Czas na czytanie: „Toń” Marta Kisiel

Ta książka wzbudza w mnie sporo sprzecznych emocji, bo jej dwa główne elementy są dla mnie jak ogień i woda i mam do nich zupełnie różny stosunek. Pierwszym jest koncepcja podróży w czasie, której (w przeciwieństwie do mojej najlepszej przyjaciółki) nie cierpię odkąd John Connor w którymś z ostatnich „Terminatorów” był starszy od swojego ojca. Chyba każdy już próbował mi tłumaczyć dlaczego tak się stało, a ja nadal nie ogarniam. Drugą, równie ważną składową powieści jest poszukiwanie zaginionego w czasie wojny dziedzictwa kulturowego, co uwielbiam i z czym stykam się na co dzień. Złote pociągi i te sprawy, chyba każdego trochę kręcą te klimaty.

DSC_1439

Do tego dodać należy specyficzny humor autorki – tak różny od „Dożywocia”, a jednak wciąż ujmujący.

mitologiczne stwory, gadatliwe sąsiadki (w sumie nie wiadomo, co budzi większy postrach), zatęchłe antykwariaty, specyficzne zegarki, błędy wychowawcze (chyba każda z dotychczas przeczytanych książek Marty Kisiel uderza mnie przestrogami w tym temacie), przynajmniej jeden bezwzględny morderca i stale narastająca liczba trupów. Jest chciwość – zarówno wiedzy, jak i bogactwa. Jest hekatomba wojny i piętno, jakie pozostawia po sobie nieszczęśliwe dzieciństwo.

Za konstrukcją tej powieści trudno nadążyć, podobnie jak za postrzelonymi bohaterami. Bywa upiornie i bywa zabawnie. I nie sposób odłożyć jej bez refleksji, szczególnie, że naprawdę rozumiem pobudki potępionego spektakularnie czarnego charakteru.

A cała historia ucina się nagle pozostawiając czytelnika w pewnym szoku i ze sporym niedosytem. Bo chociaż większa część zagadki została rozwiązana, to jednak wciąż tyle można by powiedzieć, a pytania piętrzą się całymi stosami. Przez co teraz nie bardzo wiem, co zrobić ze swoim życiem. Pozostaje chyba czekać na drugi tom, bo nie wyobrażam sobie, by cała ta zgraja indywiduów wszelakich mogłaby zostać pozostawiona na pastwę zapomnienia.

Naprawdę nie wiem, co zrobić z tą książką. Poza jak najszybszym przekazaniem jej w ręce przyjaciółki. Nie wiem nawet, czy mi się podobało. Ale nie da się ukryć, że utonęłam i nie bardzo potrafię trafić z powrotem.

Marta Kisiel, Toń, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2018, 316 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Postawić na szczęście” Anna Sakowicz

Od dawna już miałam ochotę spróbować prozy Anny Sakowicz, ale dopiero historia Agaty zagościła na moim stosie do przeczytania. A ta skusiła mnie tak już przecież oklepanym porównaniem do Bridget Jones.

A porównanie to jest wyjątkowo trafne (co wbrew pozorom nie jest wcale takie oczywiste, jakby się mogło wydawać). Agata jest dziennikarką marzącą o stabilizacji, jaką daje praca na etacie i blogerką z fantastycznym pomysłem na siebie – ima się najbardziej niedocenianych prac i spisuje swoje wrażenia z bycia babcia klozetową, petsitterką, czy szkolną woźną. Wielkimi krokami zbliża się do czterdziestki, ma zakręconą rodzinę (w tym bardzo pozytywnego tatę), kilkanaście kilo nadwagi, mnóstwo dystansu do siebie i kilku adoratorów krążących po jej okrąglutkiej orbicie. Ma też świetną relację z siostrą i to właśnie z nią zakłada się, że zrealizuje „plan trzyletni” – rok na schudnięcie, rok na wyjście za mąż i rok na urodzenie dziecka. Jak życie pokaże, niekoniecznie w tej kolejności…

Tak, ta książka jest przewidywalna, zarówno jej przebieg, jak i zakończenie chyba nikogo nie jest w stanie zaskoczyć. Ale moim zdaniem o to właśnie w tym wszystkim chodzi – to przyjemna, zabawna lektura powielająca znany i sprawdzony schemat. Nie każda książka musi przecież zaskakiwać.

