Bajki Majki: „Nowy w mieście” Marta Altés

Bardzo lubię ilustracje Marty Altés, a jedna z jej poprzednich książek „Jestem artystą” po prostu skradła moje serce. Wiedziałam więc, że to będzie dobra książka, ale jednocześnie poprzeczka była ustawiona bardzo wysoko.

„Nowy w mieście” to opowieść o białym, puchatym psie sporych rozmiarów, który po długiej wędrówce trafia do ogromnego miasta, które z miejsca go zauroczyło. Postanawia więc odnaleźć w nim swój własny dom.

Miasto jest głośne, pełne kolorów (i to jakich! róże, granaty, zielenie, pomarańcze, prawdziwie wakacyjna uczta dla oczu!), dźwięków, zapachów i interesujących, różnorodnych ludzi. Gnany entuzjazmem i ciekawością nowy przybysz chłonie klimat miasta wszystkimi zmysłami. Im jednak dłużej przebywa wśród mieszkańców, tym bardziej dociera do niego, że wszyscy są bardzo zajęci swoimi sprawami, ciągle gdzieś się spieszą i nie zawsze cieszy ich obecność ogromnego, momentami niezgrabnego psa w ich sklepach i restauracjach. A nasz bohater z każdym kolejnym krokiem czuje się bardziej samotny i wyobcowany w otaczającym go tłumie. Coraz szybciej też traci nadzieję, że znajdzie w tym miejscu swój prawdziwy dom.

Wszystko zmienia się w momencie, kiedy dostrzega małą dziewczynkę, równie zgubioną jak on i pomaga jej w odnalezieniu drogi do domu. Czy wyciągając do kogoś pomocną łapę można odnaleźć swoje miejsce w wielkim świecie?

Piękna opowieść do oglądania, gdzie ilustracje są głównym środkiem przekazu, a niewielkie partie nieco poetyckiego tekstu uzupełniają historię i pomagają małemu czytelnikowi rozeznać się w uczuciach bohatera.

Przekolorowy, cudownie ciepły i pozytywny picturebook o emocjach, życzliwości, pomocy innym i otwartości na drugiego człowieka. O tolerancji i akceptowaniu dzielących nas różnic.

C u d o. Kolejny skarb w naszej biblioteczce.

Marta Altés, Nowy w mieście, Toruń: Wydawnictwo Tako, 2020, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Tako.

Czas na czytanie: „Dywan z wkładką” Marta Kisiel

Do gatunku „komedia kryminalna” podchodzę zawsze ze sporą rezerwą, bo choć bardzo cenię sobie książki z humorem, a nawet „z jajem”, to jednak za bardzo lubię dobre kreacje psychopatów i zagmatwane intrygi, by lekko podchodzić do kryminałów. Nic więc dziwnego, że tytuły komedii kryminalnych, które naprawdę mi się podobały mogę policzyć na placach jednej ręki.

Niemniej jednak „Marta Kisiel” jest marką, po którą sięgam (a nawet polecam!) w ciemno i jeszcze nie zdarzyło mi się na tym zwyczaju przejechać. Tym razem nie było inaczej.

Kiedy z lodówki rodziny Trawnych zaczyna wydobywać się entuzjastyczna wokalizacja erotyczna nowej sąsiadki, wyprowadzka „w dzicz” nie wydaje się wcale a wcale przesadzoną reakcją. Szybko okazuje się jednak, że podmiejski „koniec świata” to ni mniej ni więcej, jak siedlisko występku, a motywy ukatrupienia uciążliwego sąsiada może mieć właściwie każdy z sąsiedztwa. Kto z nich jest tajemniczym zbrodzieniem? I czy to aby na pewno nie szanowny małżonek? W takich okolicznościach nawet dobrze mieć przy sobie przygotowaną na każdą sytuację teściową – pożeraczkę męskich serc, joginkę i wytrawnego stratega wyćwiczonego w licznych planszówkowych bitwach. W jednej osobie! Szczególnie, kiedy twoje ciekawskie dzieciaki – pogromczyni stereotypów, hejterka różu i obrończyni klimatu (również jedna osoba) oraz oddany minecraftowicz dominującym charakterem siostry przytłoczony – depczą Ci po piętach.

