinaczki na klif wydarzyło się coś złego, a mąż nie chce powiedzieć jej całej prawdy. Co gorsza, nie pozwala jej zobaczyć się z córką.

DSC_0280

Jakie tajemnice kryje przed nią jej rodzina? Komu wierzyć, kiedy nie można zaufać nawet sobie samej?

Nie do końca przekonał mnie wątek fantastyczny z tajemniczym „darem widzenia” objawiającym się przy dotknięciu innej osoby – trochę za dużo skojarzeń z Rouge z X-Menów. Moim zdaniem tego rodzaju element nadprzyrodzony nie był potrzebny, bo wytwory umysłu i cały ciąg przyczynowo skutkowy związany z chorobą psychiczną i reakcją na traumę wystarczająco przemawia do wyobraźni. Ale też ta nuta niewyjaśnianego jakoś specjalnie mi nie przeszkadzała.

Podobnie, jak główna bohaterka, czytelnik stoi przed karkołomnym zadaniem oddzielenia schizofrenicznej wizji od wspomnień i koszmarów od rzeczywistości. Z tej potwornej mieszanki wyłania się powoli tragiczna opowieść o rodzinie, która nie może otrząsnąć się z traumy. Czemu towarzyszy ciągły strach. I to ten najstraszniejszy ze wszystkich – strach o dziecko.

Karolina Macios, Czarne morze, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2020, 304 s.
(premiera 25.03.2020)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wielka Litera.

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Płacz” Marta Kisiel

„Wielkie zło zawsze zaczyna się od małego zła. Dlatego tak łatwo przeoczyć, że to już. Że to już się dzieje…”

Tak coś czułam, że „Toń” jednak doczeka się kontynuacji, bo jak to tak kończyć w takim momencie? I cudownie, bo „Płacz” podobał mi się zdecydowanie bardziej, aż trudno mi uwierzyć, że to już koniec cyklu wrocławskiego. Ale to jedno z tych dobrych zakończeń, właściwych.

Każdy radzi sobie z traumą pozostałą po przygodzie wokół złota Breslau na swój sposób – jedni lepiej, inni gorzej, niewątpliwie jednak na każdym podróż przez warstwy czasu i odkrycie prawdy o swojej rodzinie odbiła dotkliwe piętno. Jak to zwykle bywa, tylko jedno może na nowo zjednoczyć epicką drużynę, szczególnie kiedy jej członkowie nie za bardzo mogą znieść swoje towarzystwo – tragedia. I misja ratunkowa.

Gotowy na wszystko Bear Karolek Grylls biwakowania, rozchwiana emocjonalnie Dżusi (tak, rozchwiana jeszcze bardziej, niż zwykle, tak, to jest możliwe!), drżąca ze strachu Klara, Gerd Moczymorda i emerytowana moira wyruszą odkrywać tajemnice Gór Sowich i pomóc w powrocie pewnej uciekinierce. Bo zwykła ucieczka z domu to za mało dla targanego wyrzutami sumienia psychopompa. Można przecież utknąć w czasie w pogoni za kolejną zagadką kolejnej rodziny i nawiedzać telefony. A to dopiero preludium do wielkich kłopotów. Przypadkowo odkrywają bowiem zło dużo większe, niż mogło śnić się filozofom. A zło się budzi.

Anomalie pogodowo-czasowe, małe i duże rodzinne dramaty, stawianie czoła największym lękom, piękne i mniej piękne finały romansów, urokliwe zabytki, wojenne opowieści, najgłębiej skrywane tajemnice Trzeciej Rzeszy, ból straty, dobrowolne i wymuszone poświęcenie, pułapki losu i pewien strzygoń będący zawsze sto lat przed innymi. A wszystko to okraszone pełnym charakteru humorem Marty Kisiel.

Są przygody, które lepiej przeżywać na papierze. Serio. Za to w ten sposób najlepiej jak najczęściej!

Marta Kisiel, Płacz, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2020, 316 s.
(premiera 11.03.2020)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Wotum” Maciej Siembieda

W trzecim tomie przygód prokuratora Kani, autor nie zawahał się podnieść ręki na najświętszą z naszych narodowych świętości.

