Bajki Majki: „Pamiętniki Wisienki T. 1-4” Joris Chamblain, Aurélie Neyret

„Moim sposobem na opowiadanie historii jest obserwowanie ludzi, wyobrażanie sobie ich życia i ich sekretów. Każdy z nas skrywa w sobie jakąś tajemnicę, o której nie wspomina, a która jednak czyni nas tym, kim jesteśmy”.

Wisienka ma nieco ponad 10 lat, uwielbia czytać i najbardziej na świecie pragnie zostać pisarką. Inspirując się słowami swojej sąsiadki i mentorki – najprawdziwszej pisarki na świecie – stara się obserwować otaczający ją świat z uwagą i próbować się domyślić, jakie historie noszą w sobie wszyscy otaczający ją ludzie. Kiedy więc podczas zabawy z przyjaciółkami w ich sekretnym domku na drzewie dostrzegają wychodzącego z lasu, ubrudzonego od stóp do głów farbą Pana Tajemniczego, Wisienka postanawia rozpocząć śledztwo, by rozwikłać jego tajemnicę. Tylko odrobinę nie podoba mi się okłamywanie mamy podczas całej przygody.

Jakiś czas (i sporo frustrujących „ślepych zaułków” później) okaże się, że dociekliwość popłaca, a tajemnicą jest naprawdę porywająca historia byłego malarza, który postanowił nadać życie opuszczonemu i zapomnianemu miejscu tworząc Skamieniałe ZOO.

„Pamiętniki Wisienki” to skrzyżowanie komiksowej historii i pamiętnikiem ciekawskiej małolaty, pełnym zdjęć, rysunków i wycinków. Łącząca to wszystko w spójną i bardzo atrakcyjną wizualnie całość szata graficzna jest więc naprawdę imponująca.

„Mamusia zawsze mi mówiła, że słownictwo jest najlepszą bronią w życiu (…). Czytać znaczy odkrywać, podróżować, lecz również uczyć się pojmowania sensu słów, a zwłaszcza posługiwania się nimi”.

Poza przepiękną warstwą graficzną i pomysłową, ale również poruszającą swoją wrażliwością historią komiks zrobił na mnie także bardzo pozytywne wrażenie od strony językowej. Nie stroni się tu od „trudnych słówek”, które uwielbiłam jako dziecko i wciąż bardzo doceniam. Młody czytelnik znajdzie tu i „odhumanizowane” i „zażenowana” i wiele innych powodów, by zajrzeć do słownika. Mamy tu też do czynienia ze sporym zróżnicowaniem językowym – części pamiętnikowe Wisienki są pisane z dziecięcą szczerością, dowcipem, zaangażowaniem i prostotą, natomiast dłuższe partie tekstu, szczególnie wycinki prasowe charakteryzuje elegancja języka. A podobno komiksy nie są tak samo rozwijające, jak tradycyjne książki!

Joris Chamblain, Aurélie Neyret, Pamiętniki Wisienki T.1 Skamieniałe ZOO, Warszawa: Wydawnictwo Egmont, 2020, 80 s.

Pierwszy tom „Pamiętników Wisienki” spodobał mi się ze względu na oryginalną historię, fajny pomysł na bohaterkę trochę ciekawską małą panią detektyw, a trochę aspirującą pisarkę. Wpadł też w oko mojej pięciolatce i chociaż jest jeszcze spoooro na wyrost, udało nam się przeczytać go razem (a ja naprawdę nie lubię czytać komiksów na głos!).

Za to druga część – „Księga Hektora” – zrobiła na mnie piorunujące wrażenie swoją dojrzałością. Jest naprawdę łał!

Kiedy przyjaciółki naszej bohaterki wyjeżdżają na cały lipiec na wakacje, Wisienka trochę się nudzi. Wspomina zabawy z dzieciństwa, dzięki czemu możemy dowiedzieć się o niej czegoś więcej, np. o tym jak poznała panią Dejardins i zaczęła wymyślać pierwsze historie. Pewnego dnia wyparuje jednak pewną nietypowo zachowującą się staruszkę i postanawia rozwiązać jej zagadkę. Smutną i jednocześnie wyjątkowo wzruszającą opowieść o miłości, milczeniu i wojennej traumie, więc wchodzą nam tu zdecydowanie bardziej poważne tematy, niż w pierwszej części.

Nowa sprawa pochłania Wisienkę tak bardzo, że kompletnie zaniedbuje relacje z innymi ludźmi – ponownie okłamuje mamę, ignoruje uczucia i starania najlepszych przyjaciółek, wykorzystuje ważne dla siebie osoby wyłącznie do prowadzenia śledztwa, a podczas zbierania informacji posuwa się do nieetycznych metod. Na szczęście jednak jej mentorka jest na miejscu i pomaga jej wrócić na właściwy kurs, a kolejny notes wisienkowego pamiętnika kończy się pozytywnie.

„(…) gdy ktoś ukrywa głęboko w sobie to, co odczuwa, w końcu sam staje się tego więźniem. Mów, nie wstydź się uczuć, wyrażaj swoje wątpliwości, lęki. Mów tym, których kochasz, co masz w sercu, będą ci za to głęboko wdzięczni”.

Joris Chamblain, Aurélie Neyret, Pamiętniki Wisienki T.2 Księga Hektora, Warszawa: Wydawnictwo Egmont, 2020, 80 s.