O tym, że rekreacyjne bieganie po lesie ” dla zdrowia” prowadzi do samych kłopotów nie trzeba mnie długo (w sumie to wcale) przekonywać, ani że może się to skończyć trupem też nie, jak dla mnie całkiem realna sytuacja. Niemniej jednak, jak to w komediach kryminalnych bywa, przede wszystkim jest to komedia, a dopiero potem kryminalna, więc i sama intryga należy raczej do tych raczej mało poważnych, choć po słowo „infantylna” raczej bym nie sięgnęła. Jest to też jak najbardziej lektura dla dorosłego odbiorcy, chociaż raczej dla takiego bez kijaszka w życi.

Mimo początkowych obaw, że bez fantastyki, kichających aniołów, romantycznych widm, podróży w czasie, półglutów i tym podobnych klimatów to już nie będzie to samo i zabraknie magii, jest kiślowato od pierwszego do ostatniego zdania. Cudowne poczucie humoru, bohaterowie, których kochasz z całego serducha i masz ochotę udusić jednocześnie oraz nieprzewidywalnie absurdalne zwroty akcji to przepis na sukces. Znowu. Nawet odrobina poezji romantycznej zaplącze się to tu, to tam i Alleluja też!

No i nareszcie mam książkę dla wszystkich tych znajomych, którym uparcie polecam jedną z moich ulubionych autorek, a oni „nie lubią fantastyki…”!

Uśmiałam się jak norka, polecam.

Marta Kisiel, Dywan z wkładką, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B, 2021, 333 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.

Bajki Majki: „Horror! Czyli skąd się biorą dzieci” Grzegorz Kasdepke

To najdziwniejsza książka dla dzieci o rozmnażaniu, jaka dotąd wpadła mi w ręce – utrzymana w konwencji horroru ze zjadaniem dzieci w roli głównej, gościnną wizytą komandosów (i ich regularną bitwą z przedszkolakami) wśród budzących grozę odgłosów burzy i sporą dawką dobrych rad i całkiem rzetelnej wiedzy bez zbędnego owijania w bawełnę w roli bonusu. Niezły misz-masz!

Pani Miłka – ukochana wychowawczyni przedszkolaków ma w brzuchu dziecko! Na grupę starszaków pada strach, kto następny wyląduje na talerzu przedszkolanki? I jak się obronić przed jej głodem? Ukryć się w szafce, zbudować fort, a może chwycić za broń? Pomysłowe dzieciaki wypróbują każdy z tych pomysłów, a zupełnie przy okazji, w ciągu naprawdę zdumiewających zdarzeń, dowiedzą się skąd naprawdę biorą się dzieci, co jest do tego potrzebne i dlaczego nie grządka z kapustą i majeranek do smaku.

To niestety nie jest książka dla nas, nie pokarzę jej Majce, przynajmniej na razie. A to dlatego, że, podobnie jak jeden z rodziców przedszkolaków z „Horroru”, pozwoliłam sobie kiedyś na średnio mądry żart – wąchając zapamiętale swoje czyste dziecko prosto wyjęte z kąpieli pełnej owocowej pianki powiedziałam, że „pachnie tak apetycznie, że chyba zaraz ją zjem”. Nawet zrobiłam „mniam mniam mniam!”. A Maja… wzięła to jak najbardziej na serio, wpadła w panikę i rozpacz i przez cały kolejny dzień nie chciała się do mnie zbliżać na krok, a potem jeszcze przez długi czas, mimo zapewnień i tłumaczeń patrzyła ma mnie podejrzliwie. W związku z tym „głupie żarciki” o zjadaniu dzieci nie wchodzą u nas w grę, jeszcze odmówiłaby mi chodzenia do przedszkola…

