Czas na czytanie: „Światło w środku nocy” Jojo Moyes

„My, kobiety, stajemy przed rozlicznymi niespodziewanymi wyzwaniami, gdy postanawiamy przekroczyć to, co uważa się za obowiązujące nas zwyczajowe granice”.

Książki Jojo Moyes pokochałam przede wszystkim za szalone i rozbrajające poczucie humoru, dlatego też moimi ulubionymi tytułami z miejsca zostały „Razem będzie lepiej” i „Zanim się pojawiłeś”. Sięgając po „Światło w środku nocy” spodziewałam się zupełnie innego klimatu – i słusznie. Nie miałam jednak pojęcia, że już od pierwszych stron trafi do panteonu moich najukochańszych i to z zupełnie innego powodu, niż książki wymienione powyżej.

Moyes pisze o silnych babkach, więc to w sumie nic nowego. Ale takiej kumulacji girl power i bohaterek, które nie tylko polubiłam, ale i całym serduchem kibicowałam im na każdym kroku nie spotkałam chyba nigdy. To chyba nagroda za te wszystkie lata rozczarowania nudnymi, kiepsko wykreowanymi i potraktowanymi sztampowo postaciami kobiecymi. Było warto!

Ponadto koniecznie trzeba zaznaczyć, że to nie tylko książka o kobietach, ale o bibliotekarkach. Konnych bibliotekarkach. W czasach kryzysu dwudziestolecia międzywojennego. W górach Kolorado. Czy słyszeliście kiedykolwiek o piękniejszej i bardziej karkołomnej idei? Idei walki z wyobcowaniem, analfabetyzmem, surową siłą natury i lękiem przed nieznanym?

Niesamowicie wciągająca opowieść o przyjaźni, miłości, oddaniu i potrzebie posiadania misji. O poszukiwaniu swojego miejsca w świecie, w świecie rządzonym przez mężczyzn i to najczęściej ciężką ręką. W świecie, którym wszystko trzeba wyszarpywać – nie tylko wytrwałością ciężką pracą, ale często również zębami i pazurami. O prawach kobiet, edukacji, tolerancji, despotyzmie, rządzy pieniądza i nieposzanowaniu środowiska naturalnego. O sprawiedliwości, kobiecości, macierzyństwie i tworzeniu domu. O pokonywaniu przeciwności losu. Małymi krokami i wielkimi susami. Każdego dnia.

Styl autorki ma w sobie coś magicznego – jej książki praktycznie czytają się same. I to w błyskawicznym tempie. Kiedy opadam w fotel łapiąc oddech po gonitwie codzienności i obiecuję sobie w nagrodę chociaż kilka akapitów, do 22:00, a o 22:00 okazuje się, że minęło 200 stron. Jak i kiedy? Nie wiadomo. Czary.

Ciepła, wzruszająca, przywracająca wiarę w ludzkość.

Uwaga! Nie zaleca się czytania przez kobiety niezamężne – zawiera nieprzyzwoite opisy nierealnie przyzwoitych mężczyzn idealnych, które mogą utrudniać przyszłe zamążpójście niezdrowo zawyżając standardy podatnych na wpływy umysłów młodych panien!

Jojo Moyes, Światło w środku nocy, Kraków: Wydawnictwo Znak Literanova, 2020, 560 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak.

Czas na czytanie: „Znajdź mnie” André Aciman

Kiedy rok temu czytałam „Tamte dni, tamte noce”, oddałabym wszystko za takie zakończenie drogi Elia i Olivera, jakie właśnie dostałam. Minęło jednak trochę czasu, emocje okrzepły, a historia zdążyła na dobre zapisać się w  moim sercu. I nie jestem już tak entuzjastycznie nastawiona.

Przede wszystkim dlatego, że tamta historia była zamkniętą całością. Bez cukierkowego szczęśliwego zakończenia, ale była pełna, wyważona i, choć smutna, to jednak idealna. Kiedy już się z tym pogodziłam myśl o kontynuacji zaczęła wzbudzać we mnie spory niepokój. Tak łatwo przecież zburzyć tą równowagę i zepsuć to, co jest dobre. Czy tak się stało?

Nie do końca, choć książka jest zdecydowanie słabsza od swojej poprzedniczki. Tym razem mamy przed sobą trzy opowiadania – trzy urywki z codzienności trojga bohaterów. Trzy momenty graniczne ich żyć.

