Książka na weekend: „Tu i teraz” Aneta Grabowska

Druga propozycja w cyklu „Książka na weekend” jest równie „torebkowa” i czyta się ją jeszcze szybciej i płynniej niż książkę proponowaną w zeszłym tygodniu – proponuję zabrać ją na krótszą podróż. Gwarantuję, że pochłoniecie ją „na raz”, nawet, jeśli tuż obok was będzie siedziała wyjątkowo gadatliwa staruszka.

No i ta piękna, wakacyjna okładka!

~~~

Kolejny raz w moje ręce trafił debiut młodej polskiej autorki. I z ręką na sercu mogę powiedzieć, że jak na debiut, jestem zaskoczona poziomem jej dopracowania. Przede wszystkim jest bardzo poprawna językowo i stylistycznie, dopatrzyłam się dwóch, może trzech błędów. Całość jest przemyślana, zamknięta i wolna od pourywanych wątków, wszystko ma swoją przyczynę i skutek, a ciekawość czytelnika zostaje w pełni zaspokojona.

Poza tym jest bardzo estetycznie wydana – na białym papierze, dużą, wygodną do czytania czcionką i z licznymi ozdobnikami. A okładka powala na kolana, jest po prostu śliczna.

DSC_0221

Ale ale, liczy się wnętrze!

„Tu i teraz” to historia, w którą trudno uwierzyć, co tylko dodaje jej atrakcyjności – w końcu nie ma nic bardziej zaskakującego od rzeczywistości.

Ona – niepewna siebie i zagubiona w świecie, którego nie poznaje, stopniowo odkrywa w sobie siłę lwa. On – męski i milczący wielbiciel ciężkiej, uczciwej pracy i okazjonalnych one night standów. I czuwająca nad nimi babcia – gotowa zawsze służyć dobrą radą, pełna życiowej mądrości i mająca do opowiedzenia historie równie nieprawdopodobne, co ta majkowa (podczas lektury nie mogłam się powstrzymać od porównywania jej do Babci Wierzby z Pocahontas). A historia ma to do siebie, że lubi się powtarzać…

Jest jednak coś, czego wyjątkowo mi w tej książce brakowało – opisy. Nie ma co ukrywać, jest to jedna z moich ulubionych składowych książki, uwielbiam wyobrażać sobie wszystkie te cudownie miejsca, budynki, ubrania, przypadkowe osoby. To mój sposób na wczuwanie się w klimat całej historii, często to właśnie dzięki nim trudno mi opuścić opisywany świat nawet po przeczytaniu ostatniej strony. W przypadku tej książki autorka skupiła się przede wszystkim na emocjach i reakcjach bohaterów oraz historiach, które Ci mają do opowiedzenia,  praktycznie w ogóle nie przykłądajac wagi do ich wyglądu, domów, czy miejsca pracy. Wyjątkiem jest ogród, który kilkukrotnie stanowił miejsce akcji, i w którym udało mi się całkiem zadomowić.

Wracając jednak do samych bohaterów – niejednokrotnie miałam ochotę zaserwować im kopniaka na rozpęd. Wiem, że to jest spory problem całego społeczeństwa, ale oni kompletnie nie potrafią rozmawiać. Ani ze sobą, ani z nikim innym. Ona, w odpowiedzi na całkiem uprzejme, choć niechciane zaloty, woli uciec i symulując chorobę nie przychodzić do pracy zamiast z uśmiechem podziękować i odmówić. Ponadto ma pretensje, że trzydziestoletni facet, który jej się podoba miał przed nią inne dziewczyny. Wobec tego zamiast ustalić z nim rodzaj łączących ich relacji… ucieka. On skarcony spuszcza głowę i przyjmuje cęgi nie podejmując wysiłku jakiejkolwiek dyskusji. Tylko do babci w tym przypadku nie mam zastrzeżeń – ona jedyna wie kiedy mówić, kiedy milczeć i dzielnie stawia czoło przeciwnościom losu. Może to kwestia doświadczenia.

Mimo tych uwag, naprawdę trudno nie polubić bohaterów. Chociaż dogadanie się zajmuje im dużo czasu i kosztuje czytelnika sporo nerwów, obydwoje są bardzo sympatyczni i zawsze gotowi do pomocy. Mimo strachu i niepewności postępują po prostu dobrze na każdym życiowym zakręcie. W pełni zasługują na happy end. W chwili kryzysu chciałabym mieć przy sobie ludzi takich, jak oni.

Chociaż spodziewałam się trochę większego dramatu (jestem typem czytelnika rządnego krwi!) pod względem przyczyn utraty pamięci i mam wrażenie, że cały spór zakończył się nieco zbyt łatwo, książka zafundowała mi kilka fajnych zaskoczeń.

To bardzo przyjemna, niedługa lektura idealna na popołudnie w ogrodzie. Najlepiej w hamaku, z miską truskawek i wielką szklanką lemoniady.

Aneta Grabowska, Tu i teraz, Warszawa: Wydawnictwo WasPos, 2018, 216 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.

Książka na weekend: „Puch niemarny” Bożena Pajdosz

Co prawda zakończenie roku szkolnego jeszcze nie ma specjalnego wpływu na moją rodzinę, ale nie da się ukryć, że nareszcie zaczęły się wakacje. Jest to zatem idealny moment na nowy, wakacyjny cykl, czyli „Książka na weekend”.

W soboty będą pojawiać się recenzje książek, które uważam za idealne do zabrania ze sobą na wyjazd – takie, które ze względu na niewielką objętość nie będą ciążyły w torebce, lekkie i przyjemne, nadające się do czytania w różnym stadium zmęczenia podróżą – w sam raz do samolotu, czy pociągu, nie wymagające od czytelnika stałego dostępu do słownika (ani połączenia z internetem), ani nie wymagające dużego skupienia uwagi – dające się czytać podczas zerkania jednym okiem na taplającego się w baseniku bobasa albo szalejącego na rowerze starszaka. Te odrobinę mniej ambitne (poudawajmy przez chwilę, że wcale nie sięgam głównie po takie pozycje), co wcale nie znaczy, że mniej wciągające, za to genialnie pomagające w relaksie!

Dzisiejszy wybór nie jest wcale taki oczywisty, bo „Puch niemarny” niedokładnie okazał się tym, czego oczekiwałam. Jednak ze względu na niewielką grubość jest to idealna książka „do torebki” czy innego bagażu podręcznego, która całkiem dobrze wchodzi – podobnie jak wino będące pasją głównej bohaterki. Świetnie sprawdzi się jako towarzysz dłuższego lotu albo umili oczekiwanie na przesiadkę.

Drugim argumentem jest subtelna gloryfikacja wsi i pochwała małomiasteczkowego życia, które idealnie wpiszą się w wakacyjne plany wszystkich poszukujących ciszy i odpoczynku na łonie przyrody.

No i wino – trudno o coś bardziej wakacyjnego niż wino.