Ale jeśli Wasze starszaki mają mocniejsze nerwy, lubią takie klimaty są już na tym etapie, że nie biorą wszystkiego do siebie i doceniają historie z dreszczykiem, to jak najbardziej, bo w książce znalazło się wiele wartościowych informacji. Poza faktem, że przedszkolaki jednak dowiadują się o tym co u dorosłych idzie gdzie, dlaczego tak i że na golasa, a także o jajeczkach i plemnikach, znajdzie się też sposobność obalenia sporej liczby mitów o bocianach, kapustach i kurierach przynoszących bobasy kupione na allegro. I oczywista oczywistość, że nie tylko dzieci czują strach i że da się go oswoić.

Książkę kończą dobre rady i wskazówki dla dzieci i dorosłych. I nawet jeśli nie przeczytam tej pozycji razem z córką, to te ostatnie strony z pewnością wykorzystam, bo dobrze tam autor prawi.

A całą resztę polecam przedszkolakom nieustraszonym, a rodzicom w szczególności.
Wartościowa, ale nie dla każdego czytelnika.

Grzegorz Kasdepke, Horror! Czyli skąd się biorą dzieci, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2021, 64 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Czas na czytanie: „Dary anioła. Miasto szkła” Cassandra Clare

W trzecim tomie Darów Anioła nareszcie dane nam będzie zobaczyć osławione Alicante – stolicę ojczyzny Nocnych Łowców, Szklane Miasto i najlepiej chronione przed demonami miejsce na świecie. Do czasu, bo tak się akurat składa, że stoi na skraju wojny, ale nikt przecież nie mówił, że Clary ma szczęście do podróżowania.

A nasza bohaterka wyjątkowo będzie zachodzić wszystkim za skórę – nawet Lukowi, któremu tym razem rodzicielstwo nieźle da w kość. Znaczy jeszcze bardziej, niż dotychczas. Bo za ulotną nadzieją na uratowanie matki Clary pójdzie wszędzie i na oślep – nie patrząc jakie szkody może wyrządzić po drodze i kogo dotkną konsekwencje jej czynów.

Dowiemy się więcej na temat przeszłości bohaterów – zarówno Luka i Jocelyn, jak i przeklętego rodzeństwa. Historia ich narodzin i nadnaturalnych zdolności wreszcie złoży się w logiczną całość.

Będzie też oczywiście pełen dramatów ciąg dalszy romantycznych rozterek bohaterów, ale tym razem (uwaga spoiler!) wreszcie znajdą szczęście zakończenie. Cóż, w pewnym sensie i przynajmniej dla niektórych.

Starcie jest nieuniknione, Nocni Łowcy szykują się do wojny z Valentinem. Czy będą zmuszeni stawić mu czoła osamotnieni? Bolesne straty pojawią się zarówno po stronie wrogów, jak i przyjaciół. Będzie jatka, będą tortury, mnóstwo demonów, eksperymenty na dzieciach, wredne wampiry, czarna magia, podstępni szpiedzy, najprawdziwsze anioły i zuchwałe nastolatki. Będzie siła przyjaźni i solidarności, będą tez próby zniesienia podziałów i stworzenia nowych Porozumień i generalnie próby zaprowadzenia pokoju i miłości wśród zwaśnionych. Czy to możliwe, by Podziemni i Łowcy współegzystowali odpuściwszy wiekowy konflikt? Czy wspólny wróg to dość, by zapomnieć o pełnej urazy historii dwóch stron barykady?

Przekonajcie się!

Cassandra Clare, Dary anioła T. 3: Miasto szkła, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2018, 544 s
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Bajki Majki: PRZEDPREMIEROWO: „Opowiem Ci mamo, co robią konie” Ewa Poklewska-Koziełło, Izabela Mikrut

Najnowsza część serii „Opowiem Ci mamo” jest skierowana do najmłodszych czytelników (moim zdaniem jakoś 0-4 lata), bo też różnica poziomu np. między tą pozycją, a „Skąd się bierze miód” jest naprawdę spora.

