Czas na czytanie: „Za drzwiami pałacu” Cay Garcii

Każda mała dziewczynka, nawet, jeśli planuje karierę astronauty, w którymś momencie beztroskiego dzieciństwa marzy o byciu księżniczką. Piękne pałace, wystawne bale, bajeczne suknie, służba gotowa spełnić każdą twoją zachciankę – niewinne dziecięce marzenia niedające się zrealizować (wyjątek -> patrz. Kate Middleton).

A jednak i w XXI wieku niektórym dziewczynkom trafia się „los na loterii” – rodzą się w rodzinie królewskiej i dostają to, o czym marzą wszystkie inne dziewczynki na całym świecie. Mieszkają w pałacach, trwonią pieniądze, latają na zakupy do Paryża, pomiatają służbą, spędzają czas na wystawnych balach, otaczają się dziełami sztuki. Brzmi zbyt bajkowo, żeby było prawdziwie, zatem i w tej bajce czai się pewien haczyk. Kiedy jesteś księżniczką w Arabii Saudyjskiej mogąc wszystko jednocześnie nie możesz nic. Świat nieograniczonych (jak by się wydawało) możliwości okazuje się być światem szczelnie zamkniętym, podporządkowanym restrykcyjnym zasadom wiary i woli mężczyzny. Bycie księżniczką przestaje być fajne, kiedy twój „książę z bajki” może rozwieźć się z tobą przy pomocy praktycznie trzech słów kilka miesięcy po ślubie, a kosztowne stroje ukrywa się pod ciężkim materiałem abai.

Książka „Za drzwiami pałacu” pozwala czytelnikowi na małe zerknięcie w ten hermetyczny, odizolowany świat. Główna bohaterka, po zrobieniu elitarnego kursu kamerdynerskiego, zostaje zatrudniona jako osobista asystentka księżniczki Arabelli. Spisując swoje wspomnienia ze swojej kilkumiesięcznej przygody w Arabii Saudyjskiej raz na zawsze pozbawiła mnie dziecięcych marzeń o księżniczkowaniu. Bardzo przyjemnie było zatopić się w lekturze i przez chwileczkę stać się uczestnikiem karawany księżniczki podczas wyprawy na pustynię, czy wyobrazić sobie smak wszystkich opisanych dań a potem zamknąć książkę i z powrotem być szarym człowieczkiem bezpiecznym w świecie zachodu. A stosunku do kotów nigdy Arabom nie wybaczę.

Nutka egzotyki na wyciągnięcie ręki, wciąga jak ruchome piaski.

Cay Garcia, Za drzwiami pałacu, Kraków: Znak Literanowa, 2016, 266 stron.

Za przyjemność lektury dziękuje wydawnictwu Znak.

 

Czas na czytanie: „Primabalerina” Doroty Gąsiorowskiej

_20160317_123354.JPG

Pierwszym, co powinno zostać wyraźnie podkreślone i co mnie nieco zaskoczyło, jest fakt, iż to nie jest zła książka. Naprawdę. Mimo, że męczyłam ją i męczyłam i przemęczyć nie mogłam. Ale od początku: Pamiętając „Obietnicę Łucji” pani Gąsiorowskiej, którą miałam przyjemność czytać jakiś czas temu, po „Primabalerinie” nie spodziewałam się fajerwerków, a raczej trochę przesłodzonej, sielskiej historii. Tym razem również zachwyciłam się przeromantyczną okładką i śliczną czcionką – już po niewykończonym egzemplarzu recenzenckim miałam pewność, że to będzie naprawdę ładnie wydana książka. Spodziewałam się lekkiego, babskiego, troszkę naiwnego romansidła i w dużej mierze to dostałam.

Na dzień dobry znielubiłam główną bohaterkę, co nie jest u mnie rzeczą bardzo zaskakującą, jako że bardzo rzadko identyfikuję się z głównym bohaterem, a jeśli jest on kobietą, to już praktycznie nigdy (być może drzemie we mnie mały szowinista). Ale Nina wyjątkowo działa mi na nerwy – śliczna, skromna, zahukana, nieświadoma siebie panna, co chce, a boi się, nijaka, niepewna, ogólnie flaki z olejem. Przez większą część książki miałam nadzieję, że jest to jednak ukryty kryminał i jej przyjaciel – Pozytywny Igor (którego nie sposób było nie polubić) w końcu ją zamorduje. Albo chociaż odbije jej chłopaka (swoją drogą również zupełnie nijakiego z charakteru, choć oczywiście boskiego, bo przecież to babska lektura, więc obiekt westchnień musi być boski). Ale niestety. Zupełnie nie rozumiem, po co mu była ta mimoza.

Ale mimo niechęci do Niny książkę się bardzo dobrze czyta – wciąga, nie jest nudna, pełna plastycznych opisów, z nieco niesamowitą rodzinną historią. Wielki plus za Lwów w tle. Uwielbiam, kiedy akcja książki dzieje się w jakimś magicznym mieście, a autorce doskonale udało się tą magię przekazać. Nigdy nie byłam na Ukrainie, a po tej lekturze naprawdę nabrałam ochoty na wycieczkę.

Dlaczego zatem nie mogłam tej książki domęczyć do końca przez miesiąc? I równie długo nie mogłam nic o niej napisać? Jest jeden duży minus w stylu pisania Doroty Gąsiorowskiej, który niestety mnie odrzuca – autorka czasami odlatuje. Czytam chętnie, całkiem dobrze wciągnięta w fabułę, dialogi, sytuację, opisy aż tu nagle: „Mała wrażenie, że mogłaby się w tym szczęściu zatracić bez reszty, wykąpać bezwstydnie naga jak w środku nieokiełznanego wodospadu”. Jedno kiczowate zdanie wyjęte rodem z babcinego harlequina albo innej Sagi o Ludziach Lodu kompletnie wybija mnie z rytmu. Jedno przesadzone zdanie ni stąd ni zowąd sprawiało, że odkładałam książkę z niesmakiem i przez tydzień nie mogłam się zmusić do kontynuacji lektury. Zwłaszcza, że tego rodzaju „wzniosłe wtrącenia” jakoś zupełnie nie wpisują się w język „Primabaleriny”, choć może trochę pasują do klimatu. Może jestem przewrażliwiona i przesadzam, to w końcu typowo babska lektura i powinnam się tego spodziewać, ale tego typu niespodzianka mniej więcej co sto stron nie pozwoliła uznać mi tej książki za naprawdę przyjemną. Ale to pewnie rzecz gustu.

Dorota Gąsiorowska, Primabalerina, Kraków: Znak Literanova, 2015, 437 stron.

Za możliwość lektury dziękuje wydawnictwu Znak.

Czas na czytanie: „Rachunek”Jonasa Karlssona

Książka, którą polubiłam już od drugiej strony. Zaskakująco szczery portret człowieka, który nie ma wobec życia szczególnych oczekiwań. Choć czytelnikowi niedane jest poznać imienia głównego bohatera, nie sposób go nie lubić – jest do bólu wręcz ZWYCZAJNY. Mieszka w wynajętym mieszkaniu, w którym nie ma nic wartościowego, pracuje na pół etatu w wypożyczalni video (wiadomo jak w dzisiejszych czasach jest to oblegane miejsce, dlatego jednym z najbardziej ekscytujących momentów w godzinach pracy jest zmiana tapety na telefonie), w młodości przeżył niemalże disnejowski romans, jednak bez disnejowskiego zakończenia – wydawałoby się Człowiek-Porażka. Bez majątku, rodziny, kariery, bez zmartwień. Do czasu, kiedy otrzymuje tajemniczy rachunek, który rozliczając go z ilości przeżytego szczęścia opiewa na iście bajońską kwotę. Jak to możliwe, że został najprawdopodobniej uznany za najszczęśliwszego człowieka na świecie? I jak spłacić niebotyczny dług tak naprawdę nic nie mając?

Nie sposób nie zgodzić się z porównaniem do Kafki, jednak w przeciwieństwie do „Procesu”, „Rachunek” daje kopa pozytywnej energii i skłania do refleksji nad własnym nastawieniem do życia. Naprawdę fajna lektura dla zabieganych i przytłoczonych codziennością, szczególnie na wiosnę.

Jonas Karlsson, Rachunek, Kraków: Znak Literanova, 2016, 189 stron.

Za przyjemność lektury dziękuję wydawnictwu Znak Literanova.

Czas na czytanie: „Wiek cudów” Karen Thompson Walker

Jeszcze do niedawna sama o sobie myślałam w kategoriach „młodzieży”, (ale już niestety nie wypada), zatem bardzo chętnie sięgnęłam po książkę kierowaną do młodszych czytelników. Jako osoba, która spędziła dzieciństwo przeżywając przygody z kart książek Juliusza Verne’a, Karola May’a i Zbigniewa Nienackiego, byłam niezwykle ciekawa, na czym obecnie są młodzieży chowane.

