Bajki Majki: 5 pomysłowych książeczek dla maluszka

Maja ma już ponad 6 lat i od września wybiera się do pierwszej klasy, siłą rzeczy wypadłam więc z obiegu jeśli chodzi o książeczki dla najmłodszych. I chociaż mam w piwnicy przynajmniej jeden porządny karton sprawdzonych i kochanych bobasowych pozycji czekających na urządzenie pierwszej biblioteczki Leona, nie potrafię się powstrzymać przed zerkaniem na maluszkowe nowości. A przez te 5 lat na rynku pierwszych książeczek zadziało się naprawdę sporo!

Wybrałam 5 najciekawszych kartonowych tytułów z „efektem łał”, które poza wzruszającą treścią, czy pięknymi ilustracjami (czyli tym, czym wybierając książeczkę zwykle kierują się mamy), przyciągają uwagę zaskakującym rozwiązaniem albo pomysłem (które zwykle na dłużej skupiają uwagę dzieci) – czyli tytułów trochę do czytania i trochę do zabawy.

Książeczki dźwiękowe

Na początek książki, które wykorzystują znany mi już patent, ale w nowej – ulepszonej formie. Seria o Misiu Mikusiu to 4 urocze, nieskomplikowane historyjki uatrakcyjnione dźwiękowymi guziczkami. Wielkim plusem jest fakt, że w tym przypadku guziczków nie trzeba wciskać (a z tym mała Maja zawsze miała problem m.in. w serii „Poznaję dźwięki! – naciskała za lekko) – by usłyszeć muzyczkę wystarczy przyłożyć paluszek do odpowiedniego, charakterystycznego punktu na każdej stronie.

Na każdą opowieść składa się 5 rozkładówek (a zatem i 5 dźwiękowych guziczków). Sympatyczne ilustracje uzupełniają po 2-4 zdania tekstu i wyrazy dźwiękonaśladowcze. Często wykorzystywane są pytania do czytelnika dodatkowo angażujące maluszka w historię. W części „Mikuś i wizyta na wsi” dziecko ma szansę poznać zwierzęta hodowlane i odrobinkę wiejskiej rzeczywistości (zadania gospodarza, wszechobecne błotko) oraz przećwiczyć nazwy kolorów.

Camilla Reid, Nicola Slater, Mikuś i wizyta na wsi, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2022, 10 s.

„Mikuś i duży czerwony nocnik” to część przybliżająca i oswajająca pożegnanie z pieluszką. Nie obejdzie się oczywiście bez drobnej wpadki, ale dzięki temu duży sukces z nocnikiem w roli głównej będzie jeszcze bardziej znaczący!

Camilla Reid, Nicola Slater, Mikuś i duży czerwony nocnik, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2022, 10 s.

Książeczki są dość lekkie, kwadratowe, wygodne dla małych rączek. Z grubszej tekturki i bezpiecznie zaokrąglonymi rogami, sprawiają wrażenie wytrzymałych zarówno jeśli chodzi o upadki, jak i spotkania z ząbkami i śliną. Co ważne, można w nich zmieniać baterie (klapka zabezpieczona śrubką z tyłu książki) i najważniejsze dla rodzica – mają wyłącznik! Jak to zwykle bywa jeśli chodzi o zabawki dźwiękowe, muzyczka jest dla mnie osobiście nieco za głośna, choć z doświadczenia wiem, że ten problem dotyczy początków użytkowania i zazwyczaj po pewnym czasie dźwięki nieco cichną.

Z tej serii ukazały się również „Mikuś i dzień w przedszkolu” oraz „Mikuś i pluszowy króliczek”.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

Ruchome elementy

„Kocham cię, Mamo!” z „Akademii Mądrego Dziecka” na pierwszy rzut oka może wydawać się zwykłą książeczką z okienkami. Mnogość rozwiązań i pomysłów na ruchome elementy okazuje się jednak imponująca.

Już na okładce znajdziemy pokrętło pozwalające na zmianę koloru wyciętych serduszek. A wewnątrz czekają na małe paluszki pełzające robaczki, okienka w niestandardowych kształtach otwierane do dołu i w górę, elementy wymagające przesuwania i wysuwania oraz wypukłe, brokatowe szczegóły o interesującej fakturze.