~~~

Czterdziestoletnia Małgosia ma spokojne, poukładane życie – stabilną pracę, całkiem dochodową pasję i samotność z wyboru. Jest wolna, niezależna, wykształcona i szczęśliwa. Potrafi czerpać radość z małych rzeczy, zachwycać się szczegółami codzienności i kochać swoją lokalną społeczność – jest osobą, która odnalazła swoje miejsce na ziemi.

DSC_0383

Pewnego dnia ulega wypadkowi w laboratorium, w którym pracuje, i tymczasowo traci sprawność obu dłoni. Dzięki temu trafia na doktora Olewczyka i okazuje się, że znalazła miłość swojego życia. Zakochała się i… coś ją opętało.

Z pewnej siebie kobiety zmienia się w nadwrażliwą histeryczkę ogarniętą obsesją na punkcie ukochanego. A książka zmienia się w studium marudności, depresji i dążenia do samozagłady.

To powieść o uczeniu się życia z drugim człowiekiem, o ustalaniu swoich priorytetów, radzeniu sobie ze zmianami i walce z przeciwnościami, które stawia nam na drodze własna psychika. O szukaniu kompromisu między ukochaną pracą, a czasem dla ukochanej osoby. O miłości i zaborczości, o wsparciu i jego braku.

Okazuje się, że dojrzałość nie zależy wcale od wieku, wykształcenia, czy inteligencji i czasami dojrzewa się dopiero po czterdziestce.

Są w tej książce elementy, które mnie ujęły – zachwyt przyrodą, wsią, czy lokalny patriotyzm. Uwielbiam też, kiedy lektura czegoś mnie uczy – dowiedziałam się czym jest dygestorium, szlachetna pleśń i łozy. Miałam jednak nadzieję, że dowiem się więcej o procesie powstawania wina i samym winie, pod tym względem czuję duży niedosyt. Brakowało mi też wrażeń organoleptycznych związanych z tym trunkiem – zapachów, smaków, kolorów, wrażeń na języku. A tak naprawdę wszystko ograniczyło się do jednego wykładu, poza tym bohaterka głównie się winem upija.

W książce pojawia się wiele emocji, które znam z doświadczenia, choć nie w tak zaawansowanym stopniu „popaprania”. Nie powiem, że nie robię mężowi scen, kiedy wybiera się w delegację na koniec świata, nie raz przecież żegnałam go ze łzami w oczach kiedy po prostu wychodził do pracy (szczególnie odkąd oznaczało to zostanie samej z krwiożerczą Bobasą) i często chciałbym, żeby po pracy od razu wracał do domu. Ale maniakalne nagromadzenie tych samych emocji połączonych z ciągłym marudzeniem i nie radzeniem sobie z konsekwencjami własnych decyzji uczyniło z zaborczej Gosi niesamowicie męczącą, niedojrzałą emocjonalnie bohaterkę szukającą zawsze najmniejszej linii oporu i ceniącą przede wszystkim własną wygodę.

W połączeniu ze stylem wymagającym jeszcze dużej praktyki, momentami czyni tą powieść trudną do przebrnięcia. Irytowały mnie nadużywane przez bohaterkę zdrobnienia (moim zdaniem dorosła kobieta powinna mówić o „pełnych brzuszkach” i „połamanych łapciach” wyłącznie w odniesieniu do dziecka, albo małego futerkowego zwierzątka), powtarzający się brak czasowników w zdaniach stosowany naprzemiennie z bezokolicznikami albo umieszczanie czasownika na końcu zdania.  Wiem, że to debiut i kibicuję dalszemu rozwijaniu warsztatu, ale w moim odczuciu nad ta powieścią można by jeszcze popracować, bo nie czyta się jej płynnie. Mam wrażenie, że to jeszcze nie był na nią czas.

Szczególnie, że wszelkim zjawiskom nadprzyrodzonym w powieściach obyczajowych mówię zdecydowane nie – nie ważne, czy są to anioły, kosmici, czy inne halucynacje. Nawet, kiedy są jedynymi istotami mówiącymi bohaterce kilka słów prawdy. Nie przekonało mnie również połączenie poezji z prozą i nadmiar pisanych kursywą przemyśleń bohaterów.

Książka jest życiowa, wzbudza emocje i serwuje sporo zaskoczeń. Mimo to z różnych powodów mniej więcej od połowy nie czytało mi się jej dobrze i raczej nie sięgnę po kolejne części cyklu. Ale przecież nie wszystko jest dla wszystkich.

Muszę podsunąć „Puch niemarny” mojemu mężowi – niech się przekona, że nie jestem wcale najgorszym przypadkiem!

Bożena Pajdosz, Puch niemarny. O tym, jak trudno być kobietą i jak jeszcze trudniej być z kobietą, Brzezia Łąka: Wydawnictwo Poligraf, 2018, 184 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.

Czas na czytanie: „Sukces rysowany szminką” Anita Scharmach

Dzisiejsza recenzja będzie bardzo dziwna, bo biorąc udział w Book Tourze organizowanym przez Promotorkę czytelnictwa, trafiłam na książkę z którą tak naprawdę nie wiem co zrobić.

„Szminka plus Julia równa się sukces”.

Z klimatem książki idealnie trafiłam w ostatnie upały – przez większość czasu bardzo zazdrościłam głównej bohaterce jej wody termalnej, koniecznie muszę sobie sprawić taki gadżet!

Julka jest czterdziestoletnią, trochę bardziej ogarniętą życiowo, polską wersją Brigdet Jones. Odkąd straciła ukochanego, zatwardziała singielka przyciąga obciachy jak magnes. Nieco podstarzała seksbomba o trudnym dzieciństwie, która życie osobiste podporządkowała karierze i żyje na szczycie jednego z gdyńskich wieżowców z dwoma kotami i dużym barkiem. I ogromną kolekcją szminek, które dopasowuje do dnia i nastroju.