Pierwsze wrażenie: Okładka. Jest. Świetna. 6 z plusem dla Pani Magdy Kuc (wymienionej w stopce redakcyjnej, jako osoba, która popełniła projekt takowej) za umieszczenie zielonkawego (niepokojąco zielonkawego, żeby nie napisać „trupio zielonego”) zdjęcia w poziomie – robi świetne wrażenie i już na pierwszy rzut oka mamy wrażenie, że ze światem przedstawionym w tej książce coś będzie bardzo nie tak.

_20160213_110344

Natomiast informacja umieszczona przy dolnej krawędzi okładki, (która zapewne miała być dodatkową zachętą i reklamą) „W przygotowaniu film reżyserki Zmierzchu!” kompletnie do mnie nie przemawia. I już jest mi żal tej pozycji, bo zrobić bardzo mierny film jest bardzo łatwo. A w tej książce na pewno drzemie duży filmowy potencjał – w końcu filmy katastroficzne każdy ogląda z zapartym tchem. Podobnie nie zachęciła mnie zapowiedź z tyłu książki, która skupia się głównie na wątku romantycznym, przez co sięgając po „Wiek cudów” spodziewałam się kolejnego głupiutkiego i naiwnego romansu dla nastolatek.

Okładka okładką, ale treść wciągnęła mnie zaskakująco szybko. I ani przez chwilę nie odniosłam wrażenia, że nie mieszczę się w granicach wiekowych grupy docelowej, do której została skierowana.

Książka jest rodzajem pamiętnika, czy może lepiej: osobistej relacji jedenastoletniej Julii z pierwszych dni, w których zmienia się świat. Jak się szybko okazuje – z pierwszych dni apokalipsy, dziwacznej i niespodziewanej klęski żywiołowej. Świat zaczyna zwalniać. I choć początkowo brzmi to bardzo zachęcająco (No, bo hej! Dłuższa doba – więcej czasu na czytanie!), to szybko mój początkowy entuzjazm zbladł – Ziemia obraca się wolniej, każdego dnia przybywa, pole magnetyczne zaczyna robić dziwne rzeczy – od spadających ptaków, aż po brak ochrony przed promieniowaniem słonecznym. Julia jest cichym obserwatorem zarówno zmian w środowisku naturalnym, jak i w ludziach. Jej relacja dotyka zarówno prób przystosowania się ludzkości do nowych warunków, jak i zmian w ich zachowaniu. Wobec niepewnego jutra i groźby końca czasów dotychczasowe przyjaźnie, uczucia i emocje stoją przed dużym wyzwaniem, o czym młodziutka narratorka szybko przekonuje się na własnej skórze.

Studium dorastania w „ciekawych czasach”. Powolny rozpad znanego porządku i emocje związane z kupnem pierwszego stanika. Moje początkowe obawy związane z tandetnym romansem okazały się być nieuzasadnione. Fascynacja kolegą z sąsiedztwa jest stale obecna w ciągu wydarzeń, ale w sposób zupełnie nienachalny, można zaryzykować stwierdzenie, że kompletnie niewinny, przyjacielski i przez to zaskakująco dojrzały w swojej niedorosłości.

Nie miałam najmniejszego problemu, by utożsamić się z Julią, co zdarza mi się niezwykle rzadko. Zazwyczaj główny bohater, w dodatku płci żeńskiej niezwykle mnie drażni. Tym razem jednak wycofana jedenastolatka, samotna wśród ludzi, milcząca, zamknięta w swoich myślach, niemogąca się odnaleźć wśród rówieśników i niezapraszana na imprezy praktycznie od pierwszych stron skradła moje serce.

Bardzo długo zastanawiałam się jak ta historia może się skończyć. Bo czy mając 300 stron można doprowadzić taką historię do końca? I choć w głębi duszy zawsze tęsknię za trochę cukierkowym, ale jednak szczęśliwym zakończeniem, tak Karen Thompson Walker stanęła na wysokości zadania i koniec jej historii ani trochę mnie nie rozczarował.