Pewnego grudniowego dnia 2012 roku, niepoczytalny sprawca usiłuje zniszczyć jasnogórski obraz Czarnej Madonny i tylko cud pancernej szyby chroni najsłynniejszy polski symbol chrześcijaństwa przed niechybną zagładą. To, skądinąd rzeczywiste zdarzenie rozpoczyna kolejne śledztwo mojego ulubionego Pana Samochodzika z IPNu. Na prośbę częstochowskich paulinów ma stwierdzić, czy za zamachem na Najświętszą Panienkę nie kryje się przypadkiem coś więcej, niż tylko religijny szaleniec, co zdają się potwierdzać telefony z pogróżkami skierowane nie tylko do Częstochowy, ale i do niewielkiej parafii w Bogorii. A tam, zupełnym przypadkiem, znajduje się obraz łudząco podobny do jasnogórskiego – pilnie strzeżona przez mieszkańców wsi przed jakąkolwiek ingerencją (a już badaniami szczególnie!), najstarsza kopia słynnej ikony. Oficjalnie, bo parafianie mają na ten temat swoje zdanie.

Który z obrazów ma moc sprawiania cudów? Czy uzdrawiającą moc świętych przedstawień da się zmonopolizować i wykorzystać do własnych celów? Czy istnieje sekta mająca na celu zakończenie kupczenia dewocjonaliami i wykorzystywania świętych wizerunków do bogacenia się? I co wspólnego ma z tym wszystkim bogaty przedsiębiorca fundujący renowację kościelnych fresków?

Będą porwania, uprowadzenia i zuchwałe kradzieże, będą zabójstwa, zakazany romans i historyczne tajemnice. Będzie też zwalczanie raka wahadełkiem i „rękoma, które leczą”, siła pieniądza i kontaktów, oraz uraza chowana w sercu przez całe życie.

Maciej Siembieda ma dla nas kolejną przygodę pełną historycznych ciekawostek, spektakularnych akcji służb specjalnych, bezwzględnych złoczyńców i nieustraszonych obrońców narodowego dziedzictwa z moim ulubionym detektywem-łakomczuchem na czele (dzięki Bogu wciąż z czystymi butami i ani trochę nie na diecie!). Tym razem z gościnnym udziałem potęgi wiary – nie tylko tej religijnej – na której można budować imperia.

Maciej Siembieda, Wotum, Warszawa: Wydawnictwo Agora, 2020, 380 s.
(premiera 11.03.2020)

Za możliwość zapoznania się z książką jeszcze przed oficjalną premierą serdecznie dziękuję autorowi i Wydawnictwu Agora.

Czas na czytanie: PATRONAT „Zimna krew” Inga

Tytuł mojego najnowszego patronatu jest bardzo adekwatny, bo jest to książka, która zmrozi Wam krew w żyłach. I to nie tylko ze względu na bardzo plastyczne opisy nieprzyjaznego północnego krajobrazu , ale przede wszystkim ze względu na moralność zamieszkujących go plemion. Albo jej brak.

Siedemnastoletni Tepu jest synem wodza plemienia Lisska, ma żonę, córeczkę, wielu braci i całkiem stabilną pozycję w swoim niewielkim społeczeństwie. Wszystko to ulegnie zmianie, gdy ojciec wyśle go na samobójczą misję zgładzenia zdrajcy.

Charyzmatyczny przywódca z głową pełną wizjonerskich planów, który nie cofnie się przed niczym, by osiągnąć swoje cele oraz młodzieniec obdarzony zbyt dużą dawką empatii i przyzwoitości, jak na otaczającą go rzeczywistość. Razem łatwiej przetrwać, ale czy zdołają wcześniej nie pozabijać się nawzajem? Szczególnie, że między nimi stoi wszystko – od demonów przeszłości, przez przekonania, wybory i tradycję, aż po życiowe doświadczenie.

Jak daleko jest w stanie posunąć się człowiek, by przetrwać? I co byłby w stanie zrobić, by móc ocalić swoich bliskich? Złamać tabu, zbratać się z wrogiem, przymknąć oko na barbarzyńskie zwyczaje, zabić z zimna krwią? Gdzie jest granica, po przekroczeniu której człowiek przestaje być sobą?

Mroczna historia rozgrywająca się wśród wszechobecnej bieli. Bezwzględni wojownicy, zemsta, krwawe rytuały, okrutna gra losu, pierwotne wierzenia, fantastyczne stwory, surowa siła natury i tajemnica, której trzeba strzec za wszelką cenę.

Uwaga! Książka dla dorosłego czytelnika.

