Czas na czytanie: „Achilles w pułapce przeznaczenia” Madeline Miller

Wyobraźcie sobie moje zaskoczenie, gdy odkładając „Kirke” na regał znalazłam literacki debiut Medeline Miller dwie półki wyżej. Już sama nie wiem co mam na regale wstydu, trudno chyba o większy wstyd? W ramach zadośćuczynienia zabrałam się za nią od razu – w końcu idealnie wpasowała się w mój greckowakacyjny nastrój.

 „Achilles w pułapce przeznaczenia” to (co za niespodzianka!) historia greckiego herosa Achillesa opowiadana na gorąco przez widza z pierwszego rzędu – jego najdroższego przyjaciela Patroklosa.

To w sumie fascynujące, jak historia znana każdemu od podstawówki potrafi wciągnąć. Znałam przecież tych bohaterów, tą wojnę wraz z jej powodami, przebiegiem i zakończeniem, a ten retelling czytałam z zapartym tchem i oczywiście ryczałam jak bóbr, gdy nadszedł – spodziewany przecież i zupełnie niezaskakujący! – koniec.

Madeline Miller potrafi opowiadać – przekuwa chłodne wzmianki z „Iliady” i „Odysei” (czy tylko mi mitologia zawsze wydawała się strasznie zimna, choć o wzburzonej krwi i upalnych krajach?) w ponad 400-stu stronicową historię pełną przyjaźni, oddania i wrażliwości. I jak to już z mitami bywa, o ponadczasowym przesłaniu.

Legendę niezwyciężonego wojownika, Największego z Greków, autorka zmienia w opowieść o zagubionym chłopaku. Dziecku – sympatycznym, czułym, uważnym, dobrym – które dorasta w przekonaniu o własnej wyjątkowości i to w niej upatruje swoją jedyną wartość. Przygnębiająca przypowieść o konieczności podejmowania dramatycznych wyborów, chciwości, pokusie sławy, urażonej dumie, manii wielkości i demoralizującej sile władzy. A także o miłości silniejszej niż śmierć, litości, współczuciu i stawianiu na swoim.

Troska o dobro innych Patroklosa i naiwna prostolinijność Achillesa stanowią szokujący kontrast z brutalnością świata, w którym przyszło im żyć. Jednak bardzo dobrze się do tego świata adaptują i, z głowami pełnymi marzeń, ramię w ramię piszą swoją historię.

„ – Wymień jednego bohatera, który był szczęśliwy.
Myślałem. Herakles oszalał i zabił swoją rodzinę; dzieci Jazona i jego nowa żona zostały zamordowane przez jego byłą; Bellerofontowi udało się zabić Chimerę, ale przez upadek z grzbietu Pegaza został kaleką.
– Nikt nie przychodzi ci do głowy (…). Nikomu nie pozwalają być sławnym i szczęśliwym. (…) Powiem ci coś w sekrecie(…). Będę tym pierwszym.

Bardzo starożytna – nie uciekniemy tu od fatum, przepowiedni i nieprzeniknionej gry losu. A przy tym przerażająco współczesna, bo przenoszenie ambicji na dzieci, nieszczególnie czuli rodzice i dylematy moralne związane z dorastaniem bywają niezmienne, niezależnie od czasów, w których przyszło nam żyć.

Madeline Miller, Achilles w pułapce przeznaczenia, Warszawa: Burda Publishing Polska, 2014, 424 s.

Czas na czytanie: „Kirke” Madeline Miller

Nie da się ukryć, że jak na poważną srokę przystało, do tej książki przyciągnęła mnie okładka. Połyskująca arabeska odcinająca się miedzianym złotem od czarnego tła, połączona z tematyką mitologiczną musiała stopić moją silną wolę jak masełko na gorącej grzance. I jak to już bywa ze smokami siedzącymi kuprami na swoich stosach skarbów, przez dobry rok tylko cieszyłam nią oczy. Na szczęście przypomniałam sobie o niej wprowadzając się pomału w klimat wyczekiwanych z utęsknieniem wakacji na Krecie.

