Bajki Majki: „Wihajster czyli przewodnik po słowach pożyczonych”, Michał Rusinek

Mam straszną słabość do słów, właściwie od zawsze. Im bardziej skomplikowane, tym lepiej i ciekawiej. Byłam tym dziwnym dzieckiem, które w podstawówce chodziło ze słownikiem pod pachą, nazywało irytujących kolegów „infantylnymi” i jako pierwsze wiedziało, czym jest orgazm. Bo znalazło definicję w „Słowniku wyrazów trudnych i obcych”.

Dlatego też wspieram pozycje o słowach z całego serca. A jeśli do tego są skierowane do dzieci (nie ukrywajmy, słownik był niekoniecznie dziecioprzyjazny – ani pół obrazka), to już w ogóle bajka.

„Wihajster” nie jest typowym słownikiem zawierającym definicje trudnych wyrazów. Ta wesoło ilustrowana pozycja została poświęcona zapożyczeniom i skupia się przede wszystkim na ich pochodzeniu. A to bywa czasami bardzo zaskakujące, bo poza słowami z języka niemieckiego, angielskiego, francuskiego, łaciny, czy greki czerpaliśmy inspirację z języków azjatyckich, tureckiego, mongolskiego, azteckiego, węgierskiego, perskiego, czy jidysz. Wszystkie te słowa zostały podzielone na kategorie tematyczne – od kuchni, przez podwórko, aż po ubrania, sport, medycynę i wyposażenie pokoju. Ostatnie strony zostały poświęcone polonizmom, czyli słowom z języka polskiego, które pożyczyły sobie od nas inne języki (i dlaczego akurat są to ogórki).

Dowiemy się między innymi dlaczego małą poduszeczkę nazywamy jaśkiem, co dokładnie w języku starożytnych Greków znaczyło słowo katárrhous, czy indyk pochodzi z Indii, co ma wspólnego torebka z koniem, jak i kiedy harcowali rycerze i ze zlepków jakich słów (i w jakich językach!) powstały wyrazy takie jak tramwaj, czy herbata. Poznamy też słowa wędrujące przez różne języki i prześledzimy trasy, jakie przebyły w drodze do naszej ojczystej mowy.

Bardzo atrakcyjnie wydana i fascynująca od pierwszego, do ostatniego słowa! Nie sposób się oderwać, niezależnie od wieku.

Michał Rusinek, Wihajster, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2020, 56 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak Emotikon.

Bajki Majki: „12 ważnych emocji. Polscy autorzy o tym, co czujemy”

O emocjach można mówić i mówić, a i tak nigdy chyba nie powie się wszystkiego. To trzeba poczuć. Problem w tym, że kiedy już je czujemy, okazuje się, że wcale nie tak łatwo sobie z nimi poradzić! Szczególnie, kiedy jest się dzieckiem. A i ja czasem czuję się wobec nich zupełnie bezbronna, choć według metryczki dzieckiem przestałam być już dawno temu.

Książka „12 ważnych emocji” to zbiór opowiadań, w których autorzy przybliżają młodym czytelnikom poczucie dumy, radość, wstyd, tęsknotę, strach, złość, zazdrość, bezradność, smutek, zadowolenie, zaskoczenie i współczucie.

To propozycja dla nieco starszego czytelnika – wytrwałego słuchacza, albo już nieco bardziej zaawansowanego samodzielnego czytacza. Opowiadania są całkiem rozbudowane, zajmują mniej więcej po 8-10 stron, dzięki czemu autorzy mieli szansę dokładniej zarysować daną sytuację, niemalże wyjętą z życia codziennego małolata, i stworzyć bohaterów, z którymi łatwo się identyfikować. A potem już na ich doświadczeniach odbiorca ma szansę nauczyć się, że strach ma wielkie (czasami sumie) oczy, że nie warto ciągle strzelać fochów i mieć much w nosie, a czasami satysfakcja z pomocy innym przysporzy nam więcej dumy, niż zwycięstwo, na które ciężko pracowaliśmy.

Chociaż czcionka nie jest zbyt duża, a same opowiada są raczej długie, nie szczędzono w nich również ilustracji. I chociaż styl Eluty Kidackiej nie jest moim ulubionym, ilustracje które obecne są na każdej stronie spełniają bardzo ważną rolę. Rozweselają i wspomagają wyobraźnię również w rozpoznawaniu emocji – w końcu mimika jest w tym przypadku bardzo ważna.

12 autorów połączyło siły, by udowodnić dzieciom, że nie ma czegoś takiego, jak złe emocje, trzeba tylko nauczyć się je rozpoznawać, czerpać z nich siłę i naukę oraz radzić sobie z ich konsekwencjami. Na tą lekcję nigdy nie jest za wcześnie. Ani za późno.

12 ważnych emocji. Polscy autorzy o tym, co czujemy, Poznań: Centrum Edukacji Dziecięcej, 2020, 128 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Centrum Edukacji Dziecięcej.

Czas na czytanie: „Smocza Straż. Pan Widmowej Wyspy” Brandon Mull

Jakoś nie mogę się zdecydować, czy serię „Smoczej Straży” klasyfikować jako Bajki Majki, czy Czas na czytanie. Nie da się ukryć, że to seria dla młodszej młodzieży, osobiście polecałabym ją nawet jeszcze przed lekturą „Harry’ego Pottera”. Ale z drugiej strony, póki Maja do niej nie dorośnie, sama świetnie się bawię podczas lektury. W końcu muszę dokładnie wiedzieć co w przyszłości podsunę dziecku, prawda?

„- (…) Jesteś pewna, że to warte podpadnięcia twojemu ojcu?
– Co, rozmowa ze smokiem? Nie pozwolę, by ojciec pozbawił mnie tego doświadczenia. Chcę mieć swój udział w ratowaniu Gadziej Opoki. Fascynują mnie smoki. No i studiuję historię”.

W trzeciej już części „Smoczej Straży” samych smoków jest zdecydowanie mniej, niż w poprzednich tomach – tym razem prym wiodą wszelkiego rodzaju umarlaki, bo śledząc losy porwanego Setha ograbionego wspomnień trafimy do podziemnej dziedziny pełnej zombie, liczów i upiorów.

Jest też nieco mniej brutalnie, niż w poprzednim tomie, choć i tym razem nie obejdzie się bez ofiar. Nie ma jednak obaw – nie zabraknie wrednego Celebranta, a już sama okładka zdradza pojawienie się na arenie morskiego smoka Jibarro. W smoczym świecie pojawi się również ktoś zupełnie nowy…

„Nie mówimy o złu. Mówimy o ciemności jako źródle mocy. Czy dzień jest dobry, a noc zł? Nie. To niedorzeczne rozróżnienie. Nocą lepiej widać gwiazdy. Czy nocny chłód nie jest korzystniejszy podczas podróży przez pustynię? Zapewne tak. Czy spanie w ciemnym pokoju to zło, a w jasnym to dobro? Nie, i byłbym zdania, że mrok lepiej nadaje się do snu. Istnieje pewien rodzaj ciemności, z której można czerpać jak ze źródła. Możesz ja wykorzystać do dobrych lub do złych celów”.

Dla kontrastu Kendra zabierze nas w iście rajskie klimaty – wraz z przyjaciółmi będzie ratować smoczy azyl na jednej z tropikalnych wulkanicznych wysp. Będą ludożerne rośliny, poszukiwania legendarnego skarbu, domy w koronach drzew, moai, wulkaniczni cyklopi, syreny, selkie, ogniołazy, eksplorowanie morskiego dna, walki z demonami i odzyskiwanie ogromnej perły. I żadna z tych atrakcji nie będzie miała nic wspólnego z wakacyjnym wylegiwaniem się na plaży, bo każda misja to bardziej niebezpieczna przygoda.

Czy Seth odzyska swoje wspomnienia? A może pod wpływem swoich oprawców stanie się łotrem? Czy rozdzielone rodzeństwo zdoła utrzymać pokój w Gadziej Opoce?

Jak zwykle doskonałe proporcje grozy, humoru i przygody!

Ta książka była w tym roku moim plażowym wyborem, ale chyba jednak jeszcze lepiej sprawdzi się jako rozgrzewające pocieszenie po minionych wakacjach – kiedy w okna stuka już jesienny deszcz, a stopy skrywamy pod kocem, zamiast wyciągać je w kierunku słonecznych promieni. Oj tak, w takie wieczory przyda się nieco wulkanicznego żaru!