Inga, Zimna Krew, 2020, 196 s.
(premiera 16.03.2020)

Książkę możecie kupić w przedsprzedaży TUTAJ. Kupując przed premierą otrzymujecie wersję elektroniczną gratis!

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.

Bajki Majki: „Jak wytresować kota? Historie prawdziwe” Dawid Ratajczak

Książki o kotach są gratką dla kociarzy w każdym wieku i świetnie się ubawiłam czytając ten tytuł. Pamiętam jednak, jak uwielbiałam w dzieciństwie tego typu historie – „Kocie opowieści” Jamesa Herriota były jedną z moich ulubionych książek, kiedy tylko nauczyłam się w miarę sprawnie czytać. Znam je niemalże na pamięć. A że książki Ratajczaka nie mają tak naprawdę ograniczenia wiekowego i zostały wydane nakładem Wydawnictwa Skrzat, które niejako konotuje literaturę dziecięcą, czwarty tom „Jak wytresować kota” trafił do kategorii Bajki Majki, choć zdecydowanie przez jakiś czas będzie jeszcze na wyrost.

Ale nie dajcie się zwieść! Bardzo rekomenduję tą pozycję również dla dorosłych, swój egzemplarz zamierzam niebawem [nie czytaj tego siostro, chyba, że chcesz mieć urodzinowy spoiler!] sprezentować siostrze na 23 urodziny.

 

Oczywiście dzieci nie wszystko zrozumieją – nie mają w końcu aż tak dużego życiowego doświadczenia i obycia z kotami i stworzeniami kotopodobnymi (wciąż podejrzewam Vincenta o jakieś tajemnicze małpie geny), jak człowiek dorosły – ale z pewnością i tak będą miały ubaw po pachy. Ja miałam.

W przeciwieństwie do poprzednich trzech części serii, ta nie powstała jako typowy poradnik. Na tą niewielką gabarytowo książeczkę składa się pięć opowieści pięciu kotów i ich właścicieli. Są to historie mogące stanowić archetyp kociego zachowania, bez wątpienia znany wszystkim wytrawnym kociarzom. Ci, czytając, będą mądrze kiwać głową ze zrozumieniem, gładząc brodę i podkręcając wąsa. Dla początkujących użytkowników stanowią cenną wartość dydaktyczno-moralizatorską, pomagając im choć trochę przygotować się psychicznie na nieuniknione.

Pewne wydarzenia są bowiem całkowicie przewidywalne – jak na skutek ścierania się zimnych i ciepłych mas powietrza musi powstać burza, tak możemy spodziewać się pewnych określonych efektów, kiedy próbujemy podać kotu tabletkę, przypiąć mu smycz i zabrać na spacer (aczkolwiek jestem w posiadaniu pewnego dowodu anegdotycznego, że to jednak możliwe!), czy postawimy w domu kota choinkę. A jednak mimo to za każdym razem jesteśmy zaskoczeni, prawda?

Wszystkie są świetne w swojej prawdziwości, ale moją ulubioną zdecydowanie jest opowieść (chociaż bardziej może przypowieść?) o odchudzaniu „puszystego, ale szczęśliwego” Krokieta, zawierająca relację jego diety z godziny na godzinę, niczym napad na mennicę królewską.

Lekki język, komizm życia codziennego, dużo bardzo kocich kotów i całkiem sporą dawkę wartościowej kociej wiedzy przeplecionej między wierszami gwarantują poprawiająca humor i pożyteczną rozrywkę niezależnie od metryki odbiorcy. Wystarczy tylko umieć czytać!

Dawid Ratajczak, Jak wytresować kota? Historie prawdziwe, Kraków: Wydawnictwo Skrzat, 2019, 160 s.

Recenzja powstałą dzięki uprzejmości Wydawnictwa Skrzat.

Bajki Majki: PRZEDPREMIEROWO „Małe Licho i anioł z kamienia” Marta Kisiel

Moja ukochana, nadprzyrodzona hipisowska komuna powraca!

I na dzień dobry ulega rozbiciu. Ze względu na zupełnie niespodziewane okoliczności spowodowane podstępnym wirusem VZV (tak właśnie kończy się nadmierna integracja ze światem zewnętrznym…) Bożek, coraz rzadziej zwany Niebożątkiem, musi zostać ewakuowany z domu w trybie pilnym. A czy może być lepszy pomysł na pozbycie się dziecka w zimowe ferie, jak zesłanie go do zamieszkałej w ciemnej, leśnej głuszy ciotki-lekarki, z olbrzymim zapasem ocieplanych majtek w torbie i aniołem stróżem do kompletu? Nic nie zapowiada, że spokojne, leniwe wakacje bez bieżącej wody i energii elektrycznej mogą stać się prawdziwym piekłem

Druga książka Marty Kisiel dedykowana dzieciom łączy ze sobą dwa podcykle „Dożywocia”, nie ma przecież lepszego miejsca na spotkanie sił niebiańskich i piekielnych, niż zgliszcza Lichotki.

Jak na mój gust było nieco za mało Licha, ale dzięki temu Bożek – nieco na siłę wyciągnięty spod opiekuńczych skrzydeł Liszka i Konrada – nie tylko ma szansę rozwinąć relacje z innymi bohaterami, ale również nieco dorosnąć. Na tyle, na ile dorosnąć może ośmioletni pół chłopiec, pół widmo, pół glut z romantycznej krwi zrodzony.

Po raz kolejny błyskotliwa i zabawna opowieść ocieka życiową mądrością (i glutami). To chyba najfajniejszy (a na pewno najbardziej nadprzyrodzony) wykład o empatii, trosce, nie ocenianiu po pozorach, dbaniu o własną indywidualność i odpowiedzialności za drugiego człowieka (istotę?), z jakim miałam do czynienia. I przy okazji cenna nauczka, że próby zadowolenia innych nie zawsze przynoszą oczekiwane efekty. A nadopiekuńcza troska nigdy chyba nie będzie pozytywnie odbierana. Szczególnie przez przedstawicieli młodszej młodzieży. Oj tak, tego rodzaju lekcje potrzebne są nie tylko dzieciom!

Pełna indywidualności aż po same brzegi, kipiąca humorem i doprawiona do smaku klimatyczną, grobową poezją. Świetna zabawa murowana, niezależnie od wieku czytelnika.

Eh, do Czorta! To po prostu kolejna świetna książka!

Marta Kisiel, Małe Licho i anioł z kamienia, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2019,  304 s. (premiera 30.10.2019)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

 

Czas na czytanie: „Twierdza Tytonu” Magdalena Pioruńska

Hipnotyzująca opowieść o znaczeniu wolności, poszukiwaniu siebie i swojego miejsca w świecie.

Pierwsze 50 stron jest trudne. Nie tylko dlatego, że większość bohaterów zmienia imiona i ogarnięcie kto jest kim bywa wyzwaniem dla popracowego i podzieciowego wieczornego mózgu przedstawiającego się nieuchronnie w tryb jesienny. Ale przede wszystkim dlatego, że pierwsza część zostawiła w czytelniku tak wielki mętlik, że pozornie nie sposób go rozsupłać. A jednak bohaterowie będą w stanie wyjść z tego galimatiasu. Silniejsi. Ale czy mądrzejsi?

Podobnie jak w pierwszym tomie, wielką siłą tej powieści są bardzo dobrze dopracowane sylwetki postaci – to prawdziwa plejada silnych osobowości, często pogubionych i nieźle skrzywionych, ale unikalnych i jednocześnie bardzo prawdziwych. Równie misterna, co charaktery poszczególnych bohaterów jest kreacja świata. Magdalena Pioruńska stworzyła tak specyficzną i jednocześnie przerażającą wizję przyszłości, że nie można się od niej oderwać. To tutaj najnowsze technologie mieszają się z wierzeniami starożytnych, a systemy totalitarne z epoką kolonializmu. Eksperymenty genetyczne, dinozaury, rozległe modyfikacje ciała, potworne hybrydy i jeszcze potworniejsze braki w moralności… tym razem szokują jeszcze bardziej, bo opuszczając dziką Afrykę mamy szansę zajrzeć do cywilizowanej Europy. Tylko czy zepsuty do granic możliwości, rozpasany dwór cesarza Brytannika może poszczycić się tym mianem?

