Bajki Majki: Piosenki przedszkolaka

Muszę się pochwalić małym rodzicielskim sukcesem – mamy kwiecień, a już udało mi się schować płytę z kolędami dla maluchów! Nie było łatwo, Majka przywiązała się do niej tak bardzo, że zgodziła się ją oddać dopiero po zastąpieniu zimowo-świątecznych klimatów innymi dziecięcymi piosenkami. I to takimi, które również mają w sobie co nieco ze śnieżnej aury.

Chociaż książeczki z płytami „Piosenki przedszkolaka. Na cztery pory roku” oraz „Piosenki przedszkolaka. Na co dzień i od święta” różnią się repertuarem, są skomponowane w podobny sposób. Każda płyta zawiera 12 utworów ułożonych porami roku – po trzy na każdą z nich. Śpiewamy więc o żegnaniu zimy i powitaniu wiosny, o kwietniowych psotach, prima aprilisowych figlach, majowych wędrówkach, dniu mamy i taty, skwarnym lecie i przynoszącym ulgę leśnym chłodzie. O bieganiu na bosaka, skakaniu po kałużach, jesiennych skarbach i znowu o zimie, mrozie i Świętym Mikołaju. I to chyba ze względu na tego Mikołaja Maja zgodziła się pożegnać kolędy. Dzięki niemu rozstanie z zimowym klimatem nie jest aż tak ostateczne.

Do płyt dołączone są uroczo ilustrowane śpiewniki z tekstami piosenek (a może to płyty są dołączone do nich?) i zapisem nutowym dla bardziej muzykalnych, niż nasza rodzina. Kto wie, może kiedyś Bobasa będzie wygrywać mi owe piosenki. Bo śpiewanie idzie jej już całkiem nieźle – nawet do samych wersji instrumentalnych, które również znajdziemy na płycie.

W dziecięcej aranżacji, ale jednocześnie nie dalekie od infantylności. Bardzo fajna odskoczna od oklepanych kotków, płotków i jadąmisiów. Do śpiewania, grania i tańczenia jak znalazł. Przez cały rok!

Jeśli szukacie inspiracji na drobny upominek zastępujący wszechobecne czekoladowe króliczki, to śpiewnik z płytą będzie idealny – szczególnie ten „Na cztery pory roku” dobrze wpaduje się w klimat. A cena jak za dobrą czekoladę albo duże kinder jajko, więc nie ma sie chyba nad czym specjalnie zastanawiać.

Piosenki przedszkolaka. Na cztery pory roku, Kraków: Wydawnictwo Aksjomat, 2018, 24 s + płyta CD.

Piosenki przedszkolaka. Na co dzień i od święta, Kraków: Wydawnictwo Aksjomat, 2018, 24 s + płyta CD.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Aksjomat.

Bajki Majki: „Tańcz, Córko Księżyca!” Kouam Tawa, Fred Sochard

Jestem jednym z tych dziwaków, którzy nie lubią tańczyć. Nie czuję rytmu, nie czuję potrzeby (pewnie dlatego, że moja naturalna pozycja to ta ze wszystkimi kończynami wygodnie wyciągniętymi na kanapie) i generalnie taniec to dla mnie męczarnia. Dlatego też to nie tematyka była argumentem, który tak bardzo przyciągnął mnie do tej książki. Były nim niesamowite ilustracje.

Szybko okazało się jednak, że choć taniec nie sprawia mi najmniejszej przyjemności, tak czytanie o tańcu jak najbardziej.

Chociaż taniec kojarzy się z czymś lekkim, radosnym i szalonym, tematyka tej książki daleka jest od beztroskiej trywialności. Wręcz przeciwnie – skłania do refleksji. To opowieść o przemijaniu i nieprzemijającej młodości duszy, o sztuce, pasji i ekspresji, o przywiązaniu do natury i ludowych wierzeniach, o budowaniu legendy. O tym, że nawet niepozorna, zgarbiona staruszka, może mieć do opowiedzenia niesamowitą historię.  I o tym, że bycie świetnym w jakiejś dziedzinie nie jest wcale gwarancją spełnienia marzeń i nie chroni przed samotnością, a podziw i powszechny szacunek bywają częstym powodem wyobcowania. Jednocześnie gorzka i pełna radości życia.

Specyficzny, poetycki sposób narracji w pierwszym momencie sprawiał mi nieco trudności, a Majkę wpędził w niemałą konfuzję, ale opowieść porwała nas bardzo szybko. Równie szybko okazało się, że ta forma prowadzenia czytelnika wzmaga malowniczość i tą specyficzną niesamowitość utworu.

Równie wielkie wrażenie robią wypełniające całe strony, papuzio kolorowe ilustracje, przywodzące na myśl etniczne wycinanki pełne przykuwających wzrok wzorów i faktur. Widzę, że czasami, gdy ja czytam, moja Maja nie wie, w którym miejscu skupić wzrok, wędrując po rozbudowanych, pełnych szczegółów obrazkach niczym po wyszukiwane. I prawdę mówiąc całkowicie podzielam to uczucie, bo z każdą kolejna lekturą zauważam coś, co wcześniej mi umknęło.

Chłonięciu wzrokiem każdego szczegółu i syceniu się ilustracjami sprzyja stosunkowo duży format książki zbliżonej kształtem do kwadratu. Twarda oprawa i gruby, kredowy papier dodają wydaniu szlachetności.

To jedna z tych książek, o których lubię myśleć jako o małych gesamtkunstwerk – dziełach sztuki, gdzie słowo idealnie współgra z obrazem, zarówno z ilustracjami, jak i z samym projektem książki. Wartościowe, doskonale zilustrowane i pięknie wydane. Te książki nie mają szansy opuścić mojej biblioteczki. Znaczy biblioteczki Majki.

Kouam Tawa, Fred Sochard, Tańcz, Córko Księżyca!, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2019, 44 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zakamarki.

Bajki Majki: „Wszędzie i we wszystkim” Pimm van Hest, Sassafras De Bruyn

Jestem beksą i wrażliwcem, dlatego książki, takie jak ta łamią mi serce i potrafią doprowadzić mnie do łez już na etapie czytania opisu.

„Ludzie nie lubią rozmawiać o śmierci.
Woleliby o niej w ogóle nie mówić”.

Szczególnie, kiedy śmierć przestaje być nieco abstrakcyjnym zagadnieniem teoretycznym i zaczyna dotyczyć nas bezpośrednio. I kiedy ten bezlitosny fakt zderza się z bezbronnością niezrozumienia dziecka. Ale wtedy nie ma już możliwości ucieczki.

„Lecz Yolanda nie chce milczeć.
Chce się dowiedzieć, gdzie jest jej mama”.

Nie mogę powiedzieć, żeby książki o śmierci były tą dziedziną literatury dziecięcej, w której jestem wyjątkowo oczytana i mogę rzucać tytułami na lewo i prawo. Ale z tych tytułów, które dotychczas czytałam, ten jest zdecydowanie najlepszy. Tak, to straszny wyciskacz łez – czy w ogóle może być inaczej, kiedy opowiada o małej dziewczynce poszukującej zmarłej mamy? Ale przy tym to wyjątkowo mądra historia, która w prosty i zrozumiały sposób niesie pocieszenie. I niesie je nie tylko dziecku. Nie sądziłam, że można zrobić to tak pięknie i właściwie nie zahaczając jednocześnie o sporne kwestie religijne.

Mama Yolandy zmarła i dziewczynka pyta krewnych, gdzie w takim razie mama teraz jest. A każdy na dla niej inną odpowiedź.

To opowieść o niewyobrażalnej tęsknocie, pielęgnowaniu pamięci, czerpaniu radości z małych rzeczy i drobnych codziennych zachwytach.

A zwiewne, eteryczne (i przepiękne!) ilustracje wypełniające strony po brzegi wzmagają tylko wrażenie ulotności – zarówno ludzkiego życia, jak i poszukiwań naszej małej bohaterki.

