Bajki Majki: „W sercu lasu. Wędrówka po lasach świata”, Christiane Dorion, Jane McGuinness

Po niesławnym zakazie wstępu do lasów sprzed kliku miesięcy nauczyliśmy się nieco bardziej doceniać luksus prozaicznego leśnego spaceru. Być może docenimy go jeszcze bardziej po lekturze tego pięknie zilustrowanego albumu pełnego ciekawostek prosto z lasów świata.

W jaki sposób z nasionka powstaje drzewo? A z drzewa las? Jakie mamy lasy na świecie? Z czego składają się drzewa, jak wyglądają podczas zmieniających się pór roku, kto żyje wśród ich liści i korzeni i co drzewa dają człowiekowi i całej naszej planecie? To dopiero sam wierzchołek olbrzymiej sekwoi dziecięcych pytań, na które odpowiedzi (przynajmniej częściowe!) znajdziemy na kartach tej książki.

To zdecydowanie bardziej opowieść o lesie i jego mieszkańcach, niż encyklopedia. Porusza wiele ciekawych zagadnień, ale odnoszę wrażenie, że jej celem jest przede wszystkim rozbudzenie zainteresowania i skłonienie do dalszego poszerzania wiedzy, niż udzielanie ostatecznych odpowiedzi. Dlatego też, choć znajdziemy tu przeróżne gatunki drzew, rozmaite zwierzęce domy i sposoby kamuflażu wśród roślin, nie spodziewajcie się odnaleźć w niej definicji. „W sercu lasu”, to dopiero sam początek waszej fascynującej wędrówki, a zawarte w książce informacje są raczej podstawowe i dalekie od ścisłej wiedzy. Są jednak bardzo przystępne i podane w intrygujący, niemalże baśniowy sposób w bardzo atrakcyjnej oprawie graficznej.

Tym, czego mi zabrakło, jest wyszczególnienie owoców (kasztanów, żołędzi itp.) przy omawianiu drzew liściastych. W przypadku drzew iglastych i tropikalnych owoce już się pojawiły, a w przypadku liściastych poprzestano na samej sylwetce drzewa i jego liściu, nie wiem dlaczego. Brakowało mi też trochę dokładnego określenia w jakiej części świata żyją przedstawione zwierzątka, bo albo jest to trochę wymieszane, albo nam się pomieszało podczas czytania i, by zaspokoić ciekawość mojego dziecięcia, sporo musiałam sprawdzać w internetach.

Zachęca do większej uważności podczas leśnych spacerów i uczy bardziej świadomego obcowania z naturą. W końcu każdy listek kryje swoją tajemnicę!

Christiane Dorion, Jane McGuinness, W sercu lasu. Wędrówka po lasach świata, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2020, 64 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Czas na czytanie: „PAN. Tom 3. Ukryte insygnia króla elfów”, Sandra Regnier

Na pewno znacie to uczucie, kiedy kończycie przygodę z jakąś serią i przez jakiś czas nie możecie znaleźć dla siebie miejsca. Szczególnie, kiedy Wasz ulubiony bohater ginie. Nie raz już miałam większego lub mniejszego książkowego kaca, ale nigdy nie sądziłam, że złapię go po sympatycznej i humorystycznej młodzieżówce. A tu okazuje się, ze mimo lekkości lektury i tak będę musiała odczekać kilka dni, zanim wybiorę się na podbój kolejnego książkowego świata. Strasznie mi żal, że już się skończyło.

Bo też to jedna z fajniejszych serii dla „młodszej młodzieży”. Pełna magii, elfów, smoków (a jak tak kocham smoki!) i starożytnych przepowiedni. I mimo tej całej baśniowości i ciężaru przeznaczenia tryskająca humorem, najeżona nawiązaniami do popkultury, z pełną dystansu do siebie bohaterką „z krwi i kości”, którą naprawdę da się lubić. Bardzo podobał mi się motyw podróży w czasie (a przecież zazwyczaj za tym nie przepadam!) w celu „poprawiania historii” i poszukiwania zaginionych insygniów nie tylko w przestrzeni fizycznej, ale również na przestrzeni dziejów. Tym razem odwiedzimy las Sherwood, dwór Eleonory Akwitańskiej i Czechy czasów Krwawej Hrabiny z Krummau.