Na każdej stronie zadania i łamigłówki mieszają się płynnie z informacjami i ciekawostkami z życia koni. I jedne i drugie dotyczą przeróżnych końskich zagadnień – od prehistorycznych koni Przewalskiego i wizerunków naskalnych prosto z Lascaux, przez prace, jakie wykonywały udomowione konie na przestrzeni wieków, aż po różne końskie krzyżówki – wyniki mezaliansów i stworzenia prosto z kart baśni. Mały czytelnik pozna budowę konia, nazwy różnych końskich maści  i chodów oraz wyposażenie stajni, zobaczy jak wygląda dzień z życia stadniny nauczy się nazywać elementy ubioru jeździeckiego zarówno dżokeja, jak i jego konia, a także dowie się co te zwierzęta jedzą i jak je pielęgnować oraz kim były tarpany.

Zdecydowaną przewagę nad słowem pisanym mają tu wypełniające całe strony, bajecznie kolorowe i bardzo szczegółowe ilustracje, a dopełniający je tekst (zarówno przekazujący informacje, jak i treść poleceń) podany jest wpadającym w ucho wierszem lub w formie krótkich podpisów do rozmaitych elementów ilustracji.

Podobnie jak w przypadku poprzednich tytułów z tej serii, jest to jedna z tych książek, które zdobytą wiedzę utrwalają nakłaniając maluchy do wykonywania zadań. Trzeba będzie odnaleźć różnice między pozornie identycznymi stronami książki, nazwać wyrwane z kontekstu fragmenty obrazków, połączyć w pary źrebaki i ich mamy, przejść przez labirynt, a nawet zagrać w wyścigową grę planszową. Na czytelnika czeka też mnóstwo wyszukiwanek, bo i na tych ilustracjach jest czego szukać i za czym sobie oczy wypatrywać – od dzieci, przez zwierzątka, aż po kwiaty czy owady. I bynajmniej nie jest to łatwe zadanie!

Przesympatyczna i bardzo atrakcyjna wizualnie kartonówka dla najmłodszych (z wytrzymałego kartonu, o bezpiecznie zaokrąglonych rogach) nie tylko przekazująca wiedzę o świecie (czasem bardzo szczegółową, bo czy wiecie czym różni się zebryna od zebruli? Ja nie miałam pojęcia!), ale również zachęcająca do aktywnego czytania. Ćwiczy cierpliwość, umiejętność skupienia się przez dłuższą chwilę, spostrzegawczość, kojarzenie faktów i pamięć.

Gorąco polecamy wszystkim małym miłośnikom koników (kucyków, jednorożców i zebryn również!).

Ewa Poklewska-Koziełło, Izabela Mikrut, Opowiem Ci mamo, co robią konie, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2021, 28 s.
(premiera 27.01.2021)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Czas na czytanie: „Dary anioła. Miasto popiołów” Cassandra Clare

Jak w pierwszym tomie moją uwagę przyciągnęły przede wszystkim powtarzające się co jakiś czas pojedynki z demonami, wampirami i innymi mrocznymi stworzeniami z pogranicza światów, tak tym razem na prowadzenie wysuwają się miłosne rozterki. Od samego początku mieliśmy w tej serii do czynienia z romantycznym trójkątem i przynajmniej trzema osobami utkniętymi we friendzone, a im dalej w las, tym sytuacja coraz bardziej się plącze, zamiast rozjaśniać. Chyba nie ma tu nikogo, kto obdarza uczuciami właściwą osobę, a nawet jeśli, to bez wzajemności. A jeśli z wzajemnością, to akurat tak się składa, że są rodzeństwem, więc dylemat natury społeczno-moralno-genetycznej jak się patrzy. I nikt tak właściwie nie wie czego chce, poza Simonem, ale on akurat dostaje tylko to, czego bardzo nie chce. Trochę w więc z „Miasta popiołów” opera mydlana, ale w sumie kto nie lubi takich klimatów od czasu do czasu? Wszyscy lubią, tylko nikt się nie przyznaje!

I może faktycznie byłoby to męczące, gdyby nie toczący się wokół konflikt. Zły ojciec rośnie w siłę i buduje armię gotową zrównać z powierzchni ziemi nie tylko Clave i wszystkich Podziemnych, ale również każdego wyznającego inne ideały. I każdego kto się nawinie też. Ponura Inkwizytorka dokłada wszelkich starań, by zrobić piekło z życia Jace’a (przy jednoczesnym ignorowaniu prawdziwego zagrożenia), bo jak powszechnie wiadomo to dzieci powinni być obarczani winą za zbrodnie rodziców, a pobudki osobiste zawsze powinny przeważać nad bezpieczeństwem ogółu. Natomiast jeśli chodzi o sprawy natury rodzinno-osobistej, to i rodzinę Lightwoodów czeka niemały kryzys, po tym, jak okazało się, że adoptowany przez nich chłopiec jest synem nie tego przyjaciela, co powinien. O bałaganie w życiu Simona nawet nie będę wspominać, zdradzę tylko, że będzie… mrocznie.

Będą ciemne lochy, demony żywiące się strachem, zuchwałe kradzieże i brutalne morderstwa, masa uczuciowego bałaganu i krwawa final battle bez nadziei na zwycięstwo. Nie zabraknie jednak i charakterystycznego poczucia humoru, które zdążyłam tak polubić.

A na końcu czeka uroczy bonus z pierwszej randki Magnusa i Aleca.

Bardzo podoba mi się pomysł autorki na magię zawartą w słowie pisanym, czyli run jako źródła siły, mocy i szczególnych umiejętności Nocnych Łowców. A że nadnaturalne zdolności, które powoli odkrywa w sobie Clary są z tym silnie związane, zapowiada się rozwinięcie tego tematu w kolejnych tomach, na co bardzo czekam.

Cassandra Clare, Dary anioła T. 2: Miasto popiołów, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2018, 464 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~

Okołoksiążkowy miszmasz: Karton od Filemona

Zdążyłam już zapomnieć jak bardzo lubię pudełka–niespodzianki, dopóki nie trafiłam na Karton od Filemona. Nie musiałam się długo zastanawiać, po prostu musiałam mieć to pudło. To znaczy moje koty musiały je mieć!

Filemon jest głównym muzem kociej fotografki Moniki Małek (zwanej też Zaklinaczką Kotów) i swoim imieniem, pyszczkiem i kłaczkami sygnuje sklep internetowy „U Filemona”, w którym można znaleźć mnóstwo fantastycznych kocich książek, puzzli i gadżetów ze świetnymi zdjęciami super kotów (między innymi mojego Figla).

Karton od Filemona (to już druga edycja) jest pudłem, pełnym kocich rzeczy dla kotów i kocich matek, którego zawartość do samego końca zostaje tajemnicą. Jedynym gadżetem, o którym było wiadomo, że znajdzie się w kartonie były kalendarze – można było wybrać karton z kalendarzem książkowym (jak ja) lub ściennym. Po pewnym czasie uchylono kolejny rąbek tajemnicy i zdradzono, że drugim przedmiotem w kartonie będzie dekoracyjna puszka.

Kartony były wysyłane tak, by można było odpakować je na Mikołajki. Niektórzy odbiorcy jednak zostawili sobie tą przyjemność do Gwiazdki albo podarowali prezenty bliskim i włożyli pudła pod choinkę, więc przegląd środka zostawiłam na bezpieczny termin w połowie stycznia. Mam nadzieję, że teraz już nikomu nic nie zespoileruję.

Nie był to to mój pierwszy zakup w filemoniwym sklepie, więc już dobrze wiem jak pięknie (i ekologicznie, bez grama plastiku!) Monika wraz z kocimi pomocnikami pakują swoje paczki. Tym razem jednak przeszli samych siebie, bo każda rzecz w kartonie miała swoje miejsce, określoną funkcję i dołączoną notatkę od Filemona. Mimo, że oczywiście postawiłam sobie karton do góry nogami i otworzyłam od spodu, to i tak była najładniej zapakowany karton, jaki widziałam.

A co znalazłam w środku?

– wspomniany już koltendarz, czyli koci kalendarz od Moniki mam już drugi rok i nie wiem, czy jeszcze kiedyś będę chciała inny. Pełen kocich zdjęć i świąt (znajdziecie w nim także zdjęcie Jego Mechatość Figla, szukajcie w okolicach Dnia Kota Garfielda), z twardą okładką, dużą ilością miejsca na notatki i na papierze, na którym żaden rodzaj pisadła się nie rozlewa ani nie rozmazuje. Jeśli chcielibyście się jeszcze na taki skusić, to do wyczerpania zapasów jest w super promocyjnej cenie 20 zł – szukajcie w sklepie „U Filemona”;

puszka na skarby ze zdjęciem Blani (drugiej osobistej kociej muzy Moniki) szykującej wypieki okazała się bardzo pojemna –  super, że mieszczą się w niej zarówno pierniczki, jak i kredki, czy długopisy;

– instagramowe konto Moniki słynie z kartonowych scenek, często z udziałem kartonowych kotów. Jeden z nich również znalazł swoje miejsce w kartonie – Pusia, czyli arcycierpliwy kot z odzysku, do towarzystwa, zabawy i pozowania;

bon zniżkowy na kotosesję– Figiel i Vincent mają już jedną na koncie i polecam z całego serca. To więcej niż prawdopodobne, że skusimy się i na kolejną, kiedy tylko Monika będzie akurat w pobliżu;

– polaroidowe zdjęcie Filemona Twórcy Kartonu i narratora tej opowieści, które zawsze można mieć przy sobie;

– tajemniczy kwestionariusz matrymonialny dla kota do tajemniczej akcji walentynkowej. Czyżby miłość kryła się tuż obok, w przepastnych czeluściach internetów?;

luksusowe zabawki dla kota: rzemyki, czerwone kropki w wersji „możliwe do złapania”, kulki z folii i suche kasztany, czyli to, co koty lubią najbardziej;

woreczek podejrzanego zioła. Szczerze wierzę, że to kocimiętka, w każdym razie Vincent pogardził, a Figiel oszalał i zaczął robić naprawdę dziwne rzeczy. Ale było widać, ze dobrze się bawi!;

– zdrowe smakołyki „Juicy Bites” – jedne z niewielu, które nie zaszkodziły Figlowi na jego chory brzuszek. Za to właśnie uwielbiam takie kartony, można wypróbować nowe rzeczy i odkryć prawdziwe skarby;

sensoryczna mata węchowa hand made – moje koty interesowały się nią krótko, ale posłałyśmy dalej w ramach świątecznego prezentu zaprzyjaźnionej kociej rodzinie i tam podobno był szał;

– kocia kartka świąteczna;

– spory plakat (A3?) z kotami. A właściwie kocimi języczkami – do zakrycia wydrapanej przez kitki dziury w tapecie;

– koci magnes, żeby było co zrzucać z lodówki;

ekologiczna torba na kotki wielorazowego użytku;

– kocie lusterko kieszonkowe, by codziennie móc podziwiać swoją urodę;

nasionka trawy dla kotów wraz z instrukcją siania;

słoik pełen genialnych pomysłów na spędzanie czasu do losowania. Oczywiście z kotami w roli głównej;

– kocie kłaczki;

– no i oczywiście to, co najcenniejsze, czyli wszystkie papiery i kartony! Z kartonu głównego, papierów, w który owinięte były rzeczy, sznureczków i sensorycznej maty powstał koci park rozrywki, który wypełniał moją sypialnię przez jakiś tydzień i przez cały ten czas aktywnie zabawiał moje futra.