W przypadku pierwszej części poznawaliśmy zarówno świat przedstawiony, jak i innych bohaterów oczami Elia. I dopiero, kiedy pozwolono każdemu mówić o sobie, okazało się jak bardzo nastolatek ich idealizował. Bo i ojciec Elia – Samuel, i Oliver nagle bardzo stracili w moich oczach. Samuel szczególnie, bo coś, co wcześniej było elokwencją i życiowym doświadczeniem zmieniło się w egzaltowane i przerysowane bajdurzenie na granicy śmieszności.

Wciąż mamy tu do czynienia z łamaniem konwenansów, głównie jeśli chodzi o posiadanie starszego partnera (jeśli kogoś szokowała wcześniej różnica wieku między Eliem, a Oliverem, a podobno były takie osoby, to zdecydowanie nie polecam kontynuacji), pogonią za szczęściem i pragnieniem czerpania z życia pełnymi garściami.

Moim zdaniem ta książka nie była potrzeba, choć oczywiście pobiegłam ją kupić zaraz po premierze. Momentami mocno mnie zmęczyła, momentami mocno mnie wciągnęła (szczególnie wycinek z życia Elia i jego małe historyczne śledztwo) i nie da się ukryć, że ja jednak lubię takie zakończenia. Ale zdecydowanie nie było już tych emocji, uczuć i wzruszeń, które chwyciły mnie za serce w pierwszej części. Może jestem jeszcze za młoda, by docenić problemy dojrzałych bohaterów i znaleźć w nich odniesienia do własnego życia? Kto wie, może kiedyś jeszcze to przyjdzie.

André Aciman, Znajdź mnie, Warszawa: Wydawnictwo Poradnia K, 2019, 312 s.

Czas na czytanie: „Włoski nauczyciel” Tom Rachman

„W młodości Pinch uważał relacje między ludźmi za azyl dla tych, którzy nie potrafią tworzyć sztuki. Może sztuka jest azylem dla tych, który nie potrafią się wiązać z innymi ludźmi?

Nie dajcie się zwieść ślicznej okładce w energetycznych barwach – tuż za nią kryje się opis wyjątkowo smutnego życia. Życia chłopca, który nie potrafi definiować siebie bez wpływu swego ojca, słynnego na cały świat malarza, niestałego w uczuciach i obietnicach egotyka. Ojca nawykłego traktować dzieci jak nudzące się i wychodzące z mody przedmioty średniej wartości, od czasu do czasu łaskawie obdarzający swój stale powiększający się przychówek ochłapami uwagi. Łamacza serc i żyć.

Co wolno artyście? Czy geniusz jest usprawiedliwieniem dla arogancji, ignorancji i okrucieństwa? Czy wrażliwość artystyczna idzie w parze z wrażliwością na drugiego człowieka?

Jak łatwo zniszczyć młodego człowieka już na samym początku jego drogi? Jak to możliwe, że mijają całe lata rozczarowań, nim pewne autorytety wreszcie upadają?

Świetnie napisana opowieść obnażająca nie tylko bezwzględność wybitnych umysłów i kapryśnego świata sztuki, ale przede wszystkim ciężar odpowiedzialności, który spoczywa na rodzicach w procesie kształtowania się dziecka.

To książka o poszukiwaniu własnej tożsamości, potrzebie akceptacji, złych decyzjach, ślepym oddaniu fałszywym idolom, braku wiary we własne możliwości, niespełnieniu i oszałamiającej samotności. O zgubnych skutkach dążenia do ideału za wszelka cenę. O pragnieniu nieśmiertelności i nieodpowiednio ustawionych priorytetach. O genialnym fałszerstwie i gigantycznym przekręcie popełnionym ze szlachetnych pobudek. O prawdziwej przyjaźni, potrzebie miłości i wielkości, która nigdy nie doczeka się poklasku.

Porywająca, ekscytująca i jednocześnie strasznie smutna. Dramat, kryminał, romans i powieść psychologiczna jednocześnie. Niedefiniowalna, jak zresztą większość sztuki współczesnej.

Tom Rachman, Włoski nauczyciel, Kraków: Wydawnictwo Znak Literanova, 2019, 445 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak Literanova.

