Czas na czytanie: „Mechaniczna księżniczka” Cassanda Clare

Zdecydowanie najlepsza część serii, kocham to zakończenie.

„Tworzyli we trójkę niezrozumiały węzeł, ale jedno było pewne: łączyła ich miłość”.

To powszechnie znany fakt, że nieszczęścia chodzą stadami, a jak się wali, to po całości. Nocnym Łowcom z Instytutu Londyńskiego będzie dane tylko kilka miesięcy względnego spokoju i oddechu, a wszystko to zaledwie cisza przed wielką burzą. Mimo obronienia prawa do kierowania instytutem, Chcarlotte traci wsparcie konsula, który zaczyna kopać pod nią dołki i posunie się do wszystkiego, by podważyć jej autorytet – od szantażu, przez rozstawianie własnych szpiegów w Instytucie, aż po odmowę pomocy. Tymczasem wzajemne uczucia Willa i Tessy nie słabną ani trochę, życie Jema rozpaczliwie szybko zbliża się ku końcowi, a niepokonana armia Mortmaina jest już gotowa, brakuje tylko ostatniego elementu, by ją zbudzić i rozpocząć rzeź – Tessy.

„Każdy potrzebuje lustra, żeby zobaczyć w nim swoje lepsze ja. Takim lustrem są oczy tych, którzy nas kochają. A czasami najpiękniejsze jest to, co krótkotrwałe”.

Poznamy wreszcie tajemnicę pochodzenia Theresy Gray i sekret działania jej anielskiego wisiorka. Będziemy uczestniczyć w procesie wynalezienia Bram i karkołomnej misji ratunkowej. Czeka nas też całkiem wyjątkowe rozwiązanie dla miłosnego trójkąta.

Każdy zyskał tu swoje zakończenie, szczęśliwe lub nie, a końcówka zręcznie przeplata się z wydarzeniami znanymi już czytelnikowi z „Darów Anioła”. Łowców czeka samotna bitwa z góry skazana na Chociaż osobiście zabrakło mi zamknięcia wątku i wyjaśnienia działań i motywacji Woolsey’a Scotta, ta postać to dla mnie wciąż jedna wielka zagadka.

Chociaż świat, w którym została osadzona akcja utworu jest zaledwie tłem dla rozgrywających się wydarzeń, zostały one w satysfakcjonujący sposób wpisane w nastroje przełomu wieków. Pewnych przemian nie było w stanie uniknąć nawet hermetyczne środowisko Nocnych Łowców, mimo ich zdystansowania do świata zwykłych ludzi. Od duszących konwenansów i unieszczęśliwiających podziałów społecznych,  przez zmianę postrzegania roli kobiety w społeczeństwie aż po wielkie odkrycia technologiczne.

Z szalonymi wynalazkami Henry’ego, przyjaźnią poza statusami i pod władzą Charlotte Londyński Instytut jest rewolucją lat około. 1900 w pigułce. Nowe miesza się ze starym, gotycka poezja z rozwojem technologii, a nowoczesność powoli, ale sukcesywnie wypiera skostniałe zasady poprzednich wieków.

Niby tylko kolejna powieść przygodowa dla młodzieży o przyjaźni, wspólnocie dusz, miłości, walce, bólu straty i przemijaniu, czyli w sumie standard, same uniwersalne wartości. A jednak wciąż można zrobić z tego oryginalną przygodę, która wciągnie na tydzień i nie będzie chciała puścić. Która i rozbawi (chociaż nie jest to ten sam poziom humoru, co w DA, tego trochę mi brakowało) i wzruszy i sprawi, że będziemy kibicować bohaterom z całych sił.

Jeśli coś mi się nie pasowało, to – podobnie jak w przypadku nie tylko poprzednich części DM, ale również „Darów Anioła” – mnogość błędów. Nie czytam książek w oryginale, nie jestem więc w stanie ocenić, czy kiepska jakość tekstu jest już wynikiem tłumaczenia, czy po prostu ktoś nie postarał się z korektą. Ta druga z pewnością mogłaby być dużo lepsza, bo choć w poprzednich dwóch częściach błędy się pojawiały, to w „Mechanicznej księżniczce” albo było ich więcej, albo zaczęły mnie wyjątkowo razić po oczach. Ale jakim cudem można nie wyłapać takiego zdania (pisownia oryginalna, s. 89):

„Nie jest głupią dziewczyną, prawdę mówiąc, uważa, że się za ponadprzeciętną inteligencję, ale jest zarozumiała i próżna, a między nią a moim bratem nie ma miłości”.

i to nie w przypadku zwykłego czytania, a podczas redagowania tekstu? Czyli nomen omen pracy, za którą otrzymuje się wynagrodzenie (może jaka płaca, taka praca, kto wie?).

Chociaż wybrałam dla Was przykład ekstremalny, to większych i mniejszych błędów składniowych, językowych i logicznych jest niestety sporo więcej. A szkoda, bo ta seria zasługuje na więcej. I wydaje mi się, że nie tylko ja „mam z tym problem” bo w bibliotecznym egzemplarzu, który czytałam, niektóre z błędów zostały już wcześniej poprawione różnymi kolorami długopisów i charakterami pisma. Gorąco liczę na kolejne, poprawione wydanie, wtedy zostanie już tylko sama przyjemność z czytania.

Cassandra Clare, Diabelskie Maszyny T. 3: Mechaniczna księżniczka, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2013, 544 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Rządy wilków” Leigh Bardugo

„Może na tym właśnie polegała cała sztuka: żeby przetrwać, ośmielić się, zostać przy życiu, wykuć własną nadzieję, kiedy cała nadzieja już się skończyła”.

Wojna z lepiej uzbrojonym, zawziętym i bezlitosnym fierdańskim przeciwnikiem planującym nie tylko podbój, ale i eksterminację griszów, podczas gdy w kasie pustki i brak realnych szans na jakikolwiek sensowny sojusz? Co to dla Nikołaja Lancova!

W drugim tomie zdecydowanie mniej jest spotkań oko w oko z bogami i nadprzyrodzonych zmagań o mistycznym wydźwięku, choć aspekt religijny wciąż ma się dobrze i będzie miał swoje pięć minut. Zaczyna się wojna, dominuje więc wyścig zbrojeń i rozpaczliwe poszukiwanie jakiejkolwiek przewagi. Jeśli nie militarnej czy liczebnej to chociaż przewagi sprytu, zasadzki i elementu zaskoczenia. Nikołaj dwoi się i troi, żeby nie dać rozszarpać Ravki na strzępy (i przy okazji nie dać się rozszarpać swojemu własnemu, wewnętrznemu demonowi) ale we Fierdzie mają już dowody na jego nieprawe pochodzenie, a w kark dyszy mu kolejny pretendent do tronu, tym razem naprawdę z rodu Lancovów. Zoya ze wszelką cenę usiłuje ocalić najbliższych i wciąż opłakuje każdego z utraconych przyjaciół broniąc się jednocześnie za całych sił przed emocjami i dziedzictwem przekazanym jej przez Jurisa. Nina w samym sercu obozu wroga oddaje serce komuś, komu zdecydowanie nie powinna. Tymczasem świat rozdziera plaga cienia niszcząca wszystko, co znajdzie na swej drodze. I nigdy nie wiadomo kiedy i gdzie się pojawi.

Będą epickie bitwy, szaleńcze pomysły, moralne dylematy związane z przykładaniem ręki do rozwoju wojennego rzemiosła, będą wynalazki niosące śmierć i zniszczenie, będzie też rozpaczliwa walka o pokój, podczas której trudno przebierać w środkach. Będą śluby i pogrzeby, łzy i radości. To książka o Nikołaju, nie zabraknie więc zuchwałych przedsięwzięć. A nawet małej wycieczki do Ketterdamu, Wronom w odwiedziny. I smok, będzie smok!

Co mi nie pasowało? Pisałam o tym już w recenzji pierwszego tomu dylogii, ale mam straszny ból części zadniej, więc uzewnętrznię się i tutaj. Pierwszą trylogię Bardugo czytałam jeszcze w wydaniu Papierowego Księżyca i w poprzednim tłumaczeniu. Podobno to nowe jest lepsze, niestety miałam zbyt długa przerwę między seriami by móc to ocenić i mieć na ten temat własne zdanie. Ale obecne tłumaczenie nazw własnych to coś, z czym kompletnie nie potrafię się pogodzić. Kiedy czytałam „Króla z bliznami” nie miałam pojęcia co to jest ten cały „Zmrocz”, a kiedy już wreszcie zorientowałam się, że chodzi o Darklinga, plask mojego facepalma było chyba słychać na księżycu. Kto uznał, że przetłumaczenie „Darklinga” na „Zmrocza” to dobry pomysł? I dlaczego?