Jak zwykle ostatnie tomy są najbardziej rozwlekłe, tak pod względem ilości stron „Ukryte insygnia króla elfów” są „najszczuplejszą” z części. I przy tym chyba najbogatszą w treść, bo też wreszcie wszystkie tajemnice zostają rozwiązane, a intrygi obnażone. Okaże się wreszcie kim tak naprawdę jest Felicity i dlaczego to akurat jej przeznaczono los wybranki. Dowiemy się ile naprawdę jest insygniów, do kogo należały i jaką mają moc. Spotkamy więcej smoków i mnóstwo innych mniej lub bardziej przyjaźnie nastawionych stworzeń. Zazwyczaj jednak mniej.

Przed bohaterką nie lada zadanie – odnalezienie insygniów okaże się tym mniejszym z problemów, kiedy stanie przed decyzją co z nimi uczynić. Opowiedzenie się po którejkolwiek ze stron przedwiecznego konfliktu przyczyni się do zagłady tej drugiej. Zarówno wśród smoków, jak i elfów są jej przyjaciele, szpiedzy i wrogowie, a nadciągająca wojna jest nieunikniona.

Znajdziemy tu tak naprawdę wszystko, czego można oczekiwać od dobrej młodzieżówki – jest humor, szkolny romans, przystojni młodzieńcy, wojna, trudne wybory, magia i wielka przygoda. A do tego autorka przemyca nieco wiedzy historycznej i całkiem sporo brytyjskiego folkloru. Super sprawa, polecam z całego serca. Za kilka lat na pewno podsunę córce!

Recenzje poprzednich części możecie przeczytać TU i TU.

Sandra Regnier, PAN. Tom 3. Ukryte insygnia króla elfów, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2019, 360 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach wyzwania WyPożyczone 2020 ~

Grajki Majki: Crazy Science. Fabryka potworów. Embriony

Już sama nazwa tej zabawki wzbudza we mnie niepokój – nie dość, że w opakowaniu mam znaleźć embrion, to jeszcze embrion potwora… Czy dodatkowa zachęta jest tu jeszcze potrzebna?

W niewielkim kartoniku znajdziemy kolorową kulę (jajo!) i odpowiadający jej kolorowi barwnik w płynie zamknięte w plastikowym słoiczku z podziałką oraz spis potworków.

Wszystko, co należy zrobić, to nalać wody do słoika (my wykorzystałyśmy nieco większą miseczkę, żeby było łatwiej w niej grzebać), odpakować kulkę z folii zabezpieczającej i wrzucić ją do wody. A potem można obserwować musujący spektakl nabierającej coraz intensywniejszego koloru wody, bąbelków i pianki, wśród których pojawi się jedna z 24 szkaradek. Moje dziecię uwielbia musujące kule i była trochę rozczarowana, że tym razem bawimy się nimi w słoiku, zamiast w wannie, ale dała się przekonać i do tego sposobu. Szczególnie, kiedy zaczęłyśmy robić eksperymenty z kolorami i do niebieskiej wody po pierwszym z potworków włożyłyśmy żółtą kulkę w celu uzyskania pięknie toksycznej zieleni (to musi być magia! :D ).

Po wyłowieniu potworka przyszedł czas na szukanie jego nazwy na ulotce. Każda z figurek ma zabawne, zakręcone imię, groźną moc i neutralizującą ją słabość. Każdej z nich poświęcono akapit opisu, do stworzenia którego inspiracją były realnie istniejące zwierzęta. Trafił nam się na przykład Mimetyczny Spryciarz – kuzyn pustynnego fenka, czy Uzbrojony Irokezik – potomek stegozaurów. Chociaż na pierwszy rzut oka opisy wydają się głupiutkie, dla nas stały się punktem wyjścia nie tylko do poszukiwań zwierzęcych pierwowzorów potwornych stworków, jak i do rozmowy o takich zjawiskach jak mimetyzm, czy daltonizm.