To ilustracje przyciągnęły mnie do serii „Pamiętników Wisienki”, zachwycałam się nimi już w „Skamieniałym ZOO”. To chociaż myślałam, ze już lepiej być nie może, okazało się, że jednak to właśnie „Ostatni z pięciu skarbów” będzie moim ulubionym tomem pod względem wizualnym. Jest w nim mnóstwo zimowych, pełnych śniegu pejzaży, ciepłej atmosfery świąt Bożego Narodzenia i bardzo urozmaiconych stron w wisienkowym dzienniku. Na koniec, w ramach bonusu, będziemy mogli obejrzeć Wisienkę oczami dziewięciu bardzo utalentowanych artystów.

A i sama historia jest jednocześnie poruszająca i przynosząca nadzieję, a przy tym nie bez zahaczenia o trudne tematy. Dziewczyny zaprzyjaźniają się z Sandrą – pracującą w bibliotece introligatorką, która zaprasza je do swojej pracowni. Pomagając jej zrobić porządki w składziku detektywki odkrywają tajemniczą paczkę sprzed niemalże 20 lat. W ten sposób rozpoczyna się nowe śledztwo i jednocześnie trudna, bardzo emocjonalna wyprawa w przeszłość Sandry, która wciąż nie zdołała uporać się z traumą z wczesnego dzieciństwa. Czy życzliwość niewidzianych od dawna bliskich i starania nowych przyjaciółek okażą się remedium na problemy z pamięcią i przyniosą ukojenie? Czy trudna historia Sandry przypomni Wisience o jej prywatnych rodzinnych tragediach?

Między kartki pamiętnika zapląta się muzyka, przepisy kulinarne, rodzinne zdjęcia i zasuszone kwiaty. Będzie sporo o miłości między rodzicami i dziećmi, ogromne poczucie winy małego dziecka i radzenie sobie z traumatycznymi wspomnieniami i wizyty u psychiatry. Cudowanie, że tego rodzaju tematy tak swobodnie pojawiają się w tytułach dla dzieci. Szczególnie w Polsce mamy z tym spory problem. Zupełnie przecież niesłusznie.

W tej części po raz kolejny smutek będzie się mieszał z nadzieją, a przyjaźń zwycięży. Przyjaciółki dorastają i uczą się na własnych błędach, dzięki czemu ich śledztwo zostanie przeprowadzone ze zdecydowanie większą dawką taktu i empatii, a i przede wszystkim zostanie przeprowadzone wspólnie. Wraz z klimatem świąt ta część wniesie w serca czytelników spokój, harmonię i sporo nostalgii.

Uwielbiam.

Joris Chamblain, Aurélie Neyret, Pamiętniki Wisienki T.3 Ostatni z pięciu skarbów, Warszawa: Wydawnictwo Egmont, 2020, 88 s.

Ten komiks nie przestaje mnie zaskakiwać. Jak to możliwe, że jest tak bardzo dobry? W sumie ani trochę się nie dziwię, że „Pamiętniki Wisienki” otrzymały nagrodę główną w konkursie Świat Przyjazny Dziecku organizowanym przez Komitet Ochrony Praw Dziecka, w pełni zasłużenie!

Za każdym kolejnym tomem nasza bohaterka dorasta – jej kolejny dziennik – „Bogini bez oblicza” – zaczyna się od 12 urodzin i wielkiej imprezki z tej okazji. Mama przygotowała dla niej wyjątkowy prezent – tydzień nad oceanem z rozwiązywaniem zagadek tajemniczej posiadłości w ramach atrakcji. Nadmorskie miasteczko, pełen dziwów dom – od ukrytych pracowni malarskich, przez teatr w podziemiach aż po kunstkamerę – wszystko teatralnie zaaranżowane, a jednak z wykorzystaniem historii niezwykłego domu. I przede wszystkim cudowny czas spędzony razem z mamą i przyjaciółkami.

Co jednak, jeśli okaże się, że rozwiązywana przez Wisienkę tajemnica to coś więcej, niż tylko atrakcja dla turystów, a dziewczynka została nieuczciwie wykorzystana do odkrycia zagadki przeszłości kogoś bardzo bliskiego? Kim jest tajemnicza Wenus z pociętego obrazu i dlaczego po raz kolejny zabawa w detektywa nadszarpnie nić porozumienia między Wisienką i jej mamą?

Autorki przygotowały kolejną piękną, wzruszającą i smutną historię miłosną (po raz kolejny w bardzo dojrzały sposób!) wplecioną w pełną wyzwań przygodę z zabawą w piratów, odkrywców i poszukiwaczy skarbów. I jak zawsze pod historią kryje się o wiele więcej, niż można by się spodziewać, a opowieść delikatnie i zapełnienie nienachalnie oswaja trudne tematy.

Jestem pod wielkim wrażeniem. Nie mam pojęcia gdzie je upchnę, ale te komiksy będą czekać jeszcze z pięć lat na moją Majkę. Są cudowne, musi je przeczytać. Już nie mogę się doczekać kolejnego tomu.

Joris Chamblain, Aurélie Neyret, Pamiętniki Wisienki T.4 Bogini bez twarzy, Warszawa: Wydawnictwo Egmont, 2021, 80 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Egmont.

Bajki Majki: „Tarmosia” Tomasz Samojlik, Ania Grzyb

Mała borsuczka Tarmosia budzi się wczesną wiosną w rodzinnej norze. Kiedy jej rodzina się powiększa, zaczynają się poszukiwania pierwszych dżdżownic, sprzątanie norki i obchód po borsuczym teretorium można łatwo zapomnieć o dziwnych hałasach, które budziły borsuczkę zimą i przyprawiły ją o koszmary. Ale podczas zimowego snu borsuków las  uległ nieodwracalnym zmianom.

„Terytorium klanu borsuków to rzecz najważniejsza, a główną nora rodziny to rzecz święta”.