Nie wiem, czy to dlatego, że najłatwiej czytać o problemach, które nigdy nie będą nas dotyczyć, czy większy wpływ miał na to niezobowiązujący temat, czy lekki styl autorki, ale ta książka okazała się być wyjątkowo relaksująca. Z przyjemnością zaległam z nią w fotelu po świątecznym obżarstwie i chętnie sięgnę po kolejny tom.

Szczególnie, że znajdziemy tu całkiem plastyczne landszafciki: malownicze leśniczówki, tajemnicze nagrobki i arbotetum. Aż do teraz nie wiedziałam, że coś takiego w ogóle istnieje. A tu okazuje się, że to opisane jest całkiem niedaleko mojego miejsca zamieszkania.

To nie jest wybitna książka, która zostanie w moim sercu na zawsze, ale sympatyczna rozrywka na kilka wieczorów. Lekka, podszyta humorem historia nie wymagająca gimnastyki umysłowej. Świetnie sprawdzi się jako książka do pociągu, czy samolotu, albo jako towarzyszka leniwego wolnego popołudnia. Nieszczególnie poważna, chociaż zahacza o całkiem poważne problemy. Nie ocenia, nie moralizuje, ani nie zmusza do głębszych refleksji, ale ma w sobie jakąś taką pozytywną energię, dzięki której odkładamy ją z uśmiechem.

P.S. Nie wiem dlaczego, ale pani na okładce ma nos wymazany w Photoshopie, co mnie trochę niepokoi. Może to jakaś krewna Voldemorta?

Anna Sakowicz, Postawić na szczęście, Warszawa: Wydawnictwo Edipresse, 2018, 350 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Edipresse.

Czas na czytanie: „Twierdza Kimerydu” Magdalena Pioruńska

Nie da się ukryć, że mam wielką słabość do dziwnych rzeczy i sięgam po nie z przyjemnością. Ale tak dziwnej książki, jak „Twierdza Kimerydu” dawno nie czytałam. Nawet nie wiem od czego zacząć.

Ludzkość poczyniła spore postępy w kierunku rozwoju genetyki. Nie tylko wskrzesiła dinozaury, ale również powołała do życia nowe gatunki bezrefleksyjnie mieszając geny stworzeń żywych i wymarłych. Dążąc do pokonania śmierci ulepszyła człowieka modyfikując jego wygląd, wyeliminowała koncepcję starzenia się i poprawiła wytrzymałość. Największym marzeniem okrutnego cesarza hegemona władającego Europą jest stworzenie armii niezwyciężonych żołnierzy będących hybrydami ludzi i dinozaurów. Tymczasem w Afryce, miejscu, skupiającym badania nad prehistorycznymi gadami, przedstawiciele tego gatunku pojawili się zupełnie samoistnie. By nie powiedzieć wręcz „naturalnie”.

Tyrs Mollina nie ma lekkiego życia – urodził się jako wyrzutek, potomek człowieka i raptora. Pozbawiony wspólnoty i własnej tożsamości, wychowany na ulicy od dziecka musi radzić sobie sam, a ponadto na jego barkach ciąży odpowiedzialność za pojawiające się w zastraszającym tempie młodsze rodzeństwo. Jest samcem alfa swojej rodziny, strażnikiem wąwozu, Casanovą, uczniem liceum i przyjacielem dwóch innych młodych chłopaków, całkiem do niego podobnych, a jednak zupełnie innych.