Teoretycznie wyklute potwory powinno przechowywać się w dołączonych słoiczkach – w „formalinie” z wody zabarwionej pigmentem. My jednak przechowujemy je na sucho – takie figurki służą nam czasami jako pionki do gry, albo w pracach plastycznych. Jak zrobi się cieplej, mam w planie zamrozić je w foremce do lodu z wykorzystaniem odrobiny barwnika albo farbki i wykorzystać do lodowego malowania w ogródku.

Fajna alternatywa dla czekoladowego jajka z niespodzianką, jeśli nie chcemy futrować dziecka olejem palmowym. Niestety, od słodycza jest też sporo droższa, podobnie, jak od ulubionych biedronkowych kulek do kąpieli Majki z dinozaurami i jednorożcami. Wielkim atutem jest natomiast oznaczenie każdej kulki i kartonika numerem – dzięki temu możemy uniknąć kupienia dwóch kulek z takim samym potworkiem i kompletowanie kolekcji będzie sporo łatwiejsze. A element niespodzianki i tak zostaje zachowany, bo nie wiemy, który ze stworków kryje się pod daną cyfrą, dopóki sami tego nie sprawdzimy!

Z niecierpliwością czekamy na jednorożcowo-księżniczkową wersję!

„Crazy science. Fabryka potworów. Embriony”
Firma: Lisciani
Sugerowany wiek: 3+.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości dystrybutora zabawek Dante.

Czas na czytanie: „Pięć zauroczeń”, André Aciman

Obawiałam się trochę tej pozycji ze względu na gatunek – nie przepadam za opowiadaniami i rzadko sięgam po książki będące ich zbiorami. Okazuje się jednak, że w tym przypadku spokojnie można traktować opowiadania jako rozdziały – są to po prostu kolejne historie miłostek bohatera i chociaż dzielą je przeskoki czasowe, to jednak czyta się bardzo płynnie i układają się w jedną opowieść o mężczyźnie podążającym za porywami serca.

Uwaga! Wydaje mi się, że kolejny akapit może zawierać spoilery. Ale w sumie to nie jestem pewna.

Chociaż Paul ulega absolutnej fascynacji kolejnymi osobami – zarówno pod względem fizycznym, jak i intelektualnym – tak naprawdę zwraca uwagę wyłącznie na siebie, swoje wyobrażenia i przeżycia emocjonalne. Nie zwraca uwagi na uczucia innych osób, o ile te nie dotyczą bezpośrednio jego, bez chwili zawahania rozbija związki (zarówno swoje, jak i swoich nowych ukochanych). Kiedy kolejny i kolejny raz ktoś wpadnie mu w oko, poświęca tej osobie wszystkie myśli i fantazje – momentalnie wyobraża sobie wspólną przyszłość (ślub, dzieci, wspólne wieczory przed telewizorem), prowadzi z tą osobą wymyślone rozmowy, układa scenariusze spotkań i marzy o wszystkim, co związane z nowym ukochanym. Szkopuł w tym, że chyba lepiej mu w świecie wyobrażeń, bo kiedy jego marzenia stają się rzeczywistością… ktoś nowy zawraca mu w głowie.

Książka jest pełna „emocjonalnej grafomanii” – główny bohater analizuje najmniejsze nawet drżenie serca, a w swych fantazjach buduje całe alternatywne rzeczywistości. I jak przez pierwsze dwa, może nawet trzy opowiadania jest to całkiem urocze, to z każdą kolejną historią, a nawet z każdą kolejną stroną staje się coraz bardziej męczące. Bo Paul z dziecięcych fascynacji i młodzieńczych poszukiwań własnej tożsamości wcale nie wyrasta. Mam wrażenie, że nie dojrzewa emocjonalnie, przez co sam się unieszczęśliwia. Niezależnie od wieku i życiowego doświadczenia, każdy jego związek przypomina wakacyjną miłostkę.

„Naucz się brać rzeczy takimi, jakie są. Wszędzie doszukujesz się czegoś, czego nie ma”.

Może pod względem mentalnym jestem w poprzedniej epoce (zawsze czułam się trochę stara duchem…), ale irytowała mnie jego niestałość – być może wynikająca ze środowiska, w którym zdrady są na porządku dziennym, a znajomi stale się rozstają i wdają w nowe romanse, sam bohater ma zresztą taki przykład bezpośrednio „z góry”, ze strony ojca.

I nie potrafię mu nie współczuć, bo szuka czegoś nieokreślonego, mitycznego „wina życia”. Wciąż czegoś mu brak, przez co nie potrafi docenić tego, co ma i wszystko, co udało mu się zdobyć porzuca bez żalu w imię dalszych poszukiwań. Nie wie do czego dąży i za czym tak tęskni, czego tak zawzięcie szuka, ale nie potrafi być bez tego szczęśliwy. A to wyjątkowo przygnębiająca refleksja.

Po raz kolejny u Acimana porwały mnie malarskie opisy – zarówno miejsc, jak i uczuć. Przekonałam się jednak, że ten rodzaj emocji przemawia do mnie znacznie bardziej, kiedy dotyczy młodości. Może to dyskryminujące, ale moje wymagania rosną wraz z wiekiem bohatera.

André Aciman, Pięć zauroczeń, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B, 2020, 336 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.

Grajki Majki: „Bójka na czytanie”, „Bójka na mnożenie”, Edgard Games

Dla nas to propozycje jeszcze trochę na wyrost, ale myślę, że świetnie się sprawdzą w czasach edukacji zdalenej i domowej. A ja wyjątkowo doceniam gry, przy których nauka jest właściwie „efektem ubocznym” dobrej zabawy.

„Bójka na czytanie” i „Bójka na mnożenie” to wariacje na temat popularnej gry dobble. Tylko jeszcze bardziej rozwijające i wymagające większego wysiłku, bo i nieco bardziej skomplikowane. Nie wystarczy tu w jak najszybszym czasie wypatrzeć dwa identyczne obrazki, co to, to nie! Tutaj trzeba dodatkowo czytać i liczyć!

DSC_0272

„Bójka na czytanie” to 31 kart pokrytych mieszaniną obrazków i słów – pisanych odpowiedników osób, zwierząt i przedmiotów przedstawionych na ilustracjach. Karty występują w trzech poziomach trudności: najłatwiejsze – żółte – poza ilustracjami zawierają słówka jednosylabowe (jak dom, kot czy ul) lub dwusylabowe z sylabami otwartymi (jak mama, czy ryba); średnie – różowe – to już słówka dwu- i trzysylabowe z sylabami otwartymi i zamkniętymi (jak wanna czy krokodyl) oraz poziom trudny – niebieski – gdzie znajdziemy słówka z polskimi znakami (jak gęś czy ślimak) oraz dwuznakami (mysz, czy kaczka).

Poza kartami do gry, w pudełku znajdziemy również karty pełniące funkcje słowniczka, na których umieszczono ilustracje z podpisami.

Gra polega na jak najszybszym odnajdywaniu par. Możemy szukać słówko-słówko, rysunek-rysunek lub słówko-rysunek. Chociaż pełna nazwa gry to „Bójka na czytanie na 3 sposoby”, tak naprawdę zaproponowano aż różnych 5 wariantów rozgrywek – łatwiutką dla dzieci uczących się czytać, grę na rozgrzewkę, grę na czas (to chyba najpopularniejsza wersja), grę w „na środku”, gdzie szukamy elementów wspólnych aż dla trzech kart jednocześnie, a nawet pojedynek, który czeka nas w przypadku remisu.

Bardzo podoba mi się szata graficzna – cała seria jest bardzo estetycznie zaprojektowana (a sprawdzić by karty, na których planuje kompletny chaos były jednocześnie czytelne i przejrzyste to wyzwanie!), ale ilustracje w „czytaniu” skradły moje serce!

