Ta książka zaczyna się od cytatu z Pocahontas. Serio. To taka luźna informacja, jakby ktoś jeszcze zastanawiał się, czy po nią sięgnąć.
Uwielbiam w kryminałach to, że wcale nie muszę znać wszystkich losów detektywa od deski do deski. Wystarczy sięgnąć po dowolny – ot, akurat dostępny – tom z cyklu, żeby wciągnąć się w stu procentach.
I „Kręgi” właśnie takie są. Chociaż to druga część przygód Bartka Koneckiego, zaczynanie lektury w tym momencie, tak naprawdę w niczym nie przeszkadza. To prawda, pojawiają się aluzje dotyczące wcześniejszego życia detektywa, robiące czytelnikowi smaczek na pierwszą część – rodzinna tragedia, szokujące śledztwo, czy wydalenie z policji – ale brak tych informacji zupełnie nie przeszkadza w przezywaniu z bohaterem nowej przygody. I to jest dla mnie super.
Po pierwszych rozdziałach miałam ambiwalentne odczucia – były mundurowiec z problemami zdrowotnymi i depresją, zapatrzony w narzeczoną, która wydaje się nie być do końca uradowana tym związkiem, otwiera biedne biuro detektywistyczne i otrzymuje podejrzane zlecenie z gwiazdką kina w roli głównej – ten schemat wydał mi się niepokojąco wręcz znajomy. Na szczęście im dalej w las, tym podobieństwa z innymi literackimi detektywami się kończą, a akcja robi się coraz ciekawsza.
Będą klimatyczne, opuszczone rzeźnie, potworne pomysły na wykorzystywanie nieletnich, porwania, zwłoki z poobcinanymi dłońmi, niewyjaśnione śledztwa z przed lat, specyficzne oferty wycieczek dla turystów zza granicy, skorumpowani gliniarze, wypaczone pojęcie zbawienia, demony przeszłości, kaskaderskie sztuczki, sporo mordobicia, policyjne przekręty i zdecydowanie więcej niż jeden sprawca.
Tym, co spodobało mi się szczególnie akurat w tej książce, jest fakt, iż dreszczyk związany z bliskością poznania sprawcy pojawia się już w okolicach osiemdziesiątej strony, a nie, jak to zwykle bywa, dopiero pod koniec powieści. Samo napięcie, zamiast powoli, ale sukcesywnie narastać, przypomina raczej sinusoidę spokoju i dramatów, a podejrzenia odnośnie sprawcy całego zamieszania sukcesywnie rozwiewają kolejne fałszywe poszlaki i ślepe zaułki.
Nie ma przydługich wstępów, bardzo łatwo wczuć się w klimat, główny bohater da się lubić (a już na pewno da się rozumieć jego pobudki, co w przypadku policjanto-detektywów nie jest wcale takie oczywiste), wątki romantyczne nie przeważają nad krwawą masakrą, a sprawcy są konkretnie psychiczni, ale wciąż bardzo prawdopodobni – suma summarum czyta się bardzo dobrze. Subtelne nawiązania do całkiem ciekawej przeszłości Bartka skutecznie zachęciły mnie do sięgnięcia po pierwszy tom, a ukryta groźba zawarta w ostatnich stronach sprawiła, że nie mogę doczekać się kontynuacji.
Tylko końcowe „odpuszczenie win” i powrót w chwale nie do końca mi pasują.
Na jesień lektura jak znalazł.
Zbigniew Zborowski, Kręgi, Kraków: Wydawnictwo Znak Literanova, 2018, 480 s.
Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak.