Bajki Majki: „Czytanki sy-la-bo-we z obrazkami”, Anna Sójka, Ola Krzanowska

Koniec wakacji, nadszedł czas nauki! Ale czy ta może być równie przyjemna, co wakacyjne przygody? Moja Majka kocha książki – zarówno kiedy jej czytamy, jak i samodzielnie oglądać obrazki i opowiadać sobie historie. Ale do nauki literek i ich składania w wyrazy jakoś się nie pali. Rozglądam się więc powoli za różnymi tytułami, które zmienią naukę czytania w świetną zabawę. Oto jeden z nich:

„Czytanki sy-la-bo-we z obrazkami” to niewielka formatem, ale dość gruba książka i całkiem ciężka książka, przywodząca na myśl poważne tomiszcza, za to z naprawdę uroczym wnętrzem. Znajdziemy w niej 12 króciutkich opowiadań – bardzo prostych, ale pełnych przygód i całkiem pouczających – o zwierzątkach, owadach, smokach i księżniczkach, znajdzie się nawet pewna czarownica! Przeczytamy też miedzy innymi o pracowitych pszczółkach i mrówkach oraz pomysłowych biedronkach, strachliwym smoku, leśnym przedszkolu, Śwince Balbince, która wyruszyła zdobywać świat poza chlewikiem, różowym zabawkowym wielorybie, który się zgubił, czy o słoniu, który nauczył się doceniać innych.

W tekście opowiadań część słów zastąpiono obrazkami, by nawet te zupełnie nie umiejące jeszcze czytać maluchy mogły brać czynny udział w lekturze. A jak już przyzwyczają się do wspólnego czytania i będą gotowe na kolejny poziom zaawansowania, między obrazkami czekają wyrazy podzielone na czarno-czerwone sylaby – idealne do stawiania pierwszych kroków w świecie czytania.

Tekst został sformatowany tak, by być maksymalnie łatwym w odbiorze – na jednej stronie znajdziemy od jednego do czterech krótkich zdań z wyszczególnionymi graficznie sylabami i obrazkami zamiast niektórych wyrazów. Bardzo duża interlinia pomaga podczas śledzenia tekstu palcem, a poza piktogramami znajdziemy tu mnóstwo ilustracji – nie tylko będących dekoracją stron z tekstem, ale również całostronicowych. A ilustracje Oli Krzanowskiej są bardzo w moim guście – delikatne, kolorowe i strasznie słodkie, ale bez zbędnej pastelozy.

Dopiero wdrażamy się w czytanie sylabowe, ale jak na razie już same obrazki w tekście sprawiają mojej przedszkolaczce sporo frajdy i dumy z udziału w czytaniu tekstu. Coś czuję, że to będzie całkiem pożyteczna koncepcja!

Anna Sójka, Ola Krzanowska, Czytanki sylabowe z obrazkami, Poznań: Wydawnictwo CED, 2020, 96 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa CED.

Czas na czytanie: „Smocza Straż. Pan Widmowej Wyspy” Brandon Mull

Jakoś nie mogę się zdecydować, czy serię „Smoczej Straży” klasyfikować jako Bajki Majki, czy Czas na czytanie. Nie da się ukryć, że to seria dla młodszej młodzieży, osobiście polecałabym ją nawet jeszcze przed lekturą „Harry’ego Pottera”. Ale z drugiej strony, póki Maja do niej nie dorośnie, sama świetnie się bawię podczas lektury. W końcu muszę dokładnie wiedzieć co w przyszłości podsunę dziecku, prawda?

„- (…) Jesteś pewna, że to warte podpadnięcia twojemu ojcu?
– Co, rozmowa ze smokiem? Nie pozwolę, by ojciec pozbawił mnie tego doświadczenia. Chcę mieć swój udział w ratowaniu Gadziej Opoki. Fascynują mnie smoki. No i studiuję historię”.

W trzeciej już części „Smoczej Straży” samych smoków jest zdecydowanie mniej, niż w poprzednich tomach – tym razem prym wiodą wszelkiego rodzaju umarlaki, bo śledząc losy porwanego Setha ograbionego wspomnień trafimy do podziemnej dziedziny pełnej zombie, liczów i upiorów.

