Bajki Majki: „Wirus w koronie, bakteria w kapsule, czyli wyprawa do mikroświata” Marta Maruszczak, Artur Gulewicz

Wychodzimy powoli z trzeciej fala pandemii, a każda kolejna jest gorsza i bardziej opłakana w skutkach. Maseczki stały się standardowym elementem ubioru. Zajęcia z baletu zamknięte od listopada, basen od stycznia, znów pozamykano przedszkola i szkoły. Strach odwiedzić dziadków na święta, kontakty z najbliższymi ograniczone do minimum. Jak wytłumaczyć to wszystko dzieciom? Szczególnie takim przedszkolnym i wczesnoszkolnym – nie mającym jeszcze dość wiedzy, by rozumieć i akceptować naukowe wyjaśnienia, a jednak wciąż pamiętających czasy „normalności” sprzed epidemii i mającymi mnóstwo pytań?

Kilka książek o koronawirusie zajmuje już stałe miejsce w naszym domu „Wirus i inne drobne ustrojstwa” jest świetny, ale to dla mojej przedszkolaczki jeszcze trochę za ciężki kaliber, mimo wszystkich moich wysiłków w tłumaczeniu poszczególnych zagadnień. „Dlaczego nosimy maseczki” to natomiast pozycja (też bardzo dobra!) dla maluszków i choć trochę nam pomogła, nie wyczerpuje ciekawości mojego dziecka. Brakowało nam czegoś pośredniego. I oto jest! W dodatku z mojej ulubionej serii encyklopedii dla dzieci Marty Maruszczak z dużą dawką humoru.

Nie oszukujmy się, obecna sytuacja może przerażać i małych i dużych. Kluczem do okiełznania tego lęku jest zrozumienie problemu i humor właśnie. I te dwie rzeczy „Wirus w koronie” nam gwarantuje.

Dowiemy się między innymi czym różnią się wirusy od bakterii i innych organizmów, w jaki sposób działają, jakie mamy rodzaje wirusów, jak się przed nimi chronić i jak wzmocnić nasza odporność i dlaczego akurat ten nowy koronawirus wzbudził tak wielkie zamieszanie na całym świecie. Wyjaśniono też tajemnicze słowa, towarzyszące nam od dwóch lat niemalże na każdym kroku, jak epidemia, pandemia czy kwarantanna. A wszystko to za pomocą dowcipnych ilustracji i dostępnego języka.

Fenomenalna oprawa graficzna (zachwycałam się nią już przy poprzedniej części „Wzrok, słuch, smak dają znak”), genialne poczucie humoru i duża porcja rzetelnej wiedzy podana w przyjazny dla malucha sposób. A raczej przedszkolaka właśnie – sugerowany wiek czytelnika to 6-10 lat, ja czytam z dość oczytaną 5-latką i jest idealnie.

Na poziom zrozumienia zagadnienia (szczególnie dotyczącego czegoś, czego nie widać gołym okiem!) ogromny wpływ ma sposób podania wiedzy – tak, by zaciekawić, wyjaśnić jak najprostszymi słowami, ale bez nadmiernego uogólniania i przy pomocy łatwych do zrozumienia porównań. Na przykład odporność człowieka została tu porównana do obrony twierdzy podczas oblężenia (kojarzycie mem o Filipie, który gorąco pragnął zbierać kalarepę podczas najazdu Mongołów, tak popularny podczas pierwszego lockdownu? Niektóre analogie po prostu pasują idealnie, a humorystyczna narracja pomaga nam je zapamiętać).

Cała kompozycja książki przypomina mi trochę bardzo dobrze sporządzone notatki „z lekcji” – małe partie tekstu, przystępny język, szybko skreślone ilustracje z podpisami, wypunktowania i metafory. Wszystko, co może nam pomóc skutecznie zgłębić temat i zapamiętać jak najwięcej.

Must have na dzisiejsze czasy, jestem wielką fanką i polecam bardzo mocno!

Marta Maruszczak, Artur Gulewicz, Wirus w koronie, bakteria w kapsule, czyli wyprawa do mikroświata, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2021, 48 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Czas na czytanie: „Siostra gwiazd” Marah Woolf

Zazwyczaj, kiedy sięgam po nową serię fantastyczną – czy to dla dorosłych, czy dla młodzieży, potrzebuję dłuższego „rozpędu” żeby wczuć się w świat, poznać jego realia i szerszy kontekst. W „Siostrze gwiazd”, pierwszej części trylogii „Trzy siostry” było natomiast coś takiego, że już od pierwszych stron wciągnęłam się w akcję, a różne aspekty i wcale skomplikowaną sytuację świata przedstawionego przyswajałam jakby mimochodem.

To całkiem zręcznie i naprawdę ciekawie skonstruowane uniwersum – czerpiące z legend arturiańskich i mitologii celtyckiej, pełne magów, czarownic i czarodziejów, chroniących ludzkość przed demonami od tysiącleci. W dodatku na samej krawędzi tragedii, bo zapoczątkowany przez Merlina, trwający od niemalże tysiąca pięciuset lat pokój zbliża się ku końcowi i coraz więcej wygnanych przed wiekami demonów przedostaje się do świata ludzi.