Czas na czytanie: „Lanny” Max Porter

Niby nic, niby tylko podkolorowana wyobraźnią codzienność, a jaki klimat. Jeśli ktoś przez przypadek nie ma jeszcze jesieni za oknem, to ta lektura z pewnością zrobi mu jesień w głowie i sercu.

DSC_0331

Książka dziwna, powieść wielu bohaterów, smutnoprozaiczna symfonia ludzkich żyć. Miłostki, śmiesznostki, błahostki i tony śmieci. Uparta pamięć dziejów i pieśń współczesności. Błysk światła pozwalający rzucić okiem na życie sąsiada. Banalna historia, która mogła przydarzyć się każdemu. I jednocześnie nastrojowo-magiczna baśń pozostawiająca na języku gorzki posmak refleksji. Nad światem, człowiekiem, czasami, macierzyństwem, mentalnością, ekologią, przemijaniem, okrucieństwem, pędem codzienności, tęsknotą, niespełnieniem, oczekiwaniami, wartościami… A to tylko 200 stron wyjątkowo porozrzucanego tekstu, pięknego języka i przedziwnej narracji. Narracji, która nie pozwala się do siebie przyzwyczaić i ani na chwilę nie daje poczuć się pewnie.

Cicha angielska wieś, nieco odmienny chłopiec o pięknym spojrzeniu na świat, niedopasowani rodzice, nauczyciel rysunku i prastary demon rodem z ludowych podań. Aż do dnia, w którym spokój życia z dala od londyńskiej wrzawy imploduje wskutek tajemniczego zaginięcia jeszcze bardziej tajemniczego dziecka. Zdarzenie, o jakim każdego niemalże dnia słuchamy w wiadomościach, zmienia małą społeczność w epicentrum medialnego zgiełku, a myśli mieszkańców w kłębowisko ciekawskich podejrzeń i zbyt łatwo rzucanych oskarżeń. W końcu ludzie mają wiele wspólnego z sępami – i jednych i drugich ciągnie do tragedii.

„Mrowi go myślenie o tym, jak jedna myśl prowadzi do drugiej, nieprzerwanie, na okrągło, nie znając końca”.

Książka pisana strumieniem świadomości kilkunastu przedstawicieli jednej społeczności. Ciekawe, czy zanurzenie się w nim oddaje w jakiejś niewielkiej części muśnięcie opuszkiem palca odmętów Styksu. To by w pewnym sensie tłumaczyło vanitatywny urok utworu. Bardzo pozytywnego utworu, czego nie sposób nie zaznaczyć. Hipnotyzująca. Trochę straszna i strasznie smutna. Dająca nadzieję. Dziwna książka.

Max Porter, Lanny, Warszawa: Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2019, 220s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zysk i S-ka.

Czas na czytanie: „Tajemna historia” Donna Tartt

Dobra książka, to taka, która zostawia czytelnika bez słów. Kiedy ten po przeczytaniu ostatniego zdania zamyka powieść i siedzi w bezruchu, bo brutalnie wyrwany ze świata przedstawionego nie wie, co ma teraz zrobić ze swoim życiem. Siedzę tak już prawie od tygodnia. I wciąż nie mam pojęcia co powiedzieć. Nie czuję się też wystarczająco kompetentna, by popełnić jakąkolwiek merytoryczną formę recenzji. To po prostu dla mnie za wysokie progi.

Wiem za to, że to jedna z najlepszych książek, jakie czytałam. Ostatnio tak piorunujące wrażenie zrobiło na mnie „Małe życie” nieco ponad dwa lata temu.

„Tajemna historia” jest napisana tak dobrze, że każde kolejne zdanie to czysta przyjemność. Nie mogłam się doczekać kontynuowania przerwanej lektury i nie mogłam wyrzucić jej z głowy, niezależnie od wykonywanej w ciągu dnia czynności. A na wieczorne czytanie w fotelu pędziłam w podskokach. Dosłownie! To nie jest przecież tak, że na co dzień czytam kiepskie książki, bo w większości przypadków jestem zadowolona z wyboru, lubię to, co czytam i samo czytanie sprawia mi mnóstwo frajdy. W końcu to w właśnie z tego powodu sięgam po książki. Ale Donna Tartt ustanowiła zupełnie inny poziom. Bo mam wrażenie, że dotychczas nie wiedziałam czym jest przyjemność płynąca z lektury.