Nie da się ukryć, że borsucze poglądy dalekie są od kosmopolityzmu i dzielenie się swoją wymoszczoną, wypieszczoną, budowaną przez kolejne pokolenia rodową norką z potrzebującymi zdecydowanie im nie w smak. A już szczególnie nie w smak tacie.  

Co jednak, kiedy trzeba będzie ugościć uciekinierów z innej części lasu? Jak przywiązanie do rodzinnej tradycji i zaciętych walk o swój skrawek ziemi borsuki odnajdą się w nowej rzeczywistości? I czy dobre serce wygra z utartymi zwyczajami pamiętającymi jeszcze czasy praprzodków? Czy wspólny wróg pozwoli zwierzętom się zjednoczyć i zapomnieć o podziałach?

To książka pouczająca na wielu poziomach – przede wszystkim w dowcipny sposób niesie ze sobą mnóstwo fascynujących faktów ze świata przyrody, zwyczaje borsuków z pewnością zaskoczą nie tylko dzieci, ale i niejednego dorosłego (a przynajmniej zaskoczyły mnie). To jednak również uniwersalna opowieść o współpracy, otwarciu na drugiego człowieka (albo zwierzaka!), bezinteresownej pomocy będącym w potrzebie, dobroci i budowaniu wspólnoty. I o niemałym bohaterstwie oczywiście!

Objętościowo to już całkiem konkretna lektura, świetny wybór dla samodzielnych 8/10- letnich czytaczy. A dzięki podziałowi na 10 krótszych rozdziałów bardzo fajnie nadaje się również do wspólnego czytania z przedszkolakiem. U nas takie około dwudziestostronicowe rozdziały idealnie sprawdzają się w ramach wieczornego czytania przed snem.

Nie sposób nie wspomnieć również o cudownej oprawie graficznej. Książka jest bardzo wiosenna, kipi zielenią tak z okładki, jak i z licznych całostronicowych ilustracji, a borsuki i liski mają tak cudne pyszczki, że nie sposób ich nie pokochać. Szczególnie, kiedy mają tak wspaniałe charaktery, jak Tarmosia.

Tomasz Samojlik, Ania Grzyb, Tarmosia, Warszawa: Wydawnictwo Agora dla dzieci, 2021, 176 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Agora dla dzieci.

Bajki Majki: „Mistrz kieszonkowy z placu budowy” Sherri Duskey Rinker, Ag Ford

Całkiem niedawno pokazywałam Wam fantastyczną książkę o tym, jak trudno jest być czasem małych rozmiarów i jak maluchy potrafią zaskoczyć (o „Dzielnej Małpce” przeczytacie tutaj). Dzisiaj kolejna książka dla najmłodszych z podobnym morałem – tym razem prosto z uwielbianego placu budowy.

Na placu budowy pojawia się nowa maszyna – zręczna miniładowareczka Brumka Brzdąc, zwana też ładowarką burtową. Mimo całkiem ciepłego przyjęcia, inne maszyny nie traktują jej jednak poważnie – choć cała ze stali, wydaje im się zbyt mała i delikatna do ciężkich robót na budowie. Taki maluch na poważnym i często niebezpiecznym placu budowy może przecież tylko przeszkadzać dorosłym w pracy!

Ale Brumka jeszcze ich zaskoczy! Jej szybka reakcja na kryzysową sytuację, zwrotność i szybkość, głowa pełna pomysłów oraz mnóstwo wyjątkowych umiejętności pomoże dwóm maszynom wydostać się z opresji i rozwiązać problem, z którym większe maszyny nie miałyby szans. A po tak brawurowo przeprowadzonej akcji ratunkowej nikt już nie będzie patrzył na malucha z góry!

To już czwarta część serii przygód maszyn z placu budowy (znacie już „Snów kolorowych, placu budowy”, „Wieczór Gwiazdkowy na placu budowy” i „Rety! Ktoś nowy na placu budowy”?). Antropomorficzne pojazdy budowalne powracają w nowej przygodzie – tym razem o tym, że czasami najbardziej niepozorne postacie mogą nas nieźle zaskoczyć, a wzrost i siła spokojnie mogą się mierzyć ze zręcznością i pomysłowością. To też bardzo uniwersalna przestroga, by nie oceniać po pozorach.

Jak zwykle opowiedziana lekkim, wpadającym w ucho (i w mózg!) rymem, bez strachu przed specjalistycznymi nazwami specjalistycznych maszyn (a które dziecko nie kocha maszyn budowlanych?), z dużą dawką poczucia humoru, charakterystycznymi ilustracjami, pochwałą dla pracy zespołowej i pouczającym morałem.

Rodzice wiernych fanów koparek, betoniarek i ładowarek, szykujcie portfele! Po raz kolejny czeka na Wasze dzieci świetna pozycja!

Sherri Duskey Rinker, Mistrz kieszonkowy z placu budowy, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2021, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „Wirus w koronie, bakteria w kapsule, czyli wyprawa do mikroświata” Marta Maruszczak, Artur Gulewicz

Wychodzimy powoli z trzeciej fala pandemii, a każda kolejna jest gorsza i bardziej opłakana w skutkach. Maseczki stały się standardowym elementem ubioru. Zajęcia z baletu zamknięte od listopada, basen od stycznia, znów pozamykano przedszkola i szkoły. Strach odwiedzić dziadków na święta, kontakty z najbliższymi ograniczone do minimum. Jak wytłumaczyć to wszystko dzieciom? Szczególnie takim przedszkolnym i wczesnoszkolnym – nie mającym jeszcze dość wiedzy, by rozumieć i akceptować naukowe wyjaśnienia, a jednak wciąż pamiętających czasy „normalności” sprzed epidemii i mającymi mnóstwo pytań?