W tej raczej ciężkiej książce z bardzo grubymi stronami znajdziemy 10 przeuroczych zwierzęcych mam z ich maluchami. Poza manualnymi elementami do poruszania, ilustracje na każdej stronie są uzupełnione wierszowanym zdaniem, w którym maluszek mówi co najbardziej lubi robić z mamą lub za co ją kocha – za ciche mruczenie, wspólne spanie bądź pływanie, zabawę, czy taplanie się w błotku. Dzięki grubej tekturze i zaokrąglonym rogom książka jest bezpieczna dla maluszka, ale ze względu na bardziej delikatne klapki i wysuwane fragmenty warto mieć małego czytelnika na oku.

Akademia Mądrego Dziecka, Mój świat, Kocham cię, mamo!, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2022, 10 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Harper Kids.

Pachnące książeczki

Pomysł na książki dla maluszków, z którym wcześniej się nie spotkałam i który nigdy nie przyszedłby mi do głowy, a mam przeczucie, że okaże się strzałem w 10 – książeczki z zapachami.

Pamiętacie katalogi z Avonu, gdzie trzeba potrzeć kartkę, by poczuć zapach perfum, którymi został nasycony papier? Tutaj wykorzystano to samo rozwiązanie w książeczkach o kolorach! Jak dla mnie to świetna koncepcja – synestezje są ekstra, a już bardzo niedługo trudno będzie znaleźć osobę, dla której czerwony kolor nie będzie bosko pachniał truskawkami (przynajmniej u nas, na Kaszubach).

„Mój dzień” to książeczka zbierająca na każdej rozkładówce przedmioty z otoczenia maluszka w danym kolorze – z lewej strony siedem przykładów w formie ilustracji, z prawej okienko, pod którym kryje się realne zdjęcie do pocierania i wąchania. W ten sposób autorzy zachęcają małego czytelnika do rozglądania się za kolorami – wspólnie szukamy zielonego koloru w ogrodzie, czerwonego w przedszkolu, żółtego w parku, brązowego w kuchni, czy białego w łazience. To też bardzo fajny pomysł na wyjście z lekturą poza cztery ściany domu.

Mój dzień. Moja pachnąca książeczka z kolorami. Akademia Mądrego Dziecka, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2022, 10 s.

Do czytania w plenerze jeszcze bardziej zachęca cześć serii pod tytułem „Ogród”. Tutaj wszystkie zapachy poukrywane pod klapkami należą do roślin i większość przedmiotów możemy znaleźć na zewnątrz (owoce, zwierzęta) lub zabrać ze sobą na wycieczkę (plecak, jogurt, papier). Albo przynieść do domu z wycieczki, jak np. fioletowego siniaka.

Ogród. Moja pachnąca książeczka z kolorami. Akademia Mądrego Dziecka, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2022, 10 s.

Niektóre zapachy są bardziej udane (moim faworytem jest pieczony kurczak), inne mniej (truskawki, czy czekolada pachną raczej sztucznie), ale wszystkie są rozpoznawalne – testowałam na mojej 6-latce, która po zobaczeniu zdjęcia pod klapką określiła roślinę jako bazylię, a po potarciu i powąchaniu poprawiła się, że to jednak mięta. Miejsca do pocierania są spore, a zapachy intensywne. Jestem ciekawa, czy długo się utrzymają zarówno nieużywane (muszą trochę poczekać na swój czas, bo Leon się jeszcze nie urodził), jak i później intensywnie pocierane i wąchane. Dam znać za jakiś czas.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa HarperKids.

Książki z dziurami

Czas na pomysł i autora, których zdążyłam już dobrze poznać i polubić podczas bobasowego okresu Mai, czyli książki z dziurami Hectora Dexeta. To nasze niekwestionowane hity – „Kto zjadł biedronkę?” była jedną z pierwszych najukochańszych pozycji Majeczki, a potem kontynuowaliśmy tą przygodę z takimi tytułami jak „Oto jest ogród”, „A co to?”, czy „Nasze ciało”. Jestem zachwycona, że po 5 latach wciąż pojawiają się nowe tytuły z tej serii. Pierwsze, co zrobiła moja córa po otwarciu paczki z książeczkami dla braciszka, było wpasowanie paluszków w dziurki – z tego się po prostu nie wyrasta!

Książki Dexeta poznacie po trzech bardzo charakterystycznych cechach – żywych, nasyconych kontrastowych kolorach, budowaniu świata z prostych, geometrycznych kształtów i obłych linii oraz wszędobylskich dziurach różnej wielkości i kształtu.