Nie widzę też najmniejszego sensu w tłumaczeniu nazwy statku Sturmhonda z „Volkvolny” na „Wołka Wołnego” (dobrze, że sam Stuhmhond nie został żadnym „Piesełem burzy” albo „Ogarem navalanicy”, żeby było bardziej stylizowanie, niż w oryginale…). Ani „Nikolai’a Lantsova” na „Nikołaja Lancova”. Po co, na co? Żeby pokazać, że coś się zrobiło? Żeby się na siłę odróżnić od poprzedniego tłumaczenia? A może po prostu się nie znam i jest w tym jakaś głębsza idea, która mi umyka? Czy jest na sali tłumacz, który mógłby mi to wytłumaczyć?

Te naciągane tłumaczenia to było coś, co mnie wymęczyło podczas lektury, poza tym świetnie było wrócić do uniwersum griszów, szczególnie na świeżo po serialu. I chociaż, mimo całego uroku Nikołaja, moje serce oddałam Wronom i Ketterdamowi, to i tak dobrze było odwiedzić Ravkę.

Leigh Bardugo, Rządy wilków, Warszawa: Wydawnictwo MAG: 2021, 576 s.

Czas na czytanie: „Mechaniczny Książę” Cassandra Clare

O drugiej części „Diabelskich Maszyn” można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jest przejściowa.

Mortmain uciekł i w spokoju przygotowuje się do realizacji planu eksterminacji Nocnych Łowców. Tymczasem nad Charlotte i Henrym wisi widmo utraty kierownictwa nad Instytutem. Mają tylko dwa tygodnie, by dopaść Mistrza, nim zostanie im odebrana cała władza. Podczas gorączkowego śledztwa poznają nie tylko historię i motywy złoczyńcy, ale również jego niezwykłą zdolność przewidywania ich ruchów. A ta nie mogłaby mieć miejsca, gdyby nie kolejny szpieg wśród ich niewielkiej przecież, rodzinnej grupy…

Poznamy też historię samych Łowców od raczej mrocznej strony, jeszcze sprzed porozumień – jako organizację nie stroniąca od błędów w osądach, zbierającą łupy i trofea i nie przejmującą się konsekwencjami swoich działań.

Dowiemy się też jaki właściwie ma ze sobą problem William Herondale i będziemy my dzielnie kibicować w jego ogarnianiu. Będzie też całkiem sporo Magnusa w jego najkochańszym wydaniu. Poznamy też słynnego Woolsey’a Scotta.

Mimo to wciąż sporo tajemnic zostaje nierozwiązanych – wciąż nie wiadomo gdzie ukrywa się Mortmain i do czego jest mu potrzebna Tessa. Sama czarownica również nie za wiele dowiedziała się o swoim pochodzeniu i wyjątkowych mocach. Ale w jej życiu bynajmniej nie jest nudno, bo poza walką o utrzymanie Instytutu, ściganiem przestępcy i śledzeniem brata wraz z nową przyszywaną rodziną Nocnych Łowców, wikła się w spory ambaras emocjonalny. Jeśli w „Darach Anioła” mieliśmy zalążek miłosnego trójkąta między Clary, Jacem i Simonem, bo obaj kochali się w tej samej dziewczynie a ona ceniła ich obydwu, to tutaj mamy trójkątną dramę pełną gębą. Bo właściwie każdy kocha każdego i aż żal, że XIX wiek to niekoniecznie czas na życie w trójkącie długo i szczęśliwie, nawet wśród nieco luźniejszych konwenansów Nocnych Łowców. Ale pomarzyć zawsze można, prawda?

Jak myślicie, któremu z chłopców Tessa ostatecznie odda serce? I czy przyjaźń parabatai to przetrwa?

Cassandra Clare, Mechaniczny książę, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2012, 496 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Mechaniczny anioł” Cassanda Clare

Nie macie jeszcze dość Nocnych Łowców? Bo ja ani trochę! A tak naprawdę dopiero zaczynam się wspinać na ten lodowiec, bo po serii „Dary Anioła” czekają mnie jeszcze dwie inne trylogie i dwie kolejne są w trakcie wydawania. Nie mówiąc już o dodatkach.

Do „Diabelskich Maszyn” na początku nie mogłam się przełamać, bo to jednak właściwie zupełnie nowi bohaterowie – Tessa pojawiła się w DA zaledwie na mgnienie oka – i klimat zupełnie inny, więc swoje przeleżały na nocnej szafce wstydu. Wreszcie skusiły mnie pozytywne recenzje i obietnica rzucenia okiem do przeszłości Magnusa Bane’a. A jak już otworzyłam, to przepadłam.

