Bajki Majki: „Pucio w mieście” Marta Galewska-Kustra, Joanna Kłos

W najnowszej książeczce z przygodami Pucia szykuje się wielkie wydarzenie – wernisaż Cioci Igi. Z tej okazji w domu puciorodzinki odbędzie się rodzinny zjazd i uroczysty obiad. A to przecież masa przygotowań! Na szczęście Pucio i Misia zawsze są chętni do pomocy.

Miasto tętni życiem – podczas spaceru witają się sąsiedzi, pobliska budowa skutecznie odciąga uwagę Bobo od wyprawy po zakupy, który to obowiązek spada na tatę – po przyjęciu ostatniego pacjenta w swojej klinice weterynaryjnej odbierze starszaki z przedszkola i wspólnie pojadą do supermarketu.

Czas nagli, ale stłuczka spowoduje korki i dziadkowie będą musieli chwilę zaczekać, nim zostaną odebrani z dworca, na pewno jednak wszyscy zdążą do galerii na wernisaż. A potem koniecznie na lody do parku!

Mam wrażenie, że w tej części wyjątkowo dużo miejsca poświęcono zasadom bezpieczeństwa w przeróżnych sytuacjach i sposobom zachowania się w miejskiej dżungli – mali czytelnicy dowiedzą się na przykład, że przed przejazdem transportem publicznym należy kupić bilet, które miejsca w autobusie są zarezerwowane dla kogo, że nie wolno za bardzo zbliżać się do placu budowy (nawet jeśli jest się największym fanem koparek na świecie) i że kawa dla mamy to priorytet.

Bardzo lubię pomysł, dzięki któremu Pucio rośnie wraz ze swoimi czytelnikami. Chociaż moja Majka zdążyła już trochę Pucia przerosnąć i przywykła już do nieco bardziej skomplikowanych konstrukcji zdań, to tekstu jest na tyle dużo, że wciąż chętnie słucha najnowszych części, a w opowiadaniu co się wydarzyło po prostu wymiata. Aż nie do wiary, że najpierwsiejszą część przygód Pucia dostałyśmy tuż przed roczkiem i pomagał Bobasie w nauce pierwszych słów. Kiedy to zleciało, ja się pytam?

Jak zawsze jest edukacyjnie i rozwijająco – w tej części duży nacisk położono na opowiadanie, ale znajdziemy tu również przeróżne nazwy zawodów, tajemniczych przedmiotów i pojazdów oraz przyimki miejsca. Książeczka pomoże również oswoić różne, często stresujące sytuacje, jak wizyta z pupilem u weterynarza, spóźnienie wynikające z wypadku drogowego, czy osobistą kraksę na hulajnodze. Jest też rodzinnie (a rodzina Pucia stale się rozrasta), zabawnie i sympatycznie. I zaostrza apetyt na więcej, bo zapowiada kolejną część z sielską wsią w roli głównej.

Marta Galewska-Kustra, Joanna Kłos, Pucio w mieście. Zabawy językowe dla młodszych i starszych dzieci, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2021, 40 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „Dlaczego nosimy maseczki?” Ilaria Capua

Minął już prawie rok, odkąd „koronawirus” zmienił naszą rzeczywistość, a maseczki, dezynfekcja i konieczność zachowania społecznego dystansu na stałe wpisały się w codzienność. Są maluszki, które właściwie nie pamiętają innego świata!

Maja prawie pięciolatka jest już całkiem dobrze ogarnięta w temacie, swego czasu pomógł nam tytuł dla sporo starszych dzieci „Wirus i inne drobne ustrojstwa” oraz „Zuzia w czasie pandemii”. Książeczka, którą chcę Wam dzisiaj pokazać jest skierowana do zdecydowanie młodszych odbiorców, którym wytłumaczenie tego rodzaju zjawiska jest chyba najtrudniejsze – od 2,5 do 4 lat.

„Dlaczego nosimy maseczki” to całokartonowa książeczka z okienkami uatrakcyjniającymi czytanie oswajająca covidową rzeczywistość.

