Bajki Majki: „Sekret pustej książki” Marta Kucharz

Jak zachęcić dziecko do czytania? Interaktywnie! Zagadkami, tajemnicami i literackimi podchodami.

Kiedy Hania, z powodu przeprowadzki, otrzymuje w spadku po poprzednich właścicielach olbrzymi regał od góry do dołu wypełniony książkami, jest daleka od zachwytów. To w końcu raczej średnia atrakcja dla kogoś, kto nie lubi czytać. Z tego samego powodu jedyna sąsiadka w wieku zbliżonym do Hani wydaje się strasznie nudnym materiałem na przyjaciółkę – całymi dniami nic, tylko siedzi z nosem w książce. Takie nastawienie może zmienić tylko jakieś niezwykłe zdarzenie. Albo przygoda! A taką właśnie zapowiada zagadka odnaleziona w jednym z wiekowych tomów. Zagadka, do której rozwiązania przyda się oczytana znajoma, jej aportujący kot i… zdziwaczała staruszka z sąsiedztwa? Tajemniczy liścik prowadzi do kolejnego i jeszcze następnego, a na końcu tej zakręconej drogi ma czekać skrzynia ze skarbem!

Niedługa, intrygująca i bardzo pomysłowa historia poruszająca uniwersalne tematy, jak obawy związane ze zmianą środowiska, lęk przed odrzuceniem i przyjaźń – nie tylko między rówieśnikami. To po prostu międzypokoleniowe czytelnicze podchody!

To świetna propozycja dla dzieci, które radzą już sobie z samodzielnym czytaniem, ale jeszcze nie tak płynnie, by porywać się na powieść standardowego formatu. „Sekret pustej książki” budową przypomina kultowe książeczki o Hani Humorek, czy Koszmarnym Karolku – szczególnie pod względem sporej, wygodnej czcionki o dużej interlinii i krótkich rozdziałów bogato przetykanych ilustracjami. Jest jednak od nich bardziej atrakcyjny wizualnie. Wydanie jest wyjątkowo ładne – w twardej oprawie, na błyszczącym papierze, z kolorowymi ilustracjami Elżbiety Moyski, które wyjątkowo przypadły mi do gustu.

Ciekawa, pomysłowa, ładna i dostosowana do potrzeb czytelnika stojącego na progu swej wielkiej książkowej przygody. Naprawdę warta uwagi, świetnie sprawdzi się jako prezent dla dziecka, które chcemy zarazić czytelniczą pasją.

Marta Kucharz, Sekret pustej książki, Kraków: Wydawnictwo Skrzat, 2019, 105 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Skrzat.

Bajki Majki: „Srebrny dzwoneczek” Emilia Kiereś

Ilustracje Małgorzaty Musierowicz są na tyle charakterystyczne, że nie sposób podświadomie nie kojarzyć ich z „Jeżycjadą”. A tego rodzaju analogie wysoko stawiają autorowi poprzeczkę! Okazuje się jednak, że Emilia Kiereś bardzo dobrze daje sobie radę z tym porównaniem tworząc pełną ciepła, bardzo spokojną historię dla młodych czytelników.

Cichutka, siedmioletnia Marysia po raz pierwszy ma spędzić wakacje bez rodziców – już wkrótce na świecie pojawi się jej braciszek, więc przyszła starsza siostra wyjeżdża do wiejskiego domku ukochanej cioci, by dać rodzicom nieco wytchnienia przed nowymi wyzwaniami. Ale powiększenie rodziny to nie jedyna wielka zmiana, która czeka naszą bohaterkę. We wrześniu dziewczynka rozpoczyna naukę w szkole, co samo w sobie ma prawo być nieco niepokojące. A kiedy jest się raczej nieśmiałym, konieczność nawiązania nowych znajomości potrafi spędzić sen z powiek. Szybko jednak okaże się, że wakacje to idealny czas na naukę oswajania przyjaciół…

Ciepła i sympatyczna opowieść o nieśmiałości, trudnościach w nawiązywaniu kontaktów i przyjaźni, która – podobnie jak rośliny – często potrzebuje sporo czasu i jeszcze więcej starań, by rozkwitnąć. Nie ma tu żadnych wielkich traum i dramatów, są za to pozornie prozaiczne lęki i niepokoje, którym dzieci muszą stawać czoła co dnia – adaptowanie się do nowego otoczenia, ciągłe zmiany, strach przed odrzuceniem. To piękny przykład na to, że wakacyjna przygodna wcale nie musi zmrażać krwi w żyłach, by być wartą zapamiętania.

Pełna plastycznych opisów i magicznych bohaterów, delikatna jak dźwięczenie dzwoneczka na wietrze, pachnąca plackiem z rabarbarem, przywodząca na myśl dotyk trawy pod bosymi stopami i przesuwające się pod dłonią, nieco szorstkie kocie futerko.

Jedna z książek skrojonych idealnie na wakacje, lub przypominających ich smak zimną jesienią. Ze względu na objętość tekstu – już dla nieco większych, wczesnoszkolnych czytaczy. I chociaż 136 stron czynią ze „Srebrnego dzwoneczka” całkiem poważną lekturę, całkiem spora czcionka, krótkie rozdziały i przerywniki w postaci rozkładówek z rozmalowanymi, akwarelkowymi ilustracjami w bardzo wakacyjnym klimacie sprawiają, że to wyjątkowo przyjazna lektura. Szczególnie, że twarda oprawa ochroni wnętrze przed trudami niejednego letniego wojażu.

Emilia Kiereś, Srebrny dzwoneczek, Łódź: Wydawnictwo Akapit Press, 2015, 136 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Akapit Press.

Bajki Majki: „Bajki Pani Basi”, Barbara Delimat + KONKURS

Przychodzę do Was dzisiaj z piękną historią – pewna pani napisała kiedyś króciutką bajkę dla swoich córek. Lata później tą samą bajkę pokochały również jej wnuczki. Z jednej bajeczki zrobiły się dwie, później trzy i cztery. A kiedy i wnuczki dorosły, pojawił się pomysł, by twórczością mamy i babci – Pani Basi – podzielić się również z innymi dziećmi. Znalazły uzdolnioną ilustratorkę, której pracy dodały opowieściom magii i wspomogły wyobraźnię. Wspólnymi siłami udało im się wydać niewielki nakład czterech sympatycznych, bajkowych historii, mniej lub bardziej magicznych, pełnych ciepła i delikatnego uroku.

Wszystkie książeczki zostały wydane w wyjątkowy sposób – są wielkości A4, ale w orientacji poziomej, co bardzo korzystnie wpływa na odbiór ilustracji. Ze względu na miękki papier, rekomenduję je już nieco bardziej wprawionym czytaczom, albo pod czujnym okiem rodzica.

DSC_0472.jpg

„Przygody Krasnala Kichusia”, czyli ta, od której wszystko się zaczęło, to ślicznie zilustrowana, króciutka opowieść o leśnym krasnalu, znanym nie tylko z uprzejmości i przyjacielskiego stosunku do sąsiadów, ale również z pewnej specyficznej przypadłości – naprawdę solidnych kichnięć, od których las trzęsie się w posadach! Nigdy nie zgadniecie co się stało, kiedy pewna psotna mucha postanowiła spłatać naszemu bohaterowi figla i, wlatując mu do nosa, skłoniła biedaka do nieprzerwanego kichania. Czy przyjaciele zdołają uwolnić Kichusia od pasażerki na gapę?

Tekst tej bajeczki łatwo wpada w ucho – jest melodyjny, a rymy należą do tych prostych, dobieranych niemalże intuicyjnie i dzięki temu łatwych w odbiorze nawet dla malutkiego odbiorcy. Tekstu nie ma wiele – prym zdecydowanie wiodą tu barwne, rozmalowanie ilustracje, które wraz z zabawną, rytmiczną treścią przypadną do gustu już najmłodszym przedszkolakom. A jeśli jakiś maluszek nie ma niszczycielskich ciągot do stron z cienkiego papieru, to moim zdaniem spokojnie można czytać ją i młodszym molikom.

Barbara Delimat, Agnieszka Strzelecka-Ślęzak, Przygody Krasnala Kichusia, wydanie prywatne 2016, 13 s.