Jednym z tematów, które lubię wyjątkowo, szczególnie w fantastyce, są pałacowe intrygi. A te w rzeczywistości „Trzech czarownic” nie ograniczają się do murów jednego pałacu, a właściwie rozciągają nie tylko na cały kraj, ale i świat. Mamy dwie główne siły w magicznym świecie, dwa ośrodki władzy – Lożę stojącą na straży mistycznego Źródła – bramy do świata demonów – i Kongregację będącą czymś w rodzaju magicznego rządu. Oczywiście oba ośrodki mają odmienne zdanie co do polityki i kierunku negocjacji z okrutnym i bezkompromisowym Królem Demonów.

Pomiędzy tymi siłami zaplątana jest Vianne – najlepsza przyjaciółka z dzieciństwa Wielkiego Mistrza Loży, wraz z siostrami staje się jednocześnie wysłanniczką Kongregacji, do której została wysłana przed kilku laty, by ta pomogła jej wyjść ze śmiertelnej choroby. A że ani jedna, ani druga ze stron nie jest do końca szczera w swoich zamiarach, Vi nie potrafi określić po której ze stron konfliktu chce stać. A prawdziwy przeciwnik nie zamierza czekać na decyzję.

Nastawiałam się na epickie bitwy z demonami i to był trochę błąd, bo cały czas czekałam na prawdziwą akcję – a chociaż w pierwszym tomie sporo się dzieje, jest on jednak jakby wstępem do eskalacji konfliktu, który zaczyna się dopiero na ostatnich stronach książki (swoją drogą dla autorów kończących w ten sposób z pewnością czeka specjalne miejsce w piekle…), swoistą ciszą przed burzą. Dowiadujemy się tu jednak sporo o bohaterach, samym świecie, rządzących nimi siłach, boginiach, mocach czarownic, polityce, historii, mitach i relacjach międzyludzkich.

Bo i jest to w dużej mierze opowieść o emocjach. Na pierwszy plan oczywiście wysuwa się magiczny romans – nieszczęśliwa miłość Vi do mężczyzny, który zachowuje się trochę jak pies ogrodnika. To przyciągając ją do siebie, to odpychając rani ją raz po raz. To ciągła walka między tym, co osobiste, a tym, co polityczne. Poszukiwanie mniejszego zła i poświęcanie własnego szczęścia dla dobra ogółu. A jak to zwykle bywa z nastoletnimi pierwszymi miłościami do szaleństwa, i ta popycha do popełnienia niejednej głupoty.

Jednak równie ważna jest relacja między samymi siostrami. Choć każda z nich jest inna – zarówno pod względem wyglądu, charakteru, jak i mocy, którą włada – w każdym momencie są gotowe stanąć za sobą murem.

A i mieszkańcy miasteczka, w chwilach największego zagrożenia wypracowali sobie fajną dynamikę, która dodaje całej opowieści pewnej siły i spójności. To niewielka społeczność dbająca o siebie wzajemnie i  gotowa stanąć na drodze demonom by ocalić świat i siebie nawzajem.

Nie mam pojęcia jak będę do tego podchodzić za te 8-10 lat, kiedy moja córka dorośnie do tego rodzaju książek, ale jak na razie rekomenduję ją dla nieco starszej młodzieży – powiedzmy jakoś od 15 roku życia, ze względu na ładnie, ale przy tym dokładnie opisany stosunek seksualny, co zazwyczaj nie jest praktykowane w książkach skierowanych typowo do młodzieży. Szczególnie, że sama relacja bohaterów jest dość toksyczna. Jeśli chodzi o mnie, to chyba nie mam nic przeciwko, żeby moja córka właśnie w taki sposób dowiedziała się „co i jak”, ale to już kwestia indywidualna.

No i jeszcze na koniec nie sposób nie wspomnieć o okładkach tej serii. Są po prostu boskie!.

Marah Woolf, Siostra gwiazd. O runach i cieniach, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar, 2021, 452 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar.

Bajki Majki: „Mała Kaszalotka i tajemnica nocy” Paulina Chmurska, Elka Grądziel

Morskie zwierzęta zawsze były tymi najulubieńszymi i zazwyczaj pierwszym wyborem Majki (zdecydowanie przed konikami, owieczkami, czy słoniami i żyrafami), więc nasza kolekcja książeczek o wodzie, morzu i morskich stworzeniach jest całkiem spora. Nie spodziewałam się więc, że można mnie jeszcze zaskoczyć w tym temacie.

A jednak. Historia kaszalotki Szarlotty jest wyjątkowa, zarówno ze względu na temat (o kaszalotach jeszcze nie czytaliśmy), jak i pomysł na książeczkę. To połączenie poruszającej historii narracyjnej z informacjami o charakterze encyklopedycznym i z wykorzystaniem niesamowitości nocnych ciemności.