Ta książka to naprawdę wybuchowa mieszanka – problemy egzystencjalne dorastających chłopców mieszają się z walką o przetrwanie i poszukiwaniem własnego „ja”, nie tylko jako człowiek, ale i jako drapieżnik. To walka z zupełnie ludzkimi pragnieniami i popędami podszeptywanymi przez skrytą gdzieś głęboko gadzią naturę. To nieustanna walka o akceptację społeczeństwa, rodziny i samoświadomość. A jakby tego rodzaju rozterek było mało, to pewna słynna kobieta, która trafi przypadkiem w mało gościnne mury tej niestandardowej twierdzy przynosi ze sobą widmo wojny.

Kontrowersyjne tematy, jak homoseksualizm, czy prostytucja kompletnie blakną przy eksperymentach na ludziach (a nawet na własnych dzieciach!), wykorzystywaniu nieletnich, składaniu krwawych ofiar, czy międzygatunkowych związkach z licznym potomstwem. Kompletna jazda bez trzymanki. Czytelnikowi wydaje się, że już nic nie jest w stanie go zaskoczyć, by chwilę później wstrzymywać oddech za zdumienia. A wykreowana antyutopia z każdą stroną przeraża coraz bardziej.

Jest tu wojna i rzeź, są złamane serca i portowe życie spod znaku czerwonych latarni, jest walka o wolność, tożsamość i rzucanie wyzwania niepokonanemu, jest okrucieństwo najeźdźcy i jedzenie ludzkiego mięsa. Jest nadzieja i jej utrata. Są też takie momenty, kiedy nie miałam zielonego pojęcia o co im wszystkim chodzi i w imię czego właściwie tak strasznie utrudniają sobie życie. Bo motywacje bohaterów bywają przedziwne i zmieniają się jak w kalejdoskopie.

Wiadomo, były momenty, które podobały mi się bardziej, i te, które mniej przypadły mi do gustu. Długo nie rozumiałam na przykład dlaczego właściwie na siłę upchnięto bohaterów do szkoły – dla mnie z zupełności sprawdziliby się jako żołnierze. A tego rodzaju zabiegów – które zyskują sens dopiero gdy mamy obraz całości – jest całkiem sporo. Frustrująco sporo.

Autorka jest prawdziwą sadystką – nie oszczędza ani swoich bohaterów, ani tym bardziej czytelników.

Pomijając kompletny miszmasz tematyczny i koncepcyjny, książka jest napisana w bardzo specyficzny sposób. Teraźniejszość miesza się ze wspomnieniami, a różne perspektywy bohaterów niejednokrotnie się na siebie nakładają. Nie przepadam za pierwszoosobową narracją, ale w przypadku tej powieści nadaje ona historii zupełnie inny wymiar. A kiedy już się człowiek przyzwyczai, to nie sposób przerwać lektury, czyta się jednym tchem.

Dziwna, niestandardowa, zaskakująca. Nie można przestać o niej myśleć, szczególnie, że zakończenie pozostawia mnóstwo niedosytu. Niecierpliwie czekam na drugi tom, i w głębi serca mocno wierzę, że mój ulubiony bohater wcale jednak nie umarł na śmierć i doczekam się jego wielkiego powrotu. Bardzo proszę!

P.S. Nie sposób nie wspomnieć również o opracowaniu graficznym – książka została wzbogacona o trzy kolorowe wkładki z komiksowym przedstawieniem danej sceny. Ta koncepcja przypadła mi do gustu i w ostatecznym rozrachunku było mi tych obrazkowych wtrąceń trochę mało – kiedy już się przyzwyczaiłam, że się pojawiają, one jak na złość przestały się pojawiać. Strasznie spodobał mi się za to gadżet promocyjny, który dostałam wraz z książką – zbiór grafik w formie pliku zdjęć przedstawiających formalne i nieformalne momenty z życia opisanych postaci. Taki intymny wgląd do albumu ten kompletnie niestandardowej, ale jednak rodziny. Fantastyczny pomysł.

Magdalena Pioruńska, Twierdza Kimerydu, Gdynia: Wydawnictwo Novae Res, 2017, 444s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.