To na pewno bardzo dobrze znana nam wszystkim sytuacja – kilkuletnia Kaja pyta mamę czym tak właściwie jest wirus, a mama gimnastykuje się, by jej to jakoś wyjaśnić. Kiedy dziewczynka zapada w sen, śni jej się sympatyczny (sic!) wirus, który opowiada jej o sobie – kim jest, w jaki sposób podróżuje i w jakich sytuacjach czuje się najlepiej (a co za tym idzie jak najłatwiej złapać takiego „pasażera na gapę”). Kiedy Kaja zaczyna rozumieć czym jest wirus i jakie szkody morze wyrządzić, postanawia nauczyć się go unikać.

„Nie możesz żyć z nami, bo będziemy chorować. Musimy się rozstać”

Tekstu jest całkiem sporo, ale jest on bardzo przystępny i tłumaczy dziecku sytuacje na łatwych do zwizualizowania przykładach – na przykład fakt, że wirus przenosi się na malutkich kropelkach kiedy kichamy (a także śpiewamy, czy mówimy), dlatego najlepiej zatrzymać je maseczką, a także zachować odpowiednią odległość od innych ludzi, bo kropelki nie mają skrzydełek i opadną w dół, jeśli będziemy stali odpowiednio daleko od siebie.

To pełna zrozumiałych dla maluszka informacji, atrakcyjna pod względem formy i kolorystyki książeczka, która uspokaja (wirusy istniały od zawsze), tłumaczy, przestrzega i uczy zasad minimalizujących ryzyko zachorowania, jak noszenie maseczek i rękawiczek, dezynfekcję, zachowanie bezpiecznego dystansu, unikanie imprez czy wyręczanie dziadków w robieniu zakupów. Moim osobistym faworytem jest różowy, tęczowy pojemnik na płyn do dezynfekcji – pogromca wirusów.

Aż żal, że nie miałam tej książki pół roku temu, moja rola „mamy tłumaczącej” byłaby zdecydowanie mniej stresująca, bo i ta książeczka jest bardzo dobrze napisana – niby prostymi słowami, a zawiera wszystkie niezbędne aspekty do zrozumienia sytuacji. Świetna pozycja nie tylko do domowej biblioteczki, ale również do wykorzystania podczas zajęć w przedszkolu czy żłobku.

Ilaria Capua, Dlaczego nosimy maseczki?, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2020, 18 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa HarperKids.

Bajki Majki: „Czytanki sy-la-bo-we z obrazkami”, Anna Sójka, Ola Krzanowska

Koniec wakacji, nadszedł czas nauki! Ale czy ta może być równie przyjemna, co wakacyjne przygody? Moja Majka kocha książki – zarówno kiedy jej czytamy, jak i samodzielnie oglądać obrazki i opowiadać sobie historie. Ale do nauki literek i ich składania w wyrazy jakoś się nie pali. Rozglądam się więc powoli za różnymi tytułami, które zmienią naukę czytania w świetną zabawę. Oto jeden z nich:

„Czytanki sy-la-bo-we z obrazkami” to niewielka formatem, ale dość gruba książka i całkiem ciężka książka, przywodząca na myśl poważne tomiszcza, za to z naprawdę uroczym wnętrzem. Znajdziemy w niej 12 króciutkich opowiadań – bardzo prostych, ale pełnych przygód i całkiem pouczających – o zwierzątkach, owadach, smokach i księżniczkach, znajdzie się nawet pewna czarownica! Przeczytamy też miedzy innymi o pracowitych pszczółkach i mrówkach oraz pomysłowych biedronkach, strachliwym smoku, leśnym przedszkolu, Śwince Balbince, która wyruszyła zdobywać świat poza chlewikiem, różowym zabawkowym wielorybie, który się zgubił, czy o słoniu, który nauczył się doceniać innych.

W tekście opowiadań część słów zastąpiono obrazkami, by nawet te zupełnie nie umiejące jeszcze czytać maluchy mogły brać czynny udział w lekturze. A jak już przyzwyczają się do wspólnego czytania i będą gotowe na kolejny poziom zaawansowania, między obrazkami czekają wyrazy podzielone na czarno-czerwone sylaby – idealne do stawiania pierwszych kroków w świecie czytania.