Dawno nie trafiło w moje ręce coś takiego – wykonanego ręcznie, z dużą starannością i dbałością o każdy szczegół i z taką ilością włożonego serca, a przy tym tak pomysłowego. I z dużym zacięciem ekologicznym, będącym zachętą i inspiracją do wykorzystywania rzeczy ponownie.

Karton kosztował około 100 zł (cena samego kalendarza to 50 zł), więc moim zdaniem, jak za taką ilość autorskich gadżetów i zaangażowania twórców jest to naprawdę bardzo atrakcyjna cena. Szczególnie, że wszystkie rzeczy są niepowtarzalne i dostępne wyłącznie w sklepie Moniki i Filemona (no, może poza kasztanami i kotozabawkami będącymi drugim życiem przedmiotu).

Karton od Filemona
Monika Małek
cena – ok 100 zł

Bajki Majki: „Radość. Opowiastki dla dzieci” Leo Bormans, Sebastiaan Van Doninck

To już druga część ptasich opowiastek dla dzieci o wartościach, którą Wam pokazuję. Pierwsza z serii była „Szczęście” oparta na koncepcji dziesięciu kluczy do szczęścia, druga to „Przyjaźń”, której nie miałyśmy jeszcze z Majką przyjemności czytać, a „Radość” zamyka ten cykl. Książki można czytać niezależnie od siebie.

„Bierzesz życie w swoje ręce i działasz. W przypadku niepowodzeń, które mogą cię spotkać, nie poddajesz się. Każdy z nas popełnia błędy, ważne, by się z nich uczyć i rozwiązywać problemy”.

Na książkę składa się 10 krótkich opowiadań, których bohaterowie szukają drogi do życia pełnego radości – każdy z nich wybiera inną ścieżkę, kierując się inną wartością. Każdy z nich ma zatem dla odbiorcy dobrą radę, która z pewnością nie raz przyda się w życiu.

Koliber Oli pomoże małemu czytelnikowi odkryć swoje mocne strony, kos Kostek pokonać strach, sowa Uhu wyznaczyć sobie cel, kowalik Zyta przyjąć odpowiednią perspektywę, sójka Garu zaplanować przyszłość, pelikan Pella współpracować z innymi, słowik Lusia mobilizować innych do działania, trzmielojad Perni nie poddawać się, strzyżyk Troglo spełniać swoje marzenia, a bocian Kiko uszczęśliwiać innych.

Podobnie jak w poprzednich częściach, każde opowiadanie kończy część aktywizująca dziecko – są tam pytania do tekstu, pomagające dokładniej zrozumieć i „poukładać sobie” jego treść, tematy do dyskusji skłaniającej malucha do rozważania problemów i szukania rozwiązań, informacje i ciekawostki na temat gatunku ptaków, którego przedstawicielem jest główny bohater i inspirowane nim zadania do wykonania (plastyczne, intelektualne i ruchowe), na przykład liczenie pierścieni przewróconych drzew podczas spaceru po lesie, nasłuchiwanie w ciemności, jak sowy, czy… oglądanie świata głową w dół, zupełnie jak koliber!

Pisałam to już w przypadku poprzedniej części, ale koniecznie trzeba to zaznaczyć po raz kolejny – książki z tej serii są przepięknie wydane. W dużym formacie, z atrakcyjnymi ilustracjami ptaków zarówno w tekście, jak i wypełniających całe strony, na grubym, eleganckim papierze. Opowiadania zostały poprzedzone wstępem i wskazówkami dla rodziców.

Poza wartościami uniwersalnymi i wzorcami postępowania, znajdziemy tu również mnóstwo wiedzy na temat zwyczajów rozmaitych gatunków ptaków. Poza inspiracją do zmian w postepowaniu i zachętą do poszukiwania nowych dróg książka budzi ciekawość i mobilizuje do obserwowania przyrody i ciągłego dziwienia się otaczającą nas naturą.

