Grajki Majki: „Komnata Strachu”, David Wang, Maciej Szymanowicz

Kiedy napis na pudełku gwarantuje „wielkie emocje”, zawsze jestem nieco sceptyczna. Okazuje się jednak, że nie trzeba wiele, by chęć rywalizacji prześcignęła moje wszelkie oczekiwania i zmieniła mnie w małego potworka, który nagle baaardzo nie lubi przegrywać. Wystarczy jeden prosty czynnik – szybkość.

„Komnata Strachu” to gra z wyjątkowo prostymi zasadami, wymagająca dobrego refleksu i szybkiego kojarzenia faktów, utrzymana w strrrrasznie halloweenowym klimacie. Warto wspomnieć, że wieczorna pora wzmagająca atmosferę nie idzie w parze ze szczególną przytomnością umysłu, co może być dodatkowym utrudnieniem, jeśli jest się takim śpiochem, jak ja.

Każdy z graczy (od 2 do 4) otrzymuje zestaw pięciu żetonów z kolorowymi strachami. Kiedy w komnacie strachów, poprzez wyciągnięcie kart ze stosu, pojawią się potworki (a te zawsze chodzą trójkami), należy jak najszybciej wyciągnąć żetony, które odpowiadają owym potworkom kolorem lub kształtem, a następnie klepnąć w dołączony do zestawu włącznik światła. Brzmi prosto, prawda? Żeby nie było zbyt banalnie, możemy trafić na trzy karty z zadaniami specjalnymi w różnych konfiguracjach, które nieźle mieszają w głowach i na moment wywracają wcześniejszą zasadę (tą łatwą) do góry nogami.

Super sprawdzi się jako pomoc naukowa do ćwiczenia kolorów. Okazuje się bowiem, że mając lat 27 i magistra z historii sztuki nie jestem tak biegła w dopasowywaniu barw, jak mogłoby się to wydawać…

Moim zdaniem z zasadami spokojnie poradzi sobie już bardziej ogarnięty czterolatek. Waham się jednak nieco z włączeniem córki do gry ze względu na tematykę. Chociaż przedstawione przez Szymanowicza strachy są zdecydowanie bardziej sympatyczne i zabawne, niż straszne (no błagam, czy można brać na poważnie różowego pająka?), to jednak strachy i potwory pojawiają się coraz częściej w rozwijającej się wyobraźni mojej przedszkolaczki wyrywając ją ze słodkich snów. Chyba faktycznie poczekam jeszcze troszkę.

Gry wydawane przez Naszą Księgarnię zawsze są porządnie wykonane, zaskoczyła mnie jednak pancerna grubość żetonów. Aż do momentu, w którym po raz pierwszy chciałam rzucić nimi w męża, który znów mnie wyścignął. Niedługo później zamaszysty gest wysuwania strachów przed siebie zrzucił je ze stołu. Teraz już wiem, że tutaj wszystko jest przemyślane i przypadek nie wchodzi w grę.

Łatwa i faktycznie burząca krew w żyłach gra, która zmieści się w torebce. Fajny pomysł na imprezę, bo tłumaczenie zasad to dosłownie trzy minuty, a i sama rozgrywka jest bardzo dynamiczna. Równie trafiony pomysł dla dziecka, które grami szybko się nudzi i nie ma czasu i cierpliwości do zbierania grzybków do koszyczków albo obmyślania strategii działania. Tutaj nuda nie ma wstępu, trzeba szybko ogarniać!

Komnata Strachu
Autor: David Wang
Ilustracje: Maciej Szymanowicz
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Sugerowany wiek: 6+

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Bajki Majki: „Nie mrugaj!” Amy Krouse Rosenthal, David Roberts

Ta zabawna książeczka na dobranoc w pierwszym momencie wzbudziła moje skojarzenia z ukochaną i znienawidzoną (wciąż ziewam na samą myśl) „Wszyscy ziewają”. Choć wizualnie zupełnie inne i skierowane do odmiennych gryp wiekowych, łączy je wspólny cel – nakłonienie malucha do pójścia spać. „Nie mrugaj!” również pewien podstępny sposób oszukuje nasze mózgi sprowadzając senność za pomocą prostego odruchu – tym razem, jak sama nazwa wskazuje, za pomocą mrugania.