Seria „Diabelskich Maszyn” to prequel do „Darów Anioła”, historia czarownicy Tessy Gray, Willa Herondale’a i Jema Carstairsa (co do którego mam podejrzenie graniczące z pewnością, że w ostatnich częściach DA miał już znaczącą rolę, choć pod innym przydomkiem).

Wraz z nastoletnią Tessą, przybyłą zza oceanu w poszukiwaniu starszego brata, zagłębimy się w deszczowy i niegościnny, steampunkowy, wiktoriański Londyn. I oczywiście wpadniemy w sam środek nadnaturalnej intrygi. Nie obędzie się bez porwania, pościgów, infiltracji wampirzych imprez, przyzywania demonów i krwawych bitew. W końcu z jakiegoś powodu życia Nefilim należą do tych raczej krótkich. Za to intensywnych.

Tajemniczy Klub Pandemonium gromadzi dżentelmenów o raczej wysublimowanych gustach – lubujących się w zgłębianiu okultystycznych i spirytystycznych tajemnic. Na jego czele stoi Mistrz zamieszany w eksperymenty z tworzeniem mechanicznych humanoidów. Jeśli uda się znaleźć sposób, by zasilić jego maszyny demoniczną energią, stworzy armię, której nikt nie zdoła stawić oporu. Z jakiegoś powodu niezbędna jest mu Tessa i jej wyjątkowe zdolności. Zdolności, których posiadania sama dziewczyna nie jest świadoma. I których wydobywanie nie będzie należało do przyjemnych.

Jak to u Clare, mamy tu cały wachlarz wyrazistych osobowości – od zagubionej dziewczyny, przez młodego gniewnego (jeśli Jace was wkurzał, to poczekajcie na Willa Herondale’a), sympatycznego i rozważnego Nocnego Łowcę zmagającego się ze śmiertelną chorobą, aż po szalonego ale dobrotliwego naukowca i kobietę z całych sił trzymającą to wszystko w kupie w świecie rządzonym przez mężczyzn. Zmienia się natomiast świat wokół nich, w końcu cofamy się w czasie aż do 1878 roku – choć Nefilim jak zwykle są raczej zamkniętą enklawą ignorującą świat zewnętrzny, czytelnik i tak liźnie nieco „klimatu epoki” – od gorsetów, loków i koronek, aż po niepokojący wydźwięk galopującego postępu technologicznego. A motocykle i taksówki zastępują konne pościgi i stateczne powozy.

No i dowiemy się skąd wziął się ekscentryczny kot Church!

Cassandra Clare, Mechaniczny anioł, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2010, 480 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Żelazna kraina” Holly Black

Poprzedni tom – „Serce Trolla” – nieszczególnie przypadł mi do gustu i czułam się trochę zniechęcona, szczególnie, że pierwsza elfia trylogia Holly Black to jednak jeszcze nie ta jakość, którą osiągnęła lata później w serii o Okrutnym Księciu. Dałam jednak szansę „Żelaznej Krainie” i bardzo dobrze, bo zdecydowanie było warto.

W ostatnim tomie „Elfów Ziemi i Powietrza” wracamy do historii Roibena i Kaye. I chociaż, jak już sam tytuł nam to sugeruje, spora część akcji dzieje się w świecie ludzi, to jednak groza i czar elfowych dworów pojawia się tu w całkiem sporej dawce. Wraz z nie do końca świadomą praw rządzących elfowym ludkiem Kaye odwiedzimy cny Dwór Kwiatów i niecny Dwór Termitów, będziemy świadkami pojedynków na śmierć i życie, zostaniemy wpleceni w intrygę mającą na celu przejęcie korony i będziemy sobie łamać głowę elfowymi zagadkami. Czeka nas spora dawka złamanego serca, rola przynęty i porywacza, karkołomne pościgi, beznadziejne układy i bezradność wobec nieludzkiego okrucieństwa.

Akcja okazała się zdecydowanie bardziej wciągająca (znów wróciłam do czasów pożerania książek Holly Black jednego wieczora), a bohaterowie mniej męczący, niż w poprzednim tomie.

Nie znaczy to jednak, że można odpuścić sobie bardziej ludzkie w swych słabościach i nie tak porywające „Serce Trolla” i przeskoczyć od razu do „Żelaznej Krainy”, bo będziemy mieli wyrwę w całej historii. Szczególnie, że choć Ravus, Val i David dostają tutaj bardzo marginalne role, to Louis staje się całkiem znaczącą postacią. A i sytuacja zamieszkujących Nowy York elfów na wygnaniu nie jest bez znaczenia dla całej fabuły, warto więc wcześniej się z nią zapoznać.

Hitoria zostaje zakończona krótkim opowiadaniem z perspektywy Lutie-loo będącym zapowiedzią „Okrutnego Księcia”. Zawitamy więc na moment na Najwyższy Dwór i spotkamy tam Cardana, Nerissę, Balekina i Daina.

Holly Black, Zła królowa, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2020, 352 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Czas na czytanie: „Miasto niebiańskiego ognia” Cassandra Clare

Z przykrością muszę przyznać, że to pierwsza z książek Cassandry Clare, która trochę mi się dłużyła, szczególnie w samym środku – już po wielu tragicznych wydarzeniach, ale w momencie oczekiwania na finałową bitwę i ostateczne rozwiązanie całej serii. 700 stron to mimo wszystko trochę za dużo radości. Nie było to jednak na tyle uciążliwe, żebym zdecydowała się odłożyć książkę, wręcz przeciwnie – podobnie jak 5 poprzednich tomów, i ta wchodzi bardzo szybko i lekko, nawet mimo długaśnych momentów mozolnego brnięcia przez pustynię.

Sebastian wyposażony w kielich pozwalający stworzyć Mrocznych Nocnych Łowców wydaje się być niepokonanym przeciwnikiem – szczególnie, że „rekrutuje” swoją armię napadając i przemieniając Nefilim, a nie ma nic trudniejszego, niż walka z wrogiem noszącym twarze naszych najbliższych. Nawet, jeśli to tylko powłoka, której ukradziono duszę, któż byłby w stanie wycelować w nią miecz? Jakby tego było mało, jeden z sojuszników Clave szykuje się do zdrady dołączając do szeregów Morgensterna. Nie da się ukryć, że Valentine był przy swoim synu puszystym kociakiem – chciał odsunięcia Clave od sprawowania rządów, niepodzielnej władzy nad Mrocznymi Łowcami i zerwania Porozumień z Podziemnymi. Cel Jonatana jest znacznie prostszy – zniszczyć świat i rządzić jego popiołami. Koniecznie mając przy sobie siostrę – jedyną osobę, która ma dla niego jakąkolwiek wartość.

Ostatnia część nie tylko domyka historię Clary i Mrocznej Wojny, w którą została wplątana, ale przy okazji otwiera mnóstwo nowych wątków, które będą kontynuowane w kolejnych cyklach, a do głosu dochodzą kolejne rody – pojawia się rodzeństwo Blackthornów i Emma Carstairs z legendarnym mieczem u boku (otrzymali własną historię w trylogii „Mroczne Intrygi”), brat Zachariasz okazuje się jeszcze bardziej intrygującą postacią, niż wcześniej, ze Spiralnego Labiryntu wychodzi czarownica Tessa Gray, której historię możemy poznać w trylogii „Diabelskie Maszyny” (za którą lada moment się zabieram), a Magnus spisze kilka historii ze swojej niekrótkiej młodości („Kroniki Magnusa Bane’a”). Nie ma więc mowy o żadnych pożegnaniach. To dopiero zaproszenie do dalszej przygody.

I z przyjemnością to zaproszenie przyjmuję, bo świat stworzony przez Cassandrę Clare – świat niby najzupełniej normalny, a pełen wilkołaków, wampirów, czarowników i demonów schowanych przed wzrokiem zwykłych śmiertelników, z Nocnymi Łowcami mającymi w żyłach anielską krew i czerpiącymi siłę z magicznych znaków stojącymi na straży porządku – bardzo przypadł mi do gustu, do czego w dużej mierze przyczyniło się poczucie humoru bohaterów (za tak długie zdanie moja polonistka z gimnazjum zrobiłaby mi równie długi wykład, ale jakoś nie mogę go skończyć, to jeszcze dopiszę coś w nawiasie, zawsze miałam słabość do impresjonizmu). Strasznie się cieszę, że jeszcze tyle przede mną, choć jednocześnie długość Kronik Nocnych Łowców troszkę napawa mnie przerażeniem. Ale jestem pewna, że będzie fajnie!

