Bajki Majki: „Historia kolorów” Clive Gifford

Wiedzieliście, że słowem „pink” bardzo długo określano jeden z żółceni? A różowy był kolorem zarezerwowanym dla małych chłopców? A słyszeliście może o różowej margarynie? Jeśli nie, to wiele ciekawostek w tej książki ma szansę was zaskoczyć. Bo to tylko jedna z całego kalejdoskopu opisanych w niej barw.

Odkąd jako dziecko poznałam dwa „niestandardowe” kolory – pąsowy i indygo – stałam się niepokonana w grze w kolory i nigdy już nie musiałam uciekać przed berkiem wokół piaskownicy. Aż do momentu, w którym, oskarżona o oszustwo, musiałam podzielić się moim kolorystycznym odkryciem z innymi dziećmi i wszystko przepadło. Aż do czasu umbry palonej, która szybko stała się moim kolejnym triumfem. Gwarantuję, że po tej lekturze, waszym latoroślom nigdy już nie zabraknie barwnej elokwencji.

Kto i dlaczego zaczął hodować pomarańczowe marchewki? Ile lat liczy sobie najstarsze pudełko farb? Jaki barwnik powoduje kolejki w toalecie, co groziło za fałszowanie szafranu, jaki barwnik produkuje się z rozgniecionych chrząszczy i dlaczego jeden z prerafaelitów urządził swoim tubkom farb pogrzeb w przydomowym ogródku? Co było na tyle drogocenne, by pokrywać je mieszaniną białka jaj i… woskowiny z ludzkich uszu? Jaki kolor określano jako „pchle plecki”, jak dużo zgniłych ślimaków potrzeba, by uzyskać gram purpury tyryjskiej i do wytwarzania barwnika jakiego koloru używano ludzkiego moczu (podpowiedź: nie, nie był to żaden z żółcieni)?

Fascynująca i fenomenalnie zilustrowana podróż przez historię świata utrwalanego. Od prehistorycznych jaskiń, przez mundury najgroźniejszych armii, suknie Najświętszej Panienki zerkającej z płócien mistrzów, aż po strojne suknie elegantek i barwne tapety modnych mieszkań. Poznacie symbolikę barw, krwawe sekrety historii, kolory tak piękne, że popychające ku zbrodni i tak trujące, że służące za środek owadobójczy. I poznacie też odcień piątku.

Jestem wielką fanką encyklopedii i niejedną już miałam w dłoniach, ale ta jest wyjątkowa. Może to już taka moja słabość, ale dosłownie nie mogłam się oderwać, a kilka informacji naprawdę mnie zaskoczyło. Ta książka to jedna wielka ciekawostka i z całego serca polecam ją każdemu, bo nie ma najmniejszego sensu stawiać tu górnej granicy wieku. Bierzcie i czytajcie, świetna jest!

Clive Gifford, Historia kolorów. Jak kolory kształtowały świat, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2020, 64 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „Lukrecja” Anne Goscinny

Nigdy nie sądziłam, że takie słowa kiedykolwiek przejdą mi przez usta (czy przez klawiaturę), ale stało się, nie sposób już dłużej wypierać tego faktu: polubiłam Lukrecję! Całe szczęście, że tą przez duże „L”.

Kiedy dziecko znanego pisarza decyduje się iść w ślady ojca, nie sposób nie podejść do książki zarówno z wielkimi nadziejami, jak i z równie dużymi obawami. Wychowałam się na wszystkich przygodach Mikołajka (po dziś dzień uważam się za damskie wcielenie Alcesta) i chociaż, wiem, że obecnie uznaje się je za nie do końca edukacyjne, to na pewno podsunę je niedługo Majce, a i sama przeczytałabym więcej. Na szczęście Anne Goscinny spisała się świetnie – nie próbuje naśladować stylu ojca, a świat jej bohaterki zdecydowanie bardziej przystaje do współczesności. Bez obaw – nikt tu już nie rozwiązuje problemów „dawaniem fangi w nos”.

Lukrecja ma 12 lat, chodzi do szóstej klasy, więc nareszcie jest dorosła i ma fantastycznie zakręconą patchworkową rodzinę. Jej mama jest adwokatem, więc bywa w więzieniu tak często, że czasami można się zastanowić kto tak naprawdę ma tu kłopoty. Tata jest artystą i chyba nigdy nie nauczy się porządnie w dorosłość. Ojczym uwielbia odrabiać jej prace domową z matematyki, ale niestety nie wychodzi mu to tak dobrze, jak gotowanie obiadów. Młodszy brat ma obsesję na punkcie gier wideo, szkieletorów i zombie, a babcia imprezowiczka uczy ją ważnych życiowych umiejętności, jak na przykład gra w karty. Zamiast wymarzonego psa nasza bohaterka dostała żółwia o wdzięcznym imieniu Madonna. Poza zółwiczką przyjaźni się też z trzema Linami, w przyszłości chce zostać pisarką, jej nowy wychowawca jest lumberseksualny i wygrała wybory do szkolnego samorządu będąc jedną z dwóch nie kandydujących osób. A to tylko niektóre z jej przygód!

Anne Gosciny, Lukrecja, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2019, 216 s.

Pełne humoru książki o życiu Lukrecji są tak francuskie, że to aż urocze, spodziewajcie się w nich sporo wina i otwartego spojrzenia na świat. W drugiej części nasza bohaterka wybierze się między innymi na homoseksualny ślub wujków, przyjęcie zaręczynowe swojej szalonej babci, koncert przyjaciółki-akordeonistki i z wizytą do drugiej babci, która cierpi na Alzheimera. Wejdzie też w „trudny wiek”, w tajemnicy przed mamą przekłuje uszy i będzie świętować swój pierwszy pisarski sukces.

Tylko wbrew temu, co napisano na okładce, nie jest wcale siostrą Mikołajka, a jego kuzynką. A właściwie kuzynką pierwowzoru tego słynnego łobuziaka.

Anne Gosciny, Lukrecja stawia na swoim, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2020,
216 s.

Scarlett, najbardziej zakręcona babcia Lukrecji uwielbia przysłowia (oczywiście poza pokerem, winem i imprezami). W trzecim tomie dowiemy się bardzo dobrze, czym jest słomiany zapał i co to znaczy „podłożyć komuś królika” (francuskie „poser un lapin à qn” jest w tym przypadku nieprzetłumaczalne – u nas to „wystawić kogoś do wiatru” i niestety nie pasowałoby do elementu fabuły, jakim jest ukochany królik Wiktora, Rondel). Bohaterka wyruszy na swoją pierwszą klasową wycieczkę do gospodarstwa agroturystycznego, przekona się na własnej skórze jak bardzo wymagający jest zawód adwokata oraz czy chciałaby w przyszłości pełnić tak odpowiedzialną funkcję, jak prezydent.  I czy chciałaby grać w piłkę, czy być żoną piłkarza.  Jeden z bohaterów będzie miał szansę zagrać w najprawdziwszym filmie, a spisane w ramach urodzinowego prezentu dla taty wspomnienia mają szansę stać się pewnego dnia pierwszą książką Lukrecji.

Jak zawsze pełna humoru, szalenie pozytywna i chwytająca za serce. Lukrecja ma chyba najfajniejszą rodzinę na świecie. Za raz po mojej własnej!

Anne Gosciny, Lukrecja na pierwszym planie, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2020, 204 s.

To bardzo podstępne kończyć każdy tom jednym lub dwoma rozdziałami kolejnego, żeby zaostrzyć czytelnikowi apetyt. Bardzo skutecznie, bo już nie mogę się doczekać. Na pewno w swoim czasie podsunę ta serię Majce, bo jest świetna do samodzielnego czytania – z dużą czcionką, przetykana ilustracjami i podzielona na niedługie rozdziały, z których każdy stanowi odrębną przygodę. Bardzo aktualna i sympatyczna porusza tematy ważne i ważkie, ale jak najbardziej istotne dla babskiej części „młodszej młodzieży”.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak Emotikon. 

Bajki Majki: „Tak wiele rzeczy. So many things” Maya Hanish

Zadam retoryczne pytanie – czy zdarza Wam się czasem wejść do dziecięcego pokoju i zastać tam krajobraz jak po wybuchu bomby? Że bez szufli w ogóle nie podchodź? No właśnie.

Podobne uczucie towarzyszy mi za każdym razem, gdy otwieramy z Majką tą książkę, tylko, że w tym przypadku nie trzeba sprzątać, a to ogromny plus!

Ten przepiękny polsko-angielski słownik obrazkowy podzielony jest na 17 bardzo różnorodnych działów. Każda rozkładówka jest poświęcona osobnemu tematowi (z wyjątkiem zwierząt i sprzętów domowych, którym poświęcono aż po 4 strony) i tłoczą się na niej związane z nim przedmioty. Dzięki temu zajrzymy nie tylko do ogrodu i na targ, do domu, na plażę, do supermarketu czy na wieś, ale przyjrzymy się również różnorodnym elementom garderoby, zjawiskom pogodowym, kwiatom, ptakom, a nawet sportom.

Niektóre słowa są oczywiste, znajdziemy tu kota, psa, autobus i jabłko, inne natomiast mogą stanowić zaskoczenie, jak na przykład solnisko, kryjąca się wśród zwierzęcych kuzynów impala, czy koryfena (po angielsku mahi mahi! – aż musiałam zawołać Wujka Google na pomoc). Podejrzewam, że w nikim nie wzbudzi to zdumienia, ale moja ulubiona sekcja to ta poświęcona jedzeniu, tu też znajdziemy najwięcej obco brzmiących nazw, co może być świetnym punktem wyjścia do rozmowy o różnych krajach i ich tradycyjnych potrawach. Koktajl z krewetek, bajgiel, taco, camembert, empanadas, guacamole, pierożki dom-sum, paella – zdecydowanie jestem entuzjastką poznawania świata od jego kulinarnej strony. Szczególnie, że tuż obok znajdziemy swojskie jajko sadzone, sernik, jogurt, czy naleśniki. A na stronie z supermarketowymi półkami nawet mortadelę!

Poza rozwijaniem słownictwa i ćwiczeniem angielskiego, książka z powodzeniem może pełnić funkcję wyszukiwanki – świetnego treningu spostrzegawczości i cierpliwości– jest bowiem tak kolorowa i pełna szczegółów, że czasem naprawdę niełatwo coś znaleźć. I te przepiękne wycinankowe ilustracje – przekolorowe, a jednak bez grama pstrokacizny, niebanalne i dopracowane w najmniejszych szczegółach!

Sugerowany wiek odbiorcy to 0-6 lat i jak najbardziej można oglądać ją z dziećmi od zupełnego maluszka, ale ze względu na spory format, ostre rogi i delikatne (zupełnie nie ślionoodporne!), papierowe strony polecam już bardziej zaawansowanym w czytaniu przedszkolakom. Oczywiście z rodzicem, bo można nieźle w nią wsiąknąć niezależnie od wieku.

PS. Tylko angielskie „statue” przetłumaczyłabym jako „pomnik”, nie „statuę”, bo tam ktoś na koniu siedzi.

Maya Hanish, Tak wiele rzeczy. So many things, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2019, 48 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „Ta książka jest kotem” Silvia Borando

Można by pomyśleć, że Maja jest już nieco za duża na tego rodzaju literaturę z niewielką ilością tekstu i kartonowymi stronami, ale ostatnio trafiliśmy w kawiarni na „Zaśnij ze mną” – książeczkę opartą na tym samym schemacie, która od dawna już nie gościła w naszym domu. I zaskakująco duże ponowne zainteresowanie tą pozycją „dla bobasów” przygotowało mnie na entuzjastyczne przyjęcie nowego interaktywnego tytułu, szczególnie, że „Śpij, króliczku!” było swego czasu jedną z najbardziej zaczytanych pozycji w naszych zbiorach [o wspomnianych wcześniej interaktywnych książeczkach możecie przeczytać TU]. A i kocia tematyka zawsze się u nas sprawdza.

Zarówno fabuła, jak i ilustracje kociej książki są wyjątkowo nieskomplikowane. Na każdej stronie mamy przedstawienie rudego kota na białym tle i tekst w różnych kolorach – czarny wprowadza czytelników w temat i informuje o tym, co robi kotek, zielone zdania są zadaniami do wykonania przez małego mola książkowego. Dowiadujemy się więc na przykład, że kot głośno mruczy i otrzymujemy polecenie, by podrapać go pod brodą. Jeśli pojawia się jakiś czynnik dodatkowy – pchły, czy deszcz – zaznaczono to w tekście odcieniem niebieskiego.

Otwierając tą książeczkę, mamy więc szansę towarzyszyć kotu w, niedługiej zapewne, przerwie między drzemkami. By dowiedzieć się co nieco o kocich zwyczajach, dziecko wchodzi z książeczką w interakcję – głaszcze, osłania przed deszczem, przegania pchły, ratuje ptaszka z kociego pyszczka, co zachęca dziecko do aktywnego uczestnictwa w lekturze i zmienia czytanie w zabawę.

Wielki plus za wydanie – chociaż książka została wyposażona w całokartonowe, całkiem pancerne (zębo- i ślionoodporne) strony, to mimo wszystko jest dość lekka, a jej niewielki format  i zaokrąglone rogi sprzyjają pierwszym czytelniczym próbom małych rączek. Ponadto wygodnie trzymać ją w jednej dłoni podczas czytania dziecku.

I jest również psia wersja!

Silvia Borando, Ta książka jest kotem, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2020, 28 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „Pomóż zwierzakom wrócić do domu. Lasy świata; Wody świata”, Pavla Hanáčková

Obie kwadratowe, całokartonowe książeczki z serii „Pomóż zwierzakom wrócić do domu” oparte są na tym samym schemacie. Główny bohater – Antek w przypadku „leśnej” części i Julka w „wodnej” części – trafiają na zwierzęta wydarte przez przemytników ze swoich naturalnych środowisk. Pomagając im powrócić do domów, przemierzają świat poznając jego zdumiewającą różnorodność.

Wraz z Antkiem odwiedzimy aż siedem różnych lasów – od mieszanych w umiarkowanym klimacie Europy, przez wieczną zmarzlinę tajgi, wilgotne lasy równikowe aż po… lasy wodorostów u wybrzeży Kaliforni! Trzy z tych środowisk zostały potraktowane wnikliwiej, niż pozostałe (a w każdym czekał na nas zwierzęcy przewodnik), poznamy jednak mieszkańców i rośliny żyjące w każdym z nich. Ponadto dowiemy się między innymi jak ich mieszkańcy radzą sobie z ekstremalnymi warunkami, w których przyszło im żyć, jaki wpływ mają dane gatunki na swoje środowisko i czy pożary lasów mogą być dla nich pożyteczne.

Julka zabierze nas na wyprawę w podwodne głębiny siedmiu środowisk wodnych (podobnie, jak w przypadku lasów, trzem z nich poświęcono nieco więcej uwagi) – przez oceany, rafy koralowe, wartki nurt najdłuższej rzeki świata, namorzyny i mokradła aż po najgłębsze jezioro. Wody słone, słodkie, zbiorniki podziemne i powierzchniowe, duże i małe… Kto mieszka w każdym z nich?

Do czego zwierzęta wykorzystują prądy oceaniczne? Na jakie strefy dzielą się połacie oceanicznych wód i czy wszystkie z nich są przystosowane do życia? Koralowce to rośliny, czy zwierzęta? W jaki sposób rzeki kształtują teren? Czym są lasy namorzynowe i dlaczego porastające je drzewa mają… szczudła? I skąd właściwie w jeziorach bierze się woda?  Na te i mnóstwo innych pytań rodzących się z niezaspokojonej dziecięcej ciekawości znajdziecie odpowiedzi w „Wodach świata”. Każdy przedszkolak będzie oczarowany tą niezwykłą wyprawą, a i rodzic ma szansę na zaskoczenie niektórymi ciekawostkami. Ja na przykład nie miałam pojęcia o istnieniu wodnych hiacyntów. No bo jak to tak, bez cebulki?

Wielki plus za pogrubioną okładkę i sztywne, choć nie przesadnie grube kartki oraz zaokrąglone rogi – Maja ma już cztery lata i jest naprawdę zaawansowanym czytelnikiem potrafiącym dbać o swoje książeczki (w końcu indoktrynowana od bobasa!), a jednak wciąż bardzo doceniam takie szczegóły.

Mnóstwo ciekawostek dostosowanych do możliwości poznawczych malucha, sympatyczni bohaterowie i urocze ilustracje. A do tego prawdziwa przygoda!

Pavla Hanáčková, Linh Dao, „Pomóż zwierzakom wrócić do domu. Lasy świata”, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2019, 22 s.

Pavla Hanáčková, Linh Dao, „Pomóż zwierzakom wrócić do domu. Wody świata”, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2019, 22 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

 

Bajki Majki: „Jak wytresować kota? Historie prawdziwe” Dawid Ratajczak

Książki o kotach są gratką dla kociarzy w każdym wieku i świetnie się ubawiłam czytając ten tytuł. Pamiętam jednak, jak uwielbiałam w dzieciństwie tego typu historie – „Kocie opowieści” Jamesa Herriota były jedną z moich ulubionych książek, kiedy tylko nauczyłam się w miarę sprawnie czytać. Znam je niemalże na pamięć. A że książki Ratajczaka nie mają tak naprawdę ograniczenia wiekowego i zostały wydane nakładem Wydawnictwa Skrzat, które niejako konotuje literaturę dziecięcą, czwarty tom „Jak wytresować kota” trafił do kategorii Bajki Majki, choć zdecydowanie przez jakiś czas będzie jeszcze na wyrost.

Ale nie dajcie się zwieść! Bardzo rekomenduję tą pozycję również dla dorosłych, swój egzemplarz zamierzam niebawem [nie czytaj tego siostro, chyba, że chcesz mieć urodzinowy spoiler!] sprezentować siostrze na 23 urodziny.

 

Oczywiście dzieci nie wszystko zrozumieją – nie mają w końcu aż tak dużego życiowego doświadczenia i obycia z kotami i stworzeniami kotopodobnymi (wciąż podejrzewam Vincenta o jakieś tajemnicze małpie geny), jak człowiek dorosły – ale z pewnością i tak będą miały ubaw po pachy. Ja miałam.

W przeciwieństwie do poprzednich trzech części serii, ta nie powstała jako typowy poradnik. Na tą niewielką gabarytowo książeczkę składa się pięć opowieści pięciu kotów i ich właścicieli. Są to historie mogące stanowić archetyp kociego zachowania, bez wątpienia znany wszystkim wytrawnym kociarzom. Ci, czytając, będą mądrze kiwać głową ze zrozumieniem, gładząc brodę i podkręcając wąsa. Dla początkujących użytkowników stanowią cenną wartość dydaktyczno-moralizatorską, pomagając im choć trochę przygotować się psychicznie na nieuniknione.

Pewne wydarzenia są bowiem całkowicie przewidywalne – jak na skutek ścierania się zimnych i ciepłych mas powietrza musi powstać burza, tak możemy spodziewać się pewnych określonych efektów, kiedy próbujemy podać kotu tabletkę, przypiąć mu smycz i zabrać na spacer (aczkolwiek jestem w posiadaniu pewnego dowodu anegdotycznego, że to jednak możliwe!), czy postawimy w domu kota choinkę. A jednak mimo to za każdym razem jesteśmy zaskoczeni, prawda?

Wszystkie są świetne w swojej prawdziwości, ale moją ulubioną zdecydowanie jest opowieść (chociaż bardziej może przypowieść?) o odchudzaniu „puszystego, ale szczęśliwego” Krokieta, zawierająca relację jego diety z godziny na godzinę, niczym napad na mennicę królewską.

Lekki język, komizm życia codziennego, dużo bardzo kocich kotów i całkiem sporą dawkę wartościowej kociej wiedzy przeplecionej między wierszami gwarantują poprawiająca humor i pożyteczną rozrywkę niezależnie od metryki odbiorcy. Wystarczy tylko umieć czytać!

Dawid Ratajczak, Jak wytresować kota? Historie prawdziwe, Kraków: Wydawnictwo Skrzat, 2019, 160 s.

Recenzja powstałą dzięki uprzejmości Wydawnictwa Skrzat.

Bajki Majki: „Dom na kurzych łapach” Sophie Anderson

Mam ostatnio wyjątkowe szczęście do współczesnych baśni. Najpierw „Lodowy smok”, a teraz kolejna poruszająca historia. Może nawet piękniejsza, bo bardziej rozbudowana i porusza więcej problemów istotnych dla małego czytelnika.

„(…) nie liczy się to, jak długie jest życie, tylko jak jest dobre; chyba to samo stosuje się do przyjaźni. Nie wiem, ile czasu będę mogła spędzić z Benjaminem, ale docenię każdą sekundę. (…) Nikt nie jest niczyją własnością, nie da się go zatrzymać na zawsze. Nic nie trwa wiecznie.”

Czytałam tą książkę i zaczęłam pisać recenzję akurat w najbardziej słoneczne, najładniejsze dni tej zimy-niezimy. I w związku z tym w pierwszej chwili pomyślałam, że nie najlepiej trafiłam z klimatem, bo tematyka śmierci i przemijania, palenie świeczek w czaszkach, przeprowadzanie zmarłych na „drugą stronę” i tęsknota za bliskimi, którzy odeszli przedwcześnie jest raczej kojarzone z jesienną pluchą, okolicami Halloween i Święta Zmarłych. Ale czy śmierć przychodzi tylko jesienią? Czy nie można przeżywać żałoby wiosną, a największe tragedie nie wydarzają się na rajskich plażach nad oceanem?

Za piękną i klimatyczną okładką kryje się piękna i klimatyczna powieść. Marinka ma dwanaście lat, mieszka w domu, który potrafi chodzić i zabiera ją w przeróżne zakątki świata, a do tego można się z nim bawić!, ma oswojonego kruka i Babę Jagę – Strażniczkę Bramy dzielącej świat żywych i umarłych za babcię. Każdego dnia buduje ogrodzenie z kości, a każdego wieczora przygotowuje biesiadę dla zagubionych dusz, by dodać im sił na ostatnią podróż – podróż ku gwiazdom. I jedyne o czym marzy, to wieść normalne, nudne życie wśród rówieśników. Najlepiej żywych, jeśli można prosić.

Czasami potrzeba tragicznego wydarzenia, by docenić to, co się ma. A czasami trzeba z kimś szczerze porozmawiać, by móc poczynić jakieś zmiany.

Baśniowa opowieść pełna mądrości uniwersalnych – przeczytamy tu o samotności, niedopasowaniu, poszukiwaniu swojego miejsca w świecie, przeznaczeniu, przeżywaniu żałoby i mozolnym radzeniu sobie ze stratą, dorastaniu, odpowiedzialności, dążeniu do szczęścia, podejmowaniu własnych wyborów i mierzeniu się z ich konsekwencjami, bezwarunkowej miłości i trosce o tych, których kochamy. O przywiązaniu do tradycji i o jej zmienianiu. O doświadczaniu życia, bo to w końcu nasze doświadczenia są tym, co nas kształtuje. Zarówno te dobre, jak i te złe.

Malownicza, bardzo klimatyczna, baśniowa i erudycyjna historia oparta na słowiańskim folklorze i opowieściach naszego dzieciństwa. Momentami trochę strasznych, ale fascynujących i niosących ze sobą sporo mądrości.

Sophie Anderson, Dom na kurzych łapach, Białystok: Wydawnictwo Kobiece Young, 2020, 325 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Kobiecego.

Bajki Majki: „Strzeżcie się, potwory!” Rafael Rosado, Jorge Aguirre

Nieustraszona Claudette powraca! Pogoniła kota olbrzymom, stawiła czoła smokom, przyszedł czas na potwory!

Kiedy Mon Petit Pierre szykuje się do corocznych Igrzysk Wojowników, Claudette wydaje się być idealnym kandydatem do drużyny reprezentantów. Nie wszystko jednak idzie po jej myśli…

Kiedy zamiast zajmować się tym, co wojowniczki lubią najbardziej, trzeba doić krowy, ubijać masło, zbierać grzyby, tkać, czy orać pole, predyspozycje naszej walecznej bohaterki nie są już tak oczywiste. A zniechęcenie wobec kolejnych konkurencji, frustracja spowodowana wrednymi przeciwnikami i potrzeba zwycięstwa zaprząta jej głowę tak bardzo, że nie zauważa prawdziwego niebezpieczeństwa. Od czego jednak są przyjaciele?

I czy wygrywanie jest zawsze najważniejsze?

To już trzeci tom, a przynosi równie wiele emocji, co dwa poprzednie. Jest akcja, jest humor, wywijanie mieczami, siła przyjaźni, śmiertelne zagrożenia, sztuka dyplomacji, magiczne lody, olbrzymia dawka girl power i przerośnięte krewetki zjadające wszystkich twoich bliskich. Jest ekstra!

Super ekstra jest też kilka stron dodatku, który daje czytelnikowi wgląd w proces powstawania i modyfikowania komiksu. Ależ to musi być tytaniczna praca!

Jorge Aguirre, Rafael Rosado, Strzeżcie się, potwory!, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2019, 172 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Bajki Majki: „Lodowy smok” George R.R. Martin

Długo zastanawiałam się do jakiej kategorii zaliczyć tą baśń – nie mogłam zdecydować, czy to książka dziecięca, czy raczej już dla dojrzałego czytelnika. Już samo nazwisko autora zwiastuje sporą dozę brutalności – znajdziemy tu palenie żywcem, okrucieństwa wojny i mówienie dzieciom, że nie potrafią kochać. Tym bardziej są to aspekty przejmujące, bo dokładnie ukazane na ilustracjach. Zawsze jednak w takich mementach staram się sobie przypominać rzeczy, które ja czytałam będąc dzieckiem i zawsze na nowo odkrywam, jak bardzo granica wrażliwości przesunęła mi się, odkąd jestem mamą.

„Lodowy smok” wylądował więc jednak wśród książek dziecięcych, ale mocno na wyrost. No, może dla tzw. młodszej młodzieży.

I oczywiście dla dorosłych, którzy lubią czasem sięgnąć po ten rodzaj literatury. Na przykład dla mnie, bo nie dość, że mam wyjątkową słabość do literatury dziecięcej (nawet bez udziału dziecka), to przede wszystkim KOCHAM SMOKI! Mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem, że dostałam takiego smoka, jakiego lubię – groźną, legendarną, niezależną jaszczurę nie dającą się udomowić, a samo jej wspomnienie budzi postrach. I dla odmiany – przynoszącą zimę.

Choć pod względem objętości, jest to niedługa opowieść – weźcie pod uwagę, że przynajmniej połowę ze 100 stron książki w większej, lub mniejszej części zajmują ilustracje – na godzinkę czytania przed snem, kreuje przed czytelnikiem wyjątkowo plastyczny świat. I wzbudza mnóstwo emocji.

Adara urodziła się w najmroźniejszy dzień, jaki tylko pamiętają mieszkańcy jej wioski. Zimno naznaczyło ją od pierwszych chwil życia, dlatego zawsze była nieco inna, niż jej rodzeństwo i rówieśnicy. Jako zimowe dziecko nigdy nie cieszyło jej upalne lato, odżywała za to z nadejściem zimy, kiedy to całymi dniami poświęcała się budowaniu śnieżnych zamków, a lodowe jaszczurki chętnie wchodziły na jej dłonie. Dłonie, które, w przeciwieństwie do innych ludzi, nie raniły drobnych ciał jaszczurek swym ciepłem. Chłodna w dotyku i oszczędna w uczuciach, rzadko uśmiechająca się dziwna dziewczynka. I to właśnie jej trafiła się najniezwyklejsza przyjaźń na świecie.

Poruszająca opowieść o niedopasowaniu, poszukiwaniu swojego miejsca, miłości, okropnościach wojny i sile poświęcenia. Rozmalowana zarówno słowem, jak i zapierającymi dech w piersiach ilustracjami – tak pięknymi, jak przerażającymi. Ta pięknie wydana książka zmrozi Wasze serca, by roztopić je, gdy tylko nadejdzie odpowiedni moment. Jeśli tęsknie za bielą śnieżnego puchu za oknem – sięgnijcie po nią koniecznie!

George R.R. Martin, Lodowy smok, Poznań: Wydawnictwo Zysk i s-ka, 2019, 114 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zysk i s-ka.