Kaszalotka Szarlotta, jak to zwykle bywa u młodszej młodzieży, ma głowę pełną pytań, którymi zamęcza najstarszego, najmądrzejszego i najcierpliwszego przedstawiciela swojego stada i mnóstwo ciekawości w zanadrzu. Najbardziej nurtuje ją jak wygląda ocean w nocy, kiedy wszystkie kaszaloty grzecznie śpią tuż przy powierzchni wody. Niepomna na dobre rady dorosłych, postanawia to sprawdzić. Jej samotna wyprawa zaowocuje nową, niezwykłą przyjaźnią i bezcennymi doświadczeniami, ale mało brakuje, by zakończyła się tragicznie.

Między fabułę wpleciono całkiem sporo ciekawostek na temat życia kaszalotów (wiedzieliście na przykład, że te niezwykłe stworzenia śpią pionowo tuż przy powierzchni wody? I że zasypiają mniej więcej około godziny 18:00?), które zaspokoją głód wiedzy nawet najbardziej zainteresowanego czytelnika. Albo przynajmniej będą stanowiły dobrą podwalinę do dalszych studiów nad kaszalotami. Jak zwykle w tego rodzaju pozycjach nie zapomniano również uwrażliwić na temat śmieci i zanieczyszczania środowiska, jakiego dopuszcza się człowiek. Na tego rodzaju edukację nigdy nie jest zbyt wcześnie.

Ta. Książka. Jest. Przepiękna.

Ilustracje zdecydowanie wiodą tu prym wypełniając dokładnie całe strony. Paleta barw ogranicza się właściwie do nasyconych odcieni granatu, różu i fioletu – przedstawia w końcu niezgłębione ciemności morskiej toni. Za to przedstawione w odmętach sylwetki zwierząt jaśnieją tak bardzo, że minęło sporo czasu, zanim dotarło do mnie, że zapowiadane na okładce „świecące elementy w środku” nie odnoszą się do tej właśnie świetlistości.

W środku książki znajduje się dodatkowa wkładka przedstawiająca morskie stworzenia słynące tym, że świecą w ciemnościach – meduzę świecącą, kryl, żebropława, kałamarnicę, ukwiał i rekinka psiego. Ich sylwetki zostały powleczone fluorescencyjną farbą, dzięki czemu, po wcześniejszym naświetleniu, możemy podziwiać jak jaśnieją w ciemnym pomieszczeniu. Dla mnie to raczej bajer, zdecydowanie bardziej doceniam magiczne ilustracje, ale na przedszkolakach takie bonusy robią wrażenie.

Jest pięknie pod względem wizualnym, jest fluorescencyjna niespodzianka, jest wciągająca historia z morałem i sporo nowej przyrodniczej wiedzy do przyswojenia. Nie miałam w ręku pierwszej części serii „Książki otulone nocą”, ale jak tylko otworzą biblioteki, z pewnością się po nią wybierzemy, bo Kaszalotka zrobiła na nas duże wrażenie.

Paulina Chmurska, Elka Grądziel, Mała Kaszalotka i tajemnica nocy, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2021, 42 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

Grajki Majki: Magazyn „Zabawy i marzenia z Barbie” Nr 5/2021

Jakie macie patenty na zajęcie czasu przedszkolakowi, kiedy przedszkole zamknięte, a genialne podpowiedzi ministerstwa dotyczące puzzli i farbek budzą w Was jedynie pusty śmiech? Książeczki z zadaniami trochę już nam zbrzydły, trzeba wytoczyć cięższe działa – nadchodzi czas testowania gazetek dla dzieci. Sama jako dzieć lubiłam bardzo.

Zaczynamy od magazynu „Zabawy i marzenia z Barbie” bo i zabawa lalkami jest akurat w naszym domu bardzo na czasie.

Pierwsze wrażenia? Strasznie nie lubię, jak oni teraz wszystko wciskają w plastik. Nie dość, że to kolejny śmieć do wyrzucenia od razu po powrocie do domu, to jeszcze nie można zajrzeć do środka przed zakupem. Podobnie jest z dodawanymi do gazetek gadżetami – w większości to bezsensowne duperele do rzucenia w kąt (jestem pod tym względem dość wybredna, bo i nie akceptuję dodawania do gazetek wszelkich kosmetyków dla dzieci tragicznej jakości i o niewiadomym składzie), choć akurat prezent dołączony do majowego numeru magazynu Barbie – miniaturowy wózeczek z bobasem – jest nawet całkiem całkiem. Co prawda laleczka jest sporo mniejsza, niż „standardowy” bobas z Barbie (możecie porównać na jednym ze zdjęć powyżej), ale Maja stwierdziła, że to lalka-zabawka dla laleczki typu Chelsea i w ten sposób wykorzystała ją w zabawie. Więc raczej na plus.

Osobiście wolałabym jednak zapłacić dwukrotnie albo nawet trzykrotnie więcej za magazyn i otrzymać zabawkę lepszej jakości (bo ta niestety pozostawia sporo do życzenia, szczególnie w przypadku laleczki), czy na przykład ubranka dla lalek. Coś faktycznie do wykorzystania na dłużej, skoro już dedykujemy się na kupno tego plastiku. Albo w drugą stronę – móc kupić gazetkę bez dodatku za połowę ceny.

Trudno mi zdecydowanie określić do jakiej grupy wiekowej jest skierowany magazyn – teoretycznie to 5+ i faktycznie moja pięciolatka bez problemu poradziła sobie z większością zadań i łamigłówek (jest szukanie różnic, labirynt, kolorowanki) po tym, jak przeczytałam jej polecenia. A tu nagle pojawiła się dość drobna wykreślanka, raczej dla starszych dzieci, bo i trzeba już całkiem dobrze umieć w czytanie. Dla nich jednak reszta zadań wydaje się być zbyt banalna. Podobnie z komiksem – Majce bardzo podobała się jego prosta forma, gdzie każda z ilustracji została opatrzona krótką partią tekstu, a dymki z wypowiedziami pojawiały się sporadycznie. Natomiast treść pełna była nowomowy raczej dla dzieci szkolnych – emotikonów, vlogów i udostępniania w internecie prześmiewczych nagrań z innymi osobami bez ich zgody. Co swoją droga nie doczekało się żadnej puenty w nieskomplikowanej fabule, wobec czego komiks okazał się niestety jedną ze słabszych części.

Całkiem wysoko oceniam natomiast się proponowane prace plastyczne – proste, efektowne, z podstawowych artykułów plastycznych i w tematyce wiosennej, na pewno przysiądziemy do produkcji kwiatowej girlandy z papieru, a bransoletki Majka zrobiła sama, bez mojej pomocy. Duży plus również za ćwiczenia z Barbie zachęcające do codziennej gimnastyki i całkiem spory zbiór łamigłówek, który zajął moje dziecię na dłuższą chwilę. Znalazło się też miejsce na projektowanie biżuterii, zabawę w artystkę-malarkę, dwa plakaty i prościutki quiz.

Gazetka nie jest szczególnie obszerna, ale spokojnie starczyła nam na dwa dni zabawy.

W ogólnym rachunku polecam, bo poza komiksem, który średnio mi się podobał (chociaż Maja była zadowolona, że brały w nim udział lalki z jej kolekcji) i wykreślanką, której nie zrobiłyśmy bo okazała się dla mojej córki za trudna, jestem zadowolona z treści. Nie wnoszą one co prawda zbyt wiele wartości, ale spełniają swoją funkcję – zajmują dziecko i dotyczą ulubionych bohaterów. A i cena jest adekwatna do jakości.

Magazyn „Zabawy i marzenia z Barbie”
Nr 5/2021
Wydawnictwo: Egmont
Wiek: 5+
Cena: 11,99 zł

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Egmont.

Bajki Majki: „Kocia Szajka i zagadka zniknięcia śledzi” Agata Romaniuk, Malwina Hajduk

Kocie pozycje to u nas lektury całkowicie obowiązkowe. A jeśli to przy okazji są tak wydane, to po prostu nie sposób im się oprzeć!

Na małych czytelników czeka historia prawdziwie detektywistyczna – w wyniku bardzo poważnej zbrodni włamania wraz z kradzieżą ośmiu skrzynek śledzi przygotowanych na bankiet w cieszyńskim ratuszu do prowadzenia śledztwa zaangażowano wyjątkowych detektywów.

Ku ubolewaniu Komandosa, byłego członka kocich oddziałów specjalnych, pozostali przedstawiciele Kociej Szajki nie mają predyspozycji do przestępczego życia – ich charaktery po prostu nie pozwalają im stać się łotrzykami. Po fiasku starannie zaplanowanej akcji kocia banda decyduje się przejść w tryb szajki dyskusyjnej deliberującej nad filmami kryminalnymi i opowiadającej złodziejskie dowcipy. Kiedy jednak bezradny wobec śledziowej zbrodni komisarz Ludwik Psota wraz z wielkostopą młodszą aspirantką Walerią Koczy zwracają się z prośbą o pomoc do znajomego byłego kociego komandosa, Komandos od pierwszej chwili wie, że to idealna sprawa dla jego wąsatej szajki.

I mimo wprost czających się na drodze trudności, śledztwo idzie im znakomicie!

Bo i jest to najprawdziwsze śledztwo – z przeprowadzaniem oględzin miejsca zbrodni, przesłuchiwaniem podejrzanych, sprawdzaniem alibi i sporządzaniem portretów pamięciowych. Koty są świetne w korzystaniu z kociego internetu, prowadzą Kocigramy, przesiadują w kawiarniach i barach, jadają prawdziwe smakołyki (nie gardzą nawet pianą z czeskiego piwa!) i wyglądają bardzo groźnie w ciemnych okularach z denek od butelek z sokiem. Charakterne i łobuzowate, nie sposób ich nie polubić!

Napisana ze swadą, poczuciem humoru i sporym udziałem gwary cieszyńskiej książka detektywistyczna nadaje się zarówno do samodzielnego czytania dla starszaka, jak i do rodzinnego czytania z młodszym dzieckiem – razem z moją pięciolatką nieźle się wkręciłyśmy! Cała historia została podzielona na osiem rozdziałów, dzięki czemu można czytać przez cały tydzień przed snem (dwa ostatnie z pewnością przeczytacie od razu, emocje nie pozwolą Wam przerwać tuż przed odkryciem winnego!), jeśli mamy do czynienia z mniej wprawionym czytelnikiem albo pochłonąć całość za jednym zamachem.

Teks jest całkiem spory, z dużą interlinią (co jest bardzo ważne dla początkujących czytaczy i dziadków, którzy akurat nie wzięli okularów wybierając się w odwiedziny do wnuczki) i wkomponowany w fenomenalną szatę graficzną. Ta książka jest po prostu świetna pod względem wizualnym. Pełna ilustracji wypełniających całe strony, w cudownych (i modnych) odcieniach granatu, z fantastycznymi wyobrażeniami bohaterów. I z mapą Cieszyna, na której zaznaczono najważniejsze miejsca akcji.

Jak cudownie, że to dopiero pierwsza część serii! Nie możemy już doczekać się kolejnych przygód Kociej Szajki!

Agata Romaniuk, Malwina Hajduk, Kocia Szajka i zagadka zniknięcia śledzi, Warszawa: Wydawnictwo Agora, 2021, 128 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Agora.

Czas na czytanie: „Rozmowy z przyjaciółmi” Sally Rooney

Dwudziestojednoletnia Frances jest studentką, wrażliwą debiutującą poetką i dość zamkniętą w sobie wnikliwą obserwatorką. Pozostając w cieniu przebojowej przyjaciółki, którą podziwia tak jawnie, jak i skrycie, przygnieciona ciężarem licznych kompleksów, większość emocji zamyka głęboko w sobie nie dając ich po sobie poznać.

Kiedy wdaje się w romans z jedenaście lat starszym atrakcyjnym aktorem, mężem znanej pisarki pracującej nad artykułem o wspólnej twórczości Frances i jej przyjaciółki Bobbi, emocje zaczynają brać górę nad studentką i próbują wyrwać się spod jej żelaznej kontroli. Czy tego rodzaju związek ma szanse na przetrwanie? Szczególnie, kiedy w strachu przed byciem zranionym wolimy otoczyć się murem obojętności albo zaatakować jako pierwsi?

To opowieść o młodości, pierwszych krokach w dorosłe życie, poszukiwaniu pomysłu na siebie, trudnym dzieciństwie, braku wsparcia i dojrzewaniu emocjonalnym, ale również o ogromnej samotności, poczuciu wyobcowania nawet w gronie najbliższych, trudnościach w nawiązywaniu relacji, bezbronności wobec bólu i choroby oraz braku umiejętności poproszenia o pomoc.

„Chciałam jej wyjaśnić, że nie wiem, co mi było wolno czuć ani co z tego, co wtedy czułam wolno mi czuć, gdy teraz spoglądam wstecz”.

Znajdziemy tu obraz młodzieńczego buntu przeciwko normom społecznym i tak pociągającego pseudointelektualizmu, gdzie pod górnolotnymi i filozoficznymi deklaracjami odrzucenia opresyjnych konstruktów kulturowych – jak monogamia, czy związek – młodzi dorośli za wszelką cenę starają się uniknąć odpowiedzialności za swoje życie i ponoszenia konsekwencji podejmowanych decyzji. Wraz z trudnościami w komunikowaniu swoich potrzeb i uzewnętrznianiu uczuć otrzymamy emocjonalny mętlik będący nie tylko cechą charakterystyczną głównej bohaterki, ale również ponurą diagnozą sporej części społeczeństwa.

„Bałam się, że moja osobowość, gdyby się okazało, że ją mam, będzie z gatunku tych niedobrych. Czy martwiłam się tym jedynie dlatego, że byłam kobietą i czułam presję, by przedkładać cudze potrzeby nad własne? Czy ‚dobroć‚ była tylko innym słowem na określenie uległości w sytuacji konfliktu? Podobne rzeczy pisałam jako nastolatka w swoim pamiętniku: jestem feministką i mam prawo nie kochać nikogo”.

Niby nic nowego ani odkrywczego, jednak bez wątpienia dylematy i problemy Frances niejednemu czytelnikowi wydadzą się znajome – w końcu zarówno strach, jak i poszukiwanie to nieodłączne części młodości. Chociaż w moim przypadku ten etap miał miejsce dużo wcześniej (ale też ja urodziłam się stara duchem), raczej w wieku licealnym, niż studenckim i może dlatego chroniczne niezdecydowanie i niedojrzałość Frances mocno działało mi na nerwy. Nie sposób jej jednak nie współczuć. I nie kibicować jej poszukiwaniom szczęścia.

Nie mogę powiedzieć, że to książka, która porwała mnie od pierwszej strony, całkiem długo się do niej przekonywałam. Ale mniej więcej w połowie, kiedy już udało mi się wkręcić w całą historię, mocno mnie wciągnęła i resztę pochłonęłam jednym tchem.

Warto wspomnieć, że jest naprawdę dobrze napisana – czytałam egzemplarz recenzencki, jeszcze przed ostateczną korektą i bez choćby wyodrębnienia dialogów, a mimo to czytało się lekko, płynnie i interesująco. Pod względem literackim to była przyjemność.

No i uwielbiam tą okładkę!

Polecam, z pewnością sięgnę również po drugą pozycję tej autorki, bo nie miałam dotąd jeszcze okazji czytać „Normalnych ludzi”, a słyszałam, że robią wrażenie.

Sally Rooney, Rozmowy z przyjaciółmi, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B, 2021, 336 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.