Rewelacyjnie wyważona – pełna malarskich opisów, uczuć i emocji, trzymająca w napięciu i rozbrajająco zabawna w zupełnie niespodziewanych momentach. Hipnotyzująca do tego stopnia, że nie mam pojęcia kiedy minęło to 600 stron, a przecież czytałam je prawie tydzień. Właściwie reszty tego tygodnia też nie bardzo mogę sobie przypomnieć…

Uniwersalna historia o młodości wypełnionej poszukiwaniami wzniosłych ideałów i pogardzającej przyziemną codziennością. O bezkompromisowym dążeniu do wyidealizowanego celu. O kuszeniu losu i winie niezawinionej. O radzeniu sobie z konsekwencjami i przeżywaniu traumy. O bezrefleksyjnym podążaniu za charyzmatycznymi przywódcami i o upadaniu autorytetów. O wytrzymałości gumowych zasad moralnych, uporczywości sumienia i lęku przed karą.

Chciałam tu też napisać „zakazany romans”, ale w sumie to nie wiem, o którą relację miałoby chodzić, bo każda z nich kolejno burzy wszystkie granice. Jest tu jednak co nieco i z mitu o Helenie Trojańskiej i szczypta „Romea i Julii”. A przy tym całkiem sporo „Zbrodni i Kary”. Pomnożonej przez 6.

Pełna młodzieńczego idealizmu, szukania drogowskazów w mrokach antyku, pierwszych prób dorosłego życia.

Jest tu mnóstwo studenckich imprez, geniusz-socjopata, bogate dzieciaki, morze alkoholu i nadmiar szkodliwych używek. Są porywy serca, duże braki we wsparciu rodziny i potrzeba akceptacji. Jest szóstka oddanych sobie przyjaciół i szalony plan, który kończy się tragicznie. A tragedia to dopiero początek.

Donna Tartt, Tajemna Historia, Kraków: Wydawnictwo Znak Literanowa, 2017, 608 s.

Czas na czytanie: „Franco” Kim Holden

Wesoły i beztroski Franco, był dotychczas dla bohaterów duchowym wsparciem i przyjacielem, na którym zawsze można polegać. Tym razem to on stanie przed możliwością napisania własnej historii. I to jemu przyda się wsparcie przyjaciół.

Jeśli miałabym podsumować książki Kim najkrócej, jak tylko się da, to „Promyczek” był o radości życia, „Gus” o życiu po stracie, „Franco” o nadawaniu swojemu życiu sensu. Czy można to zrobić w piękniejszy sposób, niż będąc sobą dla innych?

Czysty przypadek i jeden palant sprawiają, że na drodze naszego bohatera staje jego bratnia dusza – idealnie dopasowana przyjaciółka. Przyjaciółka mieszkająca na drugim końcu świata. Która potrzebuje pomocy w wyjątkowo specyficznej sprawie. Wspólne zmagania z losem bardzo ich do siebie zbliżą, ale jednocześnie całkowicie zmienią ich relację. Czy przyjaźń, która zaznała intymności, ma prawo przetrwać? Do czego człowiek jest w stanie się posunąć, by spełnić swoje marzenia? I czy jest jakaś wartość większa, niż rodzina?

I tak, jak w poprzednich częściach, tutaj również pojawia się groźba nowotworu kładąca się cieniem na marzeniach bohaterów.

Franco jest bohaterem, którego nie sposób było nie polubić już jako postać poboczną, a jako główny bohater tylko zyskuje. Pozytywny, wytrwały i przyjacielski, bywa też w swoich rozważaniach najbardziej filozoficzny, czasami aż do granicy patetycznej wzniosłości. Jest w tym jednak jakaś taka prostoduszność, wiara w ludzi i sympatyczna misiowatość. A kiedy dodamy do tego świetne poczucie humoru, sporą dawkę luzu i uwielbienie do taco, a na dodatek posadzimy go na perkusją rockowego zespołu, Franco okazuje się naprawdę fajnym facetem. Nie, żebym spodziewała się czegoś innego.