Jest też nieco mniej brutalnie, niż w poprzednim tomie, choć i tym razem nie obejdzie się bez ofiar. Nie ma jednak obaw – nie zabraknie wrednego Celebranta, a już sama okładka zdradza pojawienie się na arenie morskiego smoka Jibarro. W smoczym świecie pojawi się również ktoś zupełnie nowy…

„Nie mówimy o złu. Mówimy o ciemności jako źródle mocy. Czy dzień jest dobry, a noc zł? Nie. To niedorzeczne rozróżnienie. Nocą lepiej widać gwiazdy. Czy nocny chłód nie jest korzystniejszy podczas podróży przez pustynię? Zapewne tak. Czy spanie w ciemnym pokoju to zło, a w jasnym to dobro? Nie, i byłbym zdania, że mrok lepiej nadaje się do snu. Istnieje pewien rodzaj ciemności, z której można czerpać jak ze źródła. Możesz ja wykorzystać do dobrych lub do złych celów”.

Dla kontrastu Kendra zabierze nas w iście rajskie klimaty – wraz z przyjaciółmi będzie ratować smoczy azyl na jednej z tropikalnych wulkanicznych wysp. Będą ludożerne rośliny, poszukiwania legendarnego skarbu, domy w koronach drzew, moai, wulkaniczni cyklopi, syreny, selkie, ogniołazy, eksplorowanie morskiego dna, walki z demonami i odzyskiwanie ogromnej perły. I żadna z tych atrakcji nie będzie miała nic wspólnego z wakacyjnym wylegiwaniem się na plaży, bo każda misja to bardziej niebezpieczna przygoda.

Czy Seth odzyska swoje wspomnienia? A może pod wpływem swoich oprawców stanie się łotrem? Czy rozdzielone rodzeństwo zdoła utrzymać pokój w Gadziej Opoce?

Jak zwykle doskonałe proporcje grozy, humoru i przygody!

Ta książka była w tym roku moim plażowym wyborem, ale chyba jednak jeszcze lepiej sprawdzi się jako rozgrzewające pocieszenie po minionych wakacjach – kiedy w okna stuka już jesienny deszcz, a stopy skrywamy pod kocem, zamiast wyciągać je w kierunku słonecznych promieni. Oj tak, w takie wieczory przyda się nieco wulkanicznego żaru!

Brandon Mull, Smocza straż. Pan Widmowej Wyspy, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2019, 496 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

Grajki Majki: „Przymiotniki”

Bardzo lubię gry i pomoce naukowe, które rozwijają wyobraźnię. I choć z założenia „Przymiotniki” mają przede wszystkim rozwijać słownictwo, spostrzegawczość i umiejętność nazywania otaczającego nas świata, to jednak prosty pomysł i piękne ilustracje pozostawiają wyobraźni duże pole do popisu.

Gra składa się z 50 podłużnych kart z przymiotnikami, przy pomocy których możemy opisać otaczający nas świat – ale żeby nie było nudno, każdy z nich został przedstawiony w formie graficznej – dlatego słowo „kolczasty” jest bardzo kaktusowe, „ciepły” sweterkowe, a „puszysty”… no cóż, włochate.

Aby dziecku było się łatwiej utożsamić i żeby była po prostu bardziej przyjazna, „twarzą” gry i jej nieoczywistym bohaterem uczyniono uroczego liska – jest on obecny na każdej z kart (zarówno na awersie z przymiotnikiem, jak i na rewersie, jako koszulka) i – podobnie jak przedstawiony graficznie napis – pomaga poznać znaczenie przymiotnika.

Twórcy proponują cztery warianty gry, po dwa dla graczy młodszych (od 5 lat) i starszych (od 7 lat). Zadaniem młodszych jest przyglądanie się otoczeniu i podanie nazwy przedmiotu, stworzenia albo zjawiska odpowiadającego cechą wylosowanemu przymiotnikowi. Pierwszy wariant – tryb odkrywcy (kooperacyjny) – jest bardziej statyczny, bo dopasowujemy do przymiotnika nazwy „z głowy”, albo takie, które akurat widzimy. Jest jednak również opcja dla wiercipięt, które nieszczególnie lubią pozostawać zbyt długo w jednym miejscu – tryb biegacza wymaga nie tylko podania nazwy przedmiotu ze swojego otoczenia, ale również podbiegnięcia do niego i dotknięcia.

Starszaki muszą nieco bardziej ruszyć głową – w trybie poszukiwacza przygód każdy podaje nazwę przedmiotu odpowiadającej przymiotnikowi na wylosowanej karcie i, jeśli mu się uda, kładzie ją odkrytą na stole. W kolejnej kolejce losuje kolejną kartę i musi znaleźć taki przedmiot, który będzie odpowiadał już dwóm przymiotnikom leżącym przed nim. I tak dalej i tak dalej… Jeśli jednak nie każdy ma dość cierpliwości na tak stopniowo wzrastający poziom trudności, jest jeszcze tryb badacza, w którym ćwiczymy refleks. Losujemy umówioną liczbę kart i musimy podać nazwę przedmiotu odpowiadającego wszystkim przymiotnikom – kto zrobi to pierwszy, zgarnia karty dla siebie.

Powiem Wam szczerze, że testujemy ten tytuł z czteroipółlatką dość intensywnie i w obydwa mniej skomplikowane warianty moje dziecię wymiata od pierwszej rozgrywki, więc powoli przymierzamy się do tych odrobinę bardziej skomplikowanych zasad. W moim odczuciu spokojnie można po nią sięgnąć już z trzy czy czterolatkiem.

Czarująca pod względem wizualnym, z przesympatycznym bohaterem, rozwijająca wyobraźnię, słownictwo i spostrzegawczość, zachęcająca do przyjrzenia się otoczeniu w nowy sposób, kojarzenia faktów i budowania samodzielnych wypowiedzi – bardzo rozwijający tytuł dla przedszkolaków, w który może stanowić wyzwanie i dla starszaka. Polecamy gorąco!

Przymiotniki
Wydawca: Marek Baranowski
Ilustracje: Małgorzata Detner
Wydawnictwo Foxgames
Liczba graczy: 2-10
Sugerowany wiek: 5+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Foxgames.

Bajki Majki: „Bałtyckie zwierzaki”, Patrycja Wojtkowiak-Skóra

Jakie pamiątki przywozicie z wakacji? Ja mam wielką słabość do pocztówek i kiedy podczas naszej małej wyprawy w odwiedziny do helskich fok weszliśmy do mieszczącego się w fokarium sklepiku z pamiątkami nastawiałam się na pocztówki właśnie, choć spodziewałam się również pluszowej foczki, bo nie dość, że Hel jest foczym królestwem, to jeszcze majkowa miłość do fok nie ustaje. I Maja oczywiście foczkę wybrała, swoją drogą przeuroczą. Ale poprosiła również o „książkę z foczką za okładce”, dzięki czemu nabyliśmy drogą kupna „Bałtyckie zwierzaki” (i pluszowego łososia też, w końcu raz się żyje!), a moje matczyne serce zadrżało ze wzruszenia, bo jednak coś mi w tym macierzyństwie wyszło.

A sama książka okazała się świetna! To 30 niedługich rymowanek – każda poświęcona innemu bałtyckiemu stworzeniu. Czy w naszym morzu mieszkają… pchły? A diabły? Zające? Mitologiczne nereidy? I czy spodziewaliście się, że odpowiedź na wszystkie te pytania będzie twierdząca? Dowiedziałam się również, że przez 28 lat życia (nad morzem!) myliłam sercówkę z rogowcem bałtyckim. I nie miałam pojęcia, że mamy swoje własne krewetki.

Poza ogromnym potencjałem poznawczym w wyjątkowo przystępnej formie, ta pozycja to jednocześnie piękny picturebook. W formacie nieco większym niż A4, wypełniona po brzegi całkiem wiernymi, a jednocześnie budzącymi sympatię przedstawieniami morskich stworów spod ręki Olgi Demidovy. I cudownymi odcieniami błękitów, zieleni i turkusów, od samego patrzenia czuć słony posmak na czubku jezyka.

Jeśli jesteście jeszcze na wczasach z przedszkolakiem nad naszym polskim morzem, sprawcie sobie taką pamiątkę, polecamy z całego serca. I oczywiście pełne kieszenie muszelek sercówek, rogowców bałtyckich i małgiew płaskołazów. Ale jeśli na którejś z plaż zdarzy Wam się spotkać fokę, zróbcie jej zdjęcie z daleka i nie podchodźcie, te urocze, ale groźne stworzenia potrzebują odpoczynku na lądzie. A na bliższe spotkania trzeciego stopnia koniecznie wybierzcie się do fokarum na Hel albo do gdańskiego ZOO.

Patrycja Wojtkowiak-Skóra, Bałtyckie zwierzaki, Warszawa: Wydawnictwo Dwukropek, 2019, 32 s.