 

Moim zdaniem to nie jest jedna z tych książek, które powinny być w każdym domu. Sama zapewne cichaczem pozbędę się mojego egzemplarza (albo upchnę w najciemniejszy kąt najwyższej szafy), zanim jeszcze Majka zdąży go zobaczyć. Nie ukrywam, że tabu śmierci i poczucie bezsilności wobec potęgi własnych uczuć robią ze mnie tchórzowatego rodzica, który woli ignorować temat tak długo, dopóki nie usłyszy bezpośredniego pytania. Zdecydowanie wolę rozmawiać o seksie i procesie produkcji dzieci, niż o śmierci i tęsknocie.

Ale jednocześnie to cudownie, że takie książki powstają. Że potrafią w delikatny i mądry sposób ująć zagadnienia, które rodzicowi ściskają gardło i które pozostawiają człowieka bez słów. Trzeba mieć świadomość ich istnienia, by móc sięgnąć po nie w chwili, gdy staną się potrzebne. Oby ta chwila nadeszła jak najpóźniej.

Wzruszająca, poetycka, smutna. Piękna, niosąca otuchę, potrzebna.

Pimm van Hest, Sassafras De Bruyn, Wszędzie i we wszystkim, Warszawa: Wydawnictwo CoJaNaTo?, 2019, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa CoJaNaTo.

Bajki Majki: PREMIEROWO: „Najwyższa na świecie wieża z książek” Rocio Bonilla

„(…) wszystko, co odkrywał, czego się uczył i co sobie wyobrażał dzięki książkom, napełniało go zachwytem.”

Ta książka jest tak strasznie urocza i tak bardzo o mnie, że normalnie nie mogę przestać się nią cieszyć!

Mały Jerzyk marzy o tym, by latać. Zanim jeszcze dorósł do pierwszych prób zdobywania licencji pilota, mama podsunęła mu pierwszą książkę. Po kolejną sięgnął już sam i… wszyscy wiemy jak to się potem toczy, ani się człowiek nie obejrzy, a już tkwi głęboko w szponach ksiązkowego nałogu!

To przepiękna historia o podróżowaniu po krainach wyobraźni, pośredniego poznawaniu świata i życiu tysiącem żyć zamkniętych bezpiecznie między okładkami. Historia, którą pamięta każdy z nas i która dla wielu jeszcze się nie zakończyła.

Historia genialnie opakowana wizualnie – nie tylko możemy zobaczyć głównego bohatera wewnątrz scen ze znanych nam powieści, ale ponadto jego „książkowe doświadczenie” wizualizuje rosnąca stopniowo wieża skonsumowanej literatury. Wieża tak wysoka, że szybko staje się atrakcją turystyczną regionu.

Tak, moja mama też nie miała ze mną łatwo. Kiedyś zapowiedziała, że na  co, jak na co, ale na książki dla córki zawsze znajdzie pieniądze. Zmieniła zdanie baaardzo szybko!

W sumie dlaczego nigdy o tym nie pomyślałam? Od lat buduję dzielnie stosy wstydu przyglądając się ile to mam do przeczytania w tak ograniczonym czasie, jaki daje średnia długość ludzkiego życia i tylko mnie to demotywuje. Powinnam raczej, podobnie jak Jerzyk, układać wieżę z przeczytanych pozycji – to by była dopiero imponująca budowla! I patrzyło by się na nią z dumą, a nie z wyrzutami sumienia! Pomysł zdecydowanie do przemyślenia! Tylko gdzie ją budować, żeby nie ingerować nielegalnie w państwową przestrzeń powietrzną?

Fantastyczna podróż w przeszłość dla tych, którzy czytelnicze początki mają już za sobą i genialny budulec na podstawę powstającej dopiero wieży.

Rocio Bonilla, Najwyższa na świecie wieża z książek, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2019, 48 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Bajki Majki: „Teraz będziesz kurą” Barbro Lindgren, Charlotte Ramel

Dzisiaj chciałabym pokazać Wam książkę, która jest… strasznie smutna. Mimo, że opowiada o zabawie rodzeństwa, czyli czymś, co wcale przecież nie powinno mieć negatywnych konotacji.