To najmniej zarażająca emocjami (co wcale nie znaczy, że ich pozbawiona!), najspokojniejsza, najbardziej przegadana i przewidywalna z książek Kim Holden. I jednocześnie stanowi najwłaściwsze zakończenie promyczkowej trylogii, jakie tylko można sobie wymarzyć. Ciepłe, rodzinne i pełne muzyki, przyjaźni i dobrych wspomnień.

Kim Holden, Franco, Poznań: Wydawnictwo Filia, 2017, 313s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2019 ~

Czas na czytanie: „Królowa Salwatora” Emma Popik

Poza jednym wyczerpującym spacerem z lokalnym przewodnikiem i kilkoma informacjami zapamiętanymi jeszcze ze studiów nie mogę się pochwalić jakąś szczególną wiedzą na temat Biskupiej Górki, chociaż był taki czas, że przejeżdżałam przez nią autobusem dwa razy dziennie.

Zarówno chęć pogłębienia wiedzy na temat tego miejsca, sama tematyka ratowania i odbudowy zabytków, jak i umiejscowienie akcji w moim kochanym Gdańsku sprawiły, że nie byłam w stanie przejść obok tej książki obojętnie.

Bardzo odpowiada mi podejście do problemu, bo jużna pierwszy rzut oka widać, że dla Emmy Popik najważniejsi są ludzie. Bez nich dzielnica byłaby jedynie pusta wydmuszką. Zarówno społeczny kontekst odbudowy i oddolna potrzeba ocalenia miejsca ważnego dla lokalnej wspólnoty są wielką siłą tej książki. Nie do końca zdefiniowana wewnętrzna potrzeba oraz towarzysząca jej niemoc mieszkańców i brak umiejętności zwerbalizowania problemu to głos, który z pewnością charakteryzuje nie tylko to miejsce. Uniwersalne wołanie o ratunek ludzi, którzy możliwości ratunku nie widzą.

To zainspirowany zbyt dynamicznymi zmianami i intensywną rozbudową terenów wokół dzielnicy. Dzielnicy tak atrakcyjnej ze względu na umiejscowienie w ścisłym centrum miasta, jak i uciążliwej poprzez przepiękne historyczne zabudowania w potwornym stanie. Zmianami budzącymi opór nie tylko niewykształconej i biednej społeczności lokalnej.

Autorka dorzuca do tego tajemniczą aurę miejscowych podań tchniętych w postać półrealnego dobrego ducha Biskupiej Górki uzyskując dzięki temu klimat romantycznej niesamowitości z malowniczymi ruinami w tle.

Książka zdaje się więc składać z samych zalet – bardzo „mój” temat, poruszenie aktualnego, „gorącego” problemu, kontekst społeczno-kulturowy, a nawet świetna okładka i zaskakująco zachęcający blurb (i to piszę ja – wielka przeciwniczka blurbów!) przemawiają na jej korzyść. Ale niestety mimo wszystko nie mogę zaliczyć tej lektury do udanych.

Nie do przeskoczenia okazał się być dla mnie specyficzny styl autorki, który wyjątkowo mi nie odpowiada. Uwznioślona forma balansująca na granicy patosu nie pozwalała mi brać opisywanych wydarzeń na poważnie. Krótkie, pourywane zdania o nienaturalnej konstrukcji, z czasownikami w dziwnych miejscach były dla mnie niesamowicie uciążliwe, a nieskończona liczba krótkich podrozdziałów szatkujących powieść na miazgę uniemożliwiały mi płynne czytanie i „wczucie się” w klimat historii.

Ciężkostrawnemu stylowi towarzyszą histeryczni bohaterowie – główna bohaterka tak szybko zmienia swoje nastawienie, że już w pierwszym rozdziale zaczęłam ją podejrzewać o zaburzenia dwubiegunowe. I chociaż ten brak zdecydowania, uleganie emocjom i problemy z occeną intencji innych ludzi czynią ją bohaterką bardzo prawdziwą, to również niezwykle męczącą. Nie lubię obcować z tego rodzaju osobami w rzeczywistości, teraz już wiem, że nie lubię również o nich czytać.

Jestem pewna, że nie każdy odbierze to w ten sam sposób. Co więcej, ten typ narracji z pewnością ma swoich fanów. Dlatego też nie chciałabym Was zniechęcić, wręcz przeciwnie! – sięgnijcie po tą pozycję podczas wizyty w księgarni i poświęćcie chwilę na przeczytanie kilku stron. Przekonajcie się sami, czy dacie się porwać Emmie Popik i jej pełnej sprzeczności opowieści o jednej z bardziej zaniedbanych dzielnic Gdańska, czy odłożycie ją na półkę przekonani, że dobry pomysł został zaduszony przez grafomański bełkot. Próbujcie, doświadczajcie i koniecznie podzielcie się wrażeniami!

Emma Popik, Królowa Salwatora, Gdańsk: Wydawnictwo Marpress, 2019, 342s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Marpress.

Czas na czytanie: „Pielęgniarki” Christine Watson

Już na wstępie muszę zaznaczyć, że jeśli chodzi o wszystkie medyczne sprawy, jestem osobą raczej obrzydliwą. Pobieranie mi krwi, skutkuje traumą całego laboratorium i słabo mi nawet na samą myśl o serialu z chirurgami, czy innymi doktorami w roli głównej. I jednocześnie niesamowicie podziwiam ludzi, których nie tylko to wszystko nie rusza, ale są wręcz zafascynowani ludzkim ciałem i ratowaniem życia.

I z tego właśnie powodu, pomijając oczywiście najzwyklejszą ciekawość, sięgnęłam po moją pierwszą książkę w, tak ostatnio modnym, szpitalnym klimacie. Jakoś wydawało mi się, że opowieść o pielęgniarkach będzie łagodniejsza i bardziej przystępna, niż chociażby o lekarzach. Według mojego wyobrażenia w tej pracy miało być więcej spokojnej opieki, niż grzebania w bebechach. Oj jakże się myliłam.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak długo męczyłam jedną książkę. I ani trochę nie żałuję. Były takie rozdziały, które pochłaniałam jednym tchem i siedziałam do późna (w toalecie, żeby nie drażnić innych domowników światłem), byle tylko przeczytać jeszcze kilka stron i dokończyć wątek. A potem przychodziły takie, w połowie których zaryczana jak bóbr odkładałam książkę na trzy dni z przeświadczeniem, że już nigdy do niej nie wrócę, bo to nie na moje nerwy. I niby dlaczego mam to sobie robić. A potem poczucie beznadziei mijało i z zapartym tchem czytałam dalej.

Autorka prowadzi nas oprowadza nas po świecie opieki medycznej na różnych poziomach – zarówno przez kolejne etapy swojej edukacji i zainteresowania zawodem, jak i przez wszelakie specjalizacje – od pielęgniarki neonatologicznej, przez dziecięcą, ratunkową, aż do geriatrycznej. Od szpitala, do szpitala, od tez naukowych i inicjatyw zapoczątkowanych setki lat przed naszą erą, aż do najnowszych osiągnięć. Wraz z nią przyjrzymy się pracy instrumentariuszki biorącej udział w przeszczepie, przeżyjemy pierwszą asystę przy porodzie i pierwsze oporządzenie zwłok.

Poza olbrzymim doświadczeniem zawodowym, nie sposób nie docenić wyjątkowego talentu pani Watson do opowiadania historii. „Pielęgniarki” to bardzo osobista powieść, gdzie wspomnienia płynnie się przenikają, a filozoficzne, nieco nawet poetyckie rozważania na temat misji i wizji opieki nad drugim człowiekiem przeplatają się z naturalizmem opisu potwornych momentami schorzeń i przypadków.

To poruszająca opowieść o życiu, śmierci, miłości i empatii. O niesamowicie wymagającej pracy wraz z jej wszystkimi radościami i konsekwencjami. O osobach trwających przy człowieku w momentach, kiedy jest najbardziej bezbronny i samotny. O przewrotności losu, o niewyobrażalnych tragediach, które spotykają ludzi wokół każdego dnia. A pod tym względem jest to niesamowicie uświadamiająca lektura – nigdy nie wiadomo kiedy to właśnie ja stanę się osobą wymagającą pomocy i opieki. Obym trafiła wtedy na pielęgniarkę z powołania, choć w połowie tak oddaną drugiemu człowiekowi, jak Christine Watson.

Nie wiem, czy każda książka dotykająca tego tematu wywołałaby we mnie podobne emocje, czy po prostu ta jest tak dobrze napisana. Nieprędko się tego dowiem, bo jednak nie są to w moim odczuciu książki, które pochłania się jak czekoladki i w najbliższym czasie z pewnością nie sięgnę po nic podobnego. Taką opowieść trzeba dobrze przetrawić, bo m szansę zmienić postrzeganie świata.

Christine Watson, Pielęgniarki, Warszawa: Wydawnictwo Marginesy, 2019, 318s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Marginesy.

Czas na czytanie: PREMIEROWO „Srebrna Zatoka” Jojo Moyes

„(…) o miłości i niebezpieczeństwie, i o tym, co życie wpędza nam w sieci. I o tym, że czasami to nie nasza ręka spoczywa na sterze, i możemy jedynie ufać, iż wszystko będzie, jak trzeba”.

„to opowieść o nieuchwytnej równowadze, o prawdzie, z którą się zmagamy (…) kiedy tylko otworzymy serca – że czasami można zniszczyć coś wspaniałego przez samą swoją bliskość”.

Szach-mat, dwoma cytatami z dwóch ostatnich stron książki Moyes wytrąciła mi z rąk cały mój, zbierany podczas 500 stron lektury, recenzencki arsenał. Bo nie można tej powieści podsumować trafniej.

Nie da się ukryć, że to zdecydowanie najbardziej tendencyjna i przewidywalna z książek autorki, które dotychczas czytałam (a na półce czeka już tylko „Dziewczyna, którą kochałeś”). Mamy tu zderzenie dwóch światów, głębokie wewnętrzne przemiany i mnóstwo emocji, jest też ekologia i walka o zagrożone gatunki, tajemnicza i krucha blondynka, bezlitosna firma deweloperska, damska wersja Kapitana Nemo (chyba już wcześniej Nienacki wymyślił coś podobnego w którejś z przygód Pana Samochodzika?) mała rezolutna dziewczynka, rodzinne dramaty, odkrywane zbrodnie sprzed lat i żałoba po śmierci dziecka. I przez cały czas jesteśmy przekonani, że wszystko musi skończyć się dobrze. Ale bynajmniej nie jest to wada, bo ta książka właśnie taka ma być – jak miód na serducho! Trochę emocji, trochę wzruszeń i kilka zwrotów akcji + świetny styl Jojo Moyes sprawia, że „Srebrna Zatoka to bardzo dobry wybór na zimowy wieczór w fotelu, gdzie będzie robić konkurencję gorącej czekoladzie. Szczególnie w ostatnich rozdziałach, bo będą również momenty, przy których warto ogrzać się ciepłym napojem. I jest w niej trochę mniej typowego dla autorki humoru, ale powstałą w ten sposób pustkę idealnie wypełnia autorefleksja i zaduma.

Z pozostałych książek w dorobku autorki tą wyróżnia również miejsce akcji – zapomniana przez świat, cicha australijska zatoka to cudowna chwila oddechu, tak inna od chociażby wielkomiejskich szaleństw Lou Clark. Tutaj króluje cisza, samotność i kontakt z naturą. Srebrna Zatoka to idealne miejsce, by schować się przed całym światem. Aż do momentu, w którym niepozorny przybysz z zewnątrz zdrowo we wszystkim namiesza.

Chociaż narracja prowadzona jest przez różne postacie, nie ma najmniejszej wątpliwości, kto z nich jest tu głównym bohaterem. I jest to mężczyzna, co okazało się być kolejnym plusem, bo chociaż akurat bohaterki Moyes uwielbiam, to jednak zawsze jakoś łatwiej utożsamiać mi się z facetami.

Muszę przyznać, że wyjątkowo długo nie mogłam wczuć się w klimat tej powieści, chyba właśnie z powodu jego spokojnej odmienności i przez ponad 100 stron nie do końca byłam do niej przekonana. Ale kiedy już chwyciłam przynętę, to ocknęłam się dopiero po zamknięciu książki. Nie ma co się zniechęcać, może i akcja rozwija się powoli, ale za to w jak malowniczej scenerii. Jako fanka nadmorskich pejzaży i słonej bryzy we włosach bardzo polecam. I nie powiem, nabrałam wielkiej ochoty, by zobaczyć ocean i wszystkie te zdumiewające ssaki!

Jojo Moyes, Srebrna Zatoka, Kraków: Wydawnictwo Znak Między Słowami, 2019, 512 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak.