Czas na czytanie: PATRONAT, PRZEDPREMIEROWO „Krąg. Zrodzeni w mroku” Silencio

O pierwszym tomie serii – „Krąg. Nieproszeni goście” – przeczytacie TUTAJ.

Nim zapuścicie się w głąb zimnego, ciemnego lasu (i chcecie przeżyć oczywiście), weźcie sobie do serca pewną radę:

„Jak walczy się z potworami, to nie wolno być samemu (…). Bo można je pokonać tylko grupą. I chodzi o wszystkie potwory”.

Druga część upiornych przygód sierot z Whitewood rozrosła się tak bardzo, że została wydana w dwóch częściach. Po raz kolejny w fantastycznej oprawie graficznej Ingi – tym razem w jeszcze bardziej mrocznej i niepokojącej, wężowej odsłonie.

Przed wychowankami Whitewood kolejny rok zmagania się z potworami – zarówno z tymi jak najbardziej dosłownymi, czającymi się w ciemnościach lasu i wygłodniale oczekującymi Pory Karmienia, jak i z demonami przeszłości, wspomnieniami o tych, za których sprawą chłopcy znaleźli się w tym zapomnianym przez świat sierocińcu. Nie wystarczy siedzieć bezpiecznie w zamknięciu czterech ścian, potwory znajdują się wśród nich. I to potwory obydwu rodzajów. A od tej świadomości już tylko maleńki kroczek w kierunku szaleństwa. O panice nie wspominając.

Drugi rok działalności sierocińca to czas zawierania i umacniania przyjaźni – tych koleżeńskich, tych romantycznych i wreszcie tych nadnaturalnych – budowania sympatii i antypatii, zdobywania sojuszników, zmagania się ze stratą osób bliskich swemu sercu, a w przypadku niektórych również kopania dołków pod rywalami.

Chłopcy czują się coraz pewniej zagłębiając się w lasi zdobywają coraz większą wiedzę na temat historii poprzedniego sierocińca oraz charakteru zamieszkujących las stworzeń, w dużej mierze za sprawą intuicji i ciekawości Cornela. Dowiemy się też sporo o mieszańcach – skąd się biorą, kim są i od czego zależy ich przemiana oraz co nieco na temat najbardziej nurtującej i istotnej kwestii – powinno się ich zabijać, czy jednak nie?

Będzie jeszcze bardziej potwornie, niż za pierwszym razem, czeka nas jeszcze więcej strasznych historii i niespodziewanych śmierci. Będzie też bardziej zagadkowo, bo choć w pewnym stopniu zyskamy wgląd w plany mieszkańców lasu, motywy większości z nich, tych najbardziej intrygujących oczywiście, pozostaną tajemnicą. Czy wszystkie potwory są złe? Czego pragną najbardziej na świecie? I kto tak naprawdę jest wrogiem, a kto sojusznikiem?

W moim odczuciu, bohaterem którego w tym tomie można było poznać najlepiej jest Byal. I choć mimo najszczerszych chęci wciąż nie udało mi się go polubić, zdecydowanie bardziej rozumiem jego zachowanie i teraz nie lubię go i intrygują mnie jego przyszłe losy na równi.

Bo i trudno o lepszy test dla przyjaźni, lojalności i odwagi, niż Pora Karmienia.

Silencio, Krąg. Zrodzeni w mroku cz. 1, 2021, 418 s.
(premiera: 20.08.2021)

Silencio, Krąg. Zrodzeni w mroku cz. 2, 2021, 394 s.
(premiera: 20.08.2021)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.
Tą i poprzednie ksiązki Silencio możecie znaleźć na bucketbook.pl

Czas na czytanie: „Pierre i Raimundo. Cztery pory roku” Bartosz Brzeziński

Przeczytałam książkę i nie wiem co napisać. Z jednej strony, pod względem fabuły, kreacji bohaterów, rozwoju akcji, ta pozycja jest zupełnie nijaka.

Introwertyk i ekstrawertyk, sportowiec i mózgowiec, humanista i umysł ścisły, licealny romans, walka o akceptację otoczenia. Oklepane schematy są fajne, jeśli w jakiś sposób nowa historia w jakiś sposób się wyróżnia, a w tym przypadku tego wyróżnika mi zabrakło. I to nie tylko jeśli porównam ją z ulubionymi tytułami tego gatunku, ale również z opowiadaniami, które nigdy nie zostały wydane, nawet w formie selfpublishingu.

Z drugiej jednak czytało się w sumie ok. Mnie nie porwała, ale może kogoś innego urzeknie? Znalazłam też kilka plusów, choć może podchodząc do tej książki bardziej od strony społecznej.