A przed nami bardzo popularny obrazek – młodszy braciszek domagający się uwagi starszego i starszy, który niekoniecznie ma ochotę na wspólną zabawę. Ale zapewne mama kazała i odesłanie przylepy z kwiatkiem skończy się płaczem i reprymendą, więc zabawa musi być. Zabawa, która szybko okazuje się być przyjemna tylko dla jednej, ze stron. Tej starszej i bardziej wilczej.

Przejmująca siła tej książki, poza samym pomysłem na fabułę, w moim odczuciu tkwi w ilustracjach. A te, choć pod względem estetycznym nieszczególnie trafiają w moje gusta, są naprawdę niesamowite. Przenikanie się elementów dziecięcego pokoju i leśnej polany będącej scenografią zabawy to prawdziwy majstersztyk i unikalna możliwość spojrzenia na rzeczywistość przez filtr dziecięcej wyobraźni. Wyobraźni, która co prawda ma skłonność do wyolbrzymiania, ale przy tym jasno i wyraźnie obrazuje lęki i odczucia malucha. Szczególnie wymowne jest tu łóżeczko-klatka młodszego z braci.

Ten sposób przedstawienia bezbłędnie działa na empatię i potrafi przyprawić o niezłe wyrzuty sumienia. Pod tym względem jest genialnie skonstruowana – to książka do budzenia emocji. Przede wszystkim współczucia wobec ofiary, silnego sprzeciwu wobec zachowań agresora i wstydu po szybkim rachunku sumienia. Bo nie wierzę, że znajdzie się ktokolwiek, kto nie w Wilku nie zobaczy swojego odbicia, choć w niewielkim stopniu.

Czasami wydaje mi się, że sporo już książek widziałam – zarówno tych dla dorosłych, jak i dla dzieci – i mało co może mnie zaskoczyć. A potem trafiam na taką pozycję, jak ta i olbrzymie możliwości przekazu, jakie dają niektórym ludziom kartka i kredki wciąż na nowo mnie zdumiewają.

Na ten moment to nieszczególnie trafiona lektura dla mojej córki, bo w temacie rodzeństwa raczej nic nie planujemy. Za to nie da się ukryć, że bardzo mocno zadziałała na mnie. Pomijając już zupełnie moje własne wspomnienia z bycia sporo starszą siostrą (po dziś dzień utrzymuję, że Marysia lubiła być zamykana w tamtej szafie!), ilustracja z Wilkiem siadającym przed komputerem i zbywającym Kurkę wymyślonym na szybko, bzdurnym poleceniem brzmi całkiem znajomo… W końcu ile to razy dziennie rzucam na odczepnego „pobaw się troszkę, mama jest teraz zajęta”?

Chociaż widzę, że Majka nie za bardzo jeszcze rozumie relacje między bohaterami, książka stała się u nas punktem wyjścia rozmowy o traktowaniu innych i zabawie, która powinna podobać się wszystkim jej uczestnikom.

Szczególnie polecam, jako prezent dla dzieci mających dużo młodsze rodzeństwo, męcząco pałętające się miedzy nogami. Już słabo pamiętam to uczucie zniecierpliwienia. Aż do teraz nie miałam jednak możliwości ujrzenia i ocenienia tej sytuacji od drugiej, znacznie bardziej bezbronnej strony.

Barbro Lindgren, Charlotte Ramel, Teraz będziesz kurą, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2019, 28 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zakamarki.

50647940_2020799321330563_7707831382659039232_n

Wpis powstał w ramach akcji KOCHANIE PRZEZ CZYTANIE organizowanej przez Save the Magic Moments <3

Bajki Majki: „Kacper nie dba o zabawki”, „Cukierkowa Wróżka i niezdrowa dieta”, Agata Giełczyńska

Kiedy zdarza mi się jakiś „problem wychowawczy”, a zwykłe tłumaczenie nie pomaga, szukam pomocy w książeczkach dla dzieci. Przyjrzenie się danym zachowaniom z innej perspektywy (również perspektywy ofiary), przeżycie danej historii i konsekwencjom określonych działań to sposób, w jaki maluszek może uczyć się na błędach swoich literackich rówieśników. Rodzic nie zawsze potrafi ubrać w słowa dany kłopot i odpowiednio uargumentować dlaczego czegoś nie można albo wręcz powinno się robić. A zakazy i nakazy bez argumentacji sprowadzają się przecież do pustych frazesów.

Dwie opowieści – Kacprze, który nie szanuje swoich zabawek, psuje je i bałagani oraz o miasteczku, w którym jedynym znanym jedzeniem są słodycze – mogą być właśnie pierwszymi takimi pouczającymi doświadczeniami.

Super, że to faktycznie są baśnie pełną gębą – pełne magii i tajemniczych zdarzeń. Znajdziemy tu mówiące i chodzące zabawki, wrednawe wróżki i drzewa rodzące słodycze i krowy dające kakao. A ponadto wciąż ładnie i bogato ilustrowane, co dodatkowo pomaga dziecku utożsamić się z bohaterami i wysnuć wnioski z ich zachowania.

Bo chociaż w realnym świecie zabawki sobie od ciebie nie pójdą, jeśli nie będziesz o nie dbał (a wręcz je niszczył!), a rośliny owocujące pełnymi cukrów prostych i tłuszczów utwardzanych słodyczami nie istnieją, to jednak konsekwencje braku szacunku i niezdrowej diety są zupełnie realne. Bo czym są dla dziecka zabawki, jak nie pierwszymi przyjaciółmi? W końcu utrata przyjaciela zawsze boli tak samo, nie wiadomo nawet, czy nie bardziej, niż brzuch po słodyczowej uczcie. Zdecydowanie lepiej o tym czytać, niż doświadczać na własnej skórze.

Wiadomo, że żadna książka nie powstrzyma dziecka od rzucenia zabawką, zlekceważenia potrzeb innego człowieka, czy ukradkowego podjadania cukierków przed obiadem. Ale dzięki takim właśnie lekturom, te przykre sytuacje będą dla malucha bardziej zrozumiałe.

Serię „Edukacyjne baśnie dla przedszkolaków” polecam  już trochę wprawionym czytelnikom przywykłym do dłuższych i bardziej skomplikowanych tekstów. Historie Giełczyńsiej należą bowiem już do tych rozbudowanych, choć zbudowanych na znanym i bezpiecznym temacie przyczyny, konsekwencji i poszukiwania rozwiązania. Moja świeżo upieczona trzylatka nieco się jeszcze w tym gubi, przez co traci zainteresowanie mniej więcej w 1/3. Obawiam się jednak, że zarówno upodobanie do słodyczy, jak i wieczne deptanie po zabawkach nie znikną tak prędko i książki będą jak znalazł również w przyszłym roku.

Agata Giełczyńska, Kacper nie dba o zabawki, Kraków: Wydawnictwo Aksjomat 2019, 24 s.
Agata Giełczyńska, Cukierkowa Wróżka i niezdrowa dieta, Kraków: Wydawnictwo Aksjomat 2019, 24 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Aksjomat.

50647940_2020799321330563_7707831382659039232_n

Wpis powstał w ramach akcji KOCHANIE PRZEZ CZYTANIE organizowanej przez Save the Magic Moments <3

 

Bajki Majki: „Gili, gili. Słówka z ostatniej chwili” Corinne Dreyfuss, Benjamin Chaud

Ta książeczka jest PRZEUROCZA! Już od samej koncepcji począwszy, są to bowiem rozmówki ludzko-bobasowe.

Każda strona służy przedstawieniu jednego prostego słówka bądź onomatopei, którymi okruszki zaczynające dopiero swoją przygodę z mówieniem opisują swój świat. Znajdziemy tu zatem obiekty i osoby z najbliższego otoczenia dziecka wraz z krótkim wytłumaczeniem znaczenia:

„Bam, kiedy się przewracam”, „Fuj, brzydko pachnie”, czy „Niania, kiedy nie ma taty ani mamy”. I moje ulubione: „Mama to mama”.

Poza wypisanymi różnymi kolorami słówkami, na białym tle stron znajdują się również ilustracje przedstawiające daną czynność, przedmiot, czy osobę. Ilustracje Benjamina Chauda, co koniecznie trzeba zaznaczyć. Bajecznie kolorowe, „kredkowe” i z poczuciem humoru (mina taty na ilustracji obrazującej siusanie mówi wszystko), a jednocześnie w łatwo rozpoznawalny sposób pokazujące rzeczywistość. Osobiście ujęło mnie przedstawienie piersi karmiącej mamy wyciągniętej przez maluszka, że aż samo patrzenie niemalże sprawia ból. Prawdziwe tak bardzo! A w „Tuli, tuli” dzidziusia dopatrzyliśmy się podobieństw do imprezowego przebrania nieco starszego kolegi z książki „Feralne urodziny ze Skarpetką”. Więcej ilustracji autora znajdziecie w serii o Lalo, Babo i Bincie oraz w książeczkach o słoniku Pomelo.

Specyficzny, wąski i wysoki format sprawia, że książeczkę bardzo wygodnie się trzyma i łatwo sięgnąć paluszkami do wszystkich elementów ilustracji – nawet gdy posiada się bardzo krótkie rączki. Twarda tektura stron wydaje się być odporna na upadki i zagrożenie ze strony małych ząbków (jak dobrze, że ten etap już za nami!), a ze śliskich kartek łatwo będzie zetrzeć kapiącą z ekscytacji ślinę bez większych szkód dla ochlapanej treści. I jeszcze to, co jest dla mnie podstawą w książkach dla maluszków – bezpiecznie zaokrąglone rogi, dzięki którym bez strachu można podać dziecku książkę do samodzielnej „lektury”.

Przemyślana pod względem formalnym, słodka i zupełnie śliczna. Moim zdaniem obowiązkowa pozycja dźwiękonaśladowcza dla dzieci 6m+, tuż obok „Księgi dźwięków”. Więc jeśli szukacie prezentu dla świeżo upieczonej mamy i jej maleństwa, to polecam bardzo!

Corinne Dreyfuss, Benjamin Chaud, Gili, gili. Słówka z ostatniej chwili, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2019, 30 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zakamarki.

50647940_2020799321330563_7707831382659039232_n

Wpis powstał w ramach akcji KOCHANIE PRZEZ CZYTANIE organizowanej przez Save the Magic Moments <3

Bajki Majki: „Liczymy razem” Matsumasa Anno

Książka „Liczymy razem” składa się z 13 plansz odpowiadających dwunastu miesiącom. Pierwsza z nich, przedstawiająca bliżej niezidentyfikowany zimowy krajobraz, jest zupełnie pusta – odpowiada cyfrze 0. Na kolejnej pojawiają się pierwsze obiekty – dom, narciarz, dziecko lepiące bałwana, słońce, chmura, samotne drzewo, czy ptak, a w miarce obok ilustracji umieszczony został pierwszy klocek. Na kolejnej stronie widzimy tą samą przestrzeń uzupełnioną o kolejne elementy – obok domu pojawia się kościół, którego zegar pokazuje drugą godzinę, przy choince rośnie druga, wcześniej wydeptana ścieżka zostaje utwardzona i rozchodzi się w dwie strony, dwaj kierowcy ciężarówek dyskutują na poboczu, dwoje dzieci goni dwa zajączki. A śnieg powoli topnieje. Na następną stronę zawędrowała już wiosna – troje dzieci niesie trzy kwiatki, trzy łodzie płyną rzeką, pojawia się również kolejny budynek i drzewa. W miarce po lewej stronie obrazka piętrzą się już trzy klocki.

W ten sposób maluchy mają możliwość nie tylko nauczyć się liczyć, ale przede wszystkim śledzić roczny cykl życia przyrody raz przyjrzeć się stopniowemu rozwojowi niewielkiego miasteczka. Zupełnie przypadkiem dziecko oswaja się również z zegarem i powoli (wraz z przyswajaniem cyfr) uczy się odczytywać z niego godziny. A wszystko to bez wykorzystania tekstu, bo jedynym środkiem przekazu są tutaj barwne plansze z delikatnymi akwarelowymi obrazkami.