Ulubiona książeczka Majki (głownie ze względu na spory udział kocich bohaterów) – „Babcia Mania” zabiera czytelników na wycieczkę na wieś, gdzie mogą poobserwować nieco sielskiego życia. A to nie jest nudne ani trochę! Babcia Mania ma wielkie serce i w jej zagrodzie zawsze można znaleźć pomoc w potrzebie, pełną miskę i suchy kąt. Dlatego też to gospodarstwo tętni życiem – gołębie, wróbelki i inne ptactwo zlatuje się na okruszki, słoninkę i ziarenka, ranne leśne zwierzęta przychodzą po leczenie, a samotna kotka znajduje tu swój dom. To pełna domowego ciepła, cierpliwości i wyrozumiałości opowieść o otwartym sercu i pomaganiu sobie wzajemnie.

Jest to już bardziej obszerna książeczka, nie tylko dłuższa, ale również o większej objętości tekstu. Choć delikatne ilustracje wciąż pełnią tu bardzo ważną rolę, zajmują jedynie jedną stronę, druga w całości poświęcona jest treści, tym razem opowieści pisanej prozą.

A na samym końcu na czytelników czeka mała niespodzianka – miejsce, gdzie mogą upiększyć swoją książeczkę ozdabiając ją własnym portretem Babci Mani i jej przyjaciół.

Barbara Delimat, Agnieszka Strzelecka-Ślęzak, Babcia Mania, wydanie prywatne 2017, 27 s.

Niedługa książeczka „Bazyli w podróży”, czyli wakacyjna przygoda krasnala Bazylego, to tak naprawdę przewodnika po Wrocławiu dla małych odkrywców. A właściwie przewodnik po wrocławskich krasnalach – nie miałam pojęcia, że jest ich tak wiele! Bazyli dostaje zaproszony w odwiedziny do kuzyna Bazylego, który wraz z resztą rodziny zamieszkuje wrocławskie uliczki, zaułki i fontanny. Krewniacy prześcigają się w pomysłach dokąd najpierw zabrać gościa i jaki rodzaj aktywności zainteresuje go najbardziej – zwiedzanie zabytków, Ogród Botaniczny, dzielnica artystów, a może drzemka na parkowej ławce? Na każdą atrakcję znajdzie się chwila!

Choć to sympatyczni, brodaci przyjaciele oprowadzają nas po mieście, nie sposób nie docenić cudnych ilustracji, równie istotnych przy wyobrażaniu sobie odwiedzanych miejsc. Szczegółowe, klimatyczne akwarele dodają miastu nutkę bajkowości – tak pasującą do niezwykłych bohaterów tej opowieści. Podobnie jak nieoczywiste, znacznie trudniejsze, niż w przypadku pierwszej krasnoludkowej bajki, rymy i stylizowany szyk zdania.

Barbara Delima, Agnieszka Strzelecka-Ślęzak, Bazyli w podróży, wydanie prywatne 2017, 13 s.

Najnowsza i najobszerniejsza jak dotąd bajka Pani Basi – „Jaś Nie” to zdecydowanie moja faworytka. Może dlatego, że zachowanie głównego bohatera czasem kogoś mi przypomina?

Jaś to gagatek jakich mało – jego najulubieńszym na świecie słowem jest „nie”, szczególnie gdy chodzi o pomoc mamie, słuchanie dobrych rad, czy dzielenie się zabawkami. Uwielbia też robić na przekór, a każdy z nakazów i zakazów opiekuńczych rodziców to nieoparta pokusa, by robić na przekór. Jaś nie wie jeszcze, że słowa rodziców powodowane są troską o jego bezpieczeństwo, a zakazy i zabezpieczenia broniące dostępu do studni, czy maszyn w garażu mają za zadanie go chronić. Jednak już wkrótce to zrozumie, gdy tylko wymknie się niepostrzeżenie przez niedomkniętą furtkę. A w lesie bardzo łatwo się zgubić…

Barbara Delimat, Agnieszka Strzelecka-Ślęzak, Jaś Nie, wydanie prywatne 2018, 29 s.

Więcej o Bajkach Pani Basi możecie przeczytać na jej stronie internetowej, a niedługo również na budowanym dopiero profilu na Instagramie. Również tam można dokonać zakupu – cena jest symboliczna, a ze względu na mały nakład bajeczki mają szansę stać się niedługo białymi krukami.

Możecie również spróbować swoich sił w KONKURSIE.

Dzięki uprzejmości autorek mam dla was cały zestaw Bajek Pani Basi do wygrania. Wystarczy napisać o jakim bohaterze chcielibyście przeczytać bajkę i dlaczego. Konkurs trwa od dziś do 15.08, wyniki zostaną ogłoszone w przeciągu dwóch dni.

Wzięcie udziału w konkursie jest równoznaczne ze zgodą na udostępnienie (drogą mailową) danych niezbędnych do wysyłki nagrody oraz przekazanie ich sponsorowi konkursu.

Bajki Majki: „My first Body book” Matthew Oldham, Tony Neal

Czytacie dzieciom w języku angielskim? Majka kiedyś nie lubiła słuchać książeczek po angielsku, ale odkąd chodzi do dwujęzycznego przedszkola nie widzi już różnicy ani w przypadku czytania, ani oglądania bajek – raz wybiera polski, innym razem angielski. Książeczki w oryginale wybieram rozsądniej, niż polskie, głównie ze względu na wyższą cenę, i zazwyczaj sięgam po tytuły, których nie można już zdobyć w tłumaczeniu (jak czteropak „Guess How Much I Love You” z porami roku) albo te, które są po prostu tak świetnie wydane, że nie można im się oprzeć. W tym drugim zdecydowanie przoduje brytyjskie wydawnictwo Usborne.

O Majkowej fascynacji ludzkim ciałem pisałam już jakiś czas temu przy okazji fantastycznej drewnianej układanki, i melduję, że to zainteresowanie nie mija. Nie mieliśmy jednak dotychczas żadnej książeczki, która podchodziłaby do tego tematu poważniej i doroślej, niż maluszkowe „Nasze ciało” Hectora Dexet. A przecież na stanie już poważny przedszkolak z poważnymi pytaniami. W które „My first body book” wpisuje się świetnie.

Nie ukrywam, że książeczka, która byłaby idealnie dopasowana do wieku i możliwości poznawczych mojej trzyipółlatki, w języku angielskim jest pewnym wyzwaniem. Również dla mnie, bo dotychczas jakoś nigdy nie zastanawiałam się nad angielską nazwą rzepki, goleni, czy strun głosowych. Ale czy może być lepszy sposób nauki nowych pojęć i odkrywania świata, niż robienie tego od razu w obu językach? W końcu polskie określenia w większości też są dla niej nowe.

Początkowo byłam nieco rozczarowana mało realistycznym przedstawieniem człowieka, ale już w czasie pierwszej, jeszcze samodzielnej lektury odkryłam, że w ten sposób wszystkie przedstawione w książce postacie są bardziej ideami (a każde skojarzenie z Platonem przybliża mnie do szczęścia) niż bohaterami. Stanowią tło dla opisywanych organów i zjawisk, pozwalając im błyszczeć na pierwszym planie. Bardzo zręczny zabieg, lubię to.

Mimo prostej formy opartej w zdecydowanej większości na nieskomplikowanych ilustracjach i towarzyszących im króciutkich podpisach, w tej książce jest niemal wszystko – maluch nie tylko dowie się z jakich części i układów składa się ciało człowieka i za co one odpowiadają, ale przeczyta również o różnicach i podobieństwach miedzy ludźmi, dbaniu o zdrowie (och, jak bardzo jestem wdzięczna za przypomnienie o konieczności mycia się i rzeczowego objaśnienia mojej skumulowanej energii po co właściwie ludzie muszą spać!), czy procesach dorastania i starzenia się. Na końcu czeka również kilka zaskakujących ciekawostek. Wiedzieliście na przykład, że w ciele przeciętnego człowieka jest tyle wody, że wystarczyłoby do napełnienia mniej więcej 190 szklanek?

Jeśli czegoś mi zabrakło, to tylko układu rozrodczego – jego budowy i funkcji. Szczególnie, ze tematyka bobasa w brzuchu w majkowych pytaniach pojawia się dość często.