Kilka książek o koronawirusie zajmuje już stałe miejsce w naszym domu „Wirus i inne drobne ustrojstwa” jest świetny, ale to dla mojej przedszkolaczki jeszcze trochę za ciężki kaliber, mimo wszystkich moich wysiłków w tłumaczeniu poszczególnych zagadnień. „Dlaczego nosimy maseczki” to natomiast pozycja (też bardzo dobra!) dla maluszków i choć trochę nam pomogła, nie wyczerpuje ciekawości mojego dziecka. Brakowało nam czegoś pośredniego. I oto jest! W dodatku z mojej ulubionej serii encyklopedii dla dzieci Marty Maruszczak z dużą dawką humoru.

Nie oszukujmy się, obecna sytuacja może przerażać i małych i dużych. Kluczem do okiełznania tego lęku jest zrozumienie problemu i humor właśnie. I te dwie rzeczy „Wirus w koronie” nam gwarantuje.

Dowiemy się między innymi czym różnią się wirusy od bakterii i innych organizmów, w jaki sposób działają, jakie mamy rodzaje wirusów, jak się przed nimi chronić i jak wzmocnić nasza odporność i dlaczego akurat ten nowy koronawirus wzbudził tak wielkie zamieszanie na całym świecie. Wyjaśniono też tajemnicze słowa, towarzyszące nam od dwóch lat niemalże na każdym kroku, jak epidemia, pandemia czy kwarantanna. A wszystko to za pomocą dowcipnych ilustracji i dostępnego języka.

Fenomenalna oprawa graficzna (zachwycałam się nią już przy poprzedniej części „Wzrok, słuch, smak dają znak”), genialne poczucie humoru i duża porcja rzetelnej wiedzy podana w przyjazny dla malucha sposób. A raczej przedszkolaka właśnie – sugerowany wiek czytelnika to 6-10 lat, ja czytam z dość oczytaną 5-latką i jest idealnie.

Na poziom zrozumienia zagadnienia (szczególnie dotyczącego czegoś, czego nie widać gołym okiem!) ogromny wpływ ma sposób podania wiedzy – tak, by zaciekawić, wyjaśnić jak najprostszymi słowami, ale bez nadmiernego uogólniania i przy pomocy łatwych do zrozumienia porównań. Na przykład odporność człowieka została tu porównana do obrony twierdzy podczas oblężenia (kojarzycie mem o Filipie, który gorąco pragnął zbierać kalarepę podczas najazdu Mongołów, tak popularny podczas pierwszego lockdownu? Niektóre analogie po prostu pasują idealnie, a humorystyczna narracja pomaga nam je zapamiętać).

Cała kompozycja książki przypomina mi trochę bardzo dobrze sporządzone notatki „z lekcji” – małe partie tekstu, przystępny język, szybko skreślone ilustracje z podpisami, wypunktowania i metafory. Wszystko, co może nam pomóc skutecznie zgłębić temat i zapamiętać jak najwięcej.

Must have na dzisiejsze czasy, jestem wielką fanką i polecam bardzo mocno!

Marta Maruszczak, Artur Gulewicz, Wirus w koronie, bakteria w kapsule, czyli wyprawa do mikroświata, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2021, 48 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „Mała Kaszalotka i tajemnica nocy” Paulina Chmurska, Elka Grądziel

Morskie zwierzęta zawsze były tymi najulubieńszymi i zazwyczaj pierwszym wyborem Majki (zdecydowanie przed konikami, owieczkami, czy słoniami i żyrafami), więc nasza kolekcja książeczek o wodzie, morzu i morskich stworzeniach jest całkiem spora. Nie spodziewałam się więc, że można mnie jeszcze zaskoczyć w tym temacie.

A jednak. Historia kaszalotki Szarlotty jest wyjątkowa, zarówno ze względu na temat (o kaszalotach jeszcze nie czytaliśmy), jak i pomysł na książeczkę. To połączenie poruszającej historii narracyjnej z informacjami o charakterze encyklopedycznym i z wykorzystaniem niesamowitości nocnych ciemności.

Kaszalotka Szarlotta, jak to zwykle bywa u młodszej młodzieży, ma głowę pełną pytań, którymi zamęcza najstarszego, najmądrzejszego i najcierpliwszego przedstawiciela swojego stada i mnóstwo ciekawości w zanadrzu. Najbardziej nurtuje ją jak wygląda ocean w nocy, kiedy wszystkie kaszaloty grzecznie śpią tuż przy powierzchni wody. Niepomna na dobre rady dorosłych, postanawia to sprawdzić. Jej samotna wyprawa zaowocuje nową, niezwykłą przyjaźnią i bezcennymi doświadczeniami, ale mało brakuje, by zakończyła się tragicznie.

Między fabułę wpleciono całkiem sporo ciekawostek na temat życia kaszalotów (wiedzieliście na przykład, że te niezwykłe stworzenia śpią pionowo tuż przy powierzchni wody? I że zasypiają mniej więcej około godziny 18:00?), które zaspokoją głód wiedzy nawet najbardziej zainteresowanego czytelnika. Albo przynajmniej będą stanowiły dobrą podwalinę do dalszych studiów nad kaszalotami. Jak zwykle w tego rodzaju pozycjach nie zapomniano również uwrażliwić na temat śmieci i zanieczyszczania środowiska, jakiego dopuszcza się człowiek. Na tego rodzaju edukację nigdy nie jest zbyt wcześnie.

Ta. Książka. Jest. Przepiękna.