Główna bohaterka książki – wielkooka sowa – ma dla małego czytelnika fantastyczną propozycję. Jeśli tylko uda mu się nie przewracać kolejnych stron tej książeczki, nie będzie musiał iść spać. I to nawet przez całą noc! Jest jednak pewien haczyk – stronę trzeba przewrócić zza każdym razem, gdy się mrugnie. Wystarczy zatem nie mrugać, a sen nam nie zagrozi, proste prawda?

Ale sówka nie pozostawia nas samym sobie, oj nie! Podsuwa odbiorcy kolejne pomysłowe sposoby na powstrzymanie się od mrugania – od gapienia się (w sufit, w kogoś innego, a nawet w zakręcone iluzje optyczne), przez mrużenie oczu, aż po przytrzymywanie powiek palcami. Ich skuteczności można się domyślić, choć znacznie ciekawiej jest samemu spróbować! Czy można się wymrugać na zapas? I jaki jest w końcu ten niezawodny przepis na nie mruganie? Bo zdradzę Wam w sekrecie, że taki jednak istnieje! Ale odkryjecie go już sami, po lekturze tej książki.

Genialna propozycja dla rodziców przedszkolaków, którzy nie mogą skutecznie ululać swoich pociech. To cudny przykład aktywnego czytania, podczas którego dziecko jest zaangażowane w proces, zamiast być jego biernym odbiorcą – reaguje, angażuje się w zadania i ma szansę odczuć lekturę całym ciałem. No, przynajmniej oczami. W końcu będzie to dla nich niezła gimnastyka!

Niewiele tekstu i oszczędne ilustracje, prosty pomysł, estetyczne wykonanie i świetny efekt. Moim zdaniem jedna z pozycji obowiązkowych na półce przedszkolaka. Szczególnie takiego, który wieczorem najchętniej znajdowałby się jak najdalej od swojego łóżeczka. Czyli w sumie każdego…

Amy Krouse Rosenthal, David Roberts, Nie mrugaj!, Warszawa: Wydawnictwo Kinderkulka, 2018, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Kinderkulka.

Czas na czytanie: „Książęcy gambit” C.S. Pacat

Minął prawie rok odkąd sięgnęłam po pierwszą część, minęło też kilka prezentowych okazji, dzięki którym skompletowałam resztę trylogii. Można w sumie powiedzieć, że recenzja powstała dzięki uprzejmości Eweliny, która przynosi mi takie brzydkie prezenty (zawsze będę Cię za to kochać!).

Opuszczenie pałacowych murów nie gwarantuje wcale ucieczki od zagmatwanych politycznych intryg, wręcz przeciwnie!

Jak z bandy wrogich sobie nieudaczników nie mających za grosz szacunku do dowódcy zrobić sprawny oddział? Zdobyć niezdobytą twierdzę? Wygrać walkę z góry skazaną na porażkę? Uciekać przed brutalną śmiercią częściej, niż spać w wygodnym łóżku?

Tym razem mamy przed sobą 400 stron użerania się z opornymi żołdakami, widowiskowych ucieczek po dachach, żmudnej musztry, leśnych podchodów, delikatnych sojuszy, misternych planów, walki o wpływy, bolesnych zdrad. I rodzącej się powoli przyjaźni, bo dwaj książęta różni jak ogień i woda mają ze sobą więcej wspólnego, niż mogłoby to się wydawać. A wszystko to podszyte erotycznym napięciem. Ale czy zaufanie zbudowane na kłamstwie ma szansę przetrwać dłużej, niż mgnienie oka?

Mój ulubiony lodowaty książę trochę topnieje, choć zdecydowanie łatwiej przychodzi mu przeskakiwanie z arktycznego zimna po kipienie gniewem. Nie odejmuje mu to jednak uroku. Tak jak grzechotnikowi nie odejmuje uroku hipnotyczne kiwanie się przy dźwiękach fujarki.

Nie nastąpił niestety żaden zdumiewający rozwój pod względem językowym, imiona głównych bohaterów wciąż pojawiają się w co drugim zdaniu. Ale opisy scen batalistycznych, choć długie strasznie, są również bardzo plastycznie opisane i całkiem wciągające. I całe szczęście, bo to właśnie one dominują w tej części. I splątane intrygi oczywiście.

C.S. Pacat, Książęcy gambit, Warszawa: Studio JG, 2018, 427 s.

Bajki Majki: „Śmieciogród” Ola Woldańska-Płocińska

Czy można mówić na poważne tematy w zabawny, przystępny i jednocześnie mądry sposób, bez zbędnego moralizowania i ciągnięcia nudnych wykładów pełnych przestróg, nakazów i zakazów? I przy okazji zrobić z książki dzieło sztuki? Ola Plocińska udowodniła już te wszystkie tezy tworząc „Zwierzokrację”, poświęćcie więc chwilę, by przyjrzeć się jej kolejnemu dziełu z serii książek-monumentów mających moc zamieniania świata. Na jakże aktualny, problematyczny i kontrowersyjny temat, jakim są… zasypujące nas z każdej strony odpady. W końcu troska o Ziemię jest obowiązkiem każdego z nas: dorosłych – bo przykład idzie z góry, i dzieci – bo to, w jakim świecie przyjdzie im żyć zależy od decyzji i działań podejmowanych przez nas wszystkich każdego dnia.

Dzięki tej książce mały czytelnik prześledzić historię opakowań – od tych wymyślonych przez naturę, poprzez te wykonane z części roślin oraz wytworzone dłońmi człowieka z naturalnych materiałów, aż po produkowane masowo tworzywa sztuczne. Dowie się też gdzie lądują wszystkie te wszystkie opakowania po wypakowaniu z nich potrzebnych nam produktów. Świetnie wydana, bogato ilustrowana w charakterystycznym stylu autorki encyklopedia śmieci będzie świetnym punktem wyjścia do uświadomienia dziecku jak bardzo szkodliwe dla naszej planety są odpady, jak minimalizować ich wytwarzanie i w jaki sposób przetwarzać te już powstałe. Dowiemy się z niej jakie śmieci wrzucać do jakich śmietników, które z nich nadają się do ponownego wykorzystania, a które nie. Pomoże również w wypracowaniu dobrych nawyków nazwanych „złota piątką” są to: picie wody z kranu, wymienianie się niechcianymi przedmiotami, noszenie ze sobą bawełnianej torby i własnego prowiantu w wielorazowych pojemnikach, wielokrotnego używania tych samych rzeczy w pomysłowy sposób.

Czy w średniowieczu byli już śmieciarze? Do czego używano tektury nim wymyślono papierowe pudełka? Jaki surowiec wtórny był zbierany i przetwarzany ponownie już w X wieku? Ile czasu zajmuje przeciętnemu Amerykaninowi wytworzenie 60 kg śmieci? Czy czteroosobowa rodzina jest w stanie produkować jedynie słoik odpadów rocznie? Kim są freeganie i czy kompost i kompot to to samo? Na te i mnóstwo innych pytań znajdziecie odpowiedź w „Śmieciogrodzie”.

Nie wahajcie się, bo to nie tylko mądra i pożyteczna, ale też wspaniale wydana i świetnie zilustrowana pozycja!

Ola Woldańska-Płocińska­­, Śmieciogród, Poznań: Wydawnictwo Papilon, 2019, 80 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa Papilon.

Czas na czytanie: „Lanny” Max Porter

Niby nic, niby tylko podkolorowana wyobraźnią codzienność, a jaki klimat. Jeśli ktoś przez przypadek nie ma jeszcze jesieni za oknem, to ta lektura z pewnością zrobi mu jesień w głowie i sercu.