Tekst został sformatowany tak, by być maksymalnie łatwym w odbiorze – na jednej stronie znajdziemy od jednego do czterech krótkich zdań z wyszczególnionymi graficznie sylabami i obrazkami zamiast niektórych wyrazów. Bardzo duża interlinia pomaga podczas śledzenia tekstu palcem, a poza piktogramami znajdziemy tu mnóstwo ilustracji – nie tylko będących dekoracją stron z tekstem, ale również całostronicowych. A ilustracje Oli Krzanowskiej są bardzo w moim guście – delikatne, kolorowe i strasznie słodkie, ale bez zbędnej pastelozy.

Dopiero wdrażamy się w czytanie sylabowe, ale jak na razie już same obrazki w tekście sprawiają mojej przedszkolaczce sporo frajdy i dumy z udziału w czytaniu tekstu. Coś czuję, że to będzie całkiem pożyteczna koncepcja!

Anna Sójka, Ola Krzanowska, Czytanki sylabowe z obrazkami, Poznań: Wydawnictwo CED, 2020, 96 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa CED.

Bajki Majki: „Kolorysie” Agata Matraś

Agata Matraś po raz drugi zaprasza do zatłoczonego, gwarnego świata zwierząt. Tym razem zapuścimy się do dzielnicy zamieszkanej przez rysie, a skoro, jak wkrótce się przekonamy, wielu przedstawicieli tego gatunku oddaje się malarskim pasjom, wraz z Rysiem i innymi bohaterami poznamy lub powtórzymy kolory.

W poszukiwaniu barw, wraz z rysiami odwiedzimy plażę, pole pełne maków, wiejskie gospodarstwo, targ, park, dżunglę, czy kurort narciarski. A w każdym z tych miejsc aż roi się od nawiązań do słynnych dzieł sztuki – można oglądać i oglądać, a i tak za każdym razem wypatrzy się coś nowego! Bardzo, bardzo mi się podoba!

Analogicznie do „Liczyświnek” książka jest podzielona na strony będące wstępem i przedstawieniem danego koloru oraz stronę z dotyczącymi go zadaniami – naprzemiennie.

Wśród zagadek są labirynty i wyszukiwanki i szukanie różnic trenujących skupianie uwagi i spostrzegawczość, ale też wyjątkowo dużo zadań na kojarzenie faktów – oczywiście związanych z kolorami, bo to przecież po kolorach rozpoznajemy smaki lodów, czy owoce są już dojrzałe, z którego kranu leci ciepła woda oraz deszczowe chmury. Każdej barwie towarzyszy również zadanie z mieszania kolorów – mały czytelnik dowie się, co trzeba uczynić, żeby uzyskać kolory nie należące do barw podstawowych, jak rozjaśnić farby i co nam wyjdzie z mieszania kolorów z czarnym.

Pojawią się też „trudne słówka” z dziedziny szeroko pojętego malarstwa, jak terpentyna, tusz, szkic, atrament, sprej, węgiel czy pastele – będzie więc również fajnym punktem wyjścia do rozmowy o technikach malarskich i, kto wie!, może również własnych prób.

A wszystko to wierszem, rymowanką, wyliczanką do melodyjnego czytania i zapamiętywania!

Temat kolorów jest chyba nieco łatwiejszy, niż cyferki, i trochę szybciej znudził moją czterolatkę, dlatego polecam tą książeczkę dla nieco młodszych dzieci – myślę że od 2 do 4 lat będzie idealnie. Z drugiej jednak strony nawiązania do światowego malarstwa to już trochę wyższy poziom jazdy i fajnie jest wspólnie z dzieckiem przeglądać oryginały i dopasowywać do nich rysiowe odpowiedniki. Nie mówiąc już o tym, że te przeróbki są naprawdę zabawne!