Książka była bardzo miłym zaskoczeniem, z całego serca polecam. Moim zdaniem to zdecydowanie bardziej książka katastroficzna niż stricte młodzieżowa, wątek romantyczny występuje jako przyjemne dopełnienie. Trudno porównać mi ją do innych historii, które czytałam, dzięki czemu okazała się być dla mnie swego rodzaju powiewem świeżości. A okładkowe nawiązanie do Zmierzchu (nawet jedynie w osobie reżyserki filmu) jest moim zdaniem wysoce niestosowne.

Karen Thompson Walker, Wiek cudów, Miedzy słowami: Kraków 2016, 299 stron.

Za przyjemność lektury serdecznie dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.

Koniec lenistwa

Listopad sypie liście z drzew, najwyższy czas zakończyć wakacje z dala od komputera. Szczególnie, że aura sprzyja owinięciu się w kocyk z cieplutkim kubkiem herbaty i kotem walczącym dzielnie z laptopem o uprzywilejowane miejsce na kolanach. Czas pisania magisterki się zbliża, zatem należy się spodziewać zwiększonej ilości przeczytanych książek (ani trochę nie związanych z tematem pracy), napisanych recenzji i popełnionych plątanin. Jeszcze tylko zamiotę pustynię i siadam do nauki!

Czas na czytanie: „Jedenaście tysięcy dziewic” Joanny Marat

Uwielbiam czytać książki, które przenoszą mnie do innych rzeczywistości i nieistniejących światów, dzięki którym choć przez chwilę mogę żyć w innych czasach i dalekich krajach. Nie spodziewałam się, że tak przyjemnie będzie zagłębić się w lekturę, której akcja dzieje się wcale nie daleko, bo w moim mieście i wcale nie tak dawno, bo dopiero co.

 DSC_1416  DSC_1358~2

Autorka daje nam chwilowy wgląd, niewielki rzut oka na życiowe zakręty kilku, pozornie niezwiązanych ze sobą kobiet:
– Gosia, która po rozstaniu z mężem alkoholikiem Kubą, szuka szczęścia Wieśkiem – znajomym jeszcze ze szkolnej ławki i mężem Anny.
– Ania – chora na raka nieślubna i niechciana córka cyrkówki zostaje porzucona przez męża. Kocha niebieski kolor we wszystkich odcieniach i swoją pracę badawczą w tematyce „Pięknej Śmierci”, której w Gdańsku przecież dostatek. Odważa się przebić przez szorstką skorupę syna swego promotora i dwukrotnego wdowca – Svena.
– Roma – zakochana w sobie teściowa Gosi, która po życiu pełnym płomiennych romansów na starość zostaje sama, a najlepszym przyjacielem okazuje się być jej były mąż.
– Honorata – za namową przyjaciółki Moniki zmienia swoje życie, zrywa pępowinę i w wieku 40 lat zaczyna układać sobie życie po swojemu.

Ich historie i perypetie ich rodzin są rozciągnięte w czasie, wydają się nie być ze sobą powiązane (a jeśli nawet, to bardzo cienką i słabą nicią). Łączy je samotność, poszukiwanie szczęścia i zagmatwana sytuacja rodzinna, przyjaźnie i animozje. Wreszcie łączą je zupełnie przypadkowe spotkania i zanurzenie w historii i klimacie miasta, które wciąż jeszcze podnosi się gruzów wojny, które zupełnie nagle, ni z tego ni z owego zostało zmuszone do całkowitej zmiany tożsamości i odbudowane jako, paradoksalnie, „od zawsze polskie”. Miasta klimatycznego i nieco upiornego, nad którym wciąż jeszcze wisi widmo „Złotego Wieku” odbijające się w zrekonstruowanych złoceniach kamienic. Miasta zwycięskiego i przegranego. Jednocześnie historycznego i nowoczesnego, wolnego i socjalistycznego, hermetycznie zamkniętego i otwartego na świat, trwającego niezmiennie od tysiąca lat i ulegającego ciągłym zmianom.

Książka dziwna, bo trudna do jednoznacznego zidentyfikowania, niesamowicie wciągająca, a poprzez poruszenie powojennej traumy (tym razem tej będącej w udziale kobiet), od pierwszej strony, robi piorunujące wrażenie.

Joanna Marat, Jedenaście tysięcy dziewic, Warszawa: Pruszyński i S-ka, 2015, 452 strony.

Mój egzemplarz jest nagrodą w konkursie Przeglądu czytelniczego, jeszcze raz dziękuję za wyróżnienie!