I jak to kobieta – zmienną bywa. Raz ją uwielbiałam, by po chwili uznać ją za ostania jędzę. Rozbrajała mnie swoim niepowtarzalnym poczuciem humoru i denerwowała sposobem traktowania ludzi. Imponowała zorganizowaniem i drażniła zarozumiałością. Budziła sympatię ogromnym dystansem do siebie i wkurzała niedojrzałością. Bawiła nawiązanymi do kultury popularnej i budziła zniecierpliwienie niezdecydowaniem i wszechobecnymi zdrobnieniami (kiedy Julka je, to „napełnia brzuszek”, nie chodzi na rozmowy z szefem, a z „szefuńciem” i tak dalej). Wciąż nie wiem, czy ją wielbię, czy jej nie znoszę.

Uwielbiam samo przesłanie tej książki, gdzie rodzina jest największą wartością, a na jej założenie nigdy nie jest za późno. Podobnie wzruszający jest sam pomysł na niebanalną, patchworkową rodzinkę Julki – złożoną z ludzi, który odnaleźli się mimo przeciwności losu. A rodzina to nie tylko osoby połączone więzami krwi, czy prawa cywilnego.

Przez całą lekturę miałam jednak wrażenie, że książka jest mocno chaotyczna i odrobinę niedopracowana. Dlaczego? Historia jest pełna scen, które tak naprawdę do niczego nie prowadzą – ani nie pozwalają nam lepiej poznać bohaterki, ani nie mają większego wpływu na fabułę. Po prostu są bo są, jakby trzeba było zwiększyć ilość znaków. Na przykład Julka przez kilka stron opisuje swoich współpracowników – ich sympatie i antypatie, charaktery, zdolności… Po czym wątek się urywa, a opisane osoby pojawiają się w dalszej części może ze trzy razy, a ich rola w utworze jest marginalna.

Mocno irytowało mnie też spore odejście od realizmu, które szczególnie dało się odczuć w sprawach związanych z przejęciem opieki prawnej nad dzieckiem. Rozprawa trwa jeden dzień. W dodatku sama zainteresowana praktycznie nie bierze udziału w staraniach – mówi kilka zdań i wygrywa proces. A takie szczegóły jak kursy i badania dla rodziców zastępczych, wizje lokalne, czy stan majątkowy mają zostać załatwione już po fakcie, co wydaje mi się mocno podejrzane.

„Okazało się, że wniosek w moim imieniu złożyła ciocia Stasia, będąc pewną, że się zgodzę. Cała procedura mnie ominęła, nawet podpis!”

Podobnie nie pasował mi jej brak odpowiedzialności – bez większego namysłu Julka rzuca pracę tuż po przyjęciu pod swój dach nowego domownika. I kupuje zabytkowy dworek. Swoją pierwszą podróż z dzieckiem zaczyna od drinka, ignoruje zalecenie posłania sześciolatki po dramatycznych przejściach do psychologa, robi sobie poważną krzywdę próbując uchronić roślinkę balkonową przed deszczem (?!). Oczywiście opieka społeczna nie zauważa żadnego z tych uchybień.  Wydaje mi się, że rozumiem założenie – to pierwsze zmagania Julki z macierzyństwem i super, że nie jest idealna, nie wszystko jej od razu wychodzi i nie od razu potrafi odnaleźć się w nowej sytuacji. Ale strasznie nie lubię, kiedy czterdziestoletnie kobiety zachowują się jak nastolatki. Może jestem zdziadziała, ale jednak wymagam trochę więcej od dorosłego.

I jeszcze lokowanie produktu, jakim jest twórczość Alka Rogozińskiego. Super, że autorzy się lubią i wzajemnie wspierają, ale naprawdę wystarczyłaby jedna wzmianka. Druga była trochę męcząca, a trzecia to już po prostu nachalna reklama, jak te, przez które korzystam z AdBlocka.

Z drugiej strony w „Sukcesie” mamy mnóstwo bardzo fajnie wykreowanych postaci drugoplanowych. Jestem wielką fanką taty i wujka Julki, a także jej szefa i najlepszej przyjaciółki. Również jej matka jest bardzo udanym czarnych charakterem, a krzywda, którą jej zachowanie wyrządziło Julii i wpływ zachowania rodzicielki na charakter samej zainteresowanej to jeden z ciekawszych wątków.

I taka właśnie jest ta książka – raz wkurza, raz rozczula, męczy, by za chwilę rozbawić do łez. Nie do końca zdefiniowana, wymagająca jeszcze jednej korekty i niepowtarzalna w swym poplątaniu.

Dzięki niej wygrzebałam chyba wszystkie swoje szminki i odkryłam, że są świetnym sposobem na poprawę humoru.

Anita Scharmach, Sukces rysowany szminką, Radom: Wydawnictwo Lucky, 2018, 272 s.

Książkę przeczytałam w ramach akcji „Book Tour Rysowany Szminką” organizowanej przez Promotorkę Czytlenictwa i Anitę Scharmach.

Czas na czytanie: „Bieg do gwiazd” Dominika Smoleń

O tym, jak podziwiam Dominikę – pełną zapału młodziutką autorkę dążącą do wydania swoich książek pisałam już przy okazji recenzji „Ceny naszych pragnień”. Nic więc dziwnego, że nie mogłam doczekać się jej drugiej książki i kiedy tylko trafiła w moje ręce, od razu zabrałam się za czytanie. Po trzech stronach upchnęłam ją gdzieś na pokryte pajęczynami dno „stosu wstydu” odrzucona nadmiarem werterycznego emo patosu, który uderzył mnie prosto w twarz.

„Wegetowałam –  nie znajdowałam na to innego określenia. To, co ciągnęło mnie do tego, by przekroczyć granicę, by udać się w bezkresną i nieopisaną otchłań – w ramiona samej śmierci – nigdy nie zniknie (…). Istniałam już tylko w mroku i nic mnie nie trzymało na tym świecie. Wierzyłam z całego serca, że to, co czeka mnie dalej i tak będzie lepsze od cierpienia i agonii, które spotkały mnie na ziemi”.