I chociaż hasło z okładki „Jedna z najbardziej wyczekiwanych książek 2018 roku” jest mocno przesadzone, to jednak jako czytelniczy prequel do greckich wakacji sprawdziła się bardzo dobrze.

To wybrane mity przedstawione z nowej perspektywy. Narratorką jest córka Heliosa – Kirke, która ze względu na odmienną wrażliwość (jakąkolwiek wrażliwość?), traktowana jest jako boskie popychadło. Powszechnie wiadomo, że antyczni bogowie, dumni i obrażalscy, targani emocjami i namiętnościami, są niezwykle podobni śmiertelnikom. Nasza bohaterka dla odmiany, jest po prostu po ludzku ludzka. Nie ma co się dziwić, że w świecie tytanów to olbrzymia słabość i powód do społecznego ostracyzmu. Nie ma jednak takiej słabości, której nie można przekuć w siłę.

Mamy tu sporą dawkę girl power w starożytnym świecie męskiej dominacji, nastoletni bunt przedwiecznej istoty, parujące kotły czarownic, romanse, złamane serca, zdrady, zemstę i wyrzuty sumienia. I chociaż to bardziej mitologia w stylu Parandowskiego, niż Gravesa, to jednak w jakimś stopniu oddaje ten fascynująco krwawy klimat antycznej bezwzględności.

A to, co mi się podobało najbardziej, to odczucia Kirke względem macierzyństwa. W końcu jakieś realistyczne przedstawienie życia z bobasem!

Mimo, iż większość historii, będących udziałem boskiej narratorki jest czytelnikowi dobrze znana, nie powoduje to zniecierpliwienia, wręcz przeciwnie – akcja jest wciągająca, czyta się lekko i przyjemnie. Chociaż nie wszystkie opisywane wydarzenia do przyjemnych należą.

No i jest pięknie wydana – szyta, z piękną wyklejką i stroną tytułową. Co prawda w obwolucie (eleganckiej, błyszczącej i tłoczonej), za czym nie przepadam, ale i bez niej prezentuje się bardzo dobrze. Jak nie lepiej. Nie bardzo tylko rozumiem podtytuł/blurb(?) „Daj się jej oczarować”, który występuje wyłącznie na obwolucie i moim zdaniem zupełnie nie jest związany z tekstem.

Z taką książką to się można na plaży pokazać, i to w stylu glamour!

Madeline Miller, Kirke, Warszawa: Wydawnictwo Albatros, 2018, 414 s.

Czas na czytanie: „Tam, gdzie topnieje lód T. 1″ S. L. Leśna

Książka, którą chcę Wam dzisiaj polecić jest drukowanym wydaniem dwóch pierwszych ksiąg opowiadania pod tym samym tytułem, publikowanego kilka lat temu na blogu https://tamgdzietopniejelod.wordpress.com/ – wraz z pojawieniem się wersji papierowej Księga I i II zostały usunięte z internetu.

TGTL to historia zderzenia dwóch światów. Suen jest uzdrowicielem, wygnanym ze swojego ludu za popełnioną przed laty zbrodnię. Osiada w cichej świątyni i pod wpływem bolesnych wspomnień stopniowo pogrążą się w marazmie. Jego życie po raz kolejny zostaje wywrócone do góry nogami, gdy zostaje uprowadzony przez okrutnych barbarzyńców i zmuszony do podróży w samo serce mroźnej północy. Jego zdolności są ostatnią szansą na przywrócenie sprawności brata przyszłego wodza plemienia władającego wilkami.

Odmienny wygląd, kultura, moralność, a nawet sposób odczuwania bohaterów są powodem licznych nieporozumień, ale również pogłębiającej się fascynacji. A nic tak nie zbliża, jak wspólna podróż, gdzie walka z bezwzględnością natury miesza się z nieprawdopodobnymi i przy tym śmiertelnie niebezpiecznymi przygodami.

Mimo, że miałam już do czynienia z tą opowieścią, książkę czytało mi się świetnie – z jednej strony dlatego, że na blogu śledziłam losy bohaterów ze sto lat temu i sporo szczegółów zdążyło już mi umknąć, z drugiej zaś mam wrażenie, że w papierowej książce pojawiło się trochę zmian.

Z tego, co pamiętam z blogowego opowiadania, w papierowej wersji Suen zyskał nieco na stanowczości i pewności siebie. Wcześniej postrzegałam go raczej jako biedne, choć zadziorne kurczątko w lisiej norze, a teraz widzę w nim młodego buntownika, który sam nie do końca wie, czego chce, ale nie jest całkowicie bezbronny, dba o swój interes i na pewno prosi się o utarcie nosa. Teraz chyba lubię go bardziej.

Chociaż spore ograniczenie scen erotycznych i rezygnacja z ich dosłowności sprawiło mi nieco zawodu (nie mogę odżałować wycięcia mojego ulubionego „momentu” w grocie!), samej książce chyba jednak wyszło na dobre – teraz to mniej „pikantny romans”, a bardziej fantastyka z dodatkiem romansu. Sama relacja między bohaterami zyskała głębi, ale mam wrażenie, że dręczące ich elektryzujące przyciąganie stało się trudniejsze do uchwycenia. Z drugiej strony dlaczego czytelnik ma mieć wszystko podane na tacy?

Na tym zabiegu zdecydowanie zyskał świat przedstawiony – nie jest już tłem „50 twarzy barbarzyńców”, a głównym tematem opowieści. Wraz ze swoimi legendami, wierzeniami, zwyczajami i magią wciska się na pierwszy plan porywając czytelnika równie mocno, co sama historia i pokręcone losy bohaterów. To wciągająca przygodówka osadzona w dobrze skonstruowanym świecie wzorowanym na życiu i wierzeniach ludów Starożytnej Syberii, doprawiona szczyptą erotyzmu, kuszącym owocem zakazanego romansu, międzyklanowymi waśniami i intrygami demonów. A najlepsze jest to, że opowieść wciąż trwa i niedosyt po zamknięciu książki uciszyć można sięgając po III i IV Księgę, które rozdział po rozdziale pojawiają się na blogu. Uciszyć chwilowo, bo zakończenie wciąż jest jedną wielką niewiadomą, a zwrotów akcji nie brakuje…

Jeśli nie byliście jeszcze na skutej lodem ziemi Raghów, koniecznie musicie to nadrobić (szczególnie jeśli narzekacie na czerwcowe upały). Natomiast jeśli już kiedyś zawitaliście w te strony, warto skusić się na ponowną lekturę – choć równice między wersjami są kosmetyczne i nie mają wielkiego wpływu na fabułę, papierowe wydanie jest bardziej dopracowane i klimatyczne, co nieco zmienia odbiór całości.

S. L. Leśna, Tam, gdzie topnieje lód. Tom 1, 2019, 327 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.
Książkę można nabyć droga kupna w księgarni bucketbook.pl.

Czas na czytanie: PATRONAT „Jedyna taka choroba” E. Zdebska

Moja niechęć do postaci kobiecych w książkach jest już chyba legendarna. Co poradzę, że mnie te wszystkie babsztyle drażnią i nie potrafię się z nimi utożsamić? Ten problem dotyczy przede wszystkim książek młodzieżowych, których bohaterki mają zazwyczaj w głowach pstro, a głębię ich charakterów przebija zroszony deszczem chodnik. Dlatego kiedy pojawia się fajna babska postać przełamująca ten smutny schemat, to znak, że książka jest warta uwagi.

Lisa jest świetną zielarką, a odkąd profesja ta została zakazana w królestwie, oddaną recepcjonistką w przychodni średnio obowiązkowego wioskowego lekarza. Jej życie toczy się pomału między wciskaniem w napięty grafik hord roszczeniowych pacjentów, a ściąganiem z dachu mocno wstawionego lekarza traktującego tendencje samobójcze jako comiesięczne hobby. Wbrew pozorom nie wyróżnia się specjalnie z tłumu dość specyficznych mieszkańców dość specyficznej Doliny Rosa. Trudno zatem dziwić się jej zdumieniu, gdy to właśnie na nią, zupełnie znienacka, spada bardzo odpowiedzialne zadanie wyleczenia królewskiej córki z nieznanej nikomu choroby.