„Ja też” to zabawna książeczka skupiająca się na porównaniach między zwierzętami i… małymi dziećmi. Lubią psoty i zabawę niczym małe kotki, wszędzie chodzą z mamą, zupełnie jak kangurzątka, biorą prysznic jak słonie, załatwiają się w określone miejsca, mają włochatych tatusiów i czują się bezpiecznie dzięki opiece mamy. Każda strona wypełniona jest kolorową, kontrastową ilustracją, uzupełniona jednym zdaniem tekstu i wyposażona w przynajmniej jedną dziurkę, przez którą możemy dojrzeć fragment ilustracji z kolejnej strony. Dzięki temu skrzydło sowiej mamy przemienić się może w parasol, nosidło w kangurzą torbę, a oczko zwierzątka w oczko dziecka.

Hector Dexet, Ja też!, Warszawa: Wydawnictwo Mamania, 2022, 36 s.

„Przytulamy się”, jak sama nazwa wskazuje, proponuje małym czytelnikom rozmaite formy przytualsków – pod kołdrą, po kłótni, na pocieszenie, dla dodania otuchy, na pożegnanie. Z tatą, czy z przyjaciółmi, bez użycia rąk, czy pod wodą, tulaski to zawsze dobry pomysł na poprawę humoru – wypróbujcie je wszystkie! Słodka, urocza i przekochana pozycja.

Hector Dexet, Przytulamy się, Warszawa: Wydawnictwo Mamania, 2022, 36 s.

Jak wszystkie książki Hectora Dexeta, te również pobudzają wyobraźnię, rozwijają słownictwo i świetnie sprawdzają się podczas ćwiczenia małej motoryki – trudno się powstrzymać by zamiast przewracać strony w standardowy sposób, nie robić tego poprzez wkładanie paluszków w dziurki i ciągnięcie za krawędzie otworów.

Chociaż książki nie należą do najlżejszych, a tektura stron, choć sztywna, nie jest bardzo gruba, z doświadczenia wiem, że to książki nie do zdarcia. Nasze wielokrotnie zaczytane tytuły sprzed lat nie mają znaczących śladów zużycia, choć niejednokrotnie służyły nam również poza domem – podczas spacerów i wypadów na plac zabaw.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Mamania.

Przekroje

I na koniec nieco inne podejście do dziur w książce. W serii „Jak to działa?” grube, tekturowe strony podziurawione zostały przekrojami, pozwalającymi zajrzeć do środka prezentowanego obiektu i poznać go… dogłębnie.

Pomysłowe, porządnie wykonane, o dużej wartości edukacyjnej. Po prostu fajne do czytania!

„Jak to działa? Traktor” to prawdziwa gratka dla każdego fana maszyn i pojazdów wszelakich. W książce wytłumaczono do czego służy ciągnik i z jakich elementów się składa – te zostały również podpisane na obrazkach i wyszczególnione na kolejnych przekrojach, jak np. silnik pod maską, która chroni go przed zabrudzeniami. Mały czytelnik pozna również rozmaite maszyny rolnicze, jakie można doczepić do ciągnika oraz dowie się między innymi dlaczego traktory mają rurę wydechową skierowaną w górę. A w tle będzie mógł wypatrzeć rozmaite wiejskie zwierzęta i poznać dźwięki, jakie wydają.

Jak to działa? Traktor, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2022, 12 s.

W książeczce „Jak to działa? Dinozaur” naszym przewodnikiem będzie Profesor Myszka zajmujący się badaniami nad dinozaurami. Opowie maluchom co nieco o tyranozaurach – uch cechach fizycznych, zwyczajach i budowie ciała, co można śledzić na kolejnych przekrojach. Na każdej stronie pojawiają się również dinozaurowe ciekawostki, można więc wyciągnąć z tej niedługiej pozycji całkiem sporo wiedzy. No i wcisnąć paluszki między ostre zęby wielkiego jaszczura.

Jak to działa? Dinozaur, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2022, 12 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

Znacie jeszcze jakieś inne pomysłowe książeczki dla najmłodszych? Podzielcie się tytułami!

Bajki Majki: „Profesjonaliski” Agata Matraś

Czy widzieliście już najnowszą, piątą część fantastycznej, super zabawnej i zaskakującej serii kartonówek-wyszukiwanek z zadaniami do aktywnego czytania i ze zwariowanymi zwierzakami w roli głównej?

Koniecznie sprawdźcie też:
„Liczyświnki”
„Emomisie”
„Kolorysie”
„Literkowce”

Tym razem przyszedł czas na liski! I to liski, które żadnej pracy się nie boją w wyjątkowej książeczce poświęconej zawodom i profesjom.