Za to to pierwsza książeczka dla maluchów, jaka trafiła w moje ręce, w której pojawia się aparat słuchowy, inhalator, czy rozmawianie z innymi o swoich problemach jako sposób dbania o siebie i o swoje samopoczucie.

A wszystko to w atrakcyjnym i wytrzymałym wydaniu – książka jest w dużym, ale wciąż poręcznym formacie. Śliskie, tekturowe strony łatwo poddają się dziecięcym paluszkom, a zaokrąglone rogi kartek i twardej oprawy zwiększają bezpieczeństwo użytkowania. Żywe kolory, łatwe do zrozumienia schematy, posługiwanie się językiem adekwatnym do możliwości poznawczych maluszka i logiczny, przejrzysty układ książki są jej kolejnymi zaletami. To jedna z tych pierwszych encyklopedii, które posłużą dłużej – zainteresują już trzylatka i jeszcze nie zanudzą sześciolatka. W końcu budowa mózgu to świetna sprawa dla młodego odkrywcy!

Matthew Oldham, Tony Neal, My first body book, London: Usborne, 2019, 30 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Dreambooks.pl.

Bajki Majki: „Róże w garażu” Agnieszka Tyszka

Czy kiedy obiecane wakacje w Grecji nie dochodzą do skutku, wyjazd za miasto może okazać się atrakcyjną alternatywą? Jak najbardziej, ale tylko jeśli na działce obok, w różowym garażu obrośniętym różami mieszka… no właśnie, kto? Czarownica? Bajkowa Baba Jaga? A może mało towarzyski mechanik samochodowy?

Czy to możliwe, że wszystkie czarne koty kręcące się po zaniedbanej działeczce za płotem same karmią się whiskasem? Cukierki same pojawiają się na płocie, a pod krzakami róż rosną lizaki w kolorowych papierkach?

Lato to czas zabawy i nieograniczonej fantazji. Niewiele trzeba, by stać się Indianinem, badaczką, treserką niewidzialnych tygrysów, piratem, architektem pałaców dla ślimaków, czy nowojorskim detektywem. W końcu nuda jest najlepszą przyjaciółką wyobraźni. A jeśli pozornie zwyczajnym sytuacjom tajemniczości dodadzą nie do końca wytłumaczalne szczegóły, Grecja szybko odejdzie w zapomnienie. W końcu nie każdym wakacjom towarzyszą przygody rodem z książek!

Przekonują się o tym dwie wielodzietne rodziny, w których mamy – najlepsze przyjaciółki jeszcze z czasów szkoły zakonnej – kupiły mały domek z działeczką. Sześcioro narratorów o najróżniejszych zainteresowaniach i w różnym wieku (od niemalże niemowlaka, przez rezolutne przedszkolaczki, aż po „dorosłą” i „nowoczesną” młodszą młodzież) wspólnymi siłami, choć każdy w swoim niepowtarzalnym stylu, opowie czytelnikowi o tym, co zdarzyło pewnego niesamowitego lata.

A pomogą im w tym przesympatyczne, tęczowo kolorowe ilustracje, które od czasu do czasu zajmują całe strony książeczki, a jeśli nie, to wciskają się między spory, wygodny na poczatkującego czytelnika tekst jak tylko mogą – choćby jednym ptaszkiem, kotkiem, czy ślimaczkiem.

Spakujcie do kieszeni trochę czosnku i latarkę, na szyi powieście niebieskie koraliki, a pod pachę chwyćcie pluszowego dziobaka. Tak wyposażeni otwórzcie książkę – jesteście gotowi na przygodę!

Pamiętajcie, że magia może kryć się w najzwyklejszej nawet historii. Trzeba tylko umieć ją dostrzec!

Agnieszka Tyszka, Róże w garażu, Łódź: Wydawnictwo Akapit Press, 2019, 125 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Akapit Press.

Bajki Majki: Nauka liter i cyfr – książki i gadżety

Majka jest już przedszkolakiem pełną gębą i coraz poważniej podchodzimy do koncepcji poznawania liter i cyfr oraz nauki pisania, czytania i liczenia. Oczywiście wszystko bardzo stopniowo i poprzez zabawę, nastawiając się raczej na same przyjemności – ksiązeczki, gry i inne atrakcyjne pomoce naukowe, tak dalekie od wkuwanie literek i odpytywania z pamięci. Najchętniej w pięknej oprawie graficznej, bo powszechnie wiadomo, że dziecko musi mieć konkret – nie ma pojęcia ile jest 3-1, ale jeśli ma obiecane trzy bajeczki, a jedna już się skończyła, to doskonale wie, ile jeszcze zostało. Nieszczególnie znam się na tych wszystkich metodach nauczania maluchów, staram się więc po prostu oswoić Majkę z literkami i rozbudzić jej ciekawość. Okazuje się, że mnóstwo książek, układanek, czy książeczek z zadaniami pomaga mi w tym na co dzień. Z przyjemnością je więc wspólnie polecamy!

Książki:

„Od 1 do 10” Oli Cieślak to pierwsza książeczka o tej tematyce, która znalazła się w naszych zbiorach. Niewielka i całokartonowa trafiła w lepkie rączki Bobasy, kiedy ta miała zaledwie nieco ponad pół roku. I przeżyła w zaskakująco dobrym stanie, co samo w sobie świadczy o jakości wykonania. Nieco abstrakcyjne, „bazgrołkowate” ilustracje i krótkie, wpadające w ucho rymowanki ze zwierzątkami w roli głównej ślizgające się po granicy absurdu – idealnie wpasowały się w moje poczucie humoru. Podobno recenzje tej książeczki są bardzo różne, ale ja jestem bardzo na tak i polecam mocno!

Aleksandra Cieślak, Od 1 do 10, Warszawa: Wydawnictwo Dwie Siostry, 2014, 22 s.

Kolejnym naszym wyborem na książki oswajające z literami i cyframi zupełnego jeszcze maluszka, stały się całokartonowe, wielkoformatowe pozycje „Mój pierwszy alfabet. Słowniczek obrazkowy” i „Moje pierwsze liczby. Książeczka obrazkowa”. W pierwszej z nich każdą stronę zajmuje olbrzymia litera, a wogół niej umieszczono przedmioty i zwierzęta zaczynające się na daną literę. Drugą podzielono na rozkładówki – na jednej stronie umieszczono cyfrę wraz z jej wartością „w kropkach”, na drugiej zaś po cztery różne przykłady ilustracji odpowiadającej danej cyferce. Przy trójce są zatem trzy robaki, trzy lisy, trzy psy i trzy grzybki. Ostatnie strony zajmuje małe podsumowanie – cyfry od 1 do 10 wraz z ich odniesieniem w obrazkach i proste przykłady dodawania.

Książki okazały się naprawdę wytrzymałe, bo służą nam już dobre dwa lata i właściwie tego po nich nie widać. Są dość ciężkie, ale świetnie nadają się do oglądania na podłodze, a grube strony, wygodne do obracania, żywe kolory i uśmiechnięci, zwierzęcy bohaterowie zachęcają do samodzielnej lektury. A solidna, twarda oprawa i zaokrąglone rogi gwarantują bezpieczeństwo – i książki i malucha.

Beata Białogłowska-Piwko, Mój pierwszy alfabet. Słowniczek obrazkowy, Ożarów Mazowiecki: Wydawnictwo Olesiejuk, 2017, 26 s.

Anna Wiśniewska, Beata Białogłowska-Piwko, Moje pierwsze liczby. Książeczka obrazkowa, Ożarów Mazowiecki: Wydawnictwo Olesiejuk, 2017, 26 s.

W pierwszych próbach liczenia towarzyszyła nam pozycja Anity Bijsterbosch „Gdzie jest konik morski?”. Osią fabuły uroczej książeczki dla najmłodszych jest sytuacja, która mogła zdarzyć się tylko ojcu – konik morski zgubił jedno ze swoich dzieci. Rozpoczyna zatem szeroko zakrojoną akcję poszukiwawczą przetrząsając zakamarki morskich głębin i prosząc o pomoc każde napotkane stworzenie. Towarzysząc mu w poszukiwaniach zaginionego synka, mały czytelnik poznaje różnorodne morskie zwierzątka i utrwala liczenie do dziesięciu.