Sam tekst pojawia się dopiero na ostatnich stronach i jest przeznaczony dla rodziców. Wytłumaczono w nim zastosowaną w książce regułę „jeden do jednego” i same początki liczenia, o czym rodzic może następnie opowiedzieć dziecku. Całość dopełnia krótka biografia autora.

Wbrew pozorom ta książka wcale nie jest tak prosta w odbiorze, jak mogłoby się wydawać! Szczegółów jest dużo, a malarskie ilustracje to czasami naprawdę miniaturki i trzeba się porządnie skupić, żeby je wypatrzyć i policzyć. Również ze względu na sposób wydania polecam ją raczej przedszkolakom, niż zupełnym maluszkom – jest to książka papierowa w twardej oprawie z rogami bez zaokrąglenia, dlatego „czytanie” wymaga już pewnej wprawy w używaniu rączek i paluszków.

Wyjątkowo śliczna, logiczna i wciągająca historia. Uczy liczenia, miesięcy, pór roku i zegara, pomaga ćwiczyć koncentrację, cierpliwość, umiejętność porównywania i spostrzegawczość. A ponadto wyrabia dobry gust estetyczny. Polecam bardzo mocno.

Swoją drogą kto by się spodziewał, że książeczka o liczeniu może być taka ładna!

Matsumasa Anno, Liczymy razem, Toruń: Wydawnictwo Tako, 2019, 28 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Tako.

50647940_2020799321330563_7707831382659039232_n

Wpis powstał w ramach akcji KOCHANIE PRZEZ CZYTANIE organizowanej przez Save the Magic Moments <3

Bajki Majki: „Jestem artystą” Marta Altés

Zakochałam się w tej książeczce od pierwszego wejrzenia. Jest genialna – zarówno z perspektywy historyka sztuki, jak i z perspektywy mamy małej artystki. Nie mogę się doczekać, aż pokażę ją córce i jednocześnie trochę się tego boję.

To książka trzech bohaterów:
synka – domorosłego artysty zakochanego w kolorach, kształtach i fakturach, nie stroniącego od śmiałych eksperymentów, czerpiącego inspiracje z otaczającego go świata, stanowiącego awangardę nowej dziedziny sztuki zwanej roboczo home art;
kota – wspólnika artystycznej zbrodni, niestrudzonego modela, obiektu eksperymentów, wiernego towarzysza, dzieło sztuki;
mamy – bezkompromisowej krytyczki home artu, sceptycznej wobec dekonstrukcji domowego ładu na rzecz szeroko rozumianej wolności artystycznej.

Pełen entuzjazmu synek o salvadorowych wąsach domalowanych czarną farbą i głową pełną pomysłów w każdym przedmiocie i miejscu widzi sztukę. Nie jest więc w stanie powstrzymać się od tworzenia kolejnych imponujących realizacji, czerpiąc inspiracje zarówno z dorobku wielkich artystów, jak i z własnej wyobraźni. Osobiście uwielbiam jego interpretację „Wielkiej szyby”. A „Autoportretu wielokrotnego” z pewnością pozazdrościłby mu sam Picasso. A mimo to mama nie jest zachwycona. By przekonać ją o tym, że sztuka jest cenniejsza, niż złoto, synek szykuje coś specjalnego…

Głównym środkiem przekazu są tu barwne ilustracje pełne asamblaży ze sprzętów domowych wzbogaconych o zawartość lodówki, autoportretów, pastiszy i  dzieł przekraczających ramy obrazów, wypełniające całe powierzchnie stron. Wzbogacone zostały o krótkie, jednozdaniowe, ale jakże trafne komentarze budujące nie tylko sens, ale również rewelacyjny humor opowieści.

„Tam, gdzie ja widzę „Samotność marchewki”, mama widzi „Niedojedzony obiad”.

A kiedy rewelacyjny pomysł spotyka się z przesympatycznymi bohaterami, lekkim (ale jakże życiowym!) humorem, świetnymi ilustracjami i imponującą erudycyjnością w wyjątkowo krótkim tekście opcja jest tylko jedna – musi z tego powstać dzieło sztuki. I basta.

Marta Altés, Jestem artystą, Toruń: Wydawnictwo Tako, 2018, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Tako.