Czas na czytanie: „Efekt pandy” Marta Kisiel

Z Tereską Trawną to jest w sumie tak, jak z pewnym specyficznym rodzajem przyjaciółki – bawicie się ze sobą świetnie ale spokojnie możecie nie się widzieć przez dłuższy okres czasu bez wielkiej tęsknoty i sercowych rozterek. A kiedy już spotkacie się ponownie i znów jest genialnie czas nie możecie dojść do tego, dlaczego właściwie nie widujecie się częściej. Więcej takich spotkań, poproszę!

Po wybitnie stresujących wydarzeniach związanych z joggingiem, morderstwem i dywanem Teresa daje się namówić na tydzień relaksu w luksusowym górskim ośrodku spa. W końcu odpoczynek to coś, co zdecydowanie jej się należy. Nawet, jeśli zaprasza ją na ten wypad nie kto inny, jak własna matka rodzona, niezbyt często widywana i posługująca się trzema językami jednocześnie. Nawet jeśli na babski relaksujący wypad ostatecznie wybierają się w zestawie matka, córka, babka, teściowa i pies (w końcu psica też równa babeczka!). Co może pójść nie tak?

Czy to klątwa, czy raczej paranoja, że zbrodnia depcze Trawnym po piętach? Czy mieszkający po sąsiedzku buc z włosami na żel to zwykły szowinistyczny bubek, czy może zbrodzień zdolny do morderstwa? Choć nie da się ukryć, że jak niewinna osoba się bynajmniej nie zachowuje i z pewnością knuje coś nielegalnego.

O tym, że trio Teresa-Mira-Zoja w tropieniu złoczyńców ma już i doświadczenie i sukcesy nie trzeba nikomu tłumaczyć. Czy jednak uda im się ukryć swoje podejrzenia przed nieświadomą niczego mamą Teresy – dystyngowaną starszą panią o jasno sprecyzowanych oczekiwaniach wobec świata?

Szykuje się kolejna świetna przygoda – pełna girl power, podejrzanych nocnych przechadzek po lesie, ekskluzywnych zabiegów, zapomnianych cmentarzy, międzypokoleniowych niesnasek i porozumień, głęboko skrywanych uraz z przeszłości, wpadek z laktozą w roli głównej, instynktu macierzyńskiego, ciosów prosto w szczękę, buzującego temperamentu Tereski i księgowania na żywo.

Tak samo dobra, jak pierwsza część (nie spodziewałam się, że to w ogóle możliwe!). Idealna lektura, jeśli przypadkiem planujecie wypad do górskiego resortu, choć i pod kocykiem z gorącą czekoladą zwieńczoną górką bitej śmietany też świetnie się sprawdzi.

Marta Kisiel, Efekt pandy, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B., 2021, 352 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.

Czas na czytanie: „Bezdroża mroku” Agata Suchocka

Podobnie jak w przypadku „Pieśni słowika”, fabuła czwartej części cyklu „Podaruj mi wieczność” również toczy się dwutorowo, a historię poznajemy naprzemiennie z punktu widzenia dwóch różnych bohaterów. W ten sposób dowiemy się więcej o chyba najbardziej tajemniczej postaci serii – stwórcy Armagnaca – Lordzie Edgarze Huntingtonie (a przy okazji również o jego przyjaciółkach – Estelli i Salomei, a także o stworzonych przez niego krwiożerczych bliźniakach) oraz o pozostającym z nim w konflikcie, przepełnionym żalem po utracie ukochanego Lotharze Mintze. Obaj odsłaniają się przed czytelnikami całkowicie dzieląc się opowieściami jeszcze ze swoich ludzkich żyć, przez przejście na stronę mroku, nieśmiertelne romanse i przygody aż po nieuniknioną konfrontację, bez której Lotharowi nie będzie dane zaznać spokoju.

Po raz kolejny narratorami książki byli dwaj bohaterowie, do których mam zupełnie odmienny stosunek, dlatego też jak najszybciej czytałam części Huntingtona by móc już przejść do rozdziałów poświęconych Lotharowi, nie mogę więc powiedzieć, żeby książkę czytało mi się płynnie, za to na pewno zaskakująco wręcz szybko. Szczególnie, że w pewnym momencie losy obu postaci splotły się na wieczność.

Zdecydowanie lepiej odebrałam tą część, niż poprzednią, choć oczywiście nie obyło się bez mordów i seksu, stanowiących jakby nie patrzeć trzon tego gatunku. Mimo całego spaczenia i wszystkich traum charakteryzujących relacje między bohaterami, te mimo wszystko wydały mi się jakoś zdrowsze. Chyba.

Pozytywnie zaskoczyła mnie postać wnuka Armagnaca i nowego partnera Lothara – Thomasa Greenbourgha – który nakłania ukochanego do podzielenia się z nim wspomnieniami, nawet tymi najtrudniejszymi. Sama powieść skończyła się dla mnie nieco zbyt szybko, akcja urywa się (oczywiście!) w najciekawszym momencie i czuję pod tym względem spory niedosyt, bo jednak liczyłam na epicką konfrontację, final battle niemalże. Mam nadzieję, że kolejna część rozwinie ten wątek (wróćmy do tego miejsca, proszę!) i że Thomas zyska w niej nieco większą rolę.

Warto wspomnieć, że również ten tom został hojnie urozmaicony ilustracjami – zarówno spod ręki autorki, jak i autorstwa zaprzyjaźnionych z nią rysowników.

Anna Suchocka, Bezdroża mroku, Chorzów: Wydawnictwo Videograf, 2021, 352 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Videograf.

Czas na czytanie: PATRONAT: „Złodziej renów” S. L. Leśna

Jakiś czas temu polecałam wam dwutomową historię „Tam, gdzie topnieje lód” (tu możecie przypomnieć sobie tom 1 i tom 2), czyli przygodowy romans LGTB osadzony w świecie inspirowanym mitologią syberyjską. Lada moment ukarze się kolejna książka, dzięki której będziemy mogli wrócić do tego niezwykłego świata.

Najnowszą jednotomówkę Sylwii Leśnej można czytać niezależnie od dylogii TGTL – to odrębna historia z zupełnie nowymi bohaterami, osadzona w tym samym uniwersum. Chociaż ja osobiście polecam sięgnąć po nią już po lekturze poprzedniej serii, która niejako wprowadzała nas w klimat i zapoznawała z prawami, zwyczajami i wierzeniami Ziem Raghów.

„Złodziej renów”, choć objętościowo znacznie mniej obszerny niż każdy z tomów TGTL, jest znacznie bardziej przesiąkniętym raghijską mitologią i tym, co tak bardzo urzekło mnie w poprzedniej serii autorki – zimnym jak wszechobecny lód, bezwzględnym i przez to tak bardzo upiornym surowym klimatem wiecznej zmarzliny.

Osławiony myśliwy Wardun zostaje wezwany do pomocy w rozwiązaniu zagadki renów, które znikają bez śladu niezależnie wysiłków pilnujących ich pasterzy. To robota zuchwałego złodziejaszka, nieznanego drapieżnika, demonów z głuszy, czy może obca magia? W poszukiwaniach winnego wspomoże go Zanga – dowódca strażników osobiście odpowiadający za bezpieczeństwo stada. Od pomyślności misji zależy jego honor, samopoczucie i pozycja w wiosce. Żaden z nich nie spodziewa się, że pozornie banalne śledztwo zmieni się w epicką wyprawę do pełnego potworów świata zmarłych w poszukiwaniu legendarnego skarbu.

Z jednej strony to dość standardowa w formie fantastyka, gdzie formuje się drużyna przypadkowych śmiałków o unikalnych umiejętnościach i wyrusza z karkołomną misją na najeżone niebezpieczeństwami dzikie ostępy. Z drugiej to magiczna, bardzo baśniowa, uniwersalna opowieść o radzeniu sobie z żałobą, pokonywaniu uprzedzeń i podejmowaniu ryzyka, by podążać w życiu własną drogą nie przejmując się opinią innych.

To też oczywiście w dużej mierze romans, choć wydaje mi się, że ten wątek został potraktowany znacznie bardziej subtelnie, niż we wspomnianej wcześniej dylogii – być może ze względu na ciekawie rozbudowany świat przedstawiony, który przyciągnął moją uwagę jeszcze skuteczniej, niż miłosne dylematy bohaterów. Ale znajdziemy tu więc prawdziwą miłość o łamiącym serce, przedwczesnym zakończeniu, odkrywanie i godzenie się z własną seksualnością oraz odwieczną walkę rozsądku z głosem serca.

Ale przede wszystkim to świetna przygoda – będą szamańskie rytuały, mniej lub bardziej przyjazne duchy, mitologiczne potwory, ratujące życie amulety, zapomniani bogowie i przedwieczne gadziny. Pojawi się też niechlubny ciężar historii i zupełnie współcześni zbrodniarze. Aż reszcie nie będzie wiadomo, który przeciwnik okaże się gorszy – ten odległy, bo nadprzyrodzony czy zupełnie bliski, najzwyklejszy w świecie łotrzyk.  