Jasne, zdawałam sobie sprawę, że to książka podejmująca trudne tematynieuleczalna choroba mocno utrudniająca życie zmieszana z ciężką depresją doprawioną szpitalem psychiatrycznym to gorzka mieszanka. Szczególne, że gówna bohaterka jest bardzo daleka od traktowania swojej sytuacji ze spokojem i dojrzałością. To samotna, wystraszona nastolatka, której życie spłatało brzydkiego psikusa już na samym starcie.

DSC_0996

Do lektury powróciłam dopiero po kilku miesiącach, co zaskakuje tym bardziej, że nie znoszę zostawiać niedokończonych książek i unikam tego jak ognia. Jednak kiedy już przebrnęłam przez te kilka pierwszych, pełnych weltschmerzu rozdziałów, połknęłam resztę jednym tchem. I długo nie mogłam otrząsnąć się z zaskoczenia.

Dziewiętnastoletnią Adę poznajemy w momencie, w którym szykuje się do wyjścia ze szpitala psychiatrycznego, do którego trafiła z powodu ponawianych prób samobójczych. Bohaterka nie radzi sobie z koniecznością życia z cukrzycą, na którą zachorowała w wieku siedmiu lat i z którą została całkiem sama, gdy kiedy najbliżsi odmówili jej pomocy. Kiedy dowiaduje się o śmierci ukochanej babci, jest w kompletnej rozsypce. Przy życiu utrzymuje ją jedynie ostatnia wola staruszki –  przez 30 dni ma żyć jak zwykła nastolatka i spróbować odnaleźć szczęście.

Z pewnością trudno mi wczuć się w sytuację Ady, bo sama nie zmagałam się z tą chorobą nawet w ciąży, a moi bliscy i znajomi chorujący na cukrzycę to prawdziwi tytani codzienności – wspaniała mama trójki dzieci obdarzona anielską niemal codziennością i artystka osiągająca sportowe sukcesy.

Pewnie dlatego tak rozczarowywała mnie niewdzięczność bohaterki za to, co ma. Zdawało mi się, że nadmiernie demonizuje chorobę, z którą można żyć i po prostu wybiera łatwiejszą drogę nurzając się w egzaltacji. Długo zajęło mi odkrycie, że dziewczyna reaguje w tak beznadziejny sposób, bo nikt nigdy nie pomógł jej dorosnąć. Kluczowym jest tu ostracyzm i odrzucenie, które spotkało ją ze strony rodziców. I to właśnie ten aspekt całej powieści wydał mi się najbardziej tragiczny.

Skojarzenie „Biegu do gwiazd” z „Zanim się pojawiłeś” nasuwa się samo, choć porównywanie obu tych książek chyba mijałoby się z celem, bo mimo wielu podobieństw, zarówno ich autorki, jak i bohaterowie są na zupełnie innych etapach życiowego rozwoju. Uzmysłowiają jednak, że tragedie i myśli o samobójstwie mogą dopaść każdego – niezależnie od wieku, kraju zamieszkania, sytuacji rodzinnej i majątkowej.

To książka o rozpaczliwym poszukiwaniu szczęścia i akceptacji. O samotności braku wsparcia ze strony najbliższych, którego nie mogłam zrozumieć przez całą lekturę. O tęsknocie za normalnością. O zawiązujących się powoli przyjaźniach i kiełkujących uczuciach. O poważnej chorobie i o zupełnie błahych licealnych dramatach. O tym, że nikomu nie jest w życiu lekko i każdy ma swoje demony. O braniu życia w swoje ręce.

I do samego końca nie sposób chyba odgadnąć jaką Ada podejmie decyzję, a samo zakończenie to prawdziwy chichot losu.

Jednak tym, co ciekawiło mnie najbardziej podczas oczekiwania na wydanie drugiej powieści Dominiki był rozwój jej warsztatu. I porównując obie jej książki bez najmniejszego wahania mogę stwierdzić, że zrobiła olbrzymie postępy. To prawda, wciąż trafiają się błędy gramatyczne i językowe, a częste powtórzenia wyjątkowo działały mi na nerwy, myślę jednak, że naprawdę dobra (a może po prostu bardziej ingerująca w tekst) korekta zrobiłaby z tej książki prawdziwą żyletę. Tak, wciąż bywa naiwnie i trochę nieprawdopodobnie – zdarzają się sceny rodem z głupawych amerykańskich filmów, ale chyba pod każdym względem – tematyki, rozwoju fabuły, kreacji bohaterów i łączących ich relacji – jest nieporównywalnie lepiej. Tą książkę po prostu bardzo dobrze się czyta i wzbudza w odbiorcy sporo emocji.

Gratulacje! Nie jest to jeszcze arcydzieło, ale książka, którą z czystym sumieniem mogę polecić mimo stylistycznych niedociągnięć. Szczególnie, że Dominika nie spoczywa na laurach i kolejna powieść już się pisze – liczę, że będzie jeszcze lepsza.

Dominika Smoleń, Bieg do gwiazd, Katowice: Wydawnictwo Szara Godzina, 2018, 318 s.

Czas na czytanie: „Prymityw. Epopeja narodowa” Marcin Kołodziejczyk.

„(…) potrzeba jakiegokolwiek powstania jest u nas paląca. Tylko przejściowy kłopot z wyborem wroga. Raczej z nadmiarem wrogów spiskujących zewsząd przeciw polskości, a spiskują, bo nam wszystkiego zazdroszczą”.

Kiedy zobaczyłam na okładce słowa „Na miłość boską, nie chcesz czytać tej powieści”, uznałam to za przewrotną zachętę i oczywiście nabrałam wielkiej ochoty na przeczytanie właśnie tej książki. A jednak trzeba było posłuchać ostrzeżenia.

DSC_1387

„Prymityw” to bardzo dziwny i ciężkostrawny twór – trochę antyutopia, trochę przerysowany (mam nadzieję!) obraz polskiego społeczeństwa, trochę kryminał, trochę historia nieszczęśliwej miłości, trochę załamywanie rąk nad polityczną niedojrzałością, trochę parodia, trochę kafkowska komedia absurdów i trochę „Z kamerą wśród zwierząt”. A właściwie „Z kamerą na warszawskiej Pradze”. I dużo czarnego humoru. W sumie, to nie wiadomo – śmiać się, czy płakać.

