Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Zbrodnia i Karaś” Aleksandra Rumin

Spójrzcie na nagłówek mojego bloga. A potem trochę niżej, na wizerunek kota na okładce, a potem jeszcze raz na nagłówek. To musi być rodzina, chociaż mój Figiel do niczego się nie przyznaje! Tej pogardy wobec świata wymalowanej na kocim pyszczku nie da się podrobić.

Już dla samej okładki musiałam mieć tą książkę na moim uginającym się i łkającym cicho z bólu dźwigania tylu tomiszcz regale! A i czytało się całkiem dobrze.

To pełna absurdów i nawiązań do obecnej (i świeżo przekwitniętej) śmietanki celebryckiej satyra społeczno-uczelniana z trupem w tle.

Mamy tu uczelnię z piekła rodem, jej głodujących absolwentów wybierających ścieżkę kariery menela (albo inne gorzej płatne), patologiczną wręcz kadrę profesorską, kota gardzącego ludźmi, przynajmniej dwie wyjątkowe szuje, ducha w toalecie i tajemnicze morderstwo.

Całą intrygę poznajemy z aż 11 (!) odmiennych perspektyw, według których te same zdarzenia momentami różnią się tak bardzo, jak i sami bohaterowie. Zdecydowanie nie można się nudzić. To elegia dla elastyczności podstawowego instynktu przetrwania absolwentów kierunków humanistycznych i wredny chichot zawrotnej gry losu. A do tego sytuacje tak kosmiczne, że musiały się gdzieś kiedyś zdarzyć (gdzieś, czyli u nas), bo nikt nie byłby w stanie wymyślić czegoś takiego

Nie jest to porywająca książka, którą czyta się jednym tchem. Wręcz przeciwnie – dzięki dużej ilości krótkich, kilkustronicowych rozdziałów jest wyjątkowo dobrze „odkładalna”, co czyni z niej wymarzonego towarzysza komunikacji miejskiej i innych podróży małych i dużych.

Nie wiem, czy tej historii uda się przetrwać próbę czasu – jest tak naszpikowana zawoalowanymi prztykami ściśle powiązanymi ze współczesną sytuacją polityczno-brukowcową, że za kilka lat może być już nieczytelna. Skojarzenia przestaną być tak oczywiste i istniej ryzyko, że cały urok książki może się po prostu wypalić. W końcu gwiazdeczki od fitnessów i zdrowych produktów żywnościowych zwiększające swoją popularność dzięki urodzeniu dziecka, królowe kryminału oraz piramidy finansowe o dwukruszcowych nazwach nie zostaną w pamięci gawiedzi na wieki wieków (amen!). Dlatego też czytajcie szybko, nie ma czasu do stracenia! Bo jednak szkoda byłoby to przegapić.

Aleksandra Rumin, Zbrodnia i Karaś, Kraków: Wydawnictwo Initium, 2019, 300 s.
(premiera 15.03.2019)

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO: „Oczy uroczne” Marta Kisiel

Moja ekscytacja na samą myśl o tej książce była przeogromna, a entuzjazm podczas odbierania przesyłki porządnie wystraszył kuriera. Rzuciłam wszystko i dosłownie pożarłam. A teraz mi żal, że już się skończyło.

Chociaż żeby być zupełnie szczerym, gdzieś w głębi duszy miałam względem tej książki pewne obawy. W porównaniu z historią z Lichotki, „Szaławiła” nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia, nie tylko dlatego, że była opowiadaniem (a ja nie do końca umiem w opowiadania), ale jak zwykle nieszczególnie przekonuje mnie kobieta jako główny bohater. Szczególnie, jeśli mości się na zgliszczach opowieści, która skradła mi serce.

Nie da się ukryć, że jednak Konrad jest mi zdecydowanie bliższy i znacznie łatwiej było mi się z nim utożsamiać, niż z waleczną szaławiłą nie do zdarcia. Tak samo, jak wciąż przedkładam kichające anioły nad czorty z wadą wymowy, choć te drugie też są do serca przytul. Ale kiedy wiłę ogarnął słuszny gniew na ludzką głupotę, to aż mną miotało po pokoju. Oj, w tym temacie nie trudno jednak znaleźć między nami kilku podobieństw.

Mimo zmiany obsady, konwencja utworu nie pozwala zapomnieć, że to jednak kolejna część tego samego cyklu. I chociaż Odę lubię troszkę mniej, niż Konrada, a Bazyla troszkę mniej, niż Licho, to jednak wciągnęłam się momentalnie i nie byłam w stanie się oderwać. To równie dobra część, co dwie poprzednie. Wciąż ten sam humor, ten sam klimat i ten sam urok.

W odróżnieniu od wcześniejszych tekstów z tej serii, nie ma tu aż tylu nawiązań do rodzicielstwa i błędów wychowawczych, choć te wciąż się pojawiają. W końcu co ty to była za frajda, gdyby olbrzymi, rogaty demon nie troszczył się o główną bohaterkę niczym przykładna mama kwoka? Tym razem znajdziemy tu więcej na temat poszukiwania siebie i swojej drogi, życiowych wyborach, oraz zmaganiu się z dziedzictwem, wychowaniem i przeszłością. Jest trochę smalenia cholewek i mnóstwo awantur. I pączki. Ale przede wszystkim dość gorzka refleksja nad postępującym brakiem rozsądku i złudnym poczuciem bezpieczeństwa objawiającym się tak popularnym ostatnio ruchem antyszczepionkowym.

Bo jest to przede wszystkim książka o zarazie. Oby nie okazała się prorocza, bo nie wiem, czy znajdzie się jakaś dzielna wiła, która w parze z demonem ocali nas przed kłopotami, które możemy sami na siebie sprowadzić.

Tylko Rocha mi było mało. Ale jak już był, to wymiatał, skubaniec.

Marta Kisiel, Oczy uroczne, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2019, 320 s.
(premiera 13.03.2019)

Recenzja powstałą dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Twarzą w twarz” Agata Suchocka

Na drugą część cyklu „Daję Ci wieczność” czekałam potwornie długo (tak naprawdę tylko rok, ale i tak zdecydowanie zbyt długo!). I pierwszą moją reakcją było „dlaczego ta książka jest taka cienka?!”. Okazje się jednak, że rozmiar faktycznie nie zawsze ma znaczenie, a i cienka książka potrafi usatysfakcjonować. Przynajmniej w pewnym stopniu.

Po tragicznym zakończeniu „Woła mnie wieczność” nie ma innej opcji – potrzebna była zmiana narratora. Lothar Mintze – dziki, nieokiełznany hedonista, tak różny od swojego refleksyjnego ukochanego, zmuszony będzie przewartościować swoje dotychczasowe zachowanie. Niedojrzały kilkusetletni młokos zakochany w postępie i technicznych nowinkach zaniedbania i zainteresowanie wyłącznie czubkiem własnego nosa wyrzuca sobie dopiero po tragedii.

Porzucony, samotny, targany wyrzutami sumienia i pogrążony w żałobie Lothar nie jest już tak imponującym widokiem. Aż chce się powiedzieć, że dostał dokładnie to, na co zasłużył, a jednak nie sposób mu nie współczuć. W końcu wszyscy wiemy, że dorastanie to nic przyjemnego.

Co oczywiście nie znaczy, że się zmieni, będzie po prostu gotowy po raz kolejny popełniać te same błędy. I chyba właśnie za to go kochamy.

W przeciwieństwie do poprzedniej części, „Twarzą w twarz” nie emanuje już tym hipnotyzującym magnetyzmem, co pierwszy tom. Jest mniej brutalności, fascynacji nowym i seksu. Więcej natomiast autorefleksji i ludzkich emocji, jak strach, czy tęsknota. Jak pierwszy tom był uleganiem namiętnościom, tak drugi jest radzeniem sobie z konsekwencjami wcześniejszych decyzji.

Pojawiają się nowe miejsca i nowi bohaterowie, a każdy z nich ma swoją historię.

Miłosne intrygi, sojusze, bezwzględne morderstwa, zauroczenia, pożądanie, muzyka, miłostki i sprowadzanie śmiertelników na manowce – tego oczywiście nie mogło zabraknąć.

Warto było czekać. Ale niestety „Twarzą w twarz” tylko zaostrza apetyt na kolejne części cyklu.

Anna Suchocka, Twarzą w twarz, Kraków: Wydawnictwo Initium, 2019, 255 s.

Czas na czytanie: „Przeklęci Święci” Maggie Stiefvater

Swego czasu Maggie Stiefvater zapewniła sobie moje dozgonne uwielbienie swoim Kruczym Cyklem, który był chyba jedyną serią, podczas czytania której towarzyszyły mi podobne emocje, co lata temu podczas pierwszego spotkania z Harrym Potterem. Magia.

Dlatego też mam do niej wielki kredyt zaufania, i kiedy sięgnęłam po „Przeklętych Świętych” spodziewałam się wszystkiego, co najlepsze. I pod pewnymi względami się nie zawiodłam, aczkolwiek to, co tak porwało mnie w opowieści o Kruczych Chłopcach tutaj pojawiło się dopiero pod koniec, bo tak naprawdę wciągnęłam się bez pamięci dopiero na ostatnie sto stron. I teraz żałuję, że jednak nie przyłożyłam się wcześniej!

dsc_1665

To książka kipiąca symbolizmem na granicy nonsensu, z postaciami obdarzonymi Charakterami przed duże Ch.

Pustynia, stada sów i meksykańscy imigranci.

Soriowie to bardzo specyficzna rodzina – każdy z jej członków rodzi się Świętym obdarzonym zdolnością czynienia cudów. Brzmi cudownie, prawda? Przynajmniej dopóki nie dowiemy się na czym dokładnie te cuda polegają. A chociaż pomagają zwalczyć wewnętrzny mrok, nie jest to wcale spacer po łące.

Głęboko wierzący, zakochany święty, młody gniewny, genialna dziewczynka bez uczuć, pracowity chłopiec z dziurą w sercu, ich poturbowana zdarzeniami z przeszłości rodzina, tłum pątników stanowiących śmiertelne zagrożenie i piracka radiostacja na dokładkę. Przez tych ledwie trzysta stron będziemy mieli szanse poznać ich na wskroś – dowiemy się przez co przeszli, o czym skrycie marzą i czego najbardziej się boją. Dowiemy się też w jak wielkie wpakowali się tarapaty. Bo mrok nieubłaganie wyciąga swoje macki po każdego z nich. I wcale nie zapowiada się, że będzie „cudownie”.

Ze względu na konstrukcję trudno do niej przywyknąć, przez większość czasu ją „męczyłam” jednocześnie doceniając. Przerysowana, momentami absurdalna i jednocześnie bardzo, bardzo prawdziwa.

Książka o miłości, szwankującej komunikacji międzyludzkiej, paraliżującym strachu o dobro bliskich, samotności w tłumie, olbrzymiej potrzebie niesienia pomocy i pokonywaniu własnych demonów. I przede wszystkim o tym, że nie wszystkie demony trzeba przegonić samemu.

Robi wrażenie. Ale żeby poczuć ten klimat, trzeba spróbować poczuć go na własnej skórze.

Maggie Stiefvater, Przeklęci Święci, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2018, 303 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Filary Świata” Anne Bishop

To moje najpierwsiejsze spotkanie z tą całkiem płodną (rany, ile mnie czeka nadrabiania!) autorką i przyznaję uczciwie, że po „Filary Świata” sięgnęłam zupełnie w ciemno. No bo elfy. W końcu Piękny Lud już podobno tak ma, że zwykłemu szaremu śmiertelnikowi trudno mu się oprzeć.

dsc_1629

Nie wiem, czego się spodziewałam, ale na pewno nie tak wciągającej książki. Kiedy zaczynamy czytać fantastykę często niełatwo się połapać we wszystkich imionach, miejscach, stworzeniach i możliwościach. A w tym przypadku mam wrażenie, że od samego początku po prostu weszłam do świata autorki, rozejrzałam się i wsiąknęłam w jego realia. A te pełne są skrajności. Jest piękno magii, szczególnie tej wynikającej ze związków z naturą, średniowieczne tortury, skrajny seksizm, barbarzyństwo inkwizycji i zadufana w sobie rasa panów. Jest prześladowanie, śmierć, mnóstwo seksualnej magii i głębokie pragnienie miłości. Jest strach, samotność  i niezrozumienie. Jest ciemnota i rozprzestrzeniająca się plaga idei pożerającej świat. Dosłownie.
W końcu są i nadzwyczajnie mądre konie.

Pogardzany w dzieciństwie Adolfo (jak subtelnie), skrzywdzony przez bliską osobę postanawia dokonać eksterminacji całego gatunku. A nawet więcej – chce całkowicie wykorzenić magię ze świata ludzi. I zabiera się za to ze sporym rozmachem.

Tylko hekatomba tego rodzaju jest w stanie zwrócić uwagę zarozumiałych Fae z Tir Alainn nie dostrzegających zazwyczaj niczego poza końcami swoich zgrabnych nosów.

A w opuszczonej chacie w głębi lasu, osamotniona młoda wiedźma, zupełnie nieświadoma nadciągającego zargożenia wdaje się w romans nie z tej ziemi. Tylko czy cudowny kochanek z innego świata jest w stanie ofiarować jej to, czego pragnie?

Podsumowując: dostałam trzymającą w napięciu (a jest to napięcie bardzo różnego rodzaju – od elektryzująco erotycznego, aż po lodowatą grozę), magiczną, momentami brutalną, zamkniętą historię o pięknej miłości, przyjaźni i poświęceniu. A to dopiero pierwsza część trylogii. Nie sposób nie być ciekawym kolejnych tomów.

Jak zwykle nieszczególnie podoba mi się okładka (wiem, pod tym względem jestem straszną marudą), ale za to wielkie brawa za blurb. Nie ukrywam, że unikam czytania opisów na tylnej okładce, bo zazwyczaj nie mają za wiele wspólnego z faktyczną treścią, składają się z pisanych na zamówienie ochów i achów sygnowanych znanymi nazwiskami albo wręcz zawierają spoilery i zwykle zyskują skutek odwrotny do zamierzonego zniechęcając do lektury. A ten jeden naprawdę się wyróżnia i w zupełności wystarczy, by przyciągnąć czytelnika.

Anne Bishop, Filary Świata, Kraków: Wydawnictwo Initium, 2019, 525 s.

Czas na czytanie: „Toń” Marta Kisiel

Ta książka wzbudza w mnie sporo sprzecznych emocji, bo jej dwa główne elementy są dla mnie jak ogień i woda i mam do nich zupełnie różny stosunek. Pierwszym jest koncepcja podróży w czasie, której (w przeciwieństwie do mojej najlepszej przyjaciółki) nie cierpię odkąd John Connor w którymś z ostatnich „Terminatorów” był starszy od swojego ojca. Chyba każdy już próbował mi tłumaczyć dlaczego tak się stało, a ja nadal nie ogarniam. Drugą, równie ważną składową powieści jest poszukiwanie zaginionego w czasie wojny dziedzictwa kulturowego, co uwielbiam i z czym stykam się na co dzień. Złote pociągi i te sprawy, chyba każdego trochę kręcą te klimaty.

DSC_1439

Do tego dodać należy specyficzny humor autorki – tak różny od „Dożywocia”, a jednak wciąż ujmujący.

mitologiczne stwory, gadatliwe sąsiadki (w sumie nie wiadomo, co budzi większy postrach), zatęchłe antykwariaty, specyficzne zegarki, błędy wychowawcze (chyba każda z dotychczas przeczytanych książek Marty Kisiel uderza mnie przestrogami w tym temacie), przynajmniej jeden bezwzględny morderca i stale narastająca liczba trupów. Jest chciwość – zarówno wiedzy, jak i bogactwa. Jest hekatomba wojny i piętno, jakie pozostawia po sobie nieszczęśliwe dzieciństwo.

Za konstrukcją tej powieści trudno nadążyć, podobnie jak za postrzelonymi bohaterami. Bywa upiornie i bywa zabawnie. I nie sposób odłożyć jej bez refleksji, szczególnie, że naprawdę rozumiem pobudki potępionego spektakularnie czarnego charakteru.

A cała historia ucina się nagle pozostawiając czytelnika w pewnym szoku i ze sporym niedosytem. Bo chociaż większa część zagadki została rozwiązana, to jednak wciąż tyle można by powiedzieć, a pytania piętrzą się całymi stosami. Przez co teraz nie bardzo wiem, co zrobić ze swoim życiem. Pozostaje chyba czekać na drugi tom, bo nie wyobrażam sobie, by cała ta zgraja indywiduów wszelakich mogłaby zostać pozostawiona na pastwę zapomnienia.

Naprawdę nie wiem, co zrobić z tą książką. Poza jak najszybszym przekazaniem jej w ręce przyjaciółki. Nie wiem nawet, czy mi się podobało. Ale nie da się ukryć, że utonęłam i nie bardzo potrafię trafić z powrotem.

Marta Kisiel, Toń, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2018, 316 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros.

Czas na czytanie: „Twierdza Kimerydu” Magdalena Pioruńska

Nie da się ukryć, że mam wielką słabość do dziwnych rzeczy i sięgam po nie z przyjemnością. Ale tak dziwnej książki, jak „Twierdza Kimerydu” dawno nie czytałam. Nawet nie wiem od czego zacząć.

Ludzkość poczyniła spore postępy w kierunku rozwoju genetyki. Nie tylko wskrzesiła dinozaury, ale również powołała do życia nowe gatunki bezrefleksyjnie mieszając geny stworzeń żywych i wymarłych. Dążąc do pokonania śmierci ulepszyła człowieka modyfikując jego wygląd, wyeliminowała koncepcję starzenia się i poprawiła wytrzymałość. Największym marzeniem okrutnego cesarza hegemona władającego Europą jest stworzenie armii niezwyciężonych żołnierzy będących hybrydami ludzi i dinozaurów. Tymczasem w Afryce, miejscu, skupiającym badania nad prehistorycznymi gadami, przedstawiciele tego gatunku pojawili się zupełnie samoistnie. By nie powiedzieć wręcz „naturalnie”.

Tyrs Mollina nie ma lekkiego życia – urodził się jako wyrzutek, potomek człowieka i raptora. Pozbawiony wspólnoty i własnej tożsamości, wychowany na ulicy od dziecka musi radzić sobie sam, a ponadto na jego barkach ciąży odpowiedzialność za pojawiające się w zastraszającym tempie młodsze rodzeństwo. Jest samcem alfa swojej rodziny, strażnikiem wąwozu, Casanovą, uczniem liceum i przyjacielem dwóch innych młodych chłopaków, całkiem do niego podobnych, a jednak zupełnie innych.

Ta książka to naprawdę wybuchowa mieszanka – problemy egzystencjalne dorastających chłopców mieszają się z walką o przetrwanie i poszukiwaniem własnego „ja”, nie tylko jako człowiek, ale i jako drapieżnik. To walka z zupełnie ludzkimi pragnieniami i popędami podszeptywanymi przez skrytą gdzieś głęboko gadzią naturę. To nieustanna walka o akceptację społeczeństwa, rodziny i samoświadomość. A jakby tego rodzaju rozterek było mało, to pewna słynna kobieta, która trafi przypadkiem w mało gościnne mury tej niestandardowej twierdzy przynosi ze sobą widmo wojny.

Kontrowersyjne tematy, jak homoseksualizm, czy prostytucja kompletnie blakną przy eksperymentach na ludziach (a nawet na własnych dzieciach!), wykorzystywaniu nieletnich, składaniu krwawych ofiar, czy międzygatunkowych związkach z licznym potomstwem. Kompletna jazda bez trzymanki. Czytelnikowi wydaje się, że już nic nie jest w stanie go zaskoczyć, by chwilę później wstrzymywać oddech za zdumienia. A wykreowana antyutopia z każdą stroną przeraża coraz bardziej.

Jest tu wojna i rzeź, są złamane serca i portowe życie spod znaku czerwonych latarni, jest walka o wolność, tożsamość i rzucanie wyzwania niepokonanemu, jest okrucieństwo najeźdźcy i jedzenie ludzkiego mięsa. Jest nadzieja i jej utrata. Są też takie momenty, kiedy nie miałam zielonego pojęcia o co im wszystkim chodzi i w imię czego właściwie tak strasznie utrudniają sobie życie. Bo motywacje bohaterów bywają przedziwne i zmieniają się jak w kalejdoskopie.