To, co na pewno można o tej pozycji powiedzieć, to że jest szalenie nierówna. Powstawała przez wiele lat, w odcinkach, jako blogowe opowiadanie i to mocno daje się odczuć podczas lektury. Niemniej jednak wspomniana nierówność jest w tym wypadku plusem, bo mamy szansę przyjrzeć się rozwojowi warsztatu pisarskiego autora. To, co wypisałam sobie jako męczące uchybienia w początkowych rozdziałach (na przykład brak pogłębienia psychologicznego bohaterów), pod koniec nie jest już wcale takie aktualne.

Momentami naiwna, bardzo tendencyjna, z niedojrzałymi bohaterami i „serialowymi” przeskokami od dramatu do dramatu – gdzie dramaty zwiększają się wprost proporcjonalnie do ilości przeczytanych stron – którym brak płynnego połączenia fabułą. Jest to jednak książka pisana przez nastolatka (jak przypuszczam) w formie pamiętnika nastolatka właśnie. Nastolatka, który przeżywa pierwsze porywy serca i odkrywa swoją seksualność. I chociaż jak na pamiętnik mało było mi przeżyć wewnętrznych, dylematów, przemyśleń i emocji, nie sposób odmówić Pierrowi pewnego autentyzmu.

Nawet, jeśli trudno mi uwierzyć w osiemnastolatka piszącego o nauczycielach z przedrostkiem „Pani”. Bo serio, kto mówi o swojej wychowawczyni „pani Siekierska”, skoro można powiedzieć „Siekiera” a o szkolnym psychologu „pani psycholog”? Jaki nastolatek, nawet Kujon Grzeczny Chłopiec, używa w ogóle przedrostka „pani”? Gdzie się podziały wszystkie „facetki” i plejada mniej lub bardziej sympatycznych ksywek?

No i w sumie nie wiem. Nic mnie w tej książce nie zaskoczyło, była typowa i przewidywalna. Nie zmieniła mojego życia, nie znalazłam w niej ani tematów do przemyśleń, ani poczucia humoru, częściej też byłam zażenowana zachowaniem i decyzjami bohaterów, niż budzili we mnie jakiekolwiek inne odczucia. Jedna z tych książek mało wymagających książek, które fajnie przeczytać latem, w parku albo na plaży, bo przypominają trochę o szkolnych latach, ale po skończonym urlopie nie za wiele się już z nich pamięta. Wiecie, takie typowe „bez szału”. Niemniej jednak poczułam nutkę nostalgii za śledzeniem blogowych opowiadań – kilka czytam po dziś dzień, chociaż ten sposób chyba już odchodzi trochę do lamusa na rzecz Wattpadów i innych nowoczesnych wymysłów. To też fajny wgląd w proces rozwoju stylu autora, bardzo lubię to obserwować. Szczególnie, że rozwój jest na tyle znaczący, że z pewnością sięgnę również po późniejsze książki autora. Kilka z nich już czeka na regale wstydu.

A traktując ta książkę jako spełnione marzenie o wydaniu historii, która powstawała latami i towarzyszyła podczas pierwszych kroków z pisaniem, nie sposób nie kibicować i nie trzymać kciuków. Nie można też nie docenić zmiany społecznej – jeszcze kilka lat temu, zapewne, kiedy Pierre i Raimundo zaczynali powoli kształtować się w pierwszych rozdziałach, opowiadania z wątkami lgtb+ można było przeczytać niemalże wyłącznie na blogach albo kupić niszowe selfublishingi o maleńkich nakładach. A teraz powstaje coraz więcej pełnoprawnych książek o tej tematyce, coraz częściej wydawanych również przez duże i znane wydawnictwa. Nareszcie!

Bartosz Brzeziński, Pierre i Raimundo. Cztery pory roku, Warszawa: 2019, 450 s.

Czas na czytanie: „Angst with happy ending” Weronika Łodyga

Weronika Łodyga właśnie awansowała do grona moich ulubionych autorek. Serio, „Hurt/Comfort” bardzo mi się podobała, ale „Angst with happy ending” ją przerosła. I jak ta pierwsza była komedią romantyczną w lekki sposób poruszającą cięższe tematy, tak druga jest po prostu naprawdę ważna. Szalenie wartościowa. Bardzo prawdziwa. Obowiązkowa.

Rany, jak z wiekiem coraz mniej we mnie przywiązania do narodowości, tak tym razem jestem naprawdę dumna, że taki tytuł został napisany w Polsce.

Może jeszcze nie wszystko tu u nas stracone? Proszę, chowajmy młodzieży takimi książkami!

„Nigdy nie myślałam, że to się tak rozwinie, że ktoś faktycznie zrobi mu krzywdę. To było tylko takie durne gadanie. Głupie żarty. Nie chciałam, żeby stało mu się cokolwiek złego. No i przecież sama niczego złego nie zrobiłam, nie? Po prostu tam byłam. Z boku. Nie mieszałam się. Niczego nie powiedziałam, miałam czyste ręce”.

Aleks od dawna uważa, że jest martwy w środku. Po dość destrukcyjnym młodzieńczym buncie cięte riposty i całe swoje zdanie na temat otaczającego o świata trzyma głęboko w sobie w bezpiecznym garniturku konformisty o olewczym stosunku do rzeczywistości. I choć głęboko pogardza zachowaniem swoich kolegów – prześladowców słabszych, nigdy nie powiedział słowa sprzeciwu. To by przecież wymagało wysiłku, a on sam pragnie przecież tylko świętego spokoju. Nawet się nie spodziewa, jak bardzo pewna internetowa znajomość zmieni jego postrzeganie świata.

To książka przede wszystkim o reakcji na cudzą krzywdę. A raczej o jej braku. O myśleniu „to nie moja sprawa”, „przecież ja tak nie robię”, „nie ma po co się wtrącać”. O konsekwencjach obojętności i o zdumiewającej zmianie perspektywy, kiedy tylko zachowanie, które dotychczas mijaliśmy bez słowa sprzeciwu zaczyna dotykać naszych bliskich.

Ale to tylko jeden z poruszonych tu problemów. Znajdziemy w niej również takie tematy, jak ciężar życia w patologicznej rodzinie, słabo rozwinięta inteligencja emocjonalna, strach przed porażką, skomplikowane relacje rodzinne, depresję, poczucie niedopasowania do reszty społeczeństwa, brak tolerancji, przemoc, zdradzone zaufanie, ciężar wyrzutów sumienia i poczucie, że jest się niewystarczającym oraz aseksualnego bohatera.

„Złe rzeczy się zdarzają. Przeważnie dlatego, że się jest idiotą albo podejmie się złą decyzję. Jeśli zamkniesz się w pokoju, zawiniesz w koc i już nigdy spod niego nie wyjdziesz, to ten błąd zawsze będzie najważniejszą rzeczą, jaką zrobiłeś. Ale jeśli zaczniesz żyć dalej, to prędzej czy później to się okaże tylko jedną z miliona decyzji. Akurat przypadkiem gównianą. Bywa”.

I jednocześnie po raz kolejny autorce udało się stworzyć książkę, przy której nie sposób się nie uśmiechać. Pełną poczucia humoru, ociekającego egzaltacją życia wewnętrznego nastolatków i wyrazistych, fenomenalnych bohaterów, co już wcześniej tak bardzo podobało mi się w „Hurt/Comfort” (spotkamy tu również bohaterów poprzedniej książki, choć występują oni raczej marginalnie, a akcja powieści dzieje się przed wydarzeniami z H/C). Ich odczucia wciąż jeszcze są mi bliskie, chociaż z przykrością zauważam, że nieco już wypadłam z obiegu. Nie tylko nie miałam pocięcia czym jest „furry”, ale nie znałam też wcześniej takiego określenia, jak „catfishing” (choć samo pojęcie nie jest mi obce, za moich czasów nie miało jednak takiego fancy określenia, a raczej wizualizowane było niepokojącym plakatem z hasłem „Cześć, jestem Wojtek i też mam 12 lat”). Czuję, że starość jednak nadchodzi!

„(…) jakby rozczarowywał bliskich samym faktem, że nie jest szczęśliwy. Jakby każde „jestem smutny” w ich uszach zmieniało się w „nie jesteście wystarczający” i „wasze uczucia nic dla mnie nie znaczą”. Miał ochotę krzyczeć i płakać, i obiecywać, ze to nieprawda, że jedno z drugim nie ma nic wspólnego, że docenia wszystko co ma, co dostaje, i czasem po prostu… po prostu coś jest nie tak”.

To prawda, że książka trochę moralizuje, a przez wewnętrzne monologi bohaterów może sprawiać wrażenie przegadanej. Ale z drugiej strony wszystko to, co się tam pojawia jest tak bardzo dobre, tak bardzo „w punkt”, że nie mogę się powstrzymać od wypisywania cytatów. A że przy tym sposób przekazu jest dostosowany cierpliwości czytelnika i wpisuje się w jednak wciąż lekki styl young adult, moim zdaniem wyszedł kawał naprawdę dobrej książki. Jak to możliwe, że upchnięto tak dużo treści w tak atrakcyjny sposób na niecałych 300 stronach!