Brandon Mull, Smocza straż. Pan Widmowej Wyspy, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2019, 496 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

Bajki Majki: „Wirus i inne drobne ustrojstwa”, Boguś Janiszewski, Max Skorwider

Piotrek jest wirusem i marzy o spektakularnej międzynarodowej karierze. Nie jest jednak łatwo zdobyć sławę będąc wirusem atakującym wyłącznie zwierzęta. Dlatego też Piotrek zrobi wszystko, by się sprytnie przebranżowić i spełnić swoje wielkie marzenie. A czy mu się udało, to już przecież wiemy. Wirusy, prosimy, nie bądźcie jak Piotrek!

Zanim jednak młody czytelnik dokładnie prześledzi wyboistą drogę Piotrka do sławy, dowie się czym właściwie są wirusy i bakterie, dlaczego w naszym życiu tak ważne są… jelita, w jaki sposób drobnoustroje mogą dostać się do naszego ciała i jak organizm się przed nimi broni. A także czym są skąd się właściwie biorą, jak się rozmnażają i o co w ogóle tyle hałasu. Pozna też całą masę antropomorficznych drobnych ustrojstw i dowie się, jakie choróbska wywołują.

Ta pozycja nie tylko tłumaczy najmłodszym, o co właściwie chodzi z tą całą pandemią i kwarantanną, co się stało i dlaczego, ale również wprowadza go w świat niewidzialny nieuzbrojonym okiem. W dowcipny i błyskotliwy sposób, ale wciąż językiem adekwatnym do możliwości poznawczych odbiorcy (i ze znaczną pomocą ilustracji!) przybliża takie zagadnienia jak odporność i jej brak, podpowiada w jaki sposób wspierać swój organizm w obronie przed wirusami i podkreśla wagę higienicznego trybu życia.

To już całkiem poważna pozycja dla samodzielnego czytacza (na moje oko jakoś 8-9 latka). Ale chociaż moja Majka jest na nią stanowczo za mała, kiedy tylko wypatrzyła książeczkę o wirusie, stanowczo poprosiła o przeczytanie. A potem słuchała dzielnie i z uwagą (4,5 letnia przedszkolaczka!). To tylko potwierdza potrzebę rozmawiania,  nawet z maluchami!, o obecnej sytuacji, bo już kilkulatki mają dużo większą świadomość tego, co je otacza, niż zazwyczaj nam się wydaje. Wytłumaczmy im powody zmian, które niedawno zatrząsały naszą codziennością. W końcu nawet najtrudniejszą sytuacja – poznając i tłumacząc – można oswoić.

Boguś Janiszewski, Max Skorwider, Wirus i inne drobne ustrojstwa, Poznań: Wydawnictwo Publicat, 66 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Publicat.

Czas na czytanie: „Pippi Pończoszanka”, Astrid Lindgren

Panie i Panowie, przed Państwem najnowsza literacka miłość mojej córy i jej niekwestionowana idolka (szczególnie w kwestii smażenia naleśników) – Pippi Pończoszanka!

Zupełnie się nie spodziewałam, że przygody Pippi zainteresują już czterolatkę (gdyby Maja wiedziała, co piszę, zawołałaby, że przecież ma już cztery i pół!). Chociaż ta psotnica była nieodłączną częścią mojego dzieciństwa, obawiałam się trochę, że będzie mało wychowawcza, a kwestia związana z brakiem rodziców bardzo moją córkę zmartwi i będzie mnie czekało dużo tłumaczenia. Cóż, jeśli chodzi o drugą kwestię, to się myliłam – Majka jakoś nie przywiązała większej uwagi do tego, gdzie też się rodzice Pippi podziali i dlaczego. A jeśli chodzi o kwestie wychowawcze, to zachowanie  wychowanej na pirackim statku łobuzicy-siłaczki moją własną latorośl strasznie bawi, natomiast na całe szczęście nie próbuje jej naśladować. A przynajmniej nie, kiedy patrzę.

Niektóre z opowiadań lubimy bardzo, inne przeszły bez echa, ale właściwie przy każdym obie się świetnie bawiłyśmy! I bawimy się wciąż, bo Pippi wraca przynajmniej kilka razy w tygodniu.