To nieskomplikowana, ale wciągająca historia za którą równie łatwo nadążyć, co się w nią zaangażować. Pomagają w tym przepiękne ilustracje, które przywodzą nieco na myśl perfekcyjnie wykonaną wycinankę-wyklejankę. Wspaniałe kolory – żywe, choć dalekie od podstawowej palety, duża szczegółowość przy jednoczesnym zachowaniu prostoty i przejrzystości ilustracji, budzący sympatię, uśmiechnięci bohaterowie. A do tego lekko usztywnione strony i okienka – oto klucz do sukcesu.

Bardzo lubię książeczki dla dzieci, w których bohaterem jest konik morski – nie oszukujmy się, tatusiowie wciąż są traktowani nieco „po macoszemu” jeśli chodzi o opiekę nad dziećmi, a przecież sprawdzają się w tym świetnie. Chyba, że akurat gubią jedną z pociech :D Jednak jak by nie patrzeć, z tatą nie można się nudzić! A książka Anity Bijsterbosch pełna jest tatusiów trzymających pieczę nad swoją dziatwą (podczas lektury zawsze czuję się  jak na placu zabaw w sobotni poranek), którzy wspólnie szukają zaginionego konika morskiego, jak na facetów przystało, bardzo skrupulatnie – za kamieniami, muszlami i wodorostami, a nawet za lampką ryby-żeglarza.

Podobnie jak w przypadku historii Pana Hilarego i jego okularów, zguba znajduje się tam, gdzie powinniśmy byli zacząć szukać ;)

Anita Bijsterbosch, Gdzie jest konik morski?, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2016, 28 s.

„Liczymy razem” Matsumasa Anno to wybitny przykład książki obrazkowej do nauki liczenia, przemyślana w każdym calu. Składa się z 13 plansz odpowiadających dwunastu miesiącom. Pierwsza z nich, przedstawiająca bliżej niezidentyfikowany zimowy krajobraz, jest zupełnie pusta – odpowiada cyfrze 0. Na kolejnej pojawiają się pierwsze obiekty – dom, narciarz, dziecko lepiące bałwana, słońce, chmura, samotne drzewo, czy ptak, a w miarce obok ilustracji umieszczony został pierwszy klocek. Na kolejnej stronie widzimy tą samą przestrzeń uzupełnioną o kolejne elementy – obok domu pojawia się kościół, którego zegar pokazuje drugą godzinę, przy choince rośnie druga, wcześniej wydeptana ścieżka zostaje utwardzona i rozchodzi się w dwie strony, dwaj kierowcy ciężarówek dyskutują na poboczu, dwoje dzieci goni dwa zajączki. A śnieg powoli topnieje. Na następną stronę zawędrowała już wiosna – troje dzieci niesie trzy kwiatki, trzy łodzie płyną rzeką, pojawia się również kolejny budynek i drzewa. W miarce po lewej stronie obrazka piętrzą się już trzy klocki.

W ten sposób maluchy mają możliwość nie tylko nauczyć się liczyć, ale przede wszystkim śledzić roczny cykl życia przyrody raz przyjrzeć się stopniowemu rozwojowi niewielkiego miasteczka. Zupełnie przypadkiem dziecko oswaja się również z zegarem i powoli (wraz z przyswajaniem cyfr) uczy się odczytywać z niego godziny. A wszystko to bez wykorzystania tekstu, bo jedynym środkiem przekazu są tutaj barwne plansze z delikatnymi akwarelowymi obrazkami.

Sam tekst pojawia się dopiero na ostatnich stronach i jest przeznaczony dla rodziców. Wytłumaczono w nim zastosowaną w książce regułę „jeden do jednego” i same początki liczenia, o czym rodzic może następnie opowiedzieć dziecku.

Matsumasa Anno, Liczymy razem, Toruń: Wydawnictwo Tako, 2019, 28 s.

„10 psotnych kotków” to książeczka-pamiątka jeszcze z mojego dzieciństwa, ale jej mechanizm jest ponadczasowy. Banda kociaków rozłazi się w zaskakująco szybkim tempie przy okazji ucząc dziecko odejmowania – jedno z kociąt zainteresuje motylek, i już z dziewięciu kotków mamy osiem. Kolejny pobiegnie za myszką, więc nagle kociaków mamy siedem… i tak dalej. Dopiero obietnica kolacji pomoże znów zebrać je wszystkie w jednym miejscu. To jedna z moich najukochańszych pozycji – zarówno ze względu na przepiękne ilustracje, wytrzymałą tekturę, która przetrwała już miłość trojga dzieci jak i sentyment. Z pewnością można jednak znaleźć obecnie niejeden tytuł oparty na tym samym schemacie.

Wolfgang Schleicher, 10 psotnych kotków, Zielona Góra: Wydawnictwo E. Jarmołkiewicz, 1997, 18 s.

Nieco inny pomysł przyświecał twórcom kartonowej wyszukiwanki „Peppa Pig. Poszukaj i znajdź”. Każdej planszy z pełnym szczegółów obrazkiem towarzyszy ściąga z wpisanymi przedmiotami, które należy odnaleźć i policzyć. Poza ćwiczeniem liczenia i oswajaniem się z cyframi, tego rodzaju zabawy to świetny trening spostrzegawczości, cierpliwości i skupiania się na zadaniu. A bohaterowie ulubionej bajki stanowią dodatkową zachętę i przykuwają uwagę malucha na dłużej.

Peppa Pig. Poszukaj i znajdź, Warszawa: Media Service Zawada sp. z.o.o, 14 s.

Natomiast wyjątkowo zaawansowanej matematyki dla przedszkolaków posmakować można w wyjątkowo zabawnej pozycji duetu Kes Gray & Jim Field (którego ilustracje pokochaliśmy już w książkach „Koala, który się trzymał” i „Mysz, która chciała być lwem”) „Ile mamy nóg?”. Pod niewinnym pretekstem zliczenia odnóży gości przybywających na przyjęcie – a goście są cokolwiek nietypowi!) nie tylko przekraczamy dziesiątki, ale i setki!

Kes Gray & Jim Field, Ile mamy nóg?, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 32 s.

Dla odmiany „Piąte przez dziewiąte” Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel i Wojciecha Widłaka pozwala odkryć ludzką twarz matematyki. To dziesięć króciutkich historii o dziesięciu cyfrach. A każda z nich ma swój własny charakter, problemy i przygody – zero ma znamiona depresji i kompleks mniejszości, jeden samotny wędrowiec w lesie to zwiastun kłopotów przygody, we dwoje raźniej, choć nie zawsze symetrycznie, trójka to cyfra iście bajkowa, z czwórką lepiej nie zadzierać, piąte też się czasem przydaje, szóstka czuje miętę do dwójki, siódemka nie zawsze jest cudem świata… i tak dalej.

Są wiewiórki, jamniki, chomiki, smoki, lwy, koty… cała menażeria. Są rycerze i bajkowe śluby, uczty, ośmiornice i żyli długo i szczęśliwie.

Roksana Jędrzejewska-Wróbel, Wojciech Widłak, Piąte przez dziewiąte, Gdańsk: wydawnictwo Adamada 2018, 52 s.

Podobny pomysł narracyjnego podejścia – ale tym razem do literek – miała Katarzyna Marciniak, w książeczce „Alfabet wśród zwierząt”. W tym przypadku każdą literę kojarzymy ze zwierzęciem K klasycznie z kotem, L z lwem, a S ze stonogą. Każdemu zwierzęciu zaś poświęcono przezabawny, melodyjny, wpadający w ucho wierszyk otoczony bajecznymi ilustracjami. To jeden z tych przykładów aktywności, w której wiedza wchodzi do głowy w sposób zupełnie niezauważony.

Katarzyna Marciniak, Alfabet wśród zwierząt, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2016, 48 s.