„Zawsze uważał, że cały ten bój o to, by ludzie zwracali się do innych w odpowiedni sposób i zaliczali do właściwych grup, jest niepotrzebnym zamieszaniem i robieniem problemu z niczego, ale teraz wizja bycia częścią czegoś większego wydawała się kusząca i niosła ze sobą pewną ulgę. Jakby nagle, przez samo nadanie sobie odpowiedniej nazwy, automatycznie przestał być z tym wszystkim taki… samotny”.

To powinna być lektura!

Weronika Łodyga, Angst with happy ending, Białystok: Wydawnictwo Kobiece Young, 292 s.

Czas na czytanie: „Tam, gdzie topnieje lód T. 2” S. L. Leśna

Znacie to uczucie, kiedy zakończenie jest tak bardzo idealne i doskonale pasuje do całej historii, a w pewien sposób i tak łamie wam serce? Jeśli nie, to po tej książce będziecie je znać już bardzo dobrze.

Drugi tom „Tam gdzie topnieje lód” zamyka historię nie tylko Suena i Asury, ale również Kahena i Hakana oraz Vildara i Rakku. Przyznajecie się, kto liczył, że którakolwiek z tych par doczeka się szczęśliwego zakończenia? Obawiam się, że prawie wszyscy będą zdziwieni tym, jak potoczą się losy poszczególnych bohaterów i komu jest pisane „i żyli długo i szczęśliwie”. Albo chociaż „żyli”, bo „szczęśliwie” to w końcu bonus, który w surowym klimacie A-Hanu mało się trafia.

Na książkę składa się III i IV księga historii, fabuła jest kontynuowana bez żadnego dodatkowego wprowadzenia i przypomnienia, dlatego polecam przed lekturą powtórzyć sobie pierwszy tom i czytać ciągiem. Jest też spora niespodzianka – w przeciwieństwie do poprzedniej części, w tej zostały zachowane sceny erotyczne. Można wobec tego odczuć znaczący kontrast między tomami i nie jest to już książka dla stroniących od dosłowności, ale nie oszukujmy się – wszyscy dobrze wiemy, po co tu jesteśmy.

Z drugiej strony jednak nie ma obaw – amory nie przyćmiewają fabuły. Jasne, romanse kwitną i sercowych dram nie brakuje, ale i poza tym sporo się dzieje – Suen będzie musiał odnaleźć się w rzeczywistości Wilczej Twierdzy, wywalczyć w niej miejsce dla siebie i zdobyć szacunek plemienia, a ani szaman, ani wódz nie będą mu tego ułatwiać. Ani właściwie żaden inny Ragh, jeśli mamy być szczerzy. Poza Asurą, ale i on będzie miał sporo na głowie – od lęku o zdrowie brata, przez wciąż nierozwiązaną tajemnicę ataku Kuruk, spory z ojcem i Radą Plemienia aż po walki o władzę i równie przerażające obowiązki wynikające  z przedłużeniem rodu. Tymczasem Pożeracz nie odpuszcza i ma nad swoim nosicielem coraz większą władzę, odzyskanie wspomnień to nie taka prosta sprawa a prawda może wcale nie być upragnionym wyzwoleniem. Ponadto moc Uzdrowiciela stale rośnie i rozwija się w nie do końca bezpiecznym kierunku. Szykuje się niejedna wojna i niejedna ofiara.

Jestem bardzo zadowolono zarówno z rozwinięcia i zakończenia historii, jak i z samego wydania – korekta jest świetna, nie dopatrzyłam się żadnych błędów, tekst jest bardzo wygodny do czytania, a Asura na okładce prezentuje się perfekcyjnie.

Ta historia, choć z różną intensywnością, towarzyszyła mi przez wiele lat – najpierw jako niszowe blogowe opowiadanie pojawiające się w odcinkach, a następnie jako pełnowymiarowe książki. Jakoś wciąż do mnie nie dociera, że to już koniec, jak ostateczny by nie był. Będzie mi brakowało lodowatych ziem i zimnych obyczajów Raghów, ale z pewnością jeszcze kiedyś wrócę do tej opowieści, będzie bezpiecznie czekać na półce.

S. L. Leśna, Tam, gdzie topnieje lód. Tom 2, 2021, 336 s.

Pierwsze rozdziały i dodatki do historii możecie znaleźć na blogu autorki.
Książkę można nabyć droga kupna w księgarni bucketbook.pl.

Czas na czytanie: „Zodiaki” Magdalena Kucenty

Łał, że tak powiem.

Sięgnęłam po tą książkę zaintrygowana opisem całkowicie innym od tego, co zwykle czytam. Nie przepadam za sci-fi, ale tym razem biopunkowa antyutopia wyrosła na cywilizacji zmiecionej z powierzchni ziemi przez podejrzaną pandemię zadziałała na mnie jak płomień na ćmę. I przy tym aż do ostatniej chwili byłam przekonana, że to będzie dziobak – ciekawa powieść „mająca coś w sobie”, wymykająca się wszelkim standardom i klasyfikacjom, trochę dziwadło. I przede wszystkim książka dla młodzieży. Ale czegoś takiego to się nie spodziewałam.

2771 rok. Bardzo dobrze dopracowany, przerażająco zimny, bezwzględny i brutalny świat z elitarystycznym społeczeństwem pozbawionym wyższych (żeby nie powiedzieć „jakichkolwiek”) zasad moralnych. Odizolowane od skarżonego świata zewnętrznego miasta-państwa skupione pod kopułami, gdzie wszystko co ludzkie jest też sztuczne. Ze ścisłym systemem klasowym, groteskowymi inspiracjami światem antyku i wysoce ambiwalentnymi zasadami postępowania. Z jednej strony panująca wszechobecnie pochwała czystości genetycznej, która po zagładzie związanej z rozmaitymi mutacjami, rasą nadczłowieka uczyniła po prostu człowieka. Choć prawdę mówiąc „człowiek” u Magdaleny Kucenty nie ma już zbyt wiele wspólnego z człowieczeństwem. Można dojść do wniosku, że im bardziej jest ludzki, tym mniej. Z drugiej strony natomiast bardzo szeroko zakrojone eksperymenty na ludziach w celu utworzenia rasy nadludzi. Poprzez mutacje.

„Po epidemii mutacyjnej cały świat jest tylko karykaturalnym zlepkiem dawnych kultur”.

Tytułowe Zodiaki są właśnie takimi eksperymentami. Ludźmi pozbawionymi pełnego człowieczeństwa i związanych z nim praw już na etapie planowania, udoskonalonych, wyposażonych w rozmaite nadludzkie umiejętności szczurami laboratoryjnymi składanymi i rozkładanymi na części. A przy tym posiadającymi ludzkie uczucia i emocje, szukającymi sensu swojej egzystencji i nie zawsze potrafiącymi pogodzić się z narzuconymi im ograniczeniami. A świat, który przychodzi czytelnikowi poznawać ich oczami i często okaleczonymi, zdeformowanymi umysłami ze strony na stronę robi się coraz bardziej przerażający, jak koszmar, z którego nie sposób się obudzić.

„- Jestem i chcę być tylko człowiekiem (…). Zresztą nie ja jedyny. Cały kult czystości genetycznej wyrósł wokół tęsknoty za człowieczeństwem”.

Postapokaliptyczna wizja przyszłości mająca w sobie coś z sennego koszmaru Matrixa, nieuchronności Terminatora i rozpaczliwej bezradności jednostki wobec systemu, którą tak dobrze znamy Roku 1984.

Dawno mnie tak książka nie przeczołgała, a zupełnie się przecież tego po niej nie spodziewałam. Co tam się działo… I oczywiście to dopiero pierwsza część, więc jak na razie nie ma co sobie robić nadziei na katharsis.

Smutna. Straszna. Hipnotyzująca.

Serio liczę na to katharsis w kolejnej części. Bo bez tego będzie słabo.

Magdalena Kucenty, Zodiaki, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2021, 464 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Hurt comfort” Weronika Łodyga

Tytułowe hurt/comfort to w fanfiction określenie konwencji, w której relacja bohaterów opiera się na pocieszaniu w cierpieniu.

Adam nie jest kimś, kogo łatwo da się wpisać w kalkę osoby „normalnej”. Zamknięty w sobie, cierpiący na fobię społeczną, od dzieciństwa zmagający się z mutyzmem wybiórczym i skomplikowaną sytuacja rodzinną. I chociaż życie z takimi atrakcjami nie jest łatwe, całkiem nieźle radzi sobie w swojej skorupie, ma niewielkie grono dobrych przyjaciół, pasję i ściśle określone plany na przyszłość. I z pewnością nie ma ochoty wpuszczać nikogo do swojego skrzętnie uporządkowanego wszechświata.

Janek jest za to chodzącą tęczową kulką optymizmu i wiary w siebie (chyba, że akurat chodzi o pisanie matury z matematyki). Kiedy w autobusie wpada mu w oko mało przyjazny chłopak, który woli udawać głuchoniemego, niż porozmawiać z nieznajomym, ani myśli się poddać.

Jakiś czas temu moje serce kompletnie skradła książka „Twój Simon”. Dziś mogę powiedzieć, że ma bardzo silną konkurencję. Jestem zachwycona, że tak sympatyczna i przy tym naprawdę dobra książka wyszła spad pióra polskiej autorki.

Tak naprawdę homoseksualizm jest chyba ostatnim z problemów głównego bohatera. Bo czymże jest wizja zakochania się w innym chłopaku, kiedy wisi nad tobą widmo matury (szczególnie z polskiego), ojciec bywa w domu tylko na weekendy a ty wciąż nie potrafisz z nim rozmawiać (dosłownie), wciąż jeszcze przeżywasz zdradę najlepszego przyjaciela i codziennie musisz wychodzić z domu by obcować z innymi ludźmi. Co gorsza wchodzić z nimi w relacje i interakcje. W liceum.

I to jest super, bo orientacja seksualna jest zwykle w tego rodzaju literaturze cechą definiującą bohatera i głównym problemem książki. Tutaj jest raczej tłem, jedną z wielu cech i to raczej ta mniej ważną. Warto sobie czasem przypomnieć, że brak akceptacji i rozumienia ze strony otoczenia może porządnie dokuczyć na długo wcześniej, niż zaczniemy w ogóle myśleć o swojej seksualności. Wystarczy być choć odrobinę innym od pozostałych.

Fantastycznie humorystyczna książka podejmująca naprawdę trudne i przygnębiające tematy. Cała lektura to był jeden wielki comfort, jak gorące kakao z piankami w zimny dzień, a podczas czytania nie sposób się nie szczerzyć. Bohaterowie są świetni (kocham ich wszystkich!), licealna rzeczywistość została wykreowana w sposób do bólu autentyczny (jeszcze nie jestem taka stara, prawie nic się nie zmieniło. Tylko nie wiem co to jest Tumblr, ale chyba jednak ta wiedza nie jest mi potrzebna do szczęścia) i przy tym uszczypliwie ironiczny, a problemy nastolatków są bardzo realne.

Lekka, przyjemna, urocza komedia romantyczna z maturą w tle. Skrada serce niezależnie od wieku czytelnika.

Weronika Łodyga, Hurt comfort, Białystok: Wydawnictwo Kobiece Young, 2020, 420 s.

Czas na czytanie: „Dywan z wkładką” Marta Kisiel

Do gatunku „komedia kryminalna” podchodzę zawsze ze sporą rezerwą, bo choć bardzo cenię sobie książki z humorem, a nawet „z jajem”, to jednak za bardzo lubię dobre kreacje psychopatów i zagmatwane intrygi, by lekko podchodzić do kryminałów. Nic więc dziwnego, że tytuły komedii kryminalnych, które naprawdę mi się podobały mogę policzyć na placach jednej ręki.

Niemniej jednak „Marta Kisiel” jest marką, po którą sięgam (a nawet polecam!) w ciemno i jeszcze nie zdarzyło mi się na tym zwyczaju przejechać. Tym razem nie było inaczej.

Kiedy z lodówki rodziny Trawnych zaczyna wydobywać się entuzjastyczna wokalizacja erotyczna nowej sąsiadki, wyprowadzka „w dzicz” nie wydaje się wcale a wcale przesadzoną reakcją. Szybko okazuje się jednak, że podmiejski „koniec świata” to ni mniej ni więcej, jak siedlisko występku, a motywy ukatrupienia uciążliwego sąsiada może mieć właściwie każdy z sąsiedztwa. Kto z nich jest tajemniczym zbrodzieniem? I czy to aby na pewno nie szanowny małżonek? W takich okolicznościach nawet dobrze mieć przy sobie przygotowaną na każdą sytuację teściową – pożeraczkę męskich serc, joginkę i wytrawnego stratega wyćwiczonego w licznych planszówkowych bitwach. W jednej osobie! Szczególnie, kiedy twoje ciekawskie dzieciaki – pogromczyni stereotypów, hejterka różu i obrończyni klimatu (również jedna osoba) oraz oddany minecraftowicz dominującym charakterem siostry przytłoczony – depczą Ci po piętach.

O tym, że rekreacyjne bieganie po lesie ” dla zdrowia” prowadzi do samych kłopotów nie trzeba mnie długo (w sumie to wcale) przekonywać, ani że może się to skończyć trupem też nie, jak dla mnie całkiem realna sytuacja. Niemniej jednak, jak to w komediach kryminalnych bywa, przede wszystkim jest to komedia, a dopiero potem kryminalna, więc i sama intryga należy raczej do tych raczej mało poważnych, choć po słowo „infantylna” raczej bym nie sięgnęła. Jest to też jak najbardziej lektura dla dorosłego odbiorcy, chociaż raczej dla takiego bez kijaszka w życi.

