Bajki Majki: „Atlas cudów świata” Ben Handicott, Lucy Letherland

W obecnej sytuacji, z wielkich wakacyjnych planów pozostało nam tylko podróżowanie palcem po mapie. Ale od czego są książki!

„Atlas cudów świata” to podróż po tych dobrze znanych i tych najbardziej niedostępnych zakątkach świata. Od szczytu Mount Everest, przez mokradła Pantanal i wulkaniczną Hawai, aż na dno Rowu Mariańskiego. Od szczytu Wieży Eiffela, przez Ankor Wat i Petrę aż na Wyspy Wielkanocne.

Powiem Wam jednak, że odnośnie tego atlasu mam mieszane uczucia. Niewątpliwie jest pięknie wydanyolbrzymi (to jedna z największych książek dla dzieci, którą mamy w swoich zbiorach!), kryjący w sobie mapy z miniaturkami opisywanych miejsc, a każda strona to rozkładówka poświęcona innemu cudowi.

Z jednej strony bardzo podoba mi się zestawienie tworów natury z dziełami ludzkich rąk. Z drugiej natomiast zupełnie nie mogę się połapać w sposobie nawigacji – obiekty zostały podzielone kontynentami, ale wewnątrz tych „rozdziałów” kierowanie się mapą już nie obowiązuje. Na przykład podróż po Europie zaczynamy od oglądania zorzy polarnej w Norwegii, po czym przenosimy się do Mont Saint-Michel, co jest całkiem zrozumiałym wyborem (który z całego serca popieram!), bo natura i kultura zmagają się tam z każdym przypływem. Następnie przenosimy się do Kolosseum we Włoszech, Hagia Sophii w Turcji i Neuschwanstein w Bawarii (a i sam wybór tego zabytku złamał mi serce. Jak można było, spośród wszystkich zamków Europy, wybrać ten twór?!), by… wrócić do Francji i policzyć nity Wieży Eiffela. Ani więc tu chronologii, ani optymalizacji trasy przejazdu.

Nie jestem też szczególnie usatysfakcjonowana treścią, bo choć o każdym z zabytków dowiemy się czegoś ciekawego, to sama wiedza jest rozczarowująco powierzchowna. Na przykład wśród powodów, dla których nie ukończono budowy bazyliki Sagrada Familia nie wymieniono przedwczesnej śmierci Gaudiego…Sama przyczyna śmierci została podana jako ciekawostka, ale w zupełnym oderwaniu od tematu. A przecież to założenie nie było zwykłym projektem architektonicznym, a rodzajem modlitwy. Której większość zginęła wraz z twórcą.

Możliwe, że moje odczucia wynikają z bardzo wysokich oczekiwań, które miałam względem tej pozycji. Szczególnie, po „Historii kolorów”, którą czytałam chwilę wcześniej, i która mnie zachwyciła, nie tylko od strony wizualnej, ale przede wszystkim ze względu na treść. A w tym przypadku mam wrażenie, że tekst zostaje w tyle za ilustracjami. I nie ma w tym nic złego, bo bardzo cenię picturebooki, a studiowanie całkiem szczegółowych przedstawień cudów zarówno natury, jak i architektury (szczególnie w takim formacie!) uważam za wartość samą w sobie. I bardzo prawdopodobne, że taki właśnie był zamysł autorów i to obraz miał być głównym medium, a podstawie informacje i ciekawostki stanowią jedynie jego dopełnienie. Żeby dzieci nie tylko wiedziały, na co patrzą, ale i by rozbudzić ich zainteresowanie. Wygląda jednak na to, że moja ciekawość domaga się natychmiastowego zaspokojenia, albo po prostu spodziewałam się czegoś innego.

I chociaż sama podarowałabym sobie niektóre z wymienionych tu dzieł, wybrano również kilka wybitnych, a mało znanych i popularnych (nawet podczas zwiedzania mapy!) w Polsce kierunków, jak choćby meczet w Dżenne.

To wartościowa, rozwijająca i rozbudzająca ciekawość pozycja, która owej ciekawości jednak nie zaspokaja. Wręcz nakłada do dalszego studiowania tajemnic wybranych cudów, których rąbka zaledwie uchyla.

Ben Handicott, Lucy Letherland, Atlas cudów świata, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2019, 88 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „Historia kolorów” Clive Gifford

Wiedzieliście, że słowem „pink” bardzo długo określano jeden z żółceni? A różowy był kolorem zarezerwowanym dla małych chłopców? A słyszeliście może o różowej margarynie? Jeśli nie, to wiele ciekawostek w tej książki ma szansę was zaskoczyć. Bo to tylko jedna z całego kalejdoskopu opisanych w niej barw.

Odkąd jako dziecko poznałam dwa „niestandardowe” kolory – pąsowy i indygo – stałam się niepokonana w grze w kolory i nigdy już nie musiałam uciekać przed berkiem wokół piaskownicy. Aż do momentu, w którym, oskarżona o oszustwo, musiałam podzielić się moim kolorystycznym odkryciem z innymi dziećmi i wszystko przepadło. Aż do czasu umbry palonej, która szybko stała się moim kolejnym triumfem. Gwarantuję, że po tej lekturze, waszym latoroślom nigdy już nie zabraknie barwnej elokwencji.

Kto i dlaczego zaczął hodować pomarańczowe marchewki? Ile lat liczy sobie najstarsze pudełko farb? Jaki barwnik powoduje kolejki w toalecie, co groziło za fałszowanie szafranu, jaki barwnik produkuje się z rozgniecionych chrząszczy i dlaczego jeden z prerafaelitów urządził swoim tubkom farb pogrzeb w przydomowym ogródku? Co było na tyle drogocenne, by pokrywać je mieszaniną białka jaj i… woskowiny z ludzkich uszu? Jaki kolor określano jako „pchle plecki”, jak dużo zgniłych ślimaków potrzeba, by uzyskać gram purpury tyryjskiej i do wytwarzania barwnika jakiego koloru używano ludzkiego moczu (podpowiedź: nie, nie był to żaden z żółcieni)?

Fascynująca i fenomenalnie zilustrowana podróż przez historię świata utrwalanego. Od prehistorycznych jaskiń, przez mundury najgroźniejszych armii, suknie Najświętszej Panienki zerkającej z płócien mistrzów, aż po strojne suknie elegantek i barwne tapety modnych mieszkań. Poznacie symbolikę barw, krwawe sekrety historii, kolory tak piękne, że popychające ku zbrodni i tak trujące, że służące za środek owadobójczy. I poznacie też odcień piątku.

Jestem wielką fanką encyklopedii i niejedną już miałam w dłoniach, ale ta jest wyjątkowa. Może to już taka moja słabość, ale dosłownie nie mogłam się oderwać, a kilka informacji naprawdę mnie zaskoczyło. Ta książka to jedna wielka ciekawostka i z całego serca polecam ją każdemu, bo nie ma najmniejszego sensu stawiać tu górnej granicy wieku. Bierzcie i czytajcie, świetna jest!

Clive Gifford, Historia kolorów. Jak kolory kształtowały świat, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2020, 64 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „Lukrecja” Anne Goscinny

Nigdy nie sądziłam, że takie słowa kiedykolwiek przejdą mi przez usta (czy przez klawiaturę), ale stało się, nie sposób już dłużej wypierać tego faktu: polubiłam Lukrecję! Całe szczęście, że tą przez duże „L”.