„Bójka na czytanie na 3 sposoby”
Autor: Ewa Norman, Ewa Leszczyńska
Ilustracje: Joanna Gwis
Wydawnictwo: Edgard Games
Sugerowany wiek: 6+

„Bójka na mnożenie” analogicznie zawiera 31 kart, tym razem jednak znajdziemy na nich działania i liczby będące wynikiem owych działań. Również tutaj karty są na trzech poziomach trudności: poziom łatwy – żółty – obejmuje mnożenie przez 1, 2, 3, 4, 5 i 10; poziom średni – niebieski – to działania mnożenia przez 6, 7, 8 i 9; trudny poziom – fioletowy – to calutka tabliczka mnożenia w zakresie 100.

Poza kartami do gry, dołączono też czwarty rodzaj – zielony – będący „ściągą” z tabliczki mnożenia. I ja bardzo to szanuję, bo nie ukrywam, że to zawsze była moja pięta achillesowa i ta gra wciąż stanowi dla mnie wyzwanie, nawet 20 lat po osiągnięciu wieku minimalnego. Zasady gier są tak naprawdę takie same, jak w wersji z czytaniem – jest coś dla uczących się mnożenia, mała rozgrzewka, gra na czas, wersja z trzema kartami i remisowy pojedynek. A mimo to jakoś trudniej… Czymże byłoby jednak życie bez stawiania sobie wyzwań! Może w końcu będę miała tą tabliczkę mnożenia w „małym paluszku”, czego wymagano ode mnie zanim skończyłam podstawówkę. Nieskutecznie, choć nie bez starań.

W mnożenie można grać w więcej osób (6, zamiast 4, jak w czytaniu), chociaż prawdę mówiąc nie jestem pewna od czego to zależy.

„Bójka na mnożenie na 3 sposoby”
Autor: Ewa Norman, Patrycja Wysocka
Wydawnictwo: Edgard Games
Sugerowany wiek: 8+

Poza samą spostrzegawczością, obie gry rozwijają umiejętności czytania i liczenia, działania pod presją czasu, skupienia uwagi na szczegółach, szybkiego reagowania i… radzenia sobie z ewentualną porażką. Rozgrywki są dynamiczne, a całe partie nie grają długo, dzięki czemu nie tylko dziecko nie zdąży się znudzić, ale i rozkojarzyć, bo wbrew pozorom te gry są całkiem męczące – wymagają od dziecka sporo skupienia. Cóż, ta z mnożeniem nie tylko od dziecka…

Dodatkowym atutem jest „kieszonkowy” format. Sam kartonik, choć sam w sobie niewielki, można zostawić w domu, a spięte recepturką karty dorzucić do kosza piknikowego, plecaka lub torby i grać właściwie wszędzie.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Edgard Games.

Bajki Majki: „Rety! Ktoś nowy na placu budowy!” Sherri Duskey Rinker i Tom Lichtenheld

Mam swój egzemplarz malucha już ponad cztery lata i nadal nie wiem, skąd w dziecięciach to upodobanie do pojazdów budowlanych. Byłam przekonana, że ten etap już za nami, ale ostatnio odkryłam, że moja córka wstaje tak rano, żeby obejrzeć przez okno przyjazd śmieciarki, a przy okolicznej budowie drogi spacerujemy >latami<, bo koparka koparkuje, walec walcuje, a Panowie wylewają asfalt. Aż mi prawie żal, że nie musimy już nosić maseczek na dworze, bo teraz jakby czuję asfalt bardziej. I nie mogę uwierzyć, że w ciąży pachniał mi apetycznie… Może to przez to?

Przejdźmy jednak do książki, bo mam przed sobą kolejny, trzeci już, tom hitowej serii przygód z placu budowy. I nie wiem, jak Wy, ale po tytule spodziewałam się, że w zespole pojawi się nowe auto. A (uwaga, spoiler!) pojawiło się aż pięć! Cała osobna brygada przyjechała wspomóc naszych bohaterów w budowie przekraczającej ich siły. Szybko okazało się, że umiejętności obu ekip świetnie się uzupełniają – maszyny połączyły się w pary i wspólnymi siłami błyskawicznie dokończyły powierzone im zadania (tym razem budują bardzo nowoczesny w formie parking naziemny. A przynajmniej tak mi się wydaje). Spychacz wspomogła ładowarka, dźwigowi na ratunek jedzie auto z platformą, a betoniarce pompa z rurociągiem.