Prosta zielarka trafia więc na dwór, który zdaje jej się być kompletnie oderwany od rzeczywistości. Czy używająca mózgu, nieszczególnie przejmująca się konwenansami młoda dziewczyna odnajdzie się w świecie drogich sukien i sztucznych uśmiechów będących przykrywką dla pałacowych intryg? Chyba będzie musiała, bo jedna zagadka goni drugą, a jedynymi przyjaznymi jej duszami stają się roztrzepana pokojówka, zakochana nastoletnia szlachcianka, gburowaty wojownik i mocno podejrzany czarny mag.

To historia, w której bardzo dużo mówi się o miłości (i to tej szaleńczej młodzieńczej, zdolnej spędzić sen z powiek kilku królestwom!), a nie ma w niej opisu choćby i jednego pocałunku. Da się? Da się! A efekt jest naprawdę dobry!

Jak każda książka, ta również ma słabsze strony – męczyła mnie trochę niespójność wykreowanego świata, które w jednej chwili zdaje się być średniowieczem, a w kolejnej jest światem pociągów, badań laboratoryjnych i makijażu permanentnego. Nadrabia to jednak fantastycznym, absurdalnym humorem, który zdaje się wręcz czyhać na czytelnika w najmniej spodziewanym momencie. I po kilku takich akcjach już się wie, że w tych realiach możliwe jest praktycznie wszystko.

Nieszablonowa historia o przyjaźni, różnych znaczeniach miłości, poświęceniu i pragnieniu niesienia pomocy innym. Troszkę naiwna, całkiem zabawna i zdumiewająco mądra i mocno zakręcona. A po przewróceniu ostatniej strony uśmiech długo nie schodzi z twarzy.

Niepoważnie poważna, cudnie sympatyczna! Uwielbiam takie dziwy, które za nic nie chcą dać się sklasyfikować. Troszkę romansidło, trochę kryminał, bardzo fantastyka i odrobinę komedia. Gdybym rozdawała „Dziobaki Literatury”, ta pozycja miałaby spore szanse na statuetkę. Czy jest na sali osoba, która nie lubi dziobaków?

Bardzo polecam do wakacyjnego plecaka na przyjemne oderwanie od rzeczywistości, bo czyta się wyjątkowo lekko i sprawnie – sama pochłonęłam ją „na raz” podczas wyjątkowo mało produktywnego dnia w pracy. To było całkiem udana rekompensata dnia spędzonego w świecącym pustkami centrum handlowym podczas, gdy pogoda na zewnątrz była plażowa. Jak dobrze musi się zatem czytać ją na plaży…

Zdebska, Jedyna taka choroba, Poznań: Wydawnictwo AlterNatywne, 2019, 272 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa AlterNatywne.

Bajki Majki: „Smocza straż. Gniew Króla Smoków” Brandon Mull

Jeśli po lekturze pierwszego tomu ktokolwiek wciąż waha się przed sięgnięciem po kontynuacje, a sam argument pt. „SMOKI! MNÓSTWO SMOKÓW” to dla niego za mało, zdradzę kilka odjechanych szczegółów, zaostrzających apetyt.

Mamy tu bowiem do czynienia z jeszcze większa ilością smoków. Smoki są wszędzie, są groźne, krwiożercze, bardzo gadzie i bardzo zbuntowane. I ani trochę nie chcą już siedzieć w azylach, kiedy alternatywą jest przejęcie władzy nad światem. Przeczytacie o walkach smoków, ucztowaniu ze smokami, uciekaniu przed smokami, wojnie ze smokami i smoczym porwaniu. Do puli szałowych akcentów dorzucam też mrocznego jednorożca o powalającej urodzie i wrednym usposobieniu, roślinę zdolną skopiować każdego człowieka, z którą ma kontakt i łuk zdolny posłać trzysta strzał jednocześnie. Jeśli Knox ma też swoich fanów, to nie będą rozczarowani, bo chłopiec wreszcie przejrzy na oczy i zobaczy świat Baśnioboru takim, jaki jest. A potem zdrowo w nim namiesza. Są spiski, zdrady, upadające porządki, fantastyczne stworzenia, widmo nadciągającej śmierci i mnóstwo magii. Jest świetnie!