Książeczki z zadaniami:

Teoria teorią, nie zapominajmy jednak o ćwiczeniach praktycznych! Bo przecież poznawanie liter i cyfr to nie tylko rozpoznawanie ich na obrazkach, ale również pierwsze próby pisania! Ćwiczenie rączki, szlaczki i koślawe, poprzedzone setkami prób i błędów, ale już najprawdziwsze literki łączone pomału w proste słowa. W tych ćwiczeniach niezastąpione będą książeczki z zadaniami – atrakcyjne dla dziecka, pożyteczne ze względu na swój potencjał edukacyjny i ze względu na niewielki format idealne do torebki – świetnie sprawdzą się w podróży, czy podczas oczekiwania na posiłek w restauracji. Wybór tego rodzaju zeszytów ćwiczeń jest ogromny, przetestowaliśmy ich już mnóstwo, a wydaje się, że to wciąż kropla w morzu. Oto najciekawsze propozycje:

„Zwierzaki alfabeciaki. Kolorowanki dla dzieci z wierszykami i naklejkami” Tomasza Parnasa to swego rodzaju etap przejściowy między książeczką do czytania, a aktywnością. Podobnie jak w „Alfabecie wśród zwierząt” każdej literce przyporządkowano zwierzątko, któremu poświęcono króciutki wierszyk. Wierszykowi towarzyszy kolorowanka, a na koniec należy dopasować naklejkę z literką i zwierzątkiem.

Zupełnym maluszkom bardzo polecam tytuł z naszej ulubionej serii książeczek z naklejkami – „Obrazki dla najmłodszych. Naklejanki” towarzyszą nam (pod nadzorem bardzo uważnego rodzica!) odkąd Bobasa skończyła rok. Naklejanie naklejek to w końcu jedno z pierwszych zadań ćwiczących sprawność manualną małych paluszków, jeszcze zanim sięgniemy po ołówki i kredki. Jeden z trudniejszych tytułów tej serii poświęcony jest cyfrom.

Do ćwiczenia nieco bardziej precyzyjnych ruchów rączką zachęca seria „Maluch poznaje…” wydawnictwa Aksjomat. Przetestowaliśmy „Litery” i „Cyfry” i są to chyba najulubieńsze książeczki z zadaniami Majki. Ze względu na śliską powierzchnię są wielokrotnego użytku – zarówno jeśli chodzi o zmazywalny pisak, którym się je wypełnia, jak i naklejki, które dają się kilkukrotnie odklejać – może nie w nieskończoność, ale spokojnie można poprawić, jeśli coś wyjdzie krzywo. Uwaga! Do tej serii nie dołączono pisaka, trzeba więc zaopatrzyć się w niego na własną rękę, albo wykorzystać taki z  innego zestawu.

Na przykład z książeczek „Literki. Piszę i zmazuję” i „Cyferki. Liczę i zmazuję”. Te tytułu skierowane są już do nieco bardziej zaawansowanych przedszkolaków, którzy, opatrzeni już nieco z literami i cyframi, składają je w pierwsze słowa i równania. Tutaj na dziecko czeka więcej pracy, książeczka wymaga więc nieco większej umiejętności skupienia, wciąż jednak próby wspierane są przez pomocnicze wykropkowania, a dzięki śliskiej powierzchni stron łatwo można zmazać i poprawić ewentualne błędy.

Bardzo ciekawą opcją są dwie serie wspierające przyswajanie literek i cyferek, które – poza nielicznymi kolorowankami – w ogóle nie wymagają użycia przyborów do pisania. Cała nauka oparta jest na tym, co dzieci lubią najbardziej – na naklejkach. To właśnie naklejki są niezbędne do wypełniania prostych działań matematycznych, rozwiązywania krzyżówek, czy uzupełniania słów. Seria „Kreatywny przedszkolak” z której testowaliśmy tytuły „Lubię literki” i „Lubię cyferki”, a także książeczki „Lubię zabawy z literkami” i „Lubię zabawy z cyferkami” skierowane są do starszych grup przedszkolnych, w których dzieci poznały już w miarę wszystkie znaki graficzne, a proponowane zadania pomagają im je utrwalić. To właśnie one najlepiej sprawdzą się w podróży i, ze względu na nieco wyższy poziom trudności, będą świetnym pomysłem na wspólne spędzenie czasu z dzieckiem.

Gry i zabawki:

Nie ma nic przyjemniejszego, niż nauka poprzez zabawę! Szczególnie, że a jeśli musimy coś wyszukać, dopasować, czy połączyć, od razu łatwiej to zapamiętać. Jednymi z naszych sprawdzonych „pomocy naukowych” są puzzle wydawnictwa Aksjomat „Cyferki. Książeczka z naklejkami i PUZZLE do pary” oraz „Literki. Książeczka z naklejkami i PUZZLE do pary”. Oba zestawy składają się z par puzzli – cyferki z 10, literki z 24 (puzzle z cyferkami są sporo większe, niż te z literkami) – do dopasowania. W przypadku cyferek na jednym elemencie mamy kolorową cyfrę, na drugim zaś odpowiednią liczbę przedmiotów, np. do trójki należy dopasować trzy kotki, do ósemki osiem pszczółek. W przypadku literek łączymy literkę z obrazkiem – A z arbuzem, K z kotkiem i tak dalej. Oba zestawy uzupełnia książeczka z naklejkami, w której należy uzupełnić liczbę zwierzątek naklejkami właśnie, by pasowała do cyferki obok i podjąć pierwsze próby pisania literek i cyferek. Dużym plusem jest „kieszonkowy” format zestawów – spokojnie można zabrać je ze sobą do babci na wakacje. Ze względu na niską cenę świetnie nadają się również na drobny upominek dla malucha.

Cyferki. Książeczka z naklejkami i PUZZLE do pary, Kraków: Aksjomat 2018.
Literki. Książeczka z naklejkami i PUZZLE do pary, Kraków: Aksjomat 2018.

Nieco większym i bardziej rozbudowanym zestawem edukacyjnym, z którego korzystamy, jest Carotina preschool „Alfabet. Słowa i liczby”. To tak naprawdę trzy gry w jednym – zestaw zawiera 9 plansz z akwariami pełnymi rybek do wypchnięcia i cyfrę odpowiadającą ich ilości (wraz z pasującym foliowym woreczkiem), zestaw kart ze zwierzątkami i literkami, od których zaczynają się ich nazwy oraz tablicę do dowolnego układania słów. Zasada zabawy jest bardzo prosta. Zwierzątka, literki i cyferki wypychamy z plansz i układamy na nowo – zgodnie ze wzorem lub zupełnie dowolnie. Na przykład rybki: wersja podstawowa polega na szukaniu rybkom miejsce w akwariach i dopasowywania do nich cyfry. Można jednak z powodzeniem wejść na wyższy stopień zaawansowania i z cyfr układać liczby dopasowując do nich większą ilość rybek, a za akwarium może nam posłużyć kocyk, dywanik, czy kartka papieru.

Podobnie z literkami – każda literka ma odpowiadające mu zwierzątko, które musimy odnaleźć, lub odwrotnie – do zwierzątka dopasować literkę. Ponadto każdy obrazek jest podpisany do pomocy. Jest jednak pewien haczyk – w sumie nie wiem, czy to wada, czy zaleta – wybrano te mniej znane zwierzęta (a przynajmniej takie, które my mniej znamy). Na przykład pokazuję Mai obrazek, Maja mówi „krówka”. A to cielak. Pokazuję owada, Maja mówi „pszczółka”. A to osa! Zamiast strusia jest emu, zamiast małpki goryl i tak dalej. Z jednej strony to trochę frustrująca trudność, bo odpowiedzi nie są intuicyjne, z drugiej strony rozwijają słownictwo, a to jest super.

Wykorzystując tablicę można również stawiać pierwsze kroki w układaniu własnych wyrazów z wypchniętych z plansz literek.

Niezbędnym chyba gadżetem malucha są literki do układania wyrazów – pamiętam, że moje babcia wycinała z gazety i uczyła mnie składać wyrazy niczym anonimy z filmów gangsterskich. Obecnie wybór jest obłędny, a literki i cyferki są wszędzie. Za bobasa Majka miała gumowe klocki z cyframi i adekwatną ilością zwierzątek, później drewnianą układankę ze swoim imieniem, a obecnie używamy literek – magnesów. Co prawda po raz pierwszy w życiu mam w domu zabudowaną lodówkę, ale z powodzeniem można je przyklejać na kaloryferze, tablicy suchościeralnej, czy po prostu układać wyrazy na podłodze. Mamy zestaw literek z Lidla i jestem bardzo zadowolona zarówno z ceny, jak i z wykonania. A do tego jest naprawdę ładny. Ma tylko jeden minus – brak polskich znaków.