Ilustracje zdecydowanie wiodą tu prym wypełniając dokładnie całe strony. Paleta barw ogranicza się właściwie do nasyconych odcieni granatu, różu i fioletu – przedstawia w końcu niezgłębione ciemności morskiej toni. Za to przedstawione w odmętach sylwetki zwierząt jaśnieją tak bardzo, że minęło sporo czasu, zanim dotarło do mnie, że zapowiadane na okładce „świecące elementy w środku” nie odnoszą się do tej właśnie świetlistości.

W środku książki znajduje się dodatkowa wkładka przedstawiająca morskie stworzenia słynące tym, że świecą w ciemnościach – meduzę świecącą, kryl, żebropława, kałamarnicę, ukwiał i rekinka psiego. Ich sylwetki zostały powleczone fluorescencyjną farbą, dzięki czemu, po wcześniejszym naświetleniu, możemy podziwiać jak jaśnieją w ciemnym pomieszczeniu. Dla mnie to raczej bajer, zdecydowanie bardziej doceniam magiczne ilustracje, ale na przedszkolakach takie bonusy robią wrażenie.

Jest pięknie pod względem wizualnym, jest fluorescencyjna niespodzianka, jest wciągająca historia z morałem i sporo nowej przyrodniczej wiedzy do przyswojenia. Nie miałam w ręku pierwszej części serii „Książki otulone nocą”, ale jak tylko otworzą biblioteki, z pewnością się po nią wybierzemy, bo Kaszalotka zrobiła na nas duże wrażenie.

Paulina Chmurska, Elka Grądziel, Mała Kaszalotka i tajemnica nocy, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2021, 42 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

Grajki Majki: Magazyn „Zabawy i marzenia z Barbie” Nr 5/2021

Jakie macie patenty na zajęcie czasu przedszkolakowi, kiedy przedszkole zamknięte, a genialne podpowiedzi ministerstwa dotyczące puzzli i farbek budzą w Was jedynie pusty śmiech? Książeczki z zadaniami trochę już nam zbrzydły, trzeba wytoczyć cięższe działa – nadchodzi czas testowania gazetek dla dzieci. Sama jako dzieć lubiłam bardzo.

Zaczynamy od magazynu „Zabawy i marzenia z Barbie” bo i zabawa lalkami jest akurat w naszym domu bardzo na czasie.

Pierwsze wrażenia? Strasznie nie lubię, jak oni teraz wszystko wciskają w plastik. Nie dość, że to kolejny śmieć do wyrzucenia od razu po powrocie do domu, to jeszcze nie można zajrzeć do środka przed zakupem. Podobnie jest z dodawanymi do gazetek gadżetami – w większości to bezsensowne duperele do rzucenia w kąt (jestem pod tym względem dość wybredna, bo i nie akceptuję dodawania do gazetek wszelkich kosmetyków dla dzieci tragicznej jakości i o niewiadomym składzie), choć akurat prezent dołączony do majowego numeru magazynu Barbie – miniaturowy wózeczek z bobasem – jest nawet całkiem całkiem. Co prawda laleczka jest sporo mniejsza, niż „standardowy” bobas z Barbie (możecie porównać na jednym ze zdjęć powyżej), ale Maja stwierdziła, że to lalka-zabawka dla laleczki typu Chelsea i w ten sposób wykorzystała ją w zabawie. Więc raczej na plus.

Osobiście wolałabym jednak zapłacić dwukrotnie albo nawet trzykrotnie więcej za magazyn i otrzymać zabawkę lepszej jakości (bo ta niestety pozostawia sporo do życzenia, szczególnie w przypadku laleczki), czy na przykład ubranka dla lalek. Coś faktycznie do wykorzystania na dłużej, skoro już dedykujemy się na kupno tego plastiku. Albo w drugą stronę – móc kupić gazetkę bez dodatku za połowę ceny.

Trudno mi zdecydowanie określić do jakiej grupy wiekowej jest skierowany magazyn – teoretycznie to 5+ i faktycznie moja pięciolatka bez problemu poradziła sobie z większością zadań i łamigłówek (jest szukanie różnic, labirynt, kolorowanki) po tym, jak przeczytałam jej polecenia. A tu nagle pojawiła się dość drobna wykreślanka, raczej dla starszych dzieci, bo i trzeba już całkiem dobrze umieć w czytanie. Dla nich jednak reszta zadań wydaje się być zbyt banalna. Podobnie z komiksem – Majce bardzo podobała się jego prosta forma, gdzie każda z ilustracji została opatrzona krótką partią tekstu, a dymki z wypowiedziami pojawiały się sporadycznie. Natomiast treść pełna była nowomowy raczej dla dzieci szkolnych – emotikonów, vlogów i udostępniania w internecie prześmiewczych nagrań z innymi osobami bez ich zgody. Co swoją droga nie doczekało się żadnej puenty w nieskomplikowanej fabule, wobec czego komiks okazał się niestety jedną ze słabszych części.

Całkiem wysoko oceniam natomiast się proponowane prace plastyczne – proste, efektowne, z podstawowych artykułów plastycznych i w tematyce wiosennej, na pewno przysiądziemy do produkcji kwiatowej girlandy z papieru, a bransoletki Majka zrobiła sama, bez mojej pomocy. Duży plus również za ćwiczenia z Barbie zachęcające do codziennej gimnastyki i całkiem spory zbiór łamigłówek, który zajął moje dziecię na dłuższą chwilę. Znalazło się też miejsce na projektowanie biżuterii, zabawę w artystkę-malarkę, dwa plakaty i prościutki quiz.

Gazetka nie jest szczególnie obszerna, ale spokojnie starczyła nam na dwa dni zabawy.