Grajki Majki: „Ubongo Trigo” Grzegorz Rejchtman

To moje pierwsze spotkanie z Ubongo, dlatego też nie macie co liczyć na rzetelne porównanie tej odmiany z oryginalną grą. Podejrzewam jednak, że różnice są niewielkie – Ubongo Trigo jest wersją podróżną, więc zapewne uproszczoną pod względem elementów i akcesoriów. I jak sama nazwa wskazuje, w tym wariancie kafelki i zadania zbudowane są z trójkątów.

To łamigłówka-układanka o banalnie prostych zasadach, których ogarnięcie zajmuje dosłownie moment – duży plus za przejrzystą i krótką instrukcję.

W pudełku znajdziemy 32 dwustronne karty z zadaniami – z jednej strony z łatwiejszym poziomem, z drugiej trudniejsze oraz cztery komplety kolorowych, numerowanych kafelków (po 7 w każdym zestawie). Na każdej z kart znajdziemy po dwa pola, które należy jak najszybciej przykryć kafelkami. Numery elementów, które będą potrzebne do rozwiązania danej łamigłówki zostały wyszczególnione po prawej stronie karty. I to tyle!

Liczy się szybkość – osoba, która jako pierwsza ułoży wylosowaną przez siebie łamigłówkę woła „ubongo”. Od tego czasu pozostali gracze mają 20 lub 30 sekund (w zależności od ustaleń i poziomu trudności) na rozwiązanie swojego zadania – liczenie we własnym zakresie, nie dołączono żadnego urządzenia do mierzenia czasu. Jeśli się uda – zdobywają kartę, jeśli nie, muszą ją oddać pierwszemu graczowi. Wygrywa osoba, która zgromadzi najwięcej kart na koniec gry.

Dodatkowym atutem jest wariant jednoosobowy, w którym gramy na czas – ile łamigłówek uda nam się rozwiązać w ciągu 20 minut.

W pierwszym momencie byłam nieco rozczarowana tekturowymi kafelkami, bałam się, ze będą mało wytrzymałe. Okazuje się jednak, że nie tak łatwo je połamać i pozaginać, nawet jeśli człowiek naprawdę bardzo się spieszy (w tym przypadku bardziej delikatne są karty). Ładnie też wyszły z wytłoczki, więc wierzchnia warstwa kartonu się nie dorywa. Na pewno nie będzie to gra na pokolenia, ale też nie jest łatwo nieintencjonalnie szybko zrobić jej dużą krzywdę.

Gra faktycznie jest całkiem kompaktowa, jak najbardziej można zabrać ją ze sobą na wyjazd, aczkolwiek układanie elementów na kartach wymaga jednak posiadania jakiejś powierzchni płaskiej. Zawiera również całkiem sporo drobnych elementów, osobiście nie polecam jej więc na przykład na plażę, pod namiot czy do samolotu. Ale już do hotelu, do domku nad jeziorem czy do babci sprawdzi się bardzo dobrze. Moim zdaniem pudełko spokojnie mogłoby być jeszcze o połowę mniejsze, bo elementy zajmują jakoś 1/3 kartonika, reszta to wyprofilowany „wypełniacz”. Wolałabym też ograniczyć użycie folii, w którą owinięta była gra i którą wyrzuciłam od razu po odpakowaniu. Dwa kawałki taśmy klejącej z pewnością sprawdziłyby się równie dobrze.

Ubongo Trigo travel. Trójkątne szaleństwo
Autor: Grzegorz Rejchtman
Ilustracje: Nicolas Naubeuer, Karl-Otto Homes, Bernd Wagenfeld
Wydawnictwo: Egmont
Liczba graczy: 1-4
Sugerowany wiek: 7+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Egmont.

Bajki Majki: Seria o Basi – garść nowości

Maja miała jakieś półtora roku, kiedy trafiliśmy na pierwszą książkę o przygodach Basi – co ciekawe wcale nie z cyklu dla maluszków, a pełnowymiarową, długaśną historię – dobrze pamiętam, że to była „Basia i basen”. To była miłość od pierwszego wejrzenia i prawdziwy chrzest bojowy dla mnie jako mamy – nigdy wcześniej nie czytałam na głos tak obszernego tekstu! A mój maluszek wysłuchał całości w skupieniu i z zainteresowaniem, bo czym oznajmił z powagą „jeszcze raz!”. Tak zaczęła się nasza basioprzygoda, która obecnie zajmuje niemal całą półkę na majkowym regale. I nic dziwnego, bo wkręciliśmy się całą rodziną.

Seria przygód Basi liczy już ponad 35 tomów i wciąż pojawiają się nowe. Razem z tą nie najgrzeczniejszą, ale przy tym przekochaną bohaterką dzieci mogą oswoić trudne sytuacje i poznać mnóstwo ciekawych zagadnień – od alergii, wizyty u dentysty, w szpitalu czy w przedszkolu, przez pieniądze, ekologię, jedzenie słodyczy i alergię, aż po bałagan, pracującą mamę i rozmaite wakacyjne wyjazdy. Tym razem przyszedł czas na rowerową wyprawę pt. „Basia i rower”!

W przeciwieństwie do mojego dziecięcia, Basia potrafi już jeździć na dwóch kółkach (mam nadzieję, ze to podziała na Majkę motywująco! Szczególnie, że autorka uwzględniła małą retrospekcję z pełnej upadków basiowej nauki), może więc w pełni uczestniczyć w rodzinnym wyjeździe do domku w lesie pełnego rowerowych wycieczek. Ale czy Basia aby na pewno jest dość duża, by dojechać rowerem dookoła świata? Po drodze będą czekać wyścigi, spotkanie z rowerowymi piratami i zdziwionymi krowami (i ich plackami), a wszelkie wysiłki zostaną zwieńczone piknikiem nad rzeką. Z kijankami!

Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia i rower, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 24 s.

Co jakiś czas pojawiają się „Wielkie księgi przygód Basi” będące zbiorczymi wydaniami basiowych przygód. My jednak preferujemy książeczki wydawane pojedynczo – w twardych oprawach i z większymi ilustracjami i te kolekcjonujemy. „Basia i rower” z pewnością zostaną z nami na dłużej!

Poza „Wielkimi księgami przygód” mamy też „Wielkie księgi” – osobną podserię, gdzie obszerne książki nie składają się z wydanych wcześniej opowiadań, a znajdziemy w nich krótsze teksty poświęcone określonej tematyce – np. przedszkolu czy trudnym słówkom. „Basia. Wielka księga o uczuciach” jest najnowszą z nich.

Życie Basi wypełnione jest uczuciami – jedne z nich uskrzydlają, inne wpędzają w kiepski humorek. Jest ich jednak taka mnogość i rozmaitość, że nie jest łatwo połapać się we własnych emocjach, a co dopiero odgadnąć co czują inni. „Wielka księga o uczuciach” spieszy z pomocą! To rozbudowane kompendium uczuć wszelakich pokazanych z różnych perspektyw. Każda z emocji otrzymała swoją rozkładówkę (przynajmniej jedną!), gdzie wśród licznych ilustracji znalazło się miejsce na wypowiedzi różnych członków rodziny Basi opowiadających o tym w jakich momentach i co czują oraz co ich wprawia w określony nastrój. Opowie nam co nieco i najbliższa rodzina Basi, jej przyjaciele, dziadkowie, a nawet Misiek Zdzisiek i Małpka!

Bardzo podoba mi się, że książka pasuje do aktualnej rzeczywistości – między innymi pojawia się w niej niejednokrotnie koronawirus (np. przy okazji omawiania strachu), a Antek ma oceny w „librusie”, nie w dzienniku, jak za naszych czasów, kiedy to rodzice poznawali oceny dwa razy w roku na wywiadówkach.

Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia. Wielka księga o uczuciach, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 144 s.

Do nieco starszych przedszkolaków (o czym, poza poruszaną tematyką, mogą świadczyć również niezaokrąglone rogi oprawy) jest skierowana podseria „Basia i przyjaciele”. Głównymi bohaterami opowiadań jest zawsze jedno z najbliższych przyjaciół Basi, a ona sama jest w nich wspomniana raczej marginalnie. Tym razem głos oddano, jak już wskazuje sam tytuł „Basia i przyjaciele. Marcel” – zwierzolubnemu koledze Basi z przedszkola.

Marcel kocha wszystkie zwierzęta – od ślimaczków i robaczków, które karmi roślinkami doniczkowymi z przedszkolnej sali, aż po stworzenia pierzaste, futrzarste i czworonożne, które całkiem często znosi do domu. Na szczęście za cichym przyzwoleniem rodziców i równie dobrych sercach i braku alergii wszelakich. To naprawdę wesoły dom – pełen kociego mruczenia, skrzeczenia papugi, psiego poszczekiwania i głosów dzieci. Pewnego dnia mama Marcela przynosi do domu pieska w bardzo złym stanie – kto mógłby chcieć otruć psa?

To nie tylko wzruszająca opowieść o szanowaniu życia każdego, nawet najmniejszego stworzonka, ale również o empatii i bezinteresownej pomocy. Pojawia się w niej również motyw śmierci zwierzątka, i choć pochowane przez Marcela i jego ciocię stworzenie to tylko znaleziona polna myszka, to może być bardzo pomocna podczas rozmów o odejściu ukochanego domowego pupila.

Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia i przyjaciele. Marcel, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 24 s.

Na serię o Basi i Franku, skierowaną do najmłodszych dzieci, trafiłyśmy stosunkowo późno i w formie zbiorczej „Wielkich ksiąg Basi i Franka” – dlatego też zainteresowanie mojej córki nie trwało szczególnie długo, choć i do tych opowiadań mamy sporo sentymentu. To krótkie, bardzo proste historyjki skupione wokół tematów bliskich maluszkom – poznawaniu kolorów, zwierzakom, zasypianiu, jedzeniu czy korzystaniu z nocnika.

Strasznie się cieszę, że pojawił się dodruk tych książeczek w formie kartonowej – dotychczas widziałyśmy je jedynie w bibliotekach. To niewielkie, leciutkie kartonówki z bezpiecznie zaokrąglonymi rogami, śliskie i błyszczące, ząbko- i ślinoodporne. Najnowsze z nich to „Basia, Franek i zwierzaki” oraz „Basia, Franek i kolory”.