DSC_0331

Książka dziwna, powieść wielu bohaterów, smutnoprozaiczna symfonia ludzkich żyć. Miłostki, śmiesznostki, błahostki i tony śmieci. Uparta pamięć dziejów i pieśń współczesności. Błysk światła pozwalający rzucić okiem na życie sąsiada. Banalna historia, która mogła przydarzyć się każdemu. I jednocześnie nastrojowo-magiczna baśń pozostawiająca na języku gorzki posmak refleksji. Nad światem, człowiekiem, czasami, macierzyństwem, mentalnością, ekologią, przemijaniem, okrucieństwem, pędem codzienności, tęsknotą, niespełnieniem, oczekiwaniami, wartościami… A to tylko 200 stron wyjątkowo porozrzucanego tekstu, pięknego języka i przedziwnej narracji. Narracji, która nie pozwala się do siebie przyzwyczaić i ani na chwilę nie daje poczuć się pewnie.

Cicha angielska wieś, nieco odmienny chłopiec o pięknym spojrzeniu na świat, niedopasowani rodzice, nauczyciel rysunku i prastary demon rodem z ludowych podań. Aż do dnia, w którym spokój życia z dala od londyńskiej wrzawy imploduje wskutek tajemniczego zaginięcia jeszcze bardziej tajemniczego dziecka. Zdarzenie, o jakim każdego niemalże dnia słuchamy w wiadomościach, zmienia małą społeczność w epicentrum medialnego zgiełku, a myśli mieszkańców w kłębowisko ciekawskich podejrzeń i zbyt łatwo rzucanych oskarżeń. W końcu ludzie mają wiele wspólnego z sępami – i jednych i drugich ciągnie do tragedii.

„Mrowi go myślenie o tym, jak jedna myśl prowadzi do drugiej, nieprzerwanie, na okrągło, nie znając końca”.

Książka pisana strumieniem świadomości kilkunastu przedstawicieli jednej społeczności. Ciekawe, czy zanurzenie się w nim oddaje w jakiejś niewielkiej części muśnięcie opuszkiem palca odmętów Styksu. To by w pewnym sensie tłumaczyło vanitatywny urok utworu. Bardzo pozytywnego utworu, czego nie sposób nie zaznaczyć. Hipnotyzująca. Trochę straszna i strasznie smutna. Dająca nadzieję. Dziwna książka.

Max Porter, Lanny, Warszawa: Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2019, 220s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zysk i S-ka.

Grajki Majki: „Rami Code”, Quercetti

Nie da się ukryć, że programowanie to język przeszłości. A właściwie języki. Wiem coś o tym, bo nie rozumiem żadnego z nich…

I jak zazwyczaj w takich sytuacjach bywa, chciałabym, żeby moja córka nie podzielała mojej dezorientacji w tym temacie. A jeśli można nauczyć się czegoś tak pożytecznego poprzez zabawę, to grzechem byłoby nie spróbować!

Rami Code to zabawka edukacyjna rozwijająca kreatywność, myślenie przyczynowo skutkowe i ucząca rozwiązywania problemów krok po kroku. W końcu „kodowanie” to nic innego, jak pisanie instrukcji, według której maszyna wykonuje oczekiwane czynności.

„Ta umiejętność jest coraz ważniejsza w środowisku edukacyjnym, ponieważ stymuluje myślenie obliczeniowe u dzieci, umiejętność podzielenia skomplikowanych kwestii na mniejsze części, które są łatwiejsze do rozwiązania”.

A dla mojego na wskroś humanistycznego umysłu – trzeba tak wykombinować, żeby wiedzieć co zrobić, by osiągnąć określony cel. Najlepiej metodą prób i błędów.

Na pierwszy rzut oka Rami Code przypomina nieco automat typu flipper – nieznacznie pochylony, z kolorowymi kuleczkami, które musimy umieścić w odpowiednich miejscach. Tylko zamiast mechanicznych łapek do odbijania kuleczek mamy zestaw dźwigni (odpowiadających dwóm cyfrom systemu dwójkowego: 0 i 1) poruszających zwrotnicami, dzięki którym planujemy tor toczenia się kulki. Kiedy ta rusza z pola startowego, wszystko jest już przesądzone.

