Czas na czytanie: „Tam, gdzie topnieje lód T. 1″ S. L. Leśna

Książka, którą chcę Wam dzisiaj polecić jest drukowanym wydaniem dwóch pierwszych ksiąg opowiadania pod tym samym tytułem, publikowanego kilka lat temu na blogu https://tamgdzietopniejelod.wordpress.com/ – wraz z pojawieniem się wersji papierowej Księga I i II zostały usunięte z internetu.

TGTL to historia zderzenia dwóch światów. Suen jest uzdrowicielem, wygnanym ze swojego ludu za popełnioną przed laty zbrodnię. Osiada w cichej świątyni i pod wpływem bolesnych wspomnień stopniowo pogrążą się w marazmie. Jego życie po raz kolejny zostaje wywrócone do góry nogami, gdy zostaje uprowadzony przez okrutnych barbarzyńców i zmuszony do podróży w samo serce mroźnej północy. Jego zdolności są ostatnią szansą na przywrócenie sprawności brata przyszłego wodza plemienia władającego wilkami.

Odmienny wygląd, kultura, moralność, a nawet sposób odczuwania bohaterów są powodem licznych nieporozumień, ale również pogłębiającej się fascynacji. A nic tak nie zbliża, jak wspólna podróż, gdzie walka z bezwzględnością natury miesza się z nieprawdopodobnymi i przy tym śmiertelnie niebezpiecznymi przygodami.

Mimo, że miałam już do czynienia z tą opowieścią, książkę czytało mi się świetnie – z jednej strony dlatego, że na blogu śledziłam losy bohaterów ze sto lat temu i sporo szczegółów zdążyło już mi umknąć, z drugiej zaś mam wrażenie, że w papierowej książce pojawiło się trochę zmian.

Z tego, co pamiętam z blogowego opowiadania, w papierowej wersji Suen zyskał nieco na stanowczości i pewności siebie. Wcześniej postrzegałam go raczej jako biedne, choć zadziorne kurczątko w lisiej norze, a teraz widzę w nim młodego buntownika, który sam nie do końca wie, czego chce, ale nie jest całkowicie bezbronny, dba o swój interes i na pewno prosi się o utarcie nosa. Teraz chyba lubię go bardziej.

Chociaż spore ograniczenie scen erotycznych i rezygnacja z ich dosłowności sprawiło mi nieco zawodu (nie mogę odżałować wycięcia mojego ulubionego „momentu” w grocie!), samej książce chyba jednak wyszło na dobre – teraz to mniej „pikantny romans”, a bardziej fantastyka z dodatkiem romansu. Sama relacja między bohaterami zyskała głębi, ale mam wrażenie, że dręczące ich elektryzujące przyciąganie stało się trudniejsze do uchwycenia. Z drugiej strony dlaczego czytelnik ma mieć wszystko podane na tacy?

Na tym zabiegu zdecydowanie zyskał świat przedstawiony – nie jest już tłem „50 twarzy barbarzyńców”, a głównym tematem opowieści. Wraz ze swoimi legendami, wierzeniami, zwyczajami i magią wciska się na pierwszy plan porywając czytelnika równie mocno, co sama historia i pokręcone losy bohaterów. To wciągająca przygodówka osadzona w dobrze skonstruowanym świecie wzorowanym na życiu i wierzeniach ludów Starożytnej Syberii, doprawiona szczyptą erotyzmu, kuszącym owocem zakazanego romansu, międzyklanowymi waśniami i intrygami demonów. A najlepsze jest to, że opowieść wciąż trwa i niedosyt po zamknięciu książki uciszyć można sięgając po III i IV Księgę, które rozdział po rozdziale pojawiają się na blogu. Uciszyć chwilowo, bo zakończenie wciąż jest jedną wielką niewiadomą, a zwrotów akcji nie brakuje…

Jeśli nie byliście jeszcze na skutej lodem ziemi Raghów, koniecznie musicie to nadrobić (szczególnie jeśli narzekacie na czerwcowe upały). Natomiast jeśli już kiedyś zawitaliście w te strony, warto skusić się na ponowną lekturę – choć równice między wersjami są kosmetyczne i nie mają wielkiego wpływu na fabułę, papierowe wydanie jest bardziej dopracowane i klimatyczne, co nieco zmienia odbiór całości.