Mimo początkowych obaw, że bez fantastyki, kichających aniołów, romantycznych widm, podróży w czasie, półglutów i tym podobnych klimatów to już nie będzie to samo i zabraknie magii, jest kiślowato od pierwszego do ostatniego zdania. Cudowne poczucie humoru, bohaterowie, których kochasz z całego serducha i masz ochotę udusić jednocześnie oraz nieprzewidywalnie absurdalne zwroty akcji to przepis na sukces. Znowu. Nawet odrobina poezji romantycznej zaplącze się to tu, to tam i Alleluja też!

No i nareszcie mam książkę dla wszystkich tych znajomych, którym uparcie polecam jedną z moich ulubionych autorek, a oni „nie lubią fantastyki…”!

Uśmiałam się jak norka, polecam.

Marta Kisiel, Dywan z wkładką, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B, 2021, 333 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.

Czas na czytanie: „Pokaż mi” Marcel Moss

Całkiem lubię thrillery medyczne i psychologiczne, ale z thrillerem erotycznym spotkałam się po raz pierwszy i w sumie wciąż nie jestem pewna, czy ten podgatunek zdołał mnie do siebie przekonać.

„Pokaż mi” swego czasu po prostu wyskakiwało mi z lodówki. Gdzie się nie obróciłam, tam spotykałam się z opiniami i recenzjami o tej książce, co ciekawe głównie pozytywnymi. I ten rodzaj sposób promocji okazał się skuteczny, bo zapragnęłam sprawdzić na własnej skórze o co tyle zamieszania. A kiedy udało mi się wygrać ten tytuł u Matka Puchatka, trafił prosto na regał wstydu na kilka miesięcy.

Niemniej jednak w końcu się za nią zabrałam i… okazał się zupełnie bez szału.

„Internet to największe zło tego świata. Ludzie z natury są kłamcami, ale ekran oddzielający ich od prawdziwego życia sprawia, że puszczają im wszystkie hamulce. Nabierają odwagi i stopniowo toną w bagnie własnych iluzji”.

Łukasz Sierp jest ambitnym marketingowcem w bezpiecznym, pozornie idealnym związku, który uzależnia się od aplikacji randkowej. Im dalej w las, tym bardziej dowiadujemy się, jak dużo ma za uszami i jak daleko jest w stanie się posunąć dla spełnienia swoich samolubnych fantazji. I kiedy tajemnicza Królowa, z którą czatuje tygodniami i której polecenia wykonuje nie okazuje się ani spełnieniem marzeń o skoku w bok, ani tym bardziej botem odpowiadającym przygotowanymi wcześniej kwestiami, za to zaczyna go prześladować i szantażować, czytelnikowi wydaje się, że nasz bohater dostał dokładnie na co zasłużył. Autor podrzuca nam sporo poszlak, a mimo to nie udało mi się odgadnąć kto jest odpowiedzialny za pogłębiający się koszmar niewiernego narzeczonego i jego pogłębiającą się paranoję.

Mimo to thriller erotyczny to chyba nie jest koncepcja dla mnie. Ten thriller rzeczywiście tam jest, bywa strasznie, zdecydowanie jest okrutnie i nie ma wątpliwości, że mamy w nim do czynienia z psychopatą. Jest też dobrze zarysowany kontekst psychologiczny sprawcy. A i sama intryga została całkiem dobrze skonstruowana – zarówno jeśli chodzi o planowane przestępstwo, jak i niefortunne zbiegi okoliczności.

Męczyły mnie jednak ciągłe przeskoki w czasie bełtające fabułę i irytujący bohaterowie. Jestem usatysfakcjonowana zarówno rozwiązaniem zagadki, jak i samym zakończeniem, ale niczym mnie ta książka nie porwała i nie czytałam jej z zapartym tchem, co tak bardzo cenię w thrillerach. W końcu maja trzymać w napięciu. A filozoficzno-intelektualne wywody Łukasza z ostatnich stron przyprawiły mnie raczej o suchy śmiech, niż refleksję nad życiem.

Marcel Moss, Pokaż mi, Poznań: Wydawnictwo Filia, 2020, 382 s.

Czas na czytanie: „Nie mogę, trzymam dziecko” Ksenia Potępa

„Nie mogę, trzymam dziecko” towarzyszy mi właściwie od samych początków macierzyństwa – Mysza, pierworodna autorki, jest tylko kilka miesięcy młodsza od mojej Majki i rysunkowy pamiętnik Kseni zaczął powstawać mniej więcej w okresie, kiedy udało mi się względnie opanować umiejętność operowania telefonem komórkowym podczas karmienia i innego ogarniania dziecka, a moje umiejętności umysłowe wróciły do stanu, w którym byłam w stanie rozumieć żarty.