Ustawiając cztery dźwignie po lewej stronie odpowiednio na zerze lub jedynce tworzymy zapis w systemie dwójkowym. Po zwolnieniu dźwigni „enter” i wypuszczeniu kuleczki, ta trafi do przegródki podpisanej odpowiednikiem w zapisie dziesiętnym. Jeśli więc, na przykład, ustawimy dźwignie zwrotnic w pozycjach 1 1 0 1, kuleczka trafi do rynienki nr 13.

Przesuwanie dźwigni zwrotnic sprawia, że zmieniają się kolory torów. Dzięki temu możemy dokładnie śledzić którędy poleci kulka i w ten sposób planować trasę do punktu docelowego – przestawiając dźwignie otwieramy lub zamykamy ścieżki labiryntu próbując odnaleźć właściwą drogę.  Tak wygląda najprostszy sposób gry, którego można próbować już z czterolatkiem. Wraz z wiekiem rośnie również poziom trudności i pomysły wykorzystania zabawki są coraz bardziej skomplikowane. Do zestawu dołączono także zaślepkę pozwalającą zasłonić wszystkie trasy i sprawdzić swoje umiejętności kodowania „z pamięci”. Teoretycznie dla użytkowników 8+, a ja jeszcze nie za bardzo sobie radzę z tym etapem.

Bardzo dużym plusem jest przejrzysta instrukcja. Chociaż książeczka zdaje się być całkiem grubaśna, to mamy cztery zwięźle i zrozumiale napisane strony, na których znajdziemy opis poszczególnych elementów zabawki, wprowadzenie dla rodzica, propozycje zabaw dla czterech grup wiekowych (4+, 5+, 7+ i 8+), a także opis przechodzenia z systemu dziesiętnego na dwójkowy i odwrotnie bez użycia zabawki, a matematyki. Wygląda strasznie strasznie ale chyba nawet udało mi się to zrozumieć. A skoro nawet ja (największy matematyczny antytalnet roku) dałam radę, to dzieciaki na pewno z łatwością ogarną ten temat.

Mała zabawka o wielkiej funkcji. A do tego starannie wykonana i estetyczna wizualnie, co – jako wzrokowiec – zawsze doceniam podczas nauki.

 „Rami Code”
Firma: Quercetti
Sugerowany wiek: 5-10 lat

41934083_296243427841566_3088378774870294528_n

Rami Code znajdziecie TUTAJ.

 

Bajki Majki: PRZEDPREMIEROWO „Małe Licho i anioł z kamienia” Marta Kisiel

Moja ukochana, nadprzyrodzona hipisowska komuna powraca!

I na dzień dobry ulega rozbiciu. Ze względu na zupełnie niespodziewane okoliczności spowodowane podstępnym wirusem VZV (tak właśnie kończy się nadmierna integracja ze światem zewnętrznym…) Bożek, coraz rzadziej zwany Niebożątkiem, musi zostać ewakuowany z domu w trybie pilnym. A czy może być lepszy pomysł na pozbycie się dziecka w zimowe ferie, jak zesłanie go do zamieszkałej w ciemnej, leśnej głuszy ciotki-lekarki, z olbrzymim zapasem ocieplanych majtek w torbie i aniołem stróżem do kompletu? Nic nie zapowiada, że spokojne, leniwe wakacje bez bieżącej wody i energii elektrycznej mogą stać się prawdziwym piekłem

Druga książka Marty Kisiel dedykowana dzieciom łączy ze sobą dwa podcykle „Dożywocia”, nie ma przecież lepszego miejsca na spotkanie sił niebiańskich i piekielnych, niż zgliszcza Lichotki.

Jak na mój gust było nieco za mało Licha, ale dzięki temu Bożek – nieco na siłę wyciągnięty spod opiekuńczych skrzydeł Liszka i Konrada – nie tylko ma szansę rozwinąć relacje z innymi bohaterami, ale również nieco dorosnąć. Na tyle, na ile dorosnąć może ośmioletni pół chłopiec, pół widmo, pół glut z romantycznej krwi zrodzony.