Niedługa ale bardzo nasycona, pełna treści opowieść. Nie liczcie na choćby chwilę nudy.

S. L. Leśna, Złodziej renów, 2021, 191 s.
(premiera 4.12.2021)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.

Więcej o historiach ze świata Raghów znajdziecie na blogu autorki.
Książkę można nabyć wyłącznie w formie ebooka (pdf, mobi, epub) w księgarni bucketbook.pl.

Czas na czytanie: „Tajne przez magiczne” Katarzyna Wierzbicka

Jeśli potrzebujemy zwolnić nieco tempo i szukamy spokojnej, mało stresującej pracy dla podratowania zdrowia psychicznego, posada woźnej w przedszkolu nie jest najlepszym wyborem. Agata Filipiak przekona się o tym bardzo szybko. Jeszcze zanim zacznie widzieć krasnoludki, ale nie na długo przed tragiczną śmiercią.

Nie ma najmniejszych wątpliwości, że „Tajne przez magiczne” to książka szalenie trudna do sklasyfikowania, uparcie nie daje się wcisnąć na żadną półkę ani w żaden utarty schemat. Trudno też z czymkolwiek ją porównać. Takie książki pieszczotliwie nazywam tu Dziobakami.

Z pewnością jest to fantastyka – w końcu demony w przedszkolu nie są codziennym widokiem (choć z pewnością niejedna przedszkolanka by się ze mną nie zgodziła). Jest też bez wątpienia w tej książce dużo z horroru – opisy są dosadne i poza samymi zjawiskami paranormalnymi, jak krwiożercze duchy czy przypadkowe mordy z użyciem koguciego demona, znajdziemy tu też po prostu krwawe jatki i bezwzględne zabójstwa, tym straszniejsze, że najczęściej odbywające się na oczach małych dzieci i bezpośrednio ich dotyczące. Ale z drugiej strony jest tu też sporo wątków komediowych – ciapowata, nieogarnięta życiowo i wiecznie ładująca się w żenujące sytuacje Agata jest trochę naszym rodzimym odpowiednikiem Brigdet Jones, która zamiast trafić na sztywniacką imprezę przebrana za króliczka, nagle znajduje się w samym środku magiczno-demonicznej intrygi uzbrojona w mopa do podłogi i jarmarczny wisiorek. Wokół niej orbituje dwóch przystojniaków (każdy niewłaściwy), a jedyną osobą, która się o nią troszczy jest równie nieogarniający, ale poczciwy ojciec.

I w sumie wciąż nie wiem, czy ta książka była na poważnie, czy jednak śmieszkujemy i po prostu nie rozpoznałam satyry. Lubię niepoważne podejście do świata, ale tutaj odczuwam pewien dysonans, te kontrasty chyba trochę mnie przerosły no i nie wiem, co myśleć, chyba jednak jestem na nie. Ale nie wiem.

Czuję się więc pewnie trochę jak sama bohaterka, bo niewiedza jest jednym z podstawowych wątków powieści. Agata trafia do świata, którego nie zna i kompletnie nie rozumie jego zasad, a każdy, z kim rozmawia jest rozdrażniony i urażony jej niewiedzą, jednocześnie niczego nie tłumacząc. W sumie jest w tym coś z carrolowskiej króliczej nory. I zostanie właściwie przez całą książkę – nic nie wiemy, a jak już wydaje nam się, że zaczynamy co nieco ogarniać, to okazuje się, że jednak nie. No cóż, na pewno nie jest przewidywalnie, a to duży plus.

Bardzo podobała mi się sama koncepcja demonicznego przedszkola, pomysł na magię, podstępne, bardzo demoniczne demony idealnie maskujące się w świecie ludzi i nawiązania do ludowych wierzeń. Szalenie polubiłam ojca głównej bohaterki, który jest moją najulubieńszą postacią. Sama Agata też da się lubić i myślę, że mocno bym jej kibicowała w książce innego rodzaju. Tutaj jednak mimo wszystko zestawienie komediowej bohaterki z makabrycznym klimatem za bardzo mi zgrzytało, mam wrażenie, że jeden aspekt umniejszał i odbierał wyraz drugiemu. To, oraz nieco zbyt długie oczekiwanie na odpowiedzi sprawiło, że nie wkręciłam się w tą książkę tak bardzo, jak się spodziewałam i jak na razie nie mam ochoty na kontynuację. Ale jak już powstanie, to kto wie?

Katarzyna Wierzbicka, Tajne przez magiczne, Kraków: Wydawnictwo Spisek Pisarzy, 2021, 432 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Spisek Pisarzy.

Czas na czytanie: „Pieśń słowika” Agata Suchocka

Odczuwam potrzebę umieszczenia ostrzeżenia, że recenzowana książka jest skierowana do dorosłego czytelnika, zawiera graficzne sceny seksu, przemocy oraz tematykę, która może być odbierana jako kontrowersyjna.

„Pieśń słowika” to trzecia część wampirycznej serii Agaty Suchockiej i jednocześnie zupełnie osobna historia, dzięki czemu łatwo było czytać ją nawet po kilkuletniej przerwie od lektury poprzedniego tomu – szczegóły z dwóch pierwszych części nie są nam tu zupełnie potrzebne.

Tym razem opowieść dotyczy bohaterów, którzy w „Woła mnie ciemność” i „Twarzą w twarz” pełnili rolę poboczną – Arapaggia i Aleksandra oraz Józefiny której nie lubię, nie polubię i przez którą miałam momenty, w których myślałam, że nie doczytam tej książki. To chyba jednak z założenia nie jest postać, która ma się lubić.

Historia toczy się dwutorowo. Akcja fabuły „współczesnej”, zatytułowana „Królowa nocy”, dzieje się we Wiedniu pod koniec drugiej wojny światowej (Lothar i Armagnac szukają wówczas swojego mentora i  ten wątek pojawia się fragmentarycznie również w tej powieści) i przeplata się ze wspomnieniami początków znajomości Arapaggia i Aleksandra z Neapolu, kiedy Uccelino był początkującym śpiewakiem operowym.

Cykl „Daję Ci wieczność” z pewnością nie należy do łagodnych ani poprawnych politycznie – to książki zdecydowanie o charakterze guilty pleasure – patetyczna i egzaltowana harlequinowa fantazja na temat wampirów pełna seksu, krwi i mordowania z pewnością byłaby wodą na młyn dla Freuda. Na szczęście w dzisiejszych czasach erotyki w klimacie horroru nikogo raczej nie dziwią.

I tym razem autorka sięga po kontrowersję – dla odmiany jest nią status oraz przede wszystkim życie seksualne XVII-wiecznych kastratów i może wstyd się przyznać, ale właściwie nie wiedziałam, że takowe było w ogóle możliwe. Zawsze myślałam, że tego rodzaju obniżenie poziomu testosteronu uniemożliwia odczuwanie podniecenia seksualnego i występowania fizycznych reakcji ciała. Niestety nie trafiłam dotychczas na żadne źródła, by doczytać więcej w temacie wpływu kastracji na seksualność poza aspektem reprodukcyjnym. Nie znam się na tym i nie do końca potrafię stwierdzić, czy te wszystkie orgazmy i entuzjastyczne stosunki to jedynie fantazja literacka. Osobiście traktuję ją jako taką.

Niemniej jednak tym razem pojawia się wątek, który i mnie odrzuca – romantyzowanie przemocy. Mamy tu do czynienia z toksyczną relacją pełną zazdrości, zaborczości, potrzeby kontroli i brutalnych zachowań, od bicia aż po gwałty. I to jeszcze było dla mnie do przyjęcia, póki wierzyłam, że fabuła dąży do wyciągnięcia odpowiednich wniosków z takiego zachowania i że bohatera, po latach tęsknoty za ukochanym, czeka pewna przemiana. I tutaj UWAGA SPOILER – nie dąży i nie czeka. Wręcz przeciwnie, to ofiara (nie tak oczywiście niewinna, jak mogłaby być) poddaje pod wątpliwość swoją decyzję o ucieczce od przemocowca. I to jest już dla mnie niestety za dużo, a książka zaczyna niebezpiecznie zbliżać się do granicy bycia „szkodliwą”. Bardzo liczę, że ta historia znajdzie jednak swoje rozwinięcie w kolejnych tomach, bo mimo całej mojej sympatii do tej pary, takie wnioski po lekturze wzbudzają we mnie niesmak.

Lubię klimat tej serii i jej bohaterów oraz samą wizję wampira, ale ze wspomnianych wcześniej powodów tym razem brakowało mi magnetyzmu, tak charakterystycznego dla pierwszej części i refleksji. Patrząc całościowo ten tom podobał mi się najmniej, choć niemalże do końca czytałam go raczej z przyjemnością. Niedługo ukaże się czwarta część cyklu, jestem bardzo ciekawa w którą stronę potoczy się akcja.

Anna Suchocka, Pieśń słowika, Chorzów: Wydawnictwo Videograf, 2021, 320 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Videograf.