Nasz zestaw cyferkowo-literkowych gadżetów zamyka tablica do rysowania. Przez jakiś czas korzystaliśmy z suchościeralnej i kredowej, ale szybko się zniszczyła. No dobra. Po prostu po tym, jak za trzecim razem przewróciła mi się na dziecko, zrobiłam jej eksmisję w trybie natychmiastowym. Znacznie lepiej sprawdziła nam się zabawka Carotina Preschool. Tablica Fluorescencyjna LED. Sama forma zabawki jest super – to całkiem spora przezroczysta tablica z plexi otoczona wygodną do trzymania, grubszą ramką. W zestawie są również trzy sucho ścieralne pisaki w bardzo ładnych, nasyconych kolorach (żółty, czerwony i niebieski) i zestaw kartek z trzydziestoma zadaniami o różnym stopniu trudności – od prostych szlaczków w stylu „zaprowadź zwierzątko do domku/mamusi”, przez rysunki po przerywanej linii aż po trening pisania literek. Ponadto, po skończonym rysowaniu tablicę można oprzeć na nóżkach i, po naciśnięciu przycisku, podświetlić na jeden z ośmiu sposobów, dzięki czemu linie również zdają się świecić. jest interesującą alternatywą dla książeczek z zadaniami. Wielkim atutem jest jej możliwość jej wielokrotnego użycia oraz łatwego poprawiania błędów.

Wpis powstał we współpracy z wydawnictwem Aksjomat i z Wydawnictwem Wilga.

Bajki Majki: „Wiewiórka Julia i magiczny orzeszek” Anna Sakowicz, Emma Kiworkowa

Przedstawiam Wam dziś prawdziwego pogromcę wakacyjnej nudy. Czy czyjeś dziecko cierpi już na tą przypadłość? U nas za oknem pogoda z dnia na dzień stała się taka sobie i szaleństwa w ogródkowym basenie nie wchodzą już w grę. A że ciemne, deszczowe chmury mogą złapać nas zawsze i wszędzie, warto mieć w rękawie jakiegoś asa.

„Przygody Wiewiórki Julii” to z założenia książka dla dzieci, które już całkiem sobie radzą z samodzielnym czytaniem. Jest świetna, bo gabarytami (240 stron!) i formatem zbliżona jest do standardowych książek na maminej półce, prezentuje się więc bardzo „dorośle” i naprawdę poważnie. Przeczytanie takiej książki samodzielnie, to już konkretny powód do dumy. A jednocześnie sympatyczny, nieskomplikowany tekst, duże litery, urocza szata graficzna i spore ilustracje pojawiające się co kilka stron sprawiają, że jest to lektura wyjątkowo przystępna dla małego czytacza. Na końcu czekają nawet arkusze z naklejkami przedstawiającym bohaterów powieści! Chyba pierwszy raz mam do czynienia z książką tak sprawnie udającą pozycję dla dorosłych i jednocześnie idealnie skrojoną na możliwości początkującego czytelnika.

Dzięki temu, że na historię składa się dwanaście krótkich, kilkudziesięciostronicowych opowiadań, jest to również bardzo udane rozwiązanie do rodzinnego czytania – na przykład dzieciom w różnym wieku, kiedy akurat złapie nas ulewa podczas biwaku. Bo moja trzyipółletnia córka spokojnie daje radę wysłuchać w skupieniu jednego rozdziału przed snem, a opowiadania bywają na tyle zaskakujące, że i ja się nie nudzę czytając. A książka jest na tyle obszerna, że spokojnie starczy na kilka wieczorów, co ma szansę uchronić nas przed koniecznością zabrania ze sobą dodatkowej na wakacje walizki pełnej książek i książeczek.

A sama fabuła? Z jednej strony powiela znany schemat dziecięcych detektywów, z drugiej zaś autorki dodały do niej szczyptę magii, czyniąc ją zupełnie nieprzewidywalną. Sześcioletnia Zosia ma w swej szkatułce na skarby zaczarowany orzeszek, którego stukanie przywołuje wiewiórkę, która zna się na czarach. Wspólnie z rok starszym sąsiadem Frankiem, mającym sporą słabość do filmów detektywistycznych, rozwiązują przeróżne zagadki i ruszają na tajne misje. Oczywiście w największej tajemnicy przed dorosłymi! Tajemnicza sprawa zaginionego podwieczorku? Łatwizna! Konieczność odszukania gniazda moli w poselstwie o niezjadanie książek i ubrań mamy? Nic trudnego! Odbijanie porwanego przyjaciela zamkniętego w wysokiej wieży? Pewnie! W magicznym świecie wyobraźni dzieci znajdują tajemnicze portale, zmniejszają się i latają. Na swej drodze spotykają gang podstępnych kun, pomocną czarownicę, groźnego dozorcę i jego podstępnego kota Daktyla, a nawet smoka. A to dopiero początek przygód!

Mądre, sympatyczne, pełne ciepła i dobroci opowiastki mające w sobie więcej magii, niż można się tego spodziewać. Dla starszaków jako prawdziwe wyzwanie i dla maluchów do wspólnego czytania. Zaskakująca na każdym kroku, przemyślana i pięknie wydana. Warto mieć ją w zanadrzu nie tylko w wakacje!

Anna Sakowicz, Emma Kiworkowa, Wiewiórka Julia i magiczny orzeszek, Warszawa: Wydawnictwo Edipresse, 2019, 240 s.

Recenzja powstałą dzięki uprzejmości Wydawnictwa Edipresse.

Bajki Majki: seria „Malarze dzieciom” Agnieszka Starok

Choć książek o sztuce dla najmłodszych pojawia się na polskim rynku coraz więcej – również dla tych zupełnie malutkich maluchów, jakoś wciąż czuję w tej kwestii niedosyt. Wobec tego fakt, że po dorwaniu tej serii (a czaiłam się na nią długo, oj długo!) apetyt ten został zaspokojony na dłuższy czas, jest już recenzją samą w sobie.

To w ogóle jeden z fajniejszych pomysłów na wyjście z malarstwem do dziecka, przynajmniej z tych, z którymi miałam dotychczas do czynienia. Zestawiając ze sobą bardziej i mniej znane dzieła najsłynniejszych malarzy autorka snuje nieskomplikowane, ale naprawdę przekonujące opowieści. Opowieści wyjątkowo przystępne dla młodego czytelnika, a ilustrowane arcydziełami światowego malarstwa.

„Czyj to domek?” jest historią ciekawskiego chłopca, który na swej drodze spotyka niepozorny, ale niezwykle intrygujący… żółty dom. O miejsce zaciekawia go na tyle, że nie decyduje się na odejście, nim nie dowie się kto w nim mieszka. Analizując różne elementy wyposażenia odrzuca kolejne pomysły. A towarzyszącemu mu małemu książkowemu molikowi pozwala przyjrzeć się najbliższemu otoczeniu Vincenta van Gogha.

Agnieszka Starok, Malarze dzieciom. Czyj to domek? Zilustrował Vincent van Gogh, Lublin: Wydawnictwo Tekturka, 2017 r., 14 s.

Kosma, bohater książeczki „W sekretnym ogrodzie”, zaintrygowany majaczącą w oddali sylwetką wiatraka, niefrasobliwie oddala się od mamy i siostry, przez co gubi się wśród wszechobecnych pól. Zamiast na łąkę, trafia więc do portu, ogląda żaglówki przepływające pod mostem w Argentuil, buchające parą pociągi na dworcu Saint-Lazare, by w końcu zawędrować do przepięknego, pełnego stawów z nenufarami ogrodu w Giverny. Nie trudno zgadnąć, że tak nieprawdopodobne wyprawa musiała skończyć się pobudką. I choć sen był niesamowity, to ramiona mamy stęskniony maluch przyjmuje z prawdziwą ulgą.

Agnieszka Starok, Malarze dzieciom. W sekretnym ogrodzie. Zilustrował Claude Monet, Lublin: Wydawnictwo Tekturka, 2017 r., 14 s.