To chyba nasza ulubiona część, bo wymienia nie tylko nazwy wszystkich dziesięciu pojazdów, ale również dokładnie przedstawia ich zadania. A wszystko to odbywa się w klimacie pomocy innej i pracy zespołowej. W wierszowanej formie, oczywiście!

Świetnie, że zachowano również rytm dnia – cała akcja toczy się bowiem od porannego mycia buziek, przez dzień pełen ciężkiej pracy aż po czas wieczornego odpoczynku, dzięki czemu nawiązuje do pierwszej części i również świetnie sprawdzi się jako pozycja „na dobranoc”.

Nie wiem, czy to czar pojazdów budowlanych, wpadającego w ucho rymowanego tekstu, czy sympatycznych, antropomorficznych ilustracji, ale każda kolejna książeczka z tej serii jest strzałem w dziesiątkę. I to nie tylko zdaniem mojej córki, sama również bardzo je lubię.

Sherri Duskey Rinker, Rety! Ktoś nowy na placu budowy!, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2020, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Czas na czytanie: „Spadkobierca” Agnieszka Pruska

Mam strasznie mieszane uczucia względem tej książki.

Przez mniej więcej połowę (czyli około 300 stron, bo to niezły tłuścioszek!) strasznie się męczyłam, był nawet moment, kiedy myślałam, że nie przebrnę. I to nie dlatego, że zaczęłam przygodę z Uszkierem od czwartego tomu i minęła dłuższa chwila, nim zapamiętałam wszystkie nazwiska, dowiedziałam się dokładnie kto jest kim, z kim i dlaczego bo to odrębna historia i spokojnie można czytać kolejne tomu niezależnie – nie było wielu odniesień do wcześniejszych książek – ale ze względów stylistycznych. Rozpaczliwie brakowało mi synonimów – i to w nietypowy sposób, bo jedno słowo (zwłoki, zwłoki, złwoki…) jest uparcie powtarzane (czasami dwa razy w jednym zdaniu!), by stronę dalej zostać pięknie zastąpione wyrazami bliskoznacznymi. Do tego praktycznie co drugie zdanie miało strasznie dziwną konstrukcję (coś pomiędzy Mistrzem Yodą, a Czesławem Mozilem), najchętniej zupełnie poprzestawiałabym w nich wyrazy. Myślałam już, że może Agnieszka Pruska ma po prostu taki styl, który mi akurat nieszczególnie odpowiada, kiedy w okolicach połowy książki, problem zupełnie zniknął. I chociaż wciąż gdzieniegdzie pojawiały się literówki (raczej często, niż rzadko, ale do przeżycia), to pod względem stylistycznym miałam wrażenie, że nagle czytam zupełnie inną książkę. Może od tego momentu inna osoba robiła korektę? Chyba nigdy wcześniej nie trafiłam na taki przypadek.

Niemniej jednak momentalnie zaczęłam czerpać przyjemność z lektury, bo i pomysł na zbrodnię jest bardzo ciekawy – specyficzne upodobanie do pewnego rodzaju okaleczeń pojawia się w różnych morderstwach i pobiciach Gdańszczan na przestrzeni… 80 lat. Jak to możliwe, że jeden sprawca działa w tak dużej rozpiętości czasowej, a miedzy popełnianymi przestępstwami robi przerwy „na jedno pokolenie”? Co wspólnego mają ze sobą ofiary i jaki może kryć się za tym motyw, skoro pozostał aktualny przez taki szmat czasu?

