Czas na czytanie: „Tajemna historia” Donna Tartt

Dobra książka, to taka, która zostawia czytelnika bez słów. Kiedy ten po przeczytaniu ostatniego zdania zamyka powieść i siedzi w bezruchu, bo brutalnie wyrwany ze świata przedstawionego nie wie, co ma teraz zrobić ze swoim życiem. Siedzę tak już prawie od tygodnia. I wciąż nie mam pojęcia co powiedzieć. Nie czuję się też wystarczająco kompetentna, by popełnić jakąkolwiek merytoryczną formę recenzji. To po prostu dla mnie za wysokie progi.

Wiem za to, że to jedna z najlepszych książek, jakie czytałam. Ostatnio tak piorunujące wrażenie zrobiło na mnie „Małe życie” nieco ponad dwa lata temu.

„Tajemna historia” jest napisana tak dobrze, że każde kolejne zdanie to czysta przyjemność. Nie mogłam się doczekać kontynuowania przerwanej lektury i nie mogłam wyrzucić jej z głowy, niezależnie od wykonywanej w ciągu dnia czynności. A na wieczorne czytanie w fotelu pędziłam w podskokach. Dosłownie! To nie jest przecież tak, że na co dzień czytam kiepskie książki, bo w większości przypadków jestem zadowolona z wyboru, lubię to, co czytam i samo czytanie sprawia mi mnóstwo frajdy. W końcu to w właśnie z tego powodu sięgam po książki. Ale Donna Tartt ustanowiła zupełnie inny poziom. Bo mam wrażenie, że dotychczas nie wiedziałam czym jest przyjemność płynąca z lektury.

Rewelacyjnie wyważona – pełna malarskich opisów, uczuć i emocji, trzymająca w napięciu i rozbrajająco zabawna w zupełnie niespodziewanych momentach. Hipnotyzująca do tego stopnia, że nie mam pojęcia kiedy minęło to 600 stron, a przecież czytałam je prawie tydzień. Właściwie reszty tego tygodnia też nie bardzo mogę sobie przypomnieć…

Uniwersalna historia o młodości wypełnionej poszukiwaniami wzniosłych ideałów i pogardzającej przyziemną codziennością. O bezkompromisowym dążeniu do wyidealizowanego celu. O kuszeniu losu i winie niezawinionej. O radzeniu sobie z konsekwencjami i przeżywaniu traumy. O bezrefleksyjnym podążaniu za charyzmatycznymi przywódcami i o upadaniu autorytetów. O wytrzymałości gumowych zasad moralnych, uporczywości sumienia i lęku przed karą.

Ctu też napisać „zakazany romans”, ale w sumie to nie wiem, o którą relację miałoby chodzić, bo każda z nich kolejno burzy wszystkie granice. Jest tu jednak co nieco i z mitu o Helenie Trojańskiej i szczypta „Romea i Julii”. A przy tym całkiem sporo „Zbrodni i Kary”. Pomnożonej przez 6.

Pełna młodzieńczego idealizmu, szukania drogowskazów w mrokach antyku, pierwszych prób dorosłego życia.

Jest tu mnóstwo studenckich imprez, geniusz-socjopata, bogate dzieciaki, morze alkoholu i nadmiar szkodliwych używek. Są porywy serca, duże braki we wsparciu rodziny i potrzeba akceptacji. Jest szóstka oddanych sobie przyjaciół i szalony plan, który kończy się tragicznie. A tragedia to dopiero początek.

Donna Tartt, Tajemna Historia, Kraków: Wydawnictwo Znak Literanowa, 2017, 608 s.

Czas na czytanie: „Franco” Kim Holden

Wesoły i beztroski Franco, był dotychczas dla bohaterów duchowym wsparciem i przyjacielem, na którym zawsze można polegać. Tym razem to on stanie przed możliwością napisania własnej historii. I to jemu przyda się wsparcie przyjaciół.