„Jest nieswojo i przedziwnie (…). Dzieją się jednocześnie rzeczy poważne i niepoważne”.

Główne pytanie, niepozwalające czytelnikowi na porzucenie tej lektury w połowie, to „Co uczynił Jan Kwas?”. Główny bohater, emigrant ekonomiczny z rodzinnej wsi do wsi Warszawa miota się w życiu jak ślimak posypany solą. Współczesny romantyk, konformista przytłoczony ciężarem egzystencji, własnych uczuć i szarej rzeczywistości. Pracownik fizyczny próbujący swych sił w branży chemicznej i funeralnej, przewlekle chorujący na polskość, wieczny wędrowiec, zakochany jeleń, prawie mesjasz.

„Przypominał yorka, który otarł się o schronisko, został adoptowany, a następnie znowu porzucony w lesie bródnowskim, żeby ktoś mógł go znaleźć, ale nie przychodził”.

Poznając Janka, małymi kroczkami poznajemy również jego nowe środowisko północnopraskiej żulerii, gdzie każdy ma swoją własną historię, proste marzenia i własny sposób na miotanie się w osnowie rzeczywistości. Wiktoria Wiedeńska szukająca szczęścia w wielkim mieście, Robert Poczęty – ograniczony, ale pełen narodowo katolickich ideałów – idealny do polityki, Andrzej Drella – pół pisarz, pół pijak i cały korowód równie barwnych postaci ubarwiających swoją rzeczywistość denaturatem na parkowych ławkach. W końcu w Polsce nikomu nie jest lekko.

„Bo nie ma się co oczarowywać – cała ta Warszawa (…) to była istna spółka ZOO. Ludzie się głównie mijali, ale czasami na siebie wpadali i wówczas tworzyli nowe dzikie roje, które obrastały nowymi fatumami; niebieskie karty, policja i nuda siedzenia – tyle o tym”.

Ale tym, co sprawia czytelnikowi najwięcej cierpienia, jest język powieści. Stylizacja, której miałam serdecznie dość już po trzech stronach i do którą mój mózg nauczył się ignorować dopiero w ostatnich rozdziałach (w których okazało się, że może być jeszcze gorzej!). Bełkotliwa mieszanka, która jest przeintelektualizowana i rynsztokowa jednocześnie. Kosmiczne słowotwórstwo, zbrodnie gramatyczne, maksimum słów, minimum treści i całe rozdziały o niczym. To prawda, już na samym początku zostałam ostrzeżona, że „Prymityw rządzi się własnymi zasadami interpunkcji i ortografii” ale czegoś takiego się jednak nie spodziewałam. Wróciły moje licealne koszmary – kiedyś po nocach śnił mi się Gombrowicz, od dzisiaj będzie mnie prześladował Kołodziejczyk wraz ze swoimi gębami i szaleństwami.

„ Lecz nie ulegało wątpliwości, że dopóty dzban wodę nosi, dopóki człowiek z nim nie poleci na mordę ze schodów. Pozbawiona rozwoju dzisiejszość wcześniej czy później musiała znaleźć sobie jakieś najprostsze zapasowe ujście, dlatego że taka jest kolej rzeczy, że woda płynie w najprostszy dostępny sposób i każdy się powinien rozwijać, a nie stagnować się, tak, czy nie?”

Podobnie jest ze skaczącą narracją która, jak czkawka, urywa i dorzuca wątki by wrócić do nich, lub zupełnie je porzucić już kilka stron później.

W niesamowitych bólach zmęczyłam te niecałe 500 stron, a czuję się, jakbym przeczytała przynajmniej trzy razy tyle. I chociaż doceniam zawartą w nich przestrogę i ponurą diagnozę, to jednak nie da się ukryć, że to była droga przez mękę. Ale z epopejami narodowymi to tak już chyba jest, tak czy nie? Mam przynajmniej nadzieję, że cierpiałam za miliony.

„(…) patos chamstwa zdobywa świat, bo jest głośny, drze mordę i ma tak mało dumy, że odczuwa dumę z byle czego, a zwłaszcza z bycia dumnym”.

Marcin Kołodziejczyk, Prymityw. Epopeja narodowa, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2018, 496 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wielka Litera.

Czas na czytanie: „Pamiątka z Paryża” Ewa Formella + BOOK TOUR

Czy może być coś bardziej oklepanego, niż miłość od pierwszego wejrzenia, która zdarza się w samym sercu Paryża? Są jednak książki irytująco tendencyjne i sympatycznie tendencyjne. A ta zdecydowanie należy do drugiej kategorii.

DSC_1079

Na samym początku czuję moralną potrzebę potępienia głównej bohaterki, bo stanowi ona bardzo zły przykład dla młodzieży. Kochane młode czytelniczki – jeśli kiedyś zgubicie się w Paryżu, albo jakimkolwiek innym miejscu na świecie, bez pieniędzy i telefonu, przyjmowanie pomocy i oferty noclegu od przystojnego nieznajomego to naprawdę zły pomysł. Ktoś w biurze obsługi podróżnych/informacji turystycznej/na posterunku policji na pewno wam pomoże. Może i jestem #staraduchem, ale uznałam, że muszę to zaznaczyć, bo podczas czytania pierwszych rozdziałów przed oczami stawały mi sceny z filmu „Uprowadzona” z Liamem Neesonem. Serio, ufanie nieznajomym może się skończyć czymś znacznie gorszym, niż nieplanowana ciąża!

Niemniej jednak mamy tu do czynienia z fikcją literacką (zresztą to były zupełnie inne czasy!) i spotkanie pomocnego nieznajomego staje się początkiem niesamowitej przygody – pełnej żywych emocji, zaskakujących zdarzeń, miłości do tańca i pogoni za marzeniami. A wszystko to w magicznym otoczeniu paryskich uliczek, miejskich legend i opowieści ulicznych grajków, gdzie wspomnienia z beztroskiej młodości splatają się z rzeczywistością.