W ogólnym rachunku polecam, bo poza komiksem, który średnio mi się podobał (chociaż Maja była zadowolona, że brały w nim udział lalki z jej kolekcji) i wykreślanką, której nie zrobiłyśmy bo okazała się dla mojej córki za trudna, jestem zadowolona z treści. Nie wnoszą one co prawda zbyt wiele wartości, ale spełniają swoją funkcję – zajmują dziecko i dotyczą ulubionych bohaterów. A i cena jest adekwatna do jakości.

Magazyn „Zabawy i marzenia z Barbie”
Nr 5/2021
Wydawnictwo: Egmont
Wiek: 5+
Cena: 11,99 zł

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Egmont.

Bajki Majki: „Kocia Szajka i zagadka zniknięcia śledzi” Agata Romaniuk, Malwina Hajduk

Kocie pozycje to u nas lektury całkowicie obowiązkowe. A jeśli to przy okazji są tak wydane, to po prostu nie sposób im się oprzeć!

Na małych czytelników czeka historia prawdziwie detektywistyczna – w wyniku bardzo poważnej zbrodni włamania wraz z kradzieżą ośmiu skrzynek śledzi przygotowanych na bankiet w cieszyńskim ratuszu do prowadzenia śledztwa zaangażowano wyjątkowych detektywów.

Ku ubolewaniu Komandosa, byłego członka kocich oddziałów specjalnych, pozostali przedstawiciele Kociej Szajki nie mają predyspozycji do przestępczego życia – ich charaktery po prostu nie pozwalają im stać się łotrzykami. Po fiasku starannie zaplanowanej akcji kocia banda decyduje się przejść w tryb szajki dyskusyjnej deliberującej nad filmami kryminalnymi i opowiadającej złodziejskie dowcipy. Kiedy jednak bezradny wobec śledziowej zbrodni komisarz Ludwik Psota wraz z wielkostopą młodszą aspirantką Walerią Koczy zwracają się z prośbą o pomoc do znajomego byłego kociego komandosa, Komandos od pierwszej chwili wie, że to idealna sprawa dla jego wąsatej szajki.

I mimo wprost czających się na drodze trudności, śledztwo idzie im znakomicie!

Bo i jest to najprawdziwsze śledztwo – z przeprowadzaniem oględzin miejsca zbrodni, przesłuchiwaniem podejrzanych, sprawdzaniem alibi i sporządzaniem portretów pamięciowych. Koty są świetne w korzystaniu z kociego internetu, prowadzą Kocigramy, przesiadują w kawiarniach i barach, jadają prawdziwe smakołyki (nie gardzą nawet pianą z czeskiego piwa!) i wyglądają bardzo groźnie w ciemnych okularach z denek od butelek z sokiem. Charakterne i łobuzowate, nie sposób ich nie polubić!

Napisana ze swadą, poczuciem humoru i sporym udziałem gwary cieszyńskiej książka detektywistyczna nadaje się zarówno do samodzielnego czytania dla starszaka, jak i do rodzinnego czytania z młodszym dzieckiem – razem z moją pięciolatką nieźle się wkręciłyśmy! Cała historia została podzielona na osiem rozdziałów, dzięki czemu można czytać przez cały tydzień przed snem (dwa ostatnie z pewnością przeczytacie od razu, emocje nie pozwolą Wam przerwać tuż przed odkryciem winnego!), jeśli mamy do czynienia z mniej wprawionym czytelnikiem albo pochłonąć całość za jednym zamachem.

Teks jest całkiem spory, z dużą interlinią (co jest bardzo ważne dla początkujących czytaczy i dziadków, którzy akurat nie wzięli okularów wybierając się w odwiedziny do wnuczki) i wkomponowany w fenomenalną szatę graficzną. Ta książka jest po prostu świetna pod względem wizualnym. Pełna ilustracji wypełniających całe strony, w cudownych (i modnych) odcieniach granatu, z fantastycznymi wyobrażeniami bohaterów. I z mapą Cieszyna, na której zaznaczono najważniejsze miejsca akcji.

Jak cudownie, że to dopiero pierwsza część serii! Nie możemy już doczekać się kolejnych przygód Kociej Szajki!

Agata Romaniuk, Malwina Hajduk, Kocia Szajka i zagadka zniknięcia śledzi, Warszawa: Wydawnictwo Agora, 2021, 128 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Agora.

Bajki Majki: Seria o Basi – garść nowości

Maja miała jakieś półtora roku, kiedy trafiliśmy na pierwszą książkę o przygodach Basi – co ciekawe wcale nie z cyklu dla maluszków, a pełnowymiarową, długaśną historię – dobrze pamiętam, że to była „Basia i basen”. To była miłość od pierwszego wejrzenia i prawdziwy chrzest bojowy dla mnie jako mamy – nigdy wcześniej nie czytałam na głos tak obszernego tekstu! A mój maluszek wysłuchał całości w skupieniu i z zainteresowaniem, bo czym oznajmił z powagą „jeszcze raz!”. Tak zaczęła się nasza basioprzygoda, która obecnie zajmuje niemal całą półkę na majkowym regale. I nic dziwnego, bo wkręciliśmy się całą rodziną.

Seria przygód Basi liczy już ponad 35 tomów i wciąż pojawiają się nowe. Razem z tą nie najgrzeczniejszą, ale przy tym przekochaną bohaterką dzieci mogą oswoić trudne sytuacje i poznać mnóstwo ciekawych zagadnień – od alergii, wizyty u dentysty, w szpitalu czy w przedszkolu, przez pieniądze, ekologię, jedzenie słodyczy i alergię, aż po bałagan, pracującą mamę i rozmaite wakacyjne wyjazdy. Tym razem przyszedł czas na rowerową wyprawę pt. „Basia i rower”!