Jeśli miałabym podsumować książki Kim najkrócej, jak tylko się da, to „Promyczek” był o radości życia, „Gus” o życiu po stracie, „Franco” o nadawaniu swojemu życiu sensu. Czy można to zrobić w piękniejszy sposób, niż będąc sobą dla innych?

Czysty przypadek i jeden palant sprawiają, że na drodze naszego bohatera staje jego bratnia dusza – idealnie dopasowana przyjaciółka. Przyjaciółka mieszkająca na drugim końcu świata. Która potrzebuje pomocy w wyjątkowo specyficznej sprawie. Wspólne zmagania z losem bardzo ich do siebie zbliżą, ale jednocześnie całkowicie zmienią ich relację. Czy przyjaźń, która zaznała intymności, ma prawo przetrwać? Do czego człowiek jest w stanie się posunąć, by spełnić swoje marzenia? I czy jest jakaś wartość większa, niż rodzina?

I tak, jak w poprzednich częściach, tutaj również pojawia się groźba nowotworu kładąca się cieniem na marzeniach bohaterów.

Franco jest bohaterem, którego nie sposób było nie polubić już jako postać poboczną, a jako główny bohater tylko zyskuje. Pozytywny, wytrwały i przyjacielski, bywa też w swoich rozważaniach najbardziej filozoficzny, czasami aż do granicy patetycznej wzniosłości. Jest w tym jednak jakaś taka prostoduszność, wiara w ludzi i sympatyczna misiowatość. A kiedy dodamy do tego świetne poczucie humoru, sporą dawkę luzu i uwielbienie do taco, a na dodatek posadzimy go na perkusją rockowego zespołu, Franco okazuje się naprawdę fajnym facetem. Nie, żebym spodziewała się czegoś innego.

To najmniej zarażająca emocjami (co wcale nie znaczy, że ich pozbawiona!), najspokojniejsza, najbardziej przegadana i przewidywalna z książek Kim Holden. I jednocześnie stanowi najwłaściwsze zakończenie promyczkowej trylogii, jakie tylko można sobie wymarzyć. Ciepłe, rodzinne i pełne muzyki, przyjaźni i dobrych wspomnień.

Kim Holden, Franco, Poznań: Wydawnictwo Filia, 2017, 313s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2019 ~

Czas na czytanie: „Królowa Salwatora” Emma Popik

Poza jednym wyczerpującym spacerem z lokalnym przewodnikiem i kilkoma informacjami zapamiętanymi jeszcze ze studiów nie mogę się pochwalić jakąś szczególną wiedzą na temat Biskupiej Górki, chociaż był taki czas, że przejeżdżałam przez nią autobusem dwa razy dziennie.

Zarówno chęć pogłębienia wiedzy na temat tego miejsca, sama tematyka ratowania i odbudowy zabytków, jak i umiejscowienie akcji w moim kochanym Gdańsku sprawiły, że nie byłam w stanie przejść obok tej książki obojętnie.

Bardzo odpowiada mi podejście do problemu, bo jużna pierwszy rzut oka widać, że dla Emmy Popik najważniejsi są ludzie. Bez nich dzielnica byłaby jedynie pusta wydmuszką. Zarówno społeczny kontekst odbudowy i oddolna potrzeba ocalenia miejsca ważnego dla lokalnej wspólnoty są wielką siłą tej książki. Nie do końca zdefiniowana wewnętrzna potrzeba oraz towarzysząca jej niemoc mieszkańców i brak umiejętności zwerbalizowania problemu to głos, który z pewnością charakteryzuje nie tylko to miejsce. Uniwersalne wołanie o ratunek ludzi, którzy możliwości ratunku nie widzą.

To zainspirowany zbyt dynamicznymi zmianami i intensywną rozbudową terenów wokół dzielnicy. Dzielnicy tak atrakcyjnej ze względu na umiejscowienie w ścisłym centrum miasta, jak i uciążliwej poprzez przepiękne historyczne zabudowania w potwornym stanie. Zmianami budzącymi opór nie tylko niewykształconej i biednej społeczności lokalnej.