Podążając śladami lisich bohaterów odwiedzimy najróżniejsze zakamarki miasteczka i okolicy – od ruchliwej ulicy, przez centrum handlowe, plac budowy, przychodnię lekarską, aż po studio telewizyjne i weekendową wycieczkę na wieś. Kto pracuje w przedszkolu, kto w teatrze a kto na lotnisku? Gdzie szukać trenera, gdzie optyczki, a gdzie księgowej? Kto zgubił paczkę, czyim atrybutem jest stetoskop, a komu przyda się kilof?

Nie dajcie się zwieść – obok sztampowych i dobrze wszystkim znanych zawodów jak fryzjer, lekarz czy kasjerka, znajdzie się tu również między innymi bileter, magazynier, inżynier, jubiler, cieśla, geodeta, fizjoterapeuta, laborantka, inspicjent, sufler, celnik, lektor… trzeba tylko dobrze poszukać! A dodatkowym plusem niech będzie fakt, że wiele z zawodów występuje również w formach żeńskich, jak pszczelarka, policjantka, leśniczka, kontrolerka lotów czy kamerzystka.

Forma książeczki pozostaje niezmienna – po rozkładówce-wyszukiwance poświęconej danej tematyce, czy miejscu pracy i jednemu z bohaterów następuje strona z zadaniami pełna labiryntów, łamigłówek, zagadek logicznych i… najróżniejszych zawodów oczywiście! A wszystko wśród prawdziwego mrowia lisków – bez wątpienia przyda się więc bystre oczko – i przedstawione melodyjną rymowanką, która z pewnością łatwo wpadnie w mniejsze i większe uszko.

Najlepszą rekomendacją niech będzie, że moja 6 latka, choć teoretycznie już z tej serii wyrośnięta i poprzednie części dawno już odłożyła do piwnicy dla młodszego brata, nie miała najmniejszego zamiaru odpuścić liskom, wyczytałyśmy i obejrzałyśmy więc „Profesjonaliski” wzdłuż i wszerz i entuzjastycznie polecamy!

Agata Matraś, Profesjonaliski, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2022, 40 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Bajki Majki: „Traktor Stasia. Nauka liczenia z okienkami” Izabela Mikrut, Monika Filipina

Dzisiaj gratka dla maluszków – przedstawiam wam jedną z najzabawniejszych książeczek do nauki liczenia, jakie widziałam. Traktor (a to już pojazd atrakcyjny sam w sobie) prowadzony przez Stasia i jego młodszą siostrę przez całą książkę ciągnie przyczepy przeróżnego kształtu i koloru, posiadające mniej lub bardziej zdumiewających mieszkańców. Na dzień dobry wita nas jeden bóbr siedzący… na toalecie, w kolejnej przyczepie kryją się krowy dziergające szalik na drutach, zobaczymy też kaczki w kąpieli, kolarskie niedźwiedzie… A więcej nie zdradzę, żeby nie psuć niespodzianki!

Wszystkiemu towarzyszy krótki, rytmiczny wierszyk systematyzujący co widzimy na obrazkach, a pod klapkami kryją się wyrazy dźwiękonaśladowcze zachęcające do naśladowania odgłosów podróżujących przyczepkami zwierzątek. Ile zwierząt kryje się w każdej z przyczep, a ile jest w całej książce? Na każdej ilustracji schowała się też psotna żabka, czy małemu molikowi uda się odnaleźć je wszystkie?

Książka jest całkiem spora (nieco mniejsza niż A4), z grubej, ślino i ząbkoodpornej tektury o bezpiecznie zaokrąglonych rogach, dzięki czemu świetnie nadaje się również do samodzielnego „czytania”. Czynnikiem wyróżniającym ją spośród innych tytułów z okienkami, jakie dotychczas mieliśmy, jest wielkość klapek. Te są naprawdę duże – po jednej na stronie – i kryje się za nimi całkiem sporo tajemnic.

To świetne wsparcie nie tylko w nauce liczenia, ale również kolorów, nazw zwierząt i odgłosów, jakie te wydają. Przyda się również do ćwiczenia spostrzegawczości, skupienia uwagi i motoryki małej, w końcu okienka to zawsze fajne wyzwanie dla małych paluszków, a niedługi tekst nie pozwoli maluchowi się znudzić.

Bardzo dobra kandydatka na jedną z pierwszych książeczek na półeczce bobasa.

Izabela Mikrut, Monika Filipina, Traktor Stasia. Nauka liczenia z okienkami, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2021, 12 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

W temacie nauki liczb i liczenia polecam również:
Liczyświnki”,
„Liczymy razem”,
„Cyferkową książkę”,
i zestawienie książek o literkach i cyferkach.

Bajki Majki: „Opowiem ci mamo co robią myszy” Katarzyna Kołodziej

Cykl pełnych szczegółów kartonowych książek „Opowiem ci mamo” osobiście dzielę na dwa poziomy trudności, bo podobnie jak tematyka, tak i same podawane wy nich informacje są dość mocno zróżnicowane. Tak też „Opowiem ci mamo co robią dinozaury” polecam raczej starszym czytelnikom (ok. 4-6 lat), a „Opowiem ci mamo co robią konie” będzie świetna już dla dwulatków. Najnowsza część z myszami w roli głównej należy do tej drugiej grupy.

Poznając przesympatyczną (i liczną!) rodzinę Wąsików wybierzemy się w gościnę do mysiej norki. Spędzając calutki dzień razem z Pusią i jej licznym rodzeństwem poznamy wszystkie zakamarki norki, odwiedzimy myszkołę, poszabrujemy w spiżarni,  Zajrzymy również do lasu, gdzie dowiemy się jakich drapieżników małe myszki powinny się wystrzegać. Na łące wysłuchamy mysiego koncertu, weźmiemy udział w wyścigach gryzoni, a nawet zajrzymy do wesołego myszeczka poprzeglądać się w krzywych myszadłach. Będzie wieczorne ognisko, sprzątanie jeziora, a nawet wyprawa w kosmos (nawet, jeśli tylko we śnie)! Życie myszki nie jest ani troszkę nudne!

Cała historia opowiedziana jest lekką i wpadającą w ucho (i mózg!) rymowanką.

„Myszy chrupią i myszkują,
aż komoda trzeszczy.
Węszą, psują i wciąż knują,
co tu zniszczyć jeszcze”.

Poza historią narracjyjną, jest to też książeczka do wyszukiwania szczegółów, treningu cierpliwości, skupienia i spostrzegawczości. Są w niej labirynty, dopasowywanie cieni, zadania polegające na szukaniu różnic, zagubionych skarbów albo liczeniu poukrywanych po całej ilustracji powtarzających się przedmiotów. Nie brak tu również informacji o tych gryzoniach – mały czytelnik dowie się między innymi czym myszy się żywią i jakich mają naturalnych wrogów.

A całostronicowe ilustracje, poza tym, że szczegółowe, są też bardzo ładne. Myszki są uroczymi bohaterami, a wśród licznej familii z każdy mały czytelnik z pewnością odnajdzie swojego faworyta. Natomiast duży format, twarde strony i bezpiecznie zaokrąglone rogi sprawiają, że świetnie nadaje się do samodzielnego oglądania nawet przez zupełnego maluszka.

Tylko Figiel nie jest do końca przekonany co do pierwszych stron z kotem skrępowanym przez mysi gang…

Katarzyna Kołodziej, Opowiem ci mamo co robią myszy, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2021, 28 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „Pucio w mieście” Marta Galewska-Kustra, Joanna Kłos

W najnowszej książeczce z przygodami Pucia szykuje się wielkie wydarzenie – wernisaż Cioci Igi. Z tej okazji w domu puciorodzinki odbędzie się rodzinny zjazd i uroczysty obiad. A to przecież masa przygotowań! Na szczęście Pucio i Misia zawsze są chętni do pomocy.

Miasto tętni życiem – podczas spaceru witają się sąsiedzi, pobliska budowa skutecznie odciąga uwagę Bobo od wyprawy po zakupy, który to obowiązek spada na tatę – po przyjęciu ostatniego pacjenta w swojej klinice weterynaryjnej odbierze starszaki z przedszkola i wspólnie pojadą do supermarketu.

Czas nagli, ale stłuczka spowoduje korki i dziadkowie będą musieli chwilę zaczekać, nim zostaną odebrani z dworca, na pewno jednak wszyscy zdążą do galerii na wernisaż. A potem koniecznie na lody do parku!

Mam wrażenie, że w tej części wyjątkowo dużo miejsca poświęcono zasadom bezpieczeństwa w przeróżnych sytuacjach i sposobom zachowania się w miejskiej dżungli – mali czytelnicy dowiedzą się na przykład, że przed przejazdem transportem publicznym należy kupić bilet, które miejsca w autobusie są zarezerwowane dla kogo, że nie wolno za bardzo zbliżać się do placu budowy (nawet jeśli jest się największym fanem koparek na świecie) i że kawa dla mamy to priorytet.