W przeciwieństwie do mojego dziecięcia, Basia potrafi już jeździć na dwóch kółkach (mam nadzieję, ze to podziała na Majkę motywująco! Szczególnie, że autorka uwzględniła małą retrospekcję z pełnej upadków basiowej nauki), może więc w pełni uczestniczyć w rodzinnym wyjeździe do domku w lesie pełnego rowerowych wycieczek. Ale czy Basia aby na pewno jest dość duża, by dojechać rowerem dookoła świata? Po drodze będą czekać wyścigi, spotkanie z rowerowymi piratami i zdziwionymi krowami (i ich plackami), a wszelkie wysiłki zostaną zwieńczone piknikiem nad rzeką. Z kijankami!

Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia i rower, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 24 s.

Co jakiś czas pojawiają się „Wielkie księgi przygód Basi” będące zbiorczymi wydaniami basiowych przygód. My jednak preferujemy książeczki wydawane pojedynczo – w twardych oprawach i z większymi ilustracjami i te kolekcjonujemy. „Basia i rower” z pewnością zostaną z nami na dłużej!

Poza „Wielkimi księgami przygód” mamy też „Wielkie księgi” – osobną podserię, gdzie obszerne książki nie składają się z wydanych wcześniej opowiadań, a znajdziemy w nich krótsze teksty poświęcone określonej tematyce – np. przedszkolu czy trudnym słówkom. „Basia. Wielka księga o uczuciach” jest najnowszą z nich.

Życie Basi wypełnione jest uczuciami – jedne z nich uskrzydlają, inne wpędzają w kiepski humorek. Jest ich jednak taka mnogość i rozmaitość, że nie jest łatwo połapać się we własnych emocjach, a co dopiero odgadnąć co czują inni. „Wielka księga o uczuciach” spieszy z pomocą! To rozbudowane kompendium uczuć wszelakich pokazanych z różnych perspektyw. Każda z emocji otrzymała swoją rozkładówkę (przynajmniej jedną!), gdzie wśród licznych ilustracji znalazło się miejsce na wypowiedzi różnych członków rodziny Basi opowiadających o tym w jakich momentach i co czują oraz co ich wprawia w określony nastrój. Opowie nam co nieco i najbliższa rodzina Basi, jej przyjaciele, dziadkowie, a nawet Misiek Zdzisiek i Małpka!

Bardzo podoba mi się, że książka pasuje do aktualnej rzeczywistości – między innymi pojawia się w niej niejednokrotnie koronawirus (np. przy okazji omawiania strachu), a Antek ma oceny w „librusie”, nie w dzienniku, jak za naszych czasów, kiedy to rodzice poznawali oceny dwa razy w roku na wywiadówkach.

Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia. Wielka księga o uczuciach, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 144 s.

Do nieco starszych przedszkolaków (o czym, poza poruszaną tematyką, mogą świadczyć również niezaokrąglone rogi oprawy) jest skierowana podseria „Basia i przyjaciele”. Głównymi bohaterami opowiadań jest zawsze jedno z najbliższych przyjaciół Basi, a ona sama jest w nich wspomniana raczej marginalnie. Tym razem głos oddano, jak już wskazuje sam tytuł „Basia i przyjaciele. Marcel” – zwierzolubnemu koledze Basi z przedszkola.

Marcel kocha wszystkie zwierzęta – od ślimaczków i robaczków, które karmi roślinkami doniczkowymi z przedszkolnej sali, aż po stworzenia pierzaste, futrzarste i czworonożne, które całkiem często znosi do domu. Na szczęście za cichym przyzwoleniem rodziców i równie dobrych sercach i braku alergii wszelakich. To naprawdę wesoły dom – pełen kociego mruczenia, skrzeczenia papugi, psiego poszczekiwania i głosów dzieci. Pewnego dnia mama Marcela przynosi do domu pieska w bardzo złym stanie – kto mógłby chcieć otruć psa?

To nie tylko wzruszająca opowieść o szanowaniu życia każdego, nawet najmniejszego stworzonka, ale również o empatii i bezinteresownej pomocy. Pojawia się w niej również motyw śmierci zwierzątka, i choć pochowane przez Marcela i jego ciocię stworzenie to tylko znaleziona polna myszka, to może być bardzo pomocna podczas rozmów o odejściu ukochanego domowego pupila.

Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia i przyjaciele. Marcel, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 24 s.

Na serię o Basi i Franku, skierowaną do najmłodszych dzieci, trafiłyśmy stosunkowo późno i w formie zbiorczej „Wielkich ksiąg Basi i Franka” – dlatego też zainteresowanie mojej córki nie trwało szczególnie długo, choć i do tych opowiadań mamy sporo sentymentu. To krótkie, bardzo proste historyjki skupione wokół tematów bliskich maluszkom – poznawaniu kolorów, zwierzakom, zasypianiu, jedzeniu czy korzystaniu z nocnika.

Strasznie się cieszę, że pojawił się dodruk tych książeczek w formie kartonowej – dotychczas widziałyśmy je jedynie w bibliotekach. To niewielkie, leciutkie kartonówki z bezpiecznie zaokrąglonymi rogami, śliskie i błyszczące, ząbko- i ślinoodporne. Najnowsze z nich to „Basia, Franek i zwierzaki” oraz „Basia, Franek i kolory”.