Czas na czytanie: „Dynia i jemioła” Aneta Jadowska

Nie jestem wielką fanką opowiadań, ale ta forma idealnie sprawdziła się podczas świątecznych przygotowań – jedno między odkurzaczem, a mopem, drugie miedzy sałatką, a pierogami i ani się człowiek obejrzy, a Wigila przygotowana!

Początkowo nie było mi łatwo wkręcić się w tą książkę, bo z twórczości Anety Jadowskiej znam tylko cykl o Nikicie. Pozostałych bohaterów poznawałam więc od d… dziwnej strony, ale po kilkunastu stronach „Wampira, który ukradł święta” poczułam się w miarę swobodnie i dalej poszło już gładko. A kiedy już dane było mi spotkać takie indywidua jak Dora Wilk, Malina, czy Witkacy  (i to w najbardziej wyjątkowym, bo świątecznym klimacie!), to mam wrażenie, że już nie ma odwrotu. Coś czuję, że szybko nadrobię braki w twórczości autorki, bo przyzywają mnie z bibliotecznych półek jak magnes.

Bo opowiadania są super – nieprawdopodobne, zabawne i z pazurkiem – idealne na odstresowanie przedświątecznej nerwówki. Trochę tu przyprawiającego o próchnicę Halloween, szczypta pachnącego piernikami bożego narodzenia i odrobina upiornego Samhain doprawionego zdrową dawką chinoiserie.

Są wampiry, wilkołaki, przywoływanie demonów, erotyczne anonse, wiedźmy, stwory prosto z piekielnych czeluści, gburowate duchy i uzbrojona po zęby Nikita. Jeśli czegoś tu nie znajdziecie, to tylko nudy.

A wszystko to w wyjątkowo ładnym wydaniu – twarda oprawa i ilustracje Magdaleny Babińskiej robią robotę!

Zazwyczaj blurby na tylnej stronie okładki przesadzają, ale tym razem wyjątkowo się zgadzam – porównanie z pudełkiem czekoladek jest wyjątkowo udane. Nigdy nie wiadomo, co nam się trafi, ale na pewno będzie pysznie!

Aneta Jadowska, Dynia i jemioła, Kraków: Wydawnictwo SQN, 2018, 410 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa SQN.

Czas na czytanie: „Nie całkiem białe Boże Narodzenie” Magdalena Knedler

Takie właśnie powinny być świąteczne książki! Trzymające w napięciu, zmuszające do wysilenia szarych komórek, pachnące piernikiem i brzmiące bożonarodzeniowymi szlagierami. A w wannie, zamiast karpia pływa topielec.

Mam taki problem z kryminałami, że zanim na dobre zorientuję się kto jest kim i o co tak właściwie chodzi, mija przynajmniej 100 stron. Nie wiem, na czym polega magiczna sztuczka autorki, ale nawet książkę tego gatunku napisała tak, że nie wchodzi gładko od pierwszego zdania. I ani się człowiek obejży, a jest czwarta rano.

Witajcie w pensjonacie Mścigniew (urocza i wyjątkowo adekwatna nazwa, nieprawdaż?) – miejscu, dokąd na Boże Narodzenie ściągają ludzie pragnący ucieczki od przedświątecznego szaleństwa. Bo i oferta brzmi niezwykle kusząco, w końcu to urokliwa samotnia wśród lasów i jezior, nie trzeba sprzątać ani gotować, a właściciel hoteliku do wprowadzania sielskiego nastroju podchodzi z werwą i oddaniem. I wszystko zapowiada się iście beztrosko. Aż do momentu, kiedy zwłoki jednego z gości zostają znalezione w wannie.

Każdy z mieszkańców pensjonatu to interesujący egzemplarz – małżeństwo hipsterów, korposzczurzyca, niespełniona piosenkarka, wiecznie zaczytany polonista, królowa sceny sprzed lat, ojciec z synem przeżywający rodzinną tragedię i nawrócony alkoholik. A odizolowana, cierpiąca na tajemniczą chorobę żona właściciela to wyjątkowo urodziwa wisienka na torcie. Każdy z nich ma swoje sekrety, których zazdrośnie strzeże, każdy gdzieniegdzie mija się z prawdą i mimo makabrycznych okoliczności nikt za bardzo nie pali się do wyjazdu. I co gorsza – nikt zdaje się nie mieć motywu. Nieszczęśliwy wypadek, czy skrzętnie zaplanowana zbrodnia?

Przed oryginalnym duetem policjanta w krawacie w bałwanki i prywatnego detektywa-przystojniaka nie lada wyzwanie wymagające wyjątkowych środków – udając zakochaną parę postanawiają wynająć pokój zwolniony przez tragicznie zmarłego. Wraz z jego wanną.

Kipiąca humorem, zręcznie napisana historia morderstwa pełna świątecznego klimatu. W końcu nic tak nie potrafi rozruszać przed światami, jak morderstwo. Albo dwa!

A jeśli jeszcze mało Wam atrakcji, to okładka jest fantastyczna – ten norweski swetrowy wzorek w czaszeczki, to jedna z lepszych rzeczy, jakie ostatnio widziałam! Nosiłabym bardzo!

Magdalena Knedler, Nie całkiem białe Boże Narodzenie, Gdynia: Wydawnictwo Novae Res, 2017, 436 s.

Za idealny przedświateczny prezent dziękuję Anecie! Koniecznie zajżyjcie na jej bloga i przeczytajcie jej książkę ;)

Czas na czytanie: „Pensjonat pod Świerkiem. Opowiadania świąteczne”

Może trochę wstyd się przyznać, ale jeśli chodzi o twórczość polskich pisarzy, mam spore zaległości i poza kilkoma nazwiskami, które lubię i śledzę, nie bardzo jestem w stanie się na ten temat wypowiedzieć.

Dlatego, chociaż w gruncie rzeczy nie przepadam za krótkimi formami literackimi, ze sporym entuzjazmem sięgnęłam po antologię świątecznych opowiadań. To w sumie dwie pieczenie na jednym ogniu – z początkiem grudnia zacznę wprowadzać bożonarodzeniowe klimaty (co obiecałam sobie po zeszłorocznym buncie przeciwko ckliwym świątecznym powieściom) i zrobię mały rekonesans wśród polskich autorów. Bo to jednak było moje noworoczne postanowienie, a tu jak zwykle zaskoczył mnie grudzień…

DSC_1223

Tym też sposobem zafundowałam sobie próbkę twórczości ośmiu pisarzy płci obojga. Co prawda na nieco tendencyjny temat, ale moim zdaniem, jeśli ktoś potrafi oddać czar grudniowej nocy w zasypanym śniegiem pensjonacie na końcu świata, to warto się nim bliżej zainteresować. Jestem osobą wyjątkowo łasą na bożenarodzeniowy kicz, romantyzm i komerchę, więc wbrew pozorom wcale nie jest trudno mnie zadowolić. A mimo to mało komu się udało.

Motywem przewodnim jest średnio urokliwy, postkomunistyczny pensjonat w zapomnianej przez świat leśnej głuszy, prowadzony przez na wskroś dobre rodzeństwo – Ewę i Gabriela. To tam trafiają bohaterowie wszystkich opowiadań i dzięki temu niewielki, na wskroś typowy budyneczek staje się sceną dla niespodziewanych spotkań po latach, kilku tendencyjnych świątecznych cudów, powrotów nadziei, dobrych i złych decyzji i odrobiny tandetnej sensacji, gdzie tryskająca krew miesza się z dzikimi seksami i średnim poziomem literackim.