Tym, co wyróżnia książkę Ewy Formelli na tle setek podobnych pomysłów, jest zgrabne wplatanie historycznych ciekawostek i paryskich mitów wprost w fabułę. Dzięki temu powstało unikalne połączenie romansu dla nastolatek z niepowtarzalnym (bo opartym na własnych wspomnieniach) przewodnikiem turystycznym. Z takim sposobem kreacji miejsca akcji jeszcze się nie spotkałam, ale to naprawdę działa. Czego najlepszym dowodem jest moja narastająca chęć na kolejną wycieczkę do Paryża.

„- Oj Michèl! Nie obrażaj się, tylko spróbuj mnie zrozumieć. Jestem na wakacjach. Chciałabym odpocząć, a ty przez cały dzień karzesz mi biegać, schodami w górę, schodami w dół, i jeszcze zasypujesz mnie informacjami jak nauczyciel historii.”

Takie zwiedzanie jest najfajniejsze! Zresztą kurczę, każda nastolatka (i nie tylko!) marzy o takim przewodniku jak Michèl! Szczególnie, jeśli można z nim, zupełnie przy okazji, tańczyć na mostach i spać pod gwiazdami.

Tak, ta książka jest naiwna. Ale jest też lekka jak piórko i wydaje mi się, że takie właśnie miało być jej założenie – to niewymagająca, przyjemna lektura pomyślana jako prosta rozrywka na wakacje – do samolotu, czy pociągu albo na leniwy wieczór nad mazurskim jeziorem. Świetnie sprawdziłaby się jako dodatek do wakacyjnego numeru młodzieżowej gazety.

Podczas lektury niejednokrotnie odniosłam wrażenie, że czyta się ją bardziej jak internetowe opowiadanie niż książkę per se i długo zastanawiałam się dlaczego. Teraz już wiem – czuć, że ta historia, od początku do końca, została napisana z przyjemnością i dla przyjemności. Nie dla zysku, sławy, czy spełnienia ambicji. Dla przyjemności samej autorki. A skoro można się nią podzielić z innymi, to dlaczego nie?

Zresztą przekazuje też kilka bardzo ważnych życiowych prawd!

„Życie jest zbyt krótkie,  żeby przestrzegać takich bzdur jak godziny picia wina.”

Przyjemna historia nastoletniej wakacyjnej miłostki i radzenia sobie z jej konsekwencjami. Nie bierzmy jej do końca na poważnie (a już na pewno nie jako wzorzec postępowania!), a wszystko będzie super.

Podobno ta książka lubi wędrować, postanowiłam zatem wysłać ją na małe zwiedzanie, czyli Book Tour. Jeśli zatem macie ochotę zawitać na kilka chwil do Paryża autorki, serdecznie zapraszam do udziału w akcji – zgłoszenia w komentarzu (2 tyg. na przeczytanie i podanie dalej, max. 7 osób).

Ewa Formella, Pamiątka z Paryża, książka wydana nakładem własnym autora, 2017, 350 s.

Książkę dostałam podczas spotkania „A może nad morze? Z książką!”, serdecznie dziękuję organizatorom imprezy i sponsorom za możliwość lektury i zrecenzowania tej pozycji. I samej autorce, za bycie absolitnie wystrzałową babką!

Jest to również mój wybór na kwiecień w Book Challenge „Czytelnicze podróże w nieznane” z Uwaga Czytam – self publishing.

Czas na czytanie: „Twarz Grety di Biase” Magdalena Knedler

Co tu dużo mówić – ta książka urzekła mnie już samą dedykacją. A potem było jeszcze lepiej.

„- Dlaczego Ty chcesz pojechać do tych cholernych Włoch? Przez nią, prawda? Siedzi Ci w głowie? Zabujałeś się w obrazie?
– Nie zabujałem się w obrazie.
– Mnie też się to kiedyś zdarzyło.”

Dobiegający już czterdziestki Adam żyje w świecie ograniczonym uciążliwymi fobiami. Je tylko kilka wybranych produktów, czuje lęk przed wyjściem z domu, liczy kroki, za każdym razem kilkukrotnie upewnia się, czy aby na pewno zamknął drzwi i bardzo źle znosi najmniejsze nawet zmiany w swojej codziennej rutynie. Prowadzi niewielką galerię na wrocławskim rynku, gdzie każdego dnia układa długopisy w idealnie równym szeregu i dokładnie wyciera kurze. I gdzie raz na jakiś czas wpada jego jedyny przyjaciel – Zygmunt – obiecujący malarz i prawdziwie artystyczna dusza. Tam również trafiają dwa tajemnicze portrety równie tajemniczej włoskiej malarki. Przedstawione na obrazach, przepełnione trudno uchwytnymi emocjami oblicza tej samej modelki nie dają o sobie zapomnieć i popychają Adama do rozpoczęcia intymnej korespondencji z autorką dzieł.

Tak właśnie zaczyna się nieprawdopodobna historia internetowego romansu, która zmusza go do wyrwania się ze szponów nerwicy natręctw i podjęcia korków, na które w innych okolicznościach nigdy by się nie odważył.

„(…) boimy się samych siebie. Tego, co jest w naszych głowach. Mówisz, że w Twojej jest piekło, a ja mogę powiedzieć to samo o sobie.”

Zostawia dorobek swojego życia w rękach znajomej prostytutki oraz oddanego, choć niefrasobliwego przyjaciela i decyduje się na szaloną wyprawę, goniąc za ulotnymi wspomnieniami nieznajomej. To podróż pełna pięknych widoków, artystycznych wzruszeń, ciasnych, brudnych uliczek i smaku smażonych bakłażanów. To również wyprawa głęboko egzystencjalna, wypełniona refleksją nad procesem tworzenia, namysłem nad sztuką będącą gwarancją nieśmiertelności twórcy i nostalgią po artystach, którzy na zawsze osunęli się w mrok zapomnienia.

Zachwycające widoki i zdumiewające efekty wysiłku ludzkich rąk i wyobraźni z umęczonym Chrystusem rozciągniętym na krzyżu w tle. Przedstawienia Zbawiciela w typie krucyfiksu widlastego za każdym razem robią na mnie piorunujące wrażenie. Czasem dobrze sobie przypomnieć, że nie tylko mnie poruszają takie rzeczy jak mistyka wczesnego gotyku. Wspólnota odczuwania podnosi na duchu.