Agata Matraś, Kolorysie, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2020, 40 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

 

Bajki Majki: „Literkowa książka” Anna Salamon, Alicja Krzanik

Oto dowód na to, że książeczka do nauki liter, i to taka zawierająca minimalną ilość tekstu, nie musi być wcale nudna!

Zacznijmy od tego, co widać na pierwszy rzut oka – jest piękna. Każda literka została wydziergana tak, by w swym kształcie zawierać rzeczownik, który się na nią zaczyna – D jest domkiem, na F pręży się smukły flaming, w I wbito igłę, a na L przyczaił się rudy lisek. Każda z nich jest bajecznie kolorowa i misternie przygotowana. Uwaga! Książkę ilustrują zdjęcia robótek, nie ma w niej żadnych elementów dotykowych, wszystko należy chłonąć oczami. A jest się czemu przyglądać, bo co cztery literki następuje przerywnik w postaci materiałowo-dzierganej ilustracji zawierającej jak najwięcej przedmiotów na poznane przed chwilą literki do wyszukania, nazwania i utrwalenia zdobytej wiedzy. Wraz z opisującym obrazek wierszykiem.

Ale to nie wszystko! Każdej z liter, poza jej fantazyjnie wydzierganą formą, towarzyszy zadanie – a te są bardzo różnorodne. Przy H trzeba zrobić hop! i podskoczyć jak najwyżej, a przy cukierkowym C należy dać rodzicowi całusa. Poza tym mały czytelnik będzie kwakał jak kaczka, liczył oczy ufoludka, wymieniał zwierzątka na f (znacie jakieś poza foką, fretką i flamingiem?) i rozważał umaszczenie lisiego futerka. Fantastyczna pozycja do aktywnego czytania – również dla maluchów, które nie do końca potrafią wysiedzieć długo w miejscu. I jeśli na początku miałam trochę obaw, że moja czterolatka będzie już na nią nieco za duża, to byłam w wielkim błędzie – bawi się świetnie. I może ten sposób przyswajania wiedzy całym ciałem przypadnie jej do gustu, bo z literami idzie nam wyjątkowo opornie.

Troszkę tylko szkoda, że nie jest dłuższa, bo aż się prosi, żeby polskie znaki wymienione na końcu dostały swoje własne pełnowymiarowe wyszywanki. Przynajmniej te, na które zaczynają się rzeczowniki. Tymczasem tylko Ł otrzymało własną stronę, reszta została przedstawiona zbiorczo na ostatnich kartach książeczki – już bez zagadek i poleceń do wykonania. Odczułyśmy przez to z córką niewielki niedosyt.

Pięknie wydana, w całości z grubszego kartonu o bezpiecznie zaokrąglonych rogach ma szansę posłużyć przez kilka lat – można już bowiem pokazywać i zupełnemu maluszkowi i przedszkolak wciąż będzie zainteresowany.

Anna Salamon, Alicja Krzanik, Literkowa książka, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2020, 40 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „Guzikowa książka”, Sally Nicholls, Bethan Woollvin

Nie zwróciłam początkowo większej uwagi na ta pozycję, bo schematyczne, nieco abstrakcyjne ilustracje nie bardzo przypadły mi do gustu, ale książka zebrała tyle pozytywnych recenzji, że musiałam ją wypróbować.

I faktycznie jest bardzo sympatyczna! I bardzo, bardzo interaktywna.

Na każdej kolejnej stronie czekają na małego czytelnika zwierzątka i guzik, który trzeba pomóc im wcisnąć, a każdy z guzików jest innej wielkości, koloru i kształtu. Do koloru guzika natomiast jest dopasowana kolorystyka całej strony. Po wciśnięciu przez dziecko guzika i przewróceniu strony dowiadujemy się, jaką akcję wywołaliśmy.

Jest więc guzik, który wydaje głośny dźwięk, czy wystawianie języka, ale są również guziki do klaskania, skakania, śpiewania piosenek, przytulania, czy łaskotek. I chociaż ostatni z przycisków to guzik do spania, bynajmniej nie jest to książka do czytania przed snem, o nie! No, chyba, ze mamy na celu wymęczenie malucha przed zaśnięciem.