Czas na czytanie: „Złote okulary”, Giorgio Bassani

Nie wiem, jak to możliwe, ale ta nowelka składa się z pięknych, sensualnych opisów – zarówno krajobrazu miejskiego i przyrody, jak i całej palety uczuć – jest pełna treści, a objętościowo zajmuje ledwie 90 stron.

DSC_0317

Beztroskie życie młodego pokolenia bogatego mieszczaństwa Ferrary lat 30. XX wieku wypełnione jest nauką, życiem towarzyskim i prostymi rozrywkami. Nic dziwnego, że w hermetycznym towarzystwie niewielkiego miasta każda nowość traktowana jest z dużą dozą uwagi. Tak też dzieje się w przypadku pojawienia się w okolicy sympatycznego i dobrze obytego weneckiego lekarza w średnim wieku, który szybko staje się obiektem plotek. I choć jego homoseksualizm szybko staje się tajemnicą poliszynela, nie wzbudza on otwartej wrogości dopóki nie wda się w karkołomny romans ze studentem.

Tymczasem nad faszystowskimi Włochami pojawia się widmo kolejnej wojny, a żydowscy mieszczanie na zaczynają odczuwać społeczny ostracyzm.

Poruszająca historia wykluczenia, samotności i wyobcowania. I choć fascynacją młodością przywodzi nieco na myśl „Śmierć w Wenecji”, jej fatalizm jest zgoła odmienny. Nad beztroską skąpanego w letnim słońcu kurortu wypoczynkowego nad brzegiem Adriatyku i wypoczywających w nim mieszkańców Ferrary wisi widmo katastrofy, z której czytelnik doskonale zdaje sobie sprawę. Skłania do zadumy nad naturą miłości i naturą człowieka. Przeraża swoją aktualnością, bo całą fabułę można by z powodzeniem przenieść z międzywojennej Ferrary do współczesnej mieściny na wschodzie Polski wolnej od Żydów i LGTB. I zakończenie zapewne byłoby dokładnie takie samo.

Bo choć zdawać by się mogło, że kataklizm II wojny światowej zmieni świat, ten pozostał taki sam.

Giorgio Bassani, Złote okulary, Warszawa: Fundacja Zeszytów Literackich, 2014, 92 s.

Grajki Majki: Zabawka lata – latawiec

Mam wrażenie, że latawce zostały w ostatnich latach nieco zapomniane – kiedyś było ich pełno na plaży, a na każdej większej wolnej przestrzeni na naszym osiedlu można było zostać rozdeptanym przez kogoś zapatrzonego w przestworza, ściskającego kurczowo w dłoniach rolkę przezroczystej żyłki uczepionej do kolorowego kształtu wśród chmur.

Sami rodzinnie puszczamy latawiec odkąd tylko Maja zaczęła w miarę stabilnie siedzieć w spacerówce, ale niestety nasza papuga przeżyła parę twardych lądowań, kilka drzew i przeprowadzkę, przez co definitywnie odmówiła wzbijania się w powietrze. Trzeba więc było rozejrzeć się za czymś nowym.

Kiedy zobaczyłam tą rybę, nie mogłam się powstrzymać. Kto by nie chciał latającej ryby? I to był dobry wybór, bo zbliżony do klasycznego kształt latawca sprawdził się bardzo dobrze – nawet czterolatka dobrze daje sobie radę z „podrzucaniem” latawca do lotu –  a dzięki jaskrawym kolorom łatwo wyparzyć go z dołu. Konstrukcja jest za to na tyle wytrzymała, że kilkukrotne nurkowanie nosem w drzewie i inne dramatyczne skoki na główkę nie wyrządziły latawcowi żadnych widocznych szkód. No i barwna rybka wśród wszechobecnego błękitu nieba prezentuje się niezwykle efektownie!

Chętnie wypróbowaliśmy również coś innego. Nie jestem pewna, czy to nowa koncepcja, ale sama jeszcze nie spotkałam się z pomysłem latawca – spinnera.

To konstrukcja w kształcie gwiazdki o ramionach przedłużonych kolorowymi wstążkami, która obraca się na wietrze trochę jak wiatraczek. Nie wiem czemu o tym nie pomyślałam od razu, ale puszczanie tego rodzaju latawca wymaga nieco więcej przygotowania sprzętowego – nie da się przecież puszczać go na lince, trzeba mieć do tego odpowiednio wysoki kijek lub wędkę, które nie są dołączone do zestawu, warto mieć to na uwadze.