Autorka dorzuca do tego tajemniczą aurę miejscowych podań tchniętych w postać półrealnego dobrego ducha Biskupiej Górki uzyskując dzięki temu klimat romantycznej niesamowitości z malowniczymi ruinami w tle.

Książka zdaje się więc składać z samych zalet – bardzo „mój” temat, poruszenie aktualnego, „gorącego” problemu, kontekst społeczno-kulturowy, a nawet świetna okładka i zaskakująco zachęcający blurb (i to piszę ja – wielka przeciwniczka blurbów!) przemawiają na jej korzyść. Ale niestety mimo wszystko nie mogę zaliczyć tej lektury do udanych.

Nie do przeskoczenia okazał się być dla mnie specyficzny styl autorki, który wyjątkowo mi nie odpowiada. Uwznioślona forma balansująca na granicy patosu nie pozwalała mi brać opisywanych wydarzeń na poważnie. Krótkie, pourywane zdania o nienaturalnej konstrukcji, z czasownikami w dziwnych miejscach były dla mnie niesamowicie uciążliwe, a nieskończona liczba krótkich podrozdziałów szatkujących powieść na miazgę uniemożliwiały mi płynne czytanie i „wczucie się” w klimat historii.

Ciężkostrawnemu stylowi towarzyszą histeryczni bohaterowie – główna bohaterka tak szybko zmienia swoje nastawienie, że już w pierwszym rozdziale zaczęłam ją podejrzewać o zaburzenia dwubiegunowe. I chociaż ten brak zdecydowania, uleganie emocjom i problemy z occeną intencji innych ludzi czynią ją bohaterką bardzo prawdziwą, to również niezwykle męczącą. Nie lubię obcować z tego rodzaju osobami w rzeczywistości, teraz już wiem, że nie lubię również o nich czytać.

Jestem pewna, że nie każdy odbierze to w ten sam sposób. Co więcej, ten typ narracji z pewnością ma swoich fanów. Dlatego też nie chciałabym Was zniechęcić, wręcz przeciwnie! – sięgnijcie po tą pozycję podczas wizyty w księgarni i poświęćcie chwilę na przeczytanie kilku stron. Przekonajcie się sami, czy dacie się porwać Emmie Popik i jej pełnej sprzeczności opowieści o jednej z bardziej zaniedbanych dzielnic Gdańska, czy odłożycie ją na półkę przekonani, że dobry pomysł został zaduszony przez grafomański bełkot. Próbujcie, doświadczajcie i koniecznie podzielcie się wrażeniami!

Emma Popik, Królowa Salwatora, Gdańsk: Wydawnictwo Marpress, 2019, 342s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Marpress.

Czas na czytanie: „Pielęgniarki” Christine Watson

Już na wstępie muszę zaznaczyć, że jeśli chodzi o wszystkie medyczne sprawy, jestem osobą raczej obrzydliwą. Pobieranie mi krwi, skutkuje traumą całego laboratorium i słabo mi nawet na samą myśl o serialu z chirurgami, czy innymi doktorami w roli głównej. I jednocześnie niesamowicie podziwiam ludzi, których nie tylko to wszystko nie rusza, ale są wręcz zafascynowani ludzkim ciałem i ratowaniem życia.

I z tego właśnie powodu, pomijając oczywiście najzwyklejszą ciekawość, sięgnęłam po moją pierwszą książkę w, tak ostatnio modnym, szpitalnym klimacie. Jakoś wydawało mi się, że opowieść o pielęgniarkach będzie łagodniejsza i bardziej przystępna, niż chociażby o lekarzach. Według mojego wyobrażenia w tej pracy miało być więcej spokojnej opieki, niż grzebania w bebechach. Oj jakże się myliłam.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak długo męczyłam jedną książkę. I ani trochę nie żałuję. Były takie rozdziały, które pochłaniałam jednym tchem i siedziałam do późna (w toalecie, żeby nie drażnić innych domowników światłem), byle tylko przeczytać jeszcze kilka stron i dokończyć wątek. A potem przychodziły takie, w połowie których zaryczana jak bóbr odkładałam książkę na trzy dni z przeświadczeniem, że już nigdy do niej nie wrócę, bo to nie na moje nerwy. I niby dlaczego mam to sobie robić. A potem poczucie beznadziei mijało i z zapartym tchem czytałam dalej.

Autorka prowadzi nas oprowadza nas po świecie opieki medycznej na różnych poziomach – zarówno przez kolejne etapy swojej edukacji i zainteresowania zawodem, jak i przez wszelakie specjalizacje – od pielęgniarki neonatologicznej, przez dziecięcą, ratunkową, aż do geriatrycznej. Od szpitala, do szpitala, od tez naukowych i inicjatyw zapoczątkowanych setki lat przed naszą erą, aż do najnowszych osiągnięć. Wraz z nią przyjrzymy się pracy instrumentariuszki biorącej udział w przeszczepie, przeżyjemy pierwszą asystę przy porodzie i pierwsze oporządzenie zwłok.

Poza olbrzymim doświadczeniem zawodowym, nie sposób nie docenić wyjątkowego talentu pani Watson do opowiadania historii. „Pielęgniarki” to bardzo osobista powieść, gdzie wspomnienia płynnie się przenikają, a filozoficzne, nieco nawet poetyckie rozważania na temat misji i wizji opieki nad drugim człowiekiem przeplatają się z naturalizmem opisu potwornych momentami schorzeń i przypadków.

To poruszająca opowieść o życiu, śmierci, miłości i empatii. O niesamowicie wymagającej pracy wraz z jej wszystkimi radościami i konsekwencjami. O osobach trwających przy człowieku w momentach, kiedy jest najbardziej bezbronny i samotny. O przewrotności losu, o niewyobrażalnych tragediach, które spotykają ludzi wokół każdego dnia. A pod tym względem jest to niesamowicie uświadamiająca lektura – nigdy nie wiadomo kiedy to właśnie ja stanę się osobą wymagającą pomocy i opieki. Obym trafiła wtedy na pielęgniarkę z powołania, choć w połowie tak oddaną drugiemu człowiekowi, jak Christine Watson.

Nie wiem, czy każda książka dotykająca tego tematu wywołałaby we mnie podobne emocje, czy po prostu ta jest tak dobrze napisana. Nieprędko się tego dowiem, bo jednak nie są to w moim odczuciu książki, które pochłania się jak czekoladki i w najbliższym czasie z pewnością nie sięgnę po nic podobnego. Taką opowieść trzeba dobrze przetrawić, bo m szansę zmienić postrzeganie świata.

Christine Watson, Pielęgniarki, Warszawa: Wydawnictwo Marginesy, 2019, 318s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Marginesy.

Czas na czytanie: PREMIEROWO „Srebrna Zatoka” Jojo Moyes

„(…) o miłości i niebezpieczeństwie, i o tym, co życie wpędza nam w sieci. I o tym, że czasami to nie nasza ręka spoczywa na sterze, i możemy jedynie ufać, iż wszystko będzie, jak trzeba”.

„to opowieść o nieuchwytnej równowadze, o prawdzie, z którą się zmagamy (…) kiedy tylko otworzymy serca – że czasami można zniszczyć coś wspaniałego przez samą swoją bliskość”.

Szach-mat, dwoma cytatami z dwóch ostatnich stron książki Moyes wytrąciła mi z rąk cały mój, zbierany podczas 500 stron lektury, recenzencki arsenał. Bo nie można tej powieści podsumować trafniej.