Bo podczas czytania nie sposób pozostać w miejscu. Bo i jak tu siedzieć w bezruchu, skoro możemy wcisnąć przycisk podskakiwania? Jak nie śmieć się w głos, skoro właśnie wcisnęliśmy guzik łaskotek?

Minimum tekstu, maksimum zabawy. A w gratisie walory edukacyjne, bo to świetna pozycja do nauki kolorów, kształtów i przeciwieństw.

Bardzo podoba mi się, że nie jest to wyłącznie przegląd guzików i ich funkcji, ale część z nich się powtarza, co zachęca do przełamywania schematu i samodzielnego wybierania ulubionych przycisków – nawet, jeśli w tym celu trzeba się nieco cofnąć.

I chociaż to kartonowa pozycja dla najnajów – ślinoodporna i z bezpiecznie zaokrąglonymi brzegami – to i moja przedszkolaczka przez jakiś czas bawiła się świetnie przy wspólnym czytaniu. Szczególnie podczas łaskotek.

Sally Nicholls, Bethan Woollvin, Guzikowa książka, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2020, 26 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Ksiegarnia.

Bajki Majki: „Moja wielka wyszukiwanka. Dzień i noc; Zwierzęta świata”, Susanne Gernhäuser

Do szukania szczegółów w książkach obrazkowych moja Majka przekonała się dopiero po drugich urodzinach, za to chętnie wraca do tego rodzaju czytanio-zabawy do dziś. Dlatego też nowa seria dwóch „wielkich wyszukiwanek” zagwarantowała mi kilka godzin spokojnej pracy zdalnej i nawet chwilę na kawę z pianką w pakiecie (zazwyczaj na piankę nie mam szans, bo jak tylko moje dziecię wypatrzy, to pozostaje mi jedynie kawa z dokładnie wyjedzoną pianką).

Chociaż ani same książki, ani ilość elementów do znalezienia nie jest aż tak duża, jakby to sugerowała wielkość podkreślona w nazwie, dla przedszkolaka są w sam raz.

„Zwierzęta świata” to 11 środowisk zamieszkanych zarówno przez dobrze znane, jak i egzotyczne zwierzęta. Od swojskiej łąki z pasącymi się krowami, lasów, gór i jezior, przez sawannę, niegościnną pustynię, wilgotne lasy równikowe, odległą Australię wraz z rafą koralową u jej wybrzeży aż po mroźne bieguny.

Każdej rozkładówce towarzyszy kilka zdań krótkiego opisu, a na pasku po lewej stronie przedstawiono po 9-10 zwierzątek, które należy odszukać na ilustracji. Świetnie, że zwierzęta zostały podpisane. Sam wybór bohaterów również bardzo mi odpowiada, bo znalazłam wszystkie moje ulubione gatunki – jest tu i lew (bo jak tak bez lwa!) i koale, dziobak, leniwiec i nawet waran. Maję uszczęśliwiają ule pełne pszczół, szop, mrówkojad, niedźwiedź polarny, foki i morsy. Ilustracje są bardzo przyjemne, w miarę realistyczne i nie napakowane szczegółami na tyle, by szukanie zwierzątek mogło zniechęcić przedszkolaka poziomem trudności.

Nie jestem tylko przekonana do umieszczenia na jednej planszy obu biegunów. Chociaż niedźwiedzie polarne i pingwiny zostały przedstawione na dwóch osobnych skrawkach lądu i zostało to dodatkowo zaznaczone w tekście, to jednak wizualnie wciąż jest to sugestia, jakoby mieszkały „po sąsiedzku”.

Ten tytuł już kilkukrotnie przydał mi się podczas omawiania z córką zadanych przez przedszkole tematów w ramach zdalnej edukacji – wykorzystywałyśmy go jako pomoc naukową do zajęć związanych z zoo i dzikimi zwierzętami, a ostatnio również podczas lekcji o zwierzętach domowych i gospodarstwie. Zdecydowanie wolę sięgnąć po książkę, niż sadzać malucha przed komputerem i posiłkować się ilustracjami z ekranu. Bo do drukowania już dawno zabrakło nam kolorowego tonera.

Susanne Gernhäuser, Moja wielka wyszukiwanka. Zwierzęta świata, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2020, 24 s.

„Dzień i noc” nieco różni się budową. Wciąż mamy 11 rozkładówek z dużymi ilustracjami, ale tym razem występują one parami – każdy zakamarek miasta oglądamy zarówno w dzień, jak i w nocy. Ostatnia strona natomiast przedstawia widok na całe miasto. W zależności od pory dnia, w różnych częściach miasta dzieją się różne rzeczy – po południu przy fontannie wracające ze szkoły dzieci kupują lody, wieczorem to miejsce zmienia się w miejsce koncertów, a pobliski teatr otwiera drzwi przed widzami spektaklu. Codzienny ruch i gwar w gospodarstwie nocą zamiera, ale kiedy rodzi się cielaczek, wizyta weterynarza jest nieodzowna nawet po północy. Noc to również czas grasowania lisów i jeży. Nocą, w uśpionym mieście, działają również apteki, a zawsze czujni policjanci przyjeżdżają na miejsce włamania. A tętniący dziecięcą energią plac zabaw, nocą staje się miejscem spotkań zakochanych i dzikich miejscem żeru dzikich stworzeń.

Podobnie, jak w przypadku poprzedniej książki, i tutaj ilustracjom towarzyszą krótkie opisy, choć tym razem nie tylko samych miejsc, ale przede wszystkim sytuacji. Do wyszukania mamy natomiast nie tylko zwierzęta, ale również ludzi wykonujących określone czynności i istotne dla sytuacji przedmioty, jak puszczaną przez dzieci łódeczkę, walizkę weterynarza, latarnię, czy niezbędne na budowie narzędzia.

Susanne Gernhäuser, Moja wielka wyszukiwanka. Dzień i noc, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2020, 24 s.

Obie książki zostały wydane w całości z grubego kartonu, w formacie nieco mniejszym, niż A4 i z bezpiecznie zaokrąglonymi rogami, dzięki czemu można je oglądać nie tylko z przedszkolakiem, ale również z zupełnie malutkim bobasem (zębo- i ślinoodporne!).

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Bajki Majki: „Ta książka jest kotem” Silvia Borando

Można by pomyśleć, że Maja jest już nieco za duża na tego rodzaju literaturę z niewielką ilością tekstu i kartonowymi stronami, ale ostatnio trafiliśmy w kawiarni na „Zaśnij ze mną” – książeczkę opartą na tym samym schemacie, która od dawna już nie gościła w naszym domu. I zaskakująco duże ponowne zainteresowanie tą pozycją „dla bobasów” przygotowało mnie na entuzjastyczne przyjęcie nowego interaktywnego tytułu, szczególnie, że „Śpij, króliczku!” było swego czasu jedną z najbardziej zaczytanych pozycji w naszych zbiorach [o wspomnianych wcześniej interaktywnych książeczkach możecie przeczytać TU]. A i kocia tematyka zawsze się u nas sprawdza.

Zarówno fabuła, jak i ilustracje kociej książki są wyjątkowo nieskomplikowane. Na każdej stronie mamy przedstawienie rudego kota na białym tle i tekst w różnych kolorach – czarny wprowadza czytelników w temat i informuje o tym, co robi kotek, zielone zdania są zadaniami do wykonania przez małego mola książkowego. Dowiadujemy się więc na przykład, że kot głośno mruczy i otrzymujemy polecenie, by podrapać go pod brodą. Jeśli pojawia się jakiś czynnik dodatkowy – pchły, czy deszcz – zaznaczono to w tekście odcieniem niebieskiego.

Otwierając tą książeczkę, mamy więc szansę towarzyszyć kotu w, niedługiej zapewne, przerwie między drzemkami. By dowiedzieć się co nieco o kocich zwyczajach, dziecko wchodzi z książeczką w interakcję – głaszcze, osłania przed deszczem, przegania pchły, ratuje ptaszka z kociego pyszczka, co zachęca dziecko do aktywnego uczestnictwa w lekturze i zmienia czytanie w zabawę.