„Spadkobierca” nie jest jednym z tych kryminałów, które czyta się jednym tchem, siedząc jak na szpilkach i podskakując panicznie na każde kota miauknięcie, bo wydawało nam się, ze to morderca stoi za naszymi plecami, a akcja galopuje od masakry do masakry, wręcz przeciwnie. Autorka zabiera nas na komisariat i daje nam wgląd za kulisy policyjnego śledztwa – zdecydowanie bardziej żmudnego, niż emocjonującego, opartego na niekończących się rozmowach z sąsiadami i znajomymi rodziny, rozpatrywaniu wątków i odtwarzaniu zdarzeń. A biorąc pod uwagę międzypokoleniowy aspekt sprawy, mnóstwo tu również „grzebania w historii” i analizowania materiałów archiwalnych. To trochę inne podejście do kryminału, jakoś tak bardziej życiowe. Ale bez obaw, będą też pościgi, porwania, tortury i filmowe ucieczki.

Podobały mi się wplecione w fabułę informacje o aikido, będącym pasją głównego bohatera. Zawsze też fajnie czytać powieść, której akcja toczy się w moim mieście, chociaż zgubiłam się podczas jednego samochodowego pościgu.

Zakończenie zostawiło mnie z pewnym niedosytem, ale gdyby nie zgrzyty redakcyjne (chyba?), oceniłabym jako całkiem dobrą propozycję, a tak, to trochę mi się dłużyło, szczególnie na tym nieszczęsnym początku. Na pewno jednak zrobię drugie podejście do Pruskiej, bo „Żeglarz” czeka w kolejce.

„Spadkobierca” to na pewno świetny wybór na Czasy Kwarantanny Narodowej, bo i główny bohater zmaga się z podobnym zniewoleniem. Można cierpieć w towarzystwie!

Agnieszka Pruska, Spadkobierca, Gdańsk: Wydawnictwo Oficynka, 2018, 618 s.

~ Książkę przeczytałam w ramach akcji Book Tour „Spadkobierca” zorganizowanej przez Przeczytanki ~

Grajki Majki: Playbio Tecno Jumbo, Quercetti

Niedawno na rynku pojawiła się nowa seria od firmy Quercetti, w której elementy nie są już wykonane w 100% plastiku, a z materiału z recyklingu.

„Produkty przygotowane są z kompozytu biologicznego pochodzącego z włókien drewnianych i specjalnego plastiku. Drewniane włókna, które zwykle są utylizowane jako odpady pochodzą z tartaków, które posiadają odpowiednie certyfikaty środowiskowe. Większa zawartość drewna pozwala o zredukowanie ilości dwutlenku węgla niezbędnej przy produkcji aż o 80%. Po użyciu, zabawka może być 100% poddana recyklingowi.”

Przy poprzednich recenzjach zwracałam już uwagę, że zabawki tej firmy pakowane są w wytrzymałe tekturowe kartoniki z niewielką plastikową rączką – walizeczki wielorazowego użytku (i prawdę mówiąc jeszcze żadna nam się nie zużyła, choć pierwsze zestawy towarzyszą nam już od ponad dwóch lat) i rzadko są dodatkowo owinięte folią. Bardzo podoba mi się ten sposób myślenia i szukanie bardziej ekologicznych rozwiązań. Okazuje się, że są one możliwe nawet w przypadku firmy produkującej plastikowe zabawki.

I tylko na dobre im to wyszło, bo moim zdaniem ten materiał sprawdza się lepiej. Elementy są przyjemniejsze w dotyku, dobrze do siebie pasują i bez problemu można je skręcać i rozkręcać – a w przypadku tego zestawu to szczególnie istotne. Mam wrażenie, że są mniej podatne na pęknięcia i złamania i mi osobiście zdecydowanie bardziej podobają się pod względem wizualnym – są matowe, nieprzezroczyste, w stonowanych kolorach, a niektóre z nich mają nieco „mozaikowy efekt” przypominający trochę papier maché. Jedynym minusem jest dość intensywny zapach materiału, przypominający trochę jakby spaleniznę. Mam nadzieję, że po kilkunastu zabawach się wywietrzy.

Wróćmy jednak do samego zestawu. Tecno Jumbo to pudełko pełne elementów konstrukcyjnych: śrubek, nakrętek i dziurawych „blaszek” różnego kształtu i wielkości, które można przy pomocy owych śrubek łączyć. A można to robić na dwa sposoby – w figurki przestrzenne, jak na przykład roboty, albo w płaskie obrazki, przy pomocy dziurkowanej podkładki, na której możemy zakomponować obrazek.