Bo niestety w większości przypadków jest kiepsko – i pod względem pomysłu i pod względem języka. Zdecydowanie wybijają się (zarówno pod względem fabuły, jak i stylu) dwa opowiadania Magdaleny Knedler, co nie jest dla mnie żadnym zaskoczeniem, bo jej twórczość to jedno z moich największych odkryć mijającego roku. Czegoś takiego oczekiwałam – oryginalnego pomysłu osadzonego w trącącym nieco kiczem pachnącego piernikiem klimacie świąt Bożego Narodzenia. Może to kwestia gustu, ale jej historie w moim odczuciu stawiają poprzeczkę na tyle wysoko, że reszta autorów po prostu przy niej blaknie. Prawdę mówiąc miałam nadzieję, że całą antologię przeczytam z podobną przyjemnością.

Drugim wartym wspomnienia nazwiskiem, jest Nina Richter, której opowiadanie bardzo mile mnie zaskoczyło i ma szansę stanąć na podium obok pani Knedler i wcale nie wyglądać przy tym jak szara myszka. I ono też jest tendencyjne – samotna starość, homofobia i wielkie świąteczne pojednanie po latach. A mimo to bardzo dobrze się czyta, a bohaterowie nie są wcale tak szablonowi, jak mogłoby się to wydawać na pierwszy rzut oka. I o twórczości tej autorki chętnie dowiem się więcej.

Poza tym nikt więcej niestety nie zdołał mnie zainteresować, a niektórzy wręcz zniechęcili.

Liczyłam na coś więcej, ale mimo to polecam jako lekką lekturę na przedświąteczny czas – świetnie sprawdzi się jako mała odskocznia w natłoku obowiązków albo czekadełko w kolejce po karpia. Szczególnie warto dla tych trzech wyjątkowych historii, które dodatkowo potrafią zaciekawić, czytają się z przyjemnością i zostawiają w serduchu to wyjątkowe świąteczne ciepełko.

Pensjonat pod Świerkiem, Gdynia: Wydawnictwo Novae Res, 2017, 306 s.

Czas na czytanie: „Bramy Światłości: Tom 3” Maja Lidia Kossakowska

Nie mam pojęcia jak to się dzieje, to musi być jakiś szósty zmysł, albo siły nieczyste maczają w tym palce, ale za każdym razem, kiedy zdecyduję, że nie kupię już żadnej książki (chociaż do końca roku!), Kossakowska wydaje kolejną część swojego anielskiego cyklu. A ja posłusznie biegnę kucgalopkiem do najbliższego empiku ku synchronicznej rozpaczy mojego portfela i regału wstydu. Bo aniołki zawsze będą miały pierwszeństwo.

W ostatnich recenzjach zauważyłam, że z każdym następnym tomem autorka odchodzi od fabuły na rzecz rozbuchanego opisu, który rozrasta się wręcz do monstrualnych rozmiarów, czego punktem szczytowym był drugi tom Bram Światłości. Tamta książka w całości skupiała się na krwawych przygodach Daimona w malowniczej dżungli, nie mających tak naprawdę wielkiego wpływu na oś wydarzeń i stanowiła coś w stylu przerywnika. Kiedy zobaczyłam grubość tomu trzeciego trochę bałam się powtórki z rozrywki. Jak się okazało zupełnie niesłusznie, bo w ostatniej już części „Zastępów Anielskich” Kossakowska osiągnęła złoty środek – opisy są i mają się dobrze, ale znowu zaczyna się dziać! Ekspedycja dzielnie prze do przodu i nawet udaje jej sie w końcu gdzieś dojść. I wrócić! Podobnie gorąco robi się w Głębi. Mogę śmiało powiedzieć, że jestem ukontentowana, bo dostałam wreszcie to, za czym tak bardzo tęskniłam – dworskie intrygi, dzikie pościgi po miejskich zaułkach i bezwzględną walkę o tron. Razjel zdecydowanie nie ma lekko na tronie Pandemonium.

A w gratisie pojawia się kilka głęboko uduchowionych kazań na temat natury i sensu wiary!