Wciąż mając w głowie wrażenia towarzyszące mi podczas lektury pierwszego tomu i sugerując się zmianą wydawnictwa na poświęcone wyłącznie książkom dziecięcym (pierwszy tom został wydany przez W.A.B, ten już przez Wilgę – oba należą do Grupy Foksal) dość pochopnie zakwalifikowałam drugą część Smoczej Straży do kategorii Bajki Majki. Zdecydowanie na wyrost, ale myślałam o tej serii bardziej jako o książkach dla dzieci i młodszej młodzieży, niż stricte młodzieżowych. I na tym polu spotkało mnie pewne zaskoczenie, bo „Gniew Króla Smoków” jest zdecydowanie bardziej brutalny, niż pierwszy tom serii. Tym razem mamy już do czynienia z masakrą. Jest ona oczywiście uzasadniona trwającą wojną, ale jakoś mimo wszystko nie spodziewałam się plastycznych opisów zabijania. A trup sieje się gęsto. Nie wiem, czy w „Baśnioborze” było podobnie, ale pod względem krwawej jatki kontrast między pierwszym, a drugim tomem „Smoczej Straży” jest spory.

Na szczęście autor wciąż zachowuje umiar, a ponury klimat walki o przetrwanie rozjaśnia rozbrajające poczucie humoru i barwne charaktery bohaterów.

Bardziej mroczna, ale wciąż doskonale wyważona powieść przenosząca czytelnika na zupełnie nowy poziom wyobraźni. Magiczna przygoda na wyciągnięcie ręki!

Brandon Mull, Smocza straż. Gniew Króla Smoków, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2019, 416 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

Czas na czytanie: „Oko pustyni” Richard Schwartz

Jak wolicie czytać serie? Staracie się być na bieżąco i sięgacie po kolejne części niedługo po ich wydaniu, czy raczej wolicie poczekać aż wyjdą wszystkie tomy i pochłonąć je za jadanym zamachem? Ja zazwyczaj preferuję tą drugą opcję, ale są takie tytuły, dla których z przyjemnością robię wyjątek. Jednym z nich jest cykl „Tajemnice Askiru” – kolejne części wychodzą na tyle często, że sięgając po następne nie zdążę zapomnieć, co się działo w poprzednich. A dla tych nieco bardziej zapominalskich pierwsze strony są zgrabnym przypomnieniem najważniejszych wydarzeń z minionych tomów.

Akcja „Oka pustyni”, trzeciej części serii, niemalże w całości toczy się w kapiącym bogactwem Gasalabadzie, co jest całkiem przyjemną odmianą po najeżonej niebezpieczeństwami wyprawie z poprzedniego tomu. Nie tylko dla bohaterów, a i dla czytelnika – szczególnie, gdy ten ma słabość do pałacowych intryg i miejskiego krajobrazu. Bo co jak co, ale pełna podstępów i fałszywych uśmiechów walka o władzę, nie tylko w jednej rodzinie królewskiej, ale wśród wszystkich szlachetnych domów i rodów, to coś, co lubię najbardziej. Havald i jego drużyna zupełnie przypadkowo wplątują się w wydarzenia, które mocno zbliżają ich do rodziny emira, a pewna bardzo niemile widziana przepowiednia czyni z naszego bohatera zaufanego doradcę dziedziczki Domu Lwa. A że księżniczka jest raczej z tych niepokornych (skojarzenie z wymykającą się z pałacu Jasminą z Alladyna nasuwa się samo), mamy szansę rzucić okiem nie tylko na etykietę wystawnych przyjęć, ale i między innymi wziąć udział w zuchwałym śledztwie. Pościgi za nekromantami, deptanie po piętach szpiegom i skrytobójcze zamachy mieszają się z cyrkowymi pokazami, wystawnymi uroczystościami i pięknem pałacowych ogrodów. Dyplomacja i zdecydowane działania nie zawsze idą w parze, a kiedy do wszystkiego wtrącają swoje trzy grosze bogowie, nie jest łatwo przewidzieć zakończenia. Spiski, wilkołaki, ambasadorzy, opuszczone domy z tajemnicami, wierne miecze i łagodne gryfy, zapomniane legendy i misterne plany, zdrada wśród najbliższych i kąśliwe poczucie humoru Zokory nie pozwalają nudzić się ani przez chwilę.