Kiedy dziecko znanego pisarza decyduje się iść w ślady ojca, nie sposób nie podejść do książki zarówno z wielkimi nadziejami, jak i z równie dużymi obawami. Wychowałam się na wszystkich przygodach Mikołajka (po dziś dzień uważam się za damskie wcielenie Alcesta) i chociaż, wiem, że obecnie uznaje się je za nie do końca edukacyjne, to na pewno podsunę je niedługo Majce, a i sama przeczytałabym więcej. Na szczęście Anne Goscinny spisała się świetnie – nie próbuje naśladować stylu ojca, a świat jej bohaterki zdecydowanie bardziej przystaje do współczesności. Bez obaw – nikt tu już nie rozwiązuje problemów „dawaniem fangi w nos”.

Lukrecja ma 12 lat, chodzi do szóstej klasy, więc nareszcie jest dorosła i ma fantastycznie zakręconą patchworkową rodzinę. Jej mama jest adwokatem, więc bywa w więzieniu tak często, że czasami można się zastanowić kto tak naprawdę ma tu kłopoty. Tata jest artystą i chyba nigdy nie nauczy się porządnie w dorosłość. Ojczym uwielbia odrabiać jej prace domową z matematyki, ale niestety nie wychodzi mu to tak dobrze, jak gotowanie obiadów. Młodszy brat ma obsesję na punkcie gier wideo, szkieletorów i zombie, a babcia imprezowiczka uczy ją ważnych życiowych umiejętności, jak na przykład gra w karty. Zamiast wymarzonego psa nasza bohaterka dostała żółwia o wdzięcznym imieniu Madonna. Poza zółwiczką przyjaźni się też z trzema Linami, w przyszłości chce zostać pisarką, jej nowy wychowawca jest lumberseksualny i wygrała wybory do szkolnego samorządu będąc jedną z dwóch nie kandydujących osób. A to tylko niektóre z jej przygód!

Anne Gosciny, Lukrecja, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2019, 216 s.

Pełne humoru książki o życiu Lukrecji są tak francuskie, że to aż urocze, spodziewajcie się w nich sporo wina i otwartego spojrzenia na świat. W drugiej części nasza bohaterka wybierze się między innymi na homoseksualny ślub wujków, przyjęcie zaręczynowe swojej szalonej babci, koncert przyjaciółki-akordeonistki i z wizytą do drugiej babci, która cierpi na Alzheimera. Wejdzie też w „trudny wiek”, w tajemnicy przed mamą przekłuje uszy i będzie świętować swój pierwszy pisarski sukces.

Tylko wbrew temu, co napisano na okładce, nie jest wcale siostrą Mikołajka, a jego kuzynką. A właściwie kuzynką pierwowzoru tego słynnego łobuziaka.

Anne Gosciny, Lukrecja stawia na swoim, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2020,
216 s.

Scarlett, najbardziej zakręcona babcia Lukrecji uwielbia przysłowia (oczywiście poza pokerem, winem i imprezami). W trzecim tomie dowiemy się bardzo dobrze, czym jest słomiany zapał i co to znaczy „podłożyć komuś królika” (francuskie „poser un lapin à qn” jest w tym przypadku nieprzetłumaczalne – u nas to „wystawić kogoś do wiatru” i niestety nie pasowałoby do elementu fabuły, jakim jest ukochany królik Wiktora, Rondel). Bohaterka wyruszy na swoją pierwszą klasową wycieczkę do gospodarstwa agroturystycznego, przekona się na własnej skórze jak bardzo wymagający jest zawód adwokata oraz czy chciałaby w przyszłości pełnić tak odpowiedzialną funkcję, jak prezydent.  I czy chciałaby grać w piłkę, czy być żoną piłkarza.  Jeden z bohaterów będzie miał szansę zagrać w najprawdziwszym filmie, a spisane w ramach urodzinowego prezentu dla taty wspomnienia mają szansę stać się pewnego dnia pierwszą książką Lukrecji.

Jak zawsze pełna humoru, szalenie pozytywna i chwytająca za serce. Lukrecja ma chyba najfajniejszą rodzinę na świecie. Za raz po mojej własnej!

Anne Gosciny, Lukrecja na pierwszym planie, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2020, 204 s.

To bardzo podstępne kończyć każdy tom jednym lub dwoma rozdziałami kolejnego, żeby zaostrzyć czytelnikowi apetyt. Bardzo skutecznie, bo już nie mogę się doczekać. Na pewno w swoim czasie podsunę ta serię Majce, bo jest świetna do samodzielnego czytania – z dużą czcionką, przetykana ilustracjami i podzielona na niedługie rozdziały, z których każdy stanowi odrębną przygodę. Bardzo aktualna i sympatyczna porusza tematy ważne i ważkie, ale jak najbardziej istotne dla babskiej części „młodszej młodzieży”.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak Emotikon. 

Bajki Majki: „Jak wytresować kota? Historie prawdziwe” Dawid Ratajczak

Książki o kotach są gratką dla kociarzy w każdym wieku i świetnie się ubawiłam czytając ten tytuł. Pamiętam jednak, jak uwielbiałam w dzieciństwie tego typu historie – „Kocie opowieści” Jamesa Herriota były jedną z moich ulubionych książek, kiedy tylko nauczyłam się w miarę sprawnie czytać. Znam je niemalże na pamięć. A że książki Ratajczaka nie mają tak naprawdę ograniczenia wiekowego i zostały wydane nakładem Wydawnictwa Skrzat, które niejako konotuje literaturę dziecięcą, czwarty tom „Jak wytresować kota” trafił do kategorii Bajki Majki, choć zdecydowanie przez jakiś czas będzie jeszcze na wyrost.

Ale nie dajcie się zwieść! Bardzo rekomenduję tą pozycję również dla dorosłych, swój egzemplarz zamierzam niebawem [nie czytaj tego siostro, chyba, że chcesz mieć urodzinowy spoiler!] sprezentować siostrze na 23 urodziny.

 

Oczywiście dzieci nie wszystko zrozumieją – nie mają w końcu aż tak dużego życiowego doświadczenia i obycia z kotami i stworzeniami kotopodobnymi (wciąż podejrzewam Vincenta o jakieś tajemnicze małpie geny), jak człowiek dorosły – ale z pewnością i tak będą miały ubaw po pachy. Ja miałam.

W przeciwieństwie do poprzednich trzech części serii, ta nie powstała jako typowy poradnik. Na tą niewielką gabarytowo książeczkę składa się pięć opowieści pięciu kotów i ich właścicieli. Są to historie mogące stanowić archetyp kociego zachowania, bez wątpienia znany wszystkim wytrawnym kociarzom. Ci, czytając, będą mądrze kiwać głową ze zrozumieniem, gładząc brodę i podkręcając wąsa. Dla początkujących użytkowników stanowią cenną wartość dydaktyczno-moralizatorską, pomagając im choć trochę przygotować się psychicznie na nieuniknione.

Pewne wydarzenia są bowiem całkowicie przewidywalne – jak na skutek ścierania się zimnych i ciepłych mas powietrza musi powstać burza, tak możemy spodziewać się pewnych określonych efektów, kiedy próbujemy podać kotu tabletkę, przypiąć mu smycz i zabrać na spacer (aczkolwiek jestem w posiadaniu pewnego dowodu anegdotycznego, że to jednak możliwe!), czy postawimy w domu kota choinkę. A jednak mimo to za każdym razem jesteśmy zaskoczeni, prawda?

Wszystkie są świetne w swojej prawdziwości, ale moją ulubioną zdecydowanie jest opowieść (chociaż bardziej może przypowieść?) o odchudzaniu „puszystego, ale szczęśliwego” Krokieta, zawierająca relację jego diety z godziny na godzinę, niczym napad na mennicę królewską.

Lekki język, komizm życia codziennego, dużo bardzo kocich kotów i całkiem sporą dawkę wartościowej kociej wiedzy przeplecionej między wierszami gwarantują poprawiająca humor i pożyteczną rozrywkę niezależnie od metryki odbiorcy. Wystarczy tylko umieć czytać!

Dawid Ratajczak, Jak wytresować kota? Historie prawdziwe, Kraków: Wydawnictwo Skrzat, 2019, 160 s.

Recenzja powstałą dzięki uprzejmości Wydawnictwa Skrzat.

Bajki Majki: „Dom na kurzych łapach” Sophie Anderson

Mam ostatnio wyjątkowe szczęście do współczesnych baśni. Najpierw „Lodowy smok”, a teraz kolejna poruszająca historia. Może nawet piękniejsza, bo bardziej rozbudowana i porusza więcej problemów istotnych dla małego czytelnika.

„(…) nie liczy się to, jak długie jest życie, tylko jak jest dobre; chyba to samo stosuje się do przyjaźni. Nie wiem, ile czasu będę mogła spędzić z Benjaminem, ale docenię każdą sekundę. (…) Nikt nie jest niczyją własnością, nie da się go zatrzymać na zawsze. Nic nie trwa wiecznie.”

Czytałam tą książkę i zaczęłam pisać recenzję akurat w najbardziej słoneczne, najładniejsze dni tej zimy-niezimy. I w związku z tym w pierwszej chwili pomyślałam, że nie najlepiej trafiłam z klimatem, bo tematyka śmierci i przemijania, palenie świeczek w czaszkach, przeprowadzanie zmarłych na „drugą stronę” i tęsknota za bliskimi, którzy odeszli przedwcześnie jest raczej kojarzone z jesienną pluchą, okolicami Halloween i Święta Zmarłych. Ale czy śmierć przychodzi tylko jesienią? Czy nie można przeżywać żałoby wiosną, a największe tragedie nie wydarzają się na rajskich plażach nad oceanem?

Za piękną i klimatyczną okładką kryje się piękna i klimatyczna powieść. Marinka ma dwanaście lat, mieszka w domu, który potrafi chodzić i zabiera ją w przeróżne zakątki świata, a do tego można się z nim bawić!, ma oswojonego kruka i Babę Jagę – Strażniczkę Bramy dzielącej świat żywych i umarłych za babcię. Każdego dnia buduje ogrodzenie z kości, a każdego wieczora przygotowuje biesiadę dla zagubionych dusz, by dodać im sił na ostatnią podróż – podróż ku gwiazdom. I jedyne o czym marzy, to wieść normalne, nudne życie wśród rówieśników. Najlepiej żywych, jeśli można prosić.

Czasami potrzeba tragicznego wydarzenia, by docenić to, co się ma. A czasami trzeba z kimś szczerze porozmawiać, by móc poczynić jakieś zmiany.

Baśniowa opowieść pełna mądrości uniwersalnych – przeczytamy tu o samotności, niedopasowaniu, poszukiwaniu swojego miejsca w świecie, przeznaczeniu, przeżywaniu żałoby i mozolnym radzeniu sobie ze stratą, dorastaniu, odpowiedzialności, dążeniu do szczęścia, podejmowaniu własnych wyborów i mierzeniu się z ich konsekwencjami, bezwarunkowej miłości i trosce o tych, których kochamy. O przywiązaniu do tradycji i o jej zmienianiu. O doświadczaniu życia, bo to w końcu nasze doświadczenia są tym, co nas kształtuje. Zarówno te dobre, jak i te złe.

Malownicza, bardzo klimatyczna, baśniowa i erudycyjna historia oparta na słowiańskim folklorze i opowieściach naszego dzieciństwa. Momentami trochę strasznych, ale fascynujących i niosących ze sobą sporo mądrości.

Sophie Anderson, Dom na kurzych łapach, Białystok: Wydawnictwo Kobiece Young, 2020, 325 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Kobiecego.