Sporym minusem całej serii było dla mnie bardzo przeciętne tłumaczenie i niestaranna korekta – pojawiało się naprawdę sporo błędów i wyłapałam kilka może nie szczególnie ważnych, ale kulawo brzmiących błędów w tłumaczeniu. Na przykład zamiast słowa „brokat” pojawia się „błyszczyk”, w związku z czym Magnus pociera oko i w związku z tym palce lśnią mu od błyszczyku, pokój Isabelle jest cały obsypany błyszczykiem itp. Tego rodzaju nieznaczne, ale w całokształcie męczące szczegóły. Zwłaszcza, gdy pojawiają się w tekście niejednokrotnie.

W ostatnim tomie strasznie za to drażnił mnie pewien błąd rzeczowy – ważna dla fabuły jest pewna sala w Gard, która opisywana w następujący sposób:

„(…) zbudowana jak amfiteatr: półokrąg ław otaczający podium z dwiema mównicami, jedną dla Konsula, drugą dla Inkwizytora. Znajdujące się za duże prostokątne okna wychodziły na Alicante”.

I ja wiem, że w tym momencie pewnie jestem zbyt czepialska, ale tego rodzaju konstrukcja na planie półokręgu to teatr. Przedrostek „amfi-” oznacza podwojenie, czyli amfiteatr jest budowlą na planie zbliżonym do okręgu (podwójny teatr). Jak na przykład Amfiteatr Flawiuszów, zwany potocznie Koloseum. I za pierwszym razem tylko trochę mnie to zirytowało, ale to porównanie pojawia się w tekście dwa lub nawet trzy razy, więc musiałam podzielić się frustracją :)

Podsumowując – było długo, ale fajnie i chcę więcej. To jedna z tych autorek, której książki właściwie czytają się same – bardzo łatwo wchodzą i nie wymagają od czytelnika zbyt wiele wysiłku, to po prostu czysta, dobra rozrywka. Świetnie mi się przy nich odpoczywa.

Cassandra Clare, Dary anioła T. 6: Miasto niebiańskiego ognia, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2014, 704 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Czas na czytanie: „Wezwij sokoła” Maggie Stiefvater

Macie takich autorów, po których sięgacie w ciemno? Maggie Stiefvater jest jednym z moich pewniaków. I chociaż jej książki nie zajmują może miejsc w Top10 moich ulubionych, to tworzone przez nią światy mają w sobie coś hipnotyzującego i zawsze potrafią zaskoczyć.

Kruczy Cykl („Król Kruków”, „Złodzieje snów”, „Wiedźma z lustra”, „Przebudzenie króla”) wspominam z nostalgią, więc na jego kontynuację, tym razem poświęconą przede wszystkim Ronanowi zaświeciły mi się oczy.

Ktoś zabija Śniących. Bezwzględnie i bez litości. I to nie jeden jakiś pojedynczy szaleniec, a zorganizowana grupa z ponadnaturalnym wsparciem. Co gorsza, z przekonaniem, że robi dobrze, a ich misja ma dla świata najwyższą wagę. Jej członkowie pozostawiają więc swoim ofiarom ultimatum – przestajesz śnić, albo umierasz. Szkoda tylko, że Śniący, który powstrzymuje się od śnienia umiera. Umiera również kiedy oddali się za bardzo od źródła swojej mocy.

Wraz ze śmiercią Śniącego wszystkie wyśnione przez niego stworzenia zapadają w nieprzerwany, wieczny sen – niczym Śpiące Królewny. To smutne, kiedy dotyczy krów, czy wyśnionego kota. Co jednak czuć, gdy taki los czeka wyśnioną osobę? Osobę, którą zdążyłeś pokochać? Czy sny mają prawo żyć własnym życiem, czy już na zawsze powinny być zależne od swoich stwórców? Czy czyhający na życie Śniących Moderatorzy faktycznie walczą o przetrwanie świata?

Nie było mi się łatwo wkręcić w tą opowieść, ale też byłam tego świadoma już do niej siadając – poprzednie przygody Kruczych Chłopców czytałam dobre cztery lata temu (to były moje początki przelewania wrażeń po lekturze w „recenzje”, są takie nieporadne! Ale jest w nich coś uroczego), jestem więc baaaardzo nie na bieżąco, a oniryzm i przenikanie się różnych rzeczywistości nigdy nie były moimi ulubionymi konwencjami w literaturze.

Tym bardziej, że poza samym Ronanem i jego braćmi oraz incydentalnie pojawiającym się Adamem, pozostali bohaterowie znani z pierwszej serii, w pierwszej części „Śniącego” nie występują. Natomiast sporą rolę otrzymuje Declan, pojawia się również sporo nowych bohaterów pretendujących do miana „głównych”. Płynności w śledzeniu historii nie ułatwia zmieniająca się narracja, pozwala ona jednak obserwować wydarzenia i motywy działania z różnych perspektyw.

Został za to utrzymany klimat niesamowitości – gdzieś na granicy cudowności i grozy, jest i po raz kolejny zdumiewający koktajl charakterów, bo i autorka wciąż fantastycznie buduje swoje postacie. Jest też całkiem dużo na temat amerykańskiej sztuki nowoczesnej, można więc fajnie poszerzyć horyzonty, googlowałam z przyjemnością.

Poza tym, jeśli na jednej szali postawi się wszystkie „przeciwności”, a na drugiej Ronana, Ronan zawsze wygrywa, nie ma innej opcji. Ten bohater w pełni zasługiwał na swoją własną trylogię, liczę, że w kolejnych częściach poznamy go jeszcze bardziej. I że będzie zdecydowanie więcej Adama.

A przede wszystkim liczę na to, że druga część pojawi się już wkrótce. Mam nadzieje, że po „klątwie pierwszego tomu’, w drugi już wczuję się już od pierwszej strony.

Maggie Stiefvater, Wezwij sokoła, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2021, 510 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Siostra gwiazd” Marah Woolf

Zazwyczaj, kiedy sięgam po nową serię fantastyczną – czy to dla dorosłych, czy dla młodzieży, potrzebuję dłuższego „rozpędu” żeby wczuć się w świat, poznać jego realia i szerszy kontekst. W „Siostrze gwiazd”, pierwszej części trylogii „Trzy siostry” było natomiast coś takiego, że już od pierwszych stron wciągnęłam się w akcję, a różne aspekty i wcale skomplikowaną sytuację świata przedstawionego przyswajałam jakby mimochodem.

To całkiem zręcznie i naprawdę ciekawie skonstruowane uniwersum – czerpiące z legend arturiańskich i mitologii celtyckiej, pełne magów, czarownic i czarodziejów, chroniących ludzkość przed demonami od tysiącleci. W dodatku na samej krawędzi tragedii, bo zapoczątkowany przez Merlina, trwający od niemalże tysiąca pięciuset lat pokój zbliża się ku końcowi i coraz więcej wygnanych przed wiekami demonów przedostaje się do świata ludzi.

Jednym z tematów, które lubię wyjątkowo, szczególnie w fantastyce, są pałacowe intrygi. A te w rzeczywistości „Trzech czarownic” nie ograniczają się do murów jednego pałacu, a właściwie rozciągają nie tylko na cały kraj, ale i świat. Mamy dwie główne siły w magicznym świecie, dwa ośrodki władzy – Lożę stojącą na straży mistycznego Źródła – bramy do świata demonów – i Kongregację będącą czymś w rodzaju magicznego rządu. Oczywiście oba ośrodki mają odmienne zdanie co do polityki i kierunku negocjacji z okrutnym i bezkompromisowym Królem Demonów.

Pomiędzy tymi siłami zaplątana jest Vianne – najlepsza przyjaciółka z dzieciństwa Wielkiego Mistrza Loży, wraz z siostrami staje się jednocześnie wysłanniczką Kongregacji, do której została wysłana przed kilku laty, by ta pomogła jej wyjść ze śmiertelnej choroby. A że ani jedna, ani druga ze stron nie jest do końca szczera w swoich zamiarach, Vi nie potrafi określić po której ze stron konfliktu chce stać. A prawdziwy przeciwnik nie zamierza czekać na decyzję.

Nastawiałam się na epickie bitwy z demonami i to był trochę błąd, bo cały czas czekałam na prawdziwą akcję – a chociaż w pierwszym tomie sporo się dzieje, jest on jednak jakby wstępem do eskalacji konfliktu, który zaczyna się dopiero na ostatnich stronach książki (swoją drogą dla autorów kończących w ten sposób z pewnością czeka specjalne miejsce w piekle…), swoistą ciszą przed burzą. Dowiadujemy się tu jednak sporo o bohaterach, samym świecie, rządzących nimi siłach, boginiach, mocach czarownic, polityce, historii, mitach i relacjach międzyludzkich.