„Przygody Pippi” to zbiór wszystkich opowiadań o rudowłosej psotnicy, które pojawiły się pierwotnie w trzech tomach: „Pippi Pończoszarka”, „Pippi wchodzi na pokład” oraz „Pippi na Południowym Pacyfiku”. Zazwyczaj nie przepadam za zbieraniem kilku książek w jedno opasłe tomiszcze, ale w tym przypadku to rozwiązanie sprawdziło nam się świetnie. Nie jest to co prawda książka, którą można podrzucić do plecaka wysyłając dziecko na wakacje, ale do wspólnego czytania przed snem, albo popołudniami w wielkim fotelu nadaje się idealnie. Książka ma duży format, a co za tym idzie – duże ilustracje i tekst o sporej interlinii, który jest dzięki temu bardzo przejrzysty i fajnie nadaje się do prób samodzielnego czytania u starszaka (albo dla zmęczonego rodzica, któremu już trochę kleją się oczy). A do tego pięknie wygląda na półce, bo z tej serii „wydań zbiorczych” mamy już Kubusia Puchatka. Bardzo fajnie sprawdzi się jako prezent-pamiątka z dedykacją na jakąś większą okazję, bo i jest to książka, do której dziecko na pewno będzie wracać jeszcze nie raz.

Astrid Lindgren, Przygody Pippi, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2020, 320 s.

„Pippi w parku” to zapomniane nieco opowiadanie, które powstało na potrzeby gazetki z programem obchodów Dnia Dziecka w sztokholmskim parku Humlegården w 1949 roku i nigdy nie weszło w skład żadnej z książek poświęconych Pippi. W 2000 roku zostało wydane w Szwecji jako osobna książka, a wydawnictwo Zakamarki umożliwiło jego poznanie polskim czytelnikom z okazji 75. urodzin Pippi Pończoszanki.

Niedługa historyjka, w której Pippi wyrusza do stolicy by pomóc policji uporać się z chuliganami zakłócającymi porządek w sztokholmskim parku – oczywiście w swoim stylu. Przypomina nam nieco opowiadania o włamywaczach i zabawie w berka z policjantami. Majka bardzo ją lubi sięgać po nią samodzielnie ze względu na dużą ilość ilustracji.

Astrid Lindgren, Ingrid Vang Nyman, Pippi w parku, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2020, 20 s.

„Pippi nie chce być duża i inne komiksy”            

Przygody Pippi pojawiły się również w formie komiksowej i okazuje się, że i ten sposób narracji świetnie pasuje do klimatu opowiadań. Ale jak Majce strasznie się podobają, tak ja jakoś nie umiem czytać komiksów na głos, więc tą książkę schowam gdzieś skrzętnie „na przyszłość”, jak już będzie umiała czytać sobie sama. Może to będzie dobra zachęta do nauki? Jest to co prawda trzeci i ostatni tom komiksów o Pippi, ale znając już trochę jej przygody, nie trzeba jakoś szczególnie przywiązywać wagi do kolejności. Wcześniej ukazały się „Pippi się wprowadza i inne komiksy” oraz „Pippi zawsze sobie poradzi i inne komiksy”.

Astrid Lindgren, Ingrid Vang Nyman, Pippi nie chce być duża i inne komiksy, Poznań: Wydawnictwo Zakamarki, 2020, 60 s.

Wpis powstał dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia i Wydawnictwa Zakamarki.

Bajki Majki: „Filiżankowy domek” Hayley Scott, Pippa Curnick

Tuż przed króliczkowo-zajączkowymi świętami podzielę się z Wami serią, która po prostu skradła mi serce przypominając jedną z moich najulubieńszych zabaw z dzieciństwa. Recenzowałam ją już wcześniej dla Bajkowiru, który objął tą serię patronatem, ale jest tak fajna i tak bardzo pasuje do obecnej aury, że musze podzielić się wrażeniami z lektury również tutaj. Całkiem niedawno wyszedł drugi tom, który okazał się (uwaga, spoiler!) tak samo uroczy jak pierwszy.

Mniej więcej w pierwszych klasach podstawówki dostałam od babci… pluszowego króliczka, który wraz z pieskiem-breloczkiem do kluczy stały się moimi najukochańszymi zabawkami. Urządzałam im domki w kartonach po butach, robiłam miniaturowe posłania z chusteczek, zmuszałam babcię, by dziergała im ubranka, lepiłam marcheweczki z plasteliny, łamałam ołówki, by zrobić im kredki z kawałków grafitu i pisałam mini książeczki, by moje pluszaczki mogły je czytać. Wycinałam nawet stokrotki z pachnącego papieru toaletowego, żeby moje maskotki miały chusteczki do nosa!