U nas jest przede wszystkim wesołą dekoracją ogrodu, bo nie trzeba go składać po zabawie. Świetnie sprawdził się również na plaży, jako znacznik głębokości wody, w której Maja może się bawić – bez problemu zrozumiała, że nie można samodzielnie zapuszczać się za gwiazdkę.

Podobno dobrze sprawdzi się również jako odstraszacz ptaków czyhających na ogródkowe owoce, ale tak u nas w tym roku nic nie rośnie, że nawet nie mamy jak sprawdzić. Może w przyszłym roku plony będą bardziej obfite i przetestujemy tą teorię!

Dodajcie wakacjom trochę kolorów, puszczajcie latawce!

Latająca ryba; Star Spinner
Firma: Brookite
Sugerowany wiek: 3+


Recenzja powstała dzięki uprzejmości dystrybutora zabawek Dante.

Bajki Majki: „Wzrok, słuch, smak dają znak, czyli podróż do świata zmysłów” Marta Maruszczak, Artur Gulewicz

Ale to jest fajne! Strasznie lubię encyklopedie dla najmłodszych, które w dowcipny sposób, za pomocą prostych skojarzeń i dobrych ilustracji przybliżają dzieciakom tematy, które nie są wcale takie proste. I to jest jedna z nich. Autorzy zapraszają nas do fascynującej podróży w świat zmysłów. I to nie tylko tych należących do człowieka!

W jaki sposób informacje docierają do mózgu? W czym podobne są nasze zmysły do… kamerki, skanera, czy głośników? Za co odpowiedzialne są szare komórki, a jaką rolę pełnią białe? Jakie zwierzę ma najbardziej czuły nos (wbrew pozorom nie jest to pies!), a jakie wącha… językiem? Po co narwalowi róg i dlaczego ryby pływają w ławicach? W jaki sposób rozmawiają ze sobą ryby i czym smakuje umami? Czym jest fatamorgana, a czym echolokacja? Jakie zjawisko wykorzystują zarówno ogromne statki, jak i niewielkie aparaty do badań diagnostycznych? Do czego nam błędnik i jakie zmysły są nam niezbędne do utrzymania równowagi? Ile przytulasów dziennie potrzebujemy do szczęścia i dlaczego nie można połaskotać samego siebie?

Dla utrwalenia poszczególnych wiadomości przygotowano zadania i doświadczenia do samodzielnego wykonania – między innymi stworzymy mózg ze ściereczki upchniętej w salaterce, stworzymy iluzję optyczną, zbadamy reakcje swoich źrenic na światło, a nawet… spróbujemy odpocząć.

Przekazywaniu wiedzy jako zbiorowi intrygujących ciekawostek popartych aktywnym czytaniem jestem jak najbardziej na tak! Prosto, zwięźle i na temat, a przy tym ciekawie, zabawnie i tak, by zapamiętać. Świat pełen jest tajemnic, a książki takie, jak ta to fantastyczny sposób na ich odkrywanie. I do tego jaki atrakcyjny wizualnie!

Marta Maruszczak, Artur Gulewicz, Wzrok, słuch, smak dają znak, czyli podróż do świata zmysłów, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2020, 48 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Czas na czytanie: „Królestwo dusz”, Rena Barron

Zazwyczaj trudno mi się wciągnąć w książkę prezentującą zupełnie nowy świat, gdzie od zera trzeba poznać nie tylko rządzące nim zasady, ustrój polityczny, czy grupy społeczne, ale również magię, siły nadprzyrodzone, bogów, wierzenia i rytuały. Tym razem jednak wsiąknęłam (wsiąkłam?) niemalże od pierwszych stron. Być może ze względu na hipnotyzujący klimat – pełen krwawych rytuałów, wróżenia z kości i plemiennych wierzeń, nieco zbliżonych do religii voodoo.

Arrah jest córką dwojga wyjątkowo potężnych szamanów i, ku ogromnemu rozczarowaniu ambitnej matki, sama jest prawie zupełnie pozbawiona mocy. Za każdym kolejnym rokiem coraz bardziej pozbywa się złudzeń i przyzwyczaja się do myśli o byciu przeciętną córką wybitnych rodziców. Kiedy jednak w jej mieście zaczynają ginąć dzieci, okazuje się, że przeciętność nie uchroni jej od pozostania w centrum potwornych wydarzeń, a dobre serce, determinacja i nadmiar zwyczajnej ludzkiej przyzwoitości nie pozwoli pozostać obojętną. Czy osoba pozbawiona talentów, płacąca olbrzymią cenę za każdą kroplę magii ma jakąkolwiek szansę w grze bogów i demonów?