Nie da się ukryć, że to zdecydowanie najbardziej tendencyjna i przewidywalna z książek autorki, które dotychczas czytałam (a na półce czeka już tylko „Dziewczyna, którą kochałeś”). Mamy tu zderzenie dwóch światów, głębokie wewnętrzne przemiany i mnóstwo emocji, jest też ekologia i walka o zagrożone gatunki, tajemnicza i krucha blondynka, bezlitosna firma deweloperska, damska wersja Kapitana Nemo (chyba już wcześniej Nienacki wymyślił coś podobnego w którejś z przygód Pana Samochodzika?) mała rezolutna dziewczynka, rodzinne dramaty, odkrywane zbrodnie sprzed lat i żałoba po śmierci dziecka. I przez cały czas jesteśmy przekonani, że wszystko musi skończyć się dobrze. Ale bynajmniej nie jest to wada, bo ta książka właśnie taka ma być – jak miód na serducho! Trochę emocji, trochę wzruszeń i kilka zwrotów akcji + świetny styl Jojo Moyes sprawia, że „Srebrna Zatoka to bardzo dobry wybór na zimowy wieczór w fotelu, gdzie będzie robić konkurencję gorącej czekoladzie. Szczególnie w ostatnich rozdziałach, bo będą również momenty, przy których warto ogrzać się ciepłym napojem. I jest w niej trochę mniej typowego dla autorki humoru, ale powstałą w ten sposób pustkę idealnie wypełnia autorefleksja i zaduma.

Z pozostałych książek w dorobku autorki tą wyróżnia również miejsce akcji – zapomniana przez świat, cicha australijska zatoka to cudowna chwila oddechu, tak inna od chociażby wielkomiejskich szaleństw Lou Clark. Tutaj króluje cisza, samotność i kontakt z naturą. Srebrna Zatoka to idealne miejsce, by schować się przed całym światem. Aż do momentu, w którym niepozorny przybysz z zewnątrz zdrowo we wszystkim namiesza.

Chociaż narracja prowadzona jest przez różne postacie, nie ma najmniejszej wątpliwości, kto z nich jest tu głównym bohaterem. I jest to mężczyzna, co okazało się być kolejnym plusem, bo chociaż akurat bohaterki Moyes uwielbiam, to jednak zawsze jakoś łatwiej utożsamiać mi się z facetami.

Muszę przyznać, że wyjątkowo długo nie mogłam wczuć się w klimat tej powieści, chyba właśnie z powodu jego spokojnej odmienności i przez ponad 100 stron nie do końca byłam do niej przekonana. Ale kiedy już chwyciłam przynętę, to ocknęłam się dopiero po zamknięciu książki. Nie ma co się zniechęcać, może i akcja rozwija się powoli, ale za to w jak malowniczej scenerii. Jako fanka nadmorskich pejzaży i słonej bryzy we włosach bardzo polecam. I nie powiem, nabrałam wielkiej ochoty, by zobaczyć ocean i wszystkie te zdumiewające ssaki!

Jojo Moyes, Srebrna Zatoka, Kraków: Wydawnictwo Znak Między Słowami, 2019, 512 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak.

Czas na czytanie: „Postawić na szczęście” Anna Sakowicz

Od dawna już miałam ochotę spróbować prozy Anny Sakowicz, ale dopiero historia Agaty zagościła na moim stosie do przeczytania. A ta skusiła mnie tak już przecież oklepanym porównaniem do Bridget Jones.

A porównanie to jest wyjątkowo trafne (co wbrew pozorom nie jest wcale takie oczywiste, jakby się mogło wydawać). Agata jest dziennikarką marzącą o stabilizacji, jaką daje praca na etacie i blogerką z fantastycznym pomysłem na siebie – ima się najbardziej niedocenianych prac i spisuje swoje wrażenia z bycia babcia klozetową, petsitterką, czy szkolną woźną. Wielkimi krokami zbliża się do czterdziestki, ma zakręconą rodzinę (w tym bardzo pozytywnego tatę), kilkanaście kilo nadwagi, mnóstwo dystansu do siebie i kilku adoratorów krążących po jej okrąglutkiej orbicie. Ma też świetną relację z siostrą i to właśnie z nią zakłada się, że zrealizuje „plan trzyletni” – rok na schudnięcie, rok na wyjście za mąż i rok na urodzenie dziecka. Jak życie pokaże, niekoniecznie w tej kolejności…

Tak, ta książka jest przewidywalna, zarówno jej przebieg, jak i zakończenie chyba nikogo nie jest w stanie zaskoczyć. Ale moim zdaniem o to właśnie w tym wszystkim chodzi – to przyjemna, zabawna lektura powielająca znany i sprawdzony schemat. Nie każda książka musi przecież zaskakiwać.