Główna (ludzka) bohaterka „Filiżankowego domku” – Ania – właściwie dostaje to wszystko już gotowe. Z okazji przeprowadzki, niejako na pocieszenie po opuszczeniu domu i wszystkich przyjaciół, Babunia (zwana pieszczotliwie Błękitną Bunią)  przynosi jej wyjątkowy prezent – totalnie wypasiony zabawkowy domek w kształcie filiżanki wraz z całym wyposażeniem i rodzinką antropomorficznych króliczków w ciuszkach z poprzedniej epoki w roli lokatorów – który przed laty należał do jej mamy. Króliczki mają jednak pewną nietypową cechę charakterystyczną – pojawiają się czasami nie do końca tam, gdzie się je odłożyło…

Przesympatyczna historia opowiedziana z dwóch perspektyw – małej dziewczynki i pluszowych króliczków, które pod nieobecność właścicielki ożywają. Ponadto jest fantastycznie, cudnie i uroczo zilustrowana, a same obrazki pełnią również bardzo dużą rolę nie tylko w tworzeniu klimatu, ale również w przedstawianiu fabuły.

Ponadto wielkie wrażenie zrobiła na mnie postać króliczki Zosi, która została przez autorki przedstawiona jako rozkochana w książkach, ciekawa świata twórczyni wynalazków z nieodłączną lornetką w łapce, dokonująca na poczekaniu kosmicznych obliczeń. Girl Power!

Przeprowadzka w nowe miejsce jest stresująca sama w sobie, a to przecież dopiero początek! W drugiej części serii pt. „Przyjęcie u Króliczków” Ania i jej mama nie znają nikogo w okolicy, postanawiają więc urządzić zapoznawczą imprezkę  dla sąsiadów. Przyjęcie pełne smakołyków, z balonikowymi stworkami i zabawą w ogrodzie, uświetnione piętrowym, fioletowym tortem z kremem.

Zawieranie nowych znajomości to jednak nie bułka z masłem, nawet jeśli ma się na podorędziu cały wachlarz pysznych słodyczy i wsparcie najbliższych. Kiedy dorośli podejmują decyzje za Ciebie, a kandydatka na obiecującą znajomość wcale nie pała względem Ciebie szczególnym entuzjazmem, pojawia się lęk przed odrzuceniem i nieprzyjemne wspomnienia z przeszłości. Na szczęście Ania ma tuż przy sobie – w kieszonce na piersi – Gabriela i Bogusię Króliczków. Czy z ich pomocą uda się przełamać lody?

Tymczasem królicze dzieci, pozostawione same w pełnej apetycznego jedzenia kuchni, w Filiżankowym domku mają swój własny plan. Marzy im się taki sam fioletowy, piętrowy tort, jaki ma Ania. Franek bez problemu, z pomocą króliczkowej książki kucharskiej upiecze ciasto, ale co z kremem? Czy króliczkom uda się przebiec niepostrzeżenie przez całą kuchnię i zdobyć odrobinę pyszności na swoje własne ciasto? To idealne wyzwanie dla analitycznego mózgu Zosi!

Uroczo ilustrowana przygoda pełna niespodziewanych sytuacje, skoków do miski z kremem, chwil grozy, dziecięcych emocji, bezinteresownego ruszania z pomocą i… słabości do podjadania masła!

Osobiście wymieniłabym niektóre sformułowania, jak „Spadamy stąd” na „Uciekajmy” albo „gadały” na „rozmawiały”. Ale wiecie, ja jestem matką, a to jest książka dla samodzielnych czytaczy. Pewnie się nie znam na tym, co jest młodzieżowe i „spoko”.

Teoretycznie książka jest przeznaczona dla dzieci od 6go roku życia, jako pozycja do samodzielnego czytania, ale czytałam je na głos czterolatce i była zachwycona. Szczególnie, że ma już swoje własne zabawkowe króliczki gotowe na przeżywanie przygód.

Supersłodka, całkiem mądra i śliczna książka dla dziewczynek, które dopiero co nauczyły się czytać. I dla ich mam, które z przyjemnością na kilka chwil wrócą do własnego dzieciństwa. Króliczkowie polecają się na Wielkanoc i nie tylko!