Czytanie kolejnego już przecież tomu spokojnie można porównać z przeżywaniem przygody. Wciąga jak ruchome piaski i ani się człowiek obejrzy, a zbliża się do końca. Tylko gorący, pustynny klimat wzbudza tęsknotę za latem, które jakoś w tym roku wyjątkowo nie chce nadejść.

Richard Schwartz, Oko pustyni, Kraków: Wydawnictwo Initium, 2019, 413 s.

Recenzje poprzednich tomów: „Pierwszy Róg”, „Drugi Legion”.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Initium.

Czas na czytanie: „Nomen omen” Marta Kisiel

„(…) nieszczęsna dusza! Udręczona! Niezaspokojona! Przemierzająca po nocach zaułki miasta, by zaspokoić żądzę krwi niewieściej! Mroczne tajemnice wreszcie wychodzą na jaw! Po jednej stronie barykady młodzi kochankowie, których pragnie rozdzielić zły los… (…) …po drugiej zaś złowrogi szermierz śmierci! Kto zwycięży?”

Macie czasem coś takiego, że jednocześnie bardzo chcecie przeczytać jakąś książkę (teraz, już, natychmiast!) i jednocześnie bardzo nie chcecie mieć jej przeczytanej, bo macie świadomość, że nie ma już więcej? To właśnie ja przed ostatnią nieprzeczytaną książką Marty Kisiel.

„Nomen omen” spędziła dobre dwa miesiące na moim stoliku nocnym – zawsze na samym szczycie, bo mimo sentymentu do „dożywotniej” szaty graficznej, uwielbiam okładkę nowego wydania. Oglądałam, głaskałam, robiłam zdjęcia… Ale kiedy wreszcie zabrałam się za czytanie, to pożarłam w dwóch kęsach.

Salomea Klementyna Przygoda została pokarana przez los zdrowo szurniętymi rodzicami (chociaż tego świadomy jest każdy, kto tylko zerknie na jej dowód), pociesznym, acz mocno uciążliwym młodszym bratem i urodą będącą skrzyżowaniem Brienne z Tarthu z Sansą Stark. Po jednym z wyjątkowo niedyskretnych wybryków matki – pasjonatki seksu tantrycznego – postanawia dać sobie nieco odetchnąć od rodzinki i rozwinąć skrzydła w wielkim mieście. Znajduje więc spokojną pracę i wynajmuje pokój u miłej starszej pani. I w tym momencie jej życie dopiero zaczyna się robić ciekawe. Właściwie to wchodzi na zupełnie nowy poziom bycia ciekawym. Od papugi w łóżku, przez staruszki, które dwoją się i troją w oczach, przez nieplanowane kąpiele w Odrze i nocne przebieżki po cmentarzach. Miłość, śmierć, mitologia i Warcraft.

Ta część podobała mi się bardziej od „Toń” (jakoś zupełnie nie idzie mi czytanie w odpowiedniej kolejności, oj tam oj tam) – tam nieszczególnie podchodził mi motyw podróży w czasie, czego w tym przypadku szczęśliwie mi oszczędzono. Wiadomo, że krwiożercze umarlaki terroryzujące blondynki Wrocławia to zdecydowanie lepsza opcja!

Znalazłam tu wszystko to, co u Ałtorki lubię najbardziej – elokwencję zmuszającą mnie do internetowo-słownikowych poszukiwań, poczucie humoru, które sprawia, że pochrumkuję  radośnie między stronami, duża dawkę girl power, romantycznego bohatera, kompletnie zakręcone indywidua – jedno dziwniejsze od drugiego, i nutę nostalgii za zaprzeszłą przeszłością. No i oczywiście zjawiska bardzo nadprzyrodzone.