Czas na czytanie: „Druga szansa” Katarzyna Berenika Miszczuk

Julia budzi się po wypadku w dość niestandardowym ośrodku psychiatrycznym. Nie pamięta niczego ze swojego życia ani pożaru, w którym podobno zginęła cała jej rodzina. Mimo obietnic personelu utracone wspomnienia nie powracają, pojawiają się natomiast upiorne wizje i nawołujące ją głosy rodem z horrorów. Czy oniryczna, coraz bardziej koszmarna rzeczywistość to efekt halucynogennych leków, urazu głowy, postępującej choroby psychicznej, a może podejrzana terapeutka nie mówi Julii całej prawdy? Jak to możliwe, że w ośrodku zaczynają dziać się coraz bardziej niepokojące rzeczy, a poznany w nim chłopak wydaje się dzielić omamy bohaterki?

Nie potrafię określić w czym dokładnie leży problem tej książki – może brakowało mi bardziej plastycznych opisów, może kompletny brak sympatii do głównej bohaterki nie pozwalał mi uczestniczyć w jej rozchwianych emocjach i poczuciu zagubienia, a może sposób prowadzenia narracji był zbyt leniwy i mało emocjonujący – ale przez większą część lektury ta historia zupełnie mnie nie porwała. Brakowało mi tego dreszczyku nie pozwalającego odłożyć książki ani na moment i każącego siedzieć jak na szpilkach, bo „co będzie dalej, co będzie dalej”, wręcz przeciwnie – kolejne naiwne podejrzenia i posunięcia bohaterki budziły we mnie raczej zniechęcenie, niż chęć poznania dalszego ciągu. Z drugiej strony pogłębiające się wizje sprawiały raczej groteskowe, niż straszne wrażenie.

Drażniło mnie oderwanie książkowych realiów od rzeczywistości – niestety nie w formie prześladującego czytelnika przeczucia „dzieje się tutaj coś dziwnego, zaraz z szafy wyskoczy jakiś szkielet”, a raczej w formie ignorowania podstawowych zasad. Na przykład pozostawianie przyjmowania psychotropów w gestii pacjenta (wyobrażacie sobie zostawienie pacjentowi całej fiolki leków? Nie tylko niezrównoważonemu psychicznie, ale jakiemukolwiek? Przecież w szpitalach nawet paracetamol i czopki glicerynowe wydają pojedynczo i pod kontrolą lekarza!), psychiatrę zwracającego się do pacjentki słowami „Co ty bredzisz?” czy mocno zaburzonych pacjentów poruszających się po terenie ośrodka bez żadnej kontroli. Terenie zalesionym i z jeziorem pośrodku.

Niemniej jednak samo zakończenie, choć dla mnie bez „efektu wow”, okazało się całkiem ciekawa koncepcją – zarówno pod względem wytłumaczenia stanów psychicznych bohaterki, jak i niepozbawionej fantastycznej niesamowitości historii ośrodka – i to ono niewątpliwie ratuje całą książkę.

Największym plusem, poza rozwiązaniem zagadki, była postać Edytki – autystycznej córki właściciela ośrodka, której niepokojące zachowanie robiło zdecydowanie większe wrażenie niż wszystkie ośrodkowe koszmary. Moim zdaniem to jedyna dobrze wykreowana postać tej książki.

Największym minusem natomiast okazał się płaski, wymuszony wątek romantyczny, przypominający bardziej napastowanie (raz z jednej, raz z drugiej strony), niż relację opartą na emocjach i wspólnych doświadczeniach.

Podsumowując – pomysł dobry, wykonanie takie sobie. Trochę thriller psychologiczny, trochę horror, a jednak nie wzbudził we mnie szczególnych emocji.

Niemniej jednak bardzo chętnie obejrzę serial inspirowany powieścią. Wydaje mi się, że dobrze przygotowana warstwa wizualna może poprawić niedociągnięcia książki i faktycznie zmienić groteskowe w straszne i nudnawe w intrygujące. Wiążę z nim spore nadzieje!

Katarzyna Berenika Miszczuk, Druga szansa, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2021, 336 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: PATRONAT, PRZEDPREMIEROWO „Krąg. Zrodzeni w mroku” Silencio

O pierwszym tomie serii – „Krąg. Nieproszeni goście” – przeczytacie TUTAJ.

Nim zapuścicie się w głąb zimnego, ciemnego lasu (i chcecie przeżyć oczywiście), weźcie sobie do serca pewną radę:

„Jak walczy się z potworami, to nie wolno być samemu (…). Bo można je pokonać tylko grupą. I chodzi o wszystkie potwory”.

Druga część upiornych przygód sierot z Whitewood rozrosła się tak bardzo, że została wydana w dwóch częściach. Po raz kolejny w fantastycznej oprawie graficznej Ingi – tym razem w jeszcze bardziej mrocznej i niepokojącej, wężowej odsłonie.