Hayley Scott, Pippa Curnick, Filiżankowy domek. T1. Cześć Króliczki!, Łódź: Wydawnictwo Akapit Press, 2019, 128 s.
Hayley Scott, Pippa Curnick, Filiżankowy domek. T2. Przyjęcie u Króliczków, Łódź: Wydawnictwo Akapit Press, 2020, 128 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Akapit Press.

Bajki Majki: „Atlas cudów świata” Ben Handicott, Lucy Letherland

W obecnej sytuacji, z wielkich wakacyjnych planów pozostało nam tylko podróżowanie palcem po mapie. Ale od czego są książki!

„Atlas cudów świata” to podróż po tych dobrze znanych i tych najbardziej niedostępnych zakątkach świata. Od szczytu Mount Everest, przez mokradła Pantanal i wulkaniczną Hawai, aż na dno Rowu Mariańskiego. Od szczytu Wieży Eiffela, przez Ankor Wat i Petrę aż na Wyspy Wielkanocne.

Powiem Wam jednak, że odnośnie tego atlasu mam mieszane uczucia. Niewątpliwie jest pięknie wydanyolbrzymi (to jedna z największych książek dla dzieci, którą mamy w swoich zbiorach!), kryjący w sobie mapy z miniaturkami opisywanych miejsc, a każda strona to rozkładówka poświęcona innemu cudowi.

Z jednej strony bardzo podoba mi się zestawienie tworów natury z dziełami ludzkich rąk. Z drugiej natomiast zupełnie nie mogę się połapać w sposobie nawigacji – obiekty zostały podzielone kontynentami, ale wewnątrz tych „rozdziałów” kierowanie się mapą już nie obowiązuje. Na przykład podróż po Europie zaczynamy od oglądania zorzy polarnej w Norwegii, po czym przenosimy się do Mont Saint-Michel, co jest całkiem zrozumiałym wyborem (który z całego serca popieram!), bo natura i kultura zmagają się tam z każdym przypływem. Następnie przenosimy się do Kolosseum we Włoszech, Hagia Sophii w Turcji i Neuschwanstein w Bawarii (a i sam wybór tego zabytku złamał mi serce. Jak można było, spośród wszystkich zamków Europy, wybrać ten twór?!), by… wrócić do Francji i policzyć nity Wieży Eiffela. Ani więc tu chronologii, ani optymalizacji trasy przejazdu.

Nie jestem też szczególnie usatysfakcjonowana treścią, bo choć o każdym z zabytków dowiemy się czegoś ciekawego, to sama wiedza jest rozczarowująco powierzchowna. Na przykład wśród powodów, dla których nie ukończono budowy bazyliki Sagrada Familia nie wymieniono przedwczesnej śmierci Gaudiego…Sama przyczyna śmierci została podana jako ciekawostka, ale w zupełnym oderwaniu od tematu. A przecież to założenie nie było zwykłym projektem architektonicznym, a rodzajem modlitwy. Której większość zginęła wraz z twórcą.

Możliwe, że moje odczucia wynikają z bardzo wysokich oczekiwań, które miałam względem tej pozycji. Szczególnie, po „Historii kolorów”, którą czytałam chwilę wcześniej, i która mnie zachwyciła, nie tylko od strony wizualnej, ale przede wszystkim ze względu na treść. A w tym przypadku mam wrażenie, że tekst zostaje w tyle za ilustracjami. I nie ma w tym nic złego, bo bardzo cenię picturebooki, a studiowanie całkiem szczegółowych przedstawień cudów zarówno natury, jak i architektury (szczególnie w takim formacie!) uważam za wartość samą w sobie. I bardzo prawdopodobne, że taki właśnie był zamysł autorów i to obraz miał być głównym medium, a podstawie informacje i ciekawostki stanowią jedynie jego dopełnienie. Żeby dzieci nie tylko wiedziały, na co patrzą, ale i by rozbudzić ich zainteresowanie. Wygląda jednak na to, że moja ciekawość domaga się natychmiastowego zaspokojenia, albo po prostu spodziewałam się czegoś innego.

I chociaż sama podarowałabym sobie niektóre z wymienionych tu dzieł, wybrano również kilka wybitnych, a mało znanych i popularnych (nawet podczas zwiedzania mapy!) w Polsce kierunków, jak choćby meczet w Dżenne.

To wartościowa, rozwijająca i rozbudzająca ciekawość pozycja, która owej ciekawości jednak nie zaspokaja. Wręcz nakłada do dalszego studiowania tajemnic wybranych cudów, których rąbka zaledwie uchyla.

Ben Handicott, Lucy Letherland, Atlas cudów świata, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2019, 88 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „Historia kolorów” Clive Gifford

Wiedzieliście, że słowem „pink” bardzo długo określano jeden z żółceni? A różowy był kolorem zarezerwowanym dla małych chłopców? A słyszeliście może o różowej margarynie? Jeśli nie, to wiele ciekawostek w tej książki ma szansę was zaskoczyć. Bo to tylko jedna z całego kalejdoskopu opisanych w niej barw.

Odkąd jako dziecko poznałam dwa „niestandardowe” kolory – pąsowy i indygo – stałam się niepokonana w grze w kolory i nigdy już nie musiałam uciekać przed berkiem wokół piaskownicy. Aż do momentu, w którym, oskarżona o oszustwo, musiałam podzielić się moim kolorystycznym odkryciem z innymi dziećmi i wszystko przepadło. Aż do czasu umbry palonej, która szybko stała się moim kolejnym triumfem. Gwarantuję, że po tej lekturze, waszym latoroślom nigdy już nie zabraknie barwnej elokwencji.

Kto i dlaczego zaczął hodować pomarańczowe marchewki? Ile lat liczy sobie najstarsze pudełko farb? Jaki barwnik powoduje kolejki w toalecie, co groziło za fałszowanie szafranu, jaki barwnik produkuje się z rozgniecionych chrząszczy i dlaczego jeden z prerafaelitów urządził swoim tubkom farb pogrzeb w przydomowym ogródku? Co było na tyle drogocenne, by pokrywać je mieszaniną białka jaj i… woskowiny z ludzkich uszu? Jaki kolor określano jako „pchle plecki”, jak dużo zgniłych ślimaków potrzeba, by uzyskać gram purpury tyryjskiej i do wytwarzania barwnika jakiego koloru używano ludzkiego moczu (podpowiedź: nie, nie był to żaden z żółcieni)?

Fascynująca i fenomenalnie zilustrowana podróż przez historię świata utrwalanego. Od prehistorycznych jaskiń, przez mundury najgroźniejszych armii, suknie Najświętszej Panienki zerkającej z płócien mistrzów, aż po strojne suknie elegantek i barwne tapety modnych mieszkań. Poznacie symbolikę barw, krwawe sekrety historii, kolory tak piękne, że popychające ku zbrodni i tak trujące, że służące za środek owadobójczy. I poznacie też odcień piątku.

Jestem wielką fanką encyklopedii i niejedną już miałam w dłoniach, ale ta jest wyjątkowa. Może to już taka moja słabość, ale dosłownie nie mogłam się oderwać, a kilka informacji naprawdę mnie zaskoczyło. Ta książka to jedna wielka ciekawostka i z całego serca polecam ją każdemu, bo nie ma najmniejszego sensu stawiać tu górnej granicy wieku. Bierzcie i czytajcie, świetna jest!

Clive Gifford, Historia kolorów. Jak kolory kształtowały świat, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2020, 64 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „Lukrecja” Anne Goscinny

Nigdy nie sądziłam, że takie słowa kiedykolwiek przejdą mi przez usta (czy przez klawiaturę), ale stało się, nie sposób już dłużej wypierać tego faktu: polubiłam Lukrecję! Całe szczęście, że tą przez duże „L”.

Kiedy dziecko znanego pisarza decyduje się iść w ślady ojca, nie sposób nie podejść do książki zarówno z wielkimi nadziejami, jak i z równie dużymi obawami. Wychowałam się na wszystkich przygodach Mikołajka (po dziś dzień uważam się za damskie wcielenie Alcesta) i chociaż, wiem, że obecnie uznaje się je za nie do końca edukacyjne, to na pewno podsunę je niedługo Majce, a i sama przeczytałabym więcej. Na szczęście Anne Goscinny spisała się świetnie – nie próbuje naśladować stylu ojca, a świat jej bohaterki zdecydowanie bardziej przystaje do współczesności. Bez obaw – nikt tu już nie rozwiązuje problemów „dawaniem fangi w nos”.

Lukrecja ma 12 lat, chodzi do szóstej klasy, więc nareszcie jest dorosła i ma fantastycznie zakręconą patchworkową rodzinę. Jej mama jest adwokatem, więc bywa w więzieniu tak często, że czasami można się zastanowić kto tak naprawdę ma tu kłopoty. Tata jest artystą i chyba nigdy nie nauczy się porządnie w dorosłość. Ojczym uwielbia odrabiać jej prace domową z matematyki, ale niestety nie wychodzi mu to tak dobrze, jak gotowanie obiadów. Młodszy brat ma obsesję na punkcie gier wideo, szkieletorów i zombie, a babcia imprezowiczka uczy ją ważnych życiowych umiejętności, jak na przykład gra w karty. Zamiast wymarzonego psa nasza bohaterka dostała żółwia o wdzięcznym imieniu Madonna. Poza zółwiczką przyjaźni się też z trzema Linami, w przyszłości chce zostać pisarką, jej nowy wychowawca jest lumberseksualny i wygrała wybory do szkolnego samorządu będąc jedną z dwóch nie kandydujących osób. A to tylko niektóre z jej przygód!

Anne Gosciny, Lukrecja, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2019, 216 s.

Pełne humoru książki o życiu Lukrecji są tak francuskie, że to aż urocze, spodziewajcie się w nich sporo wina i otwartego spojrzenia na świat. W drugiej części nasza bohaterka wybierze się między innymi na homoseksualny ślub wujków, przyjęcie zaręczynowe swojej szalonej babci, koncert przyjaciółki-akordeonistki i z wizytą do drugiej babci, która cierpi na Alzheimera. Wejdzie też w „trudny wiek”, w tajemnicy przed mamą przekłuje uszy i będzie świętować swój pierwszy pisarski sukces.

Tylko wbrew temu, co napisano na okładce, nie jest wcale siostrą Mikołajka, a jego kuzynką. A właściwie kuzynką pierwowzoru tego słynnego łobuziaka.

Anne Gosciny, Lukrecja stawia na swoim, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2020,
216 s.

Scarlett, najbardziej zakręcona babcia Lukrecji uwielbia przysłowia (oczywiście poza pokerem, winem i imprezami). W trzecim tomie dowiemy się bardzo dobrze, czym jest słomiany zapał i co to znaczy „podłożyć komuś królika” (francuskie „poser un lapin à qn” jest w tym przypadku nieprzetłumaczalne – u nas to „wystawić kogoś do wiatru” i niestety nie pasowałoby do elementu fabuły, jakim jest ukochany królik Wiktora, Rondel). Bohaterka wyruszy na swoją pierwszą klasową wycieczkę do gospodarstwa agroturystycznego, przekona się na własnej skórze jak bardzo wymagający jest zawód adwokata oraz czy chciałaby w przyszłości pełnić tak odpowiedzialną funkcję, jak prezydent.  I czy chciałaby grać w piłkę, czy być żoną piłkarza.  Jeden z bohaterów będzie miał szansę zagrać w najprawdziwszym filmie, a spisane w ramach urodzinowego prezentu dla taty wspomnienia mają szansę stać się pewnego dnia pierwszą książką Lukrecji.

Jak zawsze pełna humoru, szalenie pozytywna i chwytająca za serce. Lukrecja ma chyba najfajniejszą rodzinę na świecie. Za raz po mojej własnej!

Anne Gosciny, Lukrecja na pierwszym planie, Kraków: Wydawnictwo Znak Emotikon, 2020, 204 s.

To bardzo podstępne kończyć każdy tom jednym lub dwoma rozdziałami kolejnego, żeby zaostrzyć czytelnikowi apetyt. Bardzo skutecznie, bo już nie mogę się doczekać. Na pewno w swoim czasie podsunę ta serię Majce, bo jest świetna do samodzielnego czytania – z dużą czcionką, przetykana ilustracjami i podzielona na niedługie rozdziały, z których każdy stanowi odrębną przygodę. Bardzo aktualna i sympatyczna porusza tematy ważne i ważkie, ale jak najbardziej istotne dla babskiej części „młodszej młodzieży”.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak Emotikon.