Ta książka była lepsza od „Twierdzy Kimerydu”. Może dlatego, że trochę już znam to szaleństwo i nie towarzyszyła mi dezorientacja turysty po raz pierwszy odwiedzającego nowe miejsce. Może ze względu na sposób narracji dający niejako spojrzenie z obu stron barykady. Może ze względu na dworskie intrygi, które tak uwielbiam. Może dlatego, że jest dłuższa, co pozwoliło autorce po prostu powiedzieć więcej. A i tak pod niektórymi względami czuję straszny niedosyt, są bohaterowie, o których niemal obsesyjnie chciałabym dowiedzieć się jeszcze więcej. Może w przyszłych tomach.

Tym razem nie zginął mój ulubiony bohater. Dwóch mniej ulubionych (ale wciąż kochanych!) również uszło z życiem. Ale z drugiej strony mój faworyt z poprzedniego tomu nie doznał cudownego zmartwychwstania, pod tym względem jest więc 1:1.

Z „Twierdzami” Pioruńskiej jest trochę jak z GoT – pierwsza część tak bardzo przyzwyczaiła mnie do okrucieństwa i nagłych, tragicznych w skutkach zwrotów akcji, że tym razem prawie nic mnie już nie było w stanie zszokować. Kanibalizm? Spoko. Paskudne zdrady? Zdarzają się. Kłamstwa i mataczenie? Na porządku dziennym. Eksperymenty na ludziach? Chyba wszyscy wiemy po co tu jesteśmy! A mimo to i tak lekturę kończyłam nieźle wkurzona, jeszcze nie potrafię tak kompletnie się nie przywiązywać. Czekanie na kolejną część to będzie mordęga!

Trochę „Igrzyska Śmierci”, trochę „Gra o tron” i bardzo mocno Pioruńska. Bardzo silny pretendent do tytułu Dziobaka Roku w moim wciąż powstającym plebiscycie książek niepowtarzalnych. Bo któż może się mierzyć z takim unikatem? Jednocześnie mądrym i ogłupiającym, fascynującym i irytującym, genialnym i szytym grubymi nićmi?

Magdalena Pioruńska, Twierdza Tytonu, Gdynia: Wydawnictwo Novae Res, 2019, 550 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.

Czas na czytanie: „Zbrodnia po irlandzku” Aleksandra Rumin

Minęło raptem pół roku od poprzedniej książki, a pani Rumin już popełniła kolejną zbrodnię. I to z dużo mocniejszym przytupem!

Witajcie na wakacjach z piekła rodem! Deszczowa Irlandia powita was z otwartymi ramionami, zamglonymi klifami, rozpadającym się busikiem, hotelami na końcu świata i tłumami turystów. Będziecie mieli okazję zwiedzać to niezwykłe miejsce wraz z ośmiorgiem szczęśliwców, którzy wygrali wczasy biurze podróży Hej Wakacje! No, na początku z ośmiorgiem. Bo już od pierwszego dnia  wyprawy szczęśliwcy znaczną ginąć w wyjątkowo niecodziennych okolicznościach…

W porównaniu ze „Zbrodnią i Karasiem”, wakacyjna powieść jest znacznie bardziej uniwersalna. Tym razem autorka nie pije do określonych sytuacji z pierwszych stron gazet, a piętnuje określone zachowania… narodowe, że tak to określę. A mianowicie perypetie różnorakie rodaków na wakacjach. Spokojnie, innym nacjom też się odrywa. I hotelowemu jedzeniu, biurom podróży, pilotom wycieczek, transportowi zorganizowanemu, pogodzie, klifom, owcom, komarom-ludożercom…  W końcu człowiek na wyjeździe głupieje z zasady, a spod skóry wychodzi mu wewnętrzny buc. Ale wygląda na to, że w takich warunkach inaczej się nie da.

Wbrew symfonii uszczypliwego narzekania, jaką w gruncie rzeczy jest ta książka, czyta się ją bardzo dobrze. Chociaż przesadzona do granic możliwości, wciąż jest zabawna, a i nie sposób powstrzymać się od mechanicznego kiwania głową od czasu do czasu. Każdy z nas z pewnością na własnej skórze doświadczył choć jednej z opisanych sytuacji, w końcu przedstawiono ich aż tyle!

Zagubiony pilot wycieczki, demoniczna staruszka, bojowo nastawione kozy, napięty program, malownicze widoki, złodzieje literek, ciągłe ulewy, albo mgły, zabieranie „na pamiątkę” wszystkiego, co nie jest przybite gwoździami (chociaż to, co jest przybite również można zabrać, ale trudniej) i rybki lepszego sortu. A wszystko to przy radosnych dźwiękach harfy i klikającej raz po raz migawki aparatu.