Leo Bormans, Sebastiaan Van Doninck, Radość. Opowiastki dla dzieci, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2020, 64 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Czas na czytanie: „Dary anioła. Miasto kości” Cassandra Clare

W zeszłym sezonie zima-wiosna zmierzyłam się z monumentalną serią Sarah J. Maas „Szklany Tron” i myślałam, że na jakiś czas jestem nasycona fantastycznie magicznymi przygodówkami dla młodzieży. Ale minęło trochę czasu i strasznie zatęskniłam za moją prywatną akcją nadrabiania młodzieżówek. Tym razem biorę na warsztat kolejnego tasiemca, o którym słyszeli chyba wszyscy, a ja kompletnie nie wiem o co chodzi – „Kroniki Nocnych Łowców” Cassandry Clare. Z tego, co widzę, czeka mnie w sumie 21 książek, co już samo w sobie brzmi imponująco, a do tego są wcale grubaśne. Nie wiem, czy dam radę dotrwać do końca, ale pierwszy tom pierwszej serii pochłonęłam w dwa wieczory, a to dobra wróżba. Szkoda tylko, że recenzja po kilku miesiącach… Ale wreszcie jest, liczy się! :D

Bo i książka właściwie czyta się sama – jest napisana z lekkością i mało wymagająca, bardzo dobrze mi się przy niej odpoczywało.

„Wszystkie bajki są prawdziwe”.

Chociaż mamy tu do czynienia z fantastycznym światem – ze swoimi regułami, hierarchią, stworzeniami i brudnymi sekrecikami – całkiem łatwo przyswoić rządzące nim zasady i w miarę szybko ogarnęłam kto jest kim, z kim i dlaczego. Może z tego powodu, że świat Nocnych Łowców, wojowników broniących świata przed demonami, nakłada się na nasz – jest ukryty przed oczami zwykłych śmiertelników (zwanych tu „Przyziemnymi”) pozbawionych daru Widzenia i umiejętności zaglądania pod osłonę rzeczywistości. A tam się dzieje, oj dzieje.

Piętnastoletnia Clary Fray żyje w przekonaniu, że jest najzwyklejszą ze zwykłych dziewczyn. Musi jednak zrewidować ten pogląd, kiedy na jednej z imprez jest światkiem morderstwa. Tylko że nikt poza nią nie widzi napastników, a ciało ofiary rozpływa się w nicości. Kiedy następnego dnia jej mama zostaje porwana, a ją atakuje potwór rodem z koszmarów zostaje siłą wciągnięta w świat, o którego istnieniu nie zdawała sobie sprawy, choć jest z nim nierozerwalnie związana właściwie od urodzenia.

Kto grzebał w jej umyśle nakładając na niego kolejne blokady? Co ukrywała przed nią matka i dlaczego nigdy nie wspominała ani słowem o swojej przeszłości?

Jest tu sporo widowiskowych pojedynków z mrocznymi siłami i całkiem paskudnych stworów, są drobne rodzinne sekrety (ach, która rodzina nie ma trupa w szafie?) i spiski dążące do przewrotu i zachwiania ustalonym porządkiem. Są wredni, ale przystojni młodzi wojownicy o ciętym poczuciu humoru i swojski, oddany przyjaciel we frienzonie. Są bajkowe historie, wilkołaki, wampiry na demonicznych motocyklach, ekscentryczny czarownik i wróżka-oszustka. Jest intryga, poszukiwanie skradzionego skarbu, spora dawka przyjaźni (nawet jeśli ta czasami rodzi się zupełnie mimo woli) i heroiczna misja ratunkowa.

I miłosne rozterki, więc mamy właściwie wszystko, co potrzebne w dobrej fantastycznej przygodówce. Co prawda bywa trochę przewidywalnie – spodziewałam się kto będzie zdrajcą (uwaga, spoiler – będzie zdrada!), ale plot twist na końcu książki mnie zaskoczył. Całość okazała się też dobrze zbalansowana, bo chociaż jestem usatysfakcjonowana zakończeniem, to z przyjemnością sięgnę po drugą część.

Cassandra Clare, Dary anioła T. 1: Miasto kości, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2013, 512 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~