Nie wiem, czy to dlatego, że najłatwiej czytać o problemach, które nigdy nie będą nas dotyczyć, czy większy wpływ miał na to niezobowiązujący temat, czy lekki styl autorki, ale ta książka okazała się być wyjątkowo relaksująca. Z przyjemnością zaległam z nią w fotelu po świątecznym obżarstwie i chętnie sięgnę po kolejny tom.

Szczególnie, że znajdziemy tu całkiem plastyczne landszafciki: malownicze leśniczówki, tajemnicze nagrobki i arbotetum. Aż do teraz nie wiedziałam, że coś takiego w ogóle istnieje. A tu okazuje się, że to opisane jest całkiem niedaleko mojego miejsca zamieszkania.

To nie jest wybitna książka, która zostanie w moim sercu na zawsze, ale sympatyczna rozrywka na kilka wieczorów. Lekka, podszyta humorem historia nie wymagająca gimnastyki umysłowej. Świetnie sprawdzi się jako książka do pociągu, czy samolotu, albo jako towarzyszka leniwego wolnego popołudnia. Nieszczególnie poważna, chociaż zahacza o całkiem poważne problemy. Nie ocenia, nie moralizuje, ani nie zmusza do głębszych refleksji, ale ma w sobie jakąś taką pozytywną energię, dzięki której odkładamy ją z uśmiechem.

P.S. Nie wiem dlaczego, ale pani na okładce ma nos wymazany w Photoshopie, co mnie trochę niepokoi. Może to jakaś krewna Voldemorta?

Anna Sakowicz, Postawić na szczęście, Warszawa: Wydawnictwo Edipresse, 2018, 350 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Edipresse.

Czas na czytanie: „Pensjonat pod Świerkiem. Opowiadania świąteczne”

Może trochę wstyd się przyznać, ale jeśli chodzi o twórczość polskich pisarzy, mam spore zaległości i poza kilkoma nazwiskami, które lubię i śledzę, nie bardzo jestem w stanie się na ten temat wypowiedzieć.

Dlatego, chociaż w gruncie rzeczy nie przepadam za krótkimi formami literackimi, ze sporym entuzjazmem sięgnęłam po antologię świątecznych opowiadań. To w sumie dwie pieczenie na jednym ogniu – z początkiem grudnia zacznę wprowadzać bożonarodzeniowe klimaty (co obiecałam sobie po zeszłorocznym buncie przeciwko ckliwym świątecznym powieściom) i zrobię mały rekonesans wśród polskich autorów. Bo to jednak było moje noworoczne postanowienie, a tu jak zwykle zaskoczył mnie grudzień…

DSC_1223

Tym też sposobem zafundowałam sobie próbkę twórczości ośmiu pisarzy płci obojga. Co prawda na nieco tendencyjny temat, ale moim zdaniem, jeśli ktoś potrafi oddać czar grudniowej nocy w zasypanym śniegiem pensjonacie na końcu świata, to warto się nim bliżej zainteresować. Jestem osobą wyjątkowo łasą na bożenarodzeniowy kicz, romantyzm i komerchę, więc wbrew pozorom wcale nie jest trudno mnie zadowolić. A mimo to mało komu się udało.

Motywem przewodnim jest średnio urokliwy, postkomunistyczny pensjonat w zapomnianej przez świat leśnej głuszy, prowadzony przez na wskroś dobre rodzeństwo – Ewę i Gabriela. To tam trafiają bohaterowie wszystkich opowiadań i dzięki temu niewielki, na wskroś typowy budyneczek staje się sceną dla niespodziewanych spotkań po latach, kilku tendencyjnych świątecznych cudów, powrotów nadziei, dobrych i złych decyzji i odrobiny tandetnej sensacji, gdzie tryskająca krew miesza się z dzikimi seksami i średnim poziomem literackim.

Bo niestety w większości przypadków jest kiepsko – i pod względem pomysłu i pod względem języka. Zdecydowanie wybijają się (zarówno pod względem fabuły, jak i stylu) dwa opowiadania Magdaleny Knedler, co nie jest dla mnie żadnym zaskoczeniem, bo jej twórczość to jedno z moich największych odkryć mijającego roku. Czegoś takiego oczekiwałam – oryginalnego pomysłu osadzonego w trącącym nieco kiczem pachnącego piernikiem klimacie świąt Bożego Narodzenia. Może to kwestia gustu, ale jej historie w moim odczuciu stawiają poprzeczkę na tyle wysoko, że reszta autorów po prostu przy niej blaknie. Prawdę mówiąc miałam nadzieję, że całą antologię przeczytam z podobną przyjemnością.

Drugim wartym wspomnienia nazwiskiem, jest Nina Richter, której opowiadanie bardzo mile mnie zaskoczyło i ma szansę stanąć na podium obok pani Knedler i wcale nie wyglądać przy tym jak szara myszka. I ono też jest tendencyjne – samotna starość, homofobia i wielkie świąteczne pojednanie po latach. A mimo to bardzo dobrze się czyta, a bohaterowie nie są wcale tak szablonowi, jak mogłoby się to wydawać na pierwszy rzut oka. I o twórczości tej autorki chętnie dowiem się więcej.

Poza tym nikt więcej niestety nie zdołał mnie zainteresować, a niektórzy wręcz zniechęcili.

Liczyłam na coś więcej, ale mimo to polecam jako lekką lekturę na przedświąteczny czas – świetnie sprawdzi się jako mała odskocznia w natłoku obowiązków albo czekadełko w kolejce po karpia. Szczególnie warto dla tych trzech wyjątkowych historii, które dodatkowo potrafią zaciekawić, czytają się z przyjemnością i zostawiają w serduchu to wyjątkowe świąteczne ciepełko.

Pensjonat pod Świerkiem, Gdynia: Wydawnictwo Novae Res, 2017, 306 s.

Czas na czytanie: „Notatki samobójcy” Michael Thomas Ford

„Wyznam wam coś: widok własnego nazwiska obok słów „oddział psychiatryczny” potrafi człowiekowi zepsuć dzień.”

Na ten tytuł trafiłam na jednej z grup książkowych – pewna mama była zniesmaczona faktem, że w książce dla młodzieży pojawiają się „momenty”. I to w dodatku męsko-męskie. A jak wiadomo, tego rodzaju krytyka to najlepsza reklama. Nie byłam w stanie oprzeć się pokusie sprawdzenia, co to za pornograficzne bezeceństwa kryją „Notatki samobójcy”.

DSC_0822

Na samym początku muszę zaznaczyć, że jak zazwyczaj strasznie nie lubię pierwszoosobowej narracji, tak ten pamiętnik czytało mi się świetnie. Przede wszystkim dlatego, że już od pierwszych stron polubiłam samego narratora – piętnastoletniego Jeffa, który jest po prostu świetnym chłopakiem. Błyskotliwy, trochę zarozumiały, wygadany i pełen uszczypliwego poczucia humoru. Nie brak mu typowego dla nastolatków głodu wiedzy i, co już jest mniej typowe dla młodych chłopców, lubi swoją rodzinę i docenia to, co ma. A zdaje się mieć mnóstwo dystansu do siebie i świata. Okazuje się jednak, że jest pewien szczegół, którego wstydzi się nawet przed sobą.

„Czasami ludzie wyglądają normalnie, ale pewnego dnia robią coś kompletnie zaskakującego – i lądują w miejscu takim, jak ten szpital. Nie sądzę, żeby ktokolwiek, kto mnie zna, podejrzewał, że zrobię to, co zrobiłem.”

Nie jestem pewna, jak to o mnie świadczy, ale czytałam relację młodziutkiego niedoszłego samobójcy z pobytu w szpitalu psychiatrycznym i momentami musiałam powstrzymywać wybuchy śmiechu. Bo ta historia jest naprawdę lekko napisana. Zabawna i nieco zadziorna narracja nie ujmuje jednak powagi samej tematyce, która przedstawiona z wyjątkowo przystępny sposób.