„Spełnienie! Odkupienie! Zemsta! Namiętność! I Papuga!!!”

Marta Kisiel, Nomen omen, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2019, 366 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Pierwsze słowo” Marta Kisiel

Całkiem niedawno odkryłam przepis na szczęście. Okazuje się, że wystarczy odnaleźć fantastyczną pisarkę ze sporym dorobkiem i cieszyć się nadrabianiem czytelniczych zaległości. I w ten właśnie sposób radośnie, choć nie do końca po kolei, nadrabiam twórczość Pani Marty Kisiel.

Mam już za sobą serię „Dożywocie” i całkiem od niej odmienną książkę „Toń” i wydawało mi się, że poznałam już obie twarze autorki. Okazuje się jednak, że to dopiero czubek góry lodowej.

„Pierwsze słowo” to zbiór jedenastu opowiadań powstałych na przestrzeni lat. Poza tak dobrze mi już znanym humorem, sporym zaskoczeniem okazały się dla mnie historie mroczne, krwawe i ani trochę nie śmieszne. Szczególnie trzy z nich – dotyczące choroby i śmierci dzieci wstrząsnęły mną szczególnie. Może dlatego, że akurat jestem na takim etapie „początkującej matki”, że najmniejsze, nawet potencjalne cierpienie dziecka nie pozwala mi zasnąć w nocy. A może to właśnie specyfika krótkiej formy jaką jest opowiadanie – uciętej i niedopowiedzianej – wzmaga we mnie poczucie grozy i kolokwialnie mówiąc „robi robotę”. Albo to po prostu Marta Kisiel, która o czym by nie pisała, zawsze zrobi na czytelniku piorunujące wrażenie.

Niemniej jednak zawsze wiedziałam, że nieszczególnie umiem czytać opowiadania – kiedy zdążę wczuć się w klimat i dobrze związać z bohaterami, cała zabawa zazwyczaj się kończy. No, chyba, że to opowiadanie w styli „Dożywocia” właśnie – kiedy następuje po nim kilkutomowe rozwinięcie tematu.

Swoją drogą dwa opowiadania ze zbioru miałam przyjemność czytać całkiem niedawno, bo w listopadzie zeszłego roku i myślałam, że po prostu przerzucę te kilkadziesiąt stron skupiając się na innych utworach. Byłam bardzo naiwna, jak mogłam sądzić, że przejdę obojętnie obok okołolichotkowych historii. Nie da się, musiałam je sobie odświeżyć (w końcu mogłam pozapominać już jakieś szczegóły!) i bawiłam się równie dobrze, co za pierwszym razem. Jednak ten lekki, pełen humoru styl pasuje mi bardziej, niż urywki z rodzicielskiego horroru ujętego zupełnie na serio, choć w realiach dalekich od rzeczywistości.

Chyba jednak muszę się przyzwyczaić do myśli, że Marta Kisiel zawsze mnie zaskoczy. A czeka na mnie jeszcze kilka wytworów jej szalonej wyobraźni, więc niejedno zaskoczenie przede mną. Już nie mogę się doczekać!

Marta Kisiel, Pierwsze słowo, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2018, 320 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Samobójca” Agnieszka Ziętarska

Ocena tej książki to dla mnie twardy  orzech do zgryzienia (szczególnie, że jestem szczęśliwą nosicielką aparatu ortodontycznego…), bo okazała się być jednocześnie spełnieniem pokałdanych w niej oczekiwań, jak i sporym rozczarowaniem.

Niekwestionowanym plusem jest pomysł i kreacja magicznego świata. Niezmienni to długowieczne istoty obdarzone bliżej niezidentyfikowaną mocą, potrafiący wykorzystywać ją w jednej z czterech dziedzin swojej działalności – do tworzenia, nauczania, zsyłania koszmarów lub opieki nad duszami, czyli zwykłymi ludźmi, wśród których żyją. To hermetyczna społeczność, ograniczona restrykcyjnymi zasadami postępowania, nad którym władzę sprawują owiani tajemnicą, potężni Wieczni.