Basia towarzyszy młodszemu braciszkowi w poznawaniu świata – bo wiadomo, że świat starszej siostry jest najciekawszy na świecie! Basia wprowadza Frankowi naukę kolorów – i pomaga się przebrać, kiedy braciszek, chcąc wyglądać jak ona, farbuje pomidorem swoją białą bluzeczkę w czerwone paski – oraz nazw i zwyczajów zwierząt – bawiąc się z nim w kotki, wygłupiając z Kretem, czy opiekując Kajetanem. Pełne kolorów ilustracje wypełniają całe strony, a krótki, często bardzo zabawny tekst dopełnia historie.

Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia, Franek i kolory, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 14 s.
Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia, Franek i zwierzaki, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 14 s.

Prawdziwą gratką dla fanów Basi może być niewielka gra „Basia w ZOO”. Zaskoczył mnie jej format – w porównaniu basiową z grą „Łap kolory” wydaną kilka lat temu, ten tytuł jest naprawdę kieszonkowy. Co ma również swoje plusy, bo idealnie pasuje do dziecięcego plecaczka pakowanego na nocowankę u babci.

W pudełeczku znajdziemy kafelki z wizerunkami zwierząt – po trzy kafelki z danym zwierzątkiem w różnych kolorach, żetony postaci oraz instrukcję z krótkim opowiadankiem wprowadzającym graczy w fabułę gry. Wraz z rodziną Basi wybieramy się do ZOO zrobić zdjęcia zwierzętom. W tym celu będziemy odkrywać kolejne kafelki, będące naszymi zdjęciami i zbierać je. Można za jednym razem odsłonić tak dużo kafelków, ile się tylko chce, trzeba jednak uważać, by nie odkryć jednocześnie dwóch kafelków z tym samym zwierzakiem albo trzech tego samego koloru, bo w ten sposób skusimy i nie będziemy mogli zebrać odkrytych zdjęć. Jest to zatem trochę odwrotność memorów (pary zakazane!) ćwicząca zarówno pamięć, jak i umiar. I co najlepsze, występują w niej foczki – ukochane zwierzątko mojej Majki!

Basia w ZOO. Gra planszowa
Autor: Tom Delmé, David Furnal
Ilustracje: Marianna Oklejak
Wydawnictwo HarperKids
Liczba graczy: 1-4
Sugerowany wiek: 4+

Znacie Basię? Która z jej przygód jest waszą ulubioną?

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa HarperKids.

Bajki Majki: „Cyferkowa książka” Anna Salamon, Alicja Krzanik

Nie da się ukryć, że „Literkowa książka” okazała się hitem. Okazała się wyjątkowa nie tylko ze względu na cudną formę „wydzierganych” ilustracji, ale również dzięki wspomaganiu zapamiętywania przez różne dodatkowe aktywności do wykonania przez na maluszka.

Druga część, poświęcona cyferkom, utrzymuje ten schemat – jest równie imponująca pod względem wizualnym i nie brak jej pomysłowości. Poza samym liczeniem, na dziecko czekają dodatkowe polecenia pomagające zapamiętać zarówno kształt samych cyfr, jak i odpowiadające im ilości. Przy cyferce 1 musimy wskazać, co mamy pojedynczego, np. nos, czy głowę. Przy 2 mamy dwie nogi i dwie ręce, należy więc podskoczyć i klasnąć. Na dzieci czeka też miedzy innymi wymienianie czterech pór roku, siedmiu dni tygodnia, czy nazywanie wszystkich pięciu palców.

Poza wspomaganiem wyobraźni maluszka poprzez główkowanie nad zadaniami, pomyślano również o prostej wizualizacji. Obok każdej z cyfr widzimy regał (oczywiście włóczkowy)- na samym początku jest pusty (to strasznie super, że w książce uwzględniono również zero!), po czym najpierw pojawia się na nim jeden miś, później dwie filiżanki, trzy autka, pociąg z czterema wagonikami… i tak dalej. Dzięki temu za każdym razem maluszek może policzyć pojawiające się przedmioty podczas poznawania cyfr, a następnie wykorzystać zapełniający się regał do podstawowych działań matematycznych dodając do siebie nie tylko zabawki jednego rodzaju, ale również sumując je wszystkie po kolei.

Co dwie cyfry pojawia się włóczkowa scenka rodzajowa z życia rodziny, uzupełnione krótkim wierszykiem i kolejnymi zadaniami dla małego czytelnika – trzeba na kolejnych obrazkach (w domu, na plaży, na ulicy i w przedszkolu) odszukać przedmioty, które występują po kilka razy i policzyć je.

Nie myślcie jednak, że książką kończy się wraz z cyfrą 9, co to, to nie! Po dziewiątce czytelnicy dowiedzą się czym są liczby dwucyfrowe i poznają pierwsze cztery z nich. Następnie pojawi się strona poświęcona rzeczom nieskończonym, jak gwiazdy i bakterie oglądane przez rodziców przy pomocy teleskopu i mikroskopu, a po wszystkich stronach poświęconych dodawaniu zabawek pojawi się również czas na odejmowanie.

Najfajniejsze jest jednak to, że wszystkie te wyliczanki i stopniowe zapełnianie regału zabawkami i dekorowanie ścian gwiazdkami ułożyło się w prostą fabułę – na ostatniej stronie dowiadujemy się, że do rodzinki dołączyła malutka Hania a regał wraz z zabawkami był kompletowany do pokoju małej siostrzyczki. W połączeniu ze scenkami rodzajowymi całość układa się w całkiem rozbudowaną historię pewnej szydełkowej rodzinki.

A wszystko to po raz kolejny w wytrzymałym, ząbko- i ślinoodpownym kartonowym wydaniu z bezpiecznie zaokrąglonymi rogami. Nie „Cyferkowa książka” mam wątpliwości, że powtórzy sukces pierwszej części.

Anna Salamon, Alicja Krzanik, Cyferkowa książka, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2021, 40 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.