S. L. Leśna, Tam, gdzie topnieje lód. Tom 1, 2019, 327 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.
Książkę można nabyć droga kupna w księgarni bucketbook.pl.

Czas na czytanie: PATRONAT „Gaming house” Dominika Smoleń

O twórczości Dominiki Smoleń pisałam już tutaj nie raz i, jak wiecie, mam do niej pewną słabość i sporo sentymentu. Do tego stopnia, że „Gaming House” ukazała się pod moim patronatem. Zdecydowałam się na ten krok nie dlatego, że jest najlepszą książką autorki (za taką wciąż zdecydowanie uważam „Bieg do gwiazd”), ale dlatego, że jest najtrudniejsza do zrozumienia. Jeśli spodziewacie się po niej lekkiej komedii pełnej błyskotliwego humoru, na pewno będziecie rozczarowani. Jeśli nastawicie się na przyjemną, niezobowiązującą lekturę, na pewno będziecie rozczarowani. Bo w czytelniku, który ma już w miarę poukładane w głowie (nigdy nawet nie sądziłam, że kiedykolwiek pomyślę o sobie w taki sposób…) „Gaming House” budzi irytację, niechęć i zażenowanie. Częściej, niż uśmiech wzbudza chęć mocnego potrząśnięcia bohaterami i wysłania ich na trochę do roboty w kopalni. Albo do wojska. Ot tak, wychowawczo.

Tytułowy Gaming House to coś w stylu współczesnej hipisowskiej komuny – ośmioro jego mieszkańców spędza młodość na wałkonieniu się, alkoholizowaniu i uprawianiu stosunków seksualnych z przypadkowymi partnerami i sobą nawzajem. Tym, co różni ich od prawilnych dzieci-kwiatów, jest silne uzależnienie od gier komputerowych i wyjątkowo emocjonalne podejście do spraw błahych i, przynajmniej z punktu widzenia kosmosu, zupełnie nieznaczących – jak na przykład ranking w LOLu i stały dostęp do internetu. Sprawy te mają dla nich oczywiście znaczenie elementarne.

To wyjątkowo smutny obraz części pokolenia kompletnie nieprzystosowanego do prawdziwego życia, niezaradnego, rozchwianego emocjonalnie, pozbawionego wyższych zasad i wartości, nie robiącego planów, nie mającego ambicji, hedonistycznie skupionego na sobie i chwilowych przyjemnościach. Jeśli mieszkańcy GH mieliby sporządzić swój manifest, brzmiałby on zapewne „Seksu i internetu!”. A przy sporządzaniu go zdążyliby się pięć razy pokłócić, dwa razy urządzić orgię, poobrażać się na siebie i zrobić błąd ortograficzny. I trwałoby to dobry tydzień.

Nasuwa się zatem pytanie – po co męczyć się z tymi zakałami społeczeństwa jeszcze w książce, skoro jest tyle innych, mniej frustrujących pozycji? Odpowiem na to prosto – ta pozycja jest potrzebna. Bo tego rodzaju hikikomori (posługując się tak lubianymi przez bohaterów domu gier słówkami pochodzenia japońskiego) mnożą się coraz bardziej rosnąc pomału do rangi poważnego problemu społecznego. I do takiej młodzieży (i w sumie każdej innej też) nie ma się co zbliżać z umoralniającymi monologami. Co innego podsunąć im pozycję o klawym życiu fikcyjnych (mam taką nadzieję!) bohaterów, którzy „mają niezłe przypały”. I pozwolić im samym wyciągnąć wnioski. Bo ta wymarzona ucieczka od wyzwań dorosłości okraszonej prawdziwymi problemami okazuje się tak naprawdę strasznie żałosna. A wyśniona Arkadia jest tylko wydmuszką – strojną, ale pustą w środku.