Bajki Majki: „Strzeżcie się, potwory!” Rafael Rosado, Jorge Aguirre

Nieustraszona Claudette powraca! Pogoniła kota olbrzymom, stawiła czoła smokom, przyszedł czas na potwory!

Kiedy Mon Petit Pierre szykuje się do corocznych Igrzysk Wojowników, Claudette wydaje się być idealnym kandydatem do drużyny reprezentantów. Nie wszystko jednak idzie po jej myśli…

Kiedy zamiast zajmować się tym, co wojowniczki lubią najbardziej, trzeba doić krowy, ubijać masło, zbierać grzyby, tkać, czy orać pole, predyspozycje naszej walecznej bohaterki nie są już tak oczywiste. A zniechęcenie wobec kolejnych konkurencji, frustracja spowodowana wrednymi przeciwnikami i potrzeba zwycięstwa zaprząta jej głowę tak bardzo, że nie zauważa prawdziwego niebezpieczeństwa. Od czego jednak są przyjaciele?

I czy wygrywanie jest zawsze najważniejsze?

To już trzeci tom, a przynosi równie wiele emocji, co dwa poprzednie. Jest akcja, jest humor, wywijanie mieczami, siła przyjaźni, śmiertelne zagrożenia, sztuka dyplomacji, magiczne lody, olbrzymia dawka girl power i przerośnięte krewetki zjadające wszystkich twoich bliskich. Jest ekstra!

Super ekstra jest też kilka stron dodatku, który daje czytelnikowi wgląd w proces powstawania i modyfikowania komiksu. Ależ to musi być tytaniczna praca!

Jorge Aguirre, Rafael Rosado, Strzeżcie się, potwory!, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2019, 172 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Bajki Majki: „Lodowy smok” George R.R. Martin

Długo zastanawiałam się do jakiej kategorii zaliczyć tą baśń – nie mogłam zdecydować, czy to książka dziecięca, czy raczej już dla dojrzałego czytelnika. Już samo nazwisko autora zwiastuje sporą dozę brutalności – znajdziemy tu palenie żywcem, okrucieństwa wojny i mówienie dzieciom, że nie potrafią kochać. Tym bardziej są to aspekty przejmujące, bo dokładnie ukazane na ilustracjach. Zawsze jednak w takich mementach staram się sobie przypominać rzeczy, które ja czytałam będąc dzieckiem i zawsze na nowo odkrywam, jak bardzo granica wrażliwości przesunęła mi się, odkąd jestem mamą.

„Lodowy smok” wylądował więc jednak wśród książek dziecięcych, ale mocno na wyrost. No, może dla tzw. młodszej młodzieży.

I oczywiście dla dorosłych, którzy lubią czasem sięgnąć po ten rodzaj literatury. Na przykład dla mnie, bo nie dość, że mam wyjątkową słabość do literatury dziecięcej (nawet bez udziału dziecka), to przede wszystkim KOCHAM SMOKI! Mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem, że dostałam takiego smoka, jakiego lubię – groźną, legendarną, niezależną jaszczurę nie dającą się udomowić, a samo jej wspomnienie budzi postrach. I dla odmiany – przynoszącą zimę.

Choć pod względem objętości, jest to niedługa opowieść – weźcie pod uwagę, że przynajmniej połowę ze 100 stron książki w większej, lub mniejszej części zajmują ilustracje – na godzinkę czytania przed snem, kreuje przed czytelnikiem wyjątkowo plastyczny świat. I wzbudza mnóstwo emocji.

Adara urodziła się w najmroźniejszy dzień, jaki tylko pamiętają mieszkańcy jej wioski. Zimno naznaczyło ją od pierwszych chwil życia, dlatego zawsze była nieco inna, niż jej rodzeństwo i rówieśnicy. Jako zimowe dziecko nigdy nie cieszyło jej upalne lato, odżywała za to z nadejściem zimy, kiedy to całymi dniami poświęcała się budowaniu śnieżnych zamków, a lodowe jaszczurki chętnie wchodziły na jej dłonie. Dłonie, które, w przeciwieństwie do innych ludzi, nie raniły drobnych ciał jaszczurek swym ciepłem. Chłodna w dotyku i oszczędna w uczuciach, rzadko uśmiechająca się dziwna dziewczynka. I to właśnie jej trafiła się najniezwyklejsza przyjaźń na świecie.

Poruszająca opowieść o niedopasowaniu, poszukiwaniu swojego miejsca, miłości, okropnościach wojny i sile poświęcenia. Rozmalowana zarówno słowem, jak i zapierającymi dech w piersiach ilustracjami – tak pięknymi, jak przerażającymi. Ta pięknie wydana książka zmrozi Wasze serca, by roztopić je, gdy tylko nadejdzie odpowiedni moment. Jeśli tęsknie za bielą śnieżnego puchu za oknem – sięgnijcie po nią koniecznie!

George R.R. Martin, Lodowy smok, Poznań: Wydawnictwo Zysk i s-ka, 2019, 114 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zysk i s-ka.

Bajki Majki: „Wróżka Prawdomówka” Matt Haig, Chris Mould

Ni to książka z obrazkami, ni to komiks – bardzo bogato ilustrowana, rymowana, niewielka formatem, bardzo baśniowa i ogromnie zakręcona powieść dla młodszej młodzieży.

Główna bohaterka nie jest taką wróżką, którą zazwyczaj sobie wyobrażamy – nie ma trzepoczących skrzydełek z magicznym pyłkiem, nie potrafi czarować i nie spełnia życzeń. Nie znaczy to jednak, że nie została obdarzona magiczną mocą, wręcz przeciwnie – jej umiejętność zdaje się być piękną i pożądaną cechą. Otóż nasza wróżka może mówić tylko prawdę. Brzmi świetnie, prawda? Okazuje się jednak, że prawda często nie jest tym, co chcielibyśmy usłyszeć od drugiej osoby, a przekazana w mało delikatny sposób potrafi nieźle zranić. I sprowadzić na naszą małą wróżkę niemałe kłopoty! Nikt chyba nie lubi dowiadywać się, że jego nowa fryzura przypomina poskręcane druty, oddech nieprzyjemnie pachnie, a ubrania są brzydkie. Nic więc dziwnego, że Prawdomówka nie ma zbyt wielu przyjaciół. Właściwie, poza myszką żyjącą w jej swawolnych włosach, nie ma nikogo bliskiego. Nie martwcie się jednak, to się zmieni! I kiedy tylko wróżka trafi na dziewczynkę, której prawda na temat jej najbliższej przyszłości na pewno nie ucieszy, ale którą jednocześnie bardzo będzie chciała podnieść na duchu.

To nie jest grzeczna i poprawna historia, co to to nie! Mamy tu nieszczególnie ładne wzorce zachowań, sporo gówienek i mocno niemiłe traktowanie. Ale jednocześnie to bardzo prosta i wyrazista lekcja empatii, panowania nad kulturą wypowiedzi i uważności w wydawaniu sądów. I jednocześnie, jak to na baśń przystało, niesie oklepane, ale dość uniwersalne przesłanie:

„Nigdy szczęścia tak naprawdę nie poznam, jeśli najpierw smutku w życiu nie doznam”,

A nawet po najczarniejszej nocy wyjdzie słońce i po nieprzyjemnym okresie w życiu, przyjdzie czas na lepsze dni.

Zabawna, mądra, trochę niepoprawna, dużą ilością charakterystycznych ilustracji i zasmarkanymi trollami. Całkiem odjechana historia, dzieciaki ją pokochają.

Matt Haig, Chris Mould, Wróżka Prawdomówka, Poznań: Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2019, 122 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zysk i S-ka.