Nieco poważniejszą tematykę podejmują „Baletnice”. Pełne romantycznych tiulów i bieluśkich koronek obrazy Edgara Degas wbrew pozorom nie są jedynie pretekstem do peanów nad sztuką baletu, choć i tego tu nie brakuje. Anna nie zdołała spełnić swojego marzenia o zostaniu primabaleriną, swoją miłością do baletu próbuje więc zarazić córki. I jak jedna z nich wspaniale odnajduje się w tańcu, tak druga nieszczególnie daje się przekonać.

Poza zwiewną lekkością unoszących się w piruetach tancerek, jest tu też ogrom ciężkiej pracy, ból poobcieranych stóp i olbrzymi wysiłek podejmowany przez delikatne i młode dziewczynki, tak przejmująco wyzierające z płócien artysty. Autorka połączyła te emocje z niełatwym tematem przerzucania ambicji rodziców na dzieci i problemem braku komunikacji między dzieckiem, a rodzicem. Ta część zdecydowanie daje do myślenia.

Agnieszka Starok, Malarze dzieciom. Baletnice. Zilustrował Edgar Degas, Lublin: Wydawnictwo Tekturka, 2017 r., 14 s.

Świetny pomysł na przybliżenie maluchowi wycinka historii sztuki w sposób adekwatny do wieku. Duży format i bardzo wytrzymałe tekturowe wydanie pozwalają dokładnie przyjrzeć się reprodukcjom obrazów nawet zupełnym maluchom bez obaw o szkody wywołane potencjalnym zalśnieniem, czy zbyt entuzjastycznym przewracaniem stron. A niedługie partie tekstu pomagają oswoić nie zawsze łatwe w odbiorze płótna impresjonistów, rozwijają wyobraźnię i zachęcają do wymyślania własnych historii. Każdą z książeczek kończy króciutki biogram malarza, pozwalający wyciągnąć z lektury również nieco praktycznych informacji. Jeśli mogłabym wprowadzić jakieś modyfikacje, to chyba jedynie zdecydowałabym się na zaokrąglenie ostrych brzegów książeczki. Poza tym niewielkim niedopatrzeniem jest idealnie.

Polecam małym koneserom z głębi swojego historyczno-sztucznego serca!

Bajki Majki: 13 książeczek o wodzie dla ochłody

Chlup do wody dla ochłody – w takie upały nie ważne, czy to nasze swojskie morze, czy egzotyczny ocean, Aquapark, czy dmuchany basenik na balkonie, stawek, jezioro, czy kałuża. Najważniejsze, żeby było mokro!

Zacznijmy więc z przytupem. „Nad morzem” to całokartonowa wyszukiwkanka, która w zabawny i totalnie odlotowy sposób pokazuje wakacyjną rzeczywistość. Bo gdyby w tłumie upalnego, nadmorskiego kurortu pojawili się nagle kosmici, to czy ktokolwiek by ich zauważył?

Autorzy podzielili ją na siedem podwójnych plansz, dzięki czemu mamy szansę przyjrzeć się praktycznie wszystkim zakamarkom typowego nadmorskiego kurortu. Do wyboru mamy kąpielisko, plażę, przekrój przez hotel, sklep z pamiątkami i muzeum morskie, lunapark oraz camping. Każde z tych miejsc jest po prostu chaotycznie przepełnione (jak to w sezonie bywa) przeróżnymi postaciami. I to nie tylko takimi, które zwykliśmy kojarzyć z nadmorskim wypoczynkiem.

Przy dłuższym oglądaniu mały czytelnik zorientuje się, że w każdym ze zilustrowanych miejsc przebywają ci sami (przesympatyczni) bohaterowie – szara myszka dzierżąca wielką walizkę, która przypłynęła na wakacje tratwą, mama szukająca zagubionego Adasia, superbohater w masce i pelerynie, syrena, fotograf wraz ze swoją modelką, którym za każdym razem jakieś natrętne zwierzę wchodzi w kadr, mól książkowy zgłębiający tajemnice w kolejnych poradnikach, poszukiwacz skarbów, muzycy, ryby, a także kosmici, kobieta uczepiona kurczowo szyi żyrafy i nawet uśmiechnięty balonik. A to tylko Ci, który najbardziej zapadli mi w pamięć. Każda z ilustracji to jeden wielki zaplątany miszmasz pełen biegających wkoło dzieci, zabawnych sytuacji, szalonych przygód i kuriozalnych połączeń.

Zakręcone, kolorowe, pełne szczegółów wakacyjne piekiełko.

Dodatkowym plusem jest absolutna pancerność tej pozycji – spokojnie można brać ją do plażowej torby, piasek i odrobina wilgoci nie stanowią dla niej zagrożenia.

Germano Zullo & Albertine, Nad morzem, Warszawa: Wydawnictwo BABARYBA, 2016, 14s .

Drugą kartonową książeczką do wyszukiwania, którą z całego serca polecamy nieco już starszym dzieciom, jest „Rafa koralowa” – przepiękna graficznie, mądra i aktywująca pozycja.

Nie zawsze łatwo jest wymyślać własne historie na postawie samych obrazków – w tym przypadku, pod rozbudowanymi ilustracjami zajmującymi mniej więcej 90% powierzchni stron mamy po trzy linijki tekstu opowiadającego historie morskich stworzeń – spieszących do wody żółwików, krewetek czyszczących morskie stworzenia z pasożytów, czy rozmnażających się koralowców.

Świetna sprawa, to interaktywność – na każdej stronie na maluszka czeka jakieś zadanie do wykonania – trzeba policzyć żółwiki, czy odszukać zagubione stworzenia. Ponadto co kilka stron czeka na dzieci propozycja pracy plastycznej (na przykład wykonania żółwika ze zużytych opakowań po słodyczach, czy jogurcie, albo rozrysowanie planu domku dla krabiej rodziny. Znajdziemy tu również sporo ciekawostek – krótki wykład o ukwiałach, czy mapa raf koralowych z pewnością przykują uwagę każdego małego (i nie tylko!) odkrywcy.

Wielką siłą „Rafy koralowej” jest humorystyczne podejście autorki. Bo każda ilustracja tętni wręcz od zabawnych „smaczków” – krab żegna umykające do wody żółwiki machając im chusteczką, wprowadzające się do muszli kraby pustelniki noszą krzesła, roślinki doniczkowe, a nawet dzieła sztuki, a część zwierząt zostało poddanych pewnej antropomorfizacji i robią do czytelnika miny (jestem fanką ostrygi wywalającej język z perłą na czubku). Jednak nie zawsze jest śmiesznie. Dzięki ekozacięciu, autorka postawiła na edukację najmłodszych i uświadamia ich jak szkodliwe dla morskich stworzeń są śmieci.

Piękna, mądra, edukacyjna i przemyślana od początku do końca. Tętniąca kolorami i biologiczną różnorodnością, inspirująca i po prostu ciekawa. Również dla rodzica.

Katarzyna Bajerowicz , Rafa koralowa, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2018, 28 s.

„Morze. Obrazki dla maluchów” – tak samo, jak w przypadku innych książeczek z tej serii, można z niej wyciągnąć sporo informacji na temat otaczającego nas świata, które przedstawione zostały w przystępny sposób – za pomocą obrazków z prostymi scenkami. Tym razem tematem są nadmorskie wakacje: odpowiednie zachowanie na plaży i plażowe skarby, wizyta w porcie i mieszkańcy morskich głębin. Idealna do plecaka na wyjazd nad Morze Śródziemne, ale i w przypadku naszego Bałtyku nietrudno znaleźć analogie.

Émilie Beaumont, Morze. Obrazki dla maluchów, Ożarów Mazowiecki: Wydawnictwo Olesiejuk, 2017, 30 s.

Najmłodszym czytelnikom bardzo polecamy również „Poznajemy morze” – książeczki z okienkami to pewniak malucha, a i przedszkolak chętnie poświęci im dłuższą chwilę. Bardzo proste obrazki rekompensują przyjaźnie uśmiechnięci bohaterowie, a brak ciągłego tekstu pomysł na narrację opartą na ciekawostkach i prostych zadaniach dla czytelnika. Bardzo atrakcyjna forma, wytrzymałe, bezpiecznie zaokrąglone kartonowe strony w twardej oprawie i odrobina wiedzy. Ta niedroga i zmyślna propozycja pozwoli mamie wziąć w spokoju kilka minut mrożonej kawy.