Powieść dydaktyczno-moralizatorska na miarę epoki LOLa.

Dominika Smoleń, Gaming house, Warszawa: Wydawnictwo WasPos, 2019, 370 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa WasPos i autorki.

Czas na czytanie: PATRONAT „Wszystko jest nie tak!” Inga

Lepiej kochać i utracić, czy nigdy nie zaznać miłości?

Miłosz jest niezłym narwańcem i zazdrośnikiem z wyjątkowo rozwiniętym instynktem terytorialnym i wielką niechęcią do pracy nad własnym charakterem. Nie da się ukryć, że nie są to cechy pomagające w utrzymaniu szczęśliwego związku. Kiedy boleśnie przekonuje się, że nie wszystko trwa wiecznie, zaczyna kwestionować istnienie i zasadność romantycznych uczuć. A nieustająca zazdrość względem byłego chłopaka popycha go do działań, jakich spodziewa się żałować. Ale czy tak bedzie na pewno?

Lew lata szalonej młodości ma już za sobą. No, może po prostu lata młodości, bo mimo powierzchowności eleganckiego wykładowcy, do szaleństw wciąż ma sporą słabość. Podobnie jak do młodszych kochanków, w których jego romantyczna dusza niepoprawnego optymisty stale upatruje miłość do grobowej deski. Jak można się spodziewać – z miernym skutkiem. Mimo przeciwności losu i bolesnego wspomnienia złamanego serca, nie ma zamiaru się poddawać. Szczególnie, kiedy w oko wpada mu jego były student. A Miłosz tylko na pierwszy rzut oka zdaje się być słodki jak cukierek ze sklepu ze słodyczami, w którym pracuje.

Czy dwa wyjątkowo trudne do ujarzmienia charaktery są w stanie zbudować coś trwalszego, niż przelotna przygoda? I czy w ogóle zechcą podjąć starania?

Dzieli ich wszystko – od wieku, przez status i życiowe doświadczenia, aż po nastawienie, czy preferencje dotyczące spędzania wolnego czasu. Łączy fascynacja i lwia nieustępliwość.

W drugiej części „Wszystkiego” autorka porusza te same tematy, choć w znacznie bardziej żywiołowy sposób. Z takimi bohaterami nie dałoby się inaczej. Ze względu na zdecydowanie mniejszą (choć wciąż znaczącą!) różnicę wieku między bohaterami, wątpliwości moralne związane z wchodzeniem w tego rodzaju związek i potrzeba uwagi, tak dominujące w „Niebieskim”, odchodzą na nieco dalszy plan zostawiając pole do popisu walce z kompleksami, poszukiwaniom swojego miejsca, odpowiedzialności za uczucia drugiej osoby i pytaniom o sens starania się o miłość.

A wszystko to z charakterystycznie uszczypliwym poczuciem humoru. Nieszablonowi bohaterowie potrafią nieźle zaskoczyć!

Co prawda „Wszystko jest nie tak!” to historia niezależna od „Wszystko jest niebieskie” i znajomość pierwszej części nie jest niezbędna, ale jeśli zamierzacie przeczytać obie, to koniecznie w odpowiedniej kolejności, bo zaczynając od WJNT można sobie zepsuć zabawę spoilerami. Całym LWIM ser duchem polecam obie części. A tą z Lwem szczególnie, bo to wyjątkowy gagatek!

Inga, Wszystko jest nie tak!, Szczecin, 2019, 109 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.

Czas na czytanie: PATRONAT „Jedyna taka choroba” E. Zdebska

Moja niechęć do postaci kobiecych w książkach jest już chyba legendarna. Co poradzę, że mnie te wszystkie babsztyle drażnią i nie potrafię się z nimi utożsamić? Ten problem dotyczy przede wszystkim książek młodzieżowych, których bohaterki mają zazwyczaj w głowach pstro, a głębię ich charakterów przebija zroszony deszczem chodnik. Dlatego kiedy pojawia się fajna babska postać przełamująca ten smutny schemat, to znak, że książka jest warta uwagi.

Lisa jest świetną zielarką, a odkąd profesja ta została zakazana w królestwie, oddaną recepcjonistką w przychodni średnio obowiązkowego wioskowego lekarza. Jej życie toczy się pomału między wciskaniem w napięty grafik hord roszczeniowych pacjentów, a ściąganiem z dachu mocno wstawionego lekarza traktującego tendencje samobójcze jako comiesięczne hobby. Wbrew pozorom nie wyróżnia się specjalnie z tłumu dość specyficznych mieszkańców dość specyficznej Doliny Rosa. Trudno zatem dziwić się jej zdumieniu, gdy to właśnie na nią, zupełnie znienacka, spada bardzo odpowiedzialne zadanie wyleczenia królewskiej córki z nieznanej nikomu choroby.

Prosta zielarka trafia więc na dwór, który zdaje jej się być kompletnie oderwany od rzeczywistości. Czy używająca mózgu, nieszczególnie przejmująca się konwenansami młoda dziewczyna odnajdzie się w świecie drogich sukien i sztucznych uśmiechów będących przykrywką dla pałacowych intryg? Chyba będzie musiała, bo jedna zagadka goni drugą, a jedynymi przyjaznymi jej duszami stają się roztrzepana pokojówka, zakochana nastoletnia szlachcianka, gburowaty wojownik i mocno podejrzany czarny mag.

To historia, w której bardzo dużo mówi się o miłości (i to tej szaleńczej młodzieńczej, zdolnej spędzić sen z powiek kilku królestwom!), a nie ma w niej opisu choćby i jednego pocałunku. Da się? Da się! A efekt jest naprawdę dobry!

Jak każda książka, ta również ma słabsze strony – męczyła mnie trochę niespójność wykreowanego świata, które w jednej chwili zdaje się być średniowieczem, a w kolejnej jest światem pociągów, badań laboratoryjnych i makijażu permanentnego. Nadrabia to jednak fantastycznym, absurdalnym humorem, który zdaje się wręcz czyhać na czytelnika w najmniej spodziewanym momencie. I po kilku takich akcjach już się wie, że w tych realiach możliwe jest praktycznie wszystko.

Nieszablonowa historia o przyjaźni, różnych znaczeniach miłości, poświęceniu i pragnieniu niesienia pomocy innym. Troszkę naiwna, całkiem zabawna i zdumiewająco mądra i mocno zakręcona. A po przewróceniu ostatniej strony uśmiech długo nie schodzi z twarzy.

Niepoważnie poważna, cudnie sympatyczna! Uwielbiam takie dziwy, które za nic nie chcą dać się sklasyfikować. Troszkę romansidło, trochę kryminał, bardzo fantastyka i odrobinę komedia. Gdybym rozdawała „Dziobaki Literatury”, ta pozycja miałaby spore szanse na statuetkę. Czy jest na sali osoba, która nie lubi dziobaków?

Bardzo polecam do wakacyjnego plecaka na przyjemne oderwanie od rzeczywistości, bo czyta się wyjątkowo lekko i sprawnie – sama pochłonęłam ją „na raz” podczas wyjątkowo mało produktywnego dnia w pracy. To było całkiem udana rekompensata dnia spędzonego w świecącym pustkami centrum handlowym podczas, gdy pogoda na zewnątrz była plażowa. Jak dobrze musi się zatem czytać ją na plaży…

Zdebska, Jedyna taka choroba, Poznań: Wydawnictwo AlterNatywne, 2019, 272 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa AlterNatywne.

Czas na czytanie: „Wszystko jest niebieskie” Inga

Dzieli ich ponad 40 lat, łączy przypadek, jakiego nie powstydziłaby się żadna porządna komedia romantyczna.

DSC_0194.jpg

Daniel jest po siedemdziesiątce, ma wnuczkę na progu dorosłości i świeżą historię zawałową. Nie oznacza to jednak, że planuje położyć się na kanapie i czekać na śmierć, wręcz przeciwnie. Nie ma przecież wiele do stracenia. Dlatego kiedy pojawia się okazja nawiązania głębszej znajomości z atrakcyjnym młodym chłopakiem postanawia korzystać z życia.

Arek ma 23 lata, demotywującą pracę, mnóstwo nauki na mało poważanym kierunku studiów i niecodzienne upodobania. On również nie waha się długo, gdy na jego drodze pojawia się okazja zrealizowania skrytych fantazji. Ale czy nosząc serce na dłoni można bez problemu wejść w niezobowiązującą relację?

Zaskakująco ciepła, kipiąca emocjami historia romansu niemającego najmniejszej szansy na społeczna aprobatę. Historia pełna kontrastów, jak jej bohaterowie. Jednocześnie smutna i wypełniona uszczypliwym poczuciem humoru, subtelna i delikatna, choć zawiera „momenty”, od których mocno czerwienieją uszy. Pełna poplątanych emocji i prostego pożądania.

To opowieść o dojrzewaniu do uczuć, fascynacji drugim człowiekiem, potrzebie uwagi i zrozumienia niezależnej od wieku. O starości i pragnieniu bycia zauważonym. O młodości i lęku przed utratą. O godności, poszukiwaniu siebie i podążaniu za pragnieniami. O ulotności życia i czerpaniu z niego ile tylko się da. Wreszcie o odpowiedzialności za uczucia drugiej osoby.

Bawi i skłania do refleksji. Zachwyca sensualnymi opisami, szokuje dosadnością. I łechta moje gusta estetyczne malowniczą okładką.

Inga, Wszystko jest niebieskie, Szczecin, 2018, 113 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.

Czas na czytanie: „Gambit” Marcin Siembieda

Macie tak czasami, że idąc za prozą ulubionego autora sięgacie po gatunki, które nie leżą w sferze waszych zainteresowań? Robiłam w życiu kilka podejść do klimatów drugiej wojny światowej i zawsze raczej z miernym skutkiem. Aż do teraz. Bo z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że „Gambit” to pierwsza powieść wojenna, która naprawdę mi się podobała. No, może poza „Kamieniami na szaniec”, ale to jednak trochę inny etap czytelniczego życia.

DSC_0115

Dwie poprzednie powieści Macieja Siembiedy polubiłam między innymi za jego głównego bohatera i początkowo było mi trochę żal, że kolejna książka nie należy do jednego z moich najulubieńszych cykli, ale jeśli już musze wymienić Jakuba Kanię na kogoś innego, to Wanda Kuryło jest idealnym pocieszeniem. Silna babeczka, snajperka, działaczka konspiracyjna, superszpieg – aż miło czytać, bo girl power zdaje się być jedną z myśli przewodnich tej powieści. I to w zupełnie naturalny, pozbawiony jakiejkolwiek nachalności sposób! Szczególnie, że to postać niepozbawiona wad, wątpliwości, popełniająca błędy, wychowana i żyjąca w tyglu kultur i narodowości. A do tego będąca na tropie bezcennego skarbu – tak innego od złota, dzieł sztuki i kosztowności, a jednocześnie jeszcze od nich cenniejszego, bo mogącego całkowicie odmienić losy wojny i, co za tym idzie, całego świata.

Ale wiecie co jest najbardziej niesamowite? Że poszukiwania owianego tajemnicą skarbu nie są tu wcale najbardziej emocjonujące i wbrew pozorom to nie one sprawiają, że książkę czyta się z zapartym tchem. To splątana i kompletnie nieprawdopodobna historia okołowojennych losów jej kilkorga bohaterów, nie pozwala czytelnikowi oderwać się od lektury. Ktoś kiedyś powiedział, że fantastyka musi mieć w sobie co nieco z realizmu, bo inaczej ludzie nie chcieliby jej czytać, a najbardziej zdumiewające historie to te pisane przez życie. Tak jest i w tym przypadku, bo zdumiewające przypadki braci Ostrowskich w książce to historia oparta na faktach. I poznana krok po kroku w równie niezwykły sposób, co mityczne poszukiwania skarbów.

Styl autora jak zwykle nie pozostawia najmniejszego marginesu na jakiekolwiek krytyczne uwagi, a umiejętność ukazywania potworności wojny bez uciekania się do naturalistycznych opisów po raz kolejny mnie zdumiewa.

Trochę powieść wojenna, trochę szpiegowska, trochę detektywistyczna. Z subtelną nutą romansu, muśnięta przesądnym podmuchem łemkowskiej powieruchy. Być może jest też troszkę przeklęta, co kiedy już się po nią sięgnie, to nie sposób odłożyć aż do ostatniej strony.

Maciej Siembieda, Gambit, Warszawa: Wydawnictwo Agora, 2019, 416 s.

Za kilka zarwanych nocy przy lekturze serdecznie dziękuję autorowi.

Czas na czytanie: „Filip!” Inga

Ten dzień musiał kiedyś nadejść, ale jednak nie sądziłam, że nadejdzie tak wcześnie. Jednak stało się – trafiłam na książkę, przez którą poczułam się staro.

Bo kiedy czytając książkę o nastoletnim yolo i nieszczególnie przemyślanej ucieczce z domu w romantycznym zrywie ku przygodzie, odkrywam w sobie olbrzymie pokłady zrozumienia dla matki głównego bohatera, to chyba jednak coś jest nie tak…

A przecież uwielbiam książki dla młodzieży!

Ale zacznijmy od początku. Filip jest typowym „dzieckiem z dobrego domu” – może nie dostaje wszystkiego, o czym tylko mógłby zamarzyć, ale niczego też mu nie brakuje. Może poza odrobiną luzu. Bo jego rodzice (zwłaszcza mama), należą do tych wymagających, a to nieszczególnie łączy się z Filipowym planem na życie obejmującym co prawda wykształcenie zawodowe, ale już maturę niekoniecznie. A już z na pewno nie heteroseksualizm. Sfrustrowany brakiem zrozumienia i spragniony poważnego dramatu bohater wychodzi więc z domu i wyrusza na przygodę życia. Pieszo, z niecałą stówą w kieszeni i alibi opóźniającym rodzicielski pościg. A to przecież wciąż więcej niż miał Cejrowski na starcie!

Nie za dobrze przemyślana decyzja szybko daje się odczuć. Czy napotkany po drodze zlot „branżowych” motocyklistów okaże się przekleństwem, czy wybawieniem? Bo ulgą dla zmęczonych wędrówką stóp na pewno.

Był moment, w którym byłam całkiem przerażona – wiecie pochwała ucieczek z domu i wsiadania na motocykle z obcymi mężczyznami w wieku podeszłym jako sposób na przeżycie przygody życia. Ale suma summarum wszystko to zostało przedstawione w naprawdę dobry sposób – wraz z popełnianiem błędów (od takich, których żałuje się jeszcze w trakcie popełniania, aż po te z długim terminem zawstydzania popełniacza) i ich konsekwencjami. Spokojnie można pozwolić jej trafić w ręce młodzieży. Chociaż takowa o pozwolenie raczej nie pyta.

To historia o potrzebie wolności i odrobiny szaleństwa. O poszukiwaniu siebie. O pierwszych krokach w dorosłość, która nie zawsze jest zgodna z wyobrażeniami. O osiąganiu zamierzonego celu i stawianiu na swoim. O lekkomyślności i pochopnych decyzjach. O nie ocenianiu po pozorach. O odpuszczeniu sobie. I o tym, że dobrzy ludzie jeszcze istnieją na tym świecie, a szczęście i pech zazwyczaj wędrują parami.

Filip jest tak bardzo młodym, naiwnym dzieciakiem, że to słodkie i budzące zniecierpliwienie jednocześnie. A czytanie o jego przygodzie to prawdziwy rollercoaser – raz umierałam z zazdrości tęskniąc za jego młodzieńczą beztroską, by kilka stron później najchętniej wytargać go za ucho. Ale taki jest chyba urok młodości – smak ma nieporównywalny z niczym innym, ale niesie ze sobą znaczne ryzyko publicznego blamażu.

I robiąc bilans zysków i strat nasz bohater okazuje się być wyjątkowym szczęściarzem, jak na urodzonego pechowca!

Nie da się czytać bez emocji – byłam przerażona, byłam zażenowana i byłam rozbawiona. Niesie ze sobą posmak wakacji, zapach dymu z ogniska i wrażenie ciepłego piasku pod stopami. Pierwszych miłości i nastoletnich dramatów. Idealna na chłodny wiosenny wieczór pod kocem na balkonie. I dla starych i dla młodych duchem.

P.S. Mój tytuł roboczy to „Filip i gang homocyklistów” co idealnie oddaje klimat powieści i właściwie jest moim osobistym szczytem lapidarności w recenzowaniu :D

Inga, Filip!, Szczecin, 2018, 231 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki i księgarni Bukcetbook.

Czas na czytanie: „Dogonić miłość” Anna Sakowicz

Pierwszy punkt planu zrealizowany – dzidzia w drodze (co prawda całkowicie rujnuje on wszystkie starania prowadzące do punktu drugiego, jakim było schudnięcie, ale przecież trzeba mieć w życiu zdrowe priorytety!). Okazuje się jednak, że to dopiero sam szczyt góry lodowej, a ciążowe hormony wcale przecież nie pomagają w podejmowaniu rozsądnych życiowych decyzji. I nawet jeśli z trzech oddanych adoratorów zrobi się dwóch, to wcale niczego nie ułatwi. Szczególnie, gdy na horyzoncie pojawi się silna konkurencja

DSC_0074.jpg

Chociaż przygody Agaty wciąż kipią humorem, a obie szalone siostry Żółtaszki zachowały swoją skłonność do przyciągania komicznych sytuacji, mam wrażenie, że ta część jest znacznie poważniejsza. Jedynie zarysowane w „Postawić na szczęście” problemy związane z utrudnieniami, z jakimi na co dzień mierzą się osoby niepełnosprawne – zarówno jeśli chodzi o te pozornie błahe i łatwe do rozwiązania kłopoty związane z dostosowaniem miejsc publicznych do osób z ograniczeniami ruchu, czy problemy ze znalezieniem pracy, jak i te zdrowotne i emocjonalne, jak możliwość donoszenia ciąży, czy trudności z zaangażowaniem się w związek – zyskują tutaj swoje rozwinięcie. I tym razem lekka i przyjemna lektura, którą z przyjemnością można pochłonąć w dwa wieczory skłania do refleksji i sprawia, że człowiek uważniej rozgląda się wokół siebie i zaczyna zauważać problem. A to już pierwszy krok do zmian.

Słodko-gorzka komedia romantyczna z cukierkowym zakończeniem. Bo właśnie na taki hollywoodzki happy end Agata z Polą zasługują – nie do końca idealny, wykazujący znamiona absurdu i przez to właśnie tak sympatyczny.

A po drodze nie sposób się nudzić – poza miłosnymi zawirowaniami znajdziemy tu bowiem złowrogi cień prześladowania przez mężczyznę-niedźwiedzia, zagrożoną ciążę, młodziutkiego maltańczyka z bardzo wrażliwym pęcherzem, zazdrosne żony, zazdrosne nieżony, nadopiekuńczych rodziców, wandalki na wózkach inwalidzkich i złowrogie oliwki.

Jest zabawnie, jest poważnie, jest mądrze, jest słodko. Jest super!

Anna Sakowicz, Dogonić miłość, Warszawa: Wydawnictwo Edipresse, 2019, 352 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Edipresse.

Czas na czytanie: „Królowa Salwatora” Emma Popik

Poza jednym wyczerpującym spacerem z lokalnym przewodnikiem i kilkoma informacjami zapamiętanymi jeszcze ze studiów nie mogę się pochwalić jakąś szczególną wiedzą na temat Biskupiej Górki, chociaż był taki czas, że przejeżdżałam przez nią autobusem dwa razy dziennie.