Wielki plus za wydanie – chociaż książka została wyposażona w całokartonowe, całkiem pancerne (zębo- i ślionoodporne) strony, to mimo wszystko jest dość lekka, a jej niewielki format  i zaokrąglone rogi sprzyjają pierwszym czytelniczym próbom małych rączek. Ponadto wygodnie trzymać ją w jednej dłoni podczas czytania dziecku.

I jest również psia wersja!

Silvia Borando, Ta książka jest kotem, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2020, 28 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „Rymowane zagadki matematyczne” Elżbieta i Witold Szwajkowscy

„Samochody w korku stały.
Trzy na światłach przejechały.
Ile jeszcze nie zdążyło,
jeśli w korku dziesięć było?”

Nie ukrywam, że nigdy jakoś szczególnie nie przepadałam za matematyką i uczucie to było całkowicie odwzajemnione. Moje 38% z matury zostało osiągnięte wysiłkiem wręcz heroicznym i jestem z nich bardzo dumna! Mam nadzieję, że moja Majka nie będzie podchodzić do królowej nauk z podobną niechęcią, bo jednak nie oszukujmy się – liczenie to całkiem przydatna umiejętność. Chociaż wciąż czekam na ten moment, kiedy będę mogła wykorzystać w praktyce wzór na deltę.

Myślę jednak, że gdybym w odpowiednim momencie trafiła na taką książkę, jak „Rymowane zagadki matematyczne”, moje podejście mogłoby być całkiem odmienne. Może i tylko na samym początku edukacji, ale czy to nie solidne podstawy budują pewność siebie i u dziecka i u dorosłego?

Trudno mi określić czym tak naprawdę jest ta książka. Nie jest to bowiem podręcznik, choć znajdziemy w niej zarówno wprowadzenie w temat, jak i zadania do rozwiązania. Nie jest to również encyklopedia, choć odnajdziemy w niej definicje. Zarówno wstęp do świata liczb, wytłumaczenie takich zjawisk jak dodawanie, czy odejmowanie (zarówno dwóch, jak i większej ilości liczb), jak i same zadania są… rymowane. A jak już sam tytuł wskazuje, zadania do obliczenia przez malucha zostały przedstawione w formie zagadek. Trudno o lepszy sposób „wciskania wiedzy do głowy”, jak melodyjne rymy i wzbudzanie zainteresowania. (Jedyny moment, w którym autorzy nie zwracają się do nas rymem, to wskazówki dla rodzica ułatwiające pracę z książką). Szczególnie, że poza dążeniem do poznania wyniku, dziecko na każdym kroku zachęcane jest do poznawania świata. Zagadkom liczbowym towarzyszą bowiem pytania pomocnicze. Przy zadaniu z gitarą warto zapytać czym są struny, podczas liczenia jajek różnych gatunków ptactwa można zastanowić się które z nich są jadalne, a licząc rękawy ubrań koniecznie musimy wziąć pod uwagę czym jest kamizelka! Poza umiejętnościami dodawania i odejmowania książka rozwija również budowanie własnej wypowiedzi i ćwiczy abstrakcyjne myślenie. Nie liczy się tu bowiem sam wynik, ale również sposób, w jaki dziecko do niego doszło, a także prawidłowe zrozumienie wszystkich elementów składowych zadania – nawet tych kompletnie nie związanych z matematyką. Ufff… cóż to za cudowny odpoczynek od bezdusznego, zero-jedynkowego sposobu oceniania tak lubianych w szkołach (bo i najłatwiejszych do sprawdzania) testów.

Interdyscyplinarna, pełna rymu i rytmu, dopełniona wesołymi ilustracjami książka ni trochę nie sugeruje, jakoby matematyka miała być czymś trudnym. I może wcale nie jest jeśli tylko ma się do niej odpowiednie podejście?

Elżbieta i Witold Szwajkowscy, Rymowane zagadki matematyczne, Warszawa: Wydawnictwo Kapitan Nauka, 2019, 41 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Kapitan Nauka.