Bajki Majki: „Życie i przygody Świętego Mikołaja” L. Frank Baum

„Żeby lepiej to zrozumieć, musicie wiedzieć, że dzieci w tamtych czasach były zaniedbywane, a rodzice nie poświęcali im wiele uwagi”.

Przedstawiam Wam najbardziej niesamowitą wariację na temat Świętego Mikołaja, jaką tylko możecie sobie wyobrazić.

Baśniowa opowieść, pełna nimf, wróżek, opiekunów kwiatów i zwierząt przeniesie Was do magicznego lasu. Lasu, w którym – nieco na wzór Mowgliego – pewna znudzona doglądaniem drzew nimfa wychowuje na posłaniu z miękkiego mchu porzucone ludzkie dziecko.

Otoczony tak wielką troską od najmłodszych lat Mikołaj postanawia ofiarować choć część tej dobroci innym dzieciom. Nie trudno było mu bowiem zauważyć, że choć są pełne naiwnej nieświadomości i radości z prostych rzeczy, niewiele z nich ma naprawdę beztroskie dzieciństwo.

„- Muszę poświęcić się opiece nad dziećmi ludzkości i próbować je uszczęśliwić (…). Ponieważ wasza czułą opieka, kiedy byłem dzieckiem, dała mi szczęście i siłę, to jest sprawiedliwe i właściwe, żebym poświęcił swoje życie sprawieniu przyjemności innym dzieciom”.

Z tej niedługiej książeczki (a przy tym wyjątkowo wygodnej do czytania, z powodu dużych liter i niewielkiego formatu i ciężaru) dowiecie się w jaki sposób Mikołaj zbudował swój dom i co zyskał osiedlając się w Dolinie Śmiechu, w jaki sposób wykonał pierwszą zabawkę i dlaczego akurat był to drewniany kot, kto posłużył mu za pierwowzór lalki, skąd wzięła się choinka i kiedy na kominkach zawisły pierwsze skarpety. A wszystko to z pomocą nieśmiertelnych, magicznych stworzonek opiekujących się Mikołajem przez całe jego życie – nawet po opuszczeniu lasu. No cóż, nie można chyba spodziewać się niczego innego po autorze „Czarnoksiężnika z krainy Oz”, jak opowieści pełnej magii, przyjaźni i niesamowitości dopełnionej szczyptą niebezpieczeństw. Nie ominie Was bowiem odwieczna walka dobra ze złem!

Ta opowieść, zupełnie nie związana z postacią starożytnego biskupa z Miry, została właściwie całkowicie pozbawiona odniesień religijnych. Nie znaczy to jednak, że nie oparto jej na uniwersalnych wartościach, takich jak chęć pomocy bliźniemu, troska o niewinnych i słabych, poszanowanie natury, czy potrzeba niesienia radości i ulgi w cierpieniu. Dlatego też myślę, że może to być ciekawy świąteczny wybór dla młodych odbiorców wychowywanych w różnych wiarach i zgodnie z różnymi wyznaniami. Owe wartości są bowiem niezmienne i  zgodne chyba z każdym światopoglądem. Dobrze pamiętać o nich nie tylko przy okazji Bożego Narodzenia, ale w tym okołoświątecznym okresie najłatwiej o chwilę zadumy i refleksji.

Ten „biogram” nie ma wiele wspólnego z prawdziwą historią. Ale czy to ważne w tak magiczny czas? Czególnie, kiedy został oparty o pojęcia, które naprawdę liczą sie w życiu?

Raz posłane w świat dobro zawsze powróci, a miłość i oddanie, z jakim wychowujemy nasze dzieci ma spory wpływ na to, na jakich wyrosną dorosłych. Czego Święty Mikołaj Bauma może być najpiękniejszym przykładem.

L. Frank Baum, Życie i przygody Świętego Mikołaja, Poznań: Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2019, 164 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zysk i S-ka.