Zarówno chęć pogłębienia wiedzy na temat tego miejsca, sama tematyka ratowania i odbudowy zabytków, jak i umiejscowienie akcji w moim kochanym Gdańsku sprawiły, że nie byłam w stanie przejść obok tej książki obojętnie.

Bardzo odpowiada mi podejście do problemu, bo jużna pierwszy rzut oka widać, że dla Emmy Popik najważniejsi są ludzie. Bez nich dzielnica byłaby jedynie pusta wydmuszką. Zarówno społeczny kontekst odbudowy i oddolna potrzeba ocalenia miejsca ważnego dla lokalnej wspólnoty są wielką siłą tej książki. Nie do końca zdefiniowana wewnętrzna potrzeba oraz towarzysząca jej niemoc mieszkańców i brak umiejętności zwerbalizowania problemu to głos, który z pewnością charakteryzuje nie tylko to miejsce. Uniwersalne wołanie o ratunek ludzi, którzy możliwości ratunku nie widzą.

To zainspirowany zbyt dynamicznymi zmianami i intensywną rozbudową terenów wokół dzielnicy. Dzielnicy tak atrakcyjnej ze względu na umiejscowienie w ścisłym centrum miasta, jak i uciążliwej poprzez przepiękne historyczne zabudowania w potwornym stanie. Zmianami budzącymi opór nie tylko niewykształconej i biednej społeczności lokalnej.

Autorka dorzuca do tego tajemniczą aurę miejscowych podań tchniętych w postać półrealnego dobrego ducha Biskupiej Górki uzyskując dzięki temu klimat romantycznej niesamowitości z malowniczymi ruinami w tle.

Książka zdaje się więc składać z samych zalet – bardzo „mój” temat, poruszenie aktualnego, „gorącego” problemu, kontekst społeczno-kulturowy, a nawet świetna okładka i zaskakująco zachęcający blurb (i to piszę ja – wielka przeciwniczka blurbów!) przemawiają na jej korzyść. Ale niestety mimo wszystko nie mogę zaliczyć tej lektury do udanych.

Nie do przeskoczenia okazał się być dla mnie specyficzny styl autorki, który wyjątkowo mi nie odpowiada. Uwznioślona forma balansująca na granicy patosu nie pozwalała mi brać opisywanych wydarzeń na poważnie. Krótkie, pourywane zdania o nienaturalnej konstrukcji, z czasownikami w dziwnych miejscach były dla mnie niesamowicie uciążliwe, a nieskończona liczba krótkich podrozdziałów szatkujących powieść na miazgę uniemożliwiały mi płynne czytanie i „wczucie się” w klimat historii.

Ciężkostrawnemu stylowi towarzyszą histeryczni bohaterowie – główna bohaterka tak szybko zmienia swoje nastawienie, że już w pierwszym rozdziale zaczęłam ją podejrzewać o zaburzenia dwubiegunowe. I chociaż ten brak zdecydowania, uleganie emocjom i problemy z occeną intencji innych ludzi czynią ją bohaterką bardzo prawdziwą, to również niezwykle męczącą. Nie lubię obcować z tego rodzaju osobami w rzeczywistości, teraz już wiem, że nie lubię również o nich czytać.

Jestem pewna, że nie każdy odbierze to w ten sam sposób. Co więcej, ten typ narracji z pewnością ma swoich fanów. Dlatego też nie chciałabym Was zniechęcić, wręcz przeciwnie! – sięgnijcie po tą pozycję podczas wizyty w księgarni i poświęćcie chwilę na przeczytanie kilku stron. Przekonajcie się sami, czy dacie się porwać Emmie Popik i jej pełnej sprzeczności opowieści o jednej z bardziej zaniedbanych dzielnic Gdańska, czy odłożycie ją na półkę przekonani, że dobry pomysł został zaduszony przez grafomański bełkot. Próbujcie, doświadczajcie i koniecznie podzielcie się wrażeniami!

Emma Popik, Królowa Salwatora, Gdańsk: Wydawnictwo Marpress, 2019, 342s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Marpress.