To całkowicie nieprzewidywalna historia o miłości (z pięknie przedstawioną relacją ojca i córki), zdradzie, rozczarowaniu, pogodni za marzeniami i stawianiu czoła skutkom ich osiągnięcia, względności dobra i zła i karkołomnym pragnieniu zemsty.

Będzie fatum, którego nie powstydziłaby się antyczna tragedia i rzeki krwi, którym przyklasnąłby J. R. R. Martin. Będą nierówne walki, polityczne rozgrywki, zabijanie bogów, burzenie świątyń oraz pytania o sens istnienia. Znajdzie się jednak też sporo niewinności pierwszych zauroczeń, tęsknoty za rodzicielską miłością i uznaniem, siła prawdziwej przyjaźni i poszukiwanie swojego własnego celu w życiu.

Jak rzadko, jestem wyjątkowo usatysfakcjonowana zakończeniem. I chociaż wiem, że powstała już druga część i piszą się kolejne, to jednak dla mnie chyba ten rodzaj otwartego zakończenia byłby idealny.

Klimatyczna, zaskakująca, magiczna, krwawa i okrutnie wciągająca.

Rena Barron, Królestwo dusz, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2020, 448 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Czas na czytanie: PATRONAT „Krąg. Nieproszeni goście”, Silencio

Lata 60. ubiegłego wieku, chłopięcy sierociniec w środku lasu i sześciu bohaterów o różnych charakterach, przeżyciach i traumach.

Czeka ich nawiązywanie przyjaźni, budowanie relacji i gruntowanie swojej pozycji w grupie, radzenie sobie z sympatiami i antypatiami. Zmierzą się z niejednym problemem wieku nastoletniego – od niezadowolenia ze swojego wyglądu, przez pakowanie się w kłopoty i bójki ze „starszymi chłopakami”, próby ucieczki od nauki i obowiązków, brak empatii ze strony dorosłych, aż po dylematy związane z odkrywaniem własnej seksualności i tożsamości płciowej. I choć wszystko to byłoby wyzwaniem dla każdej osoby na progu dorosłości, w tamtych czasach i bez wsparcia najbliższych wydaje się być szczególnie dotkliwe.

Jakby tego całego dorastania w nieszczególnie przyjaznych warunkach było mało, wokół zaczynają dziać się dziwne rzeczy – czy to możliwe, że korytarzami sierocińca przechadzają się potwory, czy po prostu chorowity i nieszczególnie lubiany nastolatek ma urojenia albo próbuje zwrócić na siebie uwagę otoczenia?

Ciemny las, niepokojące zdarzenia, owiana legendami okolica, ludowe przesądy i przekazy o magicznych paktach i rytuałach oraz brak dostępu do jakichkolwiek rzetelnych informacji potrafią rozbudzić wyobraźnię. Może się jednak okazać, że rzeczywistość jest znacznie bardziej przerażająca, niż wszystkie straszne historie opowiadane wieczorami.

Jaka tragedia wydarzyła się wcześniej w budynku sierocińca i czy aby na pewno był to wypadek? Co się stało z Whitewood – niegdyś tętniącym życiem miasteczkiem, dziś zarośniętym ośrodkiem dla niechcianej młodzieży? I co tak naprawdę czai się w lesie?

Choć po pierwszych rozdziałach miałam wrażenie, że ta książka Silencio będzie skierowana do nieco młodszych czytelników, końcówka wyprowadziła mnie z błędu. Bo i kiedy potworności – czy to ze strony dorosłych, czy sił nadprzyrodzonych – dotyczą dzieci, mające często jeszcze niewielkie pojęcie o świecie, są jeszcze bardziej poruszające. A jak już zapewne wiecie, ta autorka nie oszczędza ani swoich bohaterów, ani czytelników.

Podobno cała ta książka, jest tylko rozbudowanym wstępem do całej historii chłopców z ośrodka Whitewood. I oczywiście kończy się w taki sposób, że nie sposób powstrzymać się od wyrzutów, bo „jak można przerywać w TAKIM momencie?!”. Aż strach pomyśleć co będzie dalej, nie mogę się już doczekać!

Silencio, Krąg. Nieproszeni goście, 2020, 558 s.
(premiera: 20.08.2020)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.
Tą i poprzednie ksiązki Silencio możecie znaleźć na bucketbook.pl