Wiadomo, były momenty, które podobały mi się bardziej, i te, które mniej przypadły mi do gustu. Długo nie rozumiałam na przykład dlaczego właściwie na siłę upchnięto bohaterów do szkoły – dla mnie z zupełności sprawdziliby się jako żołnierze. A tego rodzaju zabiegów – które zyskują sens dopiero gdy mamy obraz całości – jest całkiem sporo. Frustrująco sporo.

Autorka jest prawdziwą sadystką – nie oszczędza ani swoich bohaterów, ani tym bardziej czytelników.

Pomijając kompletny miszmasz tematyczny i koncepcyjny, książka jest napisana w bardzo specyficzny sposób. Teraźniejszość miesza się ze wspomnieniami, a różne perspektywy bohaterów niejednokrotnie się na siebie nakładają. Nie przepadam za pierwszoosobową narracją, ale w przypadku tej powieści nadaje ona historii zupełnie inny wymiar. A kiedy już się człowiek przyzwyczai, to nie sposób przerwać lektury, czyta się jednym tchem.

Dziwna, niestandardowa, zaskakująca. Nie można przestać o niej myśleć, szczególnie, że zakończenie pozostawia mnóstwo niedosytu. Niecierpliwie czekam na drugi tom, i w głębi serca mocno wierzę, że mój ulubiony bohater wcale jednak nie umarł na śmierć i doczekam się jego wielkiego powrotu. Bardzo proszę!

P.S. Nie sposób nie wspomnieć również o opracowaniu graficznym – książka została wzbogacona o trzy kolorowe wkładki z komiksowym przedstawieniem danej sceny. Ta koncepcja przypadła mi do gustu i w ostatecznym rozrachunku było mi tych obrazkowych wtrąceń trochę mało – kiedy już się przyzwyczaiłam, że się pojawiają, one jak na złość przestały się pojawiać. Strasznie spodobał mi się za to gadżet promocyjny, który dostałam wraz z książką – zbiór grafik w formie pliku zdjęć przedstawiających formalne i nieformalne momenty z życia opisanych postaci. Taki intymny wgląd do albumu ten kompletnie niestandardowej, ale jednak rodziny. Fantastyczny pomysł.

Magdalena Pioruńska, Twierdza Kimerydu, Gdynia: Wydawnictwo Novae Res, 2017, 444s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.

Czas na czytanie: „Dynia i jemioła” Aneta Jadowska

Nie jestem wielką fanką opowiadań, ale ta forma idealnie sprawdziła się podczas świątecznych przygotowań – jedno między odkurzaczem, a mopem, drugie miedzy sałatką, a pierogami i ani się człowiek obejrzy, a Wigila przygotowana!

Początkowo nie było mi łatwo wkręcić się w tą książkę, bo z twórczości Anety Jadowskiej znam tylko cykl o Nikicie. Pozostałych bohaterów poznawałam więc od d… dziwnej strony, ale po kilkunastu stronach „Wampira, który ukradł święta” poczułam się w miarę swobodnie i dalej poszło już gładko. A kiedy już dane było mi spotkać takie indywidua jak Dora Wilk, Malina, czy Witkacy  (i to w najbardziej wyjątkowym, bo świątecznym klimacie!), to mam wrażenie, że już nie ma odwrotu. Coś czuję, że szybko nadrobię braki w twórczości autorki, bo przyzywają mnie z bibliotecznych półek jak magnes.

Bo opowiadania są super – nieprawdopodobne, zabawne i z pazurkiem – idealne na odstresowanie przedświątecznej nerwówki. Trochę tu przyprawiającego o próchnicę Halloween, szczypta pachnącego piernikami bożego narodzenia i odrobina upiornego Samhain doprawionego zdrową dawką chinoiserie.

Są wampiry, wilkołaki, przywoływanie demonów, erotyczne anonse, wiedźmy, stwory prosto z piekielnych czeluści, gburowate duchy i uzbrojona po zęby Nikita. Jeśli czegoś tu nie znajdziecie, to tylko nudy.