Ta książka naprawdę świetnie nadaje się na wakacje – lekka, humorystyczna i całkiem błyskotliwa. Aż człowiek nabiera ochoty na wyprawę do Irlandii. Tylko może lepiej bez opieki biura podróży.

Kto przed końcem lektury zgadnie, kto jest mordercą, ma u mnie ciacho! I to z bitą śmietaną, a co! Gwarantuję, że nikomu się nie uda!

Aleksandra Rumin, Zbrodnia po irlandzku, Kraków: Wydawnictwo Initium, 2019, 300 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Initium.

Czas na czytanie: „Wszyscy ludzie przez cały czas” Marta Guzowska

Bardzo specyficznie czytało się ta książkę na leżaku mocząc stopy w basenie wakacyjnego kurortu, smażąc się w słońcu. Przede wszystkim dlatego, że akcja powieści dzieje się w okolicach Wielkanocy, kiedy to pogoda na Krecie – zdominowana przez wilgotny chłód i bardzo silny lodowaty wiatr – zupełnie nie przypomina tego znanego nam ze zdjęć wypełniających katalogi biur podróży. Ale również dlatego, że to kryminał w klimatach rytualnych mordów i składania ofiar z ludzi, co niekoniecznie komponuje się z radosnym piskiem chlapiących się w wodzie dzieciaków. Niemniej jednak ani trochę nie żałuję wyboru urlopowej lektury, zimny dreszcz na plecach przynosił nieco ochłody, szczególnie między lodami na śniadanie, a lodami na obiad.

Mario Ybl jest doktorem Housem antropologii – to genialny w swojej dziedzinie, zadufany w sobie, rozpamiętujący przeszłość socjopatyczny gbur z paranoją i tendencją do obrażania wszystkich wokół. Chociaż ma niesamowite oko do szczegółów, niezbędnych w rozwiązywaniu zagadek kryminalnych, z typowaniem zabójców idzie mu nieco gorzej. Tak samo, jak i mi, bo aż do samego końca typowałam innego sprawcę.

Zanim jeszcze nasz bohater postawił nogę na Krecie, już zdążył dokonać sensacyjnego odkrycia – na stanowisku archeologicznym, na które został zaproszony przez swojego przyjaciela, składano ofiary nie ze zwierząt, a z ludzi. Szybko okazuje się jednak, że kreteńska ludność wcale nie zaprzestała tej praktyki przebłagiwania bogów i zupełnie współczesnych zwłok zamordowanych w bardzo starożytny sposób pojawia się nagle całkiem sporo. I to całkiem blisko archeologów.

Nocne ucieczki przed mordercą, upadki z urwiska, trzęsienia ziemi, włamania do magazynu, wariaci uzbrojeni w noże i starożytne kości, pogrzeby, rodzinne vendetty, wyklęcia z klanu, wielopoziomowe intrygi, wątpliwe moralnie relacje damsko-męskie, serie z kałasznikowa, przebite serca i poderżnięte gardła, złodzieje kóz i hektolitry raki to tylko nieliczne z atrakcji urozmaicających życie w niewielkim, sennymi miasteczku. A finał, choć wyjątkowo spektakularny, nie wzbudzi większych emocji w nikim, poza czytelnikiem.

Chociaż ta ponura, niegościnna, zimna Kreta wydaje się być zupełnie innym światem, autorka oddaje obraz wyspy, w który bardzo łatwo uwierzyć nawet odwiedzając ją w sierpniu, bo wiele szczegółów turysta jest w stanie wyłapać wokół siebie i w szczycie sezonu. Od wisiorków z labrysem zajmujących honorowe miejsce w witrynie każdego sklepu jubilerskiego, przez trujące rododendrony obrastające szczelnie granice ulic, wąskie górskie drogi pełne samobójczych zakrętów, osamotnione kościoły na górskich szczytach, ogrodzenia zbudowane z kamieni podebranych ze stanowisk archeologicznych, niewielkie puby i niedofinansowane, obskurne muzea. I jakoś ten obraz Guzowskiej, choć ponury, kusi równie mocno. Chociaż może niekoniecznie na urlop z trzylatką, kiedy to niektóre przygody zdecydowanie rozważniej zostawić na kartach powieści.

Marta Guzowska, Wszyscy ludzie przez cały czas, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B, 2015, 398 s.