Sonia Baretti, Poznajemy morze. Książeczka z klapkami i niespodziankami, Zielona Góra: Wydawnictwo Książki Dla Dzieci, 2017, 10 s.

„Ela na plaży” to jedna z czterech książeczek z Elą w roli głównej na średnim poziomie zaawansowania – średniej wielkości, już z papierowymi stronami, ale wciąż przede wszystkim obrazkowa – tekst odgrywa tu jedynie dopełniającą rolę. Sama historia nie jest szczególnie skomplikowana, ale w humorystyczny sposób prezentuje nadmorską zabawę. Ela wybrała się na plażę planując łowić ryby, jednak żadna z ryb jakoś się nie pojawia. Za to psotny krab szczypie Elę w palec próbując ją przegonić. Wobec tego dziewczynka postanawia łowić kraby. A nowo poznany kolega nauczy ją jak to robić.

Catarina Kruusval, Ela na plaży, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2008, 28 s.

„Pucio na wakacjach. Ćwiczenia wymowy dla przedszkolaków”, czyli najbardziej zaawansowana (jak na razie) część Pucia to wielka wakacyjna przygoda, która z wodnych atrakcji obejmuje nie tylko kąpiele w jeziorze, ale również skakanie przez morskie fale, tradycyjną rybę z frytkami, kupowanie pamiątek znad Bałtyku wyprodukowanych w Chinach i wspinaczkę na latarnię morską. A wszystko to okraszone ćwiczeniami wymowy. I dziecko nawet nie zauważa, że łączy przyjemne z pożytecznym.

Marta Galewska-Kustro, Joanna Kłos, Pucio na wakacjach. Ćwiczenia wymowy dla przedszkolaków, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2018, 40 s.

„Basia i basen” to tytuł, od którego zaczęła się nasza miłość do basiowej serii. Fakt, że to pierwsza książka o takiej objętości tekstu, którą moja półtoraroczna wówczas Bobasa wysłuchała w całości, a potem zamknęła książkę, obróciła do początku i zażyczyła sobie czytania od nowa jest chyba najlepszą reklamą.

W tej części mamę zmogła choroba – na tyle poważna, że nawet nie zjadła przygotowanych przez dzieci kanapek z kremem czekoladowym! By dać jej szansę na wypoczynek i choć chwilę spokoju, tata zabiera swoje małe rozrabiaki na basen (marząc jednocześnie o małym relaksie w jacuzzi). A jak wiadomo, taka wyprawa bywa zazwyczaj kumulacją zabawnych sytuacji – od przymusowych zakupów (w końcu zawsze ktoś zapomni kąpielówek), przez niegroźne upadki aż po fascynację Basi pewnym wytatuowanym jegomościem. Bo na basenie nie sposób się nudzić – na każdym kroku czeka moc atrakcji (szczególnie, kiedy trzeba pilnować dwójki ciekawskich, nadaktywnych małolatów) i zazwyczaj brakuje już czasu na odpoczynek w bąbelkach. Ot, uroki rodzicielstwa.

Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia i basen, Warszawa: Wydawnictwo Literacki Egmont, 2017, 24 s.

„Lato Toli” – podobnie jak Basi, również Toli chyba nie musze nikomu przedstawiać. W jednym z opowiadań poświęconych mojej najulubińszej porze roku, dziewczynka wybiera się z rodzicami nad morze, gdzie poza leżakowaniem, na ręczniku, lepieniem babek z piasku, skokami przez fale i rybą z frytami czeka na nią prawdziwie detektywistyczna przygoda.
A w najnowszej książeczce o przygodach tej nad wyraz grzecznej dziewczynki, „Tola na wsi”, znajdziemy opowiadanie „Skok na bombę”, w którym poza fantastycznymi pomysłami na zabawę nad brzegiem jeziora dowiemy się co nieco na temat oswajania strachu.

Anna Włodarkiewicz, Ola Krzanowska, Lato Toli, Warszawa: Wydawnictwo Zielona Sowa, 2018, 64 s.
Anna Włodarkiewicz, Ola Krzanowska, Tola na wsi, Warszawa: Wydawnictwo Zielona Sowa, 2018, 56 s.

„Mama Mu na zjeżdżalni” – Mama Mu zupełnie nie przejmuje się faktem, że coś może być „nie dla krów”. Szczególnie, jeśli oznacza to dobrą zabawę, bo wtedy nawet cztery nogi, ogon i kopyta nie mogą być przecież ograniczeniem. Pełna energii i radości czerpanej z małych, przyziemnych przyjemności opowieść niesie nie tylko ochłodę, ale i sporą mądrego przesłania. Niezwykła bohaterka udowadnia czytelnikom, że to nic złego odczuwać niepokój stojąc na szczycie stromej zjeżdżalni (nawet, jeśli zjazd jest czymś, czego bardzo pragniemy!). I że nawet jeśli coś się nieumyślnie zepsuje, to nie ma co załamywać rąk i nadmiernie się obwiniać – lepiej spróbować naprawić szkodę.

Jujja Wieslander, Sven Nordqvist, Mama Mu na zjeżdżalni, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2019, 28 s.

„Tajemnice oceanu” to prawdziwa gratka dla małych ciekawskich mających zawsze przynajmniej sto pytań na minutę. Podczas wakacji na plaży mogą zgłębiać tajemnice morskich odmętów wraz z przesympatycznym Żółwikiem okularnikiem. Jaka ryba jest najszybsza w oceanie? Kto myje zęby rekinowi? Jak najeżki reagują na stresujące sytuacje i czym jest pokryte ciało błazenka dla ochrony przed ukwiałami? Odpowiedź na te i inne pytania można odnaleźć w tym uroczo ilustrowanym picturebooku.

Anna Sobich-Kamińska, Monika Filipina, Tajemnice oceanu, Warszawa: Wydawnictwo Zielona Sowa, 2017, 32 s.

 „Trzymaj mnie mocno” – Rewelacyjne ilustracje, przekochany tekst i mądre przesłanie. Jedna z moich ulubionych pozycji w mojeczkowej biblioteczce.

Przede wszystkim jest przepiękna. Puchate wyderki, nasycone granaty, błękity i turkusy morskich głębin i biel piany skrząca się w słońcu. Cudo, prawdziwa uczta dla oczu.

Drugim, co rzuca się w oczy są przeuroczy bohaterowie – wyderki chciałoby się wyprzytulać jeszcze przed rozpoczęciem lektury (szczególnie kiedy mama już dobrze wyczochra swoją córeczkę). A łączące ich relacje napełnią wzruszeniem serce największego twardziela – pełna troski miłość macierzyńska, pełna oddania przyjaźń i poczucie wspólnoty w przypadku zagrożenia.

I na koniec historia z kochanym przesłaniem. O tym, że ta opowieść pełna jest przytulanek nie trzeba nawet pisać. Ale jest w niej również ciekawość świata, wzajemne wsparcie, chwila grozy, odwaga i poświęcenie. I przyjaźń, która przetrwa największy nawet sztorm. I chociaż treść nie jest rymowana, czyta się ją równie płynnie, co pozostałe książki z tej serii, a fabuła tej, niedługiej przecież, książeczki wciąga od pierwszej strony.

Ciepła, sympatyczna, podnosząca na duchu książka nadająca się idealnie na wieczorne przytulanie. W dodatku w imponującej oprawie wizualnej.

Jane Chapman, Trzymaj mnie mocno, Warszawa: Wydawnictwo Zielona Sowa, 2018, 32 s.

I na koniec super gadżet, czyli Pop-up book z Tigera – bardziej w sumie zabawka, niż książka, ale z efektem wow. Nie uświadczymy tu ani słowa, obrazki są proste i utrzymane w bardzo specyficznym stylu. To tak naprawdę 6 trójwymiarowych obrazków o podmorskiej tematyce, poruszających się podczas przewracania stron. Mamy więc płynącego żółwia, ośmiornicę machającą mackami, czy wyskakujące z wody delfiny. Dość delikatna konstrukcja dająca świetny efekt za naprawdę niewielkie pieniądze.