Przed wychowankami Whitewood kolejny rok zmagania się z potworami – zarówno z tymi jak najbardziej dosłownymi, czającymi się w ciemnościach lasu i wygłodniale oczekującymi Pory Karmienia, jak i z demonami przeszłości, wspomnieniami o tych, za których sprawą chłopcy znaleźli się w tym zapomnianym przez świat sierocińcu. Nie wystarczy siedzieć bezpiecznie w zamknięciu czterech ścian, potwory znajdują się wśród nich. I to potwory obydwu rodzajów. A od tej świadomości już tylko maleńki kroczek w kierunku szaleństwa. O panice nie wspominając.

Drugi rok działalności sierocińca to czas zawierania i umacniania przyjaźni – tych koleżeńskich, tych romantycznych i wreszcie tych nadnaturalnych – budowania sympatii i antypatii, zdobywania sojuszników, zmagania się ze stratą osób bliskich swemu sercu, a w przypadku niektórych również kopania dołków pod rywalami.

Chłopcy czują się coraz pewniej zagłębiając się w lasi zdobywają coraz większą wiedzę na temat historii poprzedniego sierocińca oraz charakteru zamieszkujących las stworzeń, w dużej mierze za sprawą intuicji i ciekawości Cornela. Dowiemy się też sporo o mieszańcach – skąd się biorą, kim są i od czego zależy ich przemiana oraz co nieco na temat najbardziej nurtującej i istotnej kwestii – powinno się ich zabijać, czy jednak nie?

Będzie jeszcze bardziej potwornie, niż za pierwszym razem, czeka nas jeszcze więcej strasznych historii i niespodziewanych śmierci. Będzie też bardziej zagadkowo, bo choć w pewnym stopniu zyskamy wgląd w plany mieszkańców lasu, motywy większości z nich, tych najbardziej intrygujących oczywiście, pozostaną tajemnicą. Czy wszystkie potwory są złe? Czego pragną najbardziej na świecie? I kto tak naprawdę jest wrogiem, a kto sojusznikiem?

W moim odczuciu, bohaterem którego w tym tomie można było poznać najlepiej jest Byal. I choć mimo najszczerszych chęci wciąż nie udało mi się go polubić, zdecydowanie bardziej rozumiem jego zachowanie i teraz nie lubię go i intrygują mnie jego przyszłe losy na równi.

Bo i trudno o lepszy test dla przyjaźni, lojalności i odwagi, niż Pora Karmienia.

Silencio, Krąg. Zrodzeni w mroku cz. 1, 2021, 418 s.
(premiera: 20.08.2021)

Silencio, Krąg. Zrodzeni w mroku cz. 2, 2021, 394 s.
(premiera: 20.08.2021)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.
Tą i poprzednie ksiązki Silencio możecie znaleźć na bucketbook.pl

Czas na czytanie: „Pierre i Raimundo. Cztery pory roku” Bartosz Brzeziński

Przeczytałam książkę i nie wiem co napisać. Z jednej strony, pod względem fabuły, kreacji bohaterów, rozwoju akcji, ta pozycja jest zupełnie nijaka.

Introwertyk i ekstrawertyk, sportowiec i mózgowiec, humanista i umysł ścisły, licealny romans, walka o akceptację otoczenia. Oklepane schematy są fajne, jeśli w jakiś sposób nowa historia w jakiś sposób się wyróżnia, a w tym przypadku tego wyróżnika mi zabrakło. I to nie tylko jeśli porównam ją z ulubionymi tytułami tego gatunku, ale również z opowiadaniami, które nigdy nie zostały wydane, nawet w formie selfpublishingu.

Z drugiej jednak czytało się w sumie ok. Mnie nie porwała, ale może kogoś innego urzeknie? Znalazłam też kilka plusów, choć może podchodząc do tej książki bardziej od strony społecznej.

To, co na pewno można o tej pozycji powiedzieć, to że jest szalenie nierówna. Powstawała przez wiele lat, w odcinkach, jako blogowe opowiadanie i to mocno daje się odczuć podczas lektury. Niemniej jednak wspomniana nierówność jest w tym wypadku plusem, bo mamy szansę przyjrzeć się rozwojowi warsztatu pisarskiego autora. To, co wypisałam sobie jako męczące uchybienia w początkowych rozdziałach (na przykład brak pogłębienia psychologicznego bohaterów), pod koniec nie jest już wcale takie aktualne.