Bardzo lubię pomysł, dzięki któremu Pucio rośnie wraz ze swoimi czytelnikami. Chociaż moja Majka zdążyła już trochę Pucia przerosnąć i przywykła już do nieco bardziej skomplikowanych konstrukcji zdań, to tekstu jest na tyle dużo, że wciąż chętnie słucha najnowszych części, a w opowiadaniu co się wydarzyło po prostu wymiata. Aż nie do wiary, że najpierwsiejszą część przygód Pucia dostałyśmy tuż przed roczkiem i pomagał Bobasie w nauce pierwszych słów. Kiedy to zleciało, ja się pytam?

Jak zawsze jest edukacyjnie i rozwijająco – w tej części duży nacisk położono na opowiadanie, ale znajdziemy tu również przeróżne nazwy zawodów, tajemniczych przedmiotów i pojazdów oraz przyimki miejsca. Książeczka pomoże również oswoić różne, często stresujące sytuacje, jak wizyta z pupilem u weterynarza, spóźnienie wynikające z wypadku drogowego, czy osobistą kraksę na hulajnodze. Jest też rodzinnie (a rodzina Pucia stale się rozrasta), zabawnie i sympatycznie. I zaostrza apetyt na więcej, bo zapowiada kolejną część z sielską wsią w roli głównej.

Marta Galewska-Kustra, Joanna Kłos, Pucio w mieście. Zabawy językowe dla młodszych i starszych dzieci, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2021, 40 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „Dlaczego nosimy maseczki?” Ilaria Capua

Minął już prawie rok, odkąd „koronawirus” zmienił naszą rzeczywistość, a maseczki, dezynfekcja i konieczność zachowania społecznego dystansu na stałe wpisały się w codzienność. Są maluszki, które właściwie nie pamiętają innego świata!

Maja prawie pięciolatka jest już całkiem dobrze ogarnięta w temacie, swego czasu pomógł nam tytuł dla sporo starszych dzieci „Wirus i inne drobne ustrojstwa” oraz „Zuzia w czasie pandemii”. Książeczka, którą chcę Wam dzisiaj pokazać jest skierowana do zdecydowanie młodszych odbiorców, którym wytłumaczenie tego rodzaju zjawiska jest chyba najtrudniejsze – od 2,5 do 4 lat.

„Dlaczego nosimy maseczki” to całokartonowa książeczka z okienkami uatrakcyjniającymi czytanie oswajająca covidową rzeczywistość.

To na pewno bardzo dobrze znana nam wszystkim sytuacja – kilkuletnia Kaja pyta mamę czym tak właściwie jest wirus, a mama gimnastykuje się, by jej to jakoś wyjaśnić. Kiedy dziewczynka zapada w sen, śni jej się sympatyczny (sic!) wirus, który opowiada jej o sobie – kim jest, w jaki sposób podróżuje i w jakich sytuacjach czuje się najlepiej (a co za tym idzie jak najłatwiej złapać takiego „pasażera na gapę”). Kiedy Kaja zaczyna rozumieć czym jest wirus i jakie szkody morze wyrządzić, postanawia nauczyć się go unikać.

„Nie możesz żyć z nami, bo będziemy chorować. Musimy się rozstać”

Tekstu jest całkiem sporo, ale jest on bardzo przystępny i tłumaczy dziecku sytuacje na łatwych do zwizualizowania przykładach – na przykład fakt, że wirus przenosi się na malutkich kropelkach kiedy kichamy (a także śpiewamy, czy mówimy), dlatego najlepiej zatrzymać je maseczką, a także zachować odpowiednią odległość od innych ludzi, bo kropelki nie mają skrzydełek i opadną w dół, jeśli będziemy stali odpowiednio daleko od siebie.

To pełna zrozumiałych dla maluszka informacji, atrakcyjna pod względem formy i kolorystyki książeczka, która uspokaja (wirusy istniały od zawsze), tłumaczy, przestrzega i uczy zasad minimalizujących ryzyko zachorowania, jak noszenie maseczek i rękawiczek, dezynfekcję, zachowanie bezpiecznego dystansu, unikanie imprez czy wyręczanie dziadków w robieniu zakupów. Moim osobistym faworytem jest różowy, tęczowy pojemnik na płyn do dezynfekcji – pogromca wirusów.

Aż żal, że nie miałam tej książki pół roku temu, moja rola „mamy tłumaczącej” byłaby zdecydowanie mniej stresująca, bo i ta książeczka jest bardzo dobrze napisana – niby prostymi słowami, a zawiera wszystkie niezbędne aspekty do zrozumienia sytuacji. Świetna pozycja nie tylko do domowej biblioteczki, ale również do wykorzystania podczas zajęć w przedszkolu czy żłobku.

Ilaria Capua, Dlaczego nosimy maseczki?, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2020, 18 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa HarperKids.

Bajki Majki: „Czytanki sy-la-bo-we z obrazkami”, Anna Sójka, Ola Krzanowska

Koniec wakacji, nadszedł czas nauki! Ale czy ta może być równie przyjemna, co wakacyjne przygody? Moja Majka kocha książki – zarówno kiedy jej czytamy, jak i samodzielnie oglądać obrazki i opowiadać sobie historie. Ale do nauki literek i ich składania w wyrazy jakoś się nie pali. Rozglądam się więc powoli za różnymi tytułami, które zmienią naukę czytania w świetną zabawę. Oto jeden z nich:

„Czytanki sy-la-bo-we z obrazkami” to niewielka formatem, ale dość gruba książka i całkiem ciężka książka, przywodząca na myśl poważne tomiszcza, za to z naprawdę uroczym wnętrzem. Znajdziemy w niej 12 króciutkich opowiadań – bardzo prostych, ale pełnych przygód i całkiem pouczających – o zwierzątkach, owadach, smokach i księżniczkach, znajdzie się nawet pewna czarownica! Przeczytamy też miedzy innymi o pracowitych pszczółkach i mrówkach oraz pomysłowych biedronkach, strachliwym smoku, leśnym przedszkolu, Śwince Balbince, która wyruszyła zdobywać świat poza chlewikiem, różowym zabawkowym wielorybie, który się zgubił, czy o słoniu, który nauczył się doceniać innych.

W tekście opowiadań część słów zastąpiono obrazkami, by nawet te zupełnie nie umiejące jeszcze czytać maluchy mogły brać czynny udział w lekturze. A jak już przyzwyczają się do wspólnego czytania i będą gotowe na kolejny poziom zaawansowania, między obrazkami czekają wyrazy podzielone na czarno-czerwone sylaby – idealne do stawiania pierwszych kroków w świecie czytania.

Tekst został sformatowany tak, by być maksymalnie łatwym w odbiorze – na jednej stronie znajdziemy od jednego do czterech krótkich zdań z wyszczególnionymi graficznie sylabami i obrazkami zamiast niektórych wyrazów. Bardzo duża interlinia pomaga podczas śledzenia tekstu palcem, a poza piktogramami znajdziemy tu mnóstwo ilustracji – nie tylko będących dekoracją stron z tekstem, ale również całostronicowych. A ilustracje Oli Krzanowskiej są bardzo w moim guście – delikatne, kolorowe i strasznie słodkie, ale bez zbędnej pastelozy.

Dopiero wdrażamy się w czytanie sylabowe, ale jak na razie już same obrazki w tekście sprawiają mojej przedszkolaczce sporo frajdy i dumy z udziału w czytaniu tekstu. Coś czuję, że to będzie całkiem pożyteczna koncepcja!

Anna Sójka, Ola Krzanowska, Czytanki sylabowe z obrazkami, Poznań: Wydawnictwo CED, 2020, 96 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa CED.

Bajki Majki: „Kolorysie” Agata Matraś

Agata Matraś po raz drugi zaprasza do zatłoczonego, gwarnego świata zwierząt. Tym razem zapuścimy się do dzielnicy zamieszkanej przez rysie, a skoro, jak wkrótce się przekonamy, wielu przedstawicieli tego gatunku oddaje się malarskim pasjom, wraz z Rysiem i innymi bohaterami poznamy lub powtórzymy kolory.

W poszukiwaniu barw, wraz z rysiami odwiedzimy plażę, pole pełne maków, wiejskie gospodarstwo, targ, park, dżunglę, czy kurort narciarski. A w każdym z tych miejsc aż roi się od nawiązań do słynnych dzieł sztuki – można oglądać i oglądać, a i tak za każdym razem wypatrzy się coś nowego! Bardzo, bardzo mi się podoba!

Analogicznie do „Liczyświnek” książka jest podzielona na strony będące wstępem i przedstawieniem danego koloru oraz stronę z dotyczącymi go zadaniami – naprzemiennie.

Wśród zagadek są labirynty i wyszukiwanki i szukanie różnic trenujących skupianie uwagi i spostrzegawczość, ale też wyjątkowo dużo zadań na kojarzenie faktów – oczywiście związanych z kolorami, bo to przecież po kolorach rozpoznajemy smaki lodów, czy owoce są już dojrzałe, z którego kranu leci ciepła woda oraz deszczowe chmury. Każdej barwie towarzyszy również zadanie z mieszania kolorów – mały czytelnik dowie się, co trzeba uczynić, żeby uzyskać kolory nie należące do barw podstawowych, jak rozjaśnić farby i co nam wyjdzie z mieszania kolorów z czarnym.

Pojawią się też „trudne słówka” z dziedziny szeroko pojętego malarstwa, jak terpentyna, tusz, szkic, atrament, sprej, węgiel czy pastele – będzie więc również fajnym punktem wyjścia do rozmowy o technikach malarskich i, kto wie!, może również własnych prób.

A wszystko to wierszem, rymowanką, wyliczanką do melodyjnego czytania i zapamiętywania!

Temat kolorów jest chyba nieco łatwiejszy, niż cyferki, i trochę szybciej znudził moją czterolatkę, dlatego polecam tą książeczkę dla nieco młodszych dzieci – myślę że od 2 do 4 lat będzie idealnie. Z drugiej jednak strony nawiązania do światowego malarstwa to już trochę wyższy poziom jazdy i fajnie jest wspólnie z dzieckiem przeglądać oryginały i dopasowywać do nich rysiowe odpowiedniki. Nie mówiąc już o tym, że te przeróbki są naprawdę zabawne!

Agata Matraś, Kolorysie, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2020, 40 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

 

Bajki Majki: „Literkowa książka” Anna Salamon, Alicja Krzanik

Oto dowód na to, że książeczka do nauki liter, i to taka zawierająca minimalną ilość tekstu, nie musi być wcale nudna!

Zacznijmy od tego, co widać na pierwszy rzut oka – jest piękna. Każda literka została wydziergana tak, by w swym kształcie zawierać rzeczownik, który się na nią zaczyna – D jest domkiem, na F pręży się smukły flaming, w I wbito igłę, a na L przyczaił się rudy lisek. Każda z nich jest bajecznie kolorowa i misternie przygotowana. Uwaga! Książkę ilustrują zdjęcia robótek, nie ma w niej żadnych elementów dotykowych, wszystko należy chłonąć oczami. A jest się czemu przyglądać, bo co cztery literki następuje przerywnik w postaci materiałowo-dzierganej ilustracji zawierającej jak najwięcej przedmiotów na poznane przed chwilą literki do wyszukania, nazwania i utrwalenia zdobytej wiedzy. Wraz z opisującym obrazek wierszykiem.

Ale to nie wszystko! Każdej z liter, poza jej fantazyjnie wydzierganą formą, towarzyszy zadanie – a te są bardzo różnorodne. Przy H trzeba zrobić hop! i podskoczyć jak najwyżej, a przy cukierkowym C należy dać rodzicowi całusa. Poza tym mały czytelnik będzie kwakał jak kaczka, liczył oczy ufoludka, wymieniał zwierzątka na f (znacie jakieś poza foką, fretką i flamingiem?) i rozważał umaszczenie lisiego futerka. Fantastyczna pozycja do aktywnego czytania – również dla maluchów, które nie do końca potrafią wysiedzieć długo w miejscu. I jeśli na początku miałam trochę obaw, że moja czterolatka będzie już na nią nieco za duża, to byłam w wielkim błędzie – bawi się świetnie. I może ten sposób przyswajania wiedzy całym ciałem przypadnie jej do gustu, bo z literami idzie nam wyjątkowo opornie.

Troszkę tylko szkoda, że nie jest dłuższa, bo aż się prosi, żeby polskie znaki wymienione na końcu dostały swoje własne pełnowymiarowe wyszywanki. Przynajmniej te, na które zaczynają się rzeczowniki. Tymczasem tylko Ł otrzymało własną stronę, reszta została przedstawiona zbiorczo na ostatnich kartach książeczki – już bez zagadek i poleceń do wykonania. Odczułyśmy przez to z córką niewielki niedosyt.

Pięknie wydana, w całości z grubszego kartonu o bezpiecznie zaokrąglonych rogach ma szansę posłużyć przez kilka lat – można już bowiem pokazywać i zupełnemu maluszkowi i przedszkolak wciąż będzie zainteresowany.

Anna Salamon, Alicja Krzanik, Literkowa książka, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2020, 40 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.