Basia towarzyszy młodszemu braciszkowi w poznawaniu świata – bo wiadomo, że świat starszej siostry jest najciekawszy na świecie! Basia wprowadza Frankowi naukę kolorów – i pomaga się przebrać, kiedy braciszek, chcąc wyglądać jak ona, farbuje pomidorem swoją białą bluzeczkę w czerwone paski – oraz nazw i zwyczajów zwierząt – bawiąc się z nim w kotki, wygłupiając z Kretem, czy opiekując Kajetanem. Pełne kolorów ilustracje wypełniają całe strony, a krótki, często bardzo zabawny tekst dopełnia historie.

Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia, Franek i kolory, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 14 s.
Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia, Franek i zwierzaki, Warszawa: Wydawnictwo HarperKids, 2021, 14 s.

Prawdziwą gratką dla fanów Basi może być niewielka gra „Basia w ZOO”. Zaskoczył mnie jej format – w porównaniu basiową z grą „Łap kolory” wydaną kilka lat temu, ten tytuł jest naprawdę kieszonkowy. Co ma również swoje plusy, bo idealnie pasuje do dziecięcego plecaczka pakowanego na nocowankę u babci.

W pudełeczku znajdziemy kafelki z wizerunkami zwierząt – po trzy kafelki z danym zwierzątkiem w różnych kolorach, żetony postaci oraz instrukcję z krótkim opowiadankiem wprowadzającym graczy w fabułę gry. Wraz z rodziną Basi wybieramy się do ZOO zrobić zdjęcia zwierzętom. W tym celu będziemy odkrywać kolejne kafelki, będące naszymi zdjęciami i zbierać je. Można za jednym razem odsłonić tak dużo kafelków, ile się tylko chce, trzeba jednak uważać, by nie odkryć jednocześnie dwóch kafelków z tym samym zwierzakiem albo trzech tego samego koloru, bo w ten sposób skusimy i nie będziemy mogli zebrać odkrytych zdjęć. Jest to zatem trochę odwrotność memorów (pary zakazane!) ćwicząca zarówno pamięć, jak i umiar. I co najlepsze, występują w niej foczki – ukochane zwierzątko mojej Majki!

Basia w ZOO. Gra planszowa
Autor: Tom Delmé, David Furnal
Ilustracje: Marianna Oklejak
Wydawnictwo HarperKids
Liczba graczy: 1-4
Sugerowany wiek: 4+

Znacie Basię? Która z jej przygód jest waszą ulubioną?

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa HarperKids.

Czas na czytanie: „Miasto zagubionych dusz” Cassanda Clare

Pamiętacie, jak w poprzedniej części pisałam, że udało mi się polubić Aleca? Totalnie zmieniam zdanie, w „Mieście zaginionych dusz” mocno mi podpadł, właściwie od samego początku. I to nie tylko mi… Moja sympatia całkowicie przerzuciła się na Simona. Nawet Magnus wylądował na drugim miejscu!

Jace zniknął razem z Sebastianem, a Clave szybko zaczyna mieć na głowie poważniejsze problemy, niż szukanie uprowadzonego Nocnego Łowcy. W związku z tym misja poszukiwawcza spoczywa na barkach jego najbliższych. A że wydaje się karkołomna, samozwańcza „Drużyna Dobra” nie będzie stronić od niekonwencjonalnych i nielegalnych metod i samobójczych misji. Tylko czy połączony z Sebastianem, skarżony demoniczną krwią  Jace ma szansę jeszcze kiedykolwiek stać się naprawdę sobą? Czy właściwie jest jeszcze o co walczyć?

Chociaż to środkowy, „przejściowy” tom, sporo się w nim dzieje. I to na różnych płaszczyznach, bo bohaterowie się rozdzielają – wilkołaki poszukają pomocy u Praetor Lupus, Simon z Magnusem i rodzeństwem Lightwoodów będą szukali sposobu na rozłączenie Jonatanów, a Clary jak zwykle rzuci się w niebezpieczeństwo na łeb na szyję i praktycznie bez asekuracji. Będzie więc trochę potyczek z demonami, mroczne plany i sporo makabry zakończonej kolejną epicką bitwą dobra ze złem. I po raz kolejny nie obejdzie się bez ofiar wśród przyjaciół. A ponure zakończenie nie pozwala czekać ani chwili z zatopieniem się w ostatnią cześć tego cyklu.

A jeśli chodzi o odmianę imienia Jace’a, to jednak miałam rację! W tej części już zarzucono pomysł tej dziwnej odmiany, która tak drażniła mnie w „Mieście upadłych aniołów”, może to był jakiś średnio udany eksperyment? Co ciekawe tłumaczka przez wszystkie tomy pozostaje ta sama. Niestety i tym razem wyłapałam całkiem sporo błędów, które powinna wymieść korekta, na szczęście nie na tyle dużo, żeby popsuć przyjemność z lektury.

Cassandra Clare, Dary anioła T. 5: Miasto zagubionych dusz, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2013, 550 s.
~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2021 ~