„Dlaczego trzeba ostrzegać ludzi przed tym, kim się jest? Dlaczego nie można po prostu być sobą?”

To całkiem mądra opowieść o samoakceptacji, odkrywaniu własnej seksualności i dystansowaniu się do zdania innych. O ciężarze sekretów i pozornie błahych problemach, które z punktu widzenia nastolatka wydają się być nie do pokonania. I przy okazji ważna lekcja tolerancji – boleśnie uświadamia jak bardzo ludzkie reakcje potrafią wpłynąć wpływać na nas i innych. A o inności świadczą nie tlyko nasze romantyczne wybory.

Tak, w tej książce są sceny czynności seksualnych zarówno w parze hetero, jak i homoseksualnych. Nie nastawiajcie się jednak na wyjątkowo plastyczne opisy, niepewność pierwszych doświadczeń zdecydowanie dominuje tu nad erotyką.

Osobiście odebrałam ta książkę bardzo pozytywnie, wydaje mi się być świetnie wyważona między powagą tematu, a humorystycznym podejściem. Super, że nie jest to romans, pojawiają się pierwsze zauroczenia, jest mnóstwo emocji ale wszystko jest nastawione przede wszystkim na poznawanie siebie, nie na fascynację drugim człowiekiem.

Warto poświęcić jej chwilę. A z punktu widzenia rodzica naprawdę nie ma się czego bać. Chociaż może sądzę tak dlatego, że moja córka jeszcze nie potrafi czytać.

Michael Thomas Ford, Notatki samobójcy, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2012, 272 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

Czas na czytanie: „Gus” Kim Holden

Wydawało mi się, że bez Promyczka dalsze opowiadanie tej historii nie ma sensu, bo… no właśnie, była jej promyczkiem. Okazuje się jednak, że Gus też całkiem nieźle sobie radzi.

Nie jest łatwo towarzyszyć głównemu bohaterowi przez pierwszy rok po śmierci najlepszej przyjaciółki i jedynej miłości. Bardzo długo jest to opowieść o bólu, frustracji i nieutulonej tęsknocie, a sam Gus zdaje się staczać po równi pochyłej prosto ku samozagładzie.

To również historia radzenia sobie z żałobą, godzenia się z losem, walki o własne życie i nadawanie mu sensu na nowo. O pokonywaniu traumy. O odwadze doświadczania życia. Każdego dnia, w każdej minucie.

„(…)Masz tylko jedną szansę w tym cyrku zwanym życiem. Nie siedź na widowni, przyglądając się przedstawieniu. Wskakuj na arenę i bądź wielki.”

I przede wszystkim to fantastyczna książka o niekonwencjonalnych rodzinach i miłości, która czasami przychodzi niespodziewanie. O miłości rodzicielskiej i miłości przyjaciół. Nie wiem, jak to możliwe, ale to druga książka autorki, która podejmuje strasznie smutny temat w niesamowicie pozytywny sposób. Od samego czytania na nowo chce się żyć, a jej bohaterów nie można nie lubić. I to wszystkich – od narkomanki, przez gwiazdy rocka aż po poturbowanego kota.

„W końcu coś sobie uświadomiłam. Może brak normalności jest w porządku. Może rodzina nie musi być idealna, żeby w ogóle istniała.”

Jest też muzyka, twórczy szał i chęć zmieniania świata. Cokolwiek robimy, stwarzajmy legendę!

Przy okazji Kim Holden napisała chyba pierwsze książki z narracją pierwszoosobową, która naprawdę mi odpowiada! Jestem pod wrażeniem.

Kipiąca emocjami, podnosi na duchu i zaraża chęcią do działania.

„Jeśli postarasz się wystarczająco mocno, każdy dzień może być legendarny.”

Kim Holden, Gus, Poznań: Wydawnictwo Filia, 2016, 500 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~