Bo i jest to w dużej mierze opowieść o emocjach. Na pierwszy plan oczywiście wysuwa się magiczny romans – nieszczęśliwa miłość Vi do mężczyzny, który zachowuje się trochę jak pies ogrodnika. To przyciągając ją do siebie, to odpychając rani ją raz po raz. To ciągła walka między tym, co osobiste, a tym, co polityczne. Poszukiwanie mniejszego zła i poświęcanie własnego szczęścia dla dobra ogółu. A jak to zwykle bywa z nastoletnimi pierwszymi miłościami do szaleństwa, i ta popycha do popełnienia niejednej głupoty.

Jednak równie ważna jest relacja między samymi siostrami. Choć każda z nich jest inna – zarówno pod względem wyglądu, charakteru, jak i mocy, którą włada – w każdym momencie są gotowe stanąć za sobą murem.

A i mieszkańcy miasteczka, w chwilach największego zagrożenia wypracowali sobie fajną dynamikę, która dodaje całej opowieści pewnej siły i spójności. To niewielka społeczność dbająca o siebie wzajemnie i  gotowa stanąć na drodze demonom by ocalić świat i siebie nawzajem.

Nie mam pojęcia jak będę do tego podchodzić za te 8-10 lat, kiedy moja córka dorośnie do tego rodzaju książek, ale jak na razie rekomenduję ją dla nieco starszej młodzieży – powiedzmy jakoś od 15 roku życia, ze względu na ładnie, ale przy tym dokładnie opisany stosunek seksualny, co zazwyczaj nie jest praktykowane w książkach skierowanych typowo do młodzieży. Szczególnie, że sama relacja bohaterów jest dość toksyczna. Jeśli chodzi o mnie, to chyba nie mam nic przeciwko, żeby moja córka właśnie w taki sposób dowiedziała się „co i jak”, ale to już kwestia indywidualna.

No i jeszcze na koniec nie sposób nie wspomnieć o okładkach tej serii. Są po prostu boskie!.

Marah Woolf, Siostra gwiazd. O runach i cieniach, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2021, 452 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Czas na czytanie: „Miasto zagubionych dusz” Cassanda Clare

Pamiętacie, jak w poprzedniej części pisałam, że udało mi się polubić Aleca? Totalnie zmieniam zdanie, w „Mieście zaginionych dusz” mocno mi podpadł, właściwie od samego początku. I to nie tylko mi… Moja sympatia całkowicie przerzuciła się na Simona. Nawet Magnus wylądował na drugim miejscu!

Jace zniknął razem z Sebastianem, a Clave szybko zaczyna mieć na głowie poważniejsze problemy, niż szukanie uprowadzonego Nocnego Łowcy. W związku z tym misja poszukiwawcza spoczywa na barkach jego najbliższych. A że wydaje się karkołomna, samozwańcza „Drużyna Dobra” nie będzie stronić od niekonwencjonalnych i nielegalnych metod i samobójczych misji. Tylko czy połączony z Sebastianem, skarżony demoniczną krwią  Jace ma szansę jeszcze kiedykolwiek stać się naprawdę sobą? Czy właściwie jest jeszcze o co walczyć?

Chociaż to środkowy, „przejściowy” tom, sporo się w nim dzieje. I to na różnych płaszczyznach, bo bohaterowie się rozdzielają – wilkołaki poszukają pomocy u Praetor Lupus, Simon z Magnusem i rodzeństwem Lightwoodów będą szukali sposobu na rozłączenie Jonatanów, a Clary jak zwykle rzuci się w niebezpieczeństwo na łeb na szyję i praktycznie bez asekuracji. Będzie więc trochę potyczek z demonami, mroczne plany i sporo makabry zakończonej kolejną epicką bitwą dobra ze złem. I po raz kolejny nie obejdzie się bez ofiar wśród przyjaciół. A ponure zakończenie nie pozwala czekać ani chwili z zatopieniem się w ostatnią cześć tego cyklu.

A jeśli chodzi o odmianę imienia Jace’a, to jednak miałam rację! W tej części już zarzucono pomysł tej dziwnej odmiany, która tak drażniła mnie w „Mieście upadłych aniołów”, może to był jakiś średnio udany eksperyment? Co ciekawe tłumaczka przez wszystkie tomy pozostaje ta sama. Niestety i tym razem wyłapałam całkiem sporo błędów, które powinna wymieść korekta, na szczęście nie na tyle dużo, żeby popsuć przyjemność z lektury.

Cassandra Clare, Dary anioła T. 5: Miasto zagubionych dusz, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2013, 550 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~