Bardzo fajny sposób na rozwinięcie motoryki małej, cierpliwości, wyobraźni, myślenia przestrzennego i bardzo podstawowych podstaw mechaniki. Wszystkie części zestawu łączą się ze sobą bez problemu, łatwo się wkręcają i nie wymagają użycia siły.

Jedyne, czego mi zabrakło, to książeczki z inspiracjami na budowle, bo moje dziecię bardzo lubi odtwarzać i najdłużej skupia się na zabawkach konstrukcyjnych właśnie podążając za instrukcją. Tym razem będzie musiała jednak trochę pogłówkować i wysilić wyobraźnię, by po kilku propozycjach z pudełka stworzyć coś swojego.

Ach, i jeszcze szalenie mi się podoba, że na zabawce konstrukcyjnej, manualnej, z robotami umieszczono zdjęcie dziewczynki!

„Tecno Jumbo”
Firma: QUERCETTI Playbio
Sugerowany wiek: 3-6 lat.

Zestaw znajdziecie na przykład TUTAJ.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości dystrybutora zabawek Dante.

Bajki Majki: „Umiem to zrobić!” Jennifer Moore-Mallinos, Annabel Spenceley

Maluchy uczą się w każdej minucie chłonąc świat całym swoim małym jestestwem – to powszechnie znany fakt, ale fajnie sobie o tym czasami przypomnieć. I pomóc dziecku nieco usystematyzować zdobywaną stale wiedzę. Jak poważnie by to nie brzmiało.

„Umiem to zrobić! 46 rzeczy, których dzieci uczą się każdego dnia” to zbiór zagadnień, z jakimi przedszkolaki mają styczność na co dzień. Czego uczą się pomagając mamie w zakupach, podczas codziennych obowiązków, bawiąc się z rówieśnikami, czy nawet obserwując wybory żywieniowe domowego pupila.

Pamiętam, jak jakiś czas temu zabrałyśmy z Mają Figla do weterynarza na rutynowy przegląd i pewna pani w poczekalni zwróciła mi uwagę, że to nie miejsce dla małego dziecka. A tu proszę, mam dowód w formie poważnej dziecięcej literatury na potwierdzenie mojego przekonania, że podczas takiej wizyty dziecko może się wiele nauczyć! A i Figiel na pewno to docenił – w końcu dostał od Majeczki naklejkę „dzielny pacjent” na kontenerek.

Żarty żartami, ale pozwalając towarzyszyć dziecku w przeróżnych sytuacjach wspomagamy jego rozwój. I ta książeczka uświadomi to i dorosłemu i dziecku (tak, sprzątanie też rozwija!).

Każda z króciutkich historyjek ma osobnego narratora, który w kilku zdaniach opowiada o danej sytuacji i jej plusach – zazwyczaj się to dzieci, ale zdarzają się również zwierzęta, a nawet dinozaury! Bo w końcu któż lepiej wie, że trzeba dbać o stan uzębienia i chodzić na kontrole do dentysty, niż taka prehistoryczna gadzina? Każda z sytuacji zakończona jest pytaniem do małego czytelnika, zachęcającym go do odniesienia przeczytanego tekstu do własnych doświadczeń.

Doceniono tu nie tylko umiejętności manualne, jak wiązanie butów, dokładne mycie zębów, czy nakrywanie do stołu, ale również umiejętności społeczne, jak na przykład proszenie o pomoc, szacunek dla innych, czy zapraszanie do zabawy, umiejętność przegrywania, czy korzystania z wyobraźni, a także odnajdywania się w różnych sytuacjach.

Bardzo fajny sposób na podniesienie samooceny i zwiększenie pewności siebie u dziecka.

Jennifer Moore-Mallinos, Annabel Spenceley, Umiem to zrobić! 46 rzeczy, których dzieci uczą się każdego dnia, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2020, 96 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnicza Papilon.