„Adam odnajdywał podobny smutek na wielu obrazach i zawsze wtedy myślał, że jeśli idzie o emocje, istnieje pewien uniwersalizm i pewna ponadczasowość. Ludzie czują tak samo, niezależnie od dekoracji i systemu obowiązujących reguł, a każdy jest bezsilny wobec śmierci, utraty, czy rezygnacji. Jego uwagę przykuło wiele par oczu wyrażających żal, wiele nieruchomych twarzy i ust niewykrzywionych przez uśmiech. Myślał w takich momentach o ogromnej mocy malarza, który nie tylko odtwarza obiekty, ale przede wszystkim je stwarza.”

Kim jest tajemnicza Greta i jakie dramaty doprowadziły ją do namalowania tak przejmujących obrazów?

DSC_1012

To opowieść o cierpieniu, niesprawiedliwości losu i niespełnionej miłości. O fascynacji, obsesji, oddaniu i pokonywaniu własnych słabości. O prawdziwej przyjaźni i uczuciu dla którego warto rzucić wszystko. O pamięci i zapomnieniu. O przemocy i krzywdzie. O nieco naiwnym idealizmie młodości i jego zderzeniu z tragedią. O genialnych twórcach naznaczonych piętnem nieszczęśliwego życia.

„Może chodzi o jedną z tych banalnych i wyświechtanych życiowych prawd, że nie ma ludzi idealnych i trzeba się nauczyć akceptować siebie nawzajem. Bo lepiej już nie będzie, a teraz i tak nie jest źle. Bo razem jest zawsze trochę łatwiej.”

I może przede wszystkim o miłości do sztuki. Dopóki są na tym świecie ludzie przykładający tak dużą wagę do twórczości artystycznej, dopóty jest jeszcze dla nas nadzieja.

„Na tym chyba polegała sztuka – na odnalezieniu własnej drogi lub przynajmniej na jej szukaniu. Może nawet błądzeniu.”

Po raz kolejny jestem pod wrażeniem solidnego przygotowania Magdaleny Knedler do stworzenia tej historii. Pisze o rzeczach, na których się zna, o miejscach, w których była osobiście i emocjach, jakie sama odczuwała. I ten autentyzm naprawdę czuć podczas lektury.  A o poziomie literackim autorki najlepiej świadczy fakt, że tekst przed korektą właściwie nie potrzebuje korekty. Jej lekkość słowa i poważne tematy podszyte nutką humoru osiadają niczym przysłowiowa wisienka na zawijasie z bitej śmietany.

Książka, która wciąga i nie chce puścić. Ale warto zarwać dla niej noc, bo jest jeszcze lepsza, niż „Dziewczyna z daleka”.

„Mógłbyś znaleźć osobę, która przynajmniej trochę zna temat. No nie wiem, choćby jakiegoś studenta historii sztuki. Wszyscy szukają pracy, a humanistów nikt nigdzie nie chce…”

Magdalena Knedler, Twarz Grety di Biase, Gdynia: Wydawnictwo Novae Res, 2018, 396 s.
(data premiery 9.05.2018)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Novae Res.

Czas na czytanie: „Woła mnie ciemność” Agata Suchocka

„Książka zawiera treści nieodpowiednie dla niepełnoletnich oraz takie, które mogą urazić dorosłych.”

Czy można umieścić lepszą zachętę na okładce książki? Nie sądzę. A przynajmniej dla mnie to świetna reklama – w końcu zakazany owoc kusi najbardziej.

DSC_1091

O prawdziwości tych słów przekonał się również główny bohater powieści. Armagnac Jardineux jest zubożałym plantatorem, któremu wojna secesyjna zabrała zarówno majątek, jak i rodzinę. Tułając się samotnie po Londynie i topiąc smutki w alkoholu trafia na niezwykłych przewodników, którzy poprowadzą go do świata, o jakim nigdy wcześniej nie odważył się nawet marzyć.

„- On też doprowadził mnie niemal do szaleństwa swą tajemniczością, tym, że potrafił odczytywać moje pragnienia i zamiary, wkładać mi do głowy wizje, sterować moim ciałem jak marionetką.”

Przypadkowe spotkanie w barze całkowicie odmienia jego los, a ekscentryczny mecenas z dnia na dzień zmienia go z upadłego szlachcica w obiecującą gwiazdę muzyki. Bogactwo, przepych, władza i powszechny podziw to towar, za który warto zapłacić wysoką cenę. Nawet, jeśli część blichtru ginie gdzieś w onirycznej maglinie, a w towarzystwie swego dobroczyńcy pojawiają się zupełnie dotąd nieznane emocje.

„- Nie pozwól sobie na myślenie, że cokolwiek, co sprawia ci przyjemność, jest grzeszne. Nikt nie ma prawa cię oceniać dopóki postępujesz w zgodzie ze swoim sumieniem. Jesteśmy dorosłymi, światłymi ludźmi, możemy robić wszystko to, na co przyjdzie nam ochota.”

To elektryzująca historia o pożądaniu i fascynacji, którą odnaleźć można w zupełnie niespodziewanym miejscu. Historia moralnego upadku i nieuchronnego dążenia ku zatraceniu. Przesycona rozchwianymi uczuciami opowieść o namiętnościach, w której głód miłości i przygniatający ciężar samotnej egzystencji popychają do najstraszniejszych czynów. A manipulacja jest jednym z najmniej szkodliwych dla otoczenia.

„Byłem młody, wolny, świat należał do mnie, a on był częścią tego świata i oddawał mi siebie. Przed przyjęciem tego daru wstrzymywała mnie jakaś cudza moralność, wszczepiona mi w dzieciństwie na zacofanym południu Ameryki, gdzie jeszcze do niedawna nie można było cudzołożyć, ale można było bezkarnie skatować niewolnika na śmierć.”

Nazwanie Agaty Suchockiej polską Anne Rice byłoby zdecydowanie na wyrost, choć w pewnym momencie udało jej się osiągnąć podobnie wyjątkową, niemalże hipnotyczną atmosferę. W „Kronikach wampirów” najbardziej kuszące były niedopowiedzenia w relacjach między bohaterami, których „Woła mnie ciemność” jest zupełnie pozbawiona. Bohaterowie Suchockiej pławią się w hedonistycznej rozpuście i zepsuciu, z godną pozazdroszczenia łatwością ignorując moralne i filozoficzne dylematy, które tak zaprzątały nieśmiertelną duszę Lestata. W swoim postępowaniu przypominają mi o poglądach głoszonych przez Henry’ego Wottona w jednej z moich ulubionych lektur.