Momentami naiwna, bardzo tendencyjna, z niedojrzałymi bohaterami i „serialowymi” przeskokami od dramatu do dramatu – gdzie dramaty zwiększają się wprost proporcjonalnie do ilości przeczytanych stron – którym brak płynnego połączenia fabułą. Jest to jednak książka pisana przez nastolatka (jak przypuszczam) w formie pamiętnika nastolatka właśnie. Nastolatka, który przeżywa pierwsze porywy serca i odkrywa swoją seksualność. I chociaż jak na pamiętnik mało było mi przeżyć wewnętrznych, dylematów, przemyśleń i emocji, nie sposób odmówić Pierrowi pewnego autentyzmu.

Nawet, jeśli trudno mi uwierzyć w osiemnastolatka piszącego o nauczycielach z przedrostkiem „Pani”. Bo serio, kto mówi o swojej wychowawczyni „pani Siekierska”, skoro można powiedzieć „Siekiera” a o szkolnym psychologu „pani psycholog”? Jaki nastolatek, nawet Kujon Grzeczny Chłopiec, używa w ogóle przedrostka „pani”? Gdzie się podziały wszystkie „facetki” i plejada mniej lub bardziej sympatycznych ksywek?

No i w sumie nie wiem. Nic mnie w tej książce nie zaskoczyło, była typowa i przewidywalna. Nie zmieniła mojego życia, nie znalazłam w niej ani tematów do przemyśleń, ani poczucia humoru, częściej też byłam zażenowana zachowaniem i decyzjami bohaterów, niż budzili we mnie jakiekolwiek inne odczucia. Jedna z tych książek mało wymagających książek, które fajnie przeczytać latem, w parku albo na plaży, bo przypominają trochę o szkolnych latach, ale po skończonym urlopie nie za wiele się już z nich pamięta. Wiecie, takie typowe „bez szału”. Niemniej jednak poczułam nutkę nostalgii za śledzeniem blogowych opowiadań – kilka czytam po dziś dzień, chociaż ten sposób chyba już odchodzi trochę do lamusa na rzecz Wattpadów i innych nowoczesnych wymysłów. To też fajny wgląd w proces rozwoju stylu autora, bardzo lubię to obserwować. Szczególnie, że rozwój jest na tyle znaczący, że z pewnością sięgnę również po późniejsze książki autora. Kilka z nich już czeka na regale wstydu.

A traktując ta książkę jako spełnione marzenie o wydaniu historii, która powstawała latami i towarzyszyła podczas pierwszych kroków z pisaniem, nie sposób nie kibicować i nie trzymać kciuków. Nie można też nie docenić zmiany społecznej – jeszcze kilka lat temu, zapewne, kiedy Pierre i Raimundo zaczynali powoli kształtować się w pierwszych rozdziałach, opowiadania z wątkami lgtb+ można było przeczytać niemalże wyłącznie na blogach albo kupić niszowe selfublishingi o maleńkich nakładach. A teraz powstaje coraz więcej pełnoprawnych książek o tej tematyce, coraz częściej wydawanych również przez duże i znane wydawnictwa. Nareszcie!

Bartosz Brzeziński, Pierre i Raimundo. Cztery pory roku, Warszawa: 2019, 450 s.

Czas na czytanie: „Angst with happy ending” Weronika Łodyga

Weronika Łodyga właśnie awansowała do grona moich ulubionych autorek. Serio, „Hurt/Comfort” bardzo mi się podobała, ale „Angst with happy ending” ją przerosła. I jak ta pierwsza była komedią romantyczną w lekki sposób poruszającą cięższe tematy, tak druga jest po prostu naprawdę ważna. Szalenie wartościowa. Bardzo prawdziwa. Obowiązkowa.

Rany, jak z wiekiem coraz mniej we mnie przywiązania do narodowości, tak tym razem jestem naprawdę dumna, że taki tytuł został napisany w Polsce.

Może jeszcze nie wszystko tu u nas stracone? Proszę, chowajmy młodzieży takimi książkami!

„Nigdy nie myślałam, że to się tak rozwinie, że ktoś faktycznie zrobi mu krzywdę. To było tylko takie durne gadanie. Głupie żarty. Nie chciałam, żeby stało mu się cokolwiek złego. No i przecież sama niczego złego nie zrobiłam, nie? Po prostu tam byłam. Z boku. Nie mieszałam się. Niczego nie powiedziałam, miałam czyste ręce”.

Aleks od dawna uważa, że jest martwy w środku. Po dość destrukcyjnym młodzieńczym buncie cięte riposty i całe swoje zdanie na temat otaczającego o świata trzyma głęboko w sobie w bezpiecznym garniturku konformisty o olewczym stosunku do rzeczywistości. I choć głęboko pogardza zachowaniem swoich kolegów – prześladowców słabszych, nigdy nie powiedział słowa sprzeciwu. To by przecież wymagało wysiłku, a on sam pragnie przecież tylko świętego spokoju. Nawet się nie spodziewa, jak bardzo pewna internetowa znajomość zmieni jego postrzeganie świata.

To książka przede wszystkim o reakcji na cudzą krzywdę. A raczej o jej braku. O myśleniu „to nie moja sprawa”, „przecież ja tak nie robię”, „nie ma po co się wtrącać”. O konsekwencjach obojętności i o zdumiewającej zmianie perspektywy, kiedy tylko zachowanie, które dotychczas mijaliśmy bez słowa sprzeciwu zaczyna dotykać naszych bliskich.

Ale to tylko jeden z poruszonych tu problemów. Znajdziemy w niej również takie tematy, jak ciężar życia w patologicznej rodzinie, słabo rozwinięta inteligencja emocjonalna, strach przed porażką, skomplikowane relacje rodzinne, depresję, poczucie niedopasowania do reszty społeczeństwa, brak tolerancji, przemoc, zdradzone zaufanie, ciężar wyrzutów sumienia i poczucie, że jest się niewystarczającym oraz aseksualnego bohatera.

„Złe rzeczy się zdarzają. Przeważnie dlatego, że się jest idiotą albo podejmie się złą decyzję. Jeśli zamkniesz się w pokoju, zawiniesz w koc i już nigdy spod niego nie wyjdziesz, to ten błąd zawsze będzie najważniejszą rzeczą, jaką zrobiłeś. Ale jeśli zaczniesz żyć dalej, to prędzej czy później to się okaże tylko jedną z miliona decyzji. Akurat przypadkiem gównianą. Bywa”.

I jednocześnie po raz kolejny autorce udało się stworzyć książkę, przy której nie sposób się nie uśmiechać. Pełną poczucia humoru, ociekającego egzaltacją życia wewnętrznego nastolatków i wyrazistych, fenomenalnych bohaterów, co już wcześniej tak bardzo podobało mi się w „Hurt/Comfort” (spotkamy tu również bohaterów poprzedniej książki, choć występują oni raczej marginalnie, a akcja powieści dzieje się przed wydarzeniami z H/C). Ich odczucia wciąż jeszcze są mi bliskie, chociaż z przykrością zauważam, że nieco już wypadłam z obiegu. Nie tylko nie miałam pocięcia czym jest „furry”, ale nie znałam też wcześniej takiego określenia, jak „catfishing” (choć samo pojęcie nie jest mi obce, za moich czasów nie miało jednak takiego fancy określenia, a raczej wizualizowane było niepokojącym plakatem z hasłem „Cześć, jestem Wojtek i też mam 12 lat”). Czuję, że starość jednak nadchodzi!

„(…) jakby rozczarowywał bliskich samym faktem, że nie jest szczęśliwy. Jakby każde „jestem smutny” w ich uszach zmieniało się w „nie jesteście wystarczający” i „wasze uczucia nic dla mnie nie znaczą”. Miał ochotę krzyczeć i płakać, i obiecywać, ze to nieprawda, że jedno z drugim nie ma nic wspólnego, że docenia wszystko co ma, co dostaje, i czasem po prostu… po prostu coś jest nie tak”.

To prawda, że książka trochę moralizuje, a przez wewnętrzne monologi bohaterów może sprawiać wrażenie przegadanej. Ale z drugiej strony wszystko to, co się tam pojawia jest tak bardzo dobre, tak bardzo „w punkt”, że nie mogę się powstrzymać od wypisywania cytatów. A że przy tym sposób przekazu jest dostosowany cierpliwości czytelnika i wpisuje się w jednak wciąż lekki styl young adult, moim zdaniem wyszedł kawał naprawdę dobrej książki. Jak to możliwe, że upchnięto tak dużo treści w tak atrakcyjny sposób na niecałych 300 stronach!

„Zawsze uważał, że cały ten bój o to, by ludzie zwracali się do innych w odpowiedni sposób i zaliczali do właściwych grup, jest niepotrzebnym zamieszaniem i robieniem problemu z niczego, ale teraz wizja bycia częścią czegoś większego wydawała się kusząca i niosła ze sobą pewną ulgę. Jakby nagle, przez samo nadanie sobie odpowiedniej nazwy, automatycznie przestał być z tym wszystkim taki… samotny”.

To powinna być lektura!

Weronika Łodyga, Angst with happy ending, Białystok: Wydawnictwo Kobiece Young, 292 s.