Znowu świetnie się czyta, szczególnie, kiedy ktoś tak bardzo upodobał sobie łechtające wyobraźnię baśniowe opisy, jak ja. Tą wybuchową mieszankę, na którą składają się makabryczny naturalizm, rozwlekły impresjonizmem i spora dawką fantastyki autorka podniosła do rangi sztuki. Tego stylu nie sposób podrobić. O tak, jest w tym sporo z grafomanii, ale w tym raczej dobrym sensie. Bo nie ważne, czy książka ma 300, czy 600 stron, i tak kończy się za szybko.

Jakieś minusy? Praktycznie wszyscy bohaterowie, tańczący dotychczas na krawędzi dwuznaczności, zostali jasno określeni jako heteroseksualni. Ja widziałam tak udane romanse między przyjaciółmi, a to tylko bromance!

Jak zwykle brakowało mi aniołów – tym razem było dużo lepiej, niż ostatnio, ale Michał na przykład nie pojawił się nie razu! Tęsknię bardzo, szczególnie, że to już podobno naprawdę koniec. Taki ostateczny. I nieszczególnie podoba mi się to, co zostało z Gabriela. Ale za Nefera jestem skłonna wybaczyć wszystko inne.

To była świetna przygoda, jedna z moich ulubionych serii. Głęboko wierzę, że jeszcze coś anielskiego przyjdzie mi przeczytać. Może muszę powziąć kolejne mocne postanowienie o niekupowaniu książek, a Pani Kossakowska coś dla mnie z tej okazji napisze?

Maja Lidia Kossakowska, Bramy Światłości: Tom 3, Lublin-Warszawa: Fabryka Słów, 2018, 658 s.

Czas na czytanie: „Siła niższa” Marta Kisiel

Wystarczy spojrzeć na okładkę tej książki i już pozamiatane. Czy jakakolwiek dodatkowa recenzja jest jeszcze potrzebna?

Podczas cotygodniowej wizyty w Tesco, Konrad przypadkowo dowiaduje się, że nie jest sam we wszechświecie. A anioł stróż to nie taki znowu wyjątkowy kompan i już nie jednemu chłopu ketchup wybierał. Jako, że nadmierna ciekawość prowadzi prosto w ramiona koszmaru, nabzdyczony i niepogodzony z bólem żywota Konrad ściąga sobie na głowę stale nowe atrakcje – a każda ciekawsza od poprzedniej.

Tym co najlepsze z najlepszych, jest fakt, że autorce jakimś cudem udało się osiągnąć kosmiczną równowagę – między weltshmertzem a komizmem, powagą tematu a lekkim do niego podejściem, grafomanią a porywającą akcją, ścinającym krew w żyłach dramatem, a słodko-kochaną puchatością Licha.

Przez dobre pół książki chciałam jedynie bardzo mocno kopnąć Konrada w rzyć, ale pod koniec i tak najchętniej wydziergałabym mu ciepłe bamboszki.

I naprawdę nieczęsto można to powiedzieć, ale druga część była nawet lepsza od pierwszej – być może dlatego, że znam już ten rodzaj szaleństwa i wśród tej dziwacznej zbieraniny czuję się jak w domu, ale mam wrażenie, że „Siła niższa” jest spójniejsza i bardziej „na temat” niż „Dożywocie”. A może po prostu to sam temat jest mi bliższy, jako młodej matce z, jeszcze do niedawna, silnym wypaleniem psychicznym. No i nie ukrywajmy, wymiana egzaltowanego nieszczęsnego Szczęsnego, na rubasznego wikinga-wiecznego-optymistę to naprawdę dobry deal.

seanse spirytystyczne, niechciane anioły, samotne matki, grzechotki drewniane model Mjölnir, stado różowych króliczków, rodzinne ciepło, poszukiwanie własnego miejsca, zagrożenia wynikające  z nieumiejętnego korzystania z Internetu, wyjątkowo pomocne siły Wermachtu, atakujący dżender, pierwotne zło wypełzające z piekielnych otchłani i śliniące się niemowlaki (chociaż to w sumie trochę to samo).

Kocham nieprzerwanie!