A że na większość przedstawionych sytuacji reagowałam entuzjastycznym szeptem „tak, ja też tak mam!” (żeby przypadkiem nie obudzić niemowlaka), bardzo szybko zapałałam do drugiej początkującej mamy spora sympatią. W końcu to prawdziwa ulga, kiedy nie jest się jedyną matką, która nie zawsze ogarnia wszechświat.

Dlatego też chętnie, choć nie bez obaw, sięgnęłam po tą książkę. Nie bez obaw bo znacie moje podejście po poradników (nie lubię, nie ufam, demotywują mnie), no i nierzadko zdarza się, że blogerzy piszący własne książki nie są już w tak fajni, jak w krótkich formach, jakim są posty na Instagramie.

Na całe szczęście „Nie mogę, trzymam dziecko” pozostała sobą. Jest więc obowiązkowa dawka luzu i humoru, a codzienne zmagania z rzeczywistością młodych rodziców zostały sprytnie sprowadzone do rangi użytecznych wymówek – w końcu najlepszym wytłumaczeniem na poplamione ubrania, mówienie do siebie, czy nie do końca wytłumaczalne zachowania jest posiadanie dziecka. I to podejście bardzo mi się podoba. Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nie zawołał nigdy do sprzedawczyni w piekarni „Papa, do jutra!”. Z dzieckiem wygląda to dobrze. Bez dziecka nieszczególnie (tak, byłam bez dziecka. Tak, później chodziłam już tylko do piekarni na drugim końcu osiedla).

Jak to określił szanowny małżonek, dla nas ta książka jest już trochę postdated, więc jako mama prawie pięciolatki zrobiłam sobie wieczorem kubeł herbaty, i kiedy moja odchowana latorośl grzecznie spała we własnym łóżeczku, spędziłam z „Nie mogę, trzymam dziecko” miły i zabawny wieczór, czyli pochłonęłam „na raz”. Ale jak najbardziej jest to książka dla rodziców pociech w stadium larwalnym – nieodkładanych i pochłaniających uwagę 38 godzin na dobę. Została podzielona na 27 (!) króciutkich tematycznych rozdziałów, które można przyswoić rzutem oka i w stanie nie do końca obudzonym na przykład podczas gotowania wody na kawę, która i tak nam ostygnie. Albo podczas, gdy wokół wszystko płonie, ale my już potrafimy się z tym pogodzić. Rozdziały są poprzetykane 13 „wstawkami bonusowymi” – między innymi przepisem na ciasteczka zawierającym wskazówki dla malucha odnośnie nie jedzenia surowego ciasta, pozycjami z mamojogi, wskazówkami odnośnie pakowania rodziny na wyjazd, czy definicją głuchoty wybiórczej. I oczywiście komiksowymi scenkami spod pióra autorki. W ogóle cała książka jest bardzo ładnie wydana. Ma też duże literki i sporo obrazków!

Aż trudno w to uwierzyć, ale z 27 tematów – od spania i jedzenia, przez kupę, ubieranie, granice cierpliwości, aż po dobre rady i typowe zachowania rodziców tylko 2 (słownie dwa) problemy nie dotknęły mnie osobiście – nie wiem, czy nie strach się do tego przyznawać, ale macierzyństwo oszczędziło mi współspania (z wyboru, bardzo się przed tym broniłam i Majka spędziła z nami tylko jedną noc we wspólnym łóżku) i uciążliwego ząbkowania – Czasami miałam wrażenie, że Ksenia po prostu siedziała mi w głowie. Albo podglądała mnie gdzieś przez ukrytą kamerę, co jest dość niepokojącym pomysłem. Zdecydowanie wolę myśleć, że po prostu wszystkie mamy tak mają. Nie jesteś jedyną nieidealną i nieogarniającą matką na świecie! A to myśl, która szalenie podnosi na duchu.

Fantastyczny pomysł na prezent dla młodych rodziców. Polecam bardzo i żałuję, ze sama jej nie miałam podczas zmagań z początkami rodzicielstwa. Sama sobie zostawię na półce „na wszelki wypadek” i czekam na kolejną część poświęconą przedszkolakom!

Ksenia Potępa, Nie mogę, trzymam dziecko. Rodzicielstwo bez instrukcji obsługi, Warszawa: Wydawnictwo Znak Literanova, 2020, 240 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak Literanova.