Mimo to pierwsza część utworu, w której para głównych bohaterów entuzjazstycznie testuje granice seksualnej wolności oddając się najbardziej wyszukanym rozrywkom, czerpiąc pełnymi garściami ze sławy, bogactwa i młodości nie jest tak magnetyzująca jak mroczna tajemnica nieśmiertelności. Ten aspekt wydał mi się znacznie bardziej pociągający od wymyślnych podbojów młodych dandysów, których przesyt zaczął mi w pewnym momencie doskwierać równie mocno, co samym bohaterom. Co swoją drogą okazało się całkiem zmyślnym zabiegiem ukazującym ślepy zaułek i dowodu na to, że nawet największe przysmaki w nadmiarze powodują jedynie mdłości.

„(…) cały niepokój, wszystkie niedopowiedzenia, kłamstwa, wśród których ostatnimi czasy błądziłem. Rozkosz stawała się pod moimi palcami zepsuciem, a tajemniczość – oszustwem.”

Za to sama niesamowitość stworzeń nocy porwała mnie od samego początku. Zarówno ze względu na pomysł kreacji nadprzyrodzonych stworzeń, ich indywidualne historie, a także podejście poszczególnych bohaterów do ich losu. O tak, o tym z przyjemnością poczytałabym więcej. Dlatego też trochę rozczarował mnie epilog, który zdaje się w kilku zdaniach ucinać całą historię pozostawiając czytelnika z poczuciem niedosytu i niespełnienia. I choć z pewnością jest to dobra zachęta do sięgnięcia po kolejny tom – nieoparta ciekawość, by dowiedzieć się co tak  naprawdę zaszło, to jednak wydaje mi się, że bez epilogu byłoby lepiej. Czasem jednak niedopowiedzenie jest znacznie bardziej intrygujące, niż dramatyczny koniec.

Niemniej jednak bardzo chętnie sięgnę po kolejny tom, którego nie mogę się już doczekać.

„Byłem potworem i uwielbiałem to.”

Anna Suchocka, Woła mnie ciemność, Kraków: Wydawnictwo Initium, 2018, 384 s.

Czas na czytanie: „Witraż” Agnieszka Korzeniewska

To pierwsza książka tej autorki (i jednocześnie pierwsza książka wydawnictwa Od deski do deski), którą czytałam i jestem bardzo bardzo bardzo pozytywnie zaskoczona!

DSC_1055a

„Witraż” tak naprawdę składa się z samych zalet, ale zdecydowanie najbardziej oczarował mnie miejscem akcji i wyjątkowo plastycznymi opisami miasta i architektury. Bruksela momentalnie podniosła się o kilka pozycji w rankingu miejsc, które koniecznie muszę odwiedzić. Agnieszka Korzeniewska wspaniale oddała klimat wąskich, zaśmieconych uliczek rozchodzących się promieniście z licznych placów, gwarność targu, mnogość słyszanych na ulicy języków i polską misję przepełnioną poczuciem wspólnoty.

Kolonialny domek jest super, ale secesyjna kamienica z, tak naprawdę nie aż tak ważnym dla samej fabuły, tytułowym witrażem całkowicie skradła mi serce. Co jak co, ale transcendentalne przeżycia wywołane witrażem właśnie to coś, to jestem w stanie zrozumieć. W połączeniu z kutymi poręczami, monumentalną klatką schodową i obrosłym w kurz rzędem pokoi w amfiladzie składa się w miejsce kompletnie niepraktyczne pod względem życiowego pragmatyzmu i jednocześnie wymarzone pod względem estetyczno–duchowym. Należę do tych dziwnych czytelników, którzy uwielbiają opisy i rozpaczliwie wręcz potrzebują tej pożywki dla wyobraźni, by w pełni wczuć się w klimat powieści. Moje potrzeby zostały w pełni zaspokojone. Szczególnie, że lekki i przyjemny, choć ani trochę nie prostacki język sprawia, że książkę czyta się płynnie i praktycznie „jednym tchem”.

Po pierwszych stronach odniosłam wrażenie, że mam do czynienia z zupełnie zwykłą obyczajówką. Babską, przewidywalną i standardową do bólu. Zdarzało mi się nawet pomyśleć: „No oczywiście, że rzuciła pracę!”, „Wiadomo, że się rozstaną.”, „Umarł – jakżeby inaczej!”. Ale już w następnym rozdziale Agnieszka Korzeniewska skutecznie wyleczyła mnie z mojego znudzonego, wszystkowiedzącego nastawienia. Bo ta książka jest niesamowicie wręcz zaskakująca! Za każdym razem, kiedy wydawało mi się, że coś już wiem o bohaterach i mogę przewidzieć co się stanie dalej czekał mnie zupełnie niespodziewany zwrot akcji. I to nie tak, że dałam się zaskoczyć raz – autorka za każdym razem wyciąga asa z innego rękawa i za każdym razem szykuje coś zupełnie nowego.

Zuza, Melania i Magda to trzy kobiety o zupełnie innej przeszłości, odmiennych marzeniach, charakterach i spojrzeniach na świat. Każda z nich ucieka przed czymś innym. Ich losy łączy Bruksela – miejsce emigracji, nadzieja na nowe życie i upragnioną zmianę. Dla każdej z nich to niezwykłe miasto pisze inną historię – a te wzajemnie się przeplatają intensywnie na siebie oddziałując, lub spotykają się ledwie muśnięciami spojrzeń.

Nie można nie podejść do tej lektury w sposób emocjonalny. Dramatyczne zwroty akcji wręcz wyrywają z czytelnika intensywne uczucia, a bardzo autentyczny, z wszech miar ludzki wymiar większych i mniejszych życiowych tragedii nie ma nic wspólnego z egzaltacją, czy patosem. I choć daleko mi było do utożsamiania się z którąkolwiek z bohaterek, ich historie mocno na mnie wpłynęły, a zakończenie zostawiło mnie z silnym książkowym kacem. Pani Agnieszko – dla autorów kończących książki w taki sposób przygotowano specjalne miejsce w piekle!

Agnieszka Korzeniewska, Witraż, Warszawa: Wydawnictwo Od deski do deski, 2017, 270 s.