Marta Kisiel, Siła niższa, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2016, 320 s.

Czas na czytanie: „Dożywocie” Marta Kisiel

Już po pierwszych stronach „Małego Licha” wiedziałam, że wpadnę po same uszy. A kiedy tylko dowiedziałam się, że są przynajmniej dwie książki dla dorosłego odbiorcy, które opisują wcześniejsze dzieje tej specyficznej patchworkowej rodziny, poleciałam do księgarni z wywieszonym językiem. Nie bawiłam się nawet w zamawianie w niedrogich internetowych księgarniach, trafiłam prosto do empiku, byleby mieć je teraz zaraz. I od razu zaczęłam czytać, w końcu regał wstydu czeka już tak długo, że na pewno się przyzwyczaił!

Niewątpliwie za sporą część mojej miłości odpowiada język autorki. Pełen dziwacznego, potocznego słownictwa na granicy słowotwórstwa, udziwniony i rozpoetyzowany z olbrzymią dawką humoru i zaskakujących porównań. Gdybym już nie była tak strasznie rozentuzjazmowana, to i tak z pewnością zakochałabym się wraz z pierwszym „chabaziem”.

No i bohaterowie. Totalnie zakręcona zbieranina indywiduów wszelakich – od zmęczonego życiem pisarza o złamanym sercu, przez nieletniego anioła stróża z obsesją sprzątania i alergią na pierze, pradawnego demona z czeluści najczarniejszego zła o niewątpliwym talencie kulinarnym aż po romantyczne do porzygu widmo i parchate utopce.

Wiecie, jakiego literackiego bohatera nie lubiłam najbardziej na świecie przez całą moją nieszczęsną edukację? Wertera wraz z jego całym marudnym nicnierobieniem i ciągłym użalaniem się nad sobą. A Panicz Szczęsny jest jeszcze gorszy (bo jednak bez Goethego)! Mimo to nawet nie wiem jak i kiedy to się stało, że zupełnie przez przypadek udało mi się go polubić tolerować. Głównie za sprawą komizmu. Bo komizmem sytuacyjnym ta książka wręcz ocieka.

Na pewno nie każdemu tego rodzaju grafomania podejdzie do gustu, bo chociaż jest tu sporo treści, to jednak główne idee dałoby radę przedstawić na kilkunastu stronach. Ale nie tak! Zdecydowanie wolę taką rozlazłą formę. A i tak już palce mnie świerzbią do drugiej części.

W tej książce jest wszystko i nic – problemy z dojrzałością, rodzicielstwem, miłością, poszukiwaniem swojego miejsca i sensu życia. Szczypta ekologii, mnóstwo ciężaru egzystencji, radzenie sobie z odmiennością (swoją i innych), ciężar odpowiedzialności i bardzo lewicowa koncepcja rodziny. I różowe króliczki. To taka opowieść o Ohanie z bajki Lilo i Stich, tylko bardziej i przeniesiona ze słonecznych Hawajów do nawiedzonego dworku w środku wielkiego nigdzie. Ale to kochane ciepełko w klatce piersiowej to samo. I problemy z małolatami też podobne. Co z tego, że małolaty mają po kilkaset lat.

Jest ekstra!

Gdybym miała więcej wyobraźni, samozaparcia i w ogóle potrafiła choć trochę pisać książki, to chciałabym, że moje dzieło życia wyglądało właśnie tak.

Tylko jeden mały szczegół co chwila mnie drażnił – uparte nazywanie Lichotki „gotyckim domem”. Wiem, że w książce pełnej widm, potworów i różowych króliczków dopatrywanie się błędów rzeczowych jest zapewne błędem rzeczowym samo w sobie, ale i tak mnie to męczyło. Bo 200 letni dom, nawet wyjątkowo uporny może być neogotycki albo stylizowany. Chociaż zapewne Licho po prostu chciało gotycki i taki właśnie dostało.

Marta Kisiel, Dożywocie, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2017, 376 s.