A wszystko to w wyjątkowo ładnym wydaniu – twarda oprawa i ilustracje Magdaleny Babińskiej robią robotę!

Zazwyczaj blurby na tylnej stronie okładki przesadzają, ale tym razem wyjątkowo się zgadzam – porównanie z pudełkiem czekoladek jest wyjątkowo udane. Nigdy nie wiadomo, co nam się trafi, ale na pewno będzie pysznie!

Aneta Jadowska, Dynia i jemioła, Kraków: Wydawnictwo SQN, 2018, 410 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa SQN.

Czas na czytanie: „Bramy Światłości: Tom 3” Maja Lidia Kossakowska

Nie mam pojęcia jak to się dzieje, to musi być jakiś szósty zmysł, albo siły nieczyste maczają w tym palce, ale za każdym razem, kiedy zdecyduję, że nie kupię już żadnej książki (chociaż do końca roku!), Kossakowska wydaje kolejną część swojego anielskiego cyklu. A ja posłusznie biegnę kucgalopkiem do najbliższego empiku ku synchronicznej rozpaczy mojego portfela i regału wstydu. Bo aniołki zawsze będą miały pierwszeństwo.

W ostatnich recenzjach zauważyłam, że z każdym następnym tomem autorka odchodzi od fabuły na rzecz rozbuchanego opisu, który rozrasta się wręcz do monstrualnych rozmiarów, czego punktem szczytowym był drugi tom Bram Światłości. Tamta książka w całości skupiała się na krwawych przygodach Daimona w malowniczej dżungli, nie mających tak naprawdę wielkiego wpływu na oś wydarzeń i stanowiła coś w stylu przerywnika. Kiedy zobaczyłam grubość tomu trzeciego trochę bałam się powtórki z rozrywki. Jak się okazało zupełnie niesłusznie, bo w ostatniej już części „Zastępów Anielskich” Kossakowska osiągnęła złoty środek – opisy są i mają się dobrze, ale znowu zaczyna się dziać! Ekspedycja dzielnie prze do przodu i nawet udaje jej sie w końcu gdzieś dojść. I wrócić! Podobnie gorąco robi się w Głębi. Mogę śmiało powiedzieć, że jestem ukontentowana, bo dostałam wreszcie to, za czym tak bardzo tęskniłam – dworskie intrygi, dzikie pościgi po miejskich zaułkach i bezwzględną walkę o tron. Razjel zdecydowanie nie ma lekko na tronie Pandemonium.

A w gratisie pojawia się kilka głęboko uduchowionych kazań na temat natury i sensu wiary!

Znowu świetnie się czyta, szczególnie, kiedy ktoś tak bardzo upodobał sobie łechtające wyobraźnię baśniowe opisy, jak ja. Tą wybuchową mieszankę, na którą składają się makabryczny naturalizm, rozwlekły impresjonizmem i spora dawką fantastyki autorka podniosła do rangi sztuki. Tego stylu nie sposób podrobić. O tak, jest w tym sporo z grafomanii, ale w tym raczej dobrym sensie. Bo nie ważne, czy książka ma 300, czy 600 stron, i tak kończy się za szybko.

Jakieś minusy? Praktycznie wszyscy bohaterowie, tańczący dotychczas na krawędzi dwuznaczności, zostali jasno określeni jako heteroseksualni. Ja widziałam tak udane romanse między przyjaciółmi, a to tylko bromance!

Jak zwykle brakowało mi aniołów – tym razem było dużo lepiej, niż ostatnio, ale Michał na przykład nie pojawił się nie razu! Tęsknię bardzo, szczególnie, że to już podobno naprawdę koniec. Taki ostateczny. I nieszczególnie podoba mi się to, co zostało z Gabriela. Ale za Nefera jestem skłonna wybaczyć wszystko inne.

To była świetna przygoda, jedna z moich ulubionych serii. Głęboko wierzę, że jeszcze coś anielskiego przyjdzie mi przeczytać. Może muszę powziąć kolejne mocne postanowienie o niekupowaniu książek, a Pani Kossakowska coś dla mnie z tej okazji napisze?

Maja Lidia Kossakowska, Bramy Światłości: Tom 3, Lublin-Warszawa: Fabryka Słów, 2018, 658 s.