Felis – główny bohater historii, jest młodym Opiekunem i dopiero uczy się sprawowania pieczy nad duszami. Z inicjatywy nadambitnego ojca, chcącego przyspieszyć jego rozwój, jako pierwszą duszę otrzymuje Samobójcę – dziewczynę, której los z góry jest przesądzony. A niedoświadczony „anioł stróż”, zamiast zdystansować się emocjonalnie do powierzonego mu zadania, dopuszcza się całego szeregu najbardziej zakazanych zachowań – nie tylko poznaje swoją podopieczną osobiście, ale również zaczyna żywić do niej głębsze uczucia. A te są całkowicie odwzajemnione.

I tutaj jest pies pogrzebany – bo wątek romantyczny jest w moim odczuciu najsłabszą stroną powieści. A niestety jest wątkiem dominującym.

Z moją awersją do postaci kobiecych, mój brak sympatii dla głównej bohaterki nie jest niczym zaskakującym. Pokrzywdzona przez los, niekochana Flora po ciężkich przejściach nie mogła być wyjątkiem. Najbardziej irytujący jest jednak przebieg ich relacji. Oczywiście, jak to nastolatkowie w książkach dla nastolatów, ich uczucia, choć zakazane, pozornie zaczynają się od wzajemnej niechęci, ale jednak są natychmiastowe i nie do pokonania. A mimo to oboje szamoczą się jak płotki. Miłość Flo, bardzo zbliżona do syndromu sztokholmskiego, okazuje się być wrażliwa na najdrobniejsze problemy. On broni ją niczym lew i decyduje się na związek, mimo świadomości niebezpieczeństwa, Ona, mimo zaskakująco krótkich oporów szybko mu ulega. Następnego dnia(!!!) On w wyniku reakcji rodziny decyduje się z nią zerwać, Ona zostawia go nie słuchając tłumaczeń. On ją goni, Ona ucieka, Ona chce wrócić, On woli się od niej odsunąć by zapewnić jej bezpieczeństwo. On tęskni i chce wrócić, Ona nie chce, bo zdążyła w miesiąc ułożyć sobie nowe życie… i tak w koło Macieju. A wszystkie te wielkie dramy odbywają się na przestrzeni krótszej niż pół roku, w otoczeniu prześladowania mniej popularnych uczennic przez bogate snobki, szalonych imprez nastolatek rodem z kompleksów polskiej dziewczynki wychowanej na MTV (wiecie, party hard nad basenem z udziałem lodowych rzeźb i popularnych sportowców, prywatne stylistki, drogie ciuchy, luksusowe samochody itp.). Do tego maltretowanie i brak uczuć w gronie rodzinnym doprowadzone do granic absurdu, trauma z przeszłości i problemy psychiczne.

Może mamy tu do czynienia z  „klątwą pierwszego tomu”, ale trochę mi żal, że przeciętnie opisana nastoletnia miłostka całkowicie niemal przesłania wątki fantastyczne, gdzie wbrew pozorom dużo się dzieje. Bo owa moc wiąż nie została dokładnie zbadana i jej niestandardowe wykorzystanie prowadzi do nieoczekiwanych konsekwencji. A te natomiast, zmieszane ze sporą dawką młodzieńczego buntu i przyjaźni na śmierć i życie układają się w całkiem zgrabną, choć nieco niedopracowaną przygodę dążącą do poznania istoty magii i groźnych manipulacji ludzi dzierżących władzę. Bardzo mocno trzymam kciuki, by to właśnie ta tematyka została rozwinięta w kolejnych tomach, skoro burzliwy początek romansu głównych bohaterów mamy już za sobą.

Książkę czyta się lekko i szybko, mam jednak spore zastrzeżenia odnośnie korekty, bo błędów jest sporo i są łatwe do wyłapania. Warto byłoby jeszcze popracować nad tekstem. Za to bardzo podoba mi się okładka, więc znowu – są plusy i są minusy. Na dwoje babka wróżyła, bardzo dobrze – 3+.

Agnieszka Ziętarska, Samobójca, Warszawa: Wydawnictwo Dlaczemu, 2018, 384 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Dlaczemu.