Czas na czytanie: „Szarlatani” Robin Cook

Chociaż jestem pewna, że czytałam bardzo wiele książek napisanych przez tego autora, zaledwie kilka z nich zagościło na dobre w mojej pamięci. Najlepiej pamiętam „Wstrząs”, który za pierwszym razem czytała całemu naszemu rodzinnemu towarzystwu najstarsza kuzynka i który był pierwszą zupełnie „dorosłą” książką, którą wypożyczyłam z biblioteki, żeby dokończyć samodzielnie. Pamiętam też, że i za pierwszym i za drugim razem był równie wstrząsający. Podobne wrażenie zrobiły na mnie tylko „Mutant” i „Coma”, chociaż cykl o patomorfologii swego czasu niesamowicie mnie fascynował i wciąż wspominam go bardzo dobrze.

„Szarlatani” są inni – mniej widowiskowi, bo nie ma w nich ani superinteligentnych sztucznych tworów (chociaż czy aby na pewno?), ani zuchwałych kradzieży narządów, tajnych laboratoriów ani nawet zagadkowych zgonów. Tym razem problem jest znacznie bardziej złożony i dużo bliżej każdego „szarego obywatela”, niż można by się spodziewać. I właśnie to jest najbardziej niepokojące.

Jest to książka, która (jak to określił mój mąż zwinąwszy mi „Szarlatanów” sprzed nosa zanim jeszcze zdążyłam na dobre ją otworzyć) bardzo długo się rozkręca. Główny bohater – pracoholik Noah Rothauser – jest po uszy zanurzony w szpitalnej rutynie, której chcąc nie chcąc doświadczamy razem z nim. I trzeba przyznać, że jeśli nie jest się kompletnie zakręconym na punkcie swojej pracy młodym chirurgiem, taka powtarzalna codzienność może dać się we znaki. Na całe szczęście tragiczne zgony poprzedzone heroiczna walką lekarzy, powtarzające się coraz częściej w otoczeniu rezydenta nie pozwalają czytelnikowi zaznać nudy.

Powiem szczerze, że należę do niechlubnej grupy „wrażliwców” kompletnie nieodpornych na widok krwi, o flakach nawet nie wspominając. Coroczne badania laboratoryjne to jeden z moich największych koszmarów, a do serialu z House’m w roli głównej musiałam się przekonywać naprawdę długo. I był to jedyny serial medyczny, na jaki się w końcu skusiłam.
A że przy tym mam wyjątkowo plastyczną wyobraźnię (a Cook potrafi naprawdę dobrze opisywać!), przez cały prolog walczyłam na przemian z mdłościami i zawrotami głowy. Ale było warto.

Akcja powieści i wszystkie niedopowiedzenia kręcą się wokół tematyki zdobywanych latami i, nie ma co ukrywać, heroicznym wysiłkiem lekarskich uprawnień, co przeplata się z koncepcją kradzieży tożsamości. Z tego powodu „Szarlatani” skojarzyli mi się z „Rozbitym oknem” Deavera, choć w tym przypadku sprawa jest jeszcze bardziej niepokojąca. W grę wchodzą bowiem przepastne archiwa sieci (a jak wiadomo w internecie nic nie ginie), coraz popularniejsze social media i problem poprawiania swojego wizerunku w wirtualnej rzeczywistości. A świat realny i internetowa rzeczywistość coraz bardziej się przeplatają…

„Mamy dwudziesty pierwszy wiek; pora dołączyć do ery cyfrowej! Paradygmat wiedzy uległ zmianie. Wiedza przestała być zazdrośnie strzeżonym sekretem jakichś tajemnych korporacji czy gildii; w każdej chwili praktycznie w całości jest dostępna online i każdy może po nią sięgnąć (…).”

Pełna konfliktów etycznych i moralnych, powoli rozwijająca się powieść, w której największą potęgą okazuje się nie wykształcenie, a umiejętność zdobywania informacji. A najmniejsza nawet skaza na opinii jest w stanie zrujnować wieloletnie wysiłki poświęcone ciężkiej pracy i wymagającej nauce.

„(…) został uwięziony gdzieś między przeszłością, a przyszłością; między dawną etyką, a nową rzeczywistością, w nieustannie rozwijającym się świecie nowoczesnej techniki i łączności, gdzie to, co rzeczywiste i to, co wirtualne zlewa się w jedną całość.”

Niniejsza książka jest jednocześnie, jak pisze sam autor, głosem w coraz częściej podejmowanej dyskusji na temat potrzeby modernizacji systemu kształcenia lekarzy, który jest jednym z najbardziej konserwatywnych i przestarzałych modeli nauczania (wciąż opiera się na zasadach z 1910 roku, które uległy zaledwie niewielkim modyfikacjom). Podczas gdy cały świat w każdej sekundzie gna do przodu, ta dziedzina skutecznie opiera się zmianom metodologii, choć przecież pod względem technicznym medycyna bardzo chętnie korzysta z nowych wynalazków.

„Możesz mnie nazywać współczesnym szarlatanem, choć wypada zaznaczyć, że z dawnymi szarlatanami nie mam nic wspólnego (…). Nie mam też na myśli szarlatanów, którymi z wolna staje się każdy z nas, ubarwiając swoje życie w mediach społecznościowych drobnymi kłamstwami. Mówię o bycie szarlatanem pełną gębą, ale zupełnie nowego rodzaju. Jestem bowiem szarlatanem niezwykle kompetentnym.”

Nie jest to porywająca lektura od której nie sposób się oderwać, ale z pewnością daje do myślenia.

Ach, no i oczywiście muszę się do czegoś przyczepić. W końcu dzień bez krytyki, to dzień stracony!

„Salę zbudowano na planie półkola, typowym dla audytoriów w uczelniach medycznych, a rzędy siedzeń wznosiły się wokół sceny na wysokość całej kondygnacji, niczym w greckim lub rzymskim amfiteatrze.”

Jeśli jest to budowla na planie półkola, to mówimy o teatrze. Przedrostek –amfi znaczy podwójny, a podwójne półkole daje koło. Amfiteatr jest budowlą na planie zbliżonym do okręgu, jak rzymskie Koloseum. To niewielki detal i uwaga skierowana zapewne do tłumacza, ale chyba bym się pochorowała, gdybym nie miała czego wytknąć ;)

Robin Cook, Szarlatani, Poznań: Dom Wydawniczy Rebis, 2018, 504 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.

 

2 uwagi do wpisu “Czas na czytanie: „Szarlatani” Robin Cook

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s