Po raz kolejny błyskotliwa i zabawna opowieść ocieka życiową mądrością (i glutami). To chyba najfajniejszy (a na pewno najbardziej nadprzyrodzony) wykład o empatii, trosce, nie ocenianiu po pozorach, dbaniu o własną indywidualność i odpowiedzialności za drugiego człowieka (istotę?), z jakim miałam do czynienia. I przy okazji cenna nauczka, że próby zadowolenia innych nie zawsze przynoszą oczekiwane efekty. A nadopiekuńcza troska nigdy chyba nie będzie pozytywnie odbierana. Szczególnie przez przedstawicieli młodszej młodzieży. Oj tak, tego rodzaju lekcje potrzebne są nie tylko dzieciom!

Pełna indywidualności aż po same brzegi, kipiąca humorem i doprawiona do smaku klimatyczną, grobową poezją. Świetna zabawa murowana, niezależnie od wieku czytelnika.

Eh, do Czorta! To po prostu kolejna świetna książka!

Marta Kisiel, Małe Licho i anioł z kamienia, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2019,  304 s. (premiera 30.10.2019)

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga.

 

Czas na czytanie: „Jezioro Ciszy” Anne Bishop

Nigdy szczególnie nie ciągnęło mnie do najsłynniejszej chyba serii Anne Bishop o Innych, ale jakiś czas temu skusiłam się na pierwszy tom innej serii tej samej autorki – „Filary Świata” i to była całkiem przyjemna, magiczna przygoda. Kiedy więc pojawiła się okazja rozejrzenia się po innym uniwersum autorki bez konieczności rozpoczynana wielotomowego cyklu, chętnie z niej skorzystałam.

DSC_0352

Jak tylko udało mi się już w miarę zrozumieć zasady funkcjonowania tego świata i poczułam się w nim całkiem pewnie – na tyle, na ile pewnie może poczuć się człowiek, który w dość brutalny sposób dowiaduje się, że jego miejsce jest niemalże na samym na końcu łańcucha pokarmowego – okazało się, że Anne Bishop idealnie wpasowała się w moje poczucie humoru. Bo humoru jest tu mnóstwo – makabrycznego, z dużą dawką autoironii i przejawiającego się gdzie tylko się da. Od kreacji postaci (i w opisie wizualnym i w cechach charakteru), przez przedziwne stworzenia, specyficzne nazwy, ciętą ironię aż po humor sytuacyjny. A przy tym porusza sporo całkiem poważnych tematów, jak brak pewności siebie, przemoc psychiczna, czy napady lękowe. I robi to z klasą! To wyjątkowe połączenie komedii z horrorem można porównać do „Najgłupszego Anioła”, ale to raczej dalecy krewni. Bo w świecie innych jest zdecydowanie bardziej… niezwykle.

Trzydziestoletnia Vicki, w ramach ugody rozwodowej, otrzymuje zrujnowany ośrodek wypoczynkowy nad malowniczym jeziorem, który planuje przekształcić w dobrze prosperujący biznes. Szybko okazuje się jednak, że to nie ludzie będą jej pierwszymi interesantami, otaczają ją bardzo specyficzni sąsiedzi, a rozwód wcale nie oznacza końca kłopotów z byłym mężem. Jak żyć, gdy wszystko wokół (z powietrzem włącznie!) obserwuje każdy twój krok, ciemność roi się od zmiennokształtnych (od wron, przez kucyki aż po niedźwiedzie i dzikie koty), twoim prawnikiem jest wyjątkowo wyględny krwiopijca, można nawet nie zauważyć, kiedy zostanie się czyimś obiadem, a śmiesznie podskakujące cosie codziennie przychodzą po haracz w postaci marchewki?

Życie w małej społeczności nie jest łatwe. Szczególnie, kiedy przychodzi się do niej z zewnątrz, a większość jej członków nie ma pojęcia o ludzkich zwyczajach.

„Nie wiedziałabym o martwym człowieku, gdybym nie weszła do kuchni w chwili, gdy moja jedyna lokatorka właśnie zamierzała podgrzać gałkę oczną w kuchence mikrofalowej”.

– kiedy książka zaczyna się od takiego zdania, to znak, że będzie dobrze. A potem jest tylko lepiej!

No i klops, bo teraz czeka mnie 8 tomów serii do wyczytania. Z jednej strony ekstra, witaj przygodo! Z drugiej mój regał wstydu zanosi się żałosnym łkaniem. Życie jest zdecydowanie za krótkie, jak na liczbę książek, które chcę przeczytać!

Jeśli ktoś ma ochotę niezobowiązująco sprawdzić, czy specyficzna kreacja świata Innych jest dla niego, „Jezioro Ciszy” jest bardzo dobrym wyborem. To niezależna historia, która nie wymaga znajomości pozostałych tomów serii, a daje spore pojęcie o jej klimacie.

Anne Bishop, Jezioro Ciszy, Kraków: Wydawnictwo Initium, 2019, 480 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Initium.

Okołoksiążkowy miszmasz: Wielka Wymiana Książkowa #przeczytajipodajdalej8

Zima zbliża się wielkimi krokami, jesienne wieczory są już coraz dłuższe i dłuższe – to idealny moment na odświeżenie biblioteczki! A idealnym na to sposobem jest kolejna (już 8!) edycja internetowej akcji bookcrossingowej Wielkiej Wymiany Książkowej #przeczytajipodajdalej organizowanej przez Save the Magic Moments i Socjopatkę.

plakat - WWK 8

Wszystko odbywa się bezkosztowo – wymieniający pokrywają jedynie koszty wysyłki, chyba, że uda się umówić na odbiór osobisty – i w duchu idei zerowaste. W skrócie: przeglądamy oferty innych uczestników wymiany, które możemy znaleźć w linkparty na blogach organizatorek, na facebookowej grupie i na Instagramie (#przeczytajipodajdalej8) -> proponujemy nasze zbiory na wymianę -> dogadujemy się -> wysyłamy. Po szczegółowy regulamin koniecznie zajrzyjcie do organizatorek!

Akcja trwa od dziś do 12.10.19.

Co dobrego mam na wymianę tym razem?

Dla dorosłych:

1. Anne Bishop „Jezioro ciszy”
2. Marta Guzowska „Wszyscy ludzie przez cały czas”
3. Anne-France Dautheville „Sekrety roślin”
4. Robert M. Edsel „Na ratunek Italii” (nieznacznie porysowana okładka)
5. Tracey Mathias „Czas wyborów”
6. Leonie Swann„Triumf owiec”
7. Sara Pennypacker „Pax”
8. Peter Gallert, Jörg Reiter „Wiara, miłość, śmierć”
9. Malwina Ferenz „ Życie pełne barw”
10. Lidia Liszewska, Robert Kornacki „Zostań ze mną”
11. Vicky Myron „Dziewięć wcieleń kota Deweya”

Dla dzieci i młodzieży:

1. Jan Staudynger „Zwrotki dla Dorotki”
2. Zofia Stanecka, Marianna Oklejak „Basia i urodziny w muzeum”
3. Zofia Stanecka, Marianna Oklejak „Basia i przyjaciele. Lula”
4. Ulf Stark, Anna Höglund „Chłopeic, dziewczynka i mur”
5. Elżbieta i Witold Szwajkowscy „Rymowane zagadki matematyczne”
6. Herve Tullet „Naciśnij mnie”
7. Jarosław Mikołajewski „ZOO”
8. Ewa K. Czaczkowska „Bajki Mariackie”
9. Marta Kucharz „Sekret pustej książki”
10. Agnieszka Stelmarczyk „Mazurscy w podróży”
11. Agnieszka Tyszka „Róże w garażu”
12. Emilia Kiereś „Serbrny dzwoneczek”
13. Julian Tuwim „Lokomotywa i inne wesołe wierszyki dla dzieci”
14. Ewa Szelburg-Zarembina „Baśń o kocie w butach”

Wszystkie moje książki są w stanie bardzo dobrym lub idealnym, jeśli jednak masz ochotę przyjrzeć się bliżej jakiejś pozycji, daj znać, chętnie zrobię